środa, 21 marca 2012

Narco, Grillo i Oszajca - propozycja dla Polski

Z czasów kiedy byłem jeszcze studentem pamiętam pewien element tego życia, który zawsze robił na mnie pewne, dość nieprzyjemne, wrażenie. Chodzi mianowicie o to, że nie było praktycznie chwili, by ktoś z nas nie miał okazji obserwować takiej oto sceny. Idzie sobie student i próbuje nawiązać rozmowę z którymś z asystentów, podczas gdy ów asystent, ani się nie zatrzymując, ani nawet nie odwracając głowy, maszeruje przed siebie z bardzo zasępioną miną, powtarzając pod nosem coś w rodzaju : „Tak, no, no, tak, tak, tak, no”, by te potakiwania skończyć jakimś „Proszę mnie szukać jutro po 19”. Pamiętam też, że kiedy wreszcie wiedziałem, że to już koniec tego mojego całego studiowania, to oczywiście było mi trochę przykro – w końcu to był naprawdę mile spędzony czas – ale jedna rzecz cieszyła mnie niezmiernie. Że ci asystenci zostaną tu już do końca zycia z tym swoim nieznośnym lansem, natomiast ja szczęśliwie będę już zupełnie gdzie indziej.
Przypomniały mi się niedawno tamte obyczaje parę razy. Pierwszy raz w formie niezwykle wesołej. Mianowicie w radio nadano powtórkę czegoś, co kiedyś bardzo lubiłem i co mnie bardzo śmieszyło, a co się nazywało „Kocham pana, panie Sułku”, czy jakoś tak. W tym akurat odcinku chodziło o to, że pani Eliza kupiła panu Sułkowi rower, on na ten rower wsiadł i sobie pojechał. A ponieważ był bardzo zadowolony, a pani Eliza lubiła patrzeć jak on jest zadowolony, to biegła za nim z jego plecakiem, mówiła mu, że go kocha, na co on nieodmiennie mówił jej „Cicho, wiem!”
Drugi raz – wczoraj, gdy w telewizji obejrzałem sobie scenę przedstawiającą prezydenta Komorowskiego, jak w wycieczkowym stroju rusza na spacer po warszawskich Łazienkach, a za nim biegnie dziennikarka telewizji TVN24 i próbuje się czegoś – sam już nawet nie wiem, czego – od niego dowiedzieć. Kiedy mówię „biegnie”, to chodzi mi dokładnie o to, że ona biegnie. Nie idzie szybkim krokiem, ale biegnie. Tak to właśnie wygląda. Komorowski z jakiegoś powodu maszeruje bardzo szybko, i ani nie przystaje, ani nie zwalnia kroku, ani nie odwraca głowy w stronę dziennikarki, tylko bardzo szybko idzie prosto przed siebie, a ona z tym mikrofonem biegnie za nim. I nie jest też tak, że Komorowski z nią rozmawiać nie chce. Że ona mu w czymś przeszkadza. Że on jest tą jej obecnością zdenerwowany. Nic podobnego. On jest na spacerze. I jest wręcz w szampańskim nastroju, cały czas jej coś odpowiada, żartuje, pokrzykuje, tyle że na nią nawet nie patrzy, a ona za nim biegnie. Zwyczajnie biegnie.
Ktoś powie, że się niepotrzebnie czepiam, bo dokładnie tak samo postępuje Jarosław Kaczyński. Ile razy jakiś dziennikarz coś od niego chce, on nawet się nie zatrzymuje, nawet na niego nie patrzy. Otóż nie do końca. Jak idzie o Jarosława Kaczyńskiego, on, owszem, z dziennikarzami woli nie rozmawiać i ich notorycznie lekceważy, tyle że ja nie znam sytuacji, żeby on akurat pozwolił sobie na to, by któraś z dziennikarek za nim biegła, on ją traktował z tak chamskim lekceważeniem, a jednocześnie rozmawiał z nią jak z jakimś gównem, które go owszem bawi, ale nie na tyle by się jakoś szczególnie nim przejmować. Krótko mówiąc, Kaczyński w tego typu sytuacji by się przynajmniej zatrzymał i poprosił tę kobietę, by dała mu spokój.
Ktoś inny z kolei powie, że nie wiadomo, czemu ja się dziwię. Przecież Komorowski to prowincjonalny żłób i jeśli coś w tym zachowaniu było dziwnego to raczej to, że on tej dziennikarce nie rzucił uwagi typu: „Uważaj laleczko, żeby ci majtki nie spadły”, albo nie poprosił swojej ochrony, by zabrali mu z oczu „tego kaszalota”. No i ja to akurat rozumiem. Zachowanie Bronisława Komorowskiego, jakie można było zaobserwować wczoraj w telewizji, w jego akurat wykonaniu pozostaje mocno w tradycji i w standardzie. Ja jednak nie piszę tego tekstu po to, by się dziwić, jaki z tego Komorowskiego cham, lecz by się zastanowić nad ogólną sytuacją na tej naszej nędznej scenie. Bo proszę pomyśleć, czemu ona za nim biegła? Ja wiem, czemu mi się zdarzało biec za jakimś wówczas jeszcze doktorem Sławkiem, czy innym niedzielnym mądralą. Chodziło o coś, co akurat przez tamte lata było rzeczą najważniejszą. Dostać zaliczenie, zdać egzamin i przejść ten etap. Czemu w skeczu Jacka Janczarskiego pani Eliza biegła za panem Sułkiem? Bo była w nim zakochana. Czemu dziennikarka TVN24 biegła za Komorowskim? Bo taki jej zawód. Gdyby ona postąpiła z godnością i, widząc co ten typ wyprawia, zatrzymała się, wzruszyła ramionami i odeszła spluwając przez ramię, wszyscy oczywiście mielibyśmy satysfakcję, widząc jak Komorowskiemu ten jego wieśniacki rumieniec znika z twarzy, natomiast ją by Walter wyrzucił z pracy. A więc w sumie gra nie warta świeczki.
No ale zastanówmy się, co by ona zrobiła, gdyby nasz prezydent jednak wspomniał coś na temat tych majtek? Czy ona by wtedy zareagowała? Nie sądzę. Najwyżej perlistym śmiechem. Dlaczego? Czy dlatego, że jest głupia? Możliwe. Ale tu raczej też by chodziło o to, że taki jest właśnie jej zawód. Dać się gnoić. Jest jednak tak, że skoro pojawiły się już pewne pytania, za nimi muszą się pojawić następne. A to choćby i takie, że czy gdyby tam zamiast Komorowskiego stał Jaroslaw Kaczyński i coś by mu strzeliło do głowy, by się zachować jak cham z lasu, to czy ona nadal by musiała rzetelnie realizować swoją dziennikarską umowę? Owszem, tyle że już w innym zakresie. I wszyscy ci, którzy czytają ten blog, wiedzą świetnie o jaki zakres tu może chodzić.
A więc nie mam ochoty dziś pisać o tym, że Bronisław Komorowski jest rumianym panem Bolkiem z budowy. Nam tego typu rewelacje nie są do niczego potrzebne. Mnie chodzi o coś dalece głębszego. Otóż mam wrażenie, i wczoraj, oglądając trochę więcej niż zwykle tej telewizji, zrozumiałem z poczuciem pewnego przygnębienia, że niemal wszystko co się wokół nas dzieje jest bardzo starannie ustawione. Patrzyłem na tego Pawlaka, Tuska, Palikota, jakiegoś urbanowego buca w programie u Olejnik, Waldemara Kuczyńskiego z jakimś dziennikarzem z „Newsweeka”, udających że przedstawiają poważne analizy, a później pokazał się poseł Błaszczak i wygłosił bardzo oczywiście rozsądną ocenę fatalnej pracy rządu, a nad tym wszystkim królował żółty napis „Wydanie Specjalne: Kryzys w Koalicji”. No i na tle tego wszystkiego, w regularnych odstępach czasu pokazywano nam rozbawionego i jurnego Prezydenta, jak się goni po parku z jakąś cizią z TVN-u.
I oczywiście na blogach podobnie. Aż się dymi od analiz. Tusk podobno już ledwo przędzie. W krakowskim kościele protest głodowy. Dudek popiera. Migalski jest przeciw. Gowin za ekshumacjami – Tusk się boi. Krakowska Kuria zakazała Terlikowskiemu prowadzenia rekolekcji. Dla jednych to dobrze, inni są oburzeni. Free Your Mind ze Ściosem wymieniają poglądy. Pani Małgosia apeluje: „Powstańmy z pogardy kłamstwa, hańby, lęku”. Coryllus znów w piwnicy. A ja sobie myślę o tym Salonie24, który, jak sądzę, jest dziś największą czysto blogerską platformą w Polsce i możnaby mieć nadzieję, że to stamtąd pójdzie ten ruch. Otóż tam właśnie, całkiem niedawno, na głównej stronie umieszczony został osobny dział zatytułowany „Pod patronatem Salon24.pl”, gdzie, jak się domyślam, mamy okazję zapoznać się z projektami, które zdaniem Igora Janke stanowią dla nas ofertę na przyszłość, ofertę na tyle poważną, że Salon24 udziela jej swego poparcia i pieniędzy. Otóż od dłuższego już czasu możemy się zorientować, że ów patronat obejmuje dwa punkty. Pierwszy zatytułowany jest „ElNarco – narkotykowy zamach stanu w Meksyku” i stanowi promocję książki jakiegoś Ioana Grillo. Posłuchajmy. Pisownia zachowana:
„Na wściekle gorącej, pustynnej wyżynie Kolorado, pośród kaktusów i opuszczonych rancz znajduje się najlepiej strzeżone więzienie świata. Znane jest jako alcatraz Gór Skalistych albo prościej, jako Supermax. Tam strażnicy mają pewność, iż żaden z 475 więźniów nie zabije innego ani nie ucieknie: trzyma się ich w zamknięciu przez 23 godziny na dobę w celi nieco ponad 2 na 3,5 metra. rzecznicy praw człowieka twierdzą, że lata takiego odosobnienia doprowadzają skazanych do obłędu. Władze odpowiadają, że ludzie ci dostają to, na co zasłużyli. lista skazanych na odsiadkę w Supermaksie brzmi jak fragment encyklopedii najbardziej niesławnych przestępców i terrorystów. Siedzą tam winni ataków z 11 września w nowym Jorku, Theodore Kaczynski, znany 82 też jako Unabomber, Barry Byron mills, założyciel morderczego więziennego gangu Bractwo aryjskie, Salvatore „Sammy Byk” Gravano, jeden z bossów mafii nowojorskiej, richard reid, terrorysta z bombą w bucie, Ramzi Yousef, jeden z odpowiedzialnych za eksplozje w World Trade Center w 1993 roku i wielu innych morderców, podpalaczy, gwałcicieli, a także szantażystów i osób podkładających bomby. W tej zbieraninie najstraszniejszych czarnych charakterów świata znajduje się też starzejący się latynos o siwiejących włosach i śniadej cerze, której zawdzięcza pseudonim negro. negro spędził w odosobnieniu już ponad dwie dekady i do końca wyroku, opiewającego na półtora wieku, zostało mu 128 lat. ma jeszcze na koncie pojedyncze wyroki zasądzone w trakcie innego procesu. Patrząc na ten niebywale długi wyrok, można by pomyśleć, że prokuratura żywiła do negro szczególną niechęć. Tak właśnie było. Jego niewybaczalną zbrodnią było, zdaniem sędziów, planowanie porwania agenta Dea enrique „Kiki” Camareny, który został zgwałcony i zamordowany w meksyku w 1985 roku. morderstwo to, jak twierdzi Dea, zlecono, by chronić pierwszy meksykański kartel narkotykowy.
Co zabawne, jedyny z szefów tego pierwszego kartelu na meksykańskiej ziemi, osadzony w amerykańskim więzieniu, nie jest meksykaninem. Pochodzi z Hondurasu i nazywa się Juan ramon matta Ballesteros”.
A więc to, jak rozumiem, jest patronat mający na celu edukację hołoty. Jest też jednak coś dla inteligencji. Promotorzy polskiej blogosfery również dbają o tę lepszą część społeczeństwa. Nazywa się to „Życie to nie teatr – o patrzeniu w lustro”, a dotyczy rekolekcji. Właśnie tak. Rekolekcji. Dla internautów. Oto zapowiedź:
„25 marca rozpoczynają się kolejne rekolekcje na facebooku przygotowane i prowadzone przez jezuitów. Poprzednie, ‘Brzytwą po schematach’ i ‘Rekolekcje dla niewierzących’, cieszyły się dużym zainteresowaniem zarówno mediów jak i uczestników.
Tym razem będą to rekolekcje prowadzone w formie mini konferencji i ćwiczeń udostępnionych w serwisie YouTube i na facebooku. Prowadzącym jest o. Wacław Oszajca SJ, a współpracują z nim młodzi jezuici z Rzymu i Warszawy”.
A więc już wszystko jasne. My prowadzimy te blogi, poszerzamy przestrzeń polskości, budujemy archipelagi, w koalicji kryzys, Bronisław Komorowski na spacerze, a jeśli ktoś potrzebuje się w międzyczasie odchamić, może albo sobie poczytać dzieło Ioana Grillo o mafii w Meksyku, lub wysłuchać wykładu ojca Oszajcy o tym, że Bóg albo jest albo go nie ma. Przedwczoraj napisałem tekst o tym, że dopóki jedyny autentyczny ruch oddolny, z jakim mamy do czynienia w Polsce nie zostanie uwolniony i dostrzeżony przez ludzi dobrej woli, nie ma o czym gadać. Wygląda na to, że System staje na głowie, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że ten ruch to coś więcej niż zabawa w starym brudnym piasku.
Proszę o wspieranie tego bloga zarówno swoją obecnością, jak i wpłatami na podany obok numer konta. Przypominam również o książce. Też jest do kupienia tuż obok. I nie tylko. Dziękuję.

