sobota, 9 lipca 2011

Ostatni skok na Jarosława Kaczyńskiego

Parę dni temu nasz kolega Coryllus opisał przygodę, jaka w związku ze śmiercią mamy spotkała go w kontaktach z towarzystwem finansowym o nazwie SKOK. Nie będę tu wchodził w szczegóły, ponieważ cała historia jest intensywna jak najlepszy thriller z polityką w tle, i każdy próba streszczenia jej może wyłącznie popsuć całość efektu. W pewnym momencie myślałem nawet o tym, by tekst Coryllusa tu w całości przekleić – tak dla wspólnej korzyści i dla dobra wspólnego – ale ponieważ on jest dostępny i w Salonie24, i na Nowym Ekranie, a także na niezależnej.pl, uznałem, że kto chciał to i tak już się z całą sprawą zapoznał.
Czemu Coryllus w ogóle uznał za stosowne informować całą pozareżimową blogosferę o sprawach głównie przecież osobistych? W końcu wielu z nas w swoim życiu, w ten czy inny sposób, została wystawiona do wiatru przez jakiś bank czy towarzystwo ubezpieczeniowe, nie mówiąc już o tym, że wielu z nas zapewne straciło kogoś bliskiego i musiało się w związku z tym męczyć z różnymi urzędami. Otóż sytuacja Coryllusa jest o tyle szczególna, że jego wystawić do wiatru próbuje ów SKOK, czyli… jak by tu powiedzieć najkrócej? Czyli firma, która regularnie ogłasza się na niezależnej.pl, a skoro ogłasza się, to w jakiś sposób ów projekt sponsoruje. A to musi oznaczać, że Coryllus nagle zobaczył z całą ostrością, że jego, a przy okazji świętą pamięć jego mamy, chcą – jak to się mówi w środowiskach patologicznych – „wydymać” swoi. I kiedy mówię „wydymać”, to nie mam tu na myśli tak zwanych błędów i wypaczeń, lecz bardzo zdecydowane i bezwzględnie ukierunkowane na cel działanie Systemu. A to, jeśli uznamy, że nie mamy już do czynienia z „nimi” i „nami”, ale, w najlepszym wypadku wojną gangów, to to już tworzy nową jakość. Naprawdę zachęcam do przeczytania coryllusowej relacji.
Jak mówię, swój tekst Coryllus opublikował na wszystkich swoich zewnętrznych blogach, które prowadzi zarówno u Igora Janke, u Artura Zawiszy i wreszcie u red. Sakiewicza. Jako że, jak wiemy, system blogowania polega na tym, że najpierw umieszcza się tekst, a następnie czytelnicy go komentują, wszędzie pod tekstem Coryllusa o tym jak to SKOK ciągnie pod sąd ludzi zmarłych, pokazały się odpowiednie komentarze. A ponieważ Coryllus jest autorem popularnym i wybitnym, a temat bardzo poruszający, owych komentarzy pojawiło się bardzo dużo. I oto nagle okazało się, że dominującą reakcją wszystkich tych środowisk – przypominam, w dużej części środowisk „solidarnych” – były szyderstwo lub wściekłość. I to szyderstwo i wściekłość, jednak, wbrew wszelkim oczekiwaniom, nie skierowane pod adresem grupy SKOK, lecz pod adresem Coryllusa i w nie mniejszym stopniu pod adresem Jarosława Kaczyńskiego.
Reakcja Salonu24 i niezależnej.pl są tu właściwie dość zrozumiałe. Salon – mimo że bardzo się starający utrzymać opinie portalu niezależnego – w dużej części opanowany jest przez tak zwanych „onetowców”, którzy, kiedy tylko słyszą nazwisko „Kaczyński” zaczynają produkować najbardziej czarną ślinę i tą śliną muszą się dzielić tak długo aż jej ostatecznie zabraknie. Ponieważ tekst Coryllusa, choć przede wszystkim dotyczył gangsterskich zachowań urzędników firmy, z którą jego mama jeszcze za swojego życia zrobiła ten błąd, że weszła w interesy, również w pewien sposób dotykał Jarosława Kaczyńskiego jako twarzy i symbolu pewnego wielkiego projektu, różnym internetowym mądralom dał okazję do popisów. A ponieważ zarówno SKOK, jak i sam Kaczyński, z ich punktu widzenia, są stanowią jedną szajkę, to sytuacja w jakiej znalazł się Coryllus, zdeklarowany wyborca Prawa i Sprawiedliwości, stanowiła wyłącznie miód na ich serce. I to jest oczywiście zrozumiałe.
Podobnie zrozumiałą reakcję stanowi postawa zaprezentowana przez patriotycznie zorientowanych komentatorów z niezależnej.pl. Coryllus, oburzając się na działania Systemu, wyraził żal i rozczarowanie tym, że Prawo i Sprawiedliwość – partia i projekt, który on całym sercem wspiera i pozostaje mu wierny do końca – zadaje się z czymś takim jak SKOK. Że wiele osób z PiS-em współpracujących i będących tego PiS-u ważnymi działaczami, to jednocześnie ludzie SKOK-ów. Że wreszcie PiS zgadza się na taką sytuację, że SKOK pozostaje jedynym poważnym sponsorem jego kampanii. Wreszcie, wyrażając ów żal, Coryllus, w charakterystycznym dla siebie stylu, uznał za stosowne ostrzec PiS, że jeśli oni nadal będą w ten sposób lekceważyć podstawowe zasady, to skończą dokładnie tak samo, jak cała pozostała część politycznej sceny. I tego, naturalnie, wierni użytkownicy portalu nie mogli znieść. Nie może być bowiem tak, by jakiś bloger, który w ogóle został wpuszczony na ich portal z zewnątrz, atakował jednocześnie trzy największe świętości ich projektu, a mianowicie polską prawicę, polski biznes i zaprzyjaźnionego z nimi polityka. A zatem ta reakcja jest też zrozumiała.
Warta natomiast jest osobnej uwagi postawa zaprezentowana przez Nowy Ekran, przez jego administratora Łażącego Łazarza i przez jego wierne wojsko. Otóż tam Coryllusowi się również oberwało, tyle że na zasadzie tak kompletnie pokrętnej , że zwyczajnie aż chorej. Czym jest Nowy Ekran, i jaka jest historia jego powstania, dziś już wszyscy mniej więcej wiemy. Mniej natomiast jest wiadomo na temat szczegółów biznesowych stojących za tym projektem. Ponieważ one nie są takie proste, powiem tylko, że jeśli ktoś tak naprawdę związany jest politycznie i biznesowo ze SKOK-ami, to nie stara nomenklatura, nie obecny PiS, pewnie nawet nie Gazeta Polska, oczywiście w żaden sposób Jarosław Kaczyński, lecz właśnie finansowe wsparcie Nowego Ekranu, a więc nowy polityczny projekt, uruchomiony ledwo co, w obliczu perspektywy jesiennych wyborów. Zmuszony tu jestem skorzystać z dłuższego cytatu. 3 maja tego roku, właśnie w Nowym Ekranie, którego jest właścicielem i inicjatorem, opublikował swój tekst na temat SKOK-ów Ryszard Opara. Pisze on tak:
Działalność takich instytucji jak Spółdzielcze Kasy Oszczędnosciowo-Kredytowe, powinna być szczególnie chroniona i wspomagana, przez wszystkie instytucje Państwowe. To jest przecież bardzo POLSKA, bardzo obywatelska działalność finansowa. To być może jedna z niewielu prawdziwych ‘oddolnych’ szans odbudowania, od podstaw, potęgi finansowej (i nie tylko) Naszego Kraju.
Ochronę SKOK-ów nakazuje właściwie pojęty, Polski interes narodowy.
Działalność spółdzielcza, nie tylko na rynku finansowym, mająca wielowiekowe tradycje w Polsce, to być może szansa zjednoczenia obywatelskiego.
Zastanówmy się nad SKOK-ami, pilnujmy, żeby lobby bankowe i posłuszny Rząd – nie zamknęły tej bodaj ostatniej szansy na samofinansowanie się Polaków. Odbudowa tej inicjatywy może być niezmiernie trudna.
To MY i tylko MY Polacy powinniśmy decydować o naszej przyszłości. Powinniśmy być dumni z takiej prawdziwie Polskiej instytucji – jak SKOK. Brońmy jej wszystkimi siłami i możliwymi sposobami.
Zanim zapadną jakiekolwiek decyzje odnośnie SKOK-ów – konieczna jest szeroka, narodowa dyskusja na temat roli i przyszłości Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych i działalności spółdzielczej w ogóle jako prawdziwie Polskiej metody odbudowy niezależności Naszego Kraju”.
Po co zamieszczam tu ten pean na cześć etycznego i patriotycznego wymiaru biznesu? Trochę przede wszystkim w nawiązaniu do mojego wcześniejszego, jeszcze sprzed paru miesięcy tekstu, w którym napisałem, jak łatwo jest najbardziej tandetnym prowokatorom naszą polską prawicę wyprowadzić w pole, gadając do nas parodią języka narodowych wieszczów. Ale przede wszystkim, chodzi mi o to, że kiedy Coryllus zamieścił swoją skargę na postępowanie SKOK-u, jako pierwszy, swój komentarz opublikował Łażący Łazarz – główny prowadzący Nowego Ekranu, mówiąc Coryllusowi nie mniej ni więcej, jak: „Cóż Coryllusie. A skąd ja to znam? – chciałoby się rzec”, z tą, jak się domyślam, intencją, że prawdziwi patrioci już dawno mówili Coryllusowi, ze Kaczyński to gangster, no ale dopiero trzeba było działań SKOK-u, żeby on to zechciał zrozumieć. I to właśnie uważam za chore. Chore jak jasna cholera. Bo mamy z jednej strony SKOK, z drugiej Oparę, z trzeciej Kaczyńskiego, obok stoi Coryllus z pamięcią o swojej mamie i z oddechem zwykłych bandytów na karku, Kaczyński, jak zwykle milczy i czeka na swój czas, natomiast Opara i SKOK na zmianę mu tłumaczą, że oni już mu dawno mówili, że ich kumpel Kaczyński to oszust i że to dobrze, że on to wreszcie zrozumiał. Mówił mu to Opara, mówił Zawisza, mówił Pietkun w wywiadzie z Szewczakiem, a on wciąż tylko PiS i PiS. No więc dostał za swoje. Przynajmniej dobrze że się wreszcie opamiętał.
A więc na polu boju zostaje tylko Jarosław Kaczyński, otoczony przez stado strasznie przejętych losem Ojczyzny patriotów z białoczerwonymi flagami. Jedni na niego plują, bo jest związany z mafią, drudzy go wynoszą pod niebiosa, bo ta mafia to wcale nie mafia, a trzeci – już tylko wściekli, że on nie chce przyjąć tak znakomitej przecież oferty. Jarosław Kaczyński – twórca i przywódca jedynej autentycznej i liczącej się politycznej kontrpropozycji dla skorumpowanego systemu. Jarosław Kaczyński – jedyny wielki polski polityk od czasu Józefa Piłsudzkiego. Jarosław Kaczyński – jeden z ostatnich przedstawicieli wybitych po II Wojnie Światowej polskich elit, próbujący te elitę odbudować choćby w minimalnym stopniu, jak dotychczas ze skutkiem dramatycznie marnym. Ale wciąż próbujący ile sił starczy. Wreszcie, Jarosław Kaczyński – jedyny faktyczny spadkobierca pamięci po zamordowanym w Smoleńsku Lechu Kaczyńskim i jedyny delegat tej pamięci.
No i jesteśmy my. Na trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi, które oczywiście mogą wiele rozstrzygnąć, ale też – o czym nie wolno zapominać – wciąż nie są ostatnią walką. Które wciąż stanowić będą zaledwie początek walki najcięższej – walki o przetrwanie roku 2012, który to dopiero przyniesie nam prawdziwą katastrofę. A zatem, myśl, by przez te wybory przejść, zachowując naszą wierność dla tego człowieka, a później tylko zakryć głowy i przeczekać tę nawałnicę, by, kiedy już wszystko ucichnie, porzuconą Polskę wziąć jak swoją, jest bardzo kusząca. I tego, co dla nas lepsze, co lepsze dla Polski, dziś już nie ustalimy. Ale jedno jest pewne. Choćby Jarosław Kaczyński – przywódca i symbol Prawa i Sprawiedliwości – był już tylko jedynym prawdziwym bohaterem projektu, który ze swoim bratem swego czasu uruchomił, choćby wszyscy politycy i działacze i posłowie Prawa i Sprawiedliwości byli tylko głupim i słabym puchem, który wiatr wwiał przez pomyłkę do polskiej polityki, i choćby powstało nagle dziesięć nowych projektów ze słowem „Polska”, w nazwie, które nas będą przekonywać, jak to oni dopiero Polskę postawią na nogi, to i tak naszym patriotycznym obowiązkiem jest robić to, o co on, Jarosław Kaczyński, nas resztkami sił prosi. Bo sytuacja jest taka, że naprawdę nie pozostaje nam już nic innego jak po raz kolejny cytować Dostojewskiego z jego zdaniem: „Choćby Chrystus okazał się kłamstwem, to i tak wolę zostać z Chrystusem – kłamstwem, niż z wami”.

