czwartek, 27 grudnia 2018

Simple Twist of Fate


      Tak jak sobie to zresztą wcześniej wyobrażałem, moje dzieci sprawiły mi pod choinkę najnowszy winyl Boba Dylana zatytułowany „More Blood, More Tracks”. Zanim jednak przejdę do spraw naprawdę fascynujących, opowiem historię tych nagrań. Otóż w roku 1975 Bob Dylan wydał być może najważniejszą płytę w całej swojej karierze, zatytułowaną „Blood On The Tracks”, a wraz z tą płytą, właściwie jednocześnie, na rynku pojawił się bootleg zatytułowany „Blood On The Tapes - New York Acetates”, który przez wielu uznany został za „prawdziwe Blood On The Tracks”. W czym rzecz? Otóż nagrał Dylan swój album w Nowym Jorku, jednak w momencie gdy nagranie było już gotowe, za radą swojego brata, postanowił większość piosenek nagrać ponownie w zaprzyjaźnionym studio w Minnessocie, a nad ostatecznym kształtem tych nagrań czuwał ów drugi Dylan, oraz jego koledzy lokalni muzycy. Płyta się ukazała, została w jednej chwili uznana za dzieło najwyższej jakości, być może najlepsze w dotychczasowej karierze artysty, a tymczasem na czarnym rynku krążyły w najlepsze oryginalne taśmy.
      Od tego czasu świat posunął się dramatycznie do przodu, tamten bootleg zniknął z powierzchni ziemi, a i w ogóle płyty winylowe zostały zastąpione przez płyty kompaktowe, po pewnym czasie kompaktowe zostały wyparte przez wracające w chwale winyle, a sam Dylan zestarzał się i, jak się wydaje, już nigdy nie osiągnął poziomu geniuszu, jaki udało mu się zamieścić na tych parunastu zapisanych ścieżkach. Ale pojawił się też Internet, no i wraz z nim dzieło zostało dokończone. Oto dziś już ponad 10 temu znalazłem w Sieci owe nagrania wydane jako „Blood On The Tapes”, zanim one stamtąd zostały usunięte, ściągnąłem je sobie w postaci plików mp3, no i naturalnie przerzuciłem wszystko na płytkę CD. Po jakimś czasie postanowiłem, że skoro to jest tak dobre, zrobię z tego porządny bootleg, z okładką i całą odpowiednią oprawą i wystawię na ebayu. No i się zaczęło.
       Oczywiście bałem się, że ebay, czy bardziej może ludzie Dylana, zorientują się, co się dzieje, tę aukcję mi zwyczajnie usuną, jednak nic takiego się nie stało, a mój bootleg schodził jak ciepłe bułeczki. Tymczasem stało się coś, co wszystko to ustawiło w odpowiedniej perspektywie. Oto do Katowic przyjechali Jimmy Page i Robert Plant, ja jakimś cudem zdobyłem profesjonalny zapis ich koncertu w Spodku i, podobnie jak to miało wcześniej miejsce z Dylanem, pomyślałem, że zrobię z tego porządny bootleg i wystawię go na ebayu. Wystarczyło parę godzin, bym otrzymał od ebaya informację, że moja aukcja została usunięta i jeśli tylko spróbuję ją uruchomić ponownie, to mnie wyrzucą stamtąd na zbity pysk. W tej sytuacji grzecznie się podporządkowałem i pozostałem przy „Blood On The Tapes”.
       Nie wiem, ile tego sprzedałem, ale naprawdę bardzo dużo. Przez tę dziesięć lat do dziś po kilka egzemplarzy miesięcznie… Przepraszam, nie do końca do dziś. Oto właśnie okazało się, że Bob Dylan postanowił po latach wydać oryginalne wersje tamtych piosenek. Kiedy się o tym dowiedziałem, pomyślałem sobie, że to już w takim razie koniec tej przygody, i właśnie teraz, proszę sobie wyobrazić, dostałem pod choinkę od swoich dzieci ów winyl i, jak się okazuje, żadna z owych świeżo-wydanych ścieżek nie pokrywa się z tym, co znajduje się na moim bootlegu. Przygotowując swoją nową płytę - ciekawe swoją drogą, że pod wiele mówiącym nadtytułem „Bootleg Series” - Dylan bardzo mocno zadbał, by wersje tam się znajdujące były inne od tych, których można słuchać na moim bootlegu. Z tego co wiadomo powszechnie, w trakcie sesji nagraniowych Dylan bardzo niechętnie podchodził do powtarzania kolejnych ścieżek. Bywało tak, że jeśli któraś z piosenek wymagała ponownego podejścia, on wolał o niej zapomnieć, niż po raz drugi się z nią męczyć. A więc, siłą rzeczy tych wersji aż tak wiele nie było. I tu, jak się okazuje, na nowym oficjalnym bootlegu Dylana, każda ścieżka - z jednym wyjątkiem, choć i tu nie związanym z tym, co ja przed wielu laty znalazłem w Sieci - jest absolutnie oryginalna.
       Rozmawiałem jakiś czas temu z pewnym znajomym, którego uważam za eksperta, gdy chodzi o sprawy o których my tu dziś rozmawiamy i on mi powiedział, że on nie widzi takiej możliwości, by  Bob Dylan przez dziesięć lat nie zorientował się, że na ebayu jakiś Polak handluje jego nagraniami. A skoro się zorientował, to musiał tę moją produkcję potraktować, jako tzw. oficjalny bootleg i go zaakceptować.
       Siedzę więc sobie pisząc ten tekst, słucham tych nowych ścieżek oraz nowej krwi i z prawdziwą radością stwierdzam, że to jest jeszcze coś nowszego, i w żaden sposób gorszego, a potem zaglądam do poczty i znajduję informację, że właśnie ktoś z Finlandii kupił moje nowojorskie acetaty. Z radością i dumą.
Ewentualnie tu: k.osiejuk@gmail.com.

