sobota, 7 października 2017

Czy Ślązacy będą wysyłać do Barcelony paczki z niemiecką czekoladą?

Mamy sobotę, a więc całkiem odpowiedni dzień na mój kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety”. O autonomiach.       


      W hiszpańskiej Katalonii najpierw odbyło się o dawna szykowane  niepodległościowe referendum, przez państwo natychmiast uznane za nielegalne, i dziś mamy sytuację, którą niektórzy gotowi są określać mianem wojny domowej, a reszta wie, że nawet jeśli uznamy ten nastrój za grubo przesadzony i nawet jeśli Hiszpania ostatecznie jakoś sobie z tą sytuacją poradzi, to kraj już nigdy nie będzie taki jak był przez wieki. Dlaczego? Dlatego, że owa dotychczas tylko gdzie niegdzie szeptana teoria, że nie ma czegoś takiego jak państwo, czy, co wiecej, naród, nagle się urzeczywistniła jako święta i niepokonana. I pomyśleć tylko, że wszystko się zaczęło od czegoś tak wydawałoby się niepoważnego, jak autonomia.
     Wydarzenia w Hiszpanii – i nie trzeba tu być szczególnie wrażliwym obserwatorem, by to zauważyć – wręcz automatycznie kojarzą się z tym, co się dzieje w innych rejonach świata, a więc również z naszego punktu widzenia miejscu najważniejszym, czyli na Śląsku, gdzie nawet jeśli na szczęście jeszcze nie politycznie, ale, owszem, jak najbardziej kulturowo, coraz bardziej rosnące wpływy zyskuje tak zwany Ruch Autonomii Śląska, którego lider, Jerzy Gorzelik, by wspomnieć o tym tak tylko na marginesie, zdążył już przesłać Katalończykom swoje wyrazy solidarności, i trzeba tu mieszkać, by widzieć wyraźnie, w jakim kierunku ów kulturowy blitzkrieg zmierza.
     To prawda, polityczne wpływy Gorzelika i prowadzonego przez niego Ruchu uległy ostatnio dramatycznemu zmniejszeniu i gdyby nie desperackie próby utrzymania się przy władzy Platformy Obywatelskiej, ich, jako organizacji, prawdopodobnie by już dawno nie było, natomiast, jak mówię, wystarczy tu mieszkać, by widzeć jak oni są skuteczni, gdy chodzi o to, co u zwierząt się określa nazwą „zaznaczania terenu”, a tu sprowadza się do pozostawiania gdzie się tylko da i to w każdej możliwej formie śladów tego, że tu nie jest Polska, lecz Śląsk, a więc byt calkowicie autonomiczny, by nie powiedzieć, osobny.
      No właśnie – osobny. Zarówno sam Gorzelik, jak i ludzie, którzy zasadniczo popierają jego wysiłki na rzecz przyznania Śląskowi autonomii, może nie na co dzień, ale w sytuacjach, gdzie trzeba się deklarować jednoznacznie, zarzekają się, że im ani w głowie odłączanie się od Polski i tworzenie osobnego bytu państwowego. Chodzi tylko o to by Polska uszanowała śląską tożsamość i skoro nie da się póki co uzyskac nic wiecej, to by przynajmniej pozwoliła Ślązakom cieszyć się publicznie własną „ślunkom godkom”. No i stąd nagle pojawiają się w mieście lokale o nazwie „Cafe Kattowitz”, sklepy sprzedające pamiątki, gdzie wszystko jest opisane gotykiem, a w wiadomościach sportowych nadawnych przez najpopularniejszą lokalnie stację radiową, zamiast słowa „mecz” występuje niemiecki „spiel”.
      A zatem, biorąc to wszystko pod uwagę, miejmy na nich oko i przede wszystkim pamiętajmy, Polska jest jedna i o żadnych autonomiach mowy być nie może. Jak chcą, niech się uczą pisać gotykiem, ale to wszystko.

Przypominam, że moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Jak już sprzedamy te, będziemy wydawać kolejne, a zatem zachęcam gorąco.

       

