piątek, 13 maja 2016

Krótka i wesoła historia o tym, jak "Gazeta Wyborcza" sprzedawała zaćmienie Słońca

Nie wiem naprawdę, czy wielu z nas zdążyło zwrócić na to uwagę, choć biorę mocno pod uwagę, że w natłoku zdarzeń, jakie przeżywamy w tych dniach, mogło się stać i tak, że to akurat nam umknęło. A zdarzyło się tak, że między Ziemią a Słońcem przeleciał właśnie Merkury, co w pewnym momencie doprowadziło do tego, co w normalnej sytuacji nazwalibyśmy zaćmieniem Słońca przez Merkurego, gdyby nie fakt, że owego Merkurego Pan Bóg umieścił przede wszystkim bardzo blisko Słońca, no a przede wszystkim on ma zaledwie 5 tys. kilometrów średnicy, więc on biedaczek, nawet gdyby bardzo chciał, Słońca nie zasłoni. No ale faktycznie, ów Merkury na chwilę pojawił się na tle Słońca w postaci mikroskopijnej kropki i na tę okazję „Gazeta Wyborcza” do swojego kolejnego wydania dołączyła specjalne, mocno przyciemnione okulary, na tyle mocno, by jej najwierniejsi czytelnicy mogli spróbować bezpiecznie obserwować ów spektakl, a usługę ową wyceniła na zł 9,99.
Ja oczywiście nie wiem, ile osób zgodziło się wyrzucić tę dychę, by się grzecznie złożyć na ów przekręt, ale doświadczenie, jakie mam z samą „Gazetą Wyborczą” i jej czytelnikami, mnie uczy, że paru ich tam musiało się jednak znaleźć. Ludzi, którzy uznali, że skoro taka „Gazeta Wyborcza” za całe zł 9,99 sprzedaje im przyciemniane okulary i każe im się gapić bez sensu w Słońce, to w tym z całą pewnością musi coś być. No i jestem pewien, że w dzień owego szwindlu tysiące durniów nie dość, że założyło sobie na łby te okulary, to już po chwili jeszcze uwierzyło, że oni faktycznie coś widzą. I nic już nie zmieni faktu, że dla mnie przynajmniej to jest zjawisko psychiczne, którego z całą pewnością ludzkości nie udało się uniknąć.
Tak się złożyło, że numer z okularami do obserwacji Merkurego zbiegł się z wielkim marszem opozycji przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości i wiadomością podaną przez główne ośrodki propagandowe – również związane, tak się też akurat składa, z „Gazetą Wyborczą” – że w owym marszu wzięło udział 240 tys. osób. A ja myślę, że to wszystko w sposób cudownie symboliczny pokazuje nam, jak działa System. Otóż metoda jest prosta: przede wszystkim przy pomocy bardziej lub mniej przemyślanych środków, należy część społeczeństwa doprowadzić do stanu, gdzie ci biedni ludzie będą reagować na gwizdnięcie, a potem już tylko w określonych momentach właśnie gwizdać. Dziś widzimy doskonale, zarówno na przykładzie tego marszu, jak i zasłaniającego Słońce Merkurego, jak owa metoda potrafi być skuteczna.
Myślałem o tym Merkurym i o tych nieszczęśnikach, którzy najpierw wysupłali te smutne złotówki ze swoich portfeli, a potem kupili od Agory te nieszczęsne okulary i nagle pomyślałem sobie, że gdybym umiał rysować, to bym to narysował. Ponieważ jednak rysować nie umiem, ale za to mam żonę, która ma tu talent niezwykły, poprosiłem ją o ten obrazek. I oto dziś mamy efekt. Z dedykacją dla tych biedaków, a dla uciechy nas wszystkich. Bardzo proszę.




A moje książki, jak zawsze, można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zachęcam. Wszystko można zobaczyć bez specjalnych okularów.