A tu, piosenka:






poniedziałek, 24 grudnia 2018

Ucieczka z kliniki w Krainie Grzybów



        Jak już wspominałem we wczorajszej notce, minione tygodnie, choć głównie spędzone na pisaniu drugiej części książki o języku angielskim, w najmniejszym stopniu nie wyłączyły mnie z tak zwanego życia, w związku z tym nie mogę powiedzieć, bym nie wiedział, jak się sprawy mają. A tu nie mogłem przegapić faktu, że oto własnie zmarł  słynny polski ginekolog Romulald Dębski, jak piszą ci co po nim płaczą, wybitny lekarz i humanista. No właśnie - humanista.
        Przeglądam internet w poszukiwaniu informacji na temat tego, co się stało i miedzy innymi znajduję tytuł „Zmarł prof. Romuald Dębski. Wybitnego lekarza znało wiele gwiazd. Teraz go żegnają. ‘Bardzo nam będzie Ciebie brakować’”, a tam zdjecie Profesora tulącego się do Agaty Młynarskiej i cytat: „Dziękuję Ci za to jak wspaniałym człowiekiem byłeś. Mądrym, kochanym lekarzem. Przyjacielem kobiet. Zapamiętam Twój upór w walce z ciemnotą, poczucie humoru, inteligencję, fachowość, luz, dystans, odwagę. Bardzo nam będzie Ciebie brakować. Żegnaj Profesorze...”
        Oczywiście owa „ciemnota” musi robić wrażenie. W końcu nie ma to jak lekarz, uparcie walczący z ciemnotą. Ponieważ jednak nie mamy czasu, by się nad tym zatrzymywać, lećmy dalej. A daję słowo, że jest co czytać. Choćby informacje na temat prywatnej kliniki śp. Profesora, dziś już tak osamotnionej, jednak wciąż pod starym adresem http://www.debskiclinic.pl/. To robi wrazenie, prawda? Dębski Clinic. Prawie jak therollingstones.com.   
        No dobra, dajmy mu już spokój. Zmarł człowiek, w dodatku „mądry, kochany lekarz gwiazd”, więc cóż tu więcej gadać. Może zatem zrobię coś, co niektórym z nas się nie podoba, ja jednak jestem pewien, że nie ma lepszego sposobu, by to wydarzenie skomentować. Przypomnę mianowicie swój stary już bardzo tekst sprzed lat. Bardzo proszę.
       
       Miniony tydzień spędziłem u siebie na wsi, z czego dwa dni z kuzynem - a tak naprawdę drugim bratem - który jest dla mnie prawdziwym źródłem wiedzy i inspiracji, jeśli idzie o zagadki życia i niestety również śmierci. Kuzyn mój jest wybitnym polskim ginekologiem, a jednocześnie jednym z czołowych obrońców życia poczętego. Jego pozycja zarówno w tak zwanej branży, jak i w środowiskach antyaborcyjnych, jest szeroko uznana i szanowana, poczynając lokalnie od kontaktu z pacjentkami, a w skali kraju na bezdyskusyjnie eksperckim poziomie.
        Oczywiście, mając dla siebie zaledwie te dwa dni, staraliśmy się ograniczać do tak zwanego czerpania z życia, jednak oczywiście nie udało się uniknąć bieżących tematów, w tym w pewnym sensie sprawy kluczowej, a więc jednego zapłodnienia in vitro, jednej odmowy morderstwa i jednej ponurej zemsty. Odpowiedział mi mój kuzyn szereg niezwykle poruszających historii, z których jedną chciałbym tu powtórzyć.
        Otóż któregoś dnia zgłosiła się do niego kobieta, a on podczas rutynowego badania wykrył u dziecka ciężką, dziś wciąż niestety nieuleczalną, chorobę serca, poinformował ją, że dziecko, jeśli nawet urodzi się żywe, żyć będzie bardzo krótko i prawdopodobnie te miesiące będą dla niego, dla niej i dla całej rodziny bardzo ciężkie. Jednocześnie, tak jak to robił już w życiu wielokrotnie, bardzo mocno, używając całej swojej wiedzy i wrażliwości, przekonywał ją, by była dzielna i urodziła. Bez rezultatu. Kobieta najpierw się kłóciła, potem dostała cholery, w końcu się obraziła i wyszła trzaskając drzwiami.