Jak już wspominałem, bardzo liczę na to, że to już naprawdę ostatnie miesiące tej nędzy. Jednak wciąż, a teraz może bardziej niż wcześniej, muszę Was prosić o wszelkie możliwe wsparcie. Jeśli komuś ten tekst przydał nieco wiary i nadziei, bardzo proszę o skorzystanie z podanego obok numeru konta i wsparcie tego bloga. Dziękuję.

wtorek, 5 lipca 2011

Ja, homo sovieticus

Tak się złożyło, że znów przez parę dni nie będę pisał. Otóż jutro rano wjeżdżam do Poznania i pod Poznań, żeby się spotykać z ojcem Rachmajdą i naszym księdzem Don Paddingtonem. Samo to wydarzenie jest dla mnie czymś bardzo radosnym, jednak z drugiej strony martwię się cały dzień, bo chciałbym coś napisać, byście mieli co czytać przez te dwa dni, a w głowie mam tylko tego nieszczęsnego „Misia” i jego fanklub. Przez chwilę pomyślałem, ze skomentuję występ w „Kropce nad i” Marka Żylicza, profesora, członka komisji Jerzego Millera i staruszka w tak karykaturalnym wydaniu, że ani Władysław Bartoszewski, ani Tadeusz Mazowiecki, ani choćby Kazimierz Kutz nie byliby w stanie z nim konkurować, nawet gdyby ich wypuścić na nas bez snu, bez jedzenia i bez pastylek. No ale powyższe zdanie jest wszystkim co na ten temat umiem powiedzieć, a i tak mam już z pewnością grzech. Powiem tylko może jeszcze, że już nie muszę czekać aż Donald Tusk przeczyta raport, a zaprzyjaźnione biuro tłumaczeń otrzyma ten swój złoty przelew. Jeśli ów zespół Millera składa się z takiego zestawu ekspertów, to ja już wiem wszystko. Między innymi i to, ze Donald Tusk wiedział, co robi.
A więc wciąż myślę o Barei, a do tego jeszcze, za sprawą komentatora podpisującego się jako Paweł, o PRL-u. Poszło mianowicie o to, że w jednym z ostatnich komentarzy pod wpisem o Barei, chcąc mnie przekonać, że pokazana u Barei peerelowska Polska to czysty hiperrealizm, Paweł zacytował jakiegoś anonimowego recenzenta, który jakiś czas temu oświadczył, że „Miś” to:
obraz społeczeństwa, które, poddane totalnemu kłamstwu, oddychające tym kłamstwem, zatrute nim, kupiło je i uznało za regułę rządzącą światem. […] I jeśli potrafimy patrzeć, nagle dostrzegamy syntezę socjalizmu, jakiej nie stworzył bodaj nikt. Portret tej chorej, zbrodniczej ideologii, pokazanej w jej codziennych ofiarach. Widzimy Polskę, do imentu – pardon – skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń u półpustego koryta, widzimy ludzi zdegenerowanych i zdeformowanych życiem w paskudztwie Peerelu, i w tych ludziach widzimy samą istność realnego socjalizmu”.
Wprawdzie, po tych słowach pada jeszcze – ni z gruszki ni z pietruszki, kompletnie bez sensu i bez śladu logiki – zapewnienie, że taka Polska i tacy Polacy, są przez Bareję przedstawieni „bez odrobiny żółci, bez pogardy dla ześwinionych ludzi, wręcz z miłością dla nich”, no ale jeśli są osoby tak naiwne, by tej wymówki nie potraktować, jako wyłącznie próby ucieczki przed najbardziej ciężkim słowem, to proszę nie oczekiwać, że będę nią ja. Widzimy u Barei Polskę „skurwioną, ześwinioną, załganą, przepychającą się jak stado świń”, widzimy Polaków „zdegenerowanych, zdeformowanych i ześwinionych”, a przy okazji bardzo ich uprzejmie zapewniamy o swojej miłości i szacunku. Oto właśnie kwintesencja tego, co się w naszej popularnej kulturze, ale również w naszej myśli o Polsce, przyjęło określać hasłem „Bareja”.
Jakiś czas temu napisałem tu parę tekstów zaczepiających Stefana Chwina, reżimowego pisarza i publicystę. Powodem dla którego się nim zająłem, była jego wypowiedź jeszcze za życia gazety o nazwie „Dziennik”, gdzie zabierając glos w ankiecie zatytułowanej „Czy Polska jest sexy”, ów mąż powiedział co następuje:
…chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści […] Wystarczy pojechać chociaż raz na Ibizę czy Wyspy Kanaryjskie, by poczuć do głębi prawdziwą ohydę klimatu środkowoeuropejskiego, na jaki zostaliśmy skazani fatalnym wyrokiem losu. Od listopada do maja krajobraz polski sączy prawdziwie depresyjne trucizny i nie zmienią tego nawet najbardziej olśniewające mazurki Chopina, seriale 'M jak Miłość' oraz 'Złotopolscy' czy polski Papież w każdym oknie”.
Opinię Chwina potraktowałem wówczas tak jak ona na to zasługiwała, a więc tak zwanym „kopem w ryj”, i już bardziej grzecznie sformułowaną prośbą, by Chwin się jak najszybciej spakował i z Polski wypieprzał. A proszę zwrócić uwagę na fakt, że Chwin zaprezentował tę swoją satyrę – to była satyra, prawda? – nie w stosunku do świata, który wywołuje w nas wyłącznie wzruszenie i serdeczny spokój, lecz w stosunku do świata o którym sam wciąż powtarzam, że będzie on musiał jeszcze za wiele odpowiedzieć. Mimo to potraktowałem Chwina tak jak go potraktowałem, bo ani mi do głowy nie przyszło myśleć, że Chwin wypluwając z siebie owe bluzgi pod adresem Polski i Polaków, tak naprawdę swoje talenty kierował pod adresem III RP. Ani mi do głowy nie przyszło, bym nagle miał przyznać, że, owszem, ciężkie to słowa, jednak w pewnym sensie jak najbardziej słuszne, i z pewnego punktu widzenia stawiające Chwina w naszych szeregach – szeregach ludzi, którzy poświęcają swoje życie, by Polskę wyprowadzić z tej smutnej zapaści.
Ale dziś też muszę przyznać coś samemu Chwilowi. On Polskę potraktował jak potraktował, ale przynajmniej nie zaczął się w chwilę później wykręcać i zapewniać nas, że przez niego przemawia wyłącznie miłość i szacunek. On był przynajmniej szczery. W odróżnieniu od takiego Barei i jego dzisiejszych wyznawców.
Każdy kto jest na tyle zawzięty, by czytać ukazujące się tu od ponad już trzech lat teksty, wie, co ja sądzę o współczesnej Polsce i Polakach. Ale też wie, jakie jest moje zdanie na temat PRL-u, na temat ludzi PRL-u i na temat życia w tamtych czasach. Myślę, że wie też, że, kiedy zdarza mi się wpaść w nastrój naprawdę ponury, miewam prawdziwy dylemat, co do tego, czy rzeczywiście warto nam było zamieniać to cośmy mieli kiedyś, na to co mamy dziś. Napisałem zresztą na ten temat całkiem pokaźną liczbę tekstów, i wydaje mi się, ze nie obrażę się, jeśli ktoś po ich przeczytaniu pomyślał sobie o mnie, że jestem zwykłym komunistą. A mimo to – muszę jeszcze raz na to zwrócić uwagę – kiedy przeczytałem, jak Chwin traktuje moją Polskę, uznałem, że jeśli mam wybierać między połączonymi siłami PRL-u i III RP, a nim, to bez chwili wahania skreślam jego. Stefana Chwina – durnia, szuję i zaprzańca.
Ktoś mi powie, żebym się nie wygłupiał, bo wszyscy wiemy, czym był PRL. Otóż ja mam nie gasnące przekonanie, że chyba jednak nie wszyscy. To znaczy, wszyscy wiemy, czym podobno był PRL, natomiast czym on był naprawdę, wielu z nas albo nie miało okazji się nigdy przekonać, albo – jeśli kiedyś się o tym osobiście przekonali – to z jakiegoś powodu dali sobie z czasem pomieszać skutecznie w głowach i tę wiedzę stracili. A najlepiej o tym świadczą nie filmy Barei – bo sam Bareja akurat doskonale to wiedział, tyle że kręcił śmieszne filmy – lecz opinie o PRL-u takie, jak powyższa, zacytowana – ciekawe, że najprawdopodobniej w jak najlepszych intencjach – przez Pawła.
Jeszcze przed trzema laty, napisałem tekst, który zatytułowałem „Homo sovieticus, czyli o skuteczności tresury”. Łączy się z nim pewna anegdotka. Otóż publikowałem wtedy w Salonie24, a więc wśród komentarzy ukazujących się pod moimi notkami, obok głosów życzliwych, pojawiało się dużo akcentów wrogich, czy wręcz nienawistnych. I oto – pamiętam to świetnie do dziś – pod tym tekstem ukazała się komentarz kobiety nazwiskiem Rudecka-Kalinowska – osoby w typie…ja wiem? No, nie umiem wymyślić nic celnego. Otóż, ku mojemu zdziwieniu i zawstydzeniu, owa Rudecka-Kalinowska bardzo ten mój tekst pochwaliła, a mnie potraktowała nadzwyczaj przyjaźnie i życzliwie. Ja wiedziałem, że ona tego, co ja napisałem musiała zwyczajnie nie zrozumieć – to własnie wtedy po raz pierwszy zrozumiałem – że ona jest zwyczajnie głupia, niemniej przykrość pozostała. Ponieważ wciąż się tu powtarzają głosy, sugerujące, że Rudecka-Kalinowska uwielbia Bareję – a ja jestem na sto procent przekonany, że go uwielbia, a „Misia” zwłaszcza – tylko, ze za tym uwielbieniem stoi zwykła głupota, chciałbym przypomnieć ten swój stary tekst o „homo sovieticusie”. Tak by pokazać, że ja też tak potrafię, jak Bareja. Stworzyć coś, co będzie potem przez intelektualistów kompletnie niezrozumiałe. Zapraszam, i tradycyjnie proszę o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. A jak wrócę w piątek, to obiecuję, że Wam znów coś opowiem.