czwartek, 12 maja 2016

Samotność długodystansowca - ostatnie okrążenie

Siłą rzeczy, wczorajsze wydarzenia w Sejmie obserwowałem wyłącznie z doskoku, na tyle jednak uważnie i na tyle z odpowiednim skupieniem, by wiedzieć, że oto weszliśmy w rozstrzygającą już fazę rządów Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli efekt tego, co się stało wczoraj przyjmie wyraz praktyczny, a nie tylko ograniczony do naszej, jakże nędznej satysfakcji, można powiedzieć, że zwyciężyliśmy i tego zwycięstwa nie odbiorą nam nawet ci, którzy naprawdę potrafią zepsuć coś, czego wydawałoby się zepsuć się nie da. Nawet oni nie dadzą rady wygrzebać tego truchła spod ziemi. Jak mówię, ze względu na cały szereg obowiązków, oglądałem ową prezentację osiągnięć ośmiu lat rządów Platformy Obywatelskiej zaledwie we fragmentach, ale nawet gdybym nie miał okazji wysłuchać wystąpień ministrów Jackiewicza, Macierewicza, czy Morawieckiego, to wystarczyłby mi obraz siedzącego w pierwszym rzędzie i uśmiechającego się Jarosława Kaczyńskiego. Kto widział, ten pewnie wie, co mam na myśli. Ja nie mówię o Kaczyńskim rozbawionym, śmiejącym się, wesołym, ja tak naprawdę nawet nie mówię o Kaczyńskim uśmiechniętym. Mam na myśli ten jeden absolutnie unikalny, niepowtarzalny, tak bardzo dla niego charakterystyczny wyraz twarzy, kiedy on ledwie zauważalnie przechodzi od zwykłej spokojnej pogody do czegoś co zaledwie wskazuje na to, że jest dobrze, coraz lepiej. Jak mówię, kto widział ten wie.
Widziałem więc wczoraj kilka razy ten niezwykły, ledwie zauważalny uśmiech Jarosława Kaczyńskiego, który nas informuje, że nie ma się czego bać, a ich doprowadza do bezsilnej wściekłości i pomyślałem sobie, że owo spojrzenie, w połączeniu z tym, co do nas docierało z wystąpień kolejnych ministrów, dowodzi, że wreszcie jesteśmy na miejscu. I wtedy przypomniałem sobie pewien tekst z tego bloga, jeszcze z roku 2008, w którym tak naprawdę przewidziałem, że ten dzień nadejdzie. Prędzej czy później nadejdzie. Proszę mi pozwolić przypomnieć tamte słowa.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, i tak, jak tu już zauważył jeden z moich wiernych czytelników, na ten czas będę się chciał wyłączyć z pisania. Przed nami ten tekst, który akurat czytacie i może jeszcze jeden, albo dwa. Nie wiem. Przygotowania do Świąt mają swoje prawa, szczególnie jeśli nad wszystkim trzyma straż pani Toyahowa. Chciałbym więc dać Wam coś specjalnego. Wam, a szczególnie tym, którzy dzielą moje marzenia i moje przekonania. Okazja ku temu jest szczególna, ponieważ ledwo wczoraj, w „Rzeczpospolitej”, do obozu tych, którzy nie wytrzymali, dołączył Piotr Semka.
Gdyby ktoś nie do końca zdawał sobie sprawę, co znaczy nazwisko Semka, to przypominam – to jeden z tych dwóch, którzy wtedy, gdy było naprawdę ciężko, napisali i wydali książkę zatytułowaną „Lewy czerwcowy”. I oto wczoraj w „Rzepie”, Piotr Semka opublikował długi artykuł zatytułowany „PiS bez ojcobójcy”. Zupełnie szczerze powiem, że starannie przeczytałem tylko początek owego semkowego artykułu, a całą resztę po kawałeczku. Tyle, żeby się zorientować, o co chodzi, i w jakim momencie swojego politycznego wyboru znalazł się Semka, jednak nie na tyle, żeby mieć możliwość polemizowania z jego tezami, a nawet nie na tyle, żeby czuć konieczność linkowania tego tekstu. Nie o Semkę tu bowiem chodzi, a nawet nie chodzi o ów tekst. Problemem jest tak zwana wiara i wytrwałość. Ale nawet nie tylko to. Mam zamiar pisać o wierze, o wytrwałości, ale również o najbardziej podstawowym poczuciu szacunku do samego siebie.
Każdy z nas dokonał w pewnym momencie jakiegoś wyboru i – ufam głęboko – nasz wybór nie był spowodowany tym, że nam się akurat tak opłacało, albo że byliśmy głupi, czy po prostu naiwni. Wybraliśmy tę drogę, a nie inną, bo byliśmy przekonani, że to jest droga słuszna i na tej drodze będziemy potrafili zachować nasze człowieczeństwo, a jeśli ktoś uważa, że ten ton jest zbyt patetyczny, to niech będzie, że uznaliśmy, że tu nam będzie po prostu wygodnie.
Bywało rożnie. Pamiętam, że bywało bardzo różnie. Trzymaliśmy się jednak tej drogi, bo cokolwiek się działo, wiedzieliśmy, że są rzeczy podstawowe i nawet jeśli od czasu do czasu spadniemy na pysk, to jest to w sumie drobiazg, jeśli porównać to z całością. Więc trwaliśmy i – mam wciąż bardzo silne wrażenie – nie było nam wcale tak źle. A bywało fatalnie.
Dziś czytam artykuł Semki, który deklaruje utratę wiary. Zobaczył Semka parę sondaży i stracił wiarę. Nie dość, że stracił wiarę, to jeszcze tą utratą wiary pragnie się podzielić. Ale też nie dość, że chce nam wszystkim o tym swoim zwątpieniu opowiedzieć, to jeszcze próbuje nam je zracjonalizować i przekonać nas, że my zrobilibyśmy dobrze, gdybyśmy poszli jego śladem.
W jednym z moich ostatnich tekstów wyraziłem pretensje do Rafała Ziemkiewicza, że on, człowiek, który, dzięki pewnemu zbiegowi okoliczności, ale również – o czym nie wolno zapominać – przez swoje własne talenty i dzielną pracę, miał szansę naprawdę na wiele i szansę te zmarnował. Zamiast niego, pewne sprawy musieli kontynuować ludzie od niego dzielniejsi, mądrzejsi, bardziej odważni, bardziej cierpliwi i bardziej zdeterminowani. Oni to zadanie pociągnęli i doszli tu, gdzie doszli. Jednak się ani nie poddają, ani nie wątpią, bo wiedzą, że tego talentu i tej szansy marnować nie wolno.