piątek, 6 października 2017

Ogłaszam powstanie Szlachetnej Paczki Świątecznej Pomocy

      Wczoraj mieliśmy tu lekką awanturę, sprowokowaną przez komentatora o nicku „ezdrasz”. O co owemu Ezdraszowi chodziło, daję słowo, że od dziś nie wiem, ale domyślam się, że jemu bardzo nie spodobały się moje uwagi pod adresem księdza Jacka Stryczka, chciał mi to zakomunikować, tyle że nie bardzo wiedział jak to zrobić, no i wyszło, jak wyszło. Klasyka.
      Kiedy piszę, że wyszło, jak wyszło, mam na myśli również to, że po raz nie wiem już który spotkałem się z zarzutem, że kiedy w pewnym momencie funkcjonowania tego blogu – dziś to już będzie pewnie jakieś 7 lat temu – postanowiłem zwrócić się do jego najbardziej oddanych czytelników z prośbą, by zechcieli mi przez pewien czas za moje teksty płacić, to uciekłem się do prostej i zwykłej „żebraniny”.  Jak mówię, ja z tą pretensją spotykam się już nie po raz pierwszy i daję słowo, że jej nie rozumiem. Niemal każdego dnia od dziesięciu już lat, siadam do komputera, piszę kolejny tekst, wrzucam go do sieci, zabawiając w ten sposób wcale nie małą grupę czytelników i niezmiennie robię to na zasadzie, która w języku prawników określana jest pojęciem „pro bono”. Nie siadam pod mostem, czy pod kościołem, kładąc na ziemi kartkę z napisem „proszę o parę groszy na flaszkę dla żony”, wyciągam przed siebie czapkę, uderzam w tak zwaną kimę, a kiedy się obudzę, zabieram to co zebrałem i wracam przed telewizor. Nie jest też tak, że ja zamawiam druk kilku tysięcy świętych obrazków, idę pod swój kościołem i sprzedaję te obrazki po pięć złotych z obietnicą modlitwy. Nie. Ja budzę się rano, piszę tekst, który, staram się, by był na tyle dobry, by dał on satysfakcję jak największej liczbie osób, zamieszczam go na swoim prywatnym blogu  i nie proszę o nic w zamian. Raz zdarzyło się, że znalazwszy się w poważnych finansowych tarapatach, zwróciłem się do Czytelników, by zupełnie wyjątkowo, jeśli kto ma ochotę, za te teksty mi wedle uznania zapłacił. Czytelnicy uprzejmie zareagowali, a ja, kiedy kiedy już stanąłem na nogi, ogłosilem, że to już koniec i od tego czasu – z parodniową, jak wiemy, przerwą – znów każdego ranka siadam do laptopa i wrzucam kolejny tekst, licząc jedynie na dobre słowo. I na to, raz na jakiś czas, pojawia się ktoś, kto mi wyrzuca, że ja tu bezczelnie „żebrzę”.
      Pisałem tu wczoraj o księdzu Stryczku, który, jak wiemy, prowadzi działarnośc dobroczynną i na jej rzecz organizuje publiczną zbórkę. Czy ksiądz Stryczek żebrze? Oczywiście, że nie. Wszyscy świetnie wiemy, że ksiądz Stryczek – podobnie zresztą, jak Jurek Owsiak, ale też tysiące filantropów na całym świecie – nie żebrze. On jedynie pomaga ludziom bezradnym i słabym i chce nas do tej pomocy zaangażować, a żeby tego dokonać, potrzebuje naturalnie pieniędzy. Ponieważ tego typu działalność, realizowana w ten a nie inny sposób, nie jest nazywana żebraniną, lecz filantropią, ja w tej sytuacji mam do wszystkich tych, którzy z takim zaangażowaniem postanowili mnie wdeptać w ziemię, już tylko jedną informację. Skoro oni się uparli twierdzić, że dopóki, ja nie umieszczę na tym blogu guziczka z napisem „donate”, to co tu się dzieje, to jest klasyczna żebranina, proszę ich, by moją blogerską działalność od dziś traktowali, jako działalność dobroczynną, a mnie jako szczerego filantropa. Ja, zamieszczając dzień w dzień te teksty, w tym nowym, wspaniałym świecie służę ludziom pogardzanym przez System, którzy bardzo pragną poczytać coś świeżego i prawdziwego, a nie mają na to najmniejszych szans. Robię to bezinteresowanie, w poczuciu czystej i żywej solidarności, i jeśli niekiedy zamieszczę tu numer konta i poproszę o wsparcie dla tego projektu, to w drodze zupelnego wyjątku. I mam tu jeszcze do niech dodatkowy apel. Proszę ich, by ten blog od dziś nazywali „Szlachetną Paczką Świątecznej Pomocy”.
      I niech się oni akurat nie niepokoją. Póki co, ten towar wciąż będzie dostarczany „za friko”. Jeśli coś się zmieni – co mam nadzieję, nigdy nie nastąpi – o wprowadzeniu opcji rynkowej nie omieszkam osób zainteresowanych powiadomić. Żebraninę zostawiam księdzu Stryczkowi i paru innym cwaniakom.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Naprawdę warto.