Przeczytałem tu niedawno niezwykle ciekawą refleksję, gdzie autor zastanawiał nad tym, ogólnie rzecz ujmując, co system sowiecki zrobił z ludźmi, których uważał za swoich poddanych. Temat jest tak obszerny, że umówić go skutecznie nie udało się ani autorowi wspomnianej refleksji, ani nie uda się tego zrobić mnie, ani też nie sposób go omówić pewnie w ogóle, a co dopiero w tak krótkiej formie, jaką jest zwykły skromny blogowy wpis. Na dodatek, temat ten, oprócz tego, że niezwykle złożony, jest okropnie śliski, bowiem wystarczy powiedzieć „homo sovieticus” , żeby do tego światła zaczęły się garnąć nie tylko osoby prawdziwie uczciwe i zatroskane, ale również, a być może nawet przede wszystkim, najgorszego autoramentu manipulatorzy, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję, by dokopać komuś, kogo nie lubią, sięgają po ten argument z niezwykłą lubością.
Z tym drugim typem mieliśmy w ciągu tych kilku lat wolności do czynienia – i wciąż mamy – aż nazbyt często. Czy to jakiś światły publicysta, czy jakiś mądry polityk, czy któryś bardzo nowoczesny ksiądz, właściwie każdego dnia nachyla się nad tym marnym, głupim Polakiem i mówi mu ciepłym, zatroskanym tonem: "“Jesteś jakże typową ofiarą systemu. Nie ja, ale ty". A system był, system działał i system nie próżnował. A ja dziś bardzo chciałbym wtrącić swoje trzy grosze do tej niekończącej się rozmowy o tym, co osiągnął?
Mam tu jedno, bardzo interesujące wspomnienie. Pewna dziewczyna studiowała w innym mieście i co tydzień wracała pociągiem do domu. Ponieważ pociąg przyjeżdżał na dworzec jej miasta późnym wieczorem, zawsze czekał na nią jej chłopak. Któregoś dnia, pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał. Ponieważ żadnej informacji o spóźnieniu i o czasie spóźnienia nie było, chłopak poszedł do odpowiedniego okienka. Pani nie było w okienku, za to stała w głębi, na zapleczu, i gawędziła sobie z koleżanką. Chłopak czekał cierpliwie, wreszcie zawołał: “Może by tak pani zechciała tu podejść”. Pani podeszła do okienka, wychyliła głowę na zewnątrz i zawołała do przechodzących milicjantów, żeby zrobili porządek z “tym awanturującym się pijakiem”. Milicjanci przyszli, wsadzili chłopaka do swojej niebieskiej nyski, zawieźli na posterunek milicji, przesłuchali, a następnie skierowali sprawę do kolegium, które odpowiednio skazało chłopaka na bardzo wysoką grzywnę za awantury po pijanemu. Przyznać trzeba uczciwie, że go nie pobili, bo przecież mogli. Może oszczędzili go, bo się nie stawiał i nie pyskował.
I teraz przed nami trzech bohaterów tego zdarzenia. Wszyscy trzej żyli w ramach systemu i trzej podlegali obróbce, o której własnie przeczytałem na jednym z blogów. Pani z okienka, pan milicjant i chłopak. Powstaje pytanie: która z tych trzech osób dała się wytresować systemowi? Pan milicjant, który napisał wniosek do kolegium, pani z okienka, która poczuła się częścią systemu i zadziałała, czy chłopak, który wszystko, co milicjanci kazali, wykonał bez protestu, mimo, że był całkowicie niewinny? Gdybym pytanie to zadał komuś takiemu, jak na przykład red. Żakowski, to pewnie bym się dowiedział, że „homo sovieticusa” poznajemy nie po tym, co robił kiedyś, ale jak się prowadzi obecnie. Gdybyśmy spytali o to jakiegoś komunistę, powiedziałby nam, że nikt tu nie zawinił, bo PRL był naszą wspólną ojczyzną i trzeba było jakoś żyć. A my? Co na ten temat sądzę ja i Wy? Pozwólcie, że zanim ja wypowiem się jednoznacznie, jeszcze przez chwilę powspominam.
Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem z moim ojcem na pochody pierwszomajowe. Bardzo lubiłem te pochody i bardzo lubiłem, jak jest 1 maja, bo było wesoło, kolorowo, pod moim oknem jeździli kolarze, w parku sprzedawali watę na patyku i wiatraczki z plastiku i oranżadę. Później przestałem je lubić i przestałem w nich brać udział. Zorientowałem się też, że nikt właściwie pierwszomajowych pochodów nie lubi, a już zwłaszcza ci, którzy na nie chodzą. Pochodów nikt nie lubił, komunistów każdy nienawidził, a gdybym historię chłopca z dworca opowiedział publicznie tym wszystkim obywatelom machającymi flagami, balonikami i chorągiewkami, prawdopodobnie ogromna większość splunęłaby symbolicznie, ale by się nie zdziwiła. Bo ogromna większość wiedziała, że komuniści to mordercy, których należy się bać. Jednocześnie jednak, pewnie ta sama większość powiedziałaby, że po pierwsze chłopak dobrze zrobił, że się nie kłócił, że milicjant jakiś porządniejszy, bo chłopca nie pobił, a pani z okienka to zwykła ruska swołocz, ale może była pijana.
Czy można powiedzieć, że oni wszyscy – ci ludzie w komunistycznym pochodzie – byli psychicznymi ofiarami systemu? Czy może na odwrót. Może to właśnie dzięki ich zdrowemu rozsądkowi, jakoś się nam udało? Skłonny jestem przypuszczać, że owszem, wśród nas było dużo, bardzo dużo ludzi, którzy jakoś tam padli ofiarą tej wielkiej operacji pod nazwą “budujemy człowieka radzieckiego”. Niektórzy bardziej, inni mniej, jedni częściej, inni rzadziej. Ale na ogół nie mam pretensji. Uważam, że na ogół nie daliśmy się.
Może z wyjątkiem naprawdę nielicznych. Takich, jak na przykład artysta Janusz Józefowicz, który zamiast iść w pochodzie, jak przystało na normalnego obywatela, łaził po szwedzkich supermarketach i kradł wszystko, co uznał za ładne i przydatne, a o czym jakiś czas temu, w wywiadzie dla magazynu „Pani”, czy może „Twój Styl” – diabli wiedzą, jak to się nazywało – czegoś z dumą opowiadał.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Czy prezes Ochódzki jest Polakiem?

Nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że ktoś zupełnie niedawno na naszym blogu wspomniał o filmach Stanisława Barei i to w kontekście, który mi osobiście jak najbardziej odpowiada, a więc jako o wzorowym przykładzie polskiej komedii dla wykształciuchów. Stało się tak jednak, a ja mogę tylko podejrzewać, że kiedyś – oczywiście nie mam pojęcia kiedy i po co – o tym niezwykłym zjawisku musiałem wspomnieć, ktoś tę moją wypowiedź zapamiętał , i z jakiejś okazji do niej nawiązał. Tak czy inaczej, ten Bareja się pojawił, ja na to pojawienie się zareagowałem tak jak reaguję na niego zawsze, a więc nieprzyjaznym ziewaniem, i obiecałem, że będę musiał w końcu tu na blogu i za niego i ten jego szczególny kult się wziąć. Oczywiście, jak tylko obejrzę w całości jeśli już nie „Misia”, to przynajmniej jakikolwiek jego film w całości. W końcu głupio jakoś pisać o czymś, co się zna wyłącznie pobieżnie.
Uparłem się na tego „Misia” i powiem szczerze, że starałem się bardzo. Do tego stopnia bardzo, że zacząłem od rozwiązania najbardziej dla Barei i jego sztuki filmowej korzystnego, a mianowicie czegoś, co na youtubie wisi, jako „Miś – the best of”, czy jakoś tak. Wiadomo bowiem, że wybór najlepszych scen, najlepszych piosenek, najlepszych melodii, czy wreszcie najlepszych dowcipów, to jest coś co działa zawsze. Jestem uczciwie przekonany, że nawet gdyby mi ktoś zaproponował dziesięć najlepszych scen z filmu „Czas Apokalipsy” , to ja bym też to obejrzał z przyjemnością. Ba! Wierzę głęboko, że ja bym nawet był w stanie wysłuchać w całości płytę z najlepszymi piosenkami zespołu U-2 – zakładając oczywiście, że nie byłoby ich więcej jak osiem. A więc, wbrew swojemu bardzo tu jednoznacznemu doświadczeniu, miałem wielką nadzieję, że owe najlepsze sceny z „Misia” – w odróżnieniu od samego „Misia” – obejrzę jednak od początku do końca. Otóż nic z tego. Stało się dokładnie tak, jak to się wielokrotnie – naprawdę wielokrotnie – działo przy okazji najróżniejszych filmow Stanisława Barei. Jeszcze na dobre nie zacząłem, a już skończyłem.
A więc, jak wszystko na to wskazuje, mamy kłopot. Bo skoro nie udało mi się wycierpieć owej kompilacji najbardziej śmiesznych scen z tego filmu, to o tym bym obejrzał cały film, mowy być już nie może. A skoro nie zobaczę „Misia”, to nie bardzo jak mam o nim pisać. I co gorsza, wygląda na to, że nie mam jak o nim pisać już do końca mojego życia. I pewnie bym na to machnął ręką, gdyby nie fakt, że – jak mnie poinformował dziś mój kolega Coryllus – problem Barei pojawił się na blogach i wzbudził poważną dyskusję. Nie wiem, kto i w jaki sposób zaczął ten temat, nie wiem też jak się ta dyskusja rozwinęła, wiem natomiast, co napisał na ten temat Coryllus, a ponieważ, mimo że całość jego refleksji mi jak najbardziej pasuje, pewne jego uwagi wydały mi się mało precyzyjne, a czasem zdecydowanie obok problemu, postanowiłem, że jednak się złamię i o Barei napiszę coś od siebie.
Pozostaje kwestia tego „Misia”, którego – jak już przyznałem – nigdy nie miałem okazji, nie dość że w całości, to w ogóle w jakiejś solidnej części obejrzeć. Myślę, że jednak sobie poradzę, a to dlatego, że z tego co wiem, nie ma absolutnie takiej możliwości, żeby ktoś kto widział dziesięć różnych fragmentów filmów Barei, nie mógł tym samym poznać całości jego możliwości. Często tak bywa, że do porządnej oceny pracy artysty trzeba znacznie więcej, jednak jak idzie o Bareję – uważam, że on nie potrzebuje naprawdę o wiele więcej. Skąd takie moje podejrzenie? Stąd mianowicie, że Bareja to w sposób absolutnie zdecydowany człowiek jednego pomysłu, a pomysł ten można opisać przy pomocy takiego obrazu. Przychodzi człowiek do baru mlecznego i zaraz przy wejściu wita go napis „Zdrowe mleko – zdrowa praca”. Siada ów człowiek przy stoliku, który ma jedną nogę krótszą, więc się tak okropnie kołysze, i od razu wiadomo, że przy nim nie da się ani jeść, ani pić. W tym momencie podchodzi do niego nadęta kelnerka i pyta: „Czego?” Kiedy on prosi o herbatę, dowiaduje się, że jest tylko wódka. Człowiek na to pyta dlaczego, na co ona mu mówi, żeby uważał, bo ona zaraz zawoła milicję. Człowiek chce wyjść z baru i okazuje się, że się wyjść nie da, bo się zacięły drzwi. Męczy się z tymi drzwiami, męczy, i wreszcie, kiedy już ma wychodzić, dopada go kelnerka i każe mu za to, że używał bez potrzeby stolika, wpłacić sto złotych na odbudowę miejscowego placu im. Bohaterskich Traktorzystów. I tak to się plecie przez kolejne sceny, a wszystko to jest naturalnie okropnie inteligentne, śmieszne, a przede wszystkim bardzo odważne, bo wszyscy przecież wiemy, jak to za PRL-u było ciężko z cenzurą.
A zatem, uważam, że do tego, by spróbować opisać zjawisko pod nazwą „Stanisław Bareja”, to co o jego filmach wiem, wystarczy mi w zupełności. A jeśli nawet miałem tu jeszcze pewne wątpliwości, to po próbie obejrzenia zestawu „Najlepsze z…” wiem, że tak jak jest, jest z całą pewnością dobrze. Bo to akurat, że filmy Stanisława Barei, jeśli idzie o pomysł i metodę, oparte były wyłącznie na sekwencji takich, jak je sobie wyżej wymyśliłem, grepsów, to fakt nie do dyskusji. Pod tym względem, one przypominają to, co – z zupełnie innej beczki – mamy okazję obserwować w przygodach Harrego Pottera, czy – jeszcze prościej – w klasycznej telewizyjnej telenoweli, gdzie trzy razy w tygodniu scenarzyści muszą dopisywać kolejne przygody, a robią to siłą rzeczy tak, że jeśli scena dziesiąta nie ma jakiegokolwiek logicznego powiązania ze sceną drugą, to zupełnie nic nie szkodzi, bo sens w tym, żeby związek był wyłącznie między sceną drugą a trzecią i między dziesiątą, a dziewiątą.
Tak właśnie się rozwijają scenariusze wszystkich znanych mi filmow Stanisława Barei. Tam nie chodzi o nic innego jako to, by w ciągu tych dziewięćdziesięciu czy stu minut, opowiedzieć maksymalnie dużo dowcipów o autobusie, który ma napisane, że jedzie na Obrońców Moskwy, a tymczasem jedzie na Plac Trzeciego Czynu Społecznego, czy o kranie, gdzie zarówno z zimnego jak i ciepłego kurka leje się wrzątek, no i żeby wszędzie było jak najwięcej ponurych wieśniaków w beretach i z petem w ustach, czekających w kolejce na bilet z zakładu pracy do teatru na „Hamleta”. No i oczywiście, żeby autorami tych wszystkich gagów byli najwybitniejsi polscy aktorzy komediowi, a więc Bronisław Pawlik, Stanisław Tym, Wojciech Pokora, Krzysztof Kowalewski, Jerzy Turek, Jerzy Dobrowolski, Jacek Fedorowicz… można by wymieniać.