Dotychczas było tak, że ci, którzy zostali w tyle, stali cierpliwie i cierpliwie przyglądali się rozwojowi wypadków. Ani nie pomagali, ani nie przeszkadzali. Stali i czekali. Ostatnio jednak, z jakiegoś powodu, uznali, że dość już tego czekania. Nie wiem, czy oni mają jakieś nowe pomysły, czy przez te lata bezczynności nabrali nowej energii i są gotowi spróbować jeszcze raz, czy może zmądrzeli i chcą nam zaproponować pewne nowe, lepsze rozwiązania. Może i tak. Wątpię jednak. Z tego co widzę, mam wrażenie, że oni chcą nadal stać i czekać, tyle, że postanowili czekać na coś bardziej interesującego. Coś bardziej ekscytującego. Sami jeszcze do końca nie wiedzą, co to takiego, ale czują, że tak jak jest, jest jakoś nudno.
Jak tu powszechnie wiadomo, jestem bardzo żarliwym zwolennikiem projektu symbolizowanego przez Jarosława Kaczyńskiego. Od osiemnastu lat Jarosław Kaczyński jest dla mnie jedynym politykiem, który potrafi najbardziej skutecznie reprezentować moje pragnienia i moje nadzieje. Był już kiedyś taki czas, że Jarosław Kaczyński był na krawędzi niebytu. Porozumienie Centrum nie istniało, a on sam był posłem wyłącznie dzięki wsparciu Jana Olszewskiego i jego kanapowej partii. Brat Lech, był całkowicie poza polityką i nie było żadnych nadziei na to, że sytuacja może się w jakikolwiek sposób odwrócić. Ani na moment jednak nie zwątpiłem w Jarosława Kaczyńskiego. Wiedziałem, że nie ma nikogo, kto, jak mówię, może skuteczniej wyrażać moje nadzieje i moje ambicje. Ponieważ ja się do tego nie nadawałem, pozostawał on. Jestem więc wciąż tu gdzie jestem i nie mam ani przez moment poczucia, że coś po drodze spaprałem.
Szczerze powiem, że nie wiem, jak to będzie dalej. Mam głębokie przekonanie, że PiS, i sam Jarosław Kaczyński, wrócą do władzy i że Lech Kaczyński ponownie zostanie wybrany przez większość narodu prezydentem. Mogę się mylić. Może się okazać, że to było zbyt trudne na siły dwóch w gruncie rzeczy ludzi. Ale wierzę, że im się uda.
Zdaję sobie, że sytuacja nie jest lekka. Nie chce mi się nawet powtarzać wszystkich tych słów, które tu już wielokrotnie padały. Ale sytuacja nie jest lekka i, cokolwiek różni specjaliści od objaśniania nam spraw oczywistych powiedzą, jest jasne, że najmniej temu wszystkiemu winny jest Jarosław Kaczyński. Jeśli popełnił on jakiś błąd, który można by mu było pamiętać, to tylko ten, że w pewnym momencie nie machnął na wszystko ręką i nie przyłączył się do silniejszego. Niewykluczone, że dziś byłby ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej, a może nawet szanowanym powszechnie Marszałkiem Sejmu. Jest jednak jak jest. Kaczyński balansuje na krawędzi, a ja – i jeszcze oprócz mnie całe masy – też balansujemy na krawędzi.
Więc nie wiem, jak będzie dalej. Możliwe, że to, co dziś wydaje mi się oczywiste, czyli nieuchronny upadek tego wielkiego kłamstwa, jakim jest Platforma Obywatelska, jest jedynie złudzeniem. Może ja kompletnie źle zdiagnozowałem stan społecznych nastrojów i ogólny kształt świadomości wyborców. Możliwe, że się fatalnie pomyliłem. Jeśli tak, będzie mi przykro, a Piotr Semka będzie triumfował u boku kogoś znacznie silniejszego niż Jarosław Kaczyński.
Może jednak się okazać, że mój polityczny węch i moje wyczucie nie zawiodło mnie na moment. Może się okazać, że ta cała zmasowana nagonka na braci Kaczyńskich, to nieustanne modlitwy o śmierć dla obu, to nie była taka tylko zabawa emocjami, ale dowód strachu i w gruncie rzeczy pewności, że nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Że to, z czym mamy dziś do czynienia, czyli między innymi te przedziwne i zasmucające gesty zwątpienia, to wynik tego strachu, że jeszcze nic do końca nie wiadomo. I że ten strach był jak najbardziej uzasadniony.
W roku 2005 PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński, w powszechnym głosowaniu, został wybrany prezydentem. Od tego czasu, nie ma dnia, żeby ktoś mi tłumaczył, że prezydent Kaczyński już praktycznie nie istnieje, a wystarczy jeszcze parę tygodni, by notowania PiS-u spadły do 7% poparcia. Nie ma jednego dnia, od trzech już teraz lat, by banda ekspertów nie przekonywała mnie, że moje oddanie dla PiS-u jest kompletnie irracjonalne. A ja wiem tyle, że od czasu, gdy PiS wygrał wybory roku 2005, sondażowe poparcie dla mojej partii, mimo, że się ciągle waha, utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie. Wiem jednak coś jeszcze. To mianowicie, że w roku 2007 na PiS głosowało niemal 2 mln. wyborców więcej, niż przy poprzedniej okazji. Wiem też, że w ostatnich wyborach uzupełniających na Podkarpaciu, PiS wlał swoim kontrkandydatom w sposób absolutnie bezprecedensowy. Ja rozumiem, że Podkarpacie to Podkarpacie, a nie Sopot, czy Warszawa, na przykład. Ale ja też nie oczekuję, że w Warszawie, lub w Sopocie, co drugi człowiek będzie szanował Jarosława Kaczyńskiego.
Wiem jeszcze coś. Że im więcej będzie głosów wbijających nam do głowy, że Platforma Obywatelska jest projektem na wieczność, a Prawo i Sprawiedliwość to był zaledwie eksces w historii, im głośniejsze będą te głosy i im większy w nich udział będą mieli ludzie tacy jak Piotr Semka, tym bardziej te miliony ludzi, dla których PiS pozostaje jedyną ofertą, będą milczeć i z tym większym hukiem odezwą się za parę lat, przy okazji kolejnych wyborów. I wtedy wielu się zdziwi.
I gdzie wtedy będzie Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz i jeszcze paru innych? Przyjdą tu znowu i powiedzą, że bardzo się cieszą?