czwartek, 5 października 2017

O tym jak księdzu Stryczku wypadło oczko

       To jest już dość stara sprawa, jednak ktoś ją niedawno nam znów przypomniał, a ponieważ jednocześnie w różnych miejscach w sieci pokazała się informacja, że tak zwana „Szlachetna Paczka” zwraca się do nas z prośbą o pieniądze, pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi, jeśli jeszcze raz, tym razem może już na poważnie, zajmiemy się księdzem o nazwisku Stryczek i jego „szlachetnym” projektem. Wywiad z księdzem Stryczkiem ukazał się – a jakże! – na portalu money.pl i począwszy od dość wstrząsającego tytułu „Jezus nie kazał się dzielić. To mit. Nie ma nic niemoralnego w zarobkach prezesów”, przez pełną wzniosłego zachwytu pochwałę czystego liberalizmu, po, moim zdaniem, kluczową dla sposobu, w jaki przychodzi nam dziś oceniać postawę Księdza, kwestię: „W czasach Jezusa nie było czegoś takiego jak pomoc socjalna. Oczywiście jak ktoś był niepełnosprawny, był paralitykiem czy niewidomym, to żebrał, czyli utrzymywał się z tego rodzaju pomocy socjalnej. Poza tym było oczywiste, że wszyscy mają pracować na siebie i nikt z tym nie dyskutował. Nie było wówczas alternatywy. Dopiero my, ludzie współcześni stworzyliśmy zaburzenie życia społecznego”, jest tak wstrząsający w swoim obłędzie, że w pierwszej chwili nawet nie bardzo wiadomo, w jaki sposób do niego podejść, by go już na samym początku przydusić do ziemi i już do końca nie puścić.
     Skąd ta trudność? Otóż jej przyczyny są takie jak zawsze w sytuacjach, gdy wydaje się, że sprawa jest tak prosta, że aż oczywista i wystarczy jedno słowo i wszystko zostanie wyjaśnione. Kiedy słuchamy księdza Stryczka, czujemy bardzo mocno, że tam nie ma jednej myśli, która dałaby się obronić, ale też właśnie z tego powodu, decydując się na sam udział w tej debacie, ryzykujemy, że już na samym początku, zanim powiemy jedno słowo, jej absurdalność nas zwyczajnie rozniesie na strzępy. No bo pomyślmy tylko, jakie mamy atuty w starciu z ową plazmą. Ksiądz Stryczek mówi, że Jezus nie kazał się dzielić, na co my mu cytujemy fragment z Ewangelii o tym, jak On był spragniony, a myśmy Mu dali pić i pytamy księdza Stryczka, jak on sobie wyobraża ów gest, jeśli od niego odejmiemy  dzielenie się? Czy jego zdaniem, Jezusuowi chodziło o to, byśmy Mu, kiedy był spragniony, powiedzieli, gdzie jest nabliższy sklep z Nałęczowianką i dali mu jakąś robotę, żeby sobie mógł na to picie zarobić, czy może jednak miał na myśli to, by flaszką, którą sobie sami kupiliśmy, się z Nim podzielić? I czy ktoś z nas sobie wyobrża, że na te słowa ksiądz Stryczek się zawstydzi i przyzna, że faktycznie o tym nie pomyślał? A czy może, kiedy komentując słowa Księdza o tym, że nam nic do tego, ile zarabiają prezesi banków, bo to są ich pieniądze, zwrócimy uwagę na to, że nam, owszem, jest do tego bardzo dużo, choćby z tego względu, że my jestesmy klientami banków nie z własnego wyboru, ale ze zwykłego przymusu, często opartego na systemowym wyłudzeniu, on się zaduma i powie, że w istocie rzeczy mamy tu pewien problem? Oczywiście że nie. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że jakiegokolwiek argumentu byśmy użyli w stosunku do nauk księdza Stryczka, jesteśmy skazani na porażkę, bo naprzeciwko siebie nie mamy człowieka, który to tu to tam pobłądził, ale czyste opętanie, z którego wyjścia zwyczajnie nie ma.
      W tej sytuacji myślę sobie, że, skoro już muszę komentować postępowanie Księdza – a czuję mocno, że muszę – to przez odwołanie się do wspomnianego wcześniej apelu fundacji „Szlachetna Paczka” o dzielenie się z  nią tym, co moje. Otóż, przede wszystkim, jak słyszę, Jezus nie kazał się dzielić, a więc nie widzę najmniejszego powodu, bym się dzielił moimi ciężko i uczciwie zarobionymi pieniędzmi z księdzem Stryczkiem. Natomiast mam dla niego radę, której on sam udzielił ludziom będącym w potrzebie, a którą mogę nawet słowo w słowo zacytować: „Jak ci jest źle, to zmień pracę. Jeśli twój zawód jest słabo płatny, to naucz się tego, w którym płacą więcej”. Otóż jeśli ksiądz Stryczek narzeka na brak pieniędzy, niech natychmiast narzekać przestanie i znajdzie pracę, gdzie będzie zarabiać więcej. Może nawet aplikować na prezesa któregoś z banków. Z tego co wiem, nie jest on ani osobą niepełnosprawną, ani paralitykiem, ani też człowiekiem niewidomym. Że mu brakuje kompetencji? A cóż stoi na przeszkodzie, by się ich nauczyć? Nikt mu przecież nie zabrania się dokształcać. W czasach Jezusa nikomu nawet do głowy nie przyszło, by zamieszczać w Internecie numery kont bankowych z prośbą o wsparcie. Jak komu brakowało, a nie miał możliwości się dorobić, to siadał na brzegu drogi, żebrał i było gites.
     Jak mi donosi moja córka, która od kilku lat działa jako woluntariusz we wspomnianej „Szlachetnej Paczce”, ostatnio ksiądz Stryczek wyszedł z taką oto inicjatywą, by tym biednym, samotnym, bezradnym, często pogrążonym w najbardziej ponurej patologii ludziom, nie nosić, jak dotychczas, paczek, lecz raczej organizować szkolenia z przedsiębiorczości. Szkolenia owe mają być prowadzone przez samych wolontariuszy, którzy naturalnie wcześniej sami zaliczą kurs trenera przedsiębiorczości. Rozumiem, że zbiórka, jaką ksiądz Stryczek organizuje ostatnio w sieci ma na celu sfinansowanie tych szkoleń, a skoro tak, to na mnie niech nie liczy. Niech płaci za swoje, a jak nie ma, to niech idzie na kasę do Biedronki.  

Moje książki są oczywiście do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco.


środa, 4 października 2017

Daleko od szosy, czyli jak się to robi w Arizonie

Wygląda na to, że krótka historia moich kryminalnych kawałków, które tu nam raz w miesiącu umilały czas, dobiega końca, jednak wciąż pozostają jeszcze dwie bardzo interesujące historie, z których pierwszą przedstawiam dziś. Bohaterami będą dziś panie.