Nazwiska tych aktorów – stałych aktorów Barei – wspominam nie bez przyczyny. Chodzi o to, że ja nie za bardzo chcę się koncentrować na jakości tych filmów, z tej prostej przyczyny, że, jak podejrzewam, to że one są jako filmy do niczego, w chwilach podstawowej równowagi, wiedzą nawet ci, którzy normalnie traktują je jako obiekt kultu. Z filmów Barei, jeśli na moment przestaniemy patrzeć na nie jak na maszynkę do opowiadania kawałów, nie zostanie nam nic, poza być może grą niektórych z aktorów. Ale jeśli wspominam o aktorach, to też wcale nie po to, żeby się zachwycać nad ich grą. Tu akurat chodzi mi o to, byśmy zwrócili uwagę na fakt, że Stanisław Bareja, reżyser, który jest przez niektórych dziś traktowany jak samotna wyspa na oceanie komunistycznego kłamstwa, przez cały czas tkwił po uszy w najbardziej oczywistym mainstreamie. To nie był ktoś, kto stworzył niezależne antypeerelowskie kino, zgromadził wokół siebie grupę swoich aktorów, i w organizowanych po salkach parafialnych pokazach, podtrzymywał ducha narodu. Kiedy się patrzy na te filmy dziś, i widzi się rozmach, z jakim one były robione i tych właśnie aktorów – wszystkich najbardziej akurat wtedy pierwszorzędnych – to nie można się łudzić, że filmy Barei powstawały poza samym głównym nurtem.
Ale to przecież też wszyscy wiemy. Wiemy świetnie, że jeśli Bareja miał kłopoty, to były to ewentualnie zwykłe towarzyskie rozgrywki, a i to nie sądzę, by one były dla niego jakoś szczególnie męczące. Nawet jeśli Bareję tępił Kutz ze swoim ubeckim towarzystwem, to ten bojkot nie mógł być aż tak silny, żeby on się mógł nim przejmować. To zresztą były takie czasy, że akurat bardziej po linii było trzymać z tak zwaną opozycją, niż z betonem. Choćby Daniel Olbrychski, Jacek Fedorowicz, czy Maja Komorowska mogą coś na ten temat powiedzieć. Tyle że ja jestem niemal pewien, że gdyby Stanisław Bareja dziś żył i był dziarskim staruszkiem, to by występował co tydzień w TVN-ie i razem z Kutzem pluł na rdzewiejący w Smoleńsku wrak tupolewa. I niech mi teraz ktoś powie, czemu nie?
Ale i to przecież nie jest tu najważniejsze. Bo w końcu – jak mówię – to że filmy Barei obiektywnie były w najlepszym wypadku przeciętne i to, że jeśli on faktycznie był antykomunistą, to dokładnie tak samo jak każdy z nas, włącznie z przeciętnymi członkami PZPR. Chodzi mi dziś najbardziej o ten kult. O to, że dla wielu z nas – i to również tych, którzy wiedzą wszystko bardzo dobrze i do końca – z jakiegoś powodu, ten „Miś”, te Alternatywy i ta cała reszta jego komedii pozostają wręcz symbolem walki z komuną. Walki przez śmiech i szyderstwo, ale właśnie walki. I to właśnie ze względu na tych moich druhów w biedzie, piszę ten tekst. By zwrócić im uwagę na jeden bardzo, moim zdaniem, interesujący aspekt całej tej barejowskiej histerii. Chodzi mi mianowicie o to, że z jakiegoś powodu, szczególnie chyba film „Miś” jest ulubionym filmem całej tej bandy młodej platformerskiej miejskiej inteligencji. Oczywiście nie tylko „Miś”. Również „Dzień świra”. „Miś” i „Dzień świra”. Te dwa filmy stanowią przedmiot autentycznego intelektualnego kultu dla tego właśnie pokolenia. Można by wręcz powiedzieć wielo-pokolenia. Oni oczywiście lubią też „Testosteron” i „Ladies”, i inne komedie, ale to tylko dla jaj. Poważne myślenie odbywa się dopiero przy okazji „Misia” i „Dnia świra”. To wtedy właśnie, przeciętny, nowoczesny wykształciuch zaczyna intensywnie kontemplować coś, co Rafal Ziemkiewicz kiedyś opisał jako „polactwo”, a co pop-kulturowo stanowi zjawisko znacznie szersze od tego co można było znaleźć w oryginale. Bowiem na poziomie „Misia” nie mamy już Polaka z jego przywarami i kompleksami. Tam nie mamy już Polski jako zacofanego skansenu. W „Misiu” wtedy, a dziś w „Dniu świra”, mamy już tylko zwykłe śmierdzące gówno. Oczywiście pokazane tak, by nikt się nie porzygał, lecz się pośmiał i zadumał, ale jak najbardziej gówno. I stąd, jak sądzę, popularność Barei wśród nowej polskiej inteligencji.
Pamiętamy wszyscy, jak to w tym samym czasie, kiedy Bareja kręcił swoje „antypeerelowskie” komedie, karierę robił Jerzy Gruza ze swoim „Czterdziestolatkiem”. Z jakiegoś powodu, „Czterdziestolatek” nigdy nie uchodził za przejaw niezależnej walki z komuną. Wręcz przeciwnie, wielu z nas „Czterdziestolatka” do dziś tępi, jako przykład najbardziej chamskiej peerelowskiej propagandy. A ja przyznam, że tego nie rozumiem. To znaczy, rozumiem, że „Czterdziestolatek” to była propaganda, natomiast nie rozumiem, dlaczego „Czterdziestolatek” był propagandą, a „Miś” już nie. Czy może dlatego, że w tym całym pezetpeerowsko, ubecko, debilnym otoczeniu Karwowski i jego rodzina byli zwykłymi, sympatycznymi ludźmi? Czy może dlatego, że Karwowski był członkiem PZPR? Przepraszam wszystkich bardzo, ale tego nie rozumiem. Przecież jak idzie o kpiny z ówczesnej Polski i tych co wtedy Polską rządzili, tam było wszystko co trzeba. Natomiast przyznaję – w „Czterdziestolatku” nie wszyscy byli polskim bydłem. Tak naprawdę, tam w ogóle nie było polskiego bydła. I stąd pewnie ów brak szacunku.
Nie oszukujmy się. Barei wcale nie chodziło ani o PRL, ani o komunizm, ani o niewolę, ani nie o terror. Tu nie chodziło o to, że przez tyle lat musieliśmy żyć w tym upiornym świecie, gdzie nic, i to dosłownie nic, nie działało. Tu śmieszne jest to, że to co pokazuje Bareja to jest Polska i Polacy. Kraj debili, agentów i wieśniaków. Dziwek i idiotek. Kraju gdzie wszystko śmierdzi syfem i starą szmatą. O nie! Tam w ogóle nie chodziło o komunizm. I dziś, kiedy tak próbuję oglądać te fragmenty barejowskich grepsów, myślę sobie, że gruncie rzeczy ówczesnym towarzyszom tamte filmy się musiały bardzo podobać. Na zasadzie takiej, że no popatrzcie kolego, i z kim to my się tu musimy męczyć. A dziś, jestem pewien, że film „Miś” jest również jednym z ukochanych filmów takiego Stefana Chwina, o którym parę razy też już miałem okazję wspomnieć. On tam z pewnością potrafi znaleźć dla siebie wieczną inspirację.
Na początku zaznaczyłem, że mocnym powodem, dla którego wziąłem się jednak ostatecznie za Bareję był tekst mojego kolegi Coryllusa, i że są akcenty w jego wpisie, które pozostawiają we mnie poczucie pewnego braku. O co chodzi? Otóż Coryllus sugeruje, że Stanisław Bareja kręcił te filmy na zamówienie Partii. Może nie całej Partii, może nie zamówienie bezpośrednie, ale że tak czy inaczej ktoś tam, gdzieś tam, wziął go na bok i powiedział, ze nie byłoby źle coś w tym tonie kręcić. Nie zgadzam się z tą opinią. Uważam, że gdyby Bareja był zaledwie wynajętym specem od sączenia tej trucizny, nie byłoby tak źle. W końcu ich było zawsze bez liku. Problem w tym, że on prawdopodobnie autentycznie uważał, że to co mamy w Polsce to fatalny, straszny, nieludzki System, tyle że Polacy są tak do dupy narodem, że na nic lepszego nie zasługują. I w ten sposób, on był w pewnym sensie prekursorem tego całego nurtu polskiej współczesnej myśli intelektualnej, który tak nas niszczy dziś. I to właśnie dlatego, jest on ulubieńcem tych, których na co dzień uważamy za zdrajców, katów i tchórzy, i tak często też ulubieńcem nas samych. Uważam, że nie zaszkodziłoby było się troszeczkę nad tym zastanowić.

