niedziela, 8 stycznia 2017

Martwy ślimak chropowaty, czyli zapraszamy do Brązowej Dziury

      Jak czytelnicy tego bloga doskonale się orientują, podobnie jak zasadniczo nie oglądam współczesnych polskich filmów i nie słucham współczesnej polskiej piosenki, tak też i nie czytam współczesnej polskiej literatury. Ktoś powie, że to bardzo brzydko z mojej strony, ponieważ skoro nie oglądam, nie słucham i nie czytam, to przede wszystkim jestem przez to intelektualnie znacznie uboższy, no a poza tym, nie mam najmniejszego prawa do uczestnictwa w poważnej debacie na temat tego co tworzy naszą współczesność, a przy okazji i nasza przyszłość.
      Jak się jednak doskonale orientują czytelnicy tego bloga, ja ów argument uważam za z gruntu fałszywy, z tego choćby powodu, że w moim przekonaniu, do tego by ocenić stan rzeczy w jakimkolwiek wymiarze, wystarczy podstawowa czujność, otwarte serce i nic więcej. Przepraszam za przykład może zbyt drastyczny, ale ja naprawdę nie muszę oglądać najnowszego filmu Andrzeja Wajdy, by mieć stuprocentową pewność, że to jest coś bezwzględnie najgorszego.
      No ale dziś akurat nie chciałem pisać ani o filmach Andrzeja Wajdy, ani o współczesnej polskiej piosence, lecz o literaturze. O współczesnej polskiej literaturze i jej najwybitniejszych przedstawicielach. Zanim zacznę, powiem uczciwie, że nie wiem, ilu jest obecnie w Polsce autorów, którzy są traktowani, jako owa awangarda nowej polskiej literatury. Najprościej oczywiście byłoby zajrzeć do Wikipedii i przejrzeć listę książek zgłoszonych w ostatnich latach do Nagrody Nike, no ale to nam nic nie da, bo już w jednej chwili się zorientujemy, że jedynym osiągnięciem zdecydowanej większości z nich była ta nominacja i na tym koniec. Wystarczą nam jednak tylko wspomniane wcześniej otwarte serce i oczy, by stwierdzić, że to jest pięć, może sześć nazwisk: Szczepan Twardoch, Olga Tokarczuk, Katarzyna Bonda, Andrzej Stasiuk, Andrzej Pilipiuk, Jakub Ćwiek… Ach, jest tam jeszcze oczywiście Zygmunt. Zygmunt Miłoszewski. Oczywiście, biorę pod uwagę, że na tej scenie odbywają się jeszcze jakieś przetasowania, o których nic nie wiem, ale to jest wszystko, co udało mi się zauważyć i zapamiętać.
     Jak mówię, ani nie przeczytałem, ani przeczytać nie planowałem, którejkolwiek z książek któregokolwiek ze wspomnianych autorów, natomiast, owszem, w celach badawczych przy różnych okazjach rzuciłem okiem na parę z nich. A zatem na przykład, pewnego dnia, podczas pobytu z żoną w lokalnej bibliotece, nudząc się niemiłosiernie, zapoznałem się z początkiem powieści Andrzeja Stasiuka pod tytułem „Dojczland” i tam było tak, że Stasiuk wysiada z pociągu na dworcu w Berlinie, wychodzi na ulicę, wpada na zarzyganego menela i zastanawia się, czy w hotelu będzie niebieski Johnny Walker, ale później okazuje się, że jest tylko czarny. Możliwe, że coś pomyliłem, ale ogólnie tak to wygląda.
      Dwa lata temu natomiast, na targach w Krakowie, wziąłem do ręki książkę Olgi Tokarczuk, nagrodzoną powieść zatytułowaną „Księgi Jakubowe”, nad którą Autorka pracowała 7 lat, i wystarczyło mi przeczytać tylko dwa pierwsze zdania owego dzieła, bym wiedział, co się znajduje na tych wszystkich stronach: „Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną”. No i się dowiedziałem.
    Od pewnego czasu znęcamy się tu nad autorem być może z nich wszystkich najbardziej ciekawym, czyli Szczepanem Twardochem. Ktoś zapewne zapyta, czemu akurat wybraliśmy Twardocha, skoro – jak to już wcześniej zostało powiedziane – nie czytaliśmy ani jednej z jego książek. Ponieważ mogę mówić tylko za siebie, powiem, że ja na Twardocha mam oko z dwóch powodów: pierwszy to pewien jego wywiad dla Onetu, a drugi to zdjęcia, jakie on każe sobie notorycznie robić, by je następnie publikować w mediach. Co to za wywiad i co to za zdjęcia, jest dziś dla nas bez znaczenia. Komu będzie zależało, to sobie sprawdzi, mnie natomiast chodzi tylko o to, że osobiście mam głębokie przekonanie, że Twardoch to nie jest pisarz, lecz wyłącznie mocno ustosunkowany cwaniak o talencie porównywalnym do wiadra z wodą.
      I na tym by się musiały te moje dzisiejsze literackie refleksje skończyć, gdyby nie pewne zdarzenie, które sprawiło, że się wziąłem za ten temat. Otóż przez teściów naszej córki zostaliśmy wczoraj zaproszeni na wizytę aż do samych Gliwic, a ponieważ są mrozy i kolej naturalnie zawodzi, na nasz pociąg musieliśmy czekać całe dodatkowe 47 minut. By godnie wykorzystać czas oczekiwania na pociąg, postanowiliśmy się posnuć po galerii, którą mamy na miejscu, no i w pewnym momencie żona moja zażyczyła sobie, by wstąpić do księgarni sieci „Matras” i popatrzeć na książki. I proszę sobie wyobrazić, że ja niemal w jednej chwili trafiłem na książkę Szczepana Twardocha pod tytułem „Morfina” i zajrzałem na pierwszą stronę. Proszę się skupić:
      „Łeb. Smród.
       Łeb pęka, jak wyschły, martwy ślimak, chropowaty.
       Podniebienie pod skorupą zaschniętej flegmy. Łeb pęka. Pustynia. Smród własnych wyziewów.
       A więc obudził się? Obudził się? Nie obudził się. Jeszcze spać? Sen, zniknie cierpienie we śnie? Nie zniknie.
       A we śnie… Był to sen?
       A więc budzi się. Budzę się. Obudziłem się. Oczy pieką, grudki ropy wygrzebuje, wygrzebuję palcem, rzęsy ropą sklejone. Otwieram. Gdzie jestem. Nie u siebie.
       Trzeba wstać, wstać, trzeba na sedes, uwolnić kiszki”.
        No i znów ktoś powie, że co nas to obchodzi. Twardoch, Stasiuk, Tokarczuk? Banda geszefciarzy. Cóż to za problem? Jest tyle innych rzeczy, którymi możemy się zajmować. Otóż nie. Zrozummy to wreszcie. To wcale nie jest tak, że oni są tam, my jesteśmy tu i to są światy, które się w żaden sposób nie przecinają. Otóż nie. To jest jeden i ten sam świat. Naprawdę. Czy czytamy najnowszą powieść Szczepana Twardocha, czy oglądamy w telewizji noworoczny koncert w Zakopanem, czy kupujemy najnowszy numer tygodnika „W Sieci”, czy wreszcie z najwyższym zainteresowaniem śledzimy najnowsze wiadomości z Sejmu, jesteśmy w tym samym świecie, gdzie każde kolejne zdarzenie się przecina z innym, a my naprawdę nie mamy nic do gadania.
       I jedyne co nam pozostaje, to pamiętać tamte słowa: „Całe swoje życie starałem się postępować rozważnie. Kobiety i dzieci mogą się bawić. Mężczyźni nie”.