      W miejscowości Florence, w amerykańskim stanie Arizona, w działającym przy miejscowym Towarzystwie Historycznym muzeum, wśród wielu lokalnych pamiątek, można również trafić na elegancką gablotkę, w której znajduje się stryczek, na którym 21 lutego 1930 roku zawisła niejaka Eva Dugan. Wielu Czytelnikow w tym dokładnie momencie z całą pewnością zada sobie pytanie, cóż takiego uczyniła owa nieszczęsna kobieta, że najpierw trzeba ją było powiesić, a następnie przez kolejne dziesiatki lat czcić jej pamięć w tak szczególny sposób. Otóż, proszę sobie wyobrazić, że nic takiego. Jej pech polegał przede wszystkim na tym, że przyszło jej żyć w czasach, gdy stara biblijna zasada „oko za oko, ząb za ząb” była powszechnie traktowana przez prawo z najwyższą powagą i naprawdę nie trzeba było się wykazać ani szczególną morderczą pomysłowością, ani nawet szczególnym okrucieństwem, by skończyć aż tak fatalnie. Ale było w historii Evy Dugan coś jeszcze, co sprawiło, że ona na tego typu wyróżnienie zasłużyła bardziej, niż inni współczesni jej zabójcy. Otóż kiedy wspomnianego 21 lutego pamiętnego roku Eva Dugan najpierw, zwracając się do sądu, który skazał ją na śmierć, oświadczyła: „Umrę w swoich pięknych kozaczkach na nogach i w pełnym zdrowiu, a samo to jest już czymś więcej, niż to, czym wy, dupki, będziecie się mogli kiedykolwiek w swoim życiu pochwalić”, następnie poprosiła, żeby, wbrew jej wcześniejszym życzeniom, nie wieszać jej jednak w jej pięknej jedwabnej sukience, żeby ta się „nie pomięła”, a w końcu z dumnie podniesioną głową powiedziała, że nie ma nic więcej do dodania, poza tym, by strażnicy więżienni nie trzymali tak mocno, bo jeszcze nie daj Boże „ludzie pomyślą, że ona się boi”,  ostatecznie otworzyła się pod nią owa fatalna otchłań, a szarpnięcie jakie nastąpiło, urwało jej głowę. Wedle zpisanych relacji, w tym właśnie momencie, kiedy owa głowa potoczyła się im pod nogi, pięciu świadków egzekucji, trzech mężczyzn i dwie kobiety, zemdlało, a już w 1934 stan Arizona, ze względów jak najbardziej humanitarnych, zrezygnował z szubienicy na rzecz komory gazowej. I to zatem Evie Dugan i jej ponuremu przypadkowi przypisuje się ów rewolucyjny w gruncie rzeczy gest.
     Wypada jednak przynajmniej parę słów powiedzieć na temat tego, co takiego Dugan zrobiła, że przez to ostatecznie zdecydowano urwać jej głowę. Stało się zatem tak, że, urodzona w roku 1878 gdzieś w Ameryce, prawdopodobnie w okolicach Nowego Jorku, Dugan najpierw zawędrowała aż na Alaskę, gdzie zatrudniła się jako piosenkarka w kabarecie, a następnie przeniosła się do Arizony, gdzie zatrudniła się jako gospodyni domowa u miejscowego hodowcy drobiu, niejakiego Andrew J. Mathisa. Nikt jej wprawdzie za rękę nie złapał, natomiast w wyniku krótkiego, choć ściśle poszlakowego procesu, ustalono, że któregoś dnia owa dziwna kobieta zatłukła swojego dobroczyńcę siekierą, skradła mu samochód i wszystkie znajdujące się w domu pieniądze i zwiała gdzie pieprz rośnie. Na temat pięciu mężów, których podobno Dugan miała wcześniej, a którzy gdzieś się w międzyczasie zawieruszyli, nikt już nie wspominał.
       Od roku 1930 minęło już dużo czasu i choć Dugan pozostaje do dziś jedyną kobietą, która stan Arizona zdecydował się przynajniej spróbować powiesić, jest doprawdy wiele ciekawych historii związanych z poruszanym dziś tematem. My byśmy się może dziś skoncentrowali na trzech kobietach, które wciąż jeszcze żyją, natomiast co do których przyszłości stan Arizona ma ściśle określone zamiary i prędzej czy później, jak znamy życie, je zrealizuje.  Dwie z nich to przypadki niemal tak mało ciekawe, jak to, co uczyniła niemal już sto lat temu Eva Dugan.
       Shawna Forde to, wedle wszelkich znanych nam standardów, pospolita wariatka, która jako swój cel życiowy postawiła walkę z nielegalną imigracją z Meksyku, wspólnie z paroma innymi wariatami założyła ruch pod nazwą Minutemen American Defense Corps., a nastepnie uznała, że najlepszym sposobem na pokonanie wszelkiego zła tego świata będzie zabijanie Meksykanów. Zgodnie z tym założeniem, 30 maja 2009 roku, wraz z kilkoma, równie jak ona obywatelsko zaangażowanymi towarzyszami, napadła na dom 29-letniego obywatela Stanów Zjednoczonych Raula Floresa, zabijając jego i jego 9-letnią córeczkę, oraz ciężko raniąc żonę. Z tego co wiemy, sama Forde osobiście nikogo nie zabiła, natomiast ponieważ to ona zorganizowała całą akcję i to ona wreszcie wydała ostateczną komendę, poległa tak samo jak faktyczny zabójca i dziś czeka na swój dzień.