poniedziałek, 19 marca 2012

Wygrać za darmo, przegrać za frajer

Przyjechał Jarosław Kaczyński na Śląsk i do Zagłębia, pobył to tu to tam, spotkał się trochę z ludźmi, trochę z działaczami, trochę z mediami, i pierwsze co zauważyłem, to to, że właściwie nie podniósł się z tej okazji zwyczajowy zgiełk. Wprawdzie dziś troszkę się z Prezesa gdzieniegdzie śmieją, że nie miał ze sobą portfela i musiał znów pożyczyć pieniądze od ochrony, że pocałował w rękę panią, która sprzedała mu pluszaka dla wnuczki, i że ciekawe, czy on tak zawsze w sklepie, że w Czerwionce na spotkanie z nim przyszło „zaledwie” 150 osób, ale poza tym – zupełna cisza. Jak idzie natomiast o tradycyjne plucie, to zaledwie jeden bałwan w Salonie24 po raz sto osiemdziesiąty czwarty wyszydził Premiera za to, że swego czasu – o czym każdy wykształcony obywatel przecież wie, lub wiedzieć powinien – powiedział, że „Śląskość to ukryta opcja niemiecka”.
Dziwi mnie trochę to milczenie z dwóch powodów. Przede wszystkim, miałem przyjemność być na spotkaniu Jarosława Kaczyńskiego z członkami Solidarności i PiS-u w Katowicach, i choć z pełną satysfakcją muszę potwierdzić, że Prezes był w fantastycznej formie, jak zwykle elokwentny, rzeczowy i niezwykle wprost inspirujący, nawet ja – a więc ktoś kto powinien mieć klapki na oczach i uszach – nie mogłem nie zauważyć, że on się co najmniej dwukrotnie bardzo poważnie wystawił. To po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że w moim pojęciu, jeśli media – a przecież był tam TVN – te jego wpadki zlekceważyły, to znaczy, że albo ich nie zauważyły, albo machnęły na nie ręką, co w obu przypadkach i tak świadczyć może tylko o jednym – dowalanie Kaczyńskiemu ot tak sobie, bez zorganizowanej zachęty, stało się nudne. A tego, że to może nastąpić tak szybko, jednak się nie spodziewałem.
Jak mówię, Jaroslaw Kaczyński na spotkaniu w Katowicach ogólne wrażenie zrobił na mnie bardzo dobre niemal pod każdym względem. Dobre do tego stopnia, że znów zrobiło mi się okropnie smutno, kiedy sobie uświadomiłem, że niestety mamy już i wciąż tylko jego. Że gdyby choć jedną dziesiątą tego, co on tam mówił, delegować na jego współpracowników, którzy przecież mają jakieś obowiązki, i skierować do tych, dla których te słowa miałyby jakiekolwiek znaczenie poza znaczeniem terapeutycznym, bylibyśmy zupełnie gdzie indziej niż jesteśmy teraz. Bo niemal każde jego słowo, jeśli tylko nie jest zagłuszone przez propagandowy zgiełk, ma silę porażającą. Bo Kaczyński, kiedy mówi, to nie prowadzi polemik z „panem posłem”, czy z „panią minister”, on się nie pojedynkuje z jakimś zezowatym jąkałą pracującym jako dziennikarz. On kieruje do nas komunikat, i jest to komunikat, który można albo przyjąć, albo zagłuszyć, albo zmilczeć. Jednak nie oszukujmy się. Przede wszystkim, jak się możemy domyślić, o tym że w siedzibie Solidarności w Katowicach, w sobotę o godzinie 13.30 odbędzie się spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim wiedzieli tylko ci, co takie rzeczy wiedzą zawsze, a więc głównie ci, którzy tydzień wcześniej przyszli na mszę w miesięcznicę Smoleńskiej Katastrofy i ich znajomi. Po drugie, przez to właśnie, że to byli właśnie oni – że to byliśmy tylko my – wizyta Jarosława Kaczyńskiego tu na Śląsku i w okolicach była jak psu na budę. Bez jakiegokolwiek praktycznego znaczenia. O ile nie chodziło najwyżej o to, by ci co dotychczas wspierali PiS nie zaczęli wspierać Solidarnej Polski. To jednak chyba trochę mało, prawda?
Nie oszukujmy się więc. Widok Jarosława Kaczyńskiego, choćby w niewiadomo jak wybornej formie, sadzającego sobie dłoni, okręcającego sobie wokół palca, hipnotyzującego, zabawiającego choćby i tysiąc – choćby i dziesięć tysięcy – zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, jest przygnębiający w stopniu najwyższym. A to i tak akurat nie wszystko. To nawet nie jest w tym najgorsze. Prawdziwy żal pojawia się wtedy, gdy nagle się okazuje, że Kaczyński jest tak naprawdę sam jak palec, a to co się liczy naprawdę, i to co tworzy ten ruch, to wszyscy ci, co siedzą obok niego przy tym prezydialnym stole – banda działaczy (z wyłączeniem, co muszę uczciwie tu zaznaczyć, szefa śląskiej Solidarności, którego nie znam w ogóle, ale który przynajmniej potrafi wyglądać), lokalnych posłów i tych, którzy tymi działaczami albo posłami dopiero być może zostaną. To oni zajmują się tym interesem na co dzień. A obecność Jarosława Kaczyńskiego ma ich tylko w tym co robią uwiarygodniać. Obecność Jarosława Kaczyńskiego obok nich, a tym samym ich obecność przy Jarosławie Kaczyńskim, służy tylko jednemu. By każdy z nich, jak przyjdzie jego czas, zajął jak najlepsze miejsce.
Ktoś mi powie, że się czepiam. Że przecież tak właśnie wygląda polityka. Że to nie jest tak hop-siup. Że aby odzyskać władzę, potrzebujemy ciężkiej pracy i lojalności. I bardzo dobrze. Zgoda. Tyle że ja nie widzę tu ani jednego ani drugiego. Ciężka praca i lojalność, to byli Przemysław Gosiewski i Janusz Kurtyka. Choćby oni. Niestety dziś na nich już liczyć nie możemy. Ja widzę tylko z jednej strony całą kupę działaczy, którzy się nieustannie i wyłącznie przepychają, i całą kupę kibiców, którzy też dbają tylko o to, by usiąść jak najbliżej i pokazać sobie i innym, że są bliżej niż dalej. I jedyne co ich wyróżnia na korzyść, to to, że owszem, zachowali przynajmniej tę autentyczną lojalność. Że jak przyjdą kolejne wybory, to zagłosują na Jarosława Kaczyńskiego. Własnie na niego. Tak naprawdę tylko na niego.
Jak ja bardzo bym chciał umieć opisać prostymi słowami tę bandę i ich znajomych, kręcących się wokół Prezesa, a jak się nie da wokół Prezesa, to wokół siebie, z tą jedną jedyną myślą, by ktoś kto się liczy bardziej od innych zechciał im podać rękę, lub choćby pozdrowić z daleka przyjaznym spojrzeniem. Te wszystkie „Dzień dobry, panie pośle”, „Dzień dobry, pani poseł”, „Dzień dobry, panie profesorze”, „Dzień dobry, panie doktorze”, „Dzień dobry, panie profesorze”, „Cześć, stary”. I tych, którzy wprawdzie z nikim przywitać się nie mogą, na których nikt nawet nie zechce spojrzeć, ale za to ktoś może zgodzi się im zrobić zdjęcie, żeby mieli na pamiątkę. I te panie rozdające wszystkim chętnym te kartki, żeby oni mogli je zapisać, najchętniej na obu stronach, swoimi pytaniami do Prezesa, a których on nawet nie będzie miał okazji przeczytać, a co dopiero na nie odpowiedzieć. Tych chłopców rozdających darmowe egzemplarze jakiegoś starego numeru „Gazety Polskiej Codziennie”. A wszystkich złączonych jedną jedyną myślą – by wreszcie udało się odsunąć od władzy „tego rudego Niemca”. I żeby u nas było tak jak na Węgrzech.
Dziś na swoim blogu w Salonie24 Coryllus napisał bardzo ważny tekst o tym, jak to nie ma czegoś takiego jak oddolny ruch na rzecz poszerzania polskości, czy tworzenia archipelagów owej polskości. Że wszystko co się tak naprawdę liczy, to starannie bardzo kontrolowana część Systemu, która nawet jeśli ma jakąkolwiek autonomię, to również bardzo silnie sterowaną. I że jeśli pojawi się gdziekolwiek cokolwiek, co może stanowić jakąkolwiek szansę na pojawienie się autentycznego ruchu o szczerych ambicjach, zostaje natychmiast albo wchłonięte, albo zneutralizowane, albo zamknięte w całkowitym niebycie. W pewnym momencie – on już tak ma – napisał Coryllus, że jedyne jakie on zna autentyczne ruchy oddolne, to blogi, a w tym blog jego i mój. I oczywiście uwaga ta spotkała się albo z oburzeniem, że on jak zwykle pokazuje wyłącznie swoją bufonadę, albo z całkowitym niezrozumieniem, że to właśnie jest nieprawda, bo blogi się kompletnie nie liczą.
O tej bufonadzie szkoda nawet dyskutować, natomiast ciekawe jest owo przekonanie, że blogi się nie liczą, a więc nie ma w ogóle o czym gadać. Dlaczego uważam, że ono jest ciekawe? Otóż dlatego, że dokładnie to samo zasugerował Jarosław Kaczyński w czasie swojego spotkania w sobotę w Katowicach. On wprawdzie nie użył słowa „blogi”, bo nie wykluczam, że nawet nie bardzo wie, co to takiego, natomiast owszem, wspomniał o Internecie, i zakomunikował, że jak idzie o szerzenie owej prawdy, to na Internet nie ma co liczyć, bo to „zaledwie 15 procent społeczeństwa”. Myślę że Jarosław Kaczyński przesadził. Internet to nie jest 15 procent społeczeństwa. Internet to najwyżej 10 procent tego społeczeństwa, a pewnie jeszcze mniej. Tyle że ja bym był bardzo szczęśliwy, gdyby prezes partii, którą wiernie i lojalnie popieram, zechciał się zastanowić, dlaczego, skoro ta część opinii publicznej jest aż tak zaniedbana, nie warto by było ją przejąć choćby i na własność. Czy naprawdę to, że on osobiście Internetu nie lubi, na nim się nie zna, i poznać nie planuje, jest wystarczająco dobrym powodem, żeby machnąć ręką na tych wszystkich, których wokół siebie zorganizował, i im powiedziec, że niech sobie z tym Internetem robią co chcą? Otóż Coryllus ma jak najbardziej rację. Cały autentyczny ruch – nazwijmy go oddolnym – tak czy inaczej skoncentrowany jest w Internecie. Oczywiście, że trwa bardzo stała i bardzo okrutna walka o to, by go osłabić i przekształcić wyłącznie w pewne alibi dla czyichś nie mających nic wspólnego ani z Polską, ani z Jej interesem, jednak Internet żyje i, jak na swoje możliwości, ma się całkiem dobrze. Przepraszam bardzo, ale co by prezesowi Kaczyńskiemu zaszkodziło, gdyby on z jednej strony wziął za mordę tych wszystkich administratorów stron w rodzaju pis.org.pl, czy mypis.pl i ich poinformował, że albo się wezmą do roboty i sprawią, że obie te strony staną się najpopularniejszymi stronami w Sieci, albo wylecą na zbity pysk i będą sobie mogli pójść do PO, a z drugiej poinstruował całą tę bandę telewizyjnych celebrytów, że zamiast się użerać z Palikotem, czy jakimś Kaliszem, mają przede wszystkim informować ludzi o rzeczach istotnych, a oprócz tego zachęcać ludzi do czytania blogów. I to nie swoich. Bo to tam – na blogach – jest prawdziwy ruch i prawdziwy, autentyczny ogień. Nawet jeśli naiwny i głupi. I to on by w jednej chwili mógł sprawić, by Internet stał się narzędziem walki i zwycięstwa. Tymczasem jedyne na co go stać, to wspomnieć coś o tym że reżim nie chce dać koncesji Telewizji Trwam i że „Uważam Rze” coś ciekawego napisało. No i że media nienawidzą PiS-u, a na własne nas nie stać.
Na spotkaniu, na którym byłem w katowickiej siedzibie Solidarności było może 500, może więcej osób. Nigdy nie potrafiłem oszacować tego typu spotkań. I jestem głęboko przekonany, że wśród nich było najwyżej parę – jeśli w ogóle – takich, którzy wiedzieli o tym blogu, czy o blogu Coryllusa. Ale nie chodzi przecież nawet o nas. Jestem pewien, że tam było zaledwie parę osób – a kto wie, czy choćby i tyle – co wiedziały o tym, że gdzieś można sobie poczytać teksty Ufki, Rybitzkiego, seawolfa, jakiegoś, cholera, Gadowskiego, czy Łażącego Łazarza. Natomiast owszem – każdy z całą pewnością wiedział, że jest „Gazeta Polska” i że od pewnego czasu można też kupić dziennik o tej samej nazwie. I że jak będzie miała być jakaś demonstracja, to tam będzie można znaleźć o niej ogłoszenie. I że to powinno wszystkim wystarczyć. I znów chciałbym bardzo wiedzieć, co Jarosławowi Kaczyńskiemu by szkodziło, żeby powiedzieć zebranym tam ludziom, by korzystali z Internetu, żeby czytali blogi, żeby opowiedzieli o nich swoim znajomym, żeby wspierali tę Sieć i ją przejmowali? Gdyby to nie był Jaroslaw Kaczyński, to bym wiedział co mu szkodzi. Jemu szkodziłoby słowo Tomasza Sakiewicza i Igora Janke, którzy mu powiedzieli, żeby dał spokój, bo blogi to nic nie warte gówno. Że jeśli ktoś chce sobie coś wartościowego poczytać, to ma blog Ryszarda Czarneckiego, lub Janusza Śniadka. Ale ponieważ to nie ktokolwiek, lecz sam Jaroslaw Kaczyński, to wiem, że jemu szkodzi tylko to, że Internet go nie interesuje.
Świadomość tej niszy jest przygnębiająca. I to wcale nie dlatego, że sam się w niej znajduję. Pewnie, że byłoby dobrze, gdyby ten blog czytały tysiące. Żeby książka, którą mi wydał Coryllus, już się sprzedała, i żebym mógł wydać kolejne felietony z tego bloga, w jeszcze większym nakładzie. Byłoby dobrze dla mnie, ale też – o czym jestem przekonany – dla owego zwycięstwa, o którym wszyscy tyle gadają. Ale nie o to najbardziej chodzi. Problem jest w tym, że ja mam bardzo mocne przekonanie, że istnieje bardzo poważna zmowa ze strony mediów oficjalnych – a w tym nurcie jest i „Polityka” i „Uważam Rze” i „Gazeta Polska” – by Internet się nie wybił. Żeby te 15 procent o których mówi Jarosław Kaczyński stanowiło górny pułap. Bo oczywiście byłoby fajnie wygrać i odsunąć od władzy tych niemieckich i ruskich szkodników, jednak jest coś znacznie ważniejszego. My. My jesteśmy ważniejsi. I nie można pozwolić, by to zwycięstwo przypadło w udziale komukolwiek innemu. A więc to jest smutne. I tyle.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga i przez przychodzenie tu i komentowanie, ale również przez wpłaty na podany obok numer konta. Przypominam też o książce. Daję słowo, że warto ją mieć. Dziękuję.