         Następnym razem kuzyn mój spotkał tę kobietę po ponad dwóch latach. Przyszła do niego ponownie i opowiedziała mu swoją historię. Otóż kiedy od niego tamtego dnia wyszła, udała się prosto do Warszawy, do znanego nam dziś już wszystkim szpitala kierowanego przez słynnego doktora Romualda Dębskiego, by ten zabił jej dziecko. I proszę sobie wyobrazić, że tam, już na miejscu, po tym jak odbyła serię rozmów z pacjentkami, z aborcji zrezygnowała i postanowiła że jednak swoje dziecko urodzi. Cóż zatem takiego ona tam usłyszała? Co jej opowiedziały tamte kobiety? Jedną mianowicie rzecz: że oto w szpitalu dr Dębskiego panuje atmosfera, gdzie współczucie nie istnieje. Tam nie ma ani współczucia, ani litości, ani śladu miłości. Tam kobiety, które się zgłosiły by przerwać ciążę, traktowane są przez wszystkich, zaczynając na lekarzach, a kończąc na pielęgniarkach, jak towar. Tam króluje smutek i wieczna samotność. Nie wiem, co dokładnie one tej kobiecie opowiadały, ale ów obraz musiał być na tyle plastyczny, że ona wzięła nogi za pas i stamtąd zwyczajnie uciekła, a po kilku miesiącach urodziła dziewczynkę. Bardzo biedną i bardzo chorą.
        Opowiedziała owa kobieta mojemu kuzynowi, że ona już wcześniej miała troje synów, którzy pojawienie się siostry potraktowali z największą radością i poświęceniem. A więc przez kolejne miesiące wszyscy trzej ją bezgranicznie kochali, opiekowali się nią, ale co może nie najmniej ważne, jej z pełnym oddaniem służyli. Do tego stopnia, że kiedy już była odpowiednio duża, okazało się, że to ona jest w tej rodzinie szefem. Oczywiście, wciąż będąc dzieckiem bardzo chorym, kursowała stale między domem a szpitalem, niemniej była dzieckiem bardzo szczęśliwym i, jak już wspomniałem, sprawiała, że szczęśliwy był ten dom. Tak opowiadała tę historię mojemu kuzynowi owa kobieta.
         Któregoś dnia, kiedy dziewczynka miała mniej więcej półtora roku, serce jej ostatecznie nie wytrzymało i umarła. Umarła swojej mamie na rękach, przytulona do jej z kolei serca, otoczona miłością swojej rodziny, w tym owych trzech braci, którzy już wtedy świata poza nią nie widzieli. Jak relacjonuje matka, najstarszy syn do dziś mówi, że on by bardzo chciał, by jego siostra była pochowana w domowym ogródku, a nie na odległym cmentarzu.
         I przyszła owa kobieta do mojego kuzyna po dwóch latach, by mu podziękować za to, że w pewnym momencie on, jako jedyny, powiedział jej, że tu tak naprawdę chodzi być może tylko o to, by móc dziecku założyć czapeczkę na głowę i je ochrzcić. Podziękować mu za to, że tak bardzo zadbał o jej córeczkę wtedy, gdy nikt inny tego zrobić nie chciał, albo nie potrafił, i jakoś tam pewnie pomógł jej zachować to życie.
          Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jak głęboka i wzruszająca jest ta opowieść. Wiem, że tu właściwie niepotrzebne jest jakiekolwiek kolejne słowo. Nie mam wątpliwości, że w tak zwanej dyskusji nad prawną dopuszczalnością aborcji, najpierw obraz tych dzieci, owych trzech chłopców i ich siostry, a następnie ten kolejny, kiedy to dziecko umiera w objęciach swojej matki, musi stanowić argument ostateczny, ja jednak chciałbym dodać coś jeszcze, i tu niestety nie zaznamy już spokoju. Otóż mój kuzyn, człowiek, jak mówię, z pozycją w branży niepodważalną, zna ich obu osobiście: zarówno doktora Romualda Dębskiego, jak i naszego dziś bohatera – doktora Bogdana Chazana i mówi mi z uśmiechem, niemal na jednym oddechu, że Dębski to jest fantastyczny lekarz i kolega, człowiek niezwykle sympatyczny, uczynny, zawsze gotowy do tego, by służyć pomocą. Dębski to zdaniem mojego kuzyna świetny gość. W odróżnieniu od dr Chazana, którego on zna równie dobrze, i niestety czasem aż za dobrze.
         Ktoś się zapewne w tym momencie na mnie oburzy i zapyta, po ciężką cholerę ja to powiedziałem? Po co, kiedy wszystko było już takie proste (i tak piękne), ja to postanowiłem jednym głupim akapitem zepsuć? Otóż ja niczego nie zepsułem. Wszystko co dotychczas się zdarzyło, zdarzyło się naprawdę. Ja ani jednego fragmentu tej historii przez to nie unieważniłem. A że mamy wszyscy w tym momencie kłopot, to dla mnie nawet lepiej. Przynajmniej nie czuję się taki samotny.
         I oto wspomniany tekst. No a dziś stoimy wciąż w obliczy śmierci prawdziwego humanisty, człowieka - jak wszyscy humaniści, a ktoś złośliwy powiedziałby, że również jak wszyscy alkoholicy - nadzwyczaj miłego i serdecznego. A ja już się tylko pytam, czy słyszać ten wrzask?