     Drugą z osadzonych dziś w jednym z więzień w Arizonie i czekających na śmierć trzech kobiet jest niejaka Wendy Andriano. I ona, podobnie jak Forde, nie ma zbyt wiele do powiedzenia, by wzbudzić nasze szczególne zainteresowanie.  Została skazana na śmierć w roku 2004 po tym, jak w miejscowości Ahwatukee zabiła swojego męża, którego z jakichś powodów nie mogła dłużej znieść. Swoją zbrodnię Andriano zaplanowała w taki sposób, że najpierw przyprawiła swojemu mężowi zupę jakimś środkiem przeciwko domowemu robactwu, następnie pozbawiła go przytomności, waląc go po głowie krzesłem, by w końcu wbić mu w kark kuchenny nóż. Obrona Andriano oczywiście tłumaczyła, że to co się stało było wynikiem wieloletniego dręczenia owej biednej kobiety przez męża-brutala, jednak sąd uznał, że sprawa była o wiele bardziej pospolita, a więc związana z tym, że Andriano się zakochała, swojego męża miała dość i wymyśliła to co wymyśliła. A więc standard. A że w stanie Arizona standardy póki co są traktowane dokładnie tak samo, jak absolutne wyjątki, stało się to co się stało i w związku z tym Wendy w końcu będzie musiała umrzeć przed czasem.
     No i wreszcie mamy historię ostatnią, z ostatnich dosłownie dni, a dotyczącą kobiety nazwiskiem Sammantha Allen i jej zaledwie 10-letniej kuzynki, Ame Deal. Historię autentycznie nie z tej ziemi. Spróbujmy się jej jednak przyjrzeć nie od strony sprawczyni, lecz ofiary.  Ame Lynn Dea urodziła się 24 lipca 2000 roku gdzieś w Pensylwanii ze zwiazku niejakiej Shirley Deal i jej męża Davida Deala. Po kilku latach najróżniejszych, choć dość zwykłych dla pewnego typu osobników przejść, rodzina, z trójką dzieci, przeniosła się do domu matki owego Davida i jego siostry, Cynthii Stoltzman, w Phoenix, skąd Shirley została ostatecznie wyrzucona na zbity pysk, z tym co miała na sobie. Rodzina przez całe lata przenosiła się z miejsca na miejsce, jednak za każdym razem, wedle relacji sąsiadów, dzieci, w tym z jakiegoś powodu szczególnie Ame, były bardzo często dręczone, bite i narażane na wszelkie rodzaju, często najbardziej wymyślne cierpienia. I oto nadszedł dzień, kiedy stało się nieszczęście. Córka napomkniętej tu już Stoltzman, również naturalnie wspomniana wcześniej Sammantha Allen, za karę, że Ame rzekomo zjadła bez pozwolenia lody,  zamknęła dziewczynkę w szafce na buty metr na metr i zostawiła ją tam, by się udusiła. Jak ustalił sąd, zanim Ame została wciśnięta do szafki, by tam ostatecznie umrzeć, była zmuszana przez swoją kuzynkę do wykonywania serii odpowiednich gimnastycznych ćwiczeń,  w tym biegania przez godzinę w temperaturze niemal 40 stopni. W śledztwie, rodzina Allen przyznała, że Ame faktycznie była szczególnie dręczona, jednak owo zachowanie było usprawiedliwione tym, że wszyscy podejrzewali, że ona akurat jest dzieckiem nieślubnym. Sammantha i jej mąż John Allen 27 lipca 2011 roku zostali aresztowani pod zarzutem morderstwa, ale również wcześniejszych przestępst związanych z dręczeniem dziecka.  Ojciec dziewczynki został uwolniony od zarzutów bezpośrednio dotyczących śmierci swojej córki, natomiast, owszem, został skazany na 14 lat więzienia za jej systematyczne dręczenie, do czego sam się zresztą przyznał. 10 sierpnia 2011 roku babcia Ame, Judith, jej siostra Cynthia, oraz oczywiście Allenowie zostali formalnie oskarżeni o wszelkiego rodzaju zbrodnie wobec owego biednego dziecka. Cynthia Stoltzmann 13 września 2013 roku skazana została na 24 lata więzienia. Judith Deal, babcia Ame, przyznała się do winy i dostała 10 lat.
     No i wreszcie przyszedł czas na ową Sammanthę. Ona i jej mąż zostali oskarżeni o morderstwo. Sammantha została uznana winna morderstwa pierwszego stopnia i niespełna miesiąc od dnia, kiedy ukazuje się ten tekst, 7 sierpnia 2017 roku, skazana na śmierć. Jej mąż, John Allen ma najprawdopoodbniej przed sobą podobny wyrok, jednak jego proces zaplanowany dopiero na 9 września tego roku.
     A my? Co my? My już tylko możemy powiedzieć, że nie możemy się doczekać.
     Oto Arizona w roku 2017. Trzy kobiety czekają na dzień, w którym przyjdzie im zakończyć swoje podłe życie. Na pierwszym planie mamy oczywiście ową Sammanthę i jej męża, w tle natomiast wciąż pojawia się ów niezwykły wprost obraz Evy Dugan, gdy ów sznur odrywa jej głowę. A my pozostajemy z wciąż tym samym pytaniem: cóż to jest takiego owa sprawiedliwość?