Nasze książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Bezwzględnie warto.     

sobota, 7 stycznia 2017

Dlaczego czerwone pająki są niewyuczalne?

      Słowo daję, że w żaden sposób nie planowałem zajmować się tu dłużej owym, ciągnącym się od dobrych już kilku tygodni, szaleństwem, jakie nam zgotowała tak zwana „zjednoczona opozycja”, wygląda jednak na to, że ponieważ za nami i przed nami parę naprawdę ciekawych wydarzeń, i nawet posłanka Nowoczesnej Scheuring-Wielgus ogłosiła, że Ryszard Petru to „twardy facet” i on nam na 11 stycznia szykuje prawdziwą niespodziankę, nie mam tu sensownego pola manewru i muszę zabrać głos. Otóż, jak już tu wcześniej wspomniałem, sytuacja aktualnie jest taka, że Platforma z Nowoczesną okupują Sejm i przed sobą mają już tylko dwie drogi: albo pójdą po rozum do głowy i uznając, że każdy kolejny dzień ich tylko publicznie coraz bardziej kompromituje, ogłoszą, że dla dobra Polski oni postanowili tę salę zwolnić, albo się uprą i będą siedzieć tam tak długo, aż na wspomnienie o nich Polacy już tylko będą rzygać i wtedy minister Błaszczak będzie mógł bez większego ryzyka wysłać na nich policję, która ich stamtąd wyniesie. Oba rozwiązania są w sposób oczywisty złe i w tym momencie pojawia się coś, co pojawić się musi, a więc wybór – z ich punktu widzenia –  zła mniejszego, a mianowicie pozostania na miejscu. Dlaczego? A to z tej prostej przyczyny, że jeśli oni przerwą ten protest, już jest po nich, natomiast jeśli go będą kontynuować do samego końca, czyli do policyjnej interwencji, zawsze mogą liczyć na jakiś cud, który oczywiście nigdy nie nastąpi, ale przynajmniej przedłuży to ich święto. Dla Polski to będzie oczywiście pewien kłopot, bo te wszystkie panie plus jednego Murzyna, jak już wspomnieliśmy, trzeba będzie stamtąd wynosić przy pomocy policji, one będą histeryzować, nie daj Boże któraś z nich zejdzie na zawał serca, świat ogłosi, że oto Polska osiągnęła poziom Korei Północnej, no i trzeba będzie kolejnych miesięcy, żeby to wszystko spokojnie odkręcić. No ale, jak mówię, wyjścia z tej sytuacji nie widać.
       Ktoś powie, że to nieprawda. Wystarczyłoby, żeby Prawo i Sprawiedliwość, jako ten silniejszy i bardziej rozsądny, najpierw przywróciło posłowi Szczerbie możliwość udziału w posiedzeniu Sejmu, następnie zgodziło się na powtórzenie głosowania budżetu, a potem, mając tę swoją przewagę, budżet przegłosowało i w ten sposób ów kryzys się zakończy. Otóż moim zdaniem, takie rozwiązanie jest absolutnie najgorsze z tego względu, że propagandowo PiS-owi wyłącznie zaszkodzi, a w praktyce wyłącznie doprowadzi do eskalacji konfliktu. W jaki sposób? W taki mianowicie, że w momencie gdy rozpocznie się owo trzecie czytanie, a następnie głosowanie poprawek opozycji, natychmiast na mównicę wejdzie poseł Szczerba i ze swoim słynnym wesołym błyskiem w oku powie: „Ja mam pytanie do pana prezesa Kaczyńskiego. Czy przed rozpoczęciem dzisiejszego posiedzenia on się konsultował ze swoim kotem, czy może pojechał specjalnie na Wawel, by nawiązać kontakt ze swoim zmarłym bratem?” W tym momencie marszałek Kuchciński, po raz pewnie dwunasty w tej kadencji Sejmu, udzieli posłowi Szczerbie napomnienia, na co, przy akompaniamencie rechotu posłów opozycji, poseł Szczerba, powie: „Widzę, że pan marszałek też lubi koty, co świadczy tylko o tym…”, w efekcie czego Kuchciński wyłączy Szczerbie mikrofon. Szczerba oczywiście odmówi opuszczenia mównicy, do niego dołączy posłanka Mucha i zaintonuje piosenkę zespołu „Perfect” „Nie bój się tego Jaruzelskiego”, a kiedy Kuchciński wykluczy oboje z obrad, cała ta banda ponownie wedrze się na mównicę i ogłosi, że tam będzie siedzieć tak długo, jak w Polsce nie będzie demokracji.
      Bo nie oszukujmy się. Celem tego zamieszania nie jest troska o demokrację, choćby i rozumianą w najbardziej perwersyjny sposób, lecz doprowadzenie do awantury, której Prawo i Sprawiedliwość nie wytrzyma i zrobi błąd, przez który straci dotychczasowe poparcie i będzie można zaryzykować nowe wybory. Mam oczywiście nadzieję, że Jarosław Kaczyński jest na taki rozwój zdarzeń przygotowany i potrafi się w nim odnaleźć. No ale przede wszystkim bardzo liczę na to, że on też nie potraktuje poważnie głosów tych, którzy mu tłumaczą, że „przecież macie wystarczającą przewagę, by przegłosować wszystko” i w tym wypadku pod żadnym pozorem nie ustąpi. Oni są dziś bowiem już tak słabi, że naprawdę niewiele trzeba, żeby się rozpierzchli jak pamiętne czerwone pająki Lecha Wałęsy. Każde ustępstwo matomiast to dla nich dodatkowy zastrzyk energii. A nam zależy, by oni nadal zdychali w pokoju, co aktualnie zresztą z prawdziwą satysfakcją obserwujemy.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam na każdy dzień, deszcz czy śnieg. 

piątek, 6 stycznia 2017

Zbieramy na tran dla Richiego i Dżoeny

       Wczoraj ukazał się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój cotygodniowy felieton. Polecam wszystkim.        