Przed nami kolejna przerwa. Tym razem świąteczna. Niech Dobry Bóg, który zszedł do nas tu na Ziemię jako biedne, maleńkie dziecko, by nas wyrwać z rąk Złego, wspiera nas wszystkich w naszej drodze do Jego nieskończonego miłosierdzia.


niedziela, 23 grudnia 2018

Czy Redaktor Gmyz uczy redakcję Wiadomości niemieckiego?



      Jak wiemy, przez to, że większą część wolnego czasu musiałem przeznaczyć na pisanie książki, która spadła mi na głowę niemal równie niespodziewanie jak większości z nas, przez parę ostatnich tygodni ten blog raczej świecił pustkami. Nie oznacza to oczywiście, że przez ten czas w ogóle wyłączyłem się z życia i owe tygodnie to dla mnie, gdy chodzi o Polskę i świat to czas stracony. Z dumą na przykład przyznaję, że tak jak przez niemal dziesięć lat, dzień w dzień, potrafiłem wręcz oddychać tym co mi próbowała powiedzieć telewizja TVN24, i jak niektórzy z nas pamiętają, z owej niezwykłej terapii regularnie zdawałem tu sprawę, tak dziś staram się bardzo, by nie przegapić choćby jednego wydania Dziennika Telewizyjnego… przepraszam bardzo, Wiadomości TVP.
     Nie mogłem też zatem nie zauważyć, jak przez miniony tydzień, nasi spece od propagandy  z najwyższą satysfakcją i równie wielkim napięciem, informują o tym, jak to na zgniłym zachodzie, w ramach walki z chrześcijańską cywilizacją, niemiecka polityk, minister do spraw integracji w rządzie kanlerz Merkel, niejaka Anette Widmann-Mauz, złożyła Niemcom na Twitterze życzenia świąteczne, jednak w taki sposób, by jednym słowem nie wspomnieć o jakie święta chodzi. Zachowanie owej Widmann do tego stopnia wzburzyło redaktorów TVP, że oni zadali sobie trud by przeszukać jej polityczną historię i zobaczyć jak to ona wcześniej składała swiateczne życzenia zarówno żydom jak i muzułmanom i wówczas nie bała się wspominać o religijnym sensie tych świąt.
      Pisałem tę książkę, więc się szczególnie na owej informacji nie skupiłem, zakładając zresztą, że ona faktycznie mogła się zachować tak jak to opisują Wiadomości, bo w końcu… czemu nie? Dopiero wczoraj więc, kiedy już ubraliśmy choinkę i wysprzątalismy kolejny fragment mieszkania, zajrzeliśmy do telewizora, a tam - po raz 37 w ciągu ostatnich kilku dni TVP opowiedziała nam o świątecznych życzeniach Anette Widmann-Mauz. Języka niemieckiego nie znam, i to nie znam do tego stopnia, że wręcz demonstracyjnie odmawiam nauczenia się z niego czegoś ponad zwrot „Arbeit Macht Frei”, natomiast moja żona, osoba ambitna, uczona i pozbawiona jakichkolwiek uprzedzeń, wysłuchała owej wiadomości i aż podskoczyła z wrażenia. Proszę zatem popatrzeć na wspomniany twit:
       „Fröhliche Weihnachten allen in Deutschland
       Ihr Anette Widman-Mauz”
       Skąd reakcja mojej żony? Otóż proszę sobie wyobrazić, że ona, mimo że język niemiecki zna jedynie minimalnie lepiej ode mnie, jak się okazuje, wie znakomicie, że niemieckie Fröhliche Weihnachten, podobnie jak francuskie Joyeux Noël, angielskie Merry Christmas, czy włoskie Buon Natale, czy wreszcie polskie Wesołych Świąt - gdzie, co warto zauważyć, nie ma ani słowa o Jezusie i chrześcijaństwie - to jak najbardziej tradycyjna forma życzeń bożonarodzeniowych. Jak się jednak okazuje, mimo że to ten akurat fragment życzeń Widmann-Mauz TVP eksponuje najbardziej, nie o to chodzi. Otóż rzecz w tym, że ona do tych życzeń dołączyła zdjecie faktycznie szczególnej kartki światecznej, całej białej, bez jednego obrazka, tyle że z życzeniami szczęśliwego „Zeit” oraz „neue Jahr” dla niechrześcijan.
        Gdybym ja miał tę demonstrację oceniać, to bym uznał, że ta Mauz to zdecydowanie nasz człowiek i że sam bym nie potrafił wymyślić bardziej czytelnego i złośliwego, a jednocześnie dyskretnego sposobu dokuczenia ludziom, dla których Święta Bożego Narodzenia to zaledwie biała kartka papieru. No ale, jak się okazuje, nawet wśród kolegów polityków  pani minister pojawiły się kontrowersje i część z nich postanowiła zrugać ją za brak chrześcijańskiej wrażliwości.
        Ja jednak dołożyłem do tego swoje trzy grosze i dowiedziawszy się tego, czyego się dowiedziałem, pomyślałem, że może dobrze by było sprawdzić, co to Fröhliche Weihnachten tak naprawdę oznacza dokładnie. Proszę zatem uprzejmie: fröhliche tłumaczymy na język polski jako nasze „radosny”, nacht to „noc”, no a skoro noc, to oczywiście dobrze byłoby wiedzieć jaka to noc, no i w tym momencie pojawia się słowo weih, czyli, jak podaje google translate, nic, jeśli jednak zanużyć się w temat głębiej, to okaże się, że to jest ni mmiej ni więcej jak… przeistoczenie. A zatem, wyglada na to, że niemiecka polityk Anette Widmann-Mauz - niezależnie od tego, co z niej za ziółko poza tym wszystkim - nie zrobiła absolutnie nic co warte by było naszej uwagi, pomijając może to, że w tym kompletnie ogłupiałym świecie Zachodu, znalazła czas i chęci, by „wszystkim mieszkańcom Niemiec” złożyć życzenia z okazji narodzenia Pana i w dodatku uczynić to w takiej formie, w jakiej zapewne mógłby to zrobić sam papież Benedykt XVI. Oczywiście, dołączyła do tego również ową dziwną kartkę, tyle że ja sobie nie wyobrażam, żeby ona - skoro już jest tym ministrem do spraw integracji w niemieckim rządzie - tym wszystkim Żydom, Turkom, Arabom, Murzynom z Somalii czy Erytrei, a przede wszystkim całej tej bandzie Niemców, którzy chrześcijaństwa zwyczajnie nienawidzą, zademonstrowała swój brak zainteresowania, względnie życzyła im błogosławieństwa Dzieciątka Jezus.
       Jak mówię, języka niemieckiego nie znam i nawet jeśli coś tam z niego rozumiem, to - podobnie jak Francuzi z językiem angielskim - uważam za punkt swego honoru udawać, że o tym mowy być nie może. A zatem owo fröhliche Weihnachten pozostałoby dla mnie wyłącznie niemieckim bełkotem, gdyby nie moja żona i jej nauka. W tej sytuacji chciałbym jednak temat pociągnąć i zauważyć, że władze publicznej telewizji nie dość że bawią się brzydko, to w dodatku niebezpiecznie. Jeśli oni uważają, że w ten sposób będą mogli ciągnąć w nieskończoność, a przynajmniej do czasu aż premier Morawiecki uczyni z Polski kraj mlekiem i miodem płynący, to są w głębokim błędzie. Prędzej czy później bowiem ktoś tego nie wytrzyma, a po tym kimś pójdą następni i wszystko to nagle jasny szlag trafi.
      I proszę, niech oni mi nie tłumaczą, że zachowanie Mauz wzburzyło również samych Niemców, w tym nawet pewnej jej partyjnej koleżanki. Ja mam głeboko w nosie, do jakiego rodzaju konfliktów dochodzi w Niemczech w czasach kryzysu i walki o władzę. To jest ich problem i uważam za kompletny idiotyzm podłączanie się do czegoś co w ogóle nie jest naszym problemem, stając nagle po stronie Niemców, których regligijność - choćby oni nie wiadomo jak bardzo by się oburzali dziś na tę swoją minister - ja, jako polski faszysta, kwestionuję.
       Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Otóż ja bym chciał wiedzieć, kto tam z nich stoi za tym niezwyłym newsem. Czy to możliwe, że oni wiedzą doskonale, że to w gruncie rzeczy jest najbardziej chamski fejk, tyle że w ich rozumieniu, interes Kraju w odpowiedzi na szczególne zachowania wroga wymaga stosowania szczególnych metod? Nie sądzę. Ja wiem, że z nimi nie jest za dobrze, jednak nie na tyle źle, by od tego mieli aż tak zgłupieć. Mam natomiast bardzo silne podejrzenie, że za tym przekrętem stoi nie kto inny jak niemiecki korespondent Wiadomości, Cezary Gmyz, a więc człowiek, który, jak znam życie, jako jedyny z nich włada tym szczególnym językiem. A tu mamy problem kolejny. Otóż on z całą pewnością wie, jak jest. A skoro tak, to najwyższy czas, by przestać go lekceważyć. Gmyz to nie jest zwykły idiota.