Zapraszam jak zawsze do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można niezmiennie kupować moje książki. Swoją drogą, bardzo polecam.

wtorek, 3 października 2017

O Polsce nigdy nie zwyciężonej

      Dopiero teraz dotarła do nas wiadomość, że 17 czerwca w Londynie zmarła Julie Hykiel i powiem szczerze, że trudno mi sobie wyobrazić, by, pomijając oczywiście osoby nam najbliższe, wiadomość o czyjejś śmierci mogła na nas zrobić większe wrażenie. Jednocześnie jednak, kiedy dziś dowiadujemy się, że ona już nie żyje, uświadamy sobie, jaka to okropna niesprawiedliwość, że 17 czerwca nie stało się dokładnie nic, co by mogło służyć jako świadectwo tego odejścia. Ale widzimy też i to, że również w dniach kolejnych nie stało się nic, poza być może skromną informacją na internetowej stronie Kościoła p.w. św. Jakuba Mniejszego i św. Heleny w Colchester, że w sobotę 19 sierpnia o godzinie 18.15 odbyła się Msza Św. za duszę pani śp. Julii, co by zaznaczyło w jakikolwiek sposób to co się tak naprawdę stało. 
      Jednocześnie jednak myślę sobie, że wręcz niezwykłym znakiem tego, jak się świat nasz dziwnie plącze jest i to, że dziś prawdopodobnie jedynym opublikowanym polskim tekstem, przedstawiającym postać tej niezwykłej kobiety i jej równie niezwykłego życia, jest moja książka „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, a ścislej jej rozdział zatytuowany „O Polsce, która zawsze zwycięża” i nekrolog zamieszczony przez grupę dawnych działaczy „Solidarności”, jak na ironię, w „Gazecie Wyborczej”. Poza tym, nikt na jej temat się choćby nie zająknął. Myślę więc, że jest oto dobry moment, bym tu przypomniał tę historię,  zwracając się jednocześnie się do wszystkich z prośbą o westchnienie za Nią do Pana Boga.
      Rok 1995 był dla nas szczególny z dwóch powodów. Otóż przede wszystkim w lutym zmarła, całkowicie niespodziewanie i jak najbardziej dużo, dużo za wczesnie, moja teściowa, która z różnych względów była i dla mnie osobiście, jak mama, no a po paru miesiącach, latem – trochę też w związku z tą śmiercią – pojechaliśmy wszyscy do Walii, no i przy okazji oczywiście – po raz pierwszy w życiu – do Londynu.
      Teściowa moja była osobą pod wieloma względami niezwykłą. I osobiście, i, że tak to określę, w wymiarze ogólno-społecznym. Nie będę tu bardziej szczegółowo o niej opowiadał, dość powiedzieć, że zmarła służąc dzieciom psychicznie i fizycznie niepełnosprawnym, a nad jej trumną modlili się biskupi. No i muszę się pochwalić, że wzajemnie bardzośmy się lubili. Przyznaję, że początki były niełatwe, ale za to później, już do samego końca, trzymalismy pełną sztamę. No i ona pewnego dnia wzięła i umarła.
      Ponieważ teściowa była całym swoim życiem zaangażowana najpierw w pomaganie ludziom, prześladowanym przez władzę, a potem chorym dzieciom, przy jakiejś też okazji poznała ową Julie Hykiel.
      Julie Hykiel, jeszcze do końca wojny była zwykłą dziewczyną z Londynu, która gdy idzie o Polskę i Polaków, nie miała pojęcia, co to takiego, ani tym bardziej też nie snuła żadnych związanych z Polską planów. Stało się jednak tak, że pewnego dnia poznała polskiego żołnierza z miasta Bytomia, którego wojenne losy rzuciły właśnie do Anglii, no i się w nim bez pamięci zakochała.
Na swoje nieszczęście, któregoś dnia żołnierz ów uznał, że lepiej mu będzie w Polsce  i postanowił wrócić do swojego świeżo odzyskanego dla Polski Bytomia,  no a ona ruszyła oczywiście za nim. Zorganizowała to tak, że znalazła ogłoszenie w angielskiej prasie, że w Polsce tworzy się brytyjskie przedstawicielstwo dyplomatyczne i w związku z tym Foreign Office poszukuje sekretarki ze znajomością polskiego. Ona wprawdzie po polsku umiała powiedzieć tylko „daj buzi”, no ale się zgłosiła i jakimś cudem, niewykluczone, że poza innych chętnych nie było, ją przyjęto.
      Oczywiście, kiedy znalazła się w Warszawie, zaczęła natychmiast się z tym swoim żołnierzykiem spotykać, co się dla niego skończyło fatalnie. Któregoś dnia zniknął i ona już go nigdy ani nie widziała, ani nawet o nim nie usłyszała. Tyle wszystkiego, że widząc, iż w Polsce nie ma już czego szukać, wróciła do Londynu i tam uznała, że ją interesuje już tylko Polska i Polacy. W konsekwencji, tam już na miejscu poznała innego polskiego żołnierza, wyszła za niego za mąż i od tego czasu, gdy chodzi o dom, po angielsku rozmawia tylko ze swoim psem, a to tylko po to, by za każdym razem, gdy jego pani jest w Polsce, on rozumiał, co do niego mówią ci, co się nim opiekują.
      Kiedy w Polsce wprowadzono stan wojenny, wraz z mężem – tamtym żołnierzem sprzed lat – u siebie w Londynie zorganizowała coś, co się już później zawsze nazywało Friends of Poland i od tego czasu w Polsce bywała właściwie non-stop. No i w ten sposób poznała moją teściową. Kiedy teściowa zmarła, Julie Hykiel, uznawszy pewnie że należy wykonac jakiś gest pod adresem tych, których ona zostawiła, zorganizowała nam tygodniowy pobyt w polskim ośrodku Penrhos w Walii – za który, co dziś stwierdzam z prawdziwą dumą, stać nas było zapłacić z własnej kieszeni – no a później jeszcze przez dwa tygodnie gościła nas u siebie, gdzie opowiedziała nam między innymi o tym „daj buzi”.
      I to tyle, jeśli idzie o książkę i zamieszczone w niej wspomnienie. Z Julie Hykiel po roku 1996 nie mieliśmy już praktycznie kontaktu, trochę przez to, że zabrakło teściowej, a więc osoby, która by nas mogła ze sobą kontaktować, ale też przez to, że i Polska nie była już pierwszym celem organizowanej przez Julie Hykiel pomocy i ona częściej jeździła choćby do Polaków na Ukrainie. Parę lat później do Londynu pojechała jeszcze nasza Hanka i przez jakis czas była goszczona w domu Julie w Londynie, ale ponieważ ta była już raczej starszą panią, to ona jej służyła tam bardziej jako opiekunka. I to prawie wszystko.
      Prawie. Na koniec mam jeszcze coś, o czym dotychczas nie wspomniałem. Julie i jej mąż Konrad Hykiel mieli dwoje dzieci, jak sama o nich mówiła, „Danusię” i „Krzysia”. Żona moja miała okazję poznać oboje, ja akurat tylko owego Krzysia. A więc jeśli chodzi o niego, mam dwie refleksje. Pierwsza jest taka, że on po polsku mówił lepiej od nas, a druga – to może akurat nie refleksja, lecz wiadomość – to ta, że jeszcze w roku 2013 był trenerem mistrza Wielkiej Brytanii w siatkówce (sic!), drużyny o dziwnej nazwie CBL Polonia Londyn. Co on robi dziś, nie mam pojęcia, natamiast na zakończenie tej notki polecam bardzo ciekawy link
       Polish guys kick ass, don’t they?


Gdyby ktoś był zainteresowany, książka “Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” jest do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Gorąco polecam. W pewnym sensie, gdy chodzi o współczesną polską literaturę, nie ma nic wiecej.

poniedziałek, 2 października 2017

Czy wolne media zniszczą Dobrą Zmianę?