      Jak już miałem tu okazję pisać kilka razy, cykl wydawniczy „Warszawskiej Gazety” w połączeniu z tempem, w jakim pojawiają się i dezaktualizują kolejne wydarzenia, sprawia, że kiedy zasiadam do pisania kolejnego felietonu, to o ile tylko jego tematyka nie dotyczy spraw bardziej ogólnych, nie mogę mieć jakiejkolwiek pewności, czy te kilka dni nie sprawi, że kiedy będą Państwo czytali moje słowa, one Wam będą, jak psu na budę. Tym razem jednak – mimo że w istocie rzeczy dotykamy dziś kwestii zdecydowanie doraźnej – mam mocne przekonanie, że w kolejny długi weekend będziemy wchodzić z porządnym przytupem.
      Oto w Internecie zaprezentowane zostały dwa zdjęcia. Na pierwszym z nich czterech polityków opozycji protestuje w Sejmie przeciwko pisowskiemu faszyzmowi i tu akurat widzimy jakiegoś niezidentyfikowanego posła, dwie jak najbardziej znane posłanki Nowoczesnej, oraz jednego Murzyna, jak siedzą na schodkach prowadzących na mównicę i ponuro spoglądają w oko kamery. Ponieważ za nimi już dwa bite tygodnie tego żenującego spektaklu, a szanse na choćby pozornie honorowe jego zakończenie, bliskie zera, oni ani do nas nie machają, ani nie robią śmiesznych min, ani nawet nie robią wrażenia wesołych. Siedzą tam, najwidoczniej źli jak jasna cholera na cały świat, jakby chcieli do nas warknąć: „I co się gapicie?”
      To jest zdjęcie pierwsze. Drugie jest już znacznie bardziej radosne. Oto mamy wnętrze samolotu, na pierwszym planie widzimy Ryszarda Petru, jak w swoim typowo wieśniackim zamyśleniu wpatruje się w ekran swojego notebooka, a na fotelu obok, w uwodzicielskim wygięciu, półleży posłanka Nowoczesnej Joanna Schmidt i wpatruje się w przewodniczącego Petru, jakby chciała mu powiedzieć: „Riczi, jaki ty jesteś piękny, kiedy tak siedzisz i nawet nie widzisz, jak ja cię kocham”.
     Jak się dowiadujemy, w odróżnieniu od pierwszego ze zdjęć, które było jak najbardziej pozowane, to, na którym widzimy Ricziego z Dżoaną, zostało zrobione z ukrycia przez współpasażera tej superprzystojnej parki w drodze na portugalską Maderę i bardzo inteligentnie sprzedane przez niego plotkarskim mediom, które oczywiście natychmiast je opublikowały, no a nam nie pozostaje już nic innego, jak się nim odpowiednio zainspirować.
      Otóż to co moim zdaniem jest tu najbardziej interesujące, to wcale nie widoczny romans Petru z posłanką Schmidt. To akurat mnie ani nie dziwi, ani nawet nie oburza. Nie dziwi, bo choć to, jak wszyscy wiemy, klasyczny burak spod Piaseczna, Petru jest faktycznym szefem tej korporacji, a zatem Schmidt, jako zdecydowanie najładniejsza posłanka Nowoczesnej, nie bardzo miała szansę, by się przy tak ciężkich warunkach uchować. Nie oburza natomiast, bo trudno się oburzać, kiedy wiatr wieje, słońce świeci, a Ziemia się kręci.
      Mnie natomiast fascynuje to, w jak piękny sposób ci durnie się odsłaniają. Na miejscu tych, którzy im płacą, ja bym jednak im dał jakąś karę. Niechby tylko w postaci picia tranu przez nos.


Wiedziałem oczywiście, i dałem temu odpowiedni wyraz, że szansa na to iż dni, jakie dzielą czas od powstawania tego felietonu od jego publikacji, wystarczą, by on się dramatycznie zdezaktualizował, jednak nawet ja się nie spodziewałem, że tempo zmian, jakie nam zaserwował początek nowego roku, będzie aż tak zawrotne. Miejmy więc już tylko nadzieję, że zanim postawię tu ostatnią kropkę, nie okaże się, że w międzyczasie Mateusz Kijowski zwrócił się do prezydenta Putina o przyznanie mu rosyjskiego obywatelstwa. Byłbym zapomniał: książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. A góra stoi.

czwartek, 5 stycznia 2017

Nowy Salon24 - niesłuszny gest państwa Janke

           Przyznać muszę, że kiedy i do mnie dotarła informacja, że państwo Janke zdecydowali się dokonać rewolucji w swoim Salonie24, ów news wywołał u mnie jedynie wzruszenie ramion. Powodem tego było częściowo to, że ja w ogóle –  zgadzam się, że to z powodu wieku – od pewnego czasu nie jestem w stanie się emocjonować niczym, co przekracza granice mojego domu i mojej walki o to, by on trwał, ale też i fakt, że nie ma takiej możliwości, by decyzje podejmowane przez państwa Janke w jakikolwiek sposób były w stanie dotknąć moich planów. Faktyczna sytuacja bowiem jest taka, że nawet gdyby oni ostatecznie wyrzucili nasze blogi z Salonu, na sukces naszego przedsięwzięcia ów gest miałby, jeśli w ogóle, wpływ zaledwie przez parę dni, po czym i tak wszystko wróciłoby do normy.
      I tu muszę się uderzyć w piersi. To, w jaki sposób oni – przepraszam za dosadność, ale lepszego słowa nie potrafię znaleźć – rozpieprzyli dzieło swojego życia, przekracza wszystkie moje najczarniejsze wyobrażenia. Bogna i Igor Janke jednym ruchem doprowadzili do tego, że Salon24 stał się wyłącznie miejscem spotkań parunastu blogerów, takich jak Lchlip, Wszołek, Stary, czy Rosemann, natomiast całej niemal reszcie nie pozostaje nic innego, jak snucie się gdzieś po marginesach tego geszeftu z kompletnie próżną nadzieją, że ktoś zechce poczytać, co oni mają do powiedzenia. Przyznaję, że wcześniej nie było o wiele lepiej, jednak przez pewną przejrzystość układu strony Salonu24, osoby ją odwiedzające miały pewną choćby minimalną szansę znalezienia czegoś dla siebie. Na górze był wprawdzie niezmiennie Stary i Jarecki, obok teksty przez właścicieli Salonu szczególnie polecane, natomiast niżej wszystko było elegancko rozdzielone na rubryki tematyczne, oraz równie przejrzyście oddzielone od notek napływających na bieżąco, a więc zawsze można było spojrzeć w dół, w lewo, lub ewentualnie w prawo i odkryć coś ciekawego. Dziś jest tak, że pozostają już tylko Wszołek, Stary i Lchlip, a dalej taki już mętlik we łbie, że większość wieje do tvn24.pl, by poczytać o kolejnych przygodach Mateusza Kijowskiego.
      No ale i tu, gdy idzie o nas, ów Salon24 i jego nędzny los ma znaczenie tylko o tyle, o ile my będziemy w stanie używać go dalej, jako tablicę ogłoszeń dla naszej działalności publicystycznej. Przyznaję, że coraz bardziej przesuwany w okolice uczęszczane niemal wyłącznie przez tych, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem, no i coraz mniej atrakcyjny nawet dla osób najbardziej zdesperowanych, no ale zawsze istnieje szansa, że nawet w tak trudnych okolicznościach uda się nam wybawić tych parę zagubionych dusz. A najlepszym dowodem na prawdziwość mojej diagnozy może być choćby to, że wystarczył ten jeden dzień, kiedy Salon się zamknął, by mój prywatny blog toyah.pl zarejestrował ponad 3 tys. unikalnych odsłon, a więc więcej niż mu się przydarzyło kiedykolwiek wcześniej.
      W tej sytuacji chciałbym uprzejmie poinformować tych wszystkich, którzy zdecydują się szukać moich tekstów tu w Salonie24, że, owszem, ja je tu będę zamieszczał tak długo, jak państwo Janke mi na to pozwolą, natomiast gdy idzie o komentowanie i w ogóle o dyskusję pod notkami, niczego nie mogę zagwarantować. Mnie od tej żółci bolą oczy, a jak już wspomniałem wcześniej, jestem w takim wieku, że muszę na siebie uważać. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę państwu Janke, że mnie też stać na pewne gesty. Otóż jak najbardziej w geście dobrej woli, postanowiłem się podporządkować zaproponowanej wczoraj przez Pana Administratora konwencji i zatytułować dzisiejszą notkę w taki sposób, by on nie musiał mi tu już grzebać. Mam nadzieję, że zostanie to tam gdzie trzeba odpowiednio docenione.
      A zatem, zapraszam na www.toyah.pl  zarówno tych, którzy jeszcze czegoś z portalu państwa Janke oczekują, jak również osoby, które trafiły na ten blog z opóźnieniem. No i przypominam naturalnie, że moje książki są 24 godz. na dobę do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.