Gdy chodzi o książkę, jak już wiemy, ona jest skończona. Pozostaje wymyślić odpowiedni tytuł, no i okładkę, która zrobi równie duże wrażenie. Do końca roku jednak sprawę przekażę Coryllusowi i będziemy czekać. Mam nadzieje, że niezbyt długo.
Tymczasem, zachęcam do kupowania tego, co już jest. Naprawde warto. Kto zna adres ten zna, kto nie, ten nie musi się czuć adresatem tego apelu.


piątek, 21 grudnia 2018

Gdy anioł mówi nie wygłupiaj się i prawda zwycięża


Z prawdziwą radością i satysfakcją chciałbym poinformowac, że właśnie skończyłem pisać swoją nową książkę i jeśli ktoś myśli, że skoro zajęło mi to zaledwie 3 tygodnie, to znaczy, że wynik będzie mizerny, to jest w błędzie. Oczywiście to, że komuś ona się może nie spodobać, jest możliwe, ale osobiście powiem, że czegoś takiego sobie nie wyobrażam. Oczywiście jeszcze muszę to wszystko przejrzeć, tam gdzie trzeba, ulepszyć, poprawić, no i dodać fajne tytuły, których wciąż w większości jeszcze nie ma, i będę mógł powiedzieć, że przynajmniej wobec siebie pozostaję uczciwy.
Tymczasem przedstawiam swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. 444 słowa jak zawsze i w ogole wszystko jak zawsze.   


       Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że śląski artysta estradowy Józef Skrzek zdecydował się oddać order, jaki otrzymał za swoje zasługi dla polskiej kultury od prezydenta RP Andrzeja Dudy. Wiadomośc była o tyle wstrząsająca, że wielu z nas jakoś umknęła informacja pierwsza, że Skrzek jakikolwiek medal w ogóle dostał, no ale fakt był oczywisty, potwierdzony w dodatku przez samego Skrzeka w jego komentarzu na Twitterze:
     „Dziękuję wszystkim za wyrozumiałość, przepraszam za rozczarowania. Oddaję medal…”.
     Wprawdzie dziś dla młodszego pokolenia Józef Skrzek, a tym bardziej jego oryginalny zespół SBB, jest czymś równie zamierzchłym i nie zaśmiecającym pamięci jak, nie przymierzając, Lech Wałęsa, przyjęcie przez Skrzeka medalu od Dudy, stanowiło  dla jego kolegów z branży i części starszych wielkiem fanów, taki wstrząs, że jak się dziś możemy domyślać, ten biedak został poddany takiej towarzyskiej presji, że zwyczajnie stracił równowagę.
       Wiemy też już dziś, że prawdopodobnie w tym momencie w Skrzeku zaczęli walczyć Anioł z Szatanem, gdzie Anioł mu szeptał: „Nie wygłupiaj się”, a Szatan warczał: „Nie rób wstydu” i wreszcie dobro wygrało i Artysta opublikował na tym samym Twitterze wyznanie kolejne:
      „Oświadczam, że nigdy nie zamierzałem oddać medalu Stulecia Odzyskanej Niepodległości. Od samego początku zamierzałem przekazać to odznaczenie Szkole Podstawowej nr 13 w Siemianowicach Śląskich, patronem tej szkoły jest Józef Skrzek, mój stryj, harcerz i oficer Wojska Polskiego”.
      A ja już mam tylko dwie refleksje, obie bardzo radosne. Przede wszystkim uważam, że bardzo dobrze się stało, że Józef Skrzek się ostatecznie zreflektował i odnalazł w sobie siłę, by się sprzeciwić terrorowi bandy antypolskich wariatów, choćby dlatego, że byłoby mu bardzo niezręcznie musieć się nagle tłumaczyć, dlaczego dziś unosi się honorem wobec Prezydenta RP, podczas gdy wcześniej, przez całe lata robił muzyczną karierę na tekstach pisanych pod pseudonimem Julian Matej przez kapitana SB Romualda Skopowskiego.
      Gdyby ktoś nie wiedział, służę informacją. Skopkowski ukończył półroczne szkolenie operacyjne w Wyższej Szkole Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego przy Radzie Ministrów ZSRR im. F. Dzierżyńskiego, zaliczył m.in. wykłady z kontrwywiadowczej działalności organów bezpieczeństwa w ZSRR, wywiadów państw kapitalistycznych oraz ich wrogiej działalności przeciw państwom socjalistycznym, jak również zyskał też podstawy tak zwanej psychologii operacyjnej.
      W czasie gdy zespół SBB robi europejską karierę, wykonując teksty Skopkowskiego, ten, jak czytamy w informacji IPN, „w 1973 r., po powrocie z Moskwy, zostaje na cztery lata naczelnikiem Wydziału "C", czyli archiwum SB w Katowicach. SB prowadziła wtedy sprawę o kryptonimie Wydawnictwo, monitorując wydawnictwo "Śląsk". Potem pokonuje kolejny szczebel kariery - w 1977 r. zostaje szefem Wydziału III A katowickiej bezpieki”.
       Więc to zwycięstwo to pierwsza dobra wiadomość. Druga jest taka, że skoro Skrzek odnalazł w sobię tę moc, to znaczy, że oni ją powoli tracą. I niech nas ta wiadomość radośnie prowadzi ku Świętom.


    

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Dla Górników z Wujka




Z czasów, kiedy jeszcze publikowałem swoje teksty w Salonie24, wspominam blogera, który regularnie, w każdą rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, zamieszczał tam swój jeden i wciąż ten sam tekst, a ja pamiętam, że za każdym razem gdy go czytałem, byłem pod jego wielkim wrażeniem. On naturalnie publikował też inne teksty, żaden z nich jednak nie był nawet w drobnej swojej części tak poruszający, jak ten, który dziś wciąż tak bardzo mam w głowie.
Nie wiem, czemu on to robił. Czy to dlatego, że temat go tak ujął, czy może miał świadomość, że nigdy wcześniej, ale też już nigdy później czegoś tak dobrego nie napisze, jak mówię, nie wiem, ja jednak mam dziś odpowiedni bardzo nastrój, by zrobić coś podobnego, a więc przypomnieć swoją notkę sprzed lat, napisaną dla uczczenia pamięci Górników z Wujka. Mam mocne poczucie, że ten akurat rok, kiedy władze Warszawy postanowiły usunąć tablicę upamiętniającą owych dziewięciu męczenników, jest w sam raz, by tamten tekst odtworzyć ponownie.