            Byłem przekonany, że po pokazaniu jej palcem, oraz odpowiednim skomentowaniu systemowej wręcz solidarności propagandowych metod stosowanych przez tak pozornie różne pisma, jak „Newsweek” i „W Sieci”, sprawę możemy uznać za zamkniętą, a na odpowiedź odnośnie celów, jakie sobie wyznacza dziś redakcja „W Sieci”, przyjdzie nam jeszcze parę tygodni poczekać. Tymczasem niedługo po tym, jak przeczytałem – podkreślam to raz jeszcze – wyjątkowo stonowaną, gdy chodzi o osobę Prezydenta, wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, zajrzałem do zamieszczonego tuż pod wspomnianym wywiadem tekstu Jacka Karnowskiego pod tytułem „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’” i wygląda na to, że jeszcze parę słów się nam jednak należy.
      Przypominam, mówimy o wydaniu tygodnika „W Sieci”, które trafiło do kiosków w poniedziałek rano, jeszcze zanim Andrzej Duda ogłosił projekty swoich ustaw, oraz o tekście, który z pewnością został przez Karnowskiego napisany jeszcze kilka dni wcześniej, prawdopodobnie jeszcze przed piątkowym spotkaniem Prezydenta z prezesem Prawa i Sprawiedliwosci, o którym obaj politycy wypowiedzieli się w bardzo pojednawczych słowach. Tymczasem w ów poniedziałek ukazuje się nowy numer tygodnika „W Sieci” z tekstem Jacka Karnowskiego, który nawet nie czekając na to, co powie Prezydent, w sposób całkowicie jednoznaczny i wyjątkowo brutalny  wypowiada mu wojnę, całą argumentację opierając na dziennikarskich plotkach. Tekst Karnowskiego jest bardzo długi, zajmuje ponad trzy strony druku i niemal w całości składa się z informacji uzyskanych, kolejno od „najważniejszych polityków partii rządzącej”, „bardzo ważnego polityka PiS”, „mojego rozmówcy”, „mojego rozmówcy ze ścisłego kierownictwa PiS”, „kolejnego rozmówcy z PiS”, „kolejnego bardzo ważnego polityka PiS”, „moich rozmówców”, „moich informatorów”, „liderów PiS”, „kierownictwa obozu”, no i na koniec jeszcze raz „bardzo ważnego polityka PiS”. Nie muszę oczywiście dodawać, że poza Andrzejem Dudą i Jarosławem Kaczyńskim, żadne konkretne nazwisko nie pada. Tam każdy jest dyskretny jak jasna cholera. Oczywiście też, przez cały czas, od początku do samego końca, pojawiają się informacje, a to że Prezydent „miał” coś powiedzieć, a to że Prezes podobno był „poirytowany”, a to, że wedle zapewnień informatorów Karnowskiego, rzecznik Prezydenta PiS-u „wręcz nienawidzi”. A całość zbudowana jest tak, że nie pozostaje nam nic innego jak uznać prezydenta Dudę za idiotę i zdrajcę, którego jedyną zaletą jest to, że nie jest Komorowskim.
     Czytam tekst Karnowskiego i przypominam sobie, jak przed wielu, wielu laty w gazecie o nazwie „Dziennik” ukazała się seria reportaży z Pałacu Prezydenckiego napisanych przez niejakich Majewskiego i Reszkę, gdzie to przez kolejne dni owaj dzielni redaktorzy, opierając się oczywiście na informacjach uzyskanych od „najbliższych współpracowników” prezydenta Kaczyńskiego, opowiadali nam najbardziej sensacyjne historie na temat owej „żenady”, w jakiej jest pogrążony Prezydent z rodziną i współpracownikami. Pamiętam tamten tekst i słowo daję, że kiedy dziś czytam to co się ukazało w tygodniku „W Sieci” widzę, że to jest dokładnie ten sam rodzaj dziennikarstwa co wtedy, oparty na anonimowych oszczerstwach i zabezpieczony gwarancją pełnej bezkarności.  Ale pamiętam też, jak się wówczas zastanawiałem, kogo Reszce i Majewskiemu udało się wyciągnąć z najbliższego otoczenia prezydenta Kaczyńskiego, kto był im gotowy opowiadać o tym, co  się dzieje za drzwiami pałacu na Krakowskim Przedmieściu, włącznie z rzekomymi, najbardziej intymnymi, awanturami między Prezydentem, a jego żoną. Dziś myślę sobie, że to musiał być Michał Kamiński, no a jednocześnie jestem pewien, że przyjdzie w końcu czas, kiedy się dowiemy również i tego, kogo ma na myśli Jacek Karnowski, kiedy mówi o swoim informatorze, „bardzo ważnym polityku PiS”.
       Jesteśmy w trakcie niezwykle ważnego procesu postawania ustaw, które, w co wszyscy wierzymy, zmienią system sądowniczy w Polsce tak, że będziemy mogli powiedzieć, że Polska odniosła upragnione zwycięstwo. Między wszystkimi zaangażowanymi w tę reformę ośrodkami toczy się niezwykle delikatna polityczna gra, której natury ani poznać nie jestesmy w stanie, ani też pewnie poznać nie chcemy, bo wiemy, że jeśli my ja poznamy, to pozna ją też przeciwnik. I na to wszystko przychodzą tak zwane „wolne media” i rozpoczynają swoją własną grę, grę wedle wszelkich danych brudną, jak najbardziej czarna ziemia.
      Piszę ten tekst w niedzielę wieczorem, słucham sobie muzyki, a na ściszonym telewziorze widzę jedną z licznych ostatnio, kompletnie bezsensownych politycznych debat i naszego dzisiejszego bohatera, czyli Jacka Karnowskiego, który coś krzyczy, wymachuje ręką, grozi palcem, raz wpada w zadumę, innym razem robi groźną minę, od czasu do czasu uśmiecha się szyderczo. Nie wiem, co on mówi, nie wiem nawet czego dotyczy ta debata, ale biorę pod uwagę, że on może telewidzom opowiadać o tym, co Jarosław Kaczyński sądzi o prezydencie Dudzie, i o tym, jak to Prezesowi akurat pewnych rzeczy nie wypada oficjalnie mówić, no ale od czego ma zaprzyjaźnionych dziennikarzy? No, od czego? Oni zadbają o to, by lud pisowski się dowiedział, jak się sprawy mają, no a przy okazji niech też się wreszcie sam Prezydent dowie, za jakiego durnia uważa się go w partii, która wystrugała go z kawałka lipy.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Serdecznie polecam. 