środa, 4 stycznia 2017

Czy praca dla Agnieszki Romaszewskiej to sprawa państwowa?

            Możliwe, że to się części z nas nie spodoba, ale gdyby ktoś mnie spytał, za co nie lubię prezydenta Łukaszenki, to bym odpowiedział, że przede wszystkim ja o nim wiem zbyt mało, by wygłaszać na jego temat jakiekolwiek opinie, ale jeśli skłonny jestem faktycznie przyznać, że go bardziej nie lubię, niż lubię, to ze względu na dwie, i tylko dwie, rzeczy. Otóż kiedyś widziałem jego zdjęcie jako prezydenta, a więc w oficjalnym stroju, oraz w oficjalnych wnętrzach, tyle że on na nogach, zamiast butów, miał zwykłe papcie, no i ponieważ on w ten sposób przypomniał mi Lecha Wałęsę, to mnie do niego raczej zraziło. Miało to miejsce wiele już lat temu i przyznaję, że od tego czasu osoba Łukaszenki mnie w żaden sposób nie absorbowała, dopiero niedawno pomyślałem sobie, że to jest jednak bałwan, kiedy zrobił sobie serię zdjęć z aktorem Stevenem Seagalem. Ja wprawdzie wciąż chcę wierzyć, że dając Seagalowi do zjedzenia marchewkę, Łukaszenko chciał z niego zakpić, jednak wciąż uważam, że szanujący się polityk w tak podejrzanym towarzystwie pokazywać się nie powinien. Jednak poza tymi dwoma przypadkami, do Łukaszenki większych, w pełni uświadomionych i podpartych racjonalnymi argumentami, pretensji nie mam.
      Ktoś spyta, czemu, skoro Łukaszenko to nie jest mój problem, zdecydowałem się w ogóle na jego temat zabierać głos. Otóż powodem nie jest tak bardzo on, jak Białoruś, a więc kraj, w którym on pełni jak się zdaje władzę, którą my przyzwyczailiśmy się nazywać władzą dyktatorską, a z którym Polska sąsiaduje i z cała pewnością chciałaby dobrze żyć. Moją troską jest Białoruś, natomiast bez Łukaszenki się obejść nie jestem w stanie z tego prostego względu, że to on jest symbolem tego państwa i to symbolem jednoznacznie złym i podłym. A by zobaczyć, jak bardzo złym i podłym, wystarczy nam zauważyć, że ile razy tu w Polsce wysłuchujemy wyzwisk pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, nazwisko Łukaszenki niezmiennie pojawia się tuż obok ludzi tak złych i podłych, jak Hitler i przywódca Korei Północnej, Kim Dzong Un.
      No i dobrze, ktoś powie. Łukaszenko w pełni sobie zasłużył na to, by się znaleźć w tym towarzystwie i w dalszym ciągu nie ma powodu, by go traktować z takim pobłażaniem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że choć, jak mówię, na temat Białorusi i jego prezydenta mam wiedzę ograniczoną, to obejmuje ona akurat świadectwa paru moich znajomych, którzy na Białorusi byli i ani jednym słowem nie potwierdzają tej opinii, która jest nam dostarczana w popularnym przekazie. Daję słowo, że żaden z moich znajomych, którzy mieli okazję być na Białorusi nie zauważył, by ona tonęła w jakimś szczególnym nieszczęściu.
      No ale tu też od razu pewnie spotkam się z zarzutem, że ja jestem jak ci Francuzi, czy Amerykanie, którzy w czasie PRL-u przyjeżdżali do Polski i po powrocie do domu opowiadali, że nie widzieli ani terroru, ani głodu, ani jakiejś uderzającej nędzy. Wręcz przeciwnie, Polacy to szczęśliwy naród, cieszący się życiem, a w dodatku znaczna część robi wrażenie naprawdę dobrze odżywionych. W tej sytuacji, ja bym chciał przywołać świadectwo osoby, która, o czym jestem przekonany, jest wystarczająco nieuprzedzona, a jednocześnie kompetentna, by mi o Białorusi interesująco opowiedzieć, a mianowicie Izabeli Brodackiej – Falzmann, która w jednym zaledwie tekście przedstawiła wystarczająco, z mojego punktu widzenia, przekonujący obraz Białorusi, bym się przynajmniej miał prawo zastanowić. Nie będę tu dawał żadnych cytatów. Kto chce, niech się z owym świadectwem zapozna. Naprawdę warto. http://www.ekspedyt.org/izabela-brodacka-falzmann/2013/08/09/17166_bialorus-zmyslenie-i-prawda.html
      A zatem mamy tę Białoruś, a wraz z nią nasze głębokie przekonanie o naszej wobec niej zdecydowanej cywilizacyjnej, politycznej i moralnej przewadze, i na tym tle pojawia się nagle kwestia tak zwanej Telewizji Biełsat i niedawnej decyzji polskiego rządu, by ją przestać dofinansowywać. I tu znowu muszę się przyznać do dość dużej niekompetencji. Gdy chodzi o ów Biełsat, jedyne co wiem na temat tego projektu, to to, że za nim stoją Agnieszka Romaszewska z mężem i że jej celem jest do tego stopnia wzbudzić u Białorusinów poczucie obywatelskości, by oni wreszcie zrozumieli, że Łukaszenko to stary satrapa, którego należy obalić i w ten sposób doprowadzić do tego, że Białoruś stanie się częścią wielkiej europejskiej rodziny. Z tego co zdążyłem też zaobserwować, zaangażowanie Romaszewskiej w ów projekt jest tak wielkie, że ja je mogę porównać już tylko do zaangażowania Tomasza Terlikowskiego w walce z międzynarodowym pedalstwem, Jerzego Owsiaka na rzecz pomocy chorym dzieciom, Stefana Niesiołowskiego gdy chodzi o niszczenie pisowskiego faszyzmu, ewentualnie Jana Hartmana w jego walce z Panem Bogiem. Chodzi mi o to, że, mimo wszelkich różnic, ich wszystkich łączy jedno, a mianowicie to, że gdyby nie te ich obsesje, oni nie mieliby jednego powodu, by istnieć publicznie, ale też przede wszystkim owego istnienia fizycznej możliwości. A fakt ten jest dla mnie wystarczającym argumentem za tym, by na działalność każdego z nich patrzeć podejrzliwie.
       Dlatego też od niemal samego początku, jak przez obywatelską aktywność Agnieszki Romaszewskiej, w walkę o wolność i demokrację na Białorusi zaangażowało się również polskie państwo, niezmiennie głosiłem swój co najmniej w tej kwestii brak zainteresowania, a w porywach wręcz silną niechęć. Nie uważam bowiem, by z jednej strony za działalnością Agnieszki Romaszewskiej i jej znajomych stało coś więcej, jak prywatna obsesja – a i to w najlepszym wypadku – z drugiej natomiast, by sami Białorusini aż tak bardzo wyczekiwali naszego zaangażowania.
      Dlatego też, gdyby ktoś był w ogóle zainteresowany moim zdaniem na ten temat, chciałbym oświadczyć, że uważam za w pełni słuszny gest ministra Waszczykowskiego, by po tych wszystkich latach odciąć Telewizję Biełsat od budżetowych pieniędzy i w ten sposób pokazać Białorusinom nasz szacunek, a jednocześnie – choć to już jest naturalnie kwestia drugorzędna – zachęcić panią Romaszewską do tego, by zaangażowała się w coś, o czym będziemy mogli powiedzieć, że działa na rzecz naszego wspólnego dobra, a nie organizowała swoich znajomych w obronie swojego osobistego interesu.
      Na koniec, gdyby ktoś wciąż nie mógł się otrząsnąć z oburzenia, zachęcam jednak do skorzystania z podanego wyżej linku i zapoznania się z relacją pani Falzmann.