      Kiedy się myśli o Kopalni „Wujek”, można sobie wyobrażać, że to jest miejsce robiące wrażenie już na pierwszy rzut oka, tymczasem prawda jest taka, że tam naprawdę nie ma nic ciekawego. Są te dwa kominy, podwójny krzyż, pomnik z dziewięcioma krzyżami, jest ten mur, na nim pamiątkowe tablice, dalej główny budynek kopalni z napisem „Kopalnia Wujek”, a przed murem te dziwne pudełkowate domy, w których wciąż jeszcze mieszkają ludzie, pamiętający tamten grudzień sprzed 30 lat. To jest naprawdę mało ciekawe miejsce. A zatem, kiedy się tam idzie po raz drugi i trzeci, to właściwie nie ma na co patrzeć i czym się wzruszać, w związku z czym tam się głównie przychodzi i odchodzi. Jak ktoś ma ochotę, robi jeszcze zdjęcie. Ale można też sobie usiąść na pobliskim murku i pogapić się w ten mur i ten napis: „Kopalnia Wujek”. No a potem, jeśli się ma czas i człowiek nigdzie się nie spieszy, można też zajść do pobliskiego muzeum i od razu zobaczyć, że tam jest tak samo mniej więcej skromnie, jak na zewnątrz i tak samo jak na zewnątrz nie ma co liczyć na to, że się usłyszy choćby pojedynczy krzyk. Znajdziemy tam klasyczną izbę pamięci z kilkoma zdjęciami, makietą terenu kopalni z dnia szturmu, jednym przestrzelonym kaskiem, figurą zomowca w pełnym rynsztunku i tą salą projekcyjną, gdzie się wyświetla dokument o tym, jak to swego czasu polskie państwo zabiło dziewięciu górników.
      Ale można tam też przy odrobinie szczęścia spotkać człowieka nazwiskiem Stanisław Płatek, który może nam opowiedzieć o tamtym dniu dokładnie tak jak go zapamiętał, a zapamiętał bardzo dobrze. Otóż kiedy na „Wujku” wybuchł strajk, on miał trzydzieści lat, żonę i syna i w krytycznym momencie, kiedy się pochylał nad rannym kolegą, został trafiony w ramię zomowską kulą i to pewnie uratowało mu życie, bo gdyby nie zwrócił uwagi na kolegę, ale zajmował się sobą, dostałby z boku w okolice brzucha i dziś nie opowiadałby nam o 16 grudnia 1981 roku.  
       A tak opowiada nam Stanisław Płatek, że w sumie w tamtych starciach brało udział 3 tysiące górników, że z tych dziewięciu, pięciu dostało w głowę, a dwóch w serce, i że jak go wieźli karetką pogotowia, to milicja karetkę zatrzymała, wyciągnęli go stamtąd i on pamięta, jak przed nim stanął wysoki bardzo milicjant i chciał mu wlać, ale między milicjanta a niego wszedł wojskowy lekarz i go przed tym ciosem zasłonił.
      A my sobie nagle uświadomimy, że te 3 tys. ludzi, to nie byle co. To musiała być walka, jakiej współczesny świat nie widział. 3 tys. ludzi – takiego starcia nie było nawet w Powstaniu Warszawskim. Proszę pamiętajmy o tym, kiedy będziemy wspominać tamten dzień, bo to jest coś. To jest naprawdę coś.



Książka się pisze. Powinna być na nowy rok gotowa. Dziękuję za wsparcie.


piątek, 14 grudnia 2018

Zmiana warty, czyli bitwa rozdzieranych koszul

Żeby nie przedłużać przerwy, która została wymuszona przez pracę nad nową książką, dziś już przedstawiam swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. I może jeszcze bardzo pouczająca anegdota. Otóż wysłałem ten tekst Piotrowi Bachurskiemu, a on mi odpisał w następujący między innymi sposób:
„Jesteśmy niezależną gazetą więc mamy prawo do własnej oceny. W Gazecie Polskiej taki tekst nie mógłby się ukazać”.
Bardzo zachęcam.
         