niedziela, 1 października 2017

O Tomku i Jacku, kolegach z boiska

           Nie wiem, czy ktoś z nas tu wie, a ja mam szczerą nadzieję, że nikt, ale od pewnego czasu cena tygodnika „W Sieci” wzrosła i dziś każdy, kto ma ochotę się dowiedzieć, co ma nam do powiedzenia prawicowy mainstream, musi za tę wiedzę zapłacić tygodniowo siedem złotych bez 10 groszy. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która przez wzgląd na te siedem złotych przestała kupować wspomniane pismo, natomiast mam pewność, że dokładnie z tych samych przyczyn, dla których wciąż ukazuje się „Tygodnik Powszechny”, redaktorzy „W Sieci” mogą spać spokojnie. Są bowiem projekty, oraz reprezentowane przez nie interesy, którym upaść pozwolić nie można, a skoro nie można, to znaczy że nawet jeśli większość nakładu wspomnianych pism będzie musiała zostać przeznaczona na zmielenie, one będą się nadal bezpiecznie ukazywały, a ich cena będzie rosła wraz z apetytami coraz bardziej rozpaskudzonych redaktorów.
      Dlaczego postanowiłem się znów zająć, jak najbardziej „naszym”, tygodnikiem „W Sieci”? Otóż dowiedziawszy się, że wypowiedzi na bieżące tematy udzielił im sam prezes Kaczyński, postanowiłem po dłuzszej przerwie sobie pofolgować i przyznaję, że te siedem złotych im jednak dałem. Dzis już wiem, że, tak jak się należało spodziewać, oni dziś są jeszcze gorsi, niż byli wcześniej, jednak nie to jest pierwszym powodem, dla którego przyszło nam się dziś zajmować tym właśnie tematem. Zanim jednak przejdę do rzeczy, chciałbym przypomnieć temat, jaki zdominował wszystkie media od lewej do prawej w zeszłą sobotę i niedzielę. Otóż zbliżał się poniedziałek, kiedy to prezydent Andrzej Duda miał ogłosić swoje projekty ustaw o sądach, i oto pojawiła się informacja główna, że Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu tygodnikowi „W Sieci”, w którym oświadczył, że „musimy wiedzieć, czy Prezydent jest z nami”, oraz informacja dodatkowa, że wedle posiadanych przez Redakcję informacji, Prezydent jednak już najprawdopodobniej z nami nie jest. W tym momencie rozpętało się medialne piekło – piekło naturalnie na miarę czasów, gdzie nawet śmierć tysiecy ludzi zabsorbuje publiczną uwagę zaledwie przez parę dni – i każdy z nas zamarł w oczekiwaniu na mordobicie jakie już za chwilę się zacznie. Chyba nawet któryś z Czytelników w pewnym momencie spytał mnie, co sądzę o wypowiedzi Kaczyńskiego, na co ja odpowiedziałem, że aby tę wypowiedź skomentować, muszę się z nią zapoznać osobiście, bo do wszelkiego typu medialnych doniesień mam zaufanie szczątkowe, i choć przyznaję, że spodziewałem się jakiejś lekkiej manipulacji w postaci wyrwanego z kontekstu zdania, lub lekkiego przesunięcia akcentów, to w życiu bym się nie spodziewał, że dziś się takimi drobiazgami nikt już nie przejmuje.
      A zatem, wracając do poprzedniej kwestii, chciałem poinformowac, że, owszem, kupiłem to akurat wydanie „W Sieci”, z tym właśnie wywiadem z Jarosławem Kaczyńskim i faktycznie już na okładce przywitał mnie najjaśniejszy profil Jarosława Kaczyńskiego, oraz wielki tytuł: „CZY PREZYDENT JEST Z NAMI”, a dalej sam wywiad i równie wielki tytuł: „MUSIMY WIEDZIEĆ, CZY PREZYDENT JEST Z NAMI”. I proszę sobie wyobrazić, że dałem się zaskoczyć. Otóż, dalej nie ma ani śladu manipulacji. Żadnych kontekstów, żadnych niedopowiedzeń, żadnych wręcz tak charakterystycznych dla Prezesa niezręczności. Tam wszystko jest podane czysto i jasno, a kwestia, czy Prezydent jest z nami… w ogóle nie jest poruszona.
      Właśnie tak. Przez cały ten wywiad Jarosław Kaczyński jednym słowem nie porusza kwestii, czy Prezydent jest z nami. Owszem, tam pojawia się temat prezydenckich ustaw, jednak Prezes na ten temat wypowiada się z maksymalnym umiarem. Dylemat, czy Prezydent jest z nami, czy nie, w ogóle się nie pojawia, on okazuje się być w całości wymyślony przez redakcję tygodnika „W Sieci”. Pierwsza puszczona plotka, podobnie jak tytuł na okładce tygodnika i wreszcie tytuł samego wywiadu to nawet nie manipulacja, ale zwykłe, brutalne kłamstwo.
      Pozostaje teraz się już tylko zastanowić, dlaczego oni to robią, jakie oni stawiają sobie cele. Otóż oczywiście pierwszym z nich jest sprzedaż i to im z całą pewnością udało, przynajmniej gdy chodzi o moje siedem złotych, gdy jednak sięgniemy głębiej, to tam jest już bagno, w które lepiej nam nie wchodzić, bo ono nas zwyczajnie zadusi. Jest jednak coś, co wiemy już na pewno – prawicowe media to dokładnie ten sam mainstream, jaki znamy od lat. Mainstream żywiący się intrygą, kłamstwem i zwykłą podłością.
     Dokładnie w tym samym tygodniu, gdy bliźniacy Karnowscy odpalili aferę z prezydentem Dudą (w omawianym numerze tygodnika jest nawet tekst Jacka Karnowskiego zatytułowany „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’”), który rzekomo ostatecznie zdradził Dobrą Zmianę, ich kumpel z branży, Tomasz Lis, na portalu newsweek.pl opublikował tekst zatytułowany „Piwo dopiero po 23. Tak rząd chce walczyć ze spożyciem alkoholu”, z równie jednoznacznym podtytułem: „Rząd idzie na wojnę z piwem. I być może właśnie wypuścił dżina z butelki”, sprawiając, że pod ową informacją eksplodował bezprzykładny hejt w takiej oto kwestii, jak to „dobra zmiana” chce nas pozbawić konstytucyjnego prawa do spożywania piwa. Gdyby jednak komuś się chciało zajrzeć glębiej, doczytałby, że chodzi o to, by reklama piwa w telewizji była emitowana, nie tak jak dziś od godziny 20, a od godziny 23.20. Swój tekst Tomasz Lis kończy refleksją: „Efekt? Być może siłą zdolną obalić obecny rząd okażą się miłośnicy picia piwa pod chmurką”. Jacek Karnowski jest równie konkretny: „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’
     A więc mamy to co mamy, i po raz kolejny jedyne co nam pozostaje, to mieć uszy czujnie nastawione na każdy syk, który do nas dochodzi. Z którejkolwiek strony.
     Zrobiło się jakoś smutno, a więc na koniec kilka słów ze wspomnianego wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, których oni akurat przezornie nie uznali za przekaz dnia, a które nam akurat dają nadzieję, że jest ktoś, kto nad tym wszystkim jednak panuje: „Są w naszej partii ludzie, którzy uważają, że jest dobrze i będzie już zawsze dobrze. To niebezpieczne myślenie”.
       Niech Bóg da mu zdrowie i długie życie.



Oczywiście, gdy chodzi o książki nic się nie zmieniło. Większość wciąż liczy na to, że „Znak” zacznie znów publikować coś, co się da czytać, a ci co wiedzą, jask jest, kupują na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Wiem, że to nie jest łatwe, ale mimo to zachęcam. Gdy chodzi o książki, to jest ostatnia stacja.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...