Przypominam, że moje książki dostępne są w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam serdecznie i szczerze.

wtorek, 3 stycznia 2017

Pan i pani Zybertowicz, czyli TKO?

          Zanim przedstawię główny powód, dla którego piszę dziś ten tekst, chciałbym wspomnieć coś, co usłyszałem od jednego z dziennikarzy tygodnika „W Sieci”, którą odbyliśmy jakiś czas temu na którychś z targów książki. Zeszło nam się tam w pewnym momencie, zaczęliśmy gadać, no i go w końcu zapytałem, czy ma świadomość poziomu prezentowanego przez tygodnik, dla którego przyszło mu pracować. No i proszę sobie wyobrazić, że on bez mrugnięcia okiem, bardzo spokojnie, odpowiedział, że owszem, on sobie z tego, czym jest tygodnik „W Sieci”, zdaje sprawę, natomiast czynnikiem decydującym o wszystkim jest w jego sytuacji to, że oni „bardzo dobrze płacą”.  
     Przyznaję, że nie do końca mam świadomość tego, co się kryje za określeniem „bardzo dobrze”, natomiast, jako że sam w znacznym stopniu utrzymuję się z publikowania tekstów w paru miejscach pewne pojęcie na ten temat mogę mieć. Poza tym, ja naprawdę bardzo dobrze widzę sposób, w jaki na poziomie organizacyjnym działa akurat tygodnik „W Sieci” i nie mogę nie widzieć, jak bardzo oni się koncentrują na tym, by tam nikomu nie stała się krzywda pod względem finansowym właśnie. Zdecydowana większość zawartości każdego numeru podzielona została na zarządzane jednoosobowo kolumny i nie ma sposobu, by którakolwiek z nich choćby na jeden tydzień została odstąpiona komukolwiek spoza „bandy”, nawet jeśli to musi być coś tak drobnego i pozbawionego jakiegokolwiek znaczenia, jak felieton niejakiej Marty Lewandowskiej, czy wywiad z celebrytą jakiejś Jolanty Gajdy-Zadwornej. Zrobiłem ten wysiłek i policzyłem, ile w jednym wydaniu tygodnika „W Sieci” znajduje się kolumn ściśle autorskich i proszę sobie wyobrazić, że jest ich aż 47, przy czym znaczna część autorów ma ich więcej niż jedną: czasem dwie, a niekiedy nawet i trzy. Nawet ostatnio, po tym, jak z tego towarzystwa za krytykę władzy wywalono Warzechę, na jego miejscu nie pojawił się nikt nowy, natomiast, owszem, kolejny felieton przyznano Makowieckiemu. Reszta numeru jest również zresztą podzielona między te same nazwiska, tyle że tu teksty są znacznie dłuższe, a więc, jak rozumiem również znacznie lepiej honorowane.
     Ktoś mi powie, że ja się czepiam, a w dodatku zapewne kieruje mną zwykła zawiść o to, że i ja nie mogę być częścią tej niezwykłej paczki. W końcu to jest sposób, w jaki jest organizowana większość redakcji. Tu mamy dziennikarzy „Newsweeka”, tu ludzi „Rzeczpospolitej”, tam są dziennikarze „Wprostu”, gdzieś jeszcze „Gościa Niedzielnego”, a tu akurat znajomi Karnowskiego i Zaremby. No i dobrze. Ja to rozumiem, jednak nie podoba mi się to i uważam, że gdyby media – wszystkie media – bardziej się otworzyły, wszyscy byśmy na tym zyskali. Jednak nawet i tu uważam, że to co się dzieje w przypadku „W Sieci” stanowi autentyczną patologię. Ja nie umiem wskazać przypadku, gdzie owa prywata byłaby realizowana w aż tak bezczelnie otwarty sposób. A jeśli się dziś tym zajmuję, to proszę sobie wyobrazić, że wyłącznie przez to, że we wspomnianym numerze znalazł się wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, gdzie ten, komentując fakt przyznania mu przez Karnowskich nagrody „Człowieka Wolności”, oświadczył ni mniej ni więcej, jak tylko: „Czytam i cenię tygodnik ‘W Sieci’”. No bo przepraszam, co tam tak chętnie czyta i tak bardzo ceni Jarosław Kaczyński, poza naturalnie cotygodniowym felietonem swojej bratanicy? Felietony Pawła Korsuna, żarty Jana Pietrzaka, czy winne refleksje Roberta Mazurka? A może polityczne analizy Jana Marii Rokity? Czy ja mam z tego rozumieć, że po skończonym dniu Jarosław Kaczyński sięga po ostatni numer „W Sieci” i krztusi się ze śmiechu przy lekturze dowcipów Krzysztofa Fesusette?
      A może żaden z nich? Może Jarosław Kaczyński „czyta i ceni” tygodnik „W Sieci” wyłącznie ze względu na zamykający każdy numer pisma felieton Katarzyny i Andrzeja Zybertowiczów? Może to poszło o nich. Bo oto jest dokładnie tak jak napisałem. Na ostatniej stronie tygodnika „W Sieci” znajduje się felieton pisany przez prof. Zybertowicza i jego żonę. Pamiętam, że ostatni raz, jak tam zaglądałem, mieliśmy samego Zybertowicza, jednak dziś wygląda na to, że pozycja Profesora zaczęła na tyle zwyżkować, że on zwyczajnie wymusił na Karnowskich, by zatrudnili tam jeszcze panią Zybertowiczową. No i w tym momencie, kiedy na kolegium ogłoszono, że Świetlik i Gadowski będą się musieli nieco posunąć, by zrobić miejsce małżonce Pana Profesora, ci podnieśli taki rwetes, że zapadła decyzja, by te teksty, tak jak dotychczas, pisał Zybertowicz, tyle że honorarium będzie podwójne.
      Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja naprawdę za nic w świecie nie zgodziłbym się pracować dla Karnowskich, i kto mnie zna, wie, że jestem szczery, więc tu nie chodzi o jakieś skrywane frustracje. Rzecz jest w tym, że ja naprawdę chciałbym wiedzieć, jak tym ludziom nie jest wstyd popaść w coś tak zawstydzającego. Proszę mi powiedzieć, co by o mnie pomyśleli czytelnicy, gdybym ja któregoś dnia się dogadał z Piotrem Bachurskim, że mój cotygodniowy felieton do „Warszawskiej Gazety” będzie podpisywany przeze mnie i przez moją żonę, natomiast on mi będzie płacił podwójnie. A to przecież jesteśmy tylko my. Andrzej Zybertowicz natomiast to były doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego i obecny prezydenta Andrzeja Dudy, gwiazda TVP, publicysta „Gazety Polskiej” i „Naszego Dziennika”, i teraz się okazuje, że on na dodatek musi jeszcze żebrać o te parę kawałków dla swojej żony?
     A może oni faktycznie piszą te teksty razem? On wymyśla temat, ona pisze, lub ewentualnie na odwrót? A może jest tak, że on już nie ma siły, by co tydzień dostarczać im tekst, a ponieważ żal mu było odstępować to miejsce, no i te pieniądze, jakiemuś Gadowskiemu, czy, nie daj Boże, Grzybowskiej, to zdecydowano, że kiedy jemu się nie będzie chciało, za niego będzie pisała ona, a honorarium zostaje bez zmian? Swoją drogą wspomniany tekst o kościelnych dzwonach doskonale by o tym właśnie świadczył, biorąc pod uwagę, że coś takiego mogło napisać każde z moich dzieci.
      Jakkolwiek by nie było, mam właśnie przed sobą numer tygodnika „W Sieci” z wywiadem, jakiego udzielił im Prezes i na pięknie upozowanym zdjęciu widzę Zybertowicza i jego żonę, jak patrzą na nas wzrokiem zdobywców. I czekam już tylko, jak cała reszta owych niepokornych redaktorów poczuje się takimi zwycięzcami, że do nich zaczną dołączać ich małżonkowie, a więc pani Wildsteinowa, pani Skwiecińska, pani Pawlicka, no i oczywiście pani Łosiewicz, przez co obok kabaretu Mazurek & Zalewski powstanie kolejny – Łosiewicz & Łosiewicz. I w ten sposób Prawo i Sprawiedliwość będzie mogło zacząć myśleć już o trzeciej kadencji.