sobota, 17 marca 2012

Z rewizytą na ósmym kręgu

Dziwny przyszedł na mnie czas. Stale chodzi mi po głowie kilka tematów, a co się za który zabiorę, to on mnie tak wciąga, że zamiast przejść do kolejnego, przyklejam się do tego, który leży na tapecie, i się zadręczam. Tak właśnie było z tymi bankami, dokładnie to samo porobiło się z Wałęsą i Blumsztajnem, no i wszystko wskazuje na to, że identyczna sytuacja pojawiła się wraz z Mistewiczem. A zaczęło się to tak, że w komentarzu pod poprzednim tekstem nasz kolega filozof grecki napisał, że nazywanie narracją tego kłamstwa, które nas zewsząd opanowało, jest „odrażające”, i pomyślałem sobie od razu, że ciekawe by w tej sytuacji było sprawdzić, czy to kultowe już „story” wymyślił Mistewicz, czy może on to znalazł w jakichś najczarniejszych kieszeniach nowoczesnej Europy i postanowił się mianować jego emisariuszem? Czy ten tak zwany „marketing narracyjny” to coś co zostało stworzone u nas w roku 2007 na użytek nowej władzy, czy może ktoś to tylko na tę okoliczność do Polski zaimportował?
Zacząłem więc od ruchu podstawowego, i najbardziej oczywistego, a więc wpisałem w googlu hasło „marketing narracyjny”, i wszystko co się pokazało, to był Eryk Mistewicz. I kiedy wydawało się, że już dalej nie trzeba szukać, bo najpewniej stało się tak, że Tusk wygłosił swoje pierwsze, historyczne dziś już expose, publiczność oniemiała, Mistewicz wykrzyknął: „Jakaż to piękna narracja!”, i tak się zaczęła nowa era, zobaczyłem w tym szeregu coś co się nazywa loristex.pl, a obok zapowiedź, że tam można sobie na temat owej narracji poczytać. Zrobiłem ten jeden krok, trafiłem na stronę zatytułowaną „Marketing” … i proszę posłuchać. Pisownia, jak to się przyjęło zaznaczać, jest oryginalna i to wbrew pozorom nie jest głos Lecha Wałęsy:
„Jest wiele odmian marketingu, bo też czegoś innego potrzeba na tym rynku i czegoś innego na tym. Jedną z odmian jest marketing narracyjny czyli działania marketingowe z wykorzystaniem narracji, opowieści, co chyba każdemu jest bardzo dobrze znane. na przykład w telewizji, gdzie widzimy różne reklamy w nich się opowiada o danym produkcie i podczas tej opowieści narrator stara się dotrzeć do klienta, a także przekonać go do zakupu danego produktu, ten marketing potrafi być bardzo skuteczny, jeżeli oczywiście jest dobrze przemyślany i ma ręce i nogi jak to się mówi. Z pewnością jest to także marketing niezwykle popularny, bo mamy z nim często do czynienia, nie raz słyszymy opowieści o danym produkcie i usługach, a przez opowieść jesteśmy w pewien sposób namawiani do zakupu danej rzeczy. Dlatego jeżeli ktoś reklamuje swój produkt to warto zastosować także ten marketing, bo potrafi On przynieść wielu nowych klientów, a chyba każdej firmie są Oni potrzebni, dlatego też wielu ludzi stosuje właśnie taki marketing”.
I to wszystko na ten temat. O Mistewiczu ani słowa, natomiast znajdujące się tam menu prowadzi nas do informacji na temat innych typów marketingu, włącznie z tak cudacznymi, jak „marketing partyzancki”, czy „marketing wirusowy”. Gdzieś w samym jednak rogu strony z interesującym nas tekstem o marketingu narracyjnym uczepiony jest link oznaczony słowem „sail”, który z kolei prowadzi nas do strony o zagadkowej nazwie sailboatsandyachts.pl, a na niej, wbrew pozorom żadnych żaglówek, żadnych jachtów, lecz coś co robi wrażenie bloga użytkownika o nicku „topdrzwi”, i znów, wszystko jak w oryginale:
"Śnisz o swoim budynku? Pragniesz postawić dom? Zakupić jakąś inną nieruchomość? Myślisz, która forma pożyczki z pewnością będzie prawidłowa? Niestety, codzienny pośpiech nie umożliwia Tobie wypić w spokoju cherbaty, a co w tym miejscu wówczas powiadać o znalezieniu adekwatnej formy kredytu. Sądzisz, iż jest na 100% to etap długi a również wymyślny? Nic bardziej mylnego. Obecnie dzięki rozwoju trendów oraz zarówno badań naukowych możemy szybko i właśnie bardzo prosto odszukać rzetelną sobie ofertę. Już teraz nie musimy tracić czasu na własne spotkania w instytucji finansowej, możemy to wykonać albo przez internet, czy też skorzystać spośród możliwości asystentów pieniężnych, jacy przyjadą do twojego domku oraz zarówno przedstawią daną ofertę. Przez to kredyt mieszkaniowy nie będzie już dla Ciebie żadną trudnością. Na przestrzeni rozmówki z doradcą pieniężnym dostosujesz ratę kredytu do własnych ewentualności, zapoznasz się z nowymi ofertami instytucji finansowej, określisz maksymalny okres spłaty, itd. I wszystko to na przestrzeni kilkunastu minut. Prócz tego konsultant finansowy na pewno będzie towarzyszył Tobie stale, od momentu skompletowania formalności do czasu sfinalizowania porozumienia z instytucją finansową. Kredyt hipoteczny nie będzie, tak więc procesem długim oraz zarówno skomplikowanym, starczy dobra organizacja. Jednakże zanim zdecydujesz się na podpisanie umowy, to przemyśl to całość wnikliwie. Dlatego że kredyt mieszkaniowy to zobowiązania bankowe na wiele, wiele lat.
Dziś w nawiązaniu z istniejącą sytuacją finansową a również gospodarczą polski, mieszkancy, jeszcze częściej podejmują decyzję o braniu zadłużeń. Funduszy brakuje na nieomal wszystko i na opłatę bieżących rachunków, na kupno książek dla dzieci, na przeprowadzenie wyjazdu na wakacje, na nabycie mieszkanka czy też budowę domu. Pożyczki są, a zatem ostateczną pomocną dłonią. To dzięki temu jesteśmy w stanie umożliwić własnej rodzinie komfortowe i dobre życie, zrealizować plany własne a również dzieci, etc. Naturalnie także widzimy będą ów pożyczki nieodłączną częścią naszego życia. Idą z nami wszędzie. Ze względu z bieżącą sytuacją na aktualnym rynku domów obywatele, co raz częściej starają się o kredyt mieszkaniowy. Żaden z nas nie jest, albowiem realnie z własnej kieszeni, z prywatnych rezerw spieniężyć budowę budynku czy kupno mieszkania. O kredyt hipoteczny ewentualnie może starać się prawie każdy, któż osiąga scharakteryzowane uwarunkowania. Pierwszym priorytetowym warunkiem bywa zachowanie ciągłego przychodu oraz możliwości kredytowania. Bank musi mieć jakieś zapewnienie, gwarancje, że jesteśmy w stanie kiedyś płacić ten kredyt mieszkaniowy. Jest na 100% dodatkowo dużo pozostałych warunków, aczkolwiek owe dwa na pewno są najistotniejsze, bowiem to właśnie one otwierają nam drogę, umożliwiają podjąć kolejne kroki."
I kiedyśmy już to zmęczyli, zaglądamy do opisów pozostałych typów marketingu, i okazuje się nagle, że stamtąd też odchodzą linki, dziesiątki linków, we wszystkich możliwych kierunkach, a stamtąd linki następne i kolejne, i każdy z nich prowadzi wyłącznie do kolejnych informacji o kredytach, z których każda zachowuje tę samą poetykę i ten sam poziom języka, co wyżej:
"Pomyśl sobie o sytuacji. Wstajesz rankiem w swoim łóżku, zjadasz posiłek we własnej kuchni, bierzesz ranny prysznic w osobistej łazience. Mieszkanko zrealizowane jest faktycznie tak jak wolisz, właściwie z Twoim gustem i także wytycznymi. Nawet jedna osoba Ci nie marudzi, iż masz brudy w domu, ze tależe niepozmywane, że resztki nie są wyrzucone, że zużywasz zbyt wiele wody, energii elektrycznej, że masz opóźnienia w opłatach, i tak dalej. Zwyczajnie raj na ziemi. Daną sytuację mamy sposobność określić 1 słowem – swoje, a co najważniejsze osobiste mieszkanko. Sądzisz, że to wyłącznie śliczny sen, którego nie mamy sposobność wprowadzić w życie. Otóż nie, bowiem obecnie jesteś w stanie przerobić to wszystko w realność. Myślisz jakim sposobem może być to możliwe dlatego że na koncie osobistym nie masz stosownej ilości pieniędzy? W wykonaniu owego fajnego planu wspomoże Ci ze 100% pewnością kredyt hipoteczny. Jesteś w stanie go dostać praktycznie w każdym banku po pokazaniu stosownych papierów i właśnie załatwieniu wszelakich niezbędnych spraw. Aby starać się o kredyt mieszkaniowy powinnaś wykonać wyłącznie jeden warunek. Jaki? Powinniśmy mieć sztywny dochód, a zatem mieć zdolność pożyczkową. Dopiero dokonanie takiego warunku stwarza, że jesteś w stanie podjąć którekolwiek kroki połączone z staraniem się dokładnie o tego typu rodzaj kredytu. Poleca się osiągać własne marzenia".
Albo:
"Masz na pewno dość bytu z teściową, albo wielkich kwot, które płacisz za wynajem mieszkania. Jeśli faktycznie tak, to oznacza, że dojrzałeś obecnie do decyzji o swoim “kącie”. Na nieszczęście nie posiadasz odpowiednich funduszy majątkowych. Konieczny Tobie zastrzyk funduszy? Niestety znajomi czy też bliscy nie mają możliwość Tobie pożyczyć takowej sumy. Co więc uczynić? Jedynym zamysłem w takich wypadkach jest, a zatem kredyt mieszkaniowy. Kredyt mieszkaniowy to jednak właściwie ogromne zobowiązanie bankowe, można rzec, że na pewno jest to druga przysięga ślubu. Przebieg pożyczkowy jednak w pewnych sytuacjach znacząco łatwiej przebyć, aniżeli niejedną wspólną drogę bytu. Jak również już wspominałem na pewno jest to znacznie bardzo duże zobowiązanie bankowe, decyzja nie musi, w takim przypadku być podjęta za wcześnie? Przed tym, zanim skusisz się na kredyt hipoteczny, przemyśl to wszystko z uwagą. Zawsze porównaj określoną propozycję z ofertami innych instytucji bankowych. Dlatego że w współzależności od instytucji oferty tego typu produktów odróżniają się procentem, kosztami lub wielkością wkładu swojego, jaki należy wnieść. Czasem w niektórych instytucjach finansowych dosłownie nie trzeba wnosić wkładu własnego. Jeśli natomiast masz trudności z wyborem właściwego banku, nie masz pojęcia, jaka oferta musi być znacznie bardziej najkorzystniejsza dla Ciebie. To znak, że musisz korzystać w zakresie pomocy doradcy finansowego."
Ktoś powie, że to są jakieś niemieckie strony, których użyteczność i zasięg można porównać najwyżej do czegoś, co kiedyś funkcjonowało u nas jako Polonia TV i nadawało „Ojca Chrzestnego” z włoskim dubbingiem. Otóż chyba jednak niekoniecznie. Bo jeśli się przyjrzeć, każda z nich jest sponsorowana przez mainstream w zupełnie podstawowym znaczeniu. Bo oto stamtąd wiodą kolejne linki do bardzo już konkretnych, i już zdecydowanie bardziej zadbanych stron, gdzie znajdujemy konkretne oferty konkretnych banków. I tam nie ma dosłownie nic więcej. Tylko informacje o kredytach, a wszystkie ubrane dokładnie w ten sam typ narracji (właśnie narracji), co zaprezentowany wyżej. I jeśli ktoś tam szuka przedstawionej wyżej egzotyki, to jest w dużym błędzie, bo czym dalej w głąb, tym trafiamy na świat nam jak najbardziej znany, a więc ING, Alior Bank, Expander, Citi Bank, BPH, PKO, Getin Bank, ale też wspomniane tu parę dni temu firmy nie będące bankami, i wszędzie tylko te kredyty, i cała kupa stron o nazwach typu „Rodzina na swoim”, czy „Kredyt na auto”. I choć tam jest już znacznie więcej kolorowych zdjęć i znacznie lepszy język, to narracja pozostaje dokładnie taka, jakby nam ją prezentował Eryk Mistewicz:
"W dzisiejszych czasach ciężko sobie wyobrazić życie bez samochodu, jednak nie każdego od razu stać na jego zakup. Tutaj z pomocą przychodzą nam kredyty samochodowe oferowane prawie przez każdy bank. Dzięki takiemu kredytowi możemy sobie pozwolić na spełnienie naszych marzeń, a dodatkowo taki kredyt jest niskooprocentowany w stosunku do pożyczki. Jak wspomniałem kredyty samochodowe oferowane są przez wiele banków, więc nasuwa się od razu pytanie: ‘Który kredyt na auto mam wybrać?’, odpowiedź wydaje się oczywista: ‘Możliwie najtańszy’. Jednak na koszty kredytu składa się wiele czynników, z których sobie nie zdajemy sprawy. Więcej szczegółów o wyborze kredytu w dziale ‘Który kredyt wybrać’. Zachęcam do lektury i życzę powodzenia w poszukiwaniu możliwie najtańszego kredytu, który umożliwi spełnienie Twoich marzeń, przynajmniej tych związanych z zakupem auta".
Spędziłem wczoraj na buszowaniu po tych kręgach kilka godzin i uderzyło mnie to, że tam nie ma żadnych nazwisk. Tylko ta narracja i ewentualnie linki do internetowych stron banków i firm kredytowych. I jak już wspomniałem, nie ma tam nawet nazwiska Eryka Mistewicza.
I oto jest wyjątek, którego przyznam, że kompletnie nie rozumiem, a który jednak przez swoją zagadkowość zrobił na mnie pewne zdarzenie. Na głównej stronie owego wyjściowego loristex.pl, na samym dole menu z tymi wszystkimi typami marketingu, jako osobny link pojawia się jednak imię i nazwisko: Mateusz Pazdan. Sprawdzam, kim jest ten Pazdan i okazuje się, że to pierwszy w Polsce handlarz odżywkami dla pakujących, prezes i właściciel czegoś, co się nazywa SFD, czyli – uwaga! uwaga! – Sportowe Forum Dyskusyjne, a co, jak się okazuje, ostatnio, dokładnie pod tą niezwykłą nazwą, weszło na giełdę… i powiem uczciwie, że po praz pierwszy od naprawdę dawna poczułem, że mnie to wszystko zwyczajnie przerosło. Na samym początku mamy tego Mistewicza, od niego wyruszam w tę podróż, niemal jak po kolejnych kręgach piekła, zaczynając od owego narracyjnego marketingu, przez te wszystkie kredyty, aż do tego Pazdana na samym końcu, i nagle przede mną otwiera się strona kanału TVNNBC, a tam rozmowa z Pazdanem o tym, jak to w ciągu minionego roku biznes tych odzywek się rozwinął .
Ktoś mnie może spytać, co ja sugeruję, do czego zmierzam? I na to, ja zupełnie uczciwie, bez jakiejkolwiek ironii, bez żadnych aluzji, przyznaję, że sam nie wiem. Nie wydaje mi się, bym był dziś w stanie zasugerować cokolwiek, z tej prostej przyczyny, że ja autentycznie nic z tego nie rozumiem. Zwłaszcza, że jeśli ruszyć dalej, jeszcze w głąb tego piekła, to możemy natrafić na stronę poświęconą sztukom walki – słowo najświętsze honoru, że nie kłamię – gdzie jakaś organizacja protestuje przeciwko szkalowaniu dobrego imienia zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta. I proszę mi teraz powiedzieć – co ja mogę sugerować? No co?

Jeśli w ten piekny weekend udało mi się tym - przyznaję, że okropnie tajemniczym - tekstem kogoś pozytywnie zainspirować, będę zachwycony. Jednocześnie proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. No i przypominam naturalnie o książce. Dziękuję.