Dziękuję za uwagę. Jeśli ktoś się na mnie za ten tekst nie obraził, a nie daj Boże, jeszcze mu się to co tu napisałem spodobało, bardzo proszę o, w miarę możliwości, wspieranie tego bloga. Mam nadzieję, że to już niedługo, ale tak się składa, że wciąż bez Waszej pomocy, nie jestem w stanie przeżyć. Dziękuję.

niedziela, 3 lipca 2011

Totalitaryzm w wydaniu turbo

Mieliśmy ostatnio więcej niż jedną czy nawet dwie okazje, by zastanawiać się, czy ludzie, których mamy przed sobą, po drugiej stronie tej upiornej barykady, to głupcy, czy łajdacy. I, przyznać muszę, że moje odczucia w tej kwestii wciąż oscylują między tymi dwiema inwektywami. Raz mam wrażenie, że oni wszyscy bez wyjątku to durnie, by już za chwilę wierzyć, że się jednak co do nich jednak myliłem. Że każdy z nich to zwykły sukinsyn. I obawiam się, że tak już chyba zostanie. Że moje odczucia co do tego szczególnego gatunku człowieka pozostaną takie już zawieszone – między szaleństwem a zbydlęceniem. Przynajmniej do czasu, aż oni wszyscy skutecznie znikną mi z oczu.
Do powyższych refleksji zachęciło mnie wszystko to co się stało w związku z wystąpieniem ojca Rydzyka w Parlamencie Europejskim i będąca jego efektem interwencja reżimu w samym Watykanie. Ale nie tylko to. Być może w większym nawet stopniu, niż zachowanie samego ministra Sikorskiego – w końcu to już jest człowiek-symbol – poraziły mnie związane z nim, a także z wyprzedzającymi je słowami ojca Rydzyka, wypowiedzi komentatorów. Wypowiedzi na temat totalitaryzmu.
Dla przypomnienia, o co poszło z tym totalitaryzmem? Otóż ojciec Rydzyk zwrócił uwagę na – z naszego punktu widzenia – najczystszą oczywistość. Że mianowicie wiele działań serwowanych nam przez obecny reżim stanowi przykład jednoznacznego totalitaryzmu. Czy poszło o to, że dziś władza zamyka ludzi sobie przeciwnych w więzieniach? Niekoniecznie i nie najbardziej. Czy może o to, że obecna władza wprowadza powszechny terror? Nie najbardziej i wcale też niekoniecznie. Ojcu Rydzykowi, na tyle na ile go rozumiem – a myślę, że go rozumiem – chodziło o to, że postępowanie reżimu nosi wielokrotnie znamiona totalitaryzmu o wiele bardziej wysublimowanego, że się tak wyrażę, niż ma to miejsce w przypadku zwykłego, chamskiego terroru. Na czym zatem polega ów „elegancki” totalitaryzm? Przecież nie na wsadzaniu do więzień, mordowaniu, trzymaniu ludzi po kostki wodzie, o głodzie i w zabójczym pragnieniu, ale na zachowaniach o wiele bardziej przemyślanych. Problem w tym jednak, że o tym, co miał na myśli i o czym mówił ojciec Rydzyk, ta banda głupców – lub ewentualnie złoczyńców – nie ma bladego pojęcia. Że ten rodzaj zaawansowania jest dla nich zwyczajnie za trudny. I że ta ich niewiedza świadczy o nich jak najgorzej. A najgorzej mianowicie w tym sensie, że właśnie ich determinuje albo jako ludzi skrajnie złych, albo skrajnie głupich. Trzeciej opcji nie ma.
Większą część swojego zycia spędziłem w ustroju totalitarnym. Czy to znaczy, że regularnie obrywałem od milicjantów pałką, lub może siedziałem drżący w domu, czekając aż to o czym czytałem u Orwella wreszcie złapie za gardło i mnie? Możliwe, że w ten sposób myśli i Radek Sikorski i red. Sekielski – w końcu oni nigdy prawdopodobnie nie byli normalnymi ludźmi, a jeśli nawet byli, to i tak już dawno zapomnieli, co to znaczy – a nasz problem, który już tu zresztą zdefiniowaliśmy, polega na tym tylko, że nie jesteśmy do końca pewni, czy oni są tylko głupi, czy już opętani złem. My bowiem świetnie wiemy, na czym polegało życie w ustroju totalitarnym. Wiemy, bośmy nim żyli i nim oddychali, a jeśli kiedykolwiek mieliśmy trudności z nazwaniem tego potwora, sięgaliśmy po Herberta, który potrafił lepiej od nas pewne rzeczy nazwać. Oni zawsze stali kompletnie z boku. I w stosunku do tego co się działo z oknem, ale i tego też, co można było znaleźć w wierszach poetów.
Myślę jednak, że wielu z nich dobrze wie, że totalitaryzm to nie tylko przemoc, terror i więzienie. Oni muszą wiedzieć – przynajmniej niekiedy – że totalitaryzm to coś bardziej rozległego i skrytego, niż zwykle komunistyczne prostactwo. Wiem, że oni to wiedzą, zwłaszcza w tych wypadkach, kiedy dowiaduję się, że dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości to totalitaryzm, a Jaroslaw Kaczyński to mały Hitlerek. Kiedy według bardzo mądrych i bardzo licznych opinii, okazuje się nagle, że w PiS-ie panuje system totalitarny, który rozlewa się na cały kraj i jest już ostatni dzwonek, by się tym zainteresować i tę zarazę powstrzymać.
A ja, jak mówię, mam swoje lata, i mniej więcej orientuję się, na czym dokładnie polegał system totalitarny. Otóż był to system, w którym z jednej strony stał obywatel, a z drugiej państwo w pełnym wymiarze. Obywatel, to człowiek w kolejce do urzędu, albo w kolejce do sklepu, albo uczepiony rurki w autobusie, albo czekający na zepsuta windę. Państwo natomiast, to wszystko, co obywatel miał naprzeciwko siebie. Czyli urzędnika, taksówkarza, konduktora, panią sklepową, by nie wspomnieć już o panu milicjancie. System totalitarny działał tak, że najpierw tworzył opozycję obywatel - władza, a następnie stawiał obywatela w roli nieustannego petenta.
Za tak zwanej komuny ten podział był ruchomy. Bo, jeśli okazało się, że obywatel jest jednocześnie sprzedawcą w kiosku ‘Ruchu', to od chwili, gdy zasiadał za swoją szybką, natychmiast stawał się państwem i podlegał ochronie. Jacek Fedorowicz, człowiek niegdyś bardzo zdolny i, niewykluczone, porządny, wydał taka maleńką książeczkę zatytułowaną ‘W zasadzie tak’. Taki poradnik, jak żyć i poruszać się w systemie totalitarnym. W pewnym momencie pisze on tak:
Wiem, że namawianie do niepicia jest głosem wołającego na puszczy. Ale będę wołał. Pić alkohol można w domu, od biedy można w bramie, albo na plaży. Pod żadnym pozorem nie wolno pić w restauracji. Człowiek pijący w restauracji naraża się na ruinę finansową, bo zapłaci rachunek dwu- lub trzykrotnie większy niezależnie od tego ile zjadł i wypił, naraża się ponadto na krzywdy moralne i fizyczne, bo jako pijany ma, co prawda, ogólną sympatię społeczeństwa, ale niech nie zapomina, ze jest w y j ę t y s p o d p r a w a.
Niech no tylko spróbuje zaprotestować przy dubeltowym rachunku. Telefon na pogotowie milicyjne i koniec. Proszę pamiętać, ze kelner, portier, szatniarz (a także: konduktor, kierowca, kontroler, babka toaletowa, listonosz, bileter) s ą w e w e n t u a l n y m s p o r- z e z e s t r o n ą r e p r e z e n t u j a c ą p l a c o w k ę p a n s t w o w ą, a p i j a n y j e s t p i j a n y, choćby wypił tylko pół kieliszka i jako taki nigdy nie ma racji. Jego zeznań po prostu nie bierze się pod uwagę."
Dziś natomiast słyszę, że totalitaryzm to był zomowiec z pałą i strach by nieopatrznie nie powiedzieć jednego słowa za dużo. Zanim jednak powiem, w jaki sposób moim zdaniem tamten totalitaryzm, polegający najpierw na stworzeniu opozycji władza - obywatel, a następnie wypełnianie tej przestrzeni kłamstwem i przemocą, realizuje się dziś, lub w wypadku niepowodzenia, ostatecznie przyjmę nauki podobno mądrzejszych i bardziej światłych od siebie, chciałem o coś spytać. Jak to jest mianowicie, że w towarzystwie, w którym się i zawodowo i osobiście obracam od wielu już lat, istnieje taki nastrój, że nie wypada lubić PiS-u? Ja nie mówię, że istnieją jakieś oficjalne zakazy. Ja mówię o atmosferze. Poznaję kogoś nowego i po chwili, człowiek ten, uznając, że jestem miłym, sympatycznym i niegłupim człowiekiem, natychmiast zaczyna przy mnie pluć na Kaczyńskich – oczywiście że na obu; z ich punktu widzenia Lech Kaczyński wciąż nie został jeszcze zatłuczony do końca – i na PiS? A pamiętajmy, że on nie robi tego po to, żeby mi dokuczyć. On jest absolutnie przekonany, że jestem taki jak on i że taka ewentualność, że ja PiS szanuję, wręcz nie istnieje.
Pamiętam, jak w 2005 roku, kiedy PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński został prezydentem, pracowałem od paru miesięcy w nowej szkole. W jeden i drugi powyborczy poniedziałek, w pokoju nauczycielskim była taka atmosfera, jakbym się znalazł w sztabie wyborczym Platformy Obywatelskiej. Kiedy powiedziałem, że ja akurat jestem w nastroju dość dobrym, wszyscy uważali, że ja jestem taki żartowniś i powiedzieli mi, żebym się nie wygłupiał, bo oni nie mają ochoty na śmiechy. Ostatecznie jednak, zorientowali się, że ja jestem ciałem obcym i od tego czasu nikt nawet za mną nie chciał się – normalnie, jak to w nauczycielstwie – nie dość że zakolegować, ale nawet rozmawiać.
Proszę mi może powiedzieć, czy jeśli ja idę przez supermarket w moim mieście i widzę stoisko w całości poświęcone gadżetom wyszydzającym albo Radio Maryja, albo braci Kaczyńskich, takich jak breloczki, koszulki, kubeczki, nalepki, przypinki, i ja, idąc tym pasażem i mijając to stoisko, czuję się, jak obcy, to czy to jeszcze jest demokracja, czy może – nawet jeśli nikt mnie nie bije po twarzy – już totalitaryzm?
Czy, jeśli ja się dowiaduję, jeszcze przed laty, zanim Anna Walentynowicz została wraz z innymi zamordowana pod Smoleńskiem, że starosta Raciborza zabronił organizacji spotkania młodzieży szkolnej z tą świętą kobietą, to dlatego, że on był demokratą, czy dyktatorem. Czy on reprezentował rządy totalitarne, czy tylko autorytarne? Czy jeśli parę dni temu, w programie telewizyjnym, oficjalnie i publicznie, wicemarszałek Sejmu – nie jakiś przybłęda – ogłasza, że jeśli Jarosław Kaczyński będzie zachowywał się tak jak dotychczas, to państwo znajdzie sposób – i wcale nie chodzi o zorganizowanie wyborów – by zgodnie z prawem wyeliminować go z życia publicznego, a prowadząca program dziennikarka udaje, że nic nie zauważyła, to ten cały system, który opanował nasz kraj, to system autorytarny, dyktatorski, totalitarny, czy może wciąż jeszcze demokratyczny?
A jeśli przed rokiem – pamiętamy to wszyscy – Gutek Film wycofał się z dystrybucji filmu Solidarni 2010, to czy dlatego, że im się coś pomyliło, czy dlatego, że ktoś im taką zmianę decyzji doradził. A z całą pewnością nie poszło o to, że prawnicy Gutka zauważyli, że film ten niesie w sobie tak dużą zawartość elementów prawnie niebezpiecznych, że lepiej nie ryzykować akcji w sądzie, ale poszło o wymiar bardziej środowiskowy i towarzyski. Ktoś zwyczajnie musiał Gutkowi powiedzieć, że jak chce się utrzymać w branży, to niech z branżą nie zadziera. Bo trzeba nam wiedzieć, że cenzury już nie ma. Mamy wolność i demokrację i europejskie standardy. Oprócz tego wszystkiego, mamy jeszcze towarzystwo. I to własnie dziś towarzystwo nam zapewnia naszą kulturową i cywilizacyjną ofertę. Nie pani w kiosku, nie pan milicjant, nie pan kelner, ale towarzystwo. A ja chciałbym wiedzieć, jakie są racjonalne powody, bym ja nie uznał sytuacji, w której dochodzi do tego typu zdarzeń, jako mającej wszelkie znamiona totalitaryzmu? Bo Gutek nie wysłał na mnie funkcjonariuszy o 6 nad ranem?
Polska w wydaniu zaprezentowanym nam przez reżim Platformy Obywatelskiej stanowi wzorowy przykład wszystkiego tego, co my, ludzie doświadczeni, zawsze nazywaliśmy totalitaryzmem. Oczywiście, jest to totalitaryzm zreformowany i wygładzony na wszelkie możliwe sposoby, jakie dają nowe czasy. A więc z jednej strony, stoi, tak jak przed laty, władza, a z drugiej człowiek, tyle że dziś już nie jest tak łatwo, będąc tylko zwykłym człowiekiem, znaleźć się w obozie sprawującym kontrolę. Nie wystarczy już być policjantem, sprzedawczynią w sklepie, czy panią w okienku na dworcu, by stać się częścią Systemu. Dziś System – powtarzam to słowo, bo to jest właśnie też to, co czyni różnicę – oczekuje od obywatela wyraźnej deklaracji i praktycznej realizacji zadeklarowanych postaw. Dziś, kiedy państwo wyzbyło się wszystkiego co je od wieków stanowiło na rzecz Systemu, każdy kto odmówi udziału w Nowym Ładzie, może być pewien, że nie zazna spokoju. A ten brak spokoju będzie jeszcze bardziej dojmujący, niż przed laty. Bo wtedy przynajmniej można było sobie to tu to tam poszeptać, czy to w autobusie, czy w kolejce po pomarańcze, czy w kościele podczas nabożeństwa. Dziś często nawet w kościele nie bardzo jest do kogo otworzyć gębę.
Widzimy to każdego dnia na każdym kroku. Zasypiamy z tym i się budzimy. I oczywiście możemy zawsze machnąć ręką na te wszystkie niuanse i zapytać zwyczajnie, co to za państwo, w którym w katastrofie lotniczej zostaje wymordowana cała jego elita, a państwo to umywa ręce, nie pozostawiając przy tym żadnych wątpliwości, że te ręce jeszcze przed chwilą spływały krwią. Ale przecież nie jesteśmy aż tak brutalni i prostaccy. My dziś chcemy tylko zapytać, jak to jest, że słowa jednego księdza stawiają polski rząd na baczność do tego stopnia, że jest on gotów narazić się na najwyższą możliwą kompromitację, byle tylko dać wyraz swojemu przekonaniu, że… No właśnie, przez chwilę sądziłem, że za tym stoi jakieś przekonanie. I znów wydaje mi się, że to jest wyłącznie szaleństwo. Czy w nim jest jakaś metoda, to już jednak temat na inne refleksje.

Jeśli ktoś uznał ten tekst, mimo jego długości, za wart uwagi, a jeszcze w dodatku zasługujący na osobną refleksję, będę zobowiązany za wszelką możliwą pomoc pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 2 lipca 2011