      Myślę, że większość z nas ma świadomość pozycji, jaką w Prawie i Sprawiedliwości zajmuje Jarosław Kaczyński. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że jest on prezesem partii, czy nawet tak zwanym kingmakerem, bo to jest nomen omen oczywista oczywistość. Kiedy mówię o pozycji, mam na myśli to, że tam przede wszystkim każdy chyba zdaje sobie sprawę z tego, że gdy jego zabraknie, partia w jednej chwili przestanie istnieć. I stanie się tak nawet wtedy, jeśli on odpowiednio wcześniej wyznaczy swojego następcę. Myślę też, że ci z nas, którzy interesują się krajową polityką na tyle by wiedzieć, jak ona jest zbudowana i jak funkcjonuje, nie raz mieli okazję zadumać się i nad tym, jak bardzo w gruncie rzeczy Prawo i Sprawiedliwość jest kolosem na dwóch nogach, które nawet jeśli nigdy nie były gliniane, to przez ten nieprawdopodobny wysiłek któregoś dnia mogą dłużej już nie dać rady utrzymać tego, co je tak strasznie wyczerpuje. Bo prawda jest taka, że to wszystko może runąć jeszcze zanim Prezes ogłosi swoje odejście.
      Skąd te ponure refleksje? Otóż oglądałem parę dni temu tę część posiedzenia Parlamentarnego Klubu Prawa i Sprawiedliwości, gdzie Jarosław Kaczyński zwrócił się ze słowem również do nas przed telewizorami. I wcale nie chcę tu komentować tego, co było treścią jego wystąpienia, choć mam wrażenie, że ono zawierało również aluzję do tego, o czym napisałem wcześniej; że z tych słów przebijała dość wyraźnie troska o to, co będzie dalej. Ale, jak mówię, nie to moim zdaniem zasługuje na naszą największą uwagę. To bowiem, co rzuciło mi sięw oczy to organizacja sceny oraz publiczności, oraz zachowanie tych wyróżnionych krzesłem w pierwszym rzędzie.
       Oto mamy tak zwany stół prezydialny z marszałkami Sejmu  i Senatu, mównicę z Prezesem, a przed sceną rząd wspomnianych krzeseł, gdzie siedzą sami wybrani, a więc Premier, ministrowie i najważniejsi posłowie… i każdy ich gest, każde spojrzenie wskazuje na to, że oni są z jednej strony przerażeni myślą, że kolejny dzień może sprawić, że ten układ się nagle zmieni, a z drugiej, każdy z nich wręcz staje na głowie, by się broń Boże się nie zagapić i nie spóźnić z brawami dla kolejnej myśli Prezesa.
       Ja rozumiem, że mamy spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami gdzieś w terenie i ludzie, którzy tam przyszli co chwilę biją brawo, a niekiedy nawet wznoszą pełne entuzjazmu okrzyki. Sytuacja kiedy robi to premier rządu i jego ministrowie, to nie są już proste emocje, ale czyste lizusostwo. Sytuacja, kiedy Minister Spraw Wewnętrznych gwałtownie odkłada na kolano telefon, by wznieść jak należy dłonie do oklasków, budzi wyłącznie zażenowanie i każe się zastanawiać nad tym, co oni, przepraszam, ale szykują.
      Tym bardziej czarno widzę moment, kiedy on odejdzie. Już słyszę ten dźwięk rozdzieranych koszul.

Moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag tuż przy stacji metra Stokłosy w Warszawie, no i ewentualnie tu: k.osiejuk@gmail.com. Naprawdę warto.

środa, 12 grudnia 2018

Siedem krótkich kawałków w paskudnym mokrym śniegu


Dziś może przedstawię kolejną część swoich krótkich kawałków z cyklu „Wezwani do tablicy”, które publikuję raz na dwa tygodnie w piśmie Piotra bachurskiego „Polska Niepodległa”. Bardzo polecam.



Kto chce wierzyć, niech wierzy, kto nie, niech spędza dzień w spokoju, faktem jest jednak to, że do jakże licznej już grupy komentujących politykę celebrytów dołączyła siostra Irena, skądinąd znana jako Krzysztof Materna, konferansjer i komik. Pojawił się zatem na scenie Krzysztof Materna i natychmiast ogłosił co następuje:
„Wie pan, wszedłem już w tryb asertywności w stosunku do tego, co się dzieje, bo denerwowanie się i antagonizowanie nic mi nie daje. W związku z tym ani się swoich poglądów nie wstydzę i wyrażam je tam, gdzie mogę, ani nie robię tego w sposób nienawistny. Bardziej z pewnego dystansu. Nie jestem bojownikiem, nie uważam się za eksperta gospodarczego ani za kogoś, kto ma we wszystkim rację. Oczywiście mam wiele pretensji do tych, którzy rządzą naszym krajem.
O kłamstwo, obłudę, cynizm, arogancję, chęć zemsty. O wszystko to, co jest takie straszliwie prymitywne, mimo że wiem, iż polityka polega także na oszustwie. Najbardziej się jednak dziwię, że tylu ludzi w Polsce jest tak naiwnych, iż dają sobą manipulować”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że kogoś, kto zaczyna swoją wypowiedź od zapewnienia, że w nim nie ma za grosz nienawiści, należy traktować ze zdwojoną ostrożnością, niemniej ta eksplozja wściekłości robi nawet na mnie wrażenie. Pomyślmy bowiem, jaki to jest niezwykły zestaw: z jednej strony nie znający nienawiści Materna, z drugiej ludzie kłamliwi, obłudni, cyniczni, aroganccy i kipiący pragnieniem zemsty, a z boku my - banda naiwnych durniów, pozwalających sobą manipulować.

***

Jak się jednak okazuje, Krzysztof Materna ma wszelkie powody, by się denerwować. Jak nam wyjaśnia w tym samym wywiadzie, jego ból wynika z tego, że mu autentycznie pęka serce ze zmartwienia, jak jego dzieci, które „wchodzą obecnie w dorosłe życie będą się miały w tej Polsce która jest taka, jaka jest”.
No, doprawdy chciałbym bardzo, lecz nie wiem, jak mogę pocieszyć naszą gwiazdę. Znalazłem jednak ostatnio zupełnie niezależnie dwie informacje, które być może przyniosą jakąś pociechę. Oto okazuje się, że w 2016 roku do Krzysztofa Materny zgłosił się dziennikarz, 49-letni Jacek Bazan i oświadczył, że jest nieślubnym synem Materny. Materna senior zrobił odpowiednie badania i okazało się, że Bazan faktycznie jest jego dzieckiem, co tatuś przyjął z radością, bo zawsze jest dobrze dowiedzieć się, że ma się syna. Mało tego, jak podają media, również córka Materny wystąpiła publicznie i to w sukni, która odsłaniała jej pępek i - pardon me french - cycki, i to jej przyniosło ogólnopolską sławę, co również powinno cieszyć dumnego tatę, bo cóż jest piękniejszego niż to, że dzieciom się powodzi?
W tej sytuacji jednak mam radę dla konferansjera Materny. Niech on się aż tak bardzo nie martwi. Dzieci z pewnością sobie dadzą radę. Nawet wśród ludzi kłamliwych, obłudnych, cynicznych i aroganckich.