Już w przyszłym tygodniu w Warszawie startują doroczne targi książki na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom, Coryllus i tym razem stawia tam stoisko, a ja nie mogę nie towarzyszyć mu przez choćby przez te dwa dni. A więc sobota i niedziela 21 i 22 maja. Stadion Narodowy. Zapraszam.

wtorek, 10 maja 2016

Matura Petru, czyli ile tabliczek z napisem "Duda na Wawel" mieści się na metrze kwadratowym?

Od minionej soboty cała Polska jest zajęta rozgryzaniem zagadki dotyczącej faktycznej wielkości warszawskiej demonstracji KOD-u z przyległościami i wygląda na to, że miną tydzień, dwa, trzy, miesiąc, miną lata, a i tak na końcu tej debaty podręczniki historii, zależnie od tego, czy przygotowane przez jedną, czy drugą stroną politycznego sporu, będą informować, że największa antyrządowa demonstracja zgromadziła a to półtora miliona, a to zaledwie 45 tysięcy uczestników.
Problem przed jakim stoimy my, obserwatorzy z zewnątrz, jest taki, że to co otrzymujemy to przede wszystkim telewizyjny obraz z helikoptera, na którym widać dużo ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Bardzo dużo ludzi, a nasze możliwości oceny owego obrazu nie wychodzą w najmniejszym stopniu poza to, że jeśli ktoś nam powie, że tam jest milion osób, to my to przyjmiemy za fakt, ale tak samo za fakt przyjmiemy to, że ktoś nas poinformuje, że tych ludzi jest 20, 30, czy 40 tysięcy. Popatrzmy na przeciętny stadion piłkarski w Wielkiej Brytanii. Widzimy tę czarno-szarą plamę ludzi i naprawdę większość z nas nie jest w stanie ocenić, czy ich tam jest 30 tysięcy, czy dwa razy więcej. Dużo i kropka. Gdybyśmy nie byli kibicami i nie wiedzieli, że na przeciętnym stadionie nie ma 100 tysięcy miejsc, pewnie część z nas mogłaby nawet uznać, że tam siedzi i śpiewa 100 tysięcy osób.
A zatem nie wiemy nic poza tym, że oto w jednym miejscu pojawiło się bardzo dużo ludzi. I w tym momencie w Warszawie dochodzi do antyrządowej demonstracji, od dłuższego już czasu zapowiadanej, jako największy antyrządowy protest w najnowszej historii Polski, widzimy ten nieprzeliczony tłum, dowiadujemy się, z jednej strony, że tam jest 250 tysięcy ludzi, a z drugiej, że zaledwie 45 tysięcy i jedyne co możemy, to drapać się po głowie i zastanawiać, czy to jest więcej, niż na stadionie piłkarskim, czy mniej. No i możemy jeszcze coś, a mianowicie apelować do tych, co liczą, by nam pokazali, w jaki sposób oni liczyli. No ale i tu też, pod warunkiem że nie jesteśmy politycznie odpowiednio sformatowani, sytuacja nie jest prosta, bo właściwie jedni i drudzy powołują się na argumenty, które z naszego punktu widzenia brzmią równie przekonująco. I nie zmieni tego nawet to, że ktoś przyjdzie i da słowo honoru, że on ich wszystkich policzył zupełnie tak samo, jak John Lennon policzył 10 tysięcy maleńkich dziur w miejscowości Blackburn w hrabstwie Lancashire, bo my mu i tak albo uwierzymy, albo nie.
Czy więc naprawdę nie ma dla nas już żadnej nadziei? Czy już zawsze część z nas będzie musiała wierzyć temu, co mówi Leszek Balcerowicz z rodziną, Władysław Frasyniuk, lub posłanka Pihowicz, a część dziennikarzom TVP i zaproszonym przez nich redaktorom tygodnika „W Sieci”? A więc tak by się wydawało, gdyby nie jeden mały szczegół, na który ja akurat zwróciłem uwagę jeszcze w dzień wspomnianego marszu i dzięki czemu mam święty spokój. Otóż w pewnym momencie przedstawiciel warszawskiego Ratusza, broniąc swoich szacunków, poinformował, że oni najpierw przyjęli założenie, że na jednym metrze kwadratowym pochodu zwykle mieszczą się średnio trzy osoby – czasem dwie, innym razem cztery, ale statystycznie to są zawsze trzy osoby – następnie sprawdzili, ile metrów kwadratowych zajmuje ulica, po której idą ludzie, plus okoliczne uliczki, gdzie przecież też potencjalni demonstranci mogą się znajdować, wszystko pomnożył razy trzy i mu wyszło 240 tysięcy obywateli.
Mnie z tego wszystkiego zainteresowały wyłącznie te dwie, trzy, cztery osoby na metr. Ja wprawdzie z zasady nie biorę udziału w tego typu okazjach, a więc jedyne doświadczenie jakie posiadam w tej mierze, to wizyta papieża Bendykta w Krakowie, kiedy to w przejściu podziemnym między Pantami a dworcem, znalazłem się z trzema innymi osobami w kwadracie metr na metr i do dziś Bogu dziękuję, że przeżyłem, oraz coroczna Droga Krzyżowa w przedwielkanocny piątek, a to drugie doświadczenie mi mówi, że gdybym ja tylko spróbował się wbić w dowolny kwadrat metr na metr, to osoba ów kwadrat zajmująca, choćby nie wiadomo jak pobożna, by się dyskretnie odsunęła, albo mi powiedziała, żebym się nie pchał. Moje doświadczenie, jakie wnoszę z Drogi Krzyżowej mówi mi, że kiedy ludzie idą w ulicznym pochodzie, to każdy z nich ma dla siebie jakieś dwa metry kwadratowe. No może z wyjątkiem sytuacji, gdy idzie ojciec z małym dzieckiem, albo zakochani i trzymają się za ręce, to wtedy te dwa metry zgodnie dzielą między siebie.
A zatem, jeśli poważny człowiek z warszawskiego Ratusza staje przed kamerą i mówi mi, że spokojny, idący szeroką ulicą pochód jest z reguły stłoczony tak gęsto, że każdy kolejny metr kwadratowy dzielą między siebie dwie, trzy, albo cztery osoby, to ja wiem, że mam do czynienia albo z bezczelnym cwaniakiem, albo idiotą. I mu nie wierzę. I każdy wynik, jaki on mi podaje dzielę natychmiast przez cztery. I daję słowo, że nie potrzebuję już nic więcej. W momencie gdy on już przyznał, że jako podstawę swojej metody przyjął przekonanie, że na jednym metrze kwadratowym spokojnego pochodu znajdują się średnio trzy osoby, to nawet jeśli padnie na kolana, położy dwa palce na sercu i przyrzeknie mi uroczyście, że on tych ludzi dla pewności policzył jeszcze przy pomocy chińskiego wskaźnika laserowego, to ja i tak będą miał w głowie już tylko tych przytulonych do siebie demonstrantów z flagą i tabliczką z napisem „Duda na Wawel”.
A zatem, mam propozycję do wszystkich. Dajmy już spokój z tym nieszczęsnym pochodem i tą desperacją ludzi złych, podłych i gnuśnych. Przede wszystkim gnuśnych. Jestem pewien, że to owa gnuśność ich zabije. A ja wtedy kupię sobie jakąś lepszą flaszkę. Oczywiście z czystej nienawiści.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić książki moje, Coryllusa i wielu innych autorów. Polecam gorąco i szczerze.


poniedziałek, 9 maja 2016

Jarosław Kaczyński, czyli czemu wciąż chcą, by zdechł?

Znów z lekkim opóźnieniem przedstawiam ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. I jak zwykle polecam. Przy wszystkich zastrzeżeniach – warto.

Nigdy o tym nie wspominałem, ale tak się składa, że marszałek Sejmu, Marek Kuchciński to mój kumpel. Oczywiście, nie kumpel bliski, bo i on ma swoje sprawy, a ja swoje, on jest z Przemyśla, ja z Katowic, ale faktem jest, że jeśli kiedyś zdarzy się nam spotkać i nie będziemy szczególnie w ruchu, przywitamy się serdecznie i skoczymy na piwo. Ponieważ znam Kuchcińskiego i wiem, że to jest ktoś, kto zasługuje na każdy gram sukcesu, jaki osiągnął, od wielu lat bardzo mnie dziwi, że on jako niemal jedyny z ważnych polityków praktycznie się nie udziela w mediach. Kuchcińskiego nie spotkamy u Olejnik, u Rachonia, u Pochanke, ani też u Gawryluk. Mowy nie ma. A ja wiem na pewno, to nie jest tak, że Kuchciński ma tam zakaz wstępu. Odwrotnie – to oni nie mają do niego dostępu. Dlaczego? Tego już nie wiem, ale podejrzewam, że on nie chce. Jestem pewien, że by sobie świetnie poradził, ale z jakiegoś powodu nie chce i to mi autentycznie imponuje.
Pisząc, że Kuchciński to polityk bez tak zwanego „parcia na szkło”, użyłem słowa „niemal”, bo jest jeszcze ktoś, kogo do telewizji, jeśli jego plany tego nie wymagają, wołami nie zaciągną, a myślę tu o – tak, tak – Jarosławie Kaczyńskim. I tu już nie mam najmniejszych wątpliwości, że owa asceza stanowi bardzo świadomy wybór. Jestem pewien, że i Olejnik i Pochanke, dali by wiele, włącznie z obietnicą, że będą się zachowywać jak aniołki, byleby on się zgodził od czasu do czasu do nich zajrzeć. Nic z tego. On najwyraźniej ma ich kompletnie w nosie, a jego rzadkie występy to tu to tam, stanowią wyłącznie rodzaj komunikatu, który jeśli on ma zamiar wygłosić, to wygłasza i wraca do zajęć.
Niedawno, korzystając wprawdzie nie z telewizji, ale z łamów tygodnika „W Sieci”, Jarosław Kaczyński wygłosił następujący komunikat: Obecny układ władzy stanowi eksperyment, którego sens sprowadza się do tego, że ten, który posiada faktyczną władzę, a więc sam Kaczyński, przyjmując na siebie odpowiedzialność za każdy sukces, ale też i każdą porażkę obecnego politycznego projektu, pełni rolę wyłącznie kontrolną i organizacyjną, ale też to i on ostatecznie będzie z tego rozliczany.
Wczoraj Jarosław Kaczyński wystąpił ponownie, i ku powszechnej wściekłości tych, co już przegrali, ogłosił, że tym razem nie popełni dawnych błędów i zwycięży. Nie prezydent Duda, nie premier Szydło, ale on, czyli ten, który to wszystko wywalczył. Tym razem litości nie będzie. I on o to zadba, a oni zrealizują, jako bardzo ważni zawodnicy biało-czerwonej drużyny. I powtórzmy to: tym razem litości nie będzie.
Ktoś spyta, co tu robi ten Kuchciński. Na to pytanie odpowiem w sposób najbardziej jednoznaczny. On tu występuje wyłącznie jako symbol. Symbol słuszności prawdziwie uniwersalnej zasady: ciszej jedziesz, dalej zajedziesz.