Jacek Santorski - psychokiller w służbie reżimu

Mieliśmy tu już kiedyś okazję rozmawiać sobie na temat wszelkich specjalistów od ludzkiej duszy, których profesja zaczyna się od przedrostka ‘psy-‘ i, o ile sobie dobrze przypominam, udało mi się w owym tekście zrobić im wszystkim dokładnie tyle krzywdy, na ile oni sobie w moim odczuciu zasłużyli. Oczywiście, jak zwykle w tego typu sytuacjach, musiałem się uciec do pewnej – być może niekiedy nie do końca uczciwej – generalizacji, niemniej cel został spełniony. Bardzo zależało mi bowiem na tym, by powiedzieć, ze do psychologów, psychoanalityków, psychiatrów i wszystkich możliwych ‘psy’’ mam stosunek, w najlepszej dla nich sytuacji, nieufny, i wyjaśnić skąd ta nieufność się wzięła.
Punktem wyjścia dla tamtej refleksji była zaobserwowana przez mnie sytuacja – moim zdaniem, wysoce patologiczna – kiedy to w ostatnich latach, człowiek, otrzymując niemal za darmo paszport do szuflady, sklep wielobranżowy, Internet i telewizor z niemal tysiącem różnych kanałów, otrzymał na to wszystko jeszcze, niemal jak extra bonus, psychologa z jego mądrościami. Kiedy pisałem tamten tekst, zastanawiałem się, jak to się stało, że System uznał, że współczesny człowiek nie jest w stanie skutecznie korzystać z wszystkich dobrodziejstw nowej cywilizacji bez świadomości, że kiedy się zrobi naprawdę ciężko, już za progiem będzie miał psychologa, który da mu tak w łeb, że ani mu w głowie będzie narzekać. Czy ten psycholog był w pakiecie w sposób naturalny i od początku, a moje niepokoje są tylko wynikiem moich fobii, czy może fobie są jak najbardziej na miejscu, a System doskonale wie, że jeśli nie będzie psychologa, w miarę jeszcze przytomny człowiek po wszelkie duchowe rady pójdzie do księdza i wówczas może przestać być konsumentem, numerem i towarem, ale człowiekiem? A więc, czy oni nam tego psychologa sprowadzili dla rozrywki, czy może jako kogoś, kto ma nas wziąć za pysk i przytrzymać przy samej ziemi?
Nie pamiętam w tej chwili, czy doszliśmy do jakichś konkluzji, a nie bardzo też mam ochotę czytać swoje stare teksty. Mam jednak wrażenie, że jedyne co potrafiliśmy stwierdzić na pewno, to fakt, że psychologowie, psychoanalitycy i psychiatrzy, w swojej zdecydowanej większości są zwykłymi uzurpatorami, tyle że szczególnie irytującymi przez swoją, większą, niż zwykle się spotyka, bezczelność. Kiedy piszę o uzurpacji, mam na myśli to, że wystarczy rzucić okiem na pierwszego z brzegu psychologa, który, jeśli jakimś cudem dziś jeszcze nie wystąpił w telewizji w każdej dowolnej sprawie, to z pewnością do końca dnia wystąpi. I to parokrotnie. Najczęściej jest to jakaś ledwo po studiach, lub ewentualnie tuż przed doktoratem, lala, która z wielce uczoną miną plecie dyrdymały na tematy tak trywialne, że zamiast niej możnaby z podobnym skutkiem posadzić jakieś średnio sprytne dziecko, albo wręcz przeciwnie – tak tajemnicze i niezbadane, że o nich nie ma pojęcia nikt, a ona już najbardziej. A więc jest to zwykle ktoś całkowicie przypadkowy, dokładnie w takim samym stopniu, jak przypadkowi są dziennikarze Superstacji, lub panienki czytające pogodę w TVN-ie. Bezczelność natomiast sprowadza się do tego, że oni wszyscy mają ten typ charakteru, który im każe stawiać diagnozy w sytuacji, kiedy sytuację i osoby, które mają komentować znają tylko z opowiadań, lub ze zdjęcia.
Dowiadujemy się na przykład, że gdzieś w Norwegii jakieś dziecko ukradło karabin swojemu ojcu i wymordowało pół swojej klasy. Na tę wiadomość zlatują się natychmiast jakieś cizie z tytułem magistra i opowiadają nam wszystko, co ich zdaniem powinniśmy wiedzieć na temat tego dziecka. Gdzieś spaliła się chałupa i ludzie stracili dach nad głową, a my w jednej chwili dostajemy bardzo pogłębioną opinię na temat tego, co się dzieje w duszy pięciu osób, których ta mądrala ani nie zna, ani nawet nie miała okazji z nimi zamienić jednego słowa. Natomiast ma bardzo silne przekonanie, wpojone jej przez 5 lat tych nędznych studiów, że trzeba być asertywnym, a w jej rozumieniu asertywność równa się bezczelność.
A zatem, ostatnie lata, jakie przyszło mi przeżywać w nowoczesnej Polsce, w dużym stopniu wiążą się z zadręczaniem się wszechobecnością tej panoszącej się wokół przedziwnej grupy. I oto nagle, jak grom z jasnego nieba, spadło na nas coś, co z jednej strony bardzo mocno uzupełniło naszą dotychczasową wiedzę na temat roli, jaką wszyscy ci „psy-” pełnią w nowej Polsce, a z drugiej, jak się wydaje, wskazało na bezpośrednie przyczyny obdarowania tej grupy aż taką atencją Systemu. Otóż, jak się okazuje, część z nich oczywiście dalej będzie tkwiła w tej swojej smutnej poczekalni, zajmując się ofiarami wypadków i szkolnych nieprzyjemności, natomiast swoją twarz pokazali też ci, którzy dotychczas pozostawali w cieniu, czekając na odpowiedni moment. To oni zajmą się realizacją zamówienia Systemu na ostateczny odstrzał tych, którzy okazali się zbyt silni, by można ich było pokonać przy pomocy środków konwencjonalnych. A zatem, psychiatria w służbie totalitarnego państwa. Znamy to świetnie. I to tu prawdopodobnie leży odpowiedź.
Wszystko, jak wiemy, zaczęło się od dnia, w którym pewien sędzia, poinformowany przez reżim o tym, że są kłopoty, uruchomił cały proces tropienia choroby psychicznej u Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście, nikt nie ma wątpliwości, że osoba Jarosława Kaczyńskiego była tu tylko pretekstem do tego, by ów nowy element, mianowicie zastosowanie psychiatrii do walki politycznej, stał się oficjalną częścią naszej współczesnej rzeczywistości. Każdy kto zachował jeszcze minimum świadomości, wie, że Jarosław Kaczyński jest tu całkowicie bezpieczny, natomiast – jeśli przyjrzymy się całej rozpętanej wokół tego zdarzenia kampanii propagandowej z chorobą psychiczną w tle – nie ulega wątpliwości, że tu leży przyszłość. Przynajmniej przyszłość poważnie przez reżim planowana.
Ledwo wczoraj doszła do nas informacja, że kiedy okazało się, że – prawdopodobnie nieco onieśmielony atmosferą wokół rzekomego szaleństwa Jarosława Kaczyńskiego – wspomniany sędzia został czasowo odstawiony na boczny tor, Radio Zet zorganizowało sondaż pod hasłem „Kto jest za tym, by Kaczyński trafił do psychuszki” i ogłosiło, że zdecydowana większość. Zatrzymajmy się na chwilę nad samym tym dziwnym zdarzeniem. Otóż wyobraźmy sobie, że Jarosław Kaczyński faktycznie, na skutek straty, która go spotkała 10 kwietnia 2010 roku – oszalał. Wyobraźmy sobie, że istotnie, na skutek tej straty – on postradał zmysły. Czy może być coś bardziej przygnębiającego? Coś bardziej rozpaczliwego? Pewnie tak, ale dziś mi to coś akurat do głowy nie przychodzi. Kim trzeba być, jaki trzeba mieć umysł, by urządzać z tej okazji tego typu turniej? Moim zdaniem takiego rodzaju podłość w przyrodzie nie istnieje. Ona nie istnieje nawet wśród ludzi pracujących dla Systemu. Natomiast jest bardzo prawdopodobne, że właściciele i redaktorzy Radia Zet świetnie wiedzą, że ta choroba to tylko czarna propaganda, a więc – z ich punktu widzenia – moralny standard. I dlatego, robią to co robią. A więc się bawią w politykę, tak jak ją widzą.
Prawdziwy problem zaczyna się w momencie pojawienia się psychologów, psychoanalityków i psychiatrów. I to nie jakiejś kupki ledwo wyrośniętych dzieciaków, ale tych starych psów Systemu – zepsutych i gotowych na wszystko. Otóż w jednym z programów telewizji – a jakże! – TVN24, pojawił się człowiek o nazwisku Santorski i przez bardzo długi – dużo za długi – czas, dał się prowadzić z kolei kobiecie o nazwisku Pochanke w takim oto kierunku, by analizować psychiczną kondycję Antoniego Macierewicza. Santorski jest bardzo znanym polskim psychologiem i nie ma wątpliwości, że tak jak my się znamy na nim, on zna się też na swojej robocie. Zna się na niej na tyle dobrze, by zgodzić się przyjść do telewizyjnego studia i wziąć udział w programie, którego jedynym celem jest zdiagnozowanie psychicznej choroby u człowieka, z którym on prawdopodobnie nigdy w życiu nie miał chwilowego choćby kontaktu. A więc przychodzi ów Santorski do telewizji TVN24, zapewne świetnie wiedząc, po co tam został zaproszony, i z wyżyn swojego zawodowego autorytetu ogłasza, że Antoni Macierewicz jest psychicznie niezdrowy. I to niezdrowy tak, że to może stanowić bardzo poważny problem dala Polski i Polaków. Tak było. Słyszałem tę diagnozę na własne uszy.
A my zadajemy już tylko jedno pytanie. Czy Santorski, podobnie jak redaktorzy Radia Zet, wie że bierze udział zaledwie w politycznej wojnie? Że to, w tych smutnych, nowoczesnych czasach, stanowi tylko taki, nikomu nie szkodzący, rytuał? Czy Santorski – mówiąc kolokwialnie – wie, że kłamie? Obawiam się, że nie. On tego nie wie. A nie wie tego z tej prostej przyczyny, że jest bardzo ważnym, przedstawicielem kasty tak zwanych ‘psy-’, dla których każdy – dosłownie każdy – jest podejrzany. A to z tej prostej przyczyny, że z punktu widzenia ich interesów, każdy kolejny zdrowy, to tysiąc mniej w kieszeni, i niedługo może dojść do tego, że oni w jednej chwili tracą rację bytu. A ponieważ on z tą swoją wiedzą, nie jest w stanie zrobić nic konkretnego – by nie powiedzieć ‘pożytecznego’ – bo trudno się spodziewać, żeby jego odkrycia poważnie traktował ktokolwiek o jakiejkolwiek umysłowej sprawności – a ambicje ów człowiek ma potężne – jedyne co mu pozostaje, to zatrudnić się na służbie reżimu. Tam dopiero będzie mógł pokazać wszystkie swoje możliwości. To tam właśnie on wskaże tych wszystkich, którzy są smutni, przybici, czy wreszcie autentycznie chorzy. Ja to po prostu wiem, że Santorski, i jego koledzy po profesji, są szczerze przekonani, że tak naprawdę, to co oni robią, czemu poświęcili całe swoje życie i talenty, potrzebne może się okazać wyłącznie totalitarnej władzy. Władzy która, w sposób zupełnie dla siebie naturalny, chce zniszczyć wszystkich tych, których nie lubi, a jednocześnie wie, że najprostszą drogą do ostatecznego sukcesu, jest uznanie wszystkich myślących inaczej, za obłąkanych. A więc przychodzi ów Santorski na miejsce, na które go przygwizdano, i mówi to co wie, i to co – tak się składa – akurat świetnie pasuje Systemowi.
Oto Jacek Santorski – człowiek symbol. Symbol czasów, które dotychczas były opisywane wyłącznie w podręcznikach do historii dwudziestowiecznych totalitaryzmów, a dziś wracają do nas – zgodnie z tym co prorokował sam Karol Marks – w formie farsy. A farsy z tej prostej przyczyny, że z tego nic nie będzie. Gdyby bowiem Jacek Santorski żył w czasach autentycznego terroru, to jego wiedza i jego charakter – czy, jak mówią niektórzy, człowieczeństwo – kazałyby mu do tej diagnozy dodać zalecenie ostatecznego rozwiązania, lub przynajmniej skutecznych tortur, w postaci przytapiania, rażenia prądem, czy co oni tam mają w tych swoich podręcznikach. To jest bowiem Jacek Santorski – człowiek, który potraktował swój życiowy wybór na tyle poważnie, że ten w sposób całkowicie naturalny, przeniósł go w miejsce zarezerwowane dotychczas przez postaci takie jak Stalin, czy Hitler. Ale jak mówię – z tego nic nie będzie. Bo Santorski jest w tym całym szaleństwie zaledwie pionkiem. On, jak już to zostało powiedziane, jest tylko symbolem. Jeszcze parę miesięcy i, jeśli tylko znajdzie się ktoś o tak dobrej i wnikliwej pamięci, jak my – to on akurat trafi na ulicę. Jak zwykły śmieć. I tak będzie dobrze. Bardzo dobrze.