***

Ja wiem, że to wygląda trochę głupio, kiedy inspiracją dla dzisiejszego odcinka „Wezwanych do tablicy” staje się nagle ktoś na miarę Krzysztofa Materny, zapewniam jednak, że już kończę. Rzecz w tym jednak, że we wspomnianym wywiadzie, Materna, próbując nam pokazać, jaki jest młody, otwarty, pełen pozytywnych wibracji, mówi tak:
„Wie pan, czasem czuję się, jakbym miał lat 40, a kiedy indziej nawet 30. Mam absolutnie młody stosunek do świata. Jestem tego świata ciekawy i staram się go rozumieć. Lubię młodą twórczość. Słucham Dawida Podsiadły, Organka, Taco Hemingwaya. Współpracuję z Jimkiem, utalentowanym kompozytorem i dyrygentem młodego pokolenia, świetnie się z nim rozumiem, lubię posłuchać kunsztu śpiewającego Mariana Opanii. Chodzę i do teatru Krystyny Jandy, i jestem zafascynowany teatrem Warlikowskiego”.
Przepraszam bardzo, ale w momencie gdy na tej liście pojawił się teatr Krystyny Jandy, to mi już zabrakło argumentów. W sumie jednak ciekawe, że Krzysztof Materna nie wspomniał przy okazji o sztuce aktorskiej Anny Nehrebeckiej.

***

A propos aktorów, jak wiele wskazuje, „Gazeta Wyborcza” już wkrótce ogłosi kolejną żałobą narodową - a z pewnością nie ostatnią w tych latach - bo, jak się dowiadujemy, w bardzo cięzkim stanie przebywa w szpitalu dziś już niemal 90-letni Kazimierz Kutz, mistrz hejtu, który tak zgrabnie ukształtował naszą dzisiejszą rzeczywistość,  i różnego rodzaju fan cluby wbitnego reżysera i polityka wzywają do wsparcia wybitnego syna Ziemi Śląskiej w trudnych chwilach. W jaki sposób to mamy robić pozostaje zagadką, natomiast ja tu dziś się zastanawiam, jak sobie poradzi w tej nowej sytuacji redakcja regionalnego wydania „Gazety Wyborczej”. Z tego co miałem okazję zaobserwać, dotychczasową sprzedaż na Śląsku nakręcał im cotygodniowy felieton mistrza Kutza, no a kiedy jego zabraknie, to kto tam się pojawi? Krzysztof Materna, czy Anna Nehrebecka?

***
A może nie trzeba nam mierzyć tak nisko i wypadałoby postawić na samego Romana Giertycha. Może to on, kiedy już opadnie kurz, zostanie felietonistą katowickiego wydania „Gazety Wyborczej”? Skąd taka myśl? Otóż powrócił ów dzielny mąż na czołówki medialnych doniesień w związku z próbą dealu między bankierem Czarneckim, a państwowym urzędnikiem Chrzanowskim i w ramach zwykłej propagandowej napieprzanki między stronami, ni stąd ni z owąd okazało się, że zawodowy sukces Giertycha opiera się wyłącznie na tym, że on jak nikt inny potrafi każdą przegraną sprawę wpędzić w taki bałagan, że ci biedni sędziowie nie są w stanie nawet wydać z siebie jęku. Cóż za tem ów biedaczek będzie miał do powiedzenia, kiedy już polskie sądy zaczną działać? To już tu naprawdę pozostaje felieton dla lokalnego dodatku do „Wyborczej”.

***

Proszę sobie wyobrazić, że gdy myśmy się tu zastanawiali, kogo obsadzić w roli pierwszego felietonisty „Gazety Wyborczej”, gdy natura zgłosiła się po swoje i nie wiadomo było, czy trafi na Annę Nehrebecką, czy Romana Giertycha, dotarła do nas wiadomość, że prezes Kurski uznał wreszcie, że Wojciech Cejrowski jako pierwsza twarz TVP to obciach i wstyd i Cerjrowskiego wystawił za drzwi. Media donoszą, że poszło o dwie wypowiedzi Cejrowskiego na temat prezesa Kaczyńskiego. W przypadku pierwszej pan Wojtek stanął w obronie dzieci poczętych, a Jarosława Kaczyńskiego ustawił na pozycji współczesnego Heroda, natomiast w drugim wypadku zaprotestował przeciwko sposobowi, w jaki wspomniany Jarosław traktuje kobiety i zaproponował by ktoś w związku z tym nakładł mu po pysku.
Otóż myśmy tu mieli na Cerjrowskiego oko już od pewnego czasu, więc te dwa ostatnie wybryki nie powinny nas jakoś szczególnie zaskakiwać, jednak przyznaję, że to co widzimy to jest naprawdę coś, a w tej sytuacji wypada nam tylko prezesowi Kurskiemu pogratulować szybkosci reakcji. Co do samego Cejrowskiego, życząc oczywiście bardzo długiego życia Kazimierzowi Kutzowi, proponuję, jak już się pewnie większość czytelników domyśla, by ten jak najszybciej aplikował do Agory w sprawie tej roboty. Dopóki żyje Soros.

***

No i proszę, kiedy wydawało się, że już powiedziane został wszystko, pojawił się ów Soros. A z nim tekst z „Gazety Wyborczej”, która, jak wiemy została ostatnio postawiona przez niego na nogi. Oto w nadzwyczaj prześmiewnym tekście zatytułowamnym „Ujawniamy! Kim naprawdę jest George Soros”, redaktor podpisujący się nazwiskiem Michał Gostkiewicz wyjaśnia, że akcje Agory Soros odkupił od przejmowanego akurat przez Prawo i Sprawiedliwość PZU. Co z tego wynika, wyjaśnienie jak na mój rozum jest zbyt skomplikowane, to co natomiast zrozumiałem do końca, to ten fragment:
„Mesjasz? Geniusz? Hochsztapler? Szczodry społecznik? Prawdziwy demokrata? Cyniczny cwaniak? Problem z Sorosem polega na tym, że jest w nim wszystkiego po trochu. Z konglomeratu twarzy i wcieleń węgierskiego finansisty wyłania się twardy gracz, który ma tyle pieniędzy, że inwestuje je w to, na co ma ochotę. A on akurat ma ochotę inwestować w media i organizacje pozarządowe. W demokrację. I robi to - jak wskazuje jego życiorys - najwyraźniej nie tylko dlatego, że mu się to po prostu opłaca”.
Swoją drogą, za tego hochsztaplera, ktoś tam będzie musiał polecieć.


Gdyby ktokolwiek miał do mnie jakąś sprawę, również w sprawie książek, podaję swój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...