Z zapowiedzi czynionych przez państwa Janke rozumiem, że ten tekst wraz z komentarzami tu na Salonie będziemy czytać do godz. 18, a potem Bóg jedyny wie, co się stanie. Jakby co, to proszę pamiętać, że góra stoi pod adresem www.toyah.pl i tam też są odpowiednie linki do księgarni Coryllusa i do moich książek. Zapraszam.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

O dobrej dyktaturze, szlachetnych dyktatorach i o nas - psach Dobrej Zmiany

      Wchodzimy w kolejny rok, dla mnie osobiście już 62, i choć mogłoby się wydawać, że to powinno w jakiś sposób determinować całą resztę, sam akurat do tego faktu podchodzę dość spokojnie. A zatem, Bogu dzięki, póki co, mogę próbować się skupiać na rzeczach zdecydowanie mniej ostatecznych. Tym sposobem, chciałem zapewnić wszystkich tych, którzy czytają ten blog, czy to „od zawsze”, czy też trafili na niego w ostatnich miesiącach, że nie ma takiego sposobu, by on się miał w jakikolwiek sposób zmienić. W nadchodzącym roku, tak jak dotychczas, będę się starał, by te teksty zamieszczane tu były codziennie, by trzymały się standardu, do którego wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni, no a przy okazji zapewniam wszystkich tych, którzy planują traktować swoją tu obecność, jako usprawiedliwienie swojej własnej gnuśności, że będą stąd konsekwentnie usuwani.
      Jest oczywiście możliwe, zwłaszcza wobec najświeższych informacji dotyczących systemowych zmian w sposobie organizacji Salonu24, przekazanych nam właśnie przez właścicieli portalu, może się też zdarzyć, że teksty te będą się ukazywać już tylko wyłącznie pod adresem www.toyah.pl, no ale bądźmy dobrej myśli.
     Mamy też oczywiście plany znacznie szersze, czyli związane z książkami. Tu akurat ja nie mam zbyt dużo do gadania, natomiast wiem, że nie będzie dodruku „Siedmiokilogramowego liścia” i „Elementarza”, będzie natomiast dodruk „Angielskiego listonosza”, nie wydamy drugiej części książki o zespołach, nie wydamy felietonów z „Warszawskiej Gazety”, no ale za to z pewnością wydamy biografię Tadeusza Sendzimira, wielkiego polskiego inżyniera i wynalazcy. Gdzieś tak w okolicach lata.
     Co jeszcze? Mimo moich nieustannych i niepokonanych już chyba pretensji wobec obecnej władzy, będziemy jej tu bronić zębami i pazurami i osobiście nie widzę takiej możliwości, by to się miało zmienić.
     A skoro już przedstawiłem zarys swojego programu na ten rok, wraz z deklaracjami ideowymi, chciałbym – przyznaję, że tym razem wyłącznie na zamówienie paru czytelników –  przypomnieć jeszcze jeden tekst z czasów, gdy wydawało się, że jest już po nas, a jedyne co nas trzymało przy nadziei, to nasz wrodzony optymizm.  Oto styczeń 2011 roku. Bardzo proszę.