piątek, 1 lipca 2011

Podziękowania

Jak to się dzieje tradycyjnie każdego miesiąca, chciałem bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy pomagają mi i mojej rodzinie utrzymać się na powierzchni, i przy okazji sprawiają, że ten blog jest wciąż żywy i fikający. I to nawet bardziej chyba niż kiedykolwiek dotychczas. Jestem pewien że wiecie, że to co tu mamy, jest wyłącznie Waszą zasługą, a ja tylko robię to co umiem i uważam za ważne. A więc:

Teresie z Radomia
Joli z Warszawy
Danucie z Warszawy
Grzegorzowi z Warszawy
Jerzemu z Chicago
Pawłowi z Warszawy
Jakubowi z Warszawy
Wojtkowi z Radomia
Marianowi z Lublina
Radkowi ze Szczecina
Księdzu
Edwardowi z Przegędzy
Oli z Opola Lubelskiego
Michałowi z Warszawy
Strażnikowi
Szymonowi z Gwiazd
Piotrowi z Warszawy
Dorocie z Rzeszowa
Małgosi z Warszawy
Piotrowi z Torunia
LEMMINGOWI
Romie z Poznania
Piotrowi z Warszawy
Sławkowi z Sosnowca
Jackowi z Oświęcimia
Moim Ludziom ze Skoczylasa
Kasi z Libuszy
Andrzejowi z Bydgoszczy
Krzysztofowi ze Szczecina
Michałowi ze Świecia
Markowi z Lublina
Wojtkowi z Tychów
Michałowi z Piastowa
Maćkowi z Gdańska
Aplikacjom
Kozikowi
Ani z Niepodległości
Joli z SieprawIa
Andrzejowi z Płocka
Braciom Szwedom
Marylce
Pawłowi od Truskawek
Pawłowi z Poznania
Krzysztofowi z Warszawy
Andrzejowi z Warszawy
Jackowi i Irenie ze Śląskiej
Magdzie i Markowi oczywiście z Gdańska
Magdzie z Buska
Annie z Olsztyna
Piotrowi z Kutna
Sławkowi z Warszawy
Krystynie z Gdańska
Zdzisławowi z Poznania
Irkowi z Warszawy
Jackowi z Nowego Dworu

Dziękuję też wszystkim paypalowiczom, a więc Ewie, Markowi, Andrzejowi,Konradowi, Piotrowi, Dariuszowi i jak najbardziej Sagittariusowi.
Osobno chciałem też podziękować Arturowi za to, że daje mi pracę... i nie tylko.
Kolejny tekst o psychokillerach - z dedykacją specjalnie dla Was.

Szmaty

Minione dni sprawę Katastrofy Smoleńskiej stawiają w świetle szczególnym. Szczególnym nie dlatego, że oto dowiadujemy się rzeczy, o których wcześniej nie słyszeliśmy, czy których nie mogliśmy się spodziewać, ale z tego powodu, że przez te dwa niezwykle dni wszystkie te dotychczas tak porozrzucane informacje otrzymaliśmy w formie usystematyzowanej i bardzo solidnie uporządkowanej. To czego się właśnie dowiedzieliśmy, robi wrażenie może jeszcze większe z tego powodu, że, jeśli wsłuchamy się w reakcję Systemu na to co przedstawił Antoni Macierewicz i jego zespół, możemy nabrać jeszcze tylko większej pewności, że oni nie mają już na swoją obronę dokładnie nic. Czy to znaczy, że System milczy, lub że zakłopotany przestępuje z nogi na nogę? Ależ nie. Oni nie znają ani zwykłego wstydu ani nie wyższego sumienia. Więc oczywiście stoją z podniesionymi głowami i tak jak dotychczas odprawiają swoje zaklęcia. Tyle że przy okazji nie potrafią ukryć czegoś, co nawet im nie jest obce – mam tu na myśli zwykły ludzki strach.
Konferencja Zespołu i sposób w jaki ona została zorganizowana, nie pozostają wątpliwości co do szczególnej staranności, z jaką Antoni Macierewicz i współpracujące z nim osoby podeszły do sprawy. Sama prezentacja oczywiście została przeprowadzona – jak to zwykle bywa – raz lepiej raz gorzej, natomiast czas, jaki dano zgromadzonym na niej dziennikarzom na zadawanie pytań, był wystarczająco długi, a swoboda ich zadawania wystarczająco duża, żeby każdy z nich, byle tylko odpowiedni przygotowany, mógł, jeśli tylko by chciał i potrafił, obrócić ów pokaz determinacji w wyjaśnieniu przyczyn tamtego nieszczęścia sprzed roku w autentyczny pył. Jeśli tylko którykolwiek z obecnych na prezentacji dziennikarzy podzielał – a myślę, że takich było grono dosyć liczne – tak chętnie i powszechnie dziś wyrażaną w mediach opinię, że prace Zespołu to uzurpacja i popis niekompetencji, nie miał żadnego problemu z tym, by stanąć i skutecznie Antoniego Macierewicza ukarać za jego rzekomą butę i polityczne chuligaństwo.
Tymczasem, co mogliśmy wszyscy obejrzeć bardzo wyraźnie podczas telewizyjnej relacji, żaden z nich, choćby na krótką chwilę nie potrafił ani Antoniego Macierewicz, ani biorącego udział w tej konferencji Jarosława Kaczyńskiego zmusić nawet nie do wycofania się ze swoich ewentualnych kłamstw i manipulacji, ale wręcz do pokazania choćby lekkiego zaniepokojenia. Przez cały pierwszy dzień i przez wszystko to, co mieliśmy okazję oglądać dzisiaj, żaden z nich nawet nie mrugnął okiem, by dać powód do przypuszczeń, że gdzieś coś przegapił, lub zaniedbał.
Oczywiście ktoś powie – a ja też nie mam szczególnego powodu, by ten argument lekceważyć – że trudno się spodziewać, by ta banda gówniarzy, którzy ledwo co zostali poinformowani, że są ważnymi dziennikarzami, była w stanie wchodzić w polemikę czy to z Antonim Macierewiczem, czy Jarosławem Kaczyńskim. Nie ma bowiem takiej możliwości, by jakaś tefaunewska lalunia, czy jeden z drugim zezowaty i sepleniący syn swojego tatusia, czy młodszy brat swojego starszego brata, lub kolega czyjegoś syna, wiedzieli cokolwiek więcej ponad to, ze trzeba być bezczelnym i pchać się w każde drzwi. No ale przecież oni mają swoich szefów, a ci szefowie mają swoich z kolei szefów, a nad nimi wszystkimi stoi potężny System, i chyba wszyscy oni są w stanie zorganizować wszystko tak, żeby Antoni Macierewicz z jego kłamstwami dostał po głowie od razu na miejscu i na oczach czekającego na ten piękny moment tłumu. A więc jeśli dziś okazuje się, że ani ta dzidzia ani mały Kazio nie potrafią, to niechby animatorzy tej całej agresji wysłali tam może kogoś naprawdę przeszkolonego, choćby takiego Grzegorza Miecugowa. Z tych jego popisów, które on dziś przedstawia u siebie w studio możnaby sądzić, że on akurat z całą pewnością potrafiłby stawić czoła tej prawdzie, która mu aż tak bardzo nie pasuje. Czyż nie?
Jednak z jakiegoś powodu – a myślę, że każdy z nas wie, co to za powód – na prezentację prawdy o Smoleńsku System posłał Dzidzię i Kazia. Miecugow, a z nim cała ta banda wybitnych jak sto diabłów, jak to wiemy już od ponad roku, lotniczych ekspertów, poczekali bezpiecznie w tefauenowskiej stołówce, a jak nadszedł odpowiedni czas, to przyszli i pokazali światu, jacy są ważni. Przepraszam bardzo, ale ten rodzaj tchórzostwa zasługuje w najlepszym razie na wzruszenie ramionami. To jest bowiem ten rodzaj bohaterstwa, z jakim każdy z nas miał do czynienia jeszcze pewnie przedszkolu, gdzie od czasu do czasu pojawiał się jakiś niedzielny rycerz, który robił się szczególnie mądry i dzielny dopiero po powrocie do domu przed lustrem. A kiedy sytuacja wymagała od niego reakcji szybkiej i odważnej biegł na skargę do pani.
Co za szmaty! Ledwo skończyła się owa niezwykła prezentacja, a Antoni Macierewicz pozostawił po niej tę smutną zbieraninę wyłącznie w formie zwłok, nagle okazuje się, że dopiero teraz rozpoczęła się prawdziwa debata. Bo Macierewicz akurat dzięki Bogu poszedł do innych zajęć i jest szansa że się przynajmniej przez jakiś czas nie pojawi.
Co za szmaty! Oglądam i słucham tego Miecugowa i tych dwóch podobno pilotów, których System wygrzebał gdzieś w swoich archiwach, by powiedzieli, jak to każde słowo Macierewicza to bzdury i brednie, i brakuje mi już tylko tego, by któryś z nich powiedział coś w stylu: "Gdybym tylko miał okazję, to bym temu Macierewiczowi pokazał gdzie raki zimują... tylko, że jakoś, matko, straszno". I jest mi z tą myślą bardzo dobrze. Bo wiem jedno. Oni się muszą bać już nawet nie bardzo, ale wręcz panicznie. Gdyby było inaczej, my akurat nie bylibyśmy w tak radosnych nastrojach. A to że przyszłość aż tryska ostatecznym tryumfem prawdy, widać dziś jak na dłoni.

Wszystkich, którym powyższy tekst się spodobał, proszę serdecznie o łaskawe wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...