piątek, 16 marca 2012

O kłamstwie w blasku sceny raz jeszcze

Eryka Mistewicza znam w stopniu dosłownie minimalnym, a mówiąc „minimalnym” mam na myśli jego imię i nazwisko, wygląd, głoszona przez niego koncepcję tak zwanej „story”, jego występ w jednym programie Janka Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” i parę – dosłownie parę – najnowszych felietonów w tygodniku „Uważam Rze”. A więc naprawdę niewiele. To już pewnie kimś bardziej znaczącym jest on dla mojej żony, która na przykład pamięta go jako redaktora peerelowskiego tygodnika „Na przełaj”, w którym prowadził rubrykę mającą na celu młodzieży oazowej wskazać lepsza, bardziej nowoczesną drogę.
Siadając do tego tekstu, pomyślałem sobie więc, że warto by może było się o nim dowiedzieć czegoś więcej, a zatem zajrzałem do Wikipedii. Tam jednak okazało się, że najważniejszą informacją jest to, że historię życia i zawodowej kariery Eryka Mistewicza można znaleźć na jego stronie prywatnej. Wszedłem więc na stronę prywatną. A tam – nic. Zero. Paręnaście linijek biografii, z których może pięć to informacja o tym, co Mistewicz osiągnął w życiu i w zawodzie, z czego z kolei i tak jedna stanowi jedynie nazwę jakieś francuskiej uczelni, którą on podobno ukończył, a reszta to już praktycznie tylko informacja, że on doradzał Zbigniewowi Relidze w jego kampanii prezydenckiej w roku 2005. No, być może tam jest jeszcze coś, jednak nawet jeśli tak, to ja już zapomniałem, a zaglądać mi się tam ponownie zwyczajnie nie chce. W każdym razie, o redaktorowaniu w „Na przełaj” nie ma mowy. A szkoda, bo wówczas tych linijek byłoby o jedną więcej.
A więc pozostaje uznać, że to co wiedziałem na początku to i tak właściwie wszystko. A więc jego głowa, jego nazwisko i imię, to „story”, i te parę tekstów u Lisieckiego, czy Lisickiego, a może Lisiewicza...? Nigdy tego nie potrafiłem zapamiętać, a szukanie tego za każdym razem mnie nudzi. Skąd mi wpadło do głowy, żeby dziś pisać o Mistewiczu? Otóż ja się do tego zabierałem już od pewnego czasu, a konkretnie od dnia, kiedy zauważyłem, że Mistewicz już nie jest „ich”, lecz „nasz”, jednak proszę sobie wyobrazić, że bezpośrednią tego przyczyną był Coryllus. Byłem wczoraj z psem na spacerze i śmy się zdzwonili. W pewnym momencie Coryllus wspomniał, że mamy w Polsce tych dwóch doradców od wizerunku, a więc Tymochowicza i Mistewicza, którzy – bardzo paradoksalnie – jak idzie akurat o wizerunek swój własny, potrafili tyle tylko, że jeden wygląda jak „pół kartofla na pieńku”, a drugi nie wygląda w ogóle, a mnie się ten żart z pieńkiem i kartoflem tak spodobał, że pomyślałem, że nadeszła i moja pora.
Pamiętam więc, że mój pierwszy prawdziwy kontakt z nazwiskiem Mistewicz nastąpił wtedy, kiedy to w roku 2007 Donald Tusk wygłosił swoje pamiętne pierwsze expose, w którym zainaugurował nową erę w polskiej polityce, a więc coś co od razu zostało nazwane post-polityką. Przemówienie, które trwało chyba bite dwie godziny i stanowiło kompletnie pustą paplaninę o niczym. Przemówienie, które – jestem tego całkowicie pewien – gdyby zostało pokazane w całości dziś, cała Polska zamarłaby z trwogi, widząc co to do nas tamtej jesieni zawitało. A pamiętajmy, że pięć lat to w dzisiejszych czasach naprawdę kupa czasu, i taki Donald Tusk wtedy, a Donald Tusk dziś, to dwie kompletnie różne osoby. W końcu te pieniądze na coś poszły, prawda? A zatem, wygłosił Tusk owo straszne przemówienie, a Mistewicz ogłosił nadejście nowej epoki, a więc epoki w której nie jest ważne nic poza ładną historią, napisana przez specjalistów od tego typu metod, a przez władzę zaledwie zgrabnie, w eleganckim stroju i z ładnym uśmiechem opowiedzianą. Czy Mistewicz ogłaszał tę rewolucję ze smutkiem, czy choćby troską w głosie? Ależ skąd! On był tym czego wszyscy doświadczamy autentycznie zachwycony. Czy on nie widział tego cynizmu i tego kłamstwa? Ależ jak najbardziej. On widział i jedno i drugie, tyle że on wyłącznie głosił owego kłamstwa i cynizmu pochwalę. On w pełnym uniesieniu twierdził, że tak właśnie ma być. Że współczesny obywatel nie potrzebuje ani prawdy ani konkretów. On czeka wyłącznie na jasne światło i ładną historię. I że Donald Tusk jest pierwszym politykiem, który dokładnie to człowiekowi daje. Ładne światło i ładną historię. Story. I to taką story, którą zrozumie idiota. Bo to właśnie jest oferta dla nich. Dla tych, którzy decydują. I to jest naprawdę fascynujące.
Później zaczął się długi okres tak zwanego rządzenia, a z tym rządzeniem przyszło to wszystko, co wielu z nas świetnie pamięta, a co ostatecznie doprowadziło nas do miejsca, w którymśmy się znaleźli dziś. I też Donald Tusk z każdym dniem stawał się coraz bardziej tym, czym jest dziś, robił się coraz bardziej gładki, coraz pełniejszy, coraz bardziej zbliżony do owego potwora, jakim go widzimy, a którego nadejście z takim entuzjazmem Mistewicz pięć lat temu ogłaszał, a on sam nie opuszczał go ani na krok, i czym większe było to kłamstwo, tym większe zachwyty wypływały z jego ust. W pewnym momencie doszło już w praktyce do tego, że Mistewicz niemal jednoznacznie przyznawał, że tak, to wszystko z czym mamy do czynienia to brutalne, bezczelne i bezlitosne kłamstwo, tyle że my musimy to przyjąć, dlatego, że innej drugi nie ma. Bo świat taki właśnie jest i inny już nie będzie nigdy. I że nie dość że musimy to przyjąć i zaakceptować, my musimy to kłamstwo polubić, bo ono tak naprawdę jest dla nas, żeby nam było lepiej. Wszystkim. Liczy się bowiem tylko historia. Tylko to story. A jedynym możliwym jak na dziś dostarczycielem owych historii jest Donald Tusk. I dopóki nie pojawi się nikt od niego lepszy, będzie już tylko on.
Powiem uczciwie, że nie umiem znaleźć momentu, kiedy Eryk Mistewicz, wciąż głosząc tę swoją afirmację kłamstwa, przestał być „człowiekiem Systemu”, a stał się „nasz”. Wiem jednak, że przez jakiś czas tak to właśnie wyglądało. On nadal opowiadał jak to dzisiejsze czasy nie tolerują niczego poza kłamstwem i że innej drogi nie ma, a jednocześnie był już po naszej stronie, jako nasz brat i nasz kolega. Na pewno tamtego wieczoru, kiedy to w programie Pospieszalskiego próbował razem z Hartmanem mnie zniszczyć, on już był „nasz”. On, Dorn i Karnowski – nie wspominając o Pospieszalskim – z całą pewnością byli wtedy „nasi”. Wrogiem pozostawał wówczas już tylko ich kolega Hartman.
Wiem też na pewno, że Mistewicz jest „nasz” również dziś, i że dziś on jest tak bardzo i do końca „nasz”, jak nigdy chyba wcześniej. Dziś Mistewicz jest już do tego stopnia „nasz”, że w jednym ze swoich ostatnich felietonów w „piśmie autorów niepokornych”, czyli „Uważam Rze” ogłosił, że bycie specjalistą od politycznego marketingu, a więc tym czym Mistewicz się od kilku dobrych lat próbuje zajmować i z czego żyje, jest zajęciem bardziej kompromitującym od pracy jako „pianista w domu publicznym”. Że to jego mentor, francuski ekspert i zawodowy kłamca, człowiek o nazwisku Seguela ukuł to powiedzenie, i to jest strasznie fajne. To jest niesamowite! To jest wręcz cudowne!!! Eryk Mistewicz pisze w tym „naszym” tygodniku co tydzień. On ma tam swój stały felieton. I on tam jest po to, by nam to wciąż objaśniać: Porzućcie nadzieje. To nie jest świat dla ludzi o prostych zasadach i gorących sercach. To jest świat dla biednych idiotów i wyniosłych zawodowców. I uwierzmy mu. W końcu on nas nie oszuka. On jest przecież dziś już tylko „nasz”. I ma na to bardzo poważny glejt. Glejt który otrzymał od innych „naszych”. „Naszych” niepokornych.
Naprawdę nie wiem, co mogę powiedzieć więcej, bo i tak już zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Może powinniśmy się zastanowić, kim w końcu jest ten Mistewicz? Czy to tylko „doradca w zakresie zintegrowanych strategii marketingu i PR […], promotor narzędzi komunikacji masowej 2.0. […], pasjonat reklamy i świadomego wpływania na rzeczywistość poprzez media”, czy może jeszcze ktoś? I czego on od nas chce? Po co on się tu kręci? Co nam chce zakomunikować? Czy on ma za zadanie nas tylko upomnieć, byśmy porzucili nadzieję, czy może tu chodzić o coś jeszcze? No i wreszcie, cóż on ma w sobie takiego, że go „nasi” tak bardzo polubili? A coś przecież mieć musi. To nie ulega wątpliwości. To musi być naprawdę fajny gość.

Pewnie Mistewicz zna inne, skuteczniejsze metody wpływania na ludzkie decyzje, ale ja mam tylko tę swoją sytuację i to słowo. A więc proszę uprzejmie o wspieranie tego bloga w każdy dostępny sposób, również z wykorzystaniem znajdującego się obok numeru konta, i o kupowanie książki. Dziękuję.

