piątek, 23 lipca 2010

Horror o dwóch ogniach



Od pewnego czasu, a myślę, że ten czas obejmuje kilka dobrych lat, każda próba zaangażowania się w debatę dotyczącą politycznych podziałów na linii prawica-lewica-centrum, czy konserwatyści-socjaliści-chadecy, powoduje u mnie coś co w najlepszym wypadku można nazwać znudzeniem („Jak się nie nudzić na scenie tak małej…”). Powtarzam - w najlepszym wypadku, bo w rzeczywistości ten stan przypomina coś znacznie gorszego, i tylko moja naturalna elegancja powstrzymuje mnie od wchodzenia w szczegóły. Konsekwentnie więc, jeśli ktoś mnie pyta, czy jestem z lewicy, czy z prawicy, lub czy jestem konserwatystą, czy liberałem, autentycznie nie wiem, co odpowiedzieć, bo przede wszystkim tego nie wiem, a po drugie jestem bezwzględnie przekonany, że gdziekolwiek się ustawię, w jednej chwili ubrudzę się tak, że sam siebie nawet nie rozpoznam.
Ja naprawdę staram się bardzo nie powoływać nieustannie na autorytet Jarosława Kaczyńskiego, i to nie tylko dlatego, że dla wielu on autorytetem nie jest. Ale co mogę innego robić w sytuacji, kiedy trzeba coś powiedzieć, a okazuje się, że on to powiedział już bardzo dawno temu? O co chodzi? Otóż pamiętam, jak przed wielu jeszcze laty, w jednym z wywiadów jakiego udzielił mediom – a może to była jednak z książek – opowiadał Kaczyński, jak któregoś dnia, będąc gdzieś w Brukseli, czy w Zurychu z grupą tzw. chadeków, został zaproszony na zwiedzanie miasta i w pewnym momencie zaszedł do jakiegoś pięknego kościoła. To co go zaskoczyło, by nie powiedzieć zaszokowało, był fakt, że on, Jarosław Kaczyński, był jedyną osobą w tej całej drużynie tzw. chrześcijańskich demokratów, która zdjęła w kościele czapkę. Dlaczego wspominam to zdarzenie? Sprawa jest jak najbardziej prosta i oczywista.. Otóż kwestia tych łbów w czapkach znakomicie ilustruje tezę, do której jestem bardzo mocno przywiązany. Takiej mianowicie, że w ich ogromnej większości, ludziom jest zawsze, nieustannie i absolutnie wszystko jedno. Jeśli spojrzeć na społeczeństwa z góry, to się natychmiast okaże, że 90 procent ludzi ma w nosie wszystko, co wykracza poza codzienną pracę i odświętną zabawę, a jeśli którykolwiek z nich ma ambicje wyjścia choć odrobinę na zewnątrz, to, jeśli to wyjście wymaga jakichkolwiek deklaracji ideowych, to czemu nie? Jeśli trzeba, może być cokolwiek. Zwłaszcza gdy tak naprawdę w ogóle nie wiadomo, czym to cokolwiek jest i co ze sobą niesie.
Przykład z czapkami jest moim zdaniem szczególnie celny, bo w pewien sposób odnosi się do czegoś, co i sami znamy bardzo dobrze z codziennej obserwacji, ale co też zostało wielokrotnie (a jakże!) przeanalizowane przez najróżniejszego rodzaju specjalistów. Mam na mysli tzw. polską religijność. Jak wiemy nasze społeczeństwo w 95% chyba identyfikuje się z wiarą rzymsko-katolicką. Fakt ten jednak nie ma już żadnego znaczenia, kiedy się okaże, że 40, czy 50, czy może 60 procent tego społeczeństwa – zależnie od publicznych nastrojów – nagle uzna, że eutanazja, czy aborcja stanowią cywilizacyjne rozwiązanie absolutnie standardowe, a Bronisław Komorowski jest dla nich większym autorytetem niż Benedykt XVI, choć oczywiście znacznie mniejszym niż Jan Paweł II, no a przede wszystkim bez porównania mniejszym niż Kuba Wojewódzki.
Ktoś mi powie, że sprawa religijności to coś zupełnie wyjątkowego i nijak nie związanego z polityką, ideologiami i tym wszystkim, czym człowiek żyje na co dzień. Otóż nie. Jestem przekonany, że to jest dokładnie to samo w tym sensie, że i tu i tam widzimy bardzo wyraźnie, jak przeciętny człowiek zrobi wszystko, byleby nie zaangażować się w minimalny choćby wysiłek tam, gdzie w grę wchodzi myślenie na poziomie bardziej abstrakcyjnym. Przykład religijny jest nawet o tyle lepszy, że on pokazuje tę regułę w sytuacji, gdzie nie chodzi o zwykłe codzienne głupstwa, a więc co kto powiedział w telewizji, albo co kto obiecał, czy kto jest bardziej, lub mniej fajny. Przykład religijny pokazuje, że skoro nawet tu, gdzie wszystko jest powiedziane prosto i jednoznacznie, nie ma mowy o minimalnym skupieniu, to trudno go oczekiwać tam, gdzie i tak wszystko nieustannie pływa. Przykład religijny jest bardzo dobry, bo pokazuje jak bardzo nie można liczyć na cokolwiek wyższego niż poziom piasku i w świecie religii, ale też w świecie całkowicie świeckim, skoro ludzie, którzy swoje chrześcijaństwo noszą jako symbol i nazwę, nawet nie uważają za stosowne zdjąć czapki w kościele.
Ale mieliśmy mówić o polityce i o określających ją ideologiach. Najpierw może powiem, skąd mi przyszło do głowy, żeby się zająć tą kwestią. Otóż mój powszechnie tu znany kolega i przyjaciel Michał Dembiński napisał w jednym ze swoich komentarzy na tym blogu, że on wprawdzie nie czuje się związany z PO, ale i tak woli ich od PiS-u, bo jest konserwatystą, a więc kimś, kto zawsze, kiedy jeszcze mieszkał w Londynie, głosował na Torysów. Ktoś wykrzyknie, że ależ to PiS jest w europejskiej koalicji a partią Camerona, a nie Platforma, że to PiS się znacznie bardziej od Platformy kojarzy z walką o wartości tradycyjne. Że to PiS jest jak najbardziej podejrzliwy w stosunku do tej socjalistycznej mafii zwanej Unią Europejską, z którą Platforma Obywatelska jest w dozgonnej przyjaźni. Że to w końcu PiS reprezentuje coś, co się określa jako stary polski konserwatyzm, nie Platforma. Wykrzyknie tak, i oczywiście będzie miał rację. Ale zapewne wtedy ktoś, nie tylko przecież Michał, mu odpowie, że PiS to gospodarczy socjaliści i że to nie krzyże i ochrona zycia poczętego, lecz gospodarka, drogi, podatki, finanse, służba zdrowia, handel, emerytury, ubezpieczenia i tak dalej i tak dalej, jest tym co stanowi o naszej przyszłości i naszym sukcesie. A tu gwarancje daje tylko Platforma. Na to jednak zapewne pojawią się głosy, że akurat Platforma i tu, jak dotychczas, nie pokazała absolutnie nic. Zero. Nawet nie udało im się stworzyć wrażenia, że są takimi pragmatycznymi technokratami, jak Leszek Miller, czy Marek Belka.… i tak będziemy sobie dyskutować do zakichanej śmierci.
Uważam że w tej podłej sytuacji jedyną rozsądną rzeczą, jak nam pozostaje, to machnąć ręką na to co mówią politycy, bo im się albo wierzy, albo nie wierzy, a jak się nie wierzy, to się wierzy, że może już za chwilę się cos zmieni i będzie można uwierzyć – i zobaczyć co słychać na dole, a więc u w tak zwanym elektoracie. W dodatku – i tu, jestem pewien, że mój kolega Michał Dembiński się ze mną zgodzi – ogromna większość ludzi, którzy głosują na Platformę, czy na PiS o gospodarce w ogóle nie myśli, choćby z tego prostego powodu, że się na niej zna jeszcze mniej niż Witold Orłowski, czy prof. Kołodko. Polityka, czy może lepiej – demokracja, została wymyślona przed wielu, wielu laty w taki sposób, że jeden proponuje to, a drugi tamto, i że każdy z nich stara się pokazać, dlaczego to jest lepsze od tamtego. A jeśli zrobi to odpowiednio zgrabnie i będzie przy tym odpowiednio wiarygodny, to ludzie go sobie wybiorą i zlecą mu, by on reprezentował ich interesy publicznie. W naszej polskiej sytuacji ostatnich lat jest tak, że z jednej strony stoi Platforma Obywatelska, z drugiej PiS i między jednymi i drugimi, zarówno bezpośrednio jak i na poziomie elektoratów, odbywa się regularne mordobicie. O co? Michał Dembiński, mój kolega i przyjaciel, twierdzi, że chodzi o idee. O politykę. O ofertę. O kompetencje. Że PiS chce Polski zaściankowej, pełną fobii, starych resentymentów, nikomu niepotrzebnych sporów i emocji, podczas gdy Platforma – jakkolwiek by była nieporadna, a niekiedy i nawet skorumpowana (ojej!!!) – walczy jednak o Polskę nowoczesną, rozwijającą się, bez kompleksów, bez przesądów, Polskę sukcesu na miarę nowych czasów. Skąd on to wie? Otóż problem jest taki, że ja nie mam pojęcia. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że ktoś mu to powiedział, a on – z przyczyn dla mnie niepojętych – przyjął to jako fakt.
No ale niech będzie, że tak jak jest, jest dobrze. Że on wie swoje, a ja wiem swoje, i że podobnie jak ja nie mam pojęcia skąd on wie to co wie, tak samo on nie wie, gdzie ja uzyskałem te swoje śmieszne informacje, że Jarosław Kaczyński to wybitny polityk, uczciwy i kompetentny, a w dodatku życzący Polsce jak najlepiej. Przyjmuję więc, że ta sytuacja jest czymś co musimy wszyscy zaakceptować i się w tym temacie zamknąć. Bo nie dojdziemy do nikąd. Natomiast nie zgodzę się z tym, że należy w ogóle się zamknąć i uznać, że lepiej już nie będzie. Jestem pewien, że dociekać warto, a warto dociekać własnie nie na poziomie bezpośredniej polityki, lecz na poziomie elektoratów, czyli czegoś, co zdecydowanie jest w stosunku do całej reszty pierwotne. Nad tym, kto głosuje na Jarosława Kaczyńskiego i jego projekt zastanawiać się nie musimy. To wiemy. Głosuje tu wieś, ludzie niewykształceni, silnie religijni. Co się tłumaczy jako fanatyczni katolicy, a więc tak zwany Ciemnogród. Oczywiście i ja i wielu ludzi nawet z tamtego obozu wie, że wśród wyborców PiS-u są też osoby młode, wykształcone, a niekiedy nawet niewierzące. Ciekawe i dla mnie wręcz szokujące jest to, jak z każdym nowym dniem przekonuję się, że niemal wszyscy – jeśli nie wszyscy – przyjaciele tego bloga, to ludzie bardzo, ale to bardzo wykształceni, znacznie lepiej wykształceni ode mnie, i często z dużych bardzo miast. Czy niewierzące? Dziwne, ale tacy też są. No ale, statystyka jest taka, a nie inna. Dlaczego więc oni głosują na PiS? Myślę że z trzech podstawowych względów. Przede wszystkim dlatego, że uważają się za świadomych patriotów, a więc takich patriotów, dla których Polska jest częścią codziennych intencji, i wierzą, że PiS to partia szczerze polska i zorientowana narodowo. Po drugie dlatego, że nienawidzą tego czegoś co Herbert tak pięknie określił jako „szpicli, katów i tchórzy”, a w ich przekonaniu to właśnie PiS chce z nimi walczyć i ich ostatecznie wytępić. Po trzecie, mają nieustanną obsesję na punkcie konfliktu prawda-kłamstwo i uważają, że PiS to prawda, a System kłamie. I tu ich utrzymuje w stanie nieustannego podenerwowania. A zatem, krótko mówiąc, to są ci wszyscy ludzie, którym w tak bezczelny sposób Jan Pospieszalski użyczył mikrofonu parę miesięcy temu na Krakowskim Przedmieściu, i tym swoim gestem rozwścieczył tych, których rozwścieczył.
Kto głosuje na Platformę Obywatelską? Poza oczywiście Michałem Dembińskim? Pierwsza grupa, podobnie jak w przypadku PiS-u jest ściśle zdefiniowana. To są młodzi, wykształceni ludzie z dużych miast. Ludzie znający języki, zwiedzający świat, o dobrej sytuacji materialnej i bardzo dobrej pracy. To są też artyści, ludzie kultury i sztuki, aktorzy i tak dalej, i tak dalej. Kto jeszcze? No, kto jeszcze? Myślę, myślę i wymyślić nie mogę. Przecież to niemożliwe, żeby ta połowa społeczeństwa, która lubi Platformę Obywatelską, to byli wyłącznie „młodzi, wykształceni, z dużych miast”. A więc muszę chyba się oprzeć na metodzie odwrócenia. Jeśli mam rację twierdząc, że za PiS-em głosują ci, co uważają się za patriotów i wierzą, że PiS to partia szczerze polska i zorientowana narodowo, a przy okazji nienawidzą „szpicli, katów i tchórzy”, a zatem tak zwani Solidarni 2010, to znaczy, że Platforma swoich wyborców – nie mówię, że wszystkich – zbiera spośród ludzi, dla których problem „szpiclów, katów i tchórzy” nie istnieje, Polska i Naród mogą być pisane – choćby na internetowych czatach – z małej litery, a ten rodzaj przeżycia, jaki mieliśmy okazję oglądać w filmie Solidarni 2010 jest kompletnie obcy. A zatem w dużym stopniu ludzie – i tu mam przekonanie graniczące z pewnością, że mam rację – którzy stanowią faktyczną i potencjalną publiczność programu telewizyjnego o nazwie Szkło Kontaktowe. Podobnie więc jak na PiS głosują tzw. ‘moherowe berety’, na PO głosują ludzie, którzy w swoich szufladach trzymają numer telefonu, pod jaki trzeba zadzwonić, żeby napluć na Jarosława Kaczyńskiego i powiedzieć, że ten krzyż przed Pałacem Prezydenckim jest „śmieszny”. To jest bardzo ważne. ŻE TEN KRZYŻ POD PAŁACEM JEST ŚMIESZNY.
To są właśnie ci ludzie przede wszystkim. Dlaczego oni głosują na Platformę? Już wyżej napisałem – i będę się tego trzymał – oni gospodarczy wymiar polityki mają w dupie. Zwyczajnie w dupie. Podobnie zresztą jak w dupie gospodarkę ma znaczna część tak zwanego ‘kościoła toruńskiego’. Podatki, składki, prywatyzacja, drogi, rozwój, fundusze, a więc to wszystko, co tak bardzo absorbuje uwagę pewnej części „młodych, wykształconych z dużych miast”, ich absolutnie nie obchodzą, a nawet jak ich obchodzą, to oni nawet o tym nie wiedzą. Oni chcą wrócić z pracy, zjeść obiad i obejrzeć sobie telewizję. I to wszystko. Jeśli mój kumpel Michał Dembiński powie mi, że nie mam racji, to uznam, że kłamie. I to oni głosują na Platformę Obywatelską – tworząc jak najbardziej mainstream tego elektoratu – dlatego że po pierwsze, nienawidzą Kaczyńskich (obu!), bardzo czekają na dzień, kiedy ktoś usunie te zwłoki z Wawelu, a po drugie mają nadzieję, że Palikot, albo ktoś inny, zrobi wreszcie porządek z tymi pieprzonymi krzyżami i z tym całym, rozgrzebywaniem historii. Tak samo jak mainstreamem elektoratu PiS-u są rozszalałe z oburzenia i zapłakane starsze panie, starsi panowie i nawiedzone dzieci, krzyczące o łaskę do Pana Jezusa dla umęczonej Ojczyzny, tak samo, mainstream Platformy stanowi tak zwany Andrzej z Działdowa. Ty akurat tego nie wiesz, ale to dlatego, że w ogóle mało wiesz. I może to nawet jest dla Ciebie i lepiej.
Ale jest jeszcze pewien podział, o którym muszę wspomnieć. To jest podział nieistotny, drobny bardzo, wręcz niewidoczny. I jest to podział będący jak najbardziej potwierdzonym socjologicznym faktem. Na Prawo i Sprawiedliwość głosują pacjenci zakładów psychiatrycznych, natomiast na Platformę Obywatelską klienci zakładów karnych. A ja się zastanawiam, po której stronie stoi ten człowiek, o którym wspominałem już tu wcześniej parę razy. Człowiek, który raz na jakiś czas pakuje swoje śmieci do bagażnika samochodu i jedzie z nimi do pobliskiego lasu, żeby je tam zostawić, i tym swoim gestem doprowadza Michała Dembińskiego do szewskiej pasji. Bo tak jest taniej. Oczywiście tego z całą pewnością wiedzieć nie będę, ale jestem szczerze przekonany, że to jest ktoś, kto uważa, że takie zachowanie to nie grzech, ale dobry business. Poza tym rozróżnieniem, nie mam żadnych argumentów.
A reszta stoi jak stała. My po stronie pacjentów, a oni po stronie klientów. My więc jesteśmy zwykłą ludzką nędzą, a oni – to ci, którzy walczą, i to walczą nie byle jak! No i jest w tym wszystkim jeszcze projekt o nazwie Platforma Obywatelska i projektu tego ekspozytura. Co oni na ten temat sądzą? Tu jestem już najbardziej pewny, że się nie mylę. Oni o tym nie sądzą nic. Zwyczajnie nic. Oni się takimi bzdurami nie zajmują. Oni akurat, jeśli się śmieją, albo płaczą, robią to z kompletnie innych powodów, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
I na sam koniec pozwolę sobie na absolutnie bezpośrednie zdanie do mojego kumpla Michała Dembińskiego: Wiesz dlaczego oni są inni? Dlatego, że to jest jedyne miejsce na świecie, gdzie miedzy ‘politics’ i ‘policy’, doszło do pełnej symbiozy. W tym sensie, że i w jednym i w drugim wypadku chodzi wyłącznie o utrzymanie władzy. A Ty mi coś opowiadasz o brytyjskich konserwatystach i Ojczyźnie! Wybacz, ale tym razem przesadziłeś.

czwartek, 22 lipca 2010

Their Generation



Właściwie mogłem to przewidzieć. Wspomnienie nazwiska Zbigniewa Hołdysa musiało się skończyć powrotem refleksji związanych z początkiem stanu wojennego, i to – co może najważniejsze – na tym wręcz już nieznośnym poziomie mitu o patriotycznej i bohaterskiej roli, jaką rzekomo pełnili polscy artyści rockowi w czasach gdy, jak to oni sami mówią, naprawdę nie było łatwo. W komentarzach pod wpisem, w którym postanowiłem sobie poskakać po osobie i dorobku Zbigniewa Hołdysa, pojawiło się parę komentarzy sugerujących, że dziś ten człowiek wprawdzie mocno sparszywiał, ale tego, czego on dokonał we wczesnych latach 80-tych odebrać mu trudno. Moja nowa koleżanka i dobrodziejka, Marylka, wręcz wyraziła nadzieję, że ci wszyscy, którzy wraz z Perfectem w stanie wojennym śpiewali „Chcemy bić ZOMO”, po koncercie szli na to ZOMO z kamieniami, i że choćby w ten sposób Hołdys się jakoś przysłużył naszej, że tak to umownie nazwiemy, wolności.
W tej kwestii mam zdanie całkowicie odmienne, i to odmienne na wszystkich możliwych poziomach. A więc zarówno jeśli idzie o cały społeczno-polityczny kontekst zjawiska nazywanego „młodym polskim rockiem”, jego bohaterów i praktycznych skutków, jakie to zjawisko miało nieść. Muszę od razu przyznać, że być może jedna z głównych przyczyn, dla których mam do Hołdysa i jego kolegów-artystów stosunek wrogi jest wyłącznie natury estetycznej, co akurat może moją tu argumentację w równym stopniu wzmacniać, jak i niestety osłabiać. Otóż ja pamiętam świetnie tę tzw. „eksplozję wolności”, bardzo dobrze pamiętam tamte zespoły i tamte piosenki, tamtą atