środa, 11 grudnia 2019

Imbrykiem w łeb, czyli Pani Pierdołka napada


        Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że co za dużo to niezdrowo i że czasem jedna zaledwie kropla więcej może sprawić, że to „za dużo”  okaże się wręcz nie do zniesienia, no ale chyba jednak podejmę to ryzyko i jeszcze trochę pohejtuję Olgę Tokarczuk i jej Nobla. To co mi daje pewną nadzieję, to fakt, że oczywiste propagandowe szaleństwo rozpętane w związku z ową nagrodą, stało się tak irytujące, że ono aż się prosi o jakąś odpowiednio mocną reakcję. Toteż i reaguję.
       Skomentowałem wczoraj wykład, jaki Olga Tokarczuk wygłosiła kilka dni temu w Sztokholmie, jednak przez fakt, że autentycznie nie byłem ani w stanie, ani też w chęciach, by zapoznać się z jego całością, ograniczyłem się do kilku zaledwie bardziej spektakularnych jak mi się zdawało fragmentów, tymczasem już po chwili znalazłem tam coś, co wczoraj przegapiłem, a co moim zdaniem zdecydowanie zasługuje na zupełnie osobne potraktowanie. Znów jednak zacznę od cytatu:
       „Kobieta ze zdjęcia, moja mama, która tęskniła do mnie, choć mnie jeszcze było, kilka lat później czytała mi bajki. W jednej z nich, autorstwa Hansa Christiana Andersena, wyrzucony na śmietnik imbryk skarżył się, że okrutnie został potraktowany przez ludzi – pozbyli się go, gdy tylko oberwało mu się ucho. A przecież mógłby jeszcze im służyć, gdyby ludzie nie byli tacy perfekcyjni i wymagający. Wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego przedmiotowego życia. Będąc dzieckiem słuchałam tej bajki z wypiekami na twarzy i ze łzami w oczach, bo wierzyłam głęboko, że przedmioty mają swoje problemy, uczucia i nawet jakieś życie społeczne, całkiem porównywalne do naszego, ludzkiego. Talerze w kredensie mogły ze sobą rozmawiać, sztućce w szufladzie stanowiły coś w rodzaju rodziny. Podobnie zwierzęta były tajemniczymi, mądrymi i samoświadomymi istotami, z którymi łączyła nas od zawsze duchowa więź i głębokie podobieństwo. Ale i rzeki, lasy, drogi także miały swój byt – były żywymi istotami, które mapują naszą przestrzeń i budują poczucie przynależności, tajemniczy Raumgeist. Żywy był też krajobraz, który nas otaczał, i Słońce i Księżyc i wszystkie ciała niebieskie. Cały widzialny i niewidzialny świat”. 
      Otóż jest tu parę rzeczy, na które nie można nie zwrócić uwagi. Przede wszystkim, każdy z nas – a myślę, że jest ich wcale nie mało – kto zna bajkę Andersena o imbryku, musiał z miejsca zauważyć, że Tokarczuk albo tej bajki w życiu nie czytała, albo nawet jeżeli ją czytała i się nią choć trochę przejęła, to z całą pewnością nie na tyle, by ją choćby w podstawowym sensie zapamiętać, że już nie wspomnę o owych wypiekach na twarzy i łzach wzruszenia. Opis jaki tu przedstawia ta kosmiczna bzdura, a w konsekwencji wszystkie mądrości, jakie ona z tej bajki wywodzi, są bzdurą równie potężną. W czym rzecz? Otóż, jak wszyscy wiemy, ów imbryk Andersena był przez lata nadzwyczaj młody, piękny, elegancki, z tą jednak skazą, że miał posklejaną pokrywkę i to ona nieustannie wszystkim rzucała się w oczy. Przez całe jednak lata służył dumnie swoim państwu, wierząc głęboko, że nawet z tym posklejanym wieczkiem jest lepszy od innych, aż któregoś dnia czyjaś „niezręczna rączka” upuściła imbryk, co spowodowało, że tym razem już nie tylko pokrywka rozpadła się w drobny mak, ale również i uchwyt i szyjka, i z pięknego imbryka został tylko smutny korpus. Jako że stał się tym samym biedny imbryk kompletnie bezużyteczny, najpierw przez pewien czas stał samotny i milczący w kącie, by wreszcie któregoś dnia trafić w ręce pewnej biednej kobiety, która nasypała do niego ziemi i zasadziła w nim cebulkę kwiatu. Bajka Andersena kończy się tak:
      „Wstąpiło we mnie życie i siły; puls bił, cebulka wypuściła pędy; można było pęknąć od rozsadzających uczuć i myśli; wyrósł z niej kwiat, patrzałem na niego, dźwigałem go; patrząc na jego piękno, sam zapomniałem o sobie; to prawdziwe błogosławieństwo zapomnieć przez innych o sobie. Kwiat nie dziękował mi za to, nie myślał o mnie; podziwiali go i chwalili. Byłem taki szczęśliwy, że jemu jest dobrze. Pewnego dnia usłyszałem, jak mówiono, że kwiat zasługuje na lepszą doniczkę. Rozbito mnie na dwoje; bolało to okropnie, ale kwiat dostał lepszą doniczkę, a mnie wyrzucono na podwórze, gdzie leżę jako stara skorupa - zostało mi jednak wspomnienie, którego nikt mi nie może wydrzeć”.
       Więc tak wygląda owa bajka Andersena, dzięki której postanowiła się Tokarczuk zaprezentować światu jako wielki twórca, myśliciel i filozof. Przepraszam wszystkich bardzo, ale co tu się do cieżkiej cholery wyprawia? Z opowieści, która zawiera tak strasznie dużo głębi, ta stara wariatka zapamiętała tylko tyle, że imbrykowi urwało się ucho, a źli, głupi, „perfekcyjni” i „wymagający” ludzie, zamiast go dalej używać i parzyć sobie palce wrzątkiem, wyrzucili go na śmieci, gdzie on biedny skarżył się na swój nędzny los przed światem, a „wtórowały mu inne popsute przedmioty, snując prawdziwie epickie opowieści ze swojego małego przedmiotowego życia”.
      Przepraszam raz jeszcze, ale ona tu pieprzy, jak potłuczony ruski imbryk, a świat jej słucha z nabożeństwem. Ale mamy tu coś być może jeszcze bardziej porażającego. W końcu niech będzie i tak, że Tokarczuk źle zapamiętała tę bajkę i owa najwyraźniej przyrodzona gnuśność nie pozwoliła jej a konto noblowskiego wystąpienia owej rzeczy sprawdzić. To czego jednak darować już się w żaden sposób nie da, to fakt, że z najbardziej kompromitującej pomyłki, ona gładko przechodzi do równie skandalicznej ekologicznej propagandy i plecie coś na temat świata, gdzie ludzie, zwierzęta, rzeki, lasy, rośliny, Słońce, Księżyc i galaktyki tworzą jedną wielką rodzinę, jak andersenowski imbryk z wyciągniętymi z przysłowieowej dupy talerzami i sztućcami w szufladzie, nad którym pochyla się ona, kobieta niosąca w sobie to wszystko w formie Słowa.
      A ja się tylko zastanawiam, czy to jest naprawdę możliwe, że oni wszyscy, poczynając od tych starych durniów, słuchających e ściśniętym gardłem wykładu Tokarczuk, przez wielkich specjalistów od literatury, oraz europejskie media, po rzekomo największych miłośników książek tu i tam, nie zauważyli tego niesłychanego przecież przekrętu, jakiego ona dokonała, w tym jedynie celu, by na samym końcu, już niemal jak ów Nowy Zbawiciel, zaprezentować się nam z tą swoją kosmiczną „Czułością”?
      No właśnie – czułością. Ona przez te upiorne 6 tysięcy słów opowiada nam najpierw o tych „delikatnych czułkach radiowych anten”, by następnie przejść do wspomnianej „Czułości”, której nie ma w Ewangeliach, a która wypełnia jej Myśl i Prozę, a ja sobie myślę, że stary dobry Norwid na to samo potrzebował zaledwie sześć prawdziwie skromnych linijek:

Czułość bywa - jak pełny wojen krzyk;
I jak szemrzących źródeł prąd,
I jako wtór pogrzebny...

I jak plecionka długa z włosów blond,
Na której wdowiec nosić zwykł
Zegarek srebrny - - -

       Cieszmy się więc może i radujmy, że tej cwaniarze nie przypomniał się tamten wiersz, że to niby jej mama czytała, kiedy ona była jeszcze dzieckiem, bo z tego mogło wyjść coś czego byśmy wszyscy zwyczajnie już nie przeżyli.




wtorek, 10 grudnia 2019

O tym czego nie ma w Ewangeliach, czyli sny i fikołki Pani Pierdołki


      Ponieważ akurat spędzałem czas we wrocławskiej Hali Ludowej i nie bardzo miałem czas śledzić tego co się dzieje na zewnątrz, o tym, że Olga Tokarczuk wygłosiła w Sztokholmie mowę, która automatycznie uczyniła z niej czołowego intelektualistę – przy czym określenia „intelektualistę” używam wyłącznie dlatego, by zwrócić uwagę na fakt, że ona podobno wygrała nie tylko w konkurencjach kobiecych, ale w ogóle, jako przedstawiciel gatunku – dowiedziałem się dopiero w niedzielę wieczorem, kiedy już było po wszystkim. Przeczytałem więc wszystko, co w tym temacie miał do powiedzenia portal tvn24.pl, włącznie z tym, że wystąpienie Tokarczuk było najwybitniejszym noblowskim wystąpieniem w całej historii nagrody i że zebrani w sali słuchacze do teraz nie mogą się ruszyć z wrażenia, no i w końcu odtworzyłem je sobie na youtubie. Jednak po to by nie zapomnieć się, nie zagapić i wyjść z mojego pociągu na stacji Katowice, po paru minutach, do których jeszcze to wrócę, puściłem sobie piosenki i tak już, ogłuszony i oniemiały z wrażenia, dojechałem do domu.
       Następnego dnia jednak znalazłem na Twitterze następującą ocenę owego wystąpienia:
       „Przemówienie Olgi Tokarczuk było jak w świątyni. Ten jej głos, spokojny, ale brzmiący. Ten kosmos. Ziemia, holistyczne czucie świata w czasach, kiedy świat jest krojony na kawałki, na wynos. Krzesła, a na nich ludzie, którym zmieniają się miny, kiedy ona mówi. Ona była boginią”.
      Z tego co zdążyłem zauważyć, nie była to w żaden sposób ironia, a o tym, że faktycznie owa słowa mogły być wypowiedziane zupełnie na poważnie przekonałem się chwilę później, gdy okazało się, że w międzyczasie wspomniany portal tvn24.pl, nie dość że przedrukował w całości gadkę Tokarczuk, to jeszcze przeprowadził rekonesans po polskich szkołach, gdzie wszyscy zagadnięci nauczyciele jednogłośnie stwierdzili, że wielkość owych słów jest tak intelektualnie porażająca, że od dziś one będa tworzyły kanon programów szkolnych we wszystkich możliwych przedmiotach nauczania, zaczynając od języka polskiego, przez wiedzę o społeczeństwie, etykę, plastykę, informatykę, po biologię.
       Przeczytałem – przyznaję bez bicia, że niezbyt dokładnie – owo półtoragodzinne wystąpienie i chciałbym się dziś tutaj podzielić swoimi wrażeniami, a myślę, ze uczynię to najlepiej, przedstawiając jego wybrane fragmenty:
      „Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot”;
      „Żyjemy w rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum”;
       „Życie tworzą wydarzenia, lecz dopiero wtedy, gdy potrafimy je zinterpretować, próbować zrozumieć i nadać im sens, zamieniają się one w doświadczenie. Wydarzenia są faktami, ale doświadczenie jest czymś niewyrażalnie innym. To ono, nie zaś wydarzenie, jest materią naszego życia. Doświadczenie jest faktem poddanym interpretacji i umieszczonym w pamięci. Odwołuje się także do pewnej podstawy, jaką mamy w umyśle, do głębokiej struktury znaczeń, na której potrafimy rozpiąć nasze własne życie i przyjrzeć mu się dokładnie”;
       „Czytanie jest dość skomplikowanym psychologicznym procesem percepcji. Upraszczając: Najpierw najbardziej nieuchwytna treść jest konceptualizowana i werbalizowana, zamieniana w znaki i symbole, a potem następuje jej ‘odkodowanie’ na powrót z języka na doświadczenie. Wymaga to pewnej kompetencji intelektualnej”;
       „Nie chcę szkicować tu jakiejś całościowej wizji kryzysu opowieści o świecie. Często jednak doskwiera mi poczucie, że światu czegoś brakuje. Że doświadczając go przez szyby ekranów, przez aplikacje, staje się jakiś nierealny, daleki, dwuwymiarowy, dziwnie nieokreślony, mimo że dotarcie do każdej konkretnej informacji jest zdumiewająco łatwe”;
         „W natłoku informacji pojedyncze przekazy tracą kontury, rozwiewają się w naszej pamięci i stają się nierealne, znikają. Zalew obrazów przemocy, głupoty, okrucieństwa, mowy nienawiści, rozpaczliwie równoważone są przez wszelkie ‘dobre wiadomości’, ale nie są one w stanie ujarzmić dojmującego wrażenia, które trudno jest nawet zwerbalizować: Coś jest ze światem nie tak. To poczucie, zarezerwowane kiedyś tylko dla neurotycznych poetów, dziś staje się epidemią nieokreśloności, sączącym się zewsząd niepokojem”;
      „Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum, i emocje”;
      „Świat umiera, a my nawet tego nie zauważamy. Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni, miotani czyimiś decyzjami, zniewoleni niezrozumiałym fatum, poczuciem bycia igraszką wielkich sił historii czy przypadku. Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna”;
      „Jesteśmy wszyscy – my, rośliny zwierzęta, przedmioty – zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących. Nasz układ krwionośny przypomina systemy dorzeczy rzek, budowa liścia jest podobna do systemów ludzkiej komunikacji, ruch galaktyk – wir spływającej wody w naszych umywalkach. Rozwój społeczeństw – kolonie bakterii. Mikro i makroskala ukazuje nieskończony system podobieństw. Nasza mowa, myślenie, twórczość nie są czymś abstrakcyjnym i oderwanym od świata, ale kontynuacją na innym poziomie jego nieustannych procesów przemiany”;
      „Czy zastanawialiście się kiedyś, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii woła wielkim głosem: ‘Na początku było słowo’? Który opisuje stworzenie świata, jego pierwszy dzień, kiedy chaos został oddzielony od porządku? Który śledzi serial powstawania kosmosu? Który zna myśli Boga, zna jego wątpliwości i bez drżenia ręki stawia na papierze to niebywałe zdanie: ‘I uznał Bóg, że to było dobre’. Kim jest to, które wie, co sądził Bóg?”;
     „Należałoby więc uczciwie opowiadać tak, żeby uruchomić w umyśle czytelnika zmysł całości, zdolność scalania fragmentów w jeden wzór, odkrywania w drobnicy zdarzeń całych konstelacji. Snuć historię, żeby było jasne, iż wszyscy i wszystko zanurzone jest w jednym wspólnym wyobrażeniu, które za każdym obrotem planety pieczołowicie produkujemy w naszych umysłach”;
      „Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i poza ludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować. Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw”...
     No i na koniec, żeby już nikt nie miał wątpliwości, z kim ma do czynienia, jeszcze o owej „czułości”:
     „Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości. Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest ‘ja’”. 
      Czy da się to jakoś skomentować? No nie. To są słowa, które każdy komentarz wyłącznie osłabi, a tego byśmy nie chcieli, prawda? Jest jednak coś w tym szczególnym wystąpieniu, w rzeczywistości długim na niemal 6 tysięcy słów, co na należne skomentowanie bardzo czeka. Otóż Tokarczuk zaczyna od opisu jakiejś starej fotografii swojej mamy, która jeszcze przed jej narodzeniem siedzi przy stole i słucha radia, i gada tak:
     „Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła – jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje – Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować. Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę”. 
      Otóż ja wiem, o co tu chodzi. Kiedy byliśmy dziećmi, a Kosmos, dzięki tym ciągłym lotom, czy to Rosjan czy Amerykanów, zajmował nasze myśli w sposób absolutnie pierwszorzędny, ktoś kiedyś nam powiedział, i ta wiedza towarzyszyła każdemu z nas, nawet najgłupszemu i najmniej zainteresowanemu Kosmosem, że ów szum dochodzący z radia to jest odgłos Kosmosu właśnie. Podobnie też, kiedy pojawiły się telewizory, wierzyliśmy że ów szumiący obraz, kiedy kończy się program, to też Kosmos. Czy to nas przerażało? Ależ skąd? Czy to wywoływało w nas dreszcze? W życiu. Czy to nas w jakikolwiek sposób czyniło mądrzejszymi, lub bardziej wrażliwymi? A niby z jakiej racji? Taka to była informacja i tyle wszystkiego. W końcu tak każdy z nas wracał do życia.
       Tymczasem dziś po latach, pisarka Tokarczuk jedzie do Sztokholmu odbierać swojego Nobla i opowiada jakieś farmazony, że jej mama nasłuchiwała tych szumów starając się w tych odległych galaktykach wypatrzyć swoje jeszcze nienarodzone dziecko. To jest, jak już wspomniałem, sam początek tego rzekomo wybitnego wystąpienia, ale to nam w pełni wystarczy, byśmy wiedzieli, że cała reszta nie może już być inna.
      I to tyle. Możliwe, że mogłem się w ogóle w tym temacie dziś nie odzywać, ale stało się i mam tylko nadzieję, że ten mój głos usłyszy któraś z gwiazd i kiedy ona będzie odbierała tę nagrodę, to spadnie gdzieś obok i ja tak przestraszy, że jej się odechce tego pajacowania na szkodę Bogu ducha winnych ludzi, tak strasznie dumnych z tego rzekomego polskiego sukcesu.



      

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Czy Wrocław zagłosuje na Szymona Hołownię?


     Zakończył się tegoroczny sezon targowy i wypada mi go jakoś podsumować, z punktu widzenia, który dają mi te ostatnie cztery książki, jakie się jeszcze szczęśliwie nie sprzedały. Piszę „szczęśliwie”, bo wprawdzie zupełnie naturalnie chodzi o to, by się sprzedały, z drugiej jednak mam pełną świadomość, że kiedy z nich już zostanie tylko stale dodrukowywany „Listonosz”, to ja już raczej nie będę miał czego na jakichkolwiek targach szukać. A zatem siedziałem w tym Wrocławiu przez bity weekend i muszę powiedzieć, że, pomijając dawno już przez nas odpuszczone targi na Stadionie Narodowym, tak fatalnej publiczności nie znam. Dotychczas sądziłem, że gorzej niż Kraków i Katowice, rynek nas nie potraktuje, jednak wygląda na to, że, owszem, Wrocław, wchodzi na podium.
      W czym rzecz? Otóż to jest chyba jedyne miejsce z dotychczas przeze mnie odwiedzonych, gdzie ludzie przychodzą z bardzo ściśle określonym planem i nie ma ludzkiej siły, która by ich z tego planu mogła wybić. Oni, owszem, chętnie się zatrzymują przy stoisku, chętnie rozmawiają – i to niekiedy naprawdę bardzo długo – wyrażają swoje najwyższe zainteresowanie książką, a następnie mówią „dziękuję” i odchodzą. Powiem szczerze, że to jest sytuacja nieco podobna do tej opisanej przez Boba Greene’a, kiedy ten, podczas wyprawy po sklepach ze słynną kiedyś przez chwilę hollywoodzką gwiazdką Kristy McNichol, zaszedł do wielkiego sklepu z butami, ona się od wejścia rozejrzała dookoła, powiedziała: „Nope” i wyszła. Kiedy Greene zapytał ją: „What didn’t you see?”, ona odpowiedziała: „I didn’t see quality shoes”. I to było mniej więcej to, z czym ja i Coryllus mieliśmy do czynienia, jak to on pięknie określa, „od skowronka do żaby”. Ludzie przychodzili, brali książkę do ręki, albo on, albo ja wypruwaliśmy z siebie żyły, żeby opowiedzieć o tym, co tam jest w środku, a oni zwyczajnie „nie zauważyli tematu wysokiej jakości”. I daję słowo, że nie chodziło tylko o nasze książki. W ofercie Kliniki Języka były znakomite eseje wybitnego psychiatry, prof. Łukasza Święcickiego, napisane bardzo przystępnie i z niezwykłym humorem, a jednocześnie – jeśli uwzględnić pozycję Autora – na najwyższym poziomie profesjonalizmu, a ja już nie pamiętam, ile razy odwiedzający stoisko, brali tę książkę do ręki, przeglądali ją, Gabriel im, tak ładnie jak tylko on potrafi, opowiadał o tym, czemu ta książka jest absolutnym hitem... i ja wiem, ile osób ją kupiło? Trzy? Może cztery?
      Powiem coś jeszcze. Otóż w pewnym momencie pojawił się przy nas ktoś, kto nawet znał nazwę wydawnictwa i był tą ofertą zainteresowany na tyle poważnie, że spędził tam, zawracając nam głowę, jakieś trzy godziny. Opowiedział mi, że ma dwoje dzieci, które uczy w systemie domowym, również języka angielskiego, a więc opowiedziałem mu o moim „Listonoszu”, objaśniłem mu chyba każdą część tego, co tam jest, wykazałem, że im się ta książka z całą pewnością przyda, a on ostatecznie mnie poinformował, że akurat się skupia na uczeniu swoich dzieci amerykańskiej wymowy i nie chce ich rozpraszać gramatyką. Ostatecznie kupił dwa komiksy i obiecał, że za rok znów przyjdzie.
       Ale jest jeszcze coś. Otóż choćby w porównaniu z Warszawą, we Wrocławiu ludzie odwiedzali te targi wyłącznie po to, by kupić dwie może trzy książki, a poza tym sobie pospacerować i pogadać ze sprzedawcami. Jedyna osoba, na którą zwróciłem uwagę to pewien starszy pan, który niósł wielkie pudło z napisem „Remigiusz Mróz dzieła wszystkie. Niska cena”, czy jakoś tak. Tam widok kogoś, kto by, jak tydzień temu w Arkadach Kubickiego, wychodził z targów niosąc całe wielkie torby wypełnione książkami, musiałby wywołać powszechną panikę.
      No więc, raczej porażka. Gdyby nie tych kilkanaście osób – co warto zauważyć, i tak znacznie mniej niż w Warszawie – którzy w ogóle wiedzieli, kim jesteśmy, byłoby znacznie, znacznie gorzej. No ale jakoś tam z przysłowiową tarczą z tych targów wyszliśmy i wciąż wydarzenie sprzed lat ze wspomnianego Stadionu Narodowego, kiedy to po pokryciu kosztów za stoisko, Gabriel zarobił jakieś trzysta złotych, a ja nic, pozostaje do dziś niepobite. Z informacji jakie do nas dotarły na zakończenie, od targów wrocławskich lepszy wynik sprzedażowy osiągnęły tegoroczne targi w Katowicach, a to jest już news. Wygląda na to zatem, że w przyszłym roku przyjdzie się nam z Katowicami pogodzić. No ale zobaczymy.
      Na koniec, wciąż to samo pytanie, czemu tak? Nie mam pojęcia, ale chodzą mi po głowie pewne myśli, myśli, przyznaję dość niebezpieczne, jednak biorę pod uwagę taką możliwość, że warto ich nie lekceważyć. A wszystko zaczęło się od tego, że kiedy jeszcze rano w sobotę, gdy wysiadłem z pociągu i spod dworca postanowiłem poprosić taksówkę do Hali Ludowej, taksówkarz – jak najbardziej korporacyjny – powiedział, że owszem, on mnie może tam zawieść, ale za trzy dychy bez taksometru. Przepraszam bardzo, ale czegoś takiego nie doświadczyłem od PRL-u.     
      Druga rzecz jaka zrobiła na mnie wrażenie, to Msza Święta w kościele Św. Boromeusza, gdzie kościół był właściwie pełny, tyle że, rozglądając się na tyle na ile mi wypadało, nie mogłem nie zanotować, że jakieś 99 procent wiernych to byli ludzie jeszcze starsi ode mnie, a ksiądz – skądinąd całkiem sympatyczny – całe kazanie poświęcił napominaniu ich, że jeśli nie będą wystarczająco pobożni, to może się okazać, że nie zostaną zbawieni. Po tej też właśnie Mszy ów ksiądz, a za nim pewien starający się mówić po polsku brytyjski kaznodzieja, zaapelowali – jak rozumiem już po raz kolejny – o to, by parafianie zechcieli jednak przyjąć do siebie dzieci z zagranicy, które tuż przed Świętami przyjeżdżają do Wrocławia w ramach jakiejś pielgrzymki, będą mieli ze sobą karimaty i śpiwory i chodzi im tylko o dach nad głową i może śniadanie. Dzień ich przyjazdu zbliża się wielkimi krokami, a tymczasem, wedle słów księży, brakuje jeszcze miejsc dla siedmiu tysięcy dzieci. Jeszcze siedem tysięcy wrocławskich parafian nie uznało za stosowne zgodzić się przyjąć u siebie owych pobożnych dzieci ze świata
       No i rzecz ostatnia. Otóż, czego nigdy wcześniej nie zauważyłem nigdzie, ruch na targach w niedzielę był znacznie większy niż w sobotę. Podobnie zresztą sprzedaż. Znacznie większa. Bardzo zbliżona do Warszawy. Gdziekolwiek dotychczas byłem, niedziela była, jak to mawia śp. biskup Herbert Bednorz „Boża i nasza”. No ale tym razem wrocławianie się spisali. Tego się nie spodziewałem. W sobotę obawiałem się, że nie zwróci mi się nawet ten przyjazd, a niedziela mi tę sobotę wynagrodziła w pełni.
        A więc Wrocław. Coś jest jednak nie tak z tym miastem. Jeśli wolno mi coś zasugerować, dobrze by było, gdyby oni się jednak nieco ogarnęli, bo jeśli to nie nastąpi, cała Polska, zamiast się śmiać z Warszawy, będzie się śmiała z nich.


    
     

piątek, 6 grudnia 2019

Czy jednostka o nazwie Zespół Donalda Tuska wejdzie do słowników medycznych?


      Przyznam szczerze, że do dzisiejszego felietonu podchodzę trochę jak pies do jeża, a to z tego mianowicie powodu, że on powstał niejako z konieczności. Otóż po całej serii tekstów, które w czytelnikach „Warszawskiej Gazety” wywołały co najmniej niezadowolenie, pomyślałem, że może tym razem będzie dobrze zaproponować im coś bliższego ich sercom, no i padło na Donalda Tuska. No i w momencie gdy pomyślałem sobie, że tym razem zrobię wyjątek i ten akurat felieton sobie i czytelnikom tego bloga daruję, wspomniany Donald Tusk zrobił coś absolutnie porażającego, a mianowicie opublikował na swoim nowym twitterowym profilu zdjęcie ze spotkania z prezydentem Trumpem, na którym stojąc za amerykańskim prezydentem – tak jak to zwykle robią dzieci, kiedy się bawią w rewolwerowców – celuje mu w plecy z dwóch palców i – co widać bardzo wyraźnie – wykonuje paszczą dźwięk wystrzału. Kiedy ujrzałem tę scenę, w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to jest jeden z wielu internetowych fejków, a kiedy okazało się, że nie, przyszło mi do głowy, że ten cymbał faktycznie wyprodukował ten żart, tyle że ktoś go z boku podpatrzył i sfotografował. Tymczasem okazuje się, że nie; Donald Tusk ów gest wykonał w pełni świadomie, ktoś – kto wie, czy nie jego służący Graś – pstryknął mu to komórką, no a on, szalenie z tego grepsu dumny, wrzucił to na Twittera. Mało tego. On wręcz zaordynował, by, jak słyszę, wspomniane zdjęcie znalazło się na oficjalnym profilu owej europejskiej partii, której jest on aktualnie najświeższym przewodniczącym.
       No i w tym momencie pomyślałem sobie, że to jest faktycznie niezwykły wręcz zbieg okoliczności, kiedy ja w swoim felietonie, napisanym z myślą o czytelnikach „Warszawskiej Gazety”, przedstawiam Donalda Tuska jako odwiecznego głupka, a on tymczasem robi coś, na co już praktycznie nie ma nazwy. W tej więc sytuacji, z całkowicie czystym sumieniem chciałem tu dziś zaproponować ów tekst, tym razem jednak wyłącznie po to, by utwierdzić w Czytelnikach stare bardzo i dobre przekonanie, że tam nie ma naprawdę nic, poza, jak mawiał stary dobry osiołek Kłapouchy, szarym paprochem, który został wdmuchnięty do tego łba przez pomyłkę.


     Do wyborów prezydenckich jeszcze sporo czasu, przynajmniej z punktu widzenia tych, którzy są już do nich od dawna gotowi, natomiast niewątpliwie są miejsca, gdzie atmosfera robi się tak gęsta, jakby one miały się odbyć niemal za chwilę, a tu cholera wszyscy się gdzieś porozłazili i nawet nie wiadomo, czy uda się zdążyć na czas. Z drugiej strony natomiast, dobrzy ludzie patrzą na ten świński trucht i zachodzą w głowę, jak to jest w ogóle możliwe, że polityczne środowisko, które ma przecież pewne polityczne doświadczenie, a nawet przez pełne osiem lat sprawowało w kraju niemal absolutną władzę, nie jest w stanie się wziąć do kupy i zaproponować kandydata, który, nawet jeśli tych wyborów nie wygra, to przynajmniej zejdzie z placu broni z tarczą w ręku. Jak to się stało, że po tych wszystkich latach, jedyne co oni byli w stanie zaproponować, to jakąś kompletnie nierozgarniętą pańcię i człowieka znikąd, którego nazwisko potrafi zapamiętać może pięć osób na sto? A przy tym i tak, to są ci z samego topu.
         Myślę dziś o Platfromie Obywatelskiej, bo to oczywiście o niej dziś mowa, i siłą rzeczy przychodzi mi do głowy Donald Tusk, a więc w praktyce jedyny człowiek, który w tym towarzystwie zawsze stanowił wartość dodaną. To jest coś niezwykłego, że wśród tylu osób – jak głosi popularna opinia, doświadczonych, wykształconych i inteligentnych – nie można było znaleźć jednego człowieka, którego można by było posadzić na ławce rezerwowych. Mucha, Budka, Sikorski, Kidawa, Grupiński – można wymieniać i wciąż wraca ten jeden apel: Donald, wróć!
       A ja sobie przypominam Donalda Tuska jeszcze z roku 2008, kiedy to on najpierw udał się z żoną na słynną wyprawę do Peru, a kiedy wrócił do Polski i chciał od razu pojechać do  Austrii na Euro, okazało się, że nastroje społeczne odnośnie owego Machu Picchu są tak złe, że póki co on zwyczajnie nie jest w stanie się dłużej bawić, no i trzeba było siedzieć w Polsce.
      No i wtedy to też – pamiętam to dziś bardzo dobrze – z tej rozpaczy, że z piłeczki nici, Donald Tusk postanowił zwariować i ni z gruszki ni z pietruszki publicznie wygłosił następujący apel:
      Zwracam się jako ojciec do wszystkich ojców: prawdziwi Polacy uczą swoich synów i córki grać w piłkę. Lepiej grać z dzieciakami w piłkę, niż się bić. Lepiej wychowywać przez sport i miłość, niż przez przemoc”.
     Pamiętam tę wypowiedź do dziś i jednocześnie nie mogę przestać myśleć o Donaldzie Tusku jako kimś niespełna rozumu. I dziś też, kiedy widzę, jak ci biedacy kręcą się w kółko, zastanawiając się, czy Kidawa jest lepsza od Jaśkowiaka, czy może na odwrót, a jednocześnie spoglądają z utęsknieniem w stronę Brukseli, to myślę sobie, że może już lepszy będzie ten Jaśkowiak.

Chciałbym z przyjemnością poinformować ewentualnie zainteresowanych, że już jutro pojawię się we wrocławskiej Hali Ludowej we Wrocławiu, czy jak tam ona się aktualnie nazywa, by spotkać się z Czytelnikami. Jak czytam, stoisko Kliniki Języka oznaczone jest numerem 116, więc wystarczy tylko się rozejrzeć i już. Nie wiem, jak będzie z niedzielą, bo przede wszystkim nie czuję się zbyt zdrowo i nie wiem, jak to wytrzymam, a poza tym ze względu na brak noclegu, musiałbym wrócić do Katowic i w niedzielę przyjechać ponownie. No ale zobaczymy, może i tak to się właśnie skończy. Tak czy inaczej, wszystkich serdecznie zapraszam i mam nadzieję, do zobaczenia jutro między 11 a 20.



czwartek, 5 grudnia 2019

Czy polskie lewactwo marzy o elektronicznych owcach?


       Jeszcze zanim ogólnopolska debata na temat konieczności wprowadzenia do języka polskiego całej serii form żeńskich, dotychczas normalnym ludziom nieznanych, nabrała rozpędu, pamiętam jak gdzieś na Twitterze, czy może na Facebooku, pewna moja znajoma pochwaliła się, że jej synek zapytał ją, czemu mama jest kierowcą, a nie kierowczynią, z sugestią, że jej dziecko jest bardzo mądre. Ponieważ owo pytanie, a już zwłaszcza chwalenie dziecka za tego typu przenikliwość, wydało mi się bardzo osobliwe, żartobliwie sprowadziłem sprawę do absurdu, sugerując, że „kierowca” to jest w sposób oczywisty forma żeńska, a zatem to tata raczej powinien funkcjonować jako kierowiec, a nie mama jako kierowczyni. Mój żart nie został skomentowany ani przez moją znajomą, ani w ogóle przez nikogo, więc na długie miesiące zostałem z nim sam na sam, a kiedy już temat zyskał ogólnopolską popularność, zdziwiłem się tylko, że cała dyskusja sprowadza się wyłącznie do kwestionowania owej dziwnej nowomowy, zamiast skupić się na wyszydzeniu całej tej zabawy językiem, który ze względu na swoją szczególną nieregularność, kompletnie się do niej nie nadaje. No i wciąż wracał do mnie tamten, moim zdaniem, bardzo celny przykład z ową „kierowcą”.
        Mijały na tej bezsensownej przepychance kolejne tygodnie i oto wczoraj trafiłem na jakiś – w tej chwili już niestety nie pamiętam konkretnie o jakiej treści – komentarz posłanki lewicy, Anny Żukowskiej i uznałem, że nadarzyła się znakomita okazja do tego, by przedstawić wspomnianą „kierowcę” bardziej szeroko. I proszę sobie wyobrazić, że pani Żukowska w ogóle nie zrozumiała sensu tego przykładu, tylko poinformowała mnie, że słowo „kierowca” to forma męska, natomiast – i tu się okazało, że dziecko mojej znajomej wykazało jednak prawdziwie rewolucyjne wyczucie – kobieta kierowca to kierowczyni, podobnie jak kobieta sprawca to sprawczyni. Ponieważ zrobiło się grubo, natychmiast wymyśliłem coś wydawałoby się bardziej przejrzystego i zaproponowałem, że w tej sytuacji, kobieta owca – to będzie owczyni...
       I w tym momencie rozgorzało prawdziwe piekło. Najpierw  w takiej oto kwestii, że słowo „owca” jest  rodzaju żeńskiego, a ja powinienem wrócić do podstawówki, bo najwidoczniej nie uważałem na lekcjach, no a potem już ruszyła lawina. Na mój portal zleciało się niemal całe twitterowe lewactwo, szydząc ze mnie, że jestem skończonym bałwanem, który nie wie, że owca to dziewczyna, a chłopiec w owej relacji to baran. Kiedy poziom zidiocenia osiągnął granice absurdu, postanowiłem naciągnąć tę gumkę jeszcze bardziej i poinformowałem zainteresowanych, że ja występuję w tej debacie jako obrońca tych wszystkich owiec, które jeśli idzie o płeć nie potrafią określić się jednoznacznie, a przy homofobicznych nastrojach polskiego społeczeństwa popadają w depresję i często zmuszone są popełnić samobójstwo.
      Wszystko zgodnie z przewidywaniami. Moi nowocześni antagoniści zaczęli mi zupełnie na poważnie tłumaczyć, że ponieważ polski język jest dla owiec językiem obcym,  w tej sytuacji moja misja traci sens, no a przy tym oczywiście w dalszym ciągu na moją głowę wylewało się szyderstwo sprowadzające się do stwierdzenia, że oto „prawactwo się samozaorało”.
      W tym momencie, zwłaszcza że już za chwilę zaczynał się mecz Liverpoolu z Evertonem, pomyślałem, że machnę na to wszystko ręką i rzeczywiście machnąłem. I oto, proszę sobie wyobrazić, ledwo przestaliśmy świętować, moja córka poinformowała mnie, że z komentarzem do mnie zawitał nie kto inny jak sam przewodniczący Włodzimierz Czarzasty i powiedział coś, co mnie już kompletnie rozbiło: „Zabolało, Krzysiu? Lewica pozdrawia”. Na co ja napisałem Czarzastemu coś, co właściwie powinienem powtórzyć i tu, a mianowicie:
      „Wiesz, Włodku, za co ja szanuję Jarosława Kaczyńskiego? Za to, że on nie spędza wieczorów na dogadywaniu internautom na Twitterze. Gdyby on na starość zwariował i zaczął to robić, to ja bym w jednej chwili pieprznął tym całym PiS-em i zanurzył się w błogiej prywatności”.
      On mi oczywiście jeszcze próbował tam coś odpyskowywać, ale ja, wiedząc też, że już za chwilę dyskusja skręci na temat tego durnia Kaczora, który nie wie nawet, co to Twitter, wyłączyłem się i postanowiłem zająć się swoimi sprawami. Tam oczywiście, z tego co widzę, szajba trwa na całego, ja natomiast faktycznie mam w głowie naszego Prezesa. Popatrzcie Państwo, jak to się przedziwnie wszystko ułożyło. Z nich wszystkich jedynie on zachował do samego końca pozycję całkowicie wyprostowaną, którą w pewnym sensie nawet symbolizuje ten jego niemal po proboszczowsku wypięty brzuch i to spojrzenie, z jednej strony tak bardzo dobroduszne, a jednocześnie niosące w sobie tę z trudem skrywaną nutkę pogardy dla tych, co jak najbardziej ją widzą. Tu jest ten Tusk, ta Żukowska, ten Schetyna, te wszystkie Kukizy, te Korwiny, ta cała pryszczata Konfederacja, nawet ten Trump – można wymieniać – a z drugiej strony już tylko on. Myślę dziś o nim i nagle już wiem, że tak to właśnie ze mną jest. Ja go od zawsze szanuję za to, że on, jako jedyny, nie uległ. Bo gdyby i jego ogarnęła ta chwila słabości, to byłby jak oni wszyscy, tyle że może nieco bardziej zdolny. A ja bym te jego zdolności miał już dawno głęboko w nosie.

       





wtorek, 3 grudnia 2019

Na co komu Banaś?


        Nie wyobrażam sobie wprawdzie, by był tu ktoś, kto by nie znał nazwiska Banaś, albo komu nazwisko Banaś kojarzyło się wyłącznie z niegdysiejszym piłkarzem Górnika Zabrze, Janem Banasiem, na wszelki wypadek jednak przypomnę, że dziś mówimy o byłym ministrze finansów, a aktualnie szefem Najwyższej Izby Kontroli, Marianie Banasiu. Gdyby dalej ktoś nie wiedział, co z nim jest nie tak, spieszę wyjaśnić, że niesławna stacja TVN24, tuż po tym jak ów Banaś został skierowany przez Prawo i Sprawiedliwość na stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli, wyszperała w jego temacie jakieś kompromitujące zachowania, no i dziś, zgodnie z Konstytucją nie ma takiej ludzkiej siły, która, poza jego wolną i nieprzymuszoną wolą, mogłaby go z owej funkcji odwołać.
       Muszę oczywiście przyznać, że – swoją drogą głównie medialna – walka o to, by Banasia zmusić do rezygnacji z zajmowanego stanowiska jakoś tam mnie zajmuje, natomiast są dwie kwestie, które w tym całym zamieszaniu uważam za autentycznie warte uwagi. Otóż przede wszystkim nie jestem w stanie zrozumieć, jak to się dzieje, że nasza opozycja, co by o niej nie mówić, składająca się jednak z ludzi choćby politycznie doświadczonych, w ramach starań o odzyskanie władzy, nie była w stanie zaproponować niczego lepszego niż powtarzanie w nieskończoność jednego nazwiska, którego przede wszystkim większość Polaków nie zna, a które, nawet gdyby ktoś tam je rozpoznał, wywołałoby w nim co najwyżej wzruszenie ramion.
        Wraca tu wspomnienie niejakiego Misiewicza. Jest mi dziś bardzo trudno sobie przypomnieć, ile to miesięcy, czy może i lat ów Misiewicz był wałkowany na wszystkie możliwe strony, w jednym jedynym celu, by doprowadzić do upadku rząd Prawa i Sprawiedliwości, wiem natomiast, że jedynym tego widocznym efektem i tak było zaledwie to, że ów Misiewicz stał się bohaterem filmu Patryka Vegi, i podobnie jak ów film, ostatecznie odszedł w wieczne zapomnienie. Czy jest naprawdę tak bardzo trudno wyciągać wnioski? Czy to jest naprawdę takie trudne zrozumieć, że to wszystko wcale tak nie działa?
      No ale pojawia się w tym wszystkim coś znacznie ciekawszego. Otóż ja nie jestem w stanie wyjść z podziwu dla ludzi, którzy na dźwięk nazwy Najwyższa Izba Kontroli stają na baczność. Przepraszam bardzo, ale co to jest takiego szczególnego, że na widok tych trzech literek NIK, wszystkim nam po plecach przechodzi dreszcz szacunku. Wystarczy przecież zastanowić się nad samą tą nazwą, nad każdym z jej trzech członów, żeby dojść do wniosku, że to jest chyba jakiś żart. Jaka „izba”, jakiej „kontroli” i „najwyższa” w jakiej, przepraszam, konkurencji? Mamy przed sobą jakiś ciężki komunistyczny twór, którego jedyną realną zasługą w całej ostatniej historii Polski – czy nawet nie zasługą, ale zaledwie widocznym efektem istnienia – jest to, że media parę razy podały informacje o tym, że oni gdzieś tam coś skontrolowali, a następnie ogłosili. I to wszystko. Poza tym – zero. Nic. Przed nami się rozciąga jakaś kompletna fikcja, z kompletnie fikcyjną nazwą i udaje, że coś znaczy. I w tym wszystkim nagle pojawia się ów Banaś, który został tego czegoś prezesem i przez sam fakt piastowania tak rzekomo ważnego stanowiska, staje się osobą wręcz nietykalną, a to wszystko na wypadek, gdyby źli i skorumpowani politycy chcieli go z tej pozycji usunąć. Przepraszam jeszcze raz, ale co złych i skorumpowanych polityków obchodzi jakaś izba kontroli, choćby i najwyższa? Oni nie wystraszyli się trybunałów, sądów, prokuratorów, policji, służb jawnych i niejawnych, tu i w Brukseli, a mają się nagle zacząć bać jakiejś „izby kontroli”. Przecież to jest jakaś komedia.
        No i nagle pojawia się ten Banaś jako jakieś fatum, z którym jeśli Polska sobie nie poradzi, to możemy zacząć wygaszać oświetlenie. Otóż jeśli idzie o moje zdanie, to bardzo proszę wszystkich ekscytujących się tą kampanią o opamiętanie, a tych, którzy decydują o tym i o owym, o to, by tego całego Banasia zostawili w spokoju. Niech on sobie tam tej całej swojej izbie prezesuje, a jeśli mu będzie szczególnie zależało, to można mu to stanowisko przydzielić dożywotnio i w tej samej chwili o tym czymś zapomnieć. Przynajmniej do czasu aż Patryk Vega nakręci swój sześćdziesiąty siódmy film, tym razem oczywiście zatytułowany po prostu „Burdel pod Banasiem”.





poniedziałek, 2 grudnia 2019

Co tam panie nowego w książkach?


      Kolejna notka, do jakiej zdążyliśmy się tu przyzwyczaić, będzie, mam nadzieję, jutro, dziś natomiast chciałbym poinformować, że warszawskie targi mamy za sobą, no i przy tej okazji podzielić się paroma dość ciekawymi refleksjami. Otóż przede wszystkim, to co na mnie zrobiło wrażenie pierwsze i największe, to to, że chyba nigdy wcześniej – przynajmniej gdy chodzi o sobotę i niedzielę – tak wielu obcych ludzi nie zatrzymywało sie przy naszym stoisku i tak wielu nie kupowało naszych książek, nie mając wcześniej pojęcia o ich istnieniu. A to by świadczyć musiało o tym, że to co od wielu już lat dzieje się na rynku książki – dziś o tym na swoim blogu pisze Coryllus – zaczyna czytelnikom wychodzić uszami i wreszcie zaczyna się pojawiać zjawisko, dotychczas bardzo widoczne na rynku muzycznym – ludzie pragną czegoś innego. Sobota i niedziela – a to są z reguły dni, kiedy spotykam się z czytelnikami – to jest oczywiście czas bardziej obfity, nie przypominam sobie jednak, by wcześniej zdarzyło mi się sprzedać aż tyle książek osobom zupełnie mi nieznanym. Oni podchodzili, zatrzymywali się, patrzyli na tę naszą ledwie trzymającą się na tym malutkim stoliku ofertę, zadawali pytania, no i kupowali. Ale byli też, co ciekawe, i tacy, którzy, kiedy im zaczynałem opowiadać o tym, kim jesteśmy i o czym piszemy, kiwali głowami i informowali mnie, że oni to dobrze wiedzą i własnie dlatego przyszli.
       W tym roku moja osobista sytuacja była o tyle trudna, że z tych początkowo dziewięciu książek, które wydałem w Klinice Języka, zostały już tylko cztery, siłą rzeczy więc sprzedaż była nadzwyczaj ograniczona. A mimo to końcowy wynik miałem o wiele bardziej udany, niż przed rokiem, by już nie wspominać o wiosennych targach katolickich. No ale jest jeszcze coś. Otóż przez cały czas pojawiali się czytelnicy, którzy pytali o sprzedane już „39 wypraw na dziewiąty krąg” i było ich tylu, że Gabriel zmuszony był obiecać, że po Nowym Roku zamówi dodruk. Co być może jeszcze bardziej ciekawe, jeden z czytelników był tak zawiedziony, że postanowiłem mu znaleźć tę książkę na Allegro, obiecując, że tam ona pewnie będzie i to nawet tańsza, a tymczasem okazało się, że owszem, była, tyle że w cenie 96 zł. I to zrobiło na mnie kolejne wrażenie, szczególnie w odniesieniu do niedawno przeze mnie znalezionej w sklepie „Stokrotka” słynnej książki  o życiu rodziny Terlikowskich, za sześć złotych z groszami.
       No i na koniec jeszcze coś. Otóż nasz kolega Michał, który prowadzi bardzo piękną księgarnię w Warszawie pod nazwą „Foto Mag”, wyszperał gdzieś dwa ostatnie egzemplarze „39 wypraw” oraz pięć zupełnie już zapomnianego zbioru felietonów „O siedmiokilogramowym liściu”, przyniósł je na ten nasz stolik, a ja nawet się nie zorientowałem, kiedy i jeden i drugi tytuł zostały kupione. 
      Powtarzam więc, wygląda na to, że coś się zmienia i niewykluczone, że w efekcie tej zmiany ten dziś tak nieduży stolik będzie trzeba zdecydowanie powiększyć. I to jest z mojego punktu widzenia wiadomość znakomita.




Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...