czwartek, 15 marca 2012

Na co Systemowi durnie

Muszę przyznać, że kiedy pisałem wczoraj tekst o Wałęsie, Blumsztajnie i opętaniu, padłem ofiarą, jak zwykle zresztą, swojej naiwności. Otóż zarówno w wypadku Wałęsy, jak i Blumsztajna, uznałem, że to co się z nimi dzieje, jest sprawą zupełnie czystą w tym sensie, że za ich ową manifestacją ich upadku nie stoi ani niczyja zła wola, czy czyjś perfidny plan, lecz wyłącznie człowiek ze swoimi słabościami. Co do Wałęsy na przykład, byłem bardzo szczerze przekonany, że to co funkcjonuje w powszechnej świadomości jako „Blog Wałęsy”, jest w głównej mierze prowadzone przez któregoś z pracowników tego jego Instytutu, natomiast niekiedy zdarza się tak, że Lech Wałęsa się zdenerwuje, jakimś niezwykłym slalomem przedrybluje swoją obstawę, dopadnie komputera, i zanim ktokolwiek zdąży zareagować, szybko coś napisze, no i wtedy to właśnie wszystkie już media cytują jego słowa, jako sensację dnia. Tymczasem dowiaduję się, że nie; że Lech Wałęsa prowadzi swój blog samodzielnie i, co równie ciekawe, zostawia na nim ślad swojej duszy niekiedy nawet parę razy dziennie. I że, oczywiście, jeśli mamy do czynienia z jakimiś wyjątkowymi wybrykami, to one są natychmiast relacjonowane przez wszystkie media, co naturalnie nie zmienia faktu, że poziom tych wpisów robi większe lub mniejsze wrażenie za każdym razem.
W przypadku Seweryna Blumsztajna, uznałem, że jemu się coś stało w głowę, i to właśnie w związku z tym zdarzeniem, on nabazgrał na kawałku kartonu zdanie: „Pierdolę nie rodzę”, i uzbrojony w tę deklarację, wyruszył na miasto. I muszę tu od razu pochwalić panią Toyahową. To ona pierwsza, zanim jeszcze wiadomość, że Blumsztajn nie miał tu nic do gadania stała się oficjalna, wyraziła przekonanie, że on na pewno tak naprawdę w ogóle nie wiedział, co trzyma w ręku. Że on tam na tę manifę przylazł, ktoś mu ten napis wsadził do ręki, a on, nawet nie patrząc co tam jest napisane, dał się z nią jak dziecko sfotografować. I oto okazało się, że organizator przedsięwzięcia pod tytułem „Blumsztajn pierdoli nie rodzi” został jednak wytropiony, i jest nim powszechnie znany komunista młodszego pokolenia Sławomir Sierakowski. A więc, tym samym, i tu, podobnie jak w przypadku Wałęsy, okazało się, że jeśli on jest faktycznie opętany, to nie przez to co robi, ale że w ogóle robi. Że problemem Blumsztajna nie jest to, że mu coś chodzi po głowie w sprawie uprawiania seksu i wynikających z tego konsekwencji, lecz że… no właśnie nie bardzo wiadomo co, ale że to coś jest z dramatycznym wyrachowaniem wykorzystywane przez tych, którzy wiedzą więcej i lepiej.
W tej sytuacji pozostaje nam już tylko ustalić, jaki jest cel owego wystawienia obu panów na pośmiewisko. Od razu powiem, że jak idzie o Wałęsę, to nie mam pojęcia. Może oczywiście być tak, że z nim jest trochę tak jak z biedą w PRL-u. Z punktu widzenia ówczesnej władzy, było bardzo ważne, by społeczeństwo nie zaczęło zdychać z głodu, ale żeby przy tym nie poczuło, że ma tyle ile trzeba. A więc była ta telewizja, a w niej od czasu do czasu jakiś amerykański film, te jakieś tam kolorowe byle jak gazety, te papierosy, które czasem się rozklejały a czasem nie, ta wódka, która raz truła mocniej, a raz mniej, no i ten sklep mięsny, w którym od czasu do czasu pojawiała się kiełbasa i szynka, ale władza zawsze dbała o to, by to wszystko nie było uznane za pewne i dane na zawsze. Żeby zawsze pozostawało wystarczająco dużo miejsca na marzenia. Więc tu też może być tak, że z jakiegoś powodu chodzi o to, żeby wszyscy wiedzieli, że Lech Wałęsa to bohater i nasza duma, ale jednocześnie, by nikt nie zapomniał, że w gruncie rzeczy to jest zwykły dureń. Po co? Jak mówię, nie bardzo wiem, i, szczerze mówiąc, akurat nie wydaje mi się, żeby w jego wypadku było to aż tak ważne.
O wiele ciekawsza jest moim zdaniem sprawa Blumsztajna. Otóż ja sobie bardzo łatwo mogę wyobrazić, jak wyglądał moment przekazania tabliczki z tym kuriozalnym napisem. Blumsztajn przyszedł na tę demonstrację, jako osoba ważna od razu oczywiście znalazł się wśród innych ważnych osobistości, w tym faktycznych organizatorów całego przedsięwzięcia, tuż przed rozpoczęciem marszu podszedł do niego Sierakowski i powiedział: „Cześć. Tu jest dla ciebie kartonik. Trzymaj mocno, nie upuść, no i marsz!” Blumsztajn posłusznie, z jakiegoś powodu nie uważając za stosowne zapoznać się z jej treścią, tablicę przyjął, no i dalej już było jak było. Mogło też oczywiście być tak, że on jednak rzucił okiem na ten napis, i nawet zapytał Sierakowskiego, czemu tak, ale kiedy usłyszał, że tak jak jest, jest dobrze, machnął na to wszystko ręką.
Myślę jednak, że dobrze byłoby poznać wcześniejsze losy tej tablicy, a więc przede wszystkim, w jakim celu Sierakowski ją wyprodukował, no i dlaczego akurat z tym tekstem. Uznał za dobry pomysł, by do jej niesienia wyznaczyć Blumsztajna. Ktoś powie, że ci młodzi komuniści są już tak zaczadzeni, że już nawet nie widzą tej swojej śmieszności, i że zapewne dla Sierakowskiego tekst „Pierdolę nie rodzę” jest równie błyskotliwy i sensowny, jak… ja wiem? – „Księża na księżyc”, czy „Zburzyć kościoły, wybudować kliniki aborcyjne”. Oczywiście, jest możliwe, że oni są zaczadzeni – albo po prostu zaćpani – jednak nie wydaje mi się, by ich to nieszczęście mogło dotknąć w aż tak drastycznym stopniu. Uważam, że kiedy Sierakowski wymyślał ten napis, on świetnie wiedział, że to jest kompletne kretyństwo. Ale mało tego. Ja uważam też, że kiedy Sierakowski on skrobała na tej tekturze ową bzdurę, wiedział dobrze, że ją za chwilę da własnie Blumsztajnowi. Kłopot teraz jest tylko jeden. Po co? I dlaczego akurat jemu?
Czytam w „Super Expresie”, który jako pierwszy podał informację, że Blumsztajn tablicę dostał od Sierakowskiego, wypowiedź samego Sierakowskiego, że jemu chodziło o to, by w ten sposób wyrazić swój protest. No i dobrze. Protest? Jasna sprawa. Tyle że ja w żaden sposób nie widzę, w jaki sposób informacja „Pierdolę nie rodzę” może stanowić protest przeciwko czemukolwiek. Wspomniany wcześniej apel o to, by burzyć kościoły, a na ich miejscu stawiać kliniki aborcyjne, mimo całego zła, jakie niesie, potrafię zrozumieć. Chodzi o to, by nie było kościołów, i żeby aborcja była powszechnie dostępna. Jak mówią Anglicy, „I get the picture”. Natomiast wezwanie, by kobiety przestały rodzić dzieci jest tak absurdalne, że ono nie mogło się na poważnie narodzić nawet w myślach Sławomira Sierakowskiego. Wezwanie tej treści jest tak chore, że ono może mieć wyłącznie na celu doprowadzenie do czyjejś kompromitacji, a w tym wypadku kompromitacji Seweryna Blumsztajna, a przy okazji środowiska które go utrzymuje. A zatem wszystko wskazuje na to, że ludzie z „Krytyki Politycznej” chcieli skompromitować „Gazetę Wyborczą”. Nie ma bowiem takiej możliwości, by Sierakowski dał Blumsztajnowi tę tablicę, nie wiedząc, do czego to doprowadzi. Ja wręcz sądzę, że on mógł nawet sam ściągnąć na miejsce fotografa z „Frondy” i pokazał mu Blumsztajna.
No i teraz oczywiście pozostaje się zastanowić, dlaczego? Oczywiście nie ma mowy o tym, by uznać, że „Krytyka Polityczna” wymyśliła sobie, że oni wyprą z rynku „Gazetę Wyborczą”, a uderzenie w Blumsztajna będzie dobrym pierwszym krokiem na tej drodze. Tu musiało chodzić o gesty zdecydowanie bardziej natury osobistej, lub zwyczajnie – ideologicznej. A więc mogło pójść o to, że Sierakowski z osobistych właśnie powodów nie lubi Blumsztajna i go chciał trochę porozstawiać. Albo że go nie lubi Michalski, i poprosił Sierakowskiego, żeby za niego załatwił sprawę. I że ten dał mu ten napis, a później wszyscy mieli z tego uciechę, na takiej zasadzie, jak dziecko, które innemu dziecku przyczepi do pleców napis „Jestem głupi” i jest wesoło. Może. Choć nie sądzę. Podejrzewam, że, co by o Sierakowskim nie mówić, on jest jednak zbyt poważny na takie gesty, a poza tym w środowisku „Krytyki Politycznej” są sami intelektualiści z ambicjami, i oni by mu na taką głupią samowolę nie pozwolili. To musiała być akcja zorganizowana i raczej wymierzona w „Gazetę Wyborczą”. Nie ze względów biznesowych, ale czysto ideowych. Oni mogą „Gazetę Wyborczą” traktować jako ideologicznego wroga. Jako przedstawiciela podłego żydowskiego neoliberalizmu, z natury wrogiego szczeremu trockizmowi, albo zwyczajnie – jako kapitalistycznego koncernu z jego pieniędzmi, bankami i wyzyskiem. Jest bardzo możliwe, że Sierakowski i jego koledzy patrzą na budynek Agory i „Gazety Wyborczej” i ich jasna krew zalewa, że oto tu rośnie ten pieprzony kapitalizm, ci Żydzi, spijający krew klasy robotniczej, a że akurat udało się jednego z jego przedstawicieli chwilowo przeciągnąć na swoją stronę, to postanowili przez niego właśnie wyszydzić ów kapitalizm.
A sam Seweryn Blumsztajn? Czemu on się dał w to wciągnąć? Czemu nie sprawdził, co mu dali do niesienia, a nawet jak sprawdził, to czemu uznał, że to nic nie szkodzi? Diabli wiedzą. No ale o tym już przecież było wczoraj. Że albo on jest cały czas na gazie, albo ma w głowie jakieś inne szumy, albo jest zwyczajnie opętany przez coś, co kiedyś zrobił, i to go już trzyma za gardło. Że z nim jest zupełnie tak samo, jak z Lechem Wałęsą. Czemu on robi z siebie durnia na tym blogu? Czemu nie uzna, jak normalny starszy pan, że on się na tych komputerach nie zna, a przez to, że całe życie był tylko skromnym elektrykiem, też nie nadaje się do tego, by tworzyć jakieś ładne zdania? Opętanie. Zwykłe opętanie.
No i jeszcze jedno. Co mnie to wszystko obchodzi? Właściwie to nic. Wczoraj napisałem coś na ten temat, a dziś dowiedziałem się paru nowych rzeczy, i chciałem o nich opowiedzieć tak, żeby czytelnicy tego bloga mogli powiedzieć, że udało im się coś ciekawego poczytać. A poza tym zwyczajnie interesuję się wpływem, jaki świat ma na nas i na nich. Czasem więc zajmuję się nimi, a czasem nami. Możliwe, że za chwilę machnę ręką na Wałęsę i Blumsztajna i znów napiszę coś o naszych. Zwłaszcza że zarówno jak idzie o nich, jak i o nas, powodów do jasnej cholery mam wszędzie równie dużo.

Jeśli komuś ten tekst się spodobał, proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Przypominam też o książce, która jest tu obok do kliknięcia, a zawiera wybór starych tekstów zawsze w bardzo aktualnym kształcie. Dziękuję.