     
      Gdyby ktoś mnie spytał, czy biorę pod uwagę ewentualność, że obecna władza, pod kierunkiem Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego – wraz z odpowiednim zapleczem w postaci Krzysztofa Bondaryka, czy kto to tam teraz ma oko na to, żeby się wszystko gładko kręciło – dla utrzymania władzy weźmie nas za mordę, powiedziałbym raczej, że pewnie nie. Obawiam się wprawdzie, że za tą odpowiedzią nie stoi jakiś szczególnie wnikliwy ogląd sytuacji, lecz mój wrodzony optymizm, jednak mimo to, wciąż myślę, że oni nie zdecydują się na użycie siły w takim stopniu, byśmy to musieli odczuć bardziej fizycznie. Mam podejrzenie, że nawet w przypadku ludzi tak bardzo bezideowych i zepsutych jak oni, trzy lata władzy, to mimo wszystko trochę za mało, by dojść do takiego poziomu pewności siebie, gdzie można nam tu urządzić Rosję. I nie ma tu nic do rzeczy kwestia demokracji, czy jej braku. Dla nich, jak wiemy, to jest bez znaczenia. Mam wyłącznie nadzieję, że skoro oni są zbyt gnuśni, zbyt tchórzliwi, a przez z to zbyt mało zdeterminowani, by spróbować się podlizać komuś takiemu jak Leszek Balcerowicz, to tym bardziej nie będzie ich stać na to, by sprawić przyjemność Pawłowi Śpiewakowi.
       Skąd mi przyszedł nagle do głowy ten Śpiewak? Otóż stało się tak przez wywiad, jakiego w weekendowej Rzeczpospolitej ten mędrzec udzielił Robertowi Mazurkowi. W swojej wypowiedzi, poza kompleksowym – nawet nie tyle krytykowaniem, co krytycznym opisem – rządów Platformy Obywatelskiej i osobiście Donalda Tuska, Śpiewak podkreśla trzy kwestie. Pierwsza jest taka, że Donald Tusk, jako człowiek całkowicie bezideowy, w swojej publicznej działalności kieruje się wyłącznie wręcz histeryczną w wiarą w potęgę skutecznego oszustwa. Druga taka, że dla niego główną siłą napędową jest z jednej strony pragnienie władzy, a z drugiej nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego. Trzecia natomiast, że owa nienawiść, jest jak najbardziej zrozumiała i uzasadniona. Dlaczego? Tego Śpiewak nie wyjaśnia. Widocznie w środowisku, w którym on akurat się obraca, fakt że nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego jest uzasadniona, stanowi aksjomat.
      Jak mówię, poza tymi trzema uwagami, całość wypowiedzi Śpiewaka stanowi już tylko bardzo solidne dokumentowanie informacji, że dla Donalda Tuska jedynym sposobem na życie jest dążenie do władzy i traktowanie ludzi jak bezmyślnych durniów. Dopiero pod sam koniec, zresztą na wyraźnie powtarzane życzenie Mazurka, Paweł Śpiewak przedstawia swoją prognozę odnośnie tego, co się wydarzy, kiedy – co dla wszystkich oczywiste – Platforma Obywatelska po raz kolejny wygra wybory, a Donald Tusk zostanie ponownie premierem. Tu muszę skorzystać z cytatu:
       „Jeśli PO wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem”.
      Tak oto bez mrugnięcia swoim profesorskim okiem, Paweł Śpiewak prognozuje przyszłość dla kraju, w którym przyszło mu mieszkać. Ktoś pewnie się teraz spodziewa, że ten obraz zostanie uzupełniony jakąś mocną oceną takiej sytuacji. I będzie miał rację. Na pytanie Mazurka, czy ta wizja go nie niepokoi, Śpiewak powiada:
      „Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. […] Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć…”.
       I to, moim zdaniem stanowi nową, niezwykle ciekawą jakość. Otóż Paweł Śpiewak, w tym swoim intelektualnym geście, przewiduje, że jeśli Platforma Obywatelska zdobędzie pełnię władzy, zapanuje powszechny strach już nawet nie na poziomie życia społecznego, lecz na poziomie samego państwa. Posuwa się on nawet do tego, że tego strachu nie sugeruje, lecz wręcz opisuje go przy pomocy konkretnych słów o bardzo konkretnych znaczeniach. Mówi Śpiewak, że kiedy Platforma Obywatelska przejmie całość władzy, całe polskie państwo padnie u jej stóp właśnie w strachu i poczuciu, że oto nastał czas liczenia się z każdym słowem, każdym gestem, każdym ruchem, jakie płyną z tamtej strony. Paweł Śpiewak wie, że kiedy następne wybory wygra Donald Tusk i jego ludzie, życie publiczne w Polsce zejdzie do poziomu Rosji. No, prawie Rosji. Zdaniem Pawła Śpiewaka, aż tak źle nie będzie, bo nikt nikogo nie będzie mordował. Skąd on to wie? Stąd, że tak myśli. On zna ludzi, którzy będą tworzyć przyszłą władzę, i jemu się nie wydaje, żeby to byli jacyś krwiopijcy. Mówiąc precyzyjnie, on w to nie wierzy. A ponieważ nie ma w nim tej wiary, to również nie ma w nim tego strachu. Będzie więc gites.
      Tego akurat już Paweł Śpiewak nie mówi, ale z całości tej wypowiedzi, wynika też wyraźnie, że on osobiście w najbliższych parlamentarnych wyborach odda swój głos na Platformę Obywatelską. Z pewnością jednak nie na Prawo i Sprawiedliwość, bo jak to już zostało powiedziane na początku, nienawiść do „tej gorszej części PiS-u” ma swoje praktyczne uzasadnienie, a wraz z nim odpowiednie konsekwencje.
      Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która domaga się wyjaśnienia, właśnie w związku z tą „uzasadnioną nienawiścią”. Zapewnia nas Śpiewak, że z tego co mu wiadomo o ludziach Platformy, oni, kiedy już zastraszą całe państwo, można się spodziewać, „powstrzymają się przed społecznie ryzykownymi decyzjami”. Nie bardzo jednak wiadomo, co Śpiewak ma na myśli, kiedy wspomina o tych „decyzjach”. O jakie to może chodzić decyzje? Czy o jakieś drastyczne podniesienie podatków, czy sprywatyzowanie służby zdrowia, lub szkół, czy może wprowadzenie ustawy, że Polacy powinni jedynie umieć się podpisać i liczyć w podstawowym zakresie. A może on nie wierzy w to, że Donald Tusk nagle postanowi wytłuc fizycznie jedną część społeczeństwa, bo mu tak wyjdzie taniej. Cokolwiek by to było, to jedno już wiemy. Można wierzyć, że ani to, ani to, ani tamto się nie wydarzy.
      Jednak mnie osobiście, martwi bardzo ów przysłówek „społecznie”. No bo jeśli „społecznie”, to ja bym chciał wiedzieć, czy też „politycznie”. A na ten temat u Śpiewaka nie ma ani słowa. Więc ja wciąż nie wiem, czy kiedy już nastąpi czas owej miękkiej dyktatury, co się stanie na przykład z Jarosławem Kaczyńskim, czy choćby ze mną i z moimi dziećmi, które Kaczyńskiego lubią, a więc niewykluczone, że się kwalifikują do wspominanej „uzasadnionej nienawiści”