Serdecznie polecam nasze, moje, Gabriela, ale też innych autorów, książki. Wszystkie do kupienia w księgarni na stronie www.coryllius.pl.

niedziela, 8 maja 2016

Studio Polska, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji

Ponieważ mimo zdecydowanie już zaawansowanego wieku, pamięć mi szczęśliwie dopisuje, pamiętam na przykład znakomicie, jak to w końcowej fazie PRL-u pojawił się w TVP – młodszych czytelników zapewniam, że nazwa ta obowiązywała wtedy jak najbardziej – program, w którym wolno było gadać, co komu ślina na język przyniosła. Program polegał na tym, że na pierwszym planie mieliśmy prowadzącego, nieco z tyłu panel ekspertów, a z tyłu tak zwany motłoch, który miał za zadanie drzeć mordę i tworzyć wrażenie, że demokracja triumfuje. Tu akurat głowy nie dam, ale to wtedy chyba po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć, kto to taki Janusz Korwin-Mikke.
Równolegle do tego czegoś, tyle że w wydaniu papierowym, pokazało się pismo „Konfrontacje”, prowadzone przez – w nowej już Polsce – prezesa Business Center Club, Marka Goliszewskiego, a którego pomysł sprowadzał się do tego, by na stronach parzystych było napisane na przykład, że Katyń to robota Niemców, a na nieparzystych, że to byli jednak Ruscy, i żeby w ten sposób lud miał poczucie, że oto wreszcie toczy się autentyczna debata, a wokół rozbrzmiewają dzwony wolności.
Ten typ debaty, a więc zorganizowanej w ten sposób, że trzydzieści przypadkowych osób naraz i w jednym miejscu się na siebie wydziera, na pewien jeszcze czas został przeniesiony do czasów już nam współczesnych – i tu obok Korwina-Mikke pojawił się Ryszard Czarnecki – jednak chwilę później dostaliśmy TVN i wszystko się już na pewien czas ucywilizowało.
Wczoraj telewizja TVP Info zaprezentowała nam nowy zupełnie program, pod nazwą „Studio Polska”. Program był prowadzony wspólnie przez znanego nam skądinąd wybitnego producenta z pewnością równie wybitnego filmu „Smoleńsk”, a jednocześnie prominentnego dziennikarza tygodnika „W Sieci”, Macieja Pawlickiego, oraz przyznaję, że nieznaną mi damę o charakterystycznym głosie Jana Himilsbacha, wyeksponowaną zaledwie nieco bardziej dyskretnie, jak przebrany za pszczołę europoseł Adam Szejnfeld, w pierwszym rzędzie siedzieli zaproszeni goście, a więc, z tego co zdążyłem zauważyć i zapamiętać, redaktor tygodnika „W Sieci” Łukasz Adamski, oraz „nasza” odpowiedź na śp. Władysława Bartoszewskiego, czyli prof. Bogusław Wolniewicz, a w tle tłum przybyłych do studia z ulicy obywateli, którzy mieli za zadanie dyskutować na temat kryzysu konstytucyjnego w Polsce i płynących z niego zagrożeń dla naszej demokracji.
Przyznaję szczerze, że poziom estetycznego napięcia, jaki wystąpił już w pierwszych chwilach programu, poczynając na scenografii i logo, a kończąc na czynniku ściśle, że tak powiem, ludzkim, sprawił, że przełączyłem telewizor na trzecią część „Szklanej Pułapki”, zdążając szczęśliwie na scenę w windzie, więc nawet nie wiem, czy apele Macieja Pawlickiego do mieszkańców Warszawy, by gremialnie udawali się na Woronicza i brali udział w obywatelskiej debacie, odniosły jakiś sukces i ich tam było ostatecznie jeszcze więcej, niż na początku, ale nie sądzę, by to miało dla nas jakiekolwiek znaczenie. To co się liczy, to to, że oni – co już próbowałem pokazać w dwóch poprzednich notkach – są najwyraźniej na kursie i na ścieżce, a przed nimi już tylko ruscy kontrolerzy.
Już po tym przykrym doświadczeniu odnalazłem sobie w sieci najnowszy wywiad prezydenta Andrzeja Dudy dla Polsatu i powiem uczciwie, że on jest z każdym dniem coraz lepszy. To co Duda pokazał w rozmowie z Dorotą Gawryluk wczoraj wieczorem to autentyczne mistrzostwo świata i choć ta myśl chodzi mi po głowie już od dłuższego czasu, to dziś nie mam już najmniejszych wątpliwości co do tego, że ten nasz PAD trafił się nam na nasze 1050 urodziny jak prezent od samego Pana Jezusa. W tej sytuacji, ja Rachonia i Pereirę łagodnie odsuwam na bok i walę prosto do prezesa Kurskiego: jeśli pozwoli im Pan to spieprzyć, spłonie Pan razem z nimi. I proszę się nie łudzić, że to co ja gadam, nie ma żadnego znaczenia.

Wszystkich zwyczajowo zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania naszych – w tym oczywiście i moich – książek. Naprawdę warto.