środa, 14 marca 2012

"Coś", czyli być jak Seweryn Blumsztajn, skończyć jak Wałęsa

Kiedy niedawno przez Polskę, jak meteoryt przeleciała wiadomość, że Lech Wałęsa postanowił na swoim blogu wkleić własny tekst – a mówiąc „własny” chcę powiedzieć, że autentycznie własny, a więc napisany osobiście przez siebie, bez udziału doradców i korektorów – z jednej strony poczułem lekkie podniecenie, no bo dobrze wiedziałem, czego się mogę spodziewać, z drugiej jednak, zdawałem sobie sprawę, że na wiele akurat liczyć nie mogę, bo najlepsze już i tak prawdopodobnie było. Otóż parę dobrych lat temu, w reakcji na, dziś już nie bardzo pamiętam jakie, zdarzenie, ale zapewne było to coś związanego z Jarosławem Kaczyńskim, Wałęsa zamieścił na swoim blogu następujący tekst (oczywiście nie muszę zapewniać, że szacunek dla naszego laureata pokojowego nobla nie pozwala mi wprowadzać tu jakichkolwiek zmian):
„Ha ha Brudasy polityczne ,no właśnie ,czy nie jest tak właśnie ? że Ci ludzie [popaprańcy ,małpy z brzytwą ,paranoicy] są najbardziej skoncentrowani w pobliżu Kaczyńskich ,polityka Rydzyka , Macierewicza , Walentynowicz , Olszewski i jeszcze kilku .to żadna filozofia ,orjętacja polityczna ,czy pomysł polityczni , to brudasy politycznie”.
Czyż więc nie mam racji, mówiąc, że w tym wypadku wszelka konkurencja nie ma w praktyce żadnych szans? To co wtedy krążyło w mediach, w mojej świadomości, pozostaje autentycznym dziełem sztuki. Ja sobie zwyczajnie nie wyobrażam, by ktokolwiek był w stanie wytworzyć coś podobnego – i to niezależnie od tego, czy ów akt twórczy pochodziłby z umysłu wyjątkowo chorego, czy równie wyjątkowo przewrotnego. Uważam, że to jedno zdanie – bo, jak widzimy, jest to zdanie – jak żadne inne, pokazuje, że umysł człowieka jest kosmosem. I niech mi nikt nie mówi, że takie teksty w zamkniętych zakładach psychiatrycznych są codziennością. Tam z pewnością bywa różnie, jednak nigdy nie uwierzę, że w tej różnorodności może się wydarzyć coś podobnego. Poza tym – choć, przyznaję, osobiście nie mam zbyt dużego osobistego doświadczenia z ludźmi obłąkanymi – jednak to co wiem, każe mi sądzić, że oni akurat w tym swoim szaleństwie na ogół trzymają pewną wewnętrzną logikę i porządek. W końcu, nie bez powodu, czasem się twierdzi, że prawdziwe obłąkanie to zaledwie szczególna odmiana geniuszu.
A zatem, kiedy media podały, że oto Lech Wałęsa poinformował nas o swoim sobowtórze w motorówce, zainteresowałem się, choć wiedziałem, że fajerwerków już nie będzie. No i, okazało się, że wcale nie jest tak źle. Ten człowiek wciąż ma pewne możliwości.Posłuchajmy (znów z pełnym szacunkiem):
„W trybie natychmiastowym oddaję do Prokuratury tą informacje i tych co publikują w tym Tych z Torunia .
To jest nie tylko Oczernianie kłamstwami ,ale też podważanie prawdy Historycznej i mojej roli od początku od skoku przez płot i dalej .
Żyją jeszcze świadkowie z obu stron konfliktu , należy to dokładnie że szczegółami wyjaśnić .
Pojawia się po raz KOLEJNY koncepcja jakoby dowieziono mnie na strajk motorówką .
Przysięgam na wszystkie świętości , że ja w tym nie uczestniczyłem ,Więc sobowtór .
Jeśli taki scenariusz był realizowany przez służby ,są dowody i świadkowie to BYŁ WYROK ŚMIERCI NA MNIE.
PYTANIE JEST TYLKO JAK MIAŁ BYĆ WYKONANY .
CZY NA ZASADZIE ZABIĆ AGENTA PRZY POMOCY STOCZNIOWCÓW?
CZY SOBOWTÓR WYPROWADZAŁ NA MIASTO STOCZNIOWCÓW A TAM KTOŚ KOŃCZY DZIEŁO ?.Innej możliwości nie ma .
Dlatego należy to potraktować bardzo poważnie i wyjaśnić wszystkie elementy.
Prośba o pomoc i o takową się zwracam do Prezydenta ,Premiera , Min Sprawiedliwości , ABW ,Prokuratury."
Ja zdaję sobie sprawę, że pisząc dziś o Lechu Wałęsie, stawiam siebie i ten blog w sytuacji dość podejrzanej. Zwłaszcza że tekst ten do pewnego stopnia jest powtórzeniem czegoś, co już parę tygodni temu napisałem do „Warszawskiej Gazety”. W końcu od samego początku plan był taki, by tu się nie zajmować bzdurami, o których można przeczytać gdzie indziej, lecz stwarzać pole do refleksji znacznie szerszych. A Wałęsa? Któż to jest dziś Wałęsa? Jest jednak przede wszystkim tak, że – co ja oczywiście zauważyłem, a jak idzie o innych, to nie wiem – ostatnio zajmowanie się przez mnie sprawami ważnymi i poważnymi nie wydaje się robić na większości z tych, dla których ten blog przecież powstał, jakiegoś szczególnego wrażenia, a poza tym jednak i tu chodzą mi po głowie sprawy naprawdę duże. Znacznie większe od tego, co się stało z głową Wałęsy.
Niedawno oglądaliśmy sobie w telewizji brytyjski film dokumentalny o królowej Elżbiecie II. I proszę sobie wyobrazić, że w części poświęconej międzynarodowej działalności Królowej pokazano tylko trzech polityków: Mandelę, Reagana i właśnie Wałęsę. Najwięcej było Mandeli, ale trochę to pewnie dlatego, że jedną z tez filmu było to, że między Królową a Mandelą istnieje bardzo poważna przyjaźń, że oni prywatnie bardzo się lubią i że właściwie nie ma miesiąca, by sobie nie słali listów. Reagan – wiadomo. Natomiast jak idzie o Wałęsę, to pokazywano go faktycznie dość dużo, ale praktycznie w jednej tylko sytuacji – przy wielkim zastawionym wspaniałymi potrawami stole podczas oficjalnej kolacji, jaką na jego cześć wydala Królowa.
Otóż to. Na jego cześć. Ja pamiętam, jak Wałęsa był z tą wizytą w Londynie. Pamiętam też, jak go spytano o wrażenia, a on odpowiedział, że było okay, tyle że łóżko było tak duże, że on nie umiał znaleźć „swojej Danuśki”, i z tego była kupa śmiechu. Dziś oglądałem ten dokument, który pokazywał najlepiej jak tylko Brytyjczycy potrafią, cały ten przepych i dostojność brytyjskiej monarchii, tę historię i tę wciąż jednak potęgę, i nagle zobaczyłem ten stół i tego Wałęsę i pomyślałem sobie, że wręcz nie było takiej możliwości, by on tę presję wytrzymał. Oczywiście, również wcześniej, zanim on jeszcze został tym prezydentem, wszystko mu się waliło na tę jego biedną głowę, która z każdym dniem była już tylko coraz bardziej poturbowana. Jednak to co się działo już po – to musiała być prawdziwa psychiczna katastrofa. No i dziś mamy to co mamy. Z jednej strony ten pałac, ten stół, tę królową, a z drugiej tego sobowtóra w motorówce.
Ale pojawia się też jeszcze coś innego, co właściwie sprawę owego wałęsowego szaleństwa stawia w zupełnie innym świetle. Oto podczas niedawnej demonstracji warszawskich feministek, ktoś w tym tłumie wypatrzył Seweryna Blumsztajna – innego zasłużonego dla polskiej demokracji działacza – jak niesie tablicę z napisem – uwaga, cytat, i jednocześnie przeprosiny za dosadność – „Pierdolę nie rodzę”. Oczywiście, w Internecie natychmiast pojawiły się spekulacje, co Blumsztajn chciał przez tę deklarację ogłosić i co mu się takiego stało w głowę, że w ogóle wpadł na pomysł, by ogłaszać to w takiej właśnie formie. Co do głowy, właściwie zapanowała pełna zgoda: Blumsztajn zwariował. Jak idzie natomiast o sam kształt tego wariactwa, to opinie są dwie”: 1. Blumsztajn zwyczajnie rezygnuje z rodzenia i ogłasza to w sposób demonstracyjnie drastyczny; 2. Blumsztajn wybiera seks dla przyjemności, tu również posiłkując się ekspresją standardową raczej w środowiskach patologicznych. Ponieważ, jak wiadomo Seweryn Blumsztajn jest mężczyzną i to już dość posuniętym wiekiem, na jedno i drugie nie ma najmniejszego wpływu, a więc jego deklaracje są pozbawione sensu. A więc znowu, pozostaje obłęd.
Ja się natomiast zastanawiam, co się takiego stało, że Blumsztajn zwariował? W końcu, możnaby sądzić, że on sobie w nowej Polsce znalazł bardzo spokojną i bezpieczną przystań. Towarzystwo ma takie o jakim pewnie zawsze marzył, przepracowywać się nie musi, na brak pieniędzy chyba nie narzeka, popularność ma na tyle dużą, żeby z jednej strony być jakimś tam celebrytą i czuć to łaskotanie w sercu, a z drugiej nie musieć się chować po kątach przed łowcami autografów i nie być wyśmiewanym na różnych internetowych portalach. A więc czemu on się nagle znalazł, jak, nie przymierzając, jakiś Gabriel Janowski, czy Kazimierz Świtoń, a więc ludzie, którzy zwyczajnie zostali zaszczuci przez Nową Polskę?
Ktoś powie, że on pewnie chleje. No i dobrze. Tak oczywiście może być, tyle że nie on jeden, a przecież nie wszyscy od razu wychodzą na ulicę i robią z siebie durniów. Ja na przykład uważam, że większość polskich dziennikarzy chleje, a mógłbym na palcach jednej ręki (no, powiedzmy, obu) wyliczyć tych, którzy z tego zwariowali, i w dodatku to widać. Z pewnością chleją politycy, chleją artyści, chleją pisarze, a przecież żaden z nich nie wychodzi na ulicę z napisem „Pierdolę nie rodzę”. Nawet młode kobiety tego nie robią. A tu? Proszę. A więc, co to za cholera? Co się tam takiego dzieje?
We najnowszym tekście dla „Warszawskiej Gazety” (swoją drogą, polecam) napisałem, że moim zdaniem „Gazeta Wyborcza”, czy może nawet szerzej – Agora, tworzy wokół siebie stan swoistej zarazy. Że każdy kto się tam na dłużej zatrzyma, musi stracić zmysły. Że to jest trochę tak, jak mieliśmy okazję oglądać sobie w filmie Carpentera „Coś”, czy w późniejszych „Alienach”, gdzie nagle pojawia się to coś, co wgryza się w ludzki organizm i go przeobraża na swoje podobieństwo. I myślę, że to porównanie jest dobre, no i obiekt tego porównania też nie najgorszy. Tyle że jest pewien problem. To jest przecież nie tylko „Gazeta Wyborcza”. W końcu weźmy tego nieszczęsnego Wałęsę. Co on ma wspólnego z Michnikiem, poza tym, ze kiedyś Michnik go hołubił szczerze, a dziś pewnie mniej szczerze? Otóż zapewne jednak coś ma. I nie jest wykluczone, że to coś też ma Blumsztajn i jeszcze paru, po wszystkich stronach sceny. Musi coś być takiego, co ich dotknęło zupełnie niezależnie od atmosfery panującej w redakcji „Wyborczej”. Coś bardzo, ale to bardzo mało ekologicznego. Cóż to może być takiego? Hmmm… Chętnie bym jeszcze tu trochę pogrzebał, a kto wie, czy nie doszedł do jakiś ciekawych konkluzji, ale ponieważ ostatnio czytelnikom tego bloga kompletnie się odechciało komentować, a mi te komentarze są potrzebne jak woda, proszę to potraktować, jako zachętę do uprzejmej aktywności. Jak więc myślicie, co to takiego ich łączy?

Oczywiście przypominam, że tak się fatalnie złożyło, że ja prowadzę ten blog również po to, aby żyć. A zatem, jeśli ktoś lubi i może, to bardzo proszę o wsparcie pod podanym obok numerem konta. No i proszę kupować książkę. Naprawdę jest dobra. Dziękuję.