      W innym miejscu wspomnianego wywiadu zapewnia nas Śpiewak, że Donald Tusk w swojej doktrynie rządzenia skupiony jest na realizowaniu społecznych oczekiwań, tak jak on je rozumie. A więc, nie należy się spodziewać, że on wprowadzi jakiekolwiek rozwiązania, które się ludziom nie spodobają. Ale czy problem PiS-u, i w ogóle moherów, Donald Tusk zakwalifikuje jako kwestię społeczną, czy polityczną? I z jakimi konsekwencjami? Jeśli polityczną, to, jak wnoszę ze słów Śpiewaka, droga wolna. Ale jeśli – na zasadzie, by do polityki się w ogóle nie mieszać, bo jest obrzydliwa – społeczną, to czy może w taki oto sposób, by społeczeństwu trzeba czasem w ramach igrzysk rzucić coś na ząb? No i coś co może jest jeszcze bardziej interesujące. Co Paweł Śpiewak i jego koledzy sądzą na temat obu rozwiązań? Stawiam sobie to pytanie, bo z takim Tuskiem, czy nawet z całym Systemem, jakoś sobie może poradzimy, ale dobrze by było wiedzieć, jaka jest aktualna kondycja tak zwanego społeczeństwa i jego elit. Bo, że zacytuję poetę – dla was to igraszka; nam chodzi o życie.
      Każdy kto czyta to co się pojawia na tym blogu już od lat, wie, że my tak tu sobie czasem gadamy, a tak naprawdę wiemy, że wszystkie słowa zostały już dawno wyczerpane. Że właściwie – jak to mówią starzy Polacy – nie ma o czym gadać. Że wszystko wiadomo. A my tylko powtarzamy te stare zaklęcia, żeby nie zapomnieć. A więc, te dzisiejsze uwagi na temat Pawła Śpiewaka i moralnego, intelektualnego i czysto ludzkiego stanu, w jakim on się znalazł, nie mają znaczenia poza tą naszą codzienną satysfakcją. Jest jednak coś, w tym samym wydaniu „Rzeczpospolitej”, czego nie można przegapić, zwłaszcza, że tkwi, jak ten bonus, tuż obok syku Pawła Śpiewaka. Dosłownie obok. Otóż Anne Applebaum publikuje tam swój felieton na temat sytuacji na Węgrzech. I, naturalnie, przede wszystkim oficjalnie potwierdzając fakt, że Węgry jak najbardziej zachowują podstawowy system europejskiej demokracji, pisze tak:
      „Jednak w ostatnich miesiącach Węgry stanowią przykład, jak krucha może być demokracja. Jeśli zmorą Białorusi jest nie dość popularny przywódca, na Węgrzech jest nią przywódca zbyt popularny – a w każdym razie mający za dużą większość – który może zmieniać prawo w celu zachowania władzy, bez uciekania się do przemocy”.
      Applebaum nie pisze akurat, czy ta sytuacja ją martwi, ani tym bardziej, czy ją niepokoi. Może to wynikać z tego, że jej strach jest oczywisty, ale też może i z tego, że ona nie mieszka na Węgrzech, lecz w Polsce, pod opiekuńczymi skrzydłami miękkiej dyktatury dobrych ludzi z Sopotu i okolic. Z treści jednak całego artykułu, wynika, że to co się dzieje na Węgrzech Annie Applebaum się bardzo nie podoba. Z kolei – choć oczywiście on też nie opowiada nam o Węgrzech, lecz o Polsce, i w związku z tym nie wiemy, co o sytuacji demokracji na Węgrzech sądzi – mamy wiele powodów, by podejrzewać, że gdyby Paweł Śpiewak nie mieszkał dziś w Polsce, lecz właśnie na Węgrzech, to nie byłby już aż tak nonszalancki. Powiem więcej. Możemy mieć wręcz pewność, że on by się tam posrał ze strachu. Zwyczajnie by się posrał. W sensie jak najbardziej dosłownym.
      Wciąż, jak większość nas wie, my tak sobie tu rozmawiamy – bardziej sami ze sobą, niż z nadzieją, że ktoś nas usłyszy. Jest jednak coś, co trzeba powiedzieć głośno i z tą właśnie intencją, by te słowa dotarły tam gdzie trzeba. Jest mianowicie tak, że od pewnego czasu wielu z nas dostrzega, że wraca PRL, tyle że w wersji nieco sparodiowanej, co wcale przy tym nie oznacza, że weselszej. I nie chodzi o to tylko, że, podobnie jak w PRL-u, zaczynamy wsiadać i wysiadać z pociągów przez okna. Ten PRL czuć właściwie z każdej strony, dzień i noc. I teraz pojawia się problem społeczeństwa. Jak na tę szczególną reaktywację PRL-u reaguje społeczeństwo? Wydaje mi się, że dokładnie tak samo, jak w tamtych czasach – a zatem dokładnie tą samą rezygnacją i pozorną obojętnością. Ludzie, jak wiemy, są tylko ludźmi, a więc dziś są tacy, a jutro już nagle zupełnie odmienieni. I odwrotnie. W związku z tym, nie wiedząc oczywiście, jak będzie, możemy liczyć na to, że ten letarg nagle pęknie z hukiem.
       A co jeśli idzie o elity, a więc ludzi pokroju Pawła Śpiewaka i Anny Applebaum? Oni się już nie zmienią. Oni, jak można się było przekonać już dawno, a dziś tylko tę wiedzę z każdym dniem tylko potwierdzać, są całkowicie zakleszczeni. Albo w swojej historii z tym ich całym kulturowym i cywilizacyjnym bagażem, albo w tym czymś, co tak trudno nazwać, ale co ich tak fatalnie determinuje, i z pewnej perspektywy, czyni z nich potwory. Na nich nie można już liczyć. Jeśli dojdzie do ostatecznych decyzji i ostatecznych rozwiązań, nie będziemy ich ani przekonywać, ani edukować, ani zmieniać. I gdybym, jeśli mogę się pokusić o refleksję już całkowicie osobistą, miał im życzyć czegoś dobrego, to być może tylko to, by – jak prognozuje Jarosław Maria Rymkiewicz – zanim Polacy zaczną odzyskiwać niepodległość, oni sobie spokojnie umarli. Żeby ta śmierć była łagodna i cicha, i żeby ich przyłapała jeszcze zanim to oszustwo, które oni tak aktywnie przez lata budowali, i z którego są dziś tak bardzo zadowoleni, wyjdzie na wierzch.
      I niech oni te moje życzenia potraktują jako ostatni dobry gest pod ich adresem z mojej strony. Więcej już nie będzie.

       PS. I jeszcze jedno. Gdyby ktoś chciał skierować do mnie pretensję, że ja, podejmując dyskusję z kimś takim jak Śpiewak, go tylko dowartościowuję, pragnę zwrócić uwagę na fakt, że ja ze Śpiewakiem nie dyskutuję. Ja mu przekazuję pewną wiadomość. Jeśli natomiast dzięki temu, on się poczuje dowartościowany, to Bóg z nim.

Przypominam i napominam. Nasze książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. To jest ostatnia stacja. Dalej nie ma co szukać. Naprawdę.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...