sobota, 7 maja 2016

Z ostatniej chwili: TVP od dziś też na Skypie

Mam kumpla, bardzo bliskiego towarzysza, który politycznie sam chętnie od zawsze określa się, jako „katolik i polski patriota”, poza tym jednak w żaden sposób nie udziela się publicznie, no a już na pewno nie w taki sposób, byśmy musieli o tym wszyscy wiedzieć. Jestem pewien, że każdy z nas ma w swoim otoczeniu kogoś takiego. To ktoś, kto, owszem, bardzo interesuje się tym, co się w Polsce dzieje, chętnie o tym dyskutuje, bardzo martwią go wszelkie przykrości, którą Polskę spotykają, bardzo go radują wszelkie polskie sukcesy, ale jego udział w życiu narodu ogranicza się jedynie do roli obserwatora. To ktoś, kto swoje zdanie na popularne tematy wraża wyłącznie w formie komentarzy. To ktoś, kto, mówiąc symbolicznie, nie prowadzi bloga, ale zaledwie blog czyta i, jeśli poczuje potrzebę, to coś do tematu doda.
I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu kumpel mój, gdy go zapytałem, jak mu się podoba to, że nie dość, że wreszcie odzyskaliśmy państwowe media, to jeszcze wszystko wskazuje na to, że to co dostaniemy, to z dawna wyglądane tak zwane Media Narodowe, zareagował ponurą obojętnością i jednym zdaniem: „Czemu oni się nie myją?” Pogadaliśmy chwilę i mój kumpel poinformował mnie, że poza TV Trwam, telewizji już praktycznie nie ogląda, a to z tego prostego powodu, że nie jest w stanie znieść widoku nowych prowadzących – brzydkich, w wymiętych ubraniach, nieumytych, nieogolonych, z tłustymi włosami. I to, powiem uczciwie, było dla mnie szokiem. On nigdy nie robił wrażenia, jak by mu zależało na czymś więcej jak tak zwanym przekazie patriotycznym. To my tu się głównie czepialiśmy to tego, to tamtego, wyskakiwaliśmy z coraz to nowymi pretensjami i biliśmy w dzwony za każdym razem, gdy widzieliśmy, że ta prawda, ta Polska, te wartości są najzwyczajniej w świecie korumpowane przez bylejakość, gnuśność, czy zwykłe kłamstwo. On to najwyżej czytał i komentował, uśmiechając się pobłażliwie.
Któregoś dnia poinformował mnie, że oni z rezygnowali z tak zwanej kablówki i założyli sobie TV Trwam. Teraz, poza oczywiście Toruniem, mają tylko TVP, TVP Historia, coś tam jeszcze i im to w pełni wystarczy. Oczywiście TVP kłamie, ale ponieważ „oni wszyscy” kłamią to i tak nie ma to większego znaczenia. No i oto polski rząd zdobywa władzę, przejmuje media, rozpoczyna, tym razem już bez niepotrzebnych kompromisów, budowę mediów narodowych, i kiedy wydawałoby się, że kto jak kto, ale on powinien mieć satysfakcję najbardziej pełną, okazuje się, że on właściwie to już tylko ogląda Trwam, bo ci nasi jacyś brzydcy i niedomyci.
W ostatnich dniach dość dużo oglądałem TVP Info i powiem szczerze, że odnoszę wrażenie, że gdyby problemem był tylko Rachoń z tą swoją szyderczo wykrzywioną twarzą, ten komicznie zagrzebany gdzieś w czeluściach fotela Targalski, czy ci wszyscy „hipsterzy prawicy” od Pereiry do młodego Wildsteina, to można by było zaapelować, by ich zmienić i wszystko zagra. Tymczasem nie. Oto oglądam wczorajsze wieczorne wiadomości, nieznany mi prowadzący wyglądający tak, że przy nim nawet prezes Rzepliński w poniedziałkowy poranek robi wrażenie wypożyczonego prosto ze Sky News, zapowiada korespondencję z Ankary. I w tym momencie widzimy obraz ze Skype’a, a na nim jakaś siedząca w łazience pani, która wśród szumów i pisków z sieci coś do nas mówi.
A więc tak to działa. To jest ten szyk, oto ten gest. W niedawnym wywiadzie dla „W Sieci” premier Beata Szydło zwracając się do opozycji powiedziała „Źle się, panowie, bawicie”. No to ja nie będę oryginalny i zwyczajnie powtórzę te słowa: „Źle się państwo bawicie”.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić mnóstwo fantastycznych, bardzo starannie wydanych książek. W tym sześć moich. Bardzo solidna lektura. Polecam.

piątek, 6 maja 2016

Samuel Pereira, człowiek z łomem i laubzegą

Zacząłem pisać tego bloga osiem już lat temu i od tego czasu mogę powiedzieć, że moje życie to w znacznej części ten blog. Owe osiem lat to z całą pewnością grubo ponad 2 tysiące tekstów, dziesiątki tysięcy komentarzy, siedem książek, no a kto wie, czy nie przede wszystkim dziesiątki najbardziej cennych przyjaźni… Ale też oczywiście, zapewne dla równowagi, utrata pracy, kolejne lata prawdziwych zmartwień, no i cały szereg autentycznych wrogów.
Był czas, kiedy wśród czytelników i komentatorów moich tekstów udzielał się człowiek nazwiskiem Samuel Pereira. I nie chcę wcale powiedzieć, że on się udzielał jakoś szczególnie aktywnie. Zwyczajnie bywał, natomiast, gdy idzie o mnie, to ja, czy to przez jego związki z prawicowym mainstreamem, który zawsze traktowałem, jako byt sobie obcy, czy przez być może miałkość jego komentarzy, najpierw go lekceważyłem, a następnie skutecznie zniechęciłem do traktowania mnie, jako punktu zaczepienia.
Samuel Pereira pojawił się w mojej perspektywie ponownie podczas kampanii wyborczej Andrzeja Dudy, kiedy to najpierw udało mu się otrzymać tam odpowiednią akredytację, a następnie snuć się, jako dziennikarz, za Dudą od rana do wieczora, kręcić komórką co bardziej zabawne ujęcia, a następnie wrzucać je na Twittera jako tak zwane gorące newsy z trasy. To był zresztą widok codzienny: Duda spotykający się z wyborcami i nieustannie błaznujący Pereira z komórką.
Tak naprawdę, po raz pierwszy Pereirę zobaczyłem jednak w akcji pewnego dnia, kiedy sztab wyborczy Komorowskiego opublikował klip pod tytułem „Andrzej Duda cię wyduda”. To był taki idiotyzm, że moja młodsza córka, która dotychczas nie uczestniczyła w polityce w żaden sposób, postanowiła zrobić happening, włączyła nagrywanie i zadzwoniła do sztabu wyborczego Komorowskiego z pytaniem, co to znaczy „wyduda”, bo ona chce głosować na Dudę, a boi się, że to się może dla niej źle skończyć. Nagranie umieściła na youtubie, ono zyskało znaczną popularność, no i na tej fali wjechał też na nie Samuel Pereira, też zadzwonił do sztabu Komorowskiego, nagrał rozmowę pod tytułem co to znaczy „wyduda” – tyle że tym razem zdecydowanie mniej ciekawą, choćby z tego względu, że miejscowi byli już odpowiednio uprzedzeni i Pereirę spuścili – i zamieścił ją na swoim profilu na Twitterze. Z jakim odzewem spotkał się ten jego twit, tego oczywiście nie wiemy, bo ani ona, ani tym bardziej ja, w tamtym czasie mieliśmy tego całego Twittera w nosie, ale faktem jest, że on ten pomysł mojemu dziecku ukradł i pociągnął swoją karierę o kolejny centymetr.
Dziś Samuel Pereira, mimo że Prawo i Sprawiedliwość w pełni przejęło państwowe media, wciąż nie jest pełną gwiazdą, jak choćby Targalski, co świadczyć musi tylko o tym, że jego nie lubi już chyba nikt i za nic, niemniej, owszem, to tu to tam, oglądać go i słuchać możemy. Między innymi, na Twitterze. Ja na niego wpadłem ponownie wczoraj przy okazji twita zamieszczonego przez mojego syna. Opowiem od początku. Otóż, jak większość z nas pewnie wie, minister Szałamacha wystosował parę dni temu do prezesa Rzeplińskiego pismo, w którym go uprzejmie poprosił, by ten na pewien czas wstrzymał się ze szczuciem przeciwko Polsce, bo przed nami decyzje o znaczeniu ponadpartyjnym i szkoda by było Polski dla niskich ambicji. Rzepliński oczywiście natychmiast ze wspomnianym listem popędził do mediów, które w jednej chwili urządziły nam akcję pod tytułem: „Rząd każe milczeć prezesowi Trybunału Konstytucyjnemu”. Na to syn mój zareagował na swoim twitterze, wyjaśniając, że różnica między milczeniem, a powstrzymaniem się, jest taka jak między głodówką, a rezygnacją z fastfoodów. No i tu zareagował Pereira i powtórzył bon mot mojego dziecka, jako swój. Mógł go zretwittować, mógł go polubić, mógł na niego odpowiedzieć osobnym komentarzem, no ale ponieważ to by mu obniżyło samoocenę, to go zwyczajnie ukradł.
Tu opowiem może, na czym polega Twitter, gdy sensem tego twittowania nie jest utrzymanie pozycji politycznej, czy towarzyskiej, ale jedynie uzyskanie skromnej osobistej satysfakcji. Otóż, krótko mówiąc, chodzi o to, by wrzucić tam ten jeden komentarz, który zauważy czy to ktoś tak wybitny, jak Kataryna, czy choćby taki Samuel Perejra, i go na swój sposób wyśle dalej. Każdy z nas z całą pewnością rozumie, że przez swoje naturalne umocowanie, takie osoby jak Pereira, mają sytuację z automatu lepszą, a ktoś taki jak mój syn, a więc ktoś, kto ewentualnie zaledwie aspiruje, może ewentualnie liczyć na ten jeden gest. Kataryna komentarz mojego syna owszem zauważyła i go zretwittowała, natomiast Pereira najzwyczajniej w świecie go przepisał jako swój.
Syn mój oczywiście zainterweniował, Pereira oczywiście się wszystkiego wyparł twierdząc, że to co się stało to zaledwie zbieg okoliczności, jeśli jednak idzie o mnie, to ja wiem swoje, czyli to, że Pereira to krótko mówiąc drobny cwaniak i kanciarz. Jednak, prawdę powiedziawszy, tu wcale nie chodzi wcale o Pereirę. On tu akurat jest nikim. To jest zaledwie jeszcze jeden odpowiednio pozbawiony wstydu kandydat do tak zwanego „pierwszego szeregu”, i jeśli różniący się w jakikolwiek sposób od innych, to tylko w ten, że jest pozbawiony jakichkolwiek szans na sukces, i to z tego prostego powodu, że go najpewniej nikt nie lubi. Po prostu. Nie chodzi więc o Pereirę. To co on odstawił wczoraj na Twitterze, a więc owa bezczelna i bezwstydna kradzież, to zaledwie część większego, bardziej powszechnego zjawiska. Pisałem wcześniej o tym, że prowadzę tego bloga od ośmiu lat i naprawdę wiele przeżyłem. Wśród owych doświadczeń jest i to, że tak zwani „profesjonalni dziennikarze” cały swój zawodowy wysiłek ograniczają wyłącznie do siedzenia od rana do wieczora w Internecie i wyłapywania co ciekawszych pomysłów z cudzych blogów. Jak mówię, za mną osiem lat blogerskiej działalności i ja nie jestem w stanie nawet policzyć, ile razy owi „profesjonaliści” zarobili na moich pomysłach. I proszę mi uwierzyć, jeśli ja dziś wspominam tego durnia Pereirę, to nie dlatego, że on tu jest kimś specjalnym. Nie. On jest w najlepszym dla siebie wypadku najbardziej z nich bezczelny. Każdy z tych, którzy zdecydowali się skorzystać z cudzych pomysłów i sprzedać, jako swoje, coś jednak do tego włożył. Pereira wali prosto między oczy, a potem robi głupią minę i pyta: „Aosochozi?”
Ktoś mnie pewnie zapyta, co ja się uparłem, by znęcać się nad kimś tak małym? A cóż to za problem, że z Pereiry jest smutny, tani złodziej? Kogo obchodzi Pereira? Otóż – i to już tez powiedziałem wcześniej – nie chodzi o Pereirę. On jest zaledwie śrubką w maszynie, którą nazywamy „polską prawicą”. I to on o niej świadczy. To on będzie nam budował opinię. Nie Adam Szejnfeld, nie Waldemar Kuczyński, ale Pereira. Dlatego postuluję, by Pereirę tępić od rana do nocy. Bez litości i bez dyskusji. Tacy jak on są tu wyłącznie po to, by ten projekt zniszczyć i wystawić na pośmiewisko.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki w liczbie 6.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...