poniedziałek, 12 marca 2012

Przyszedł pan z maczetą, i chce podziękować za dobrą pracę

Poruszony planami odtworzenia bramy Stoczni Gdańskiej w kształcie znanym nam z czasów schyłkowego Peerelu, nasz kolega Coryllus napisał i zamieścił w Salonie24 niezwykle interesujący tekst, w którym najpierw informuje nas, że oto stało się tak, że artystka Dorota Nieznalska wpadła na pomysł, by na bramie Stoczni powiesić Lenina i że ów pomysł sprzedała miastu Gdańsk, a następnie dzieli się z nami refleksjami, które prowadzą go do bardzo ponurych wniosków związanych z wykorzystywaniem znaków i symboli przez ludzi złych w jeszcze bardziej złych zamiarach. Tekst, jak to się dzieje zwykle z tekstami Coryllusa, jest wart przeczytania, więc, jeśli ktoś potrzebuje mojej zachęty, to szczerze zachęcam. Natomiast ja bym może spróbował do tego co napisał Coryllus wprowadzić drobne uzupełnienia, a przy okazji garść nieco szerszych refleksji.
Otóż, tak jak to zwykle się dzieje w tego typu sytuacjach – i do dyskusji pozostaje to, w jakim stopniu było to działanie zamierzone – przekaz medialny wprowadził nas wszystkich w pewien bardzo poważny błąd, i trzeba przyznać, że uległ mu również sam Coryllus. Chodzi mianowicie o to, że przebieg zdarzeń był zdecydowanie inny, niż się to nam przedstawia, a w rzeczywistości wygląda on następująco. Pewnego dnia Dorota Nieznalska – artystka słusznie znana, a i też odpowiednio i wielokrotnie już, również tutaj, opisana – w ramach kolejnej swojej wystawy, przedstawiła instalację w formie repliki bramy Stoczni Gdańskiej w kształcie, w jakim w trzecim dniu stanu wojennego zostawił ją peerelowski czołg. Po co ona to zrobiła, z jaką myślą, przez jaki typ artystycznej wrażliwości, ani do tego nie dojdziemy, ani dochodzić przecież nie mamy potrzeby, faktem jest natomiast, że ów artystyczny projekt, który nie przedstawia nic poza czymś, co wygląda na połamany stalowy płot, bardzo zainspirował samorządowe władze miasta Gdańsk, które wymyśliły, że właściwie nie byłoby źle, gdyby się za tę dzisiejszą bramę zabrać na poważnie i spróbować ją zrekonstruować w formie, w jakiej ona lśniła jeszcze zanim w nią wjechał tamten czołg. Zlecono więc miejscowemu Zarządowi Dróg i Zieleni, by dalej to oni już pilotowali projekt, no i urzędnicy ZDiZ ogłosili przetarg, w ramach którego wybrano firmę o nazwie Drogomet, która za 68 tys. zł. zgodziła się tamtą bramę odtworzyć.
W międzyczasie, do Nieznalskiej zgłosił się ktoś z gdańskiego samorządu, i pochwalił ją za to, że ona – choćby nawet i niechcąco – w tak piękny sposób przyczyniła się do powstania nowego projektu, zapytał, jak to w ogóle się stało, że ona wpadła na tak fantastyczny artystyczny pomysł, i poprosił ją, by zgodziła się zostać artystycznym doradcą nowego projektu. Nieznalska, jak podaje PAP, wyjaśniła, że ona bardzo solidnie przygotowywała się do stworzenia tego dzieła, i że w ramach tych przygotowań „obejrzała wiele fotografii z początku lat 80. i doszła do wniosku, że brama, przez którą dziś wchodzi się na teren dawnej stoczni, nie jest tą, którą znamy ze zdjęć ze strajków z sierpnia 1980 roku”. Nieznalska z radością propozycję przyjęła i zaproponowała, by oprócz starej bramy, zawiesić na Stoczni metalowy Order Sztandaru Pracy, oraz drugi człon napisu ‘Stocznia Gdańska im. Lenina’”. I to jest właśnie ów wspomniany najpierw przez media, a następnie przez Coryllusa – Lenin.
I teraz dopiero zaczęły się dziać rzeczy, o których wprawdzie i PAP informował, ale na tle tego Lenina, jakoś się do szerszej świadomości nie przebiły. Oto sprawą zainteresowali się konserwatorzy zabytków na poziomie zarówno miasta jak i województwa, pochwalili pomysł i zwrócili się do Nieznalskiej o konsultacje. Nieznalska się z panami spotkała, i poinformowała, że bardzo by było dobrze, gdyby oprócz tego wszystkiego, co jest planowane, a więc owego orderu i Lenina, nad całością umieścić jeszcze historyczny napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”. Architektom pomysł się bardzo spodobał i do sfinalizowania całej sprawy pozostała tylko jeszcze jedna kwestia – co zrobić z bramą, która stoi tam teraz.? W końcu ona też ma swoją historię i jakoś głupio by było ją tym Peerelem potraktować. Ale, jak twierdzi gdański konserwator zabytków Janusz Tarnacki, wszystko jest na dobrej drodze, bo trwają rozmowy z dyrekcją Europejskiego Centrum Solidarności i być może będzie można im to wrzucić, a oni już zrobią z tym płotem co chcą.
A więc mnie nie bardzo interesuje ten Lenin, choć zgadzam się z Coryllusem, że zostawianie śladów z pewnego punktu widzenia stanowi wręcz podstawową działalność Systemu. Mnie od Lenina i wspomnianego medalu o wiele bardziej poruszył projekt, by tam wstawić to podziękowanie za dobrą pracę. Lenin, order, czapka ormowca, pałka zomowca, czerwona flaga z sierpem i młotem, stara kartka na cukier, odnowiona cyfrowo wersja „Misia”, wystawa zdjęć pt „Mój PRL”, to wszystko oczywiście ma swoje miejsce w tym nieszczęściu, którego jesteśmy udziałowcami, natomiast wszyscy wiemy, że za tym wszystkim stoi bardzo naturalny i nie opuszczający wielu z nas sentyment za czasami naszej młodości i za tą, jak by nie patrzeć, beztroską, która sprowadzała się często do myśli, że cokolwiek się nie zdarzy, na święta i tak zawsze ta ryba będzie. A więc nawet jeśli z uśmiechem wspominamy sobie tamte historie, oglądamy tamte zdjęcia, żartujemy z tamtych czasów i ludzi, którzy nas wówczas niszczyli, jest w tym wciąż jakaś powaga. Jest śmiech, ale i obok ta powaga. No i z całą pewnością nie ma w tym już żadnego szyderstwa. Tymczasem tu się pojawia ten napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”.
Pisałem poprzednio o tych niby-bankach, które wprawdzie bankami nie są, i od bycia bankami się bardzo starannie odżegnują, natomiast robią wrażenie organizacji, których jedynym zadaniem jest to, by po tym, co z nami zrobiły banki prawdziwe – posprzątać. Wyłapać tych wszystkich, którzy z punktu widzenia oficjalnego systemu bankowego nadają się już tylko na przemielenia, i proces ów skutecznie przeprowadzić. Co mam na myśli, wydaje mi się że doskonale prezentuje okno wystawowe znajdującej się nieopodal punktu. Otóż punkt ów nosi nazwę „Parkmar Inkaso” i, jak informuje szyld, oferuje coś co się nazywa „niebankowe chwilówki”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, albo potrzebował czegoś więcej, niż drobne na życie, została do tego dołączona informacja ze szczegółami. Otóż oprócz „niebankowych chwilówek”, mamy jeszcze:
1.niebankowe bez bik-u
2.emeryci i renciści (bez ograniczenia wieku)
3.wypłata natychmiast
4.od 300 zł. (bez ograniczenia kwotowego)
5.zwrot części poniesionych kosztów pożyczki
6.bezpłatny dowóz klienta do siedziby firmy
Z tego wyliczenia zainteresowało mnie, pomijając ów jakiś zwrot poniesionych kosztów pożyczki, czego zwyczajnie nie rozumiem, właściwie wszystko. Mianowicie przede wszystkim informacja o „niebankowym” systemie kredytowania, następnie o obsłudze klientów znajdujących się na listach BIK-u, i to niezależnie od wieku, dalej o braku owych „ograniczeń kwotowych” i wreszcie o tym, że oni dowożą klienta za darmo pod „siedzibę firmy”. Proszę popatrzeć, co się tutaj dzieje. Firma „Parkmar Inkaso” kieruje swoją ofertę – przypominam, ofertę w wysokości dowolnej – do osób, które figurują w bazie bikowskiej, jako ci, którym pożyczać nie wolno, bo są już tak zapożyczeni, że zwyczajnie nie mają z czego oddawać, oraz do tych, którzy są już tak starzy, że ich trzeba przywieźć na miejsce, a więc, jak się domyślam, nie tyle chodzi tu o nich, co o ich dzieci i wnuki – również zapewne na czarnych listach BIK-u. A więc, krótko mówiąc do tych wszystkich z nas, których jedyne na co stać, to wziąć za łeb jakiegoś swojego półprzytomnego ojca, matkę, czy dziadka, powiedzieć im, że jedziemy „do inkasa”, do tego „inkasa” ich zaciągnąć, i ich tam posadzić, by nam pożyczyli, ile się da. A wszystko z ową podstawową obietnicą, że „nie jesteśmy bankiem”.
Bardzo bym chciał zostać właściwie zrozumiany. Z jedynego dostępnego mi punktu widzenia, to co się tu odbywa, nie różni się niczym od – chyba każdy przyzna, że wręcz absurdalnej – sytuacji, kiedy to pojawia się oferta podobna do tej, jaką w filmie pt. „Odważny” (marnym zresztą jak cholera) Johnny Depp otrzymuje od Marlona Brando, że skoro ten nie jest w stanie utrzymać rodziny i nic nie wskazuje na to, że kiedyś mu się odmieni, to on im zapewni byt, pod warunkiem, że Depp da mu się w najbardziej okrutny i ponury sposób zadręczyć na śmierć. Mamy biały dzień, centrum miasta, wokół chodzą żywi ludzie, w pobliżu Urząd Skarbowy, naprzeciwko posterunek policji, nieopodal kościół, idzie wiosna, słychać, że w przyszły weekend będzie bardzo ładnie i ciepło, a tu ktoś proponuje, by, jeśli ktoś już ma najgorzej – po prostu najgorzej – wpadł, a oni się już dalej o wszystko zatroszczą. I proszę ewentualnych mądrali, żeby się dobrze zastanowili zanim zaczną się popisywać znajomością fraz typu „Każdy jest panem własnego losu” i temu podobnych. Bo to akurat wszyscy świetnie wiemy. Tu chodzi o coś zupełnie innego. I wcale nie o ten akurat, diabli wiedzą co za jeden, punkt. Bo to jest już kwestia Systemu.
Nasz kolega orjan w jednym z komentarzy pod wspomnianą wcześniej notką zasugerował, że to z czym mamy do czynienia, to swego rodzaju zmowa, a ja dopowiedziałem, że to faktycznie może wyglądać tak, że banki wykonują robotę podstawową, podczas gdy te biura pożyczkowe już ją tylko ostatecznie kończą. A myśl ta jest już tak straszna, że nie bardzo nawet wiadomo, jak dalej gadać. Bo wszyscy jeszcze pamiętamy, jak stosunkowo niedawno, bo zaledwie 20 lat temu, większości z nas żadne kredyty nie były potrzebne. Oczywiście, jeśli ktoś prowadził jakieś poważne biznesy, albo chciał coś kupić na raty, a uznał, że tak mu będzie wygodniej, to coś tam spłacał, jednak generalnie człowiek pracował i za to co zarobił jakoś żył. I wręcz niepostrzeżenie zaczęły powstawać te banki, oferować swój towar, i człowiek najpierw doszedł do wniosku, że jednak bez niego się nie obejdzie, a potem, że bez niego można równie dobrze się spakować. Pracował więc coraz bardziej, i coraz dłużej i coraz bardziej, i coraz dłużej i dłużej, i coraz częściej widział, że to wciąż za mało. I ta sytuacja w istocie zaczyna dziś wyglądać tak, że skoro już trzeba założyć, że istnieje tu wspomniana zmowa, to skoro tak, to pozostaje już tylko się zastanowić, co jest na końcu owej zmowy. I wtedy każda odpowiedź jest dobra.
I to są właśnie moje refleksje na okoliczność projektu artystycznego Doroty Nieznalskiej, zamówionego przez polskie państwo na okoliczność przebudowy bramy Stoczni Gdańskiej, a zatytułowanego „Dziękujemy za dobrą pracę”. Właśnie tak. Bo ten Lenin to głupstwo i bzdura. Jestem pewien, że tęsknota ze Peerelem, za jego atmosferą i urokiem, to dokładnie ta sama strona monety, którą miały okazje trzymać w dłoni społeczeństwa Zachodu, kiedy do władzy doszli niegdysiejsi hippisi i dzieci kwiaty, bohaterowie owej eksplozji rozpasania roku 1968, i przypomnieli sobie, jacy oni byli wówczas piękni. Ten sam obłęd i tę samą tęsknotę widać w oczach tych naszych dzisiejszych, już odpowiednio utytych i posiwiałych bohaterów tamtej walki. Oni bardzo by chcieli, żeby to wszystko wróciło i żeby oni w tym wszystkim znów mogli się poczuć bohaterami, tyle że już bohaterami prawdziwymi, z oficjalnym glejtem. I robią wszystko, żeby ten ich Peerel wrócił. I niewykluczone, że jeśli ich jakimś cudem nie powstrzymamy, wróci. Niemal taki sam. Z tym swoim kłamstwem, z tą nędzą, tą beznadzieją, i tylko jednego zabraknie – owego poczucia bezpieczeństwa. Tej pewności, że cokolwiek się stanie, to jakoś to wytrzymamy. I że na święta ryba będzie. No i że w domu będzie święciło światło, z kranu będzie płynęła ciepła woda, i kaloryfer będzie grzał.
Więc tego akurat zabraknie, ale reszta zostanie taka sama. A nad tym wszystkim będzie oczywiście widniał ten szyderczy napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”.
Jeśli komuś te słowa prawdy się na coś przydały, bardzo proszę wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. No i proszę kupować książkę. Wszystkie namiary są na tym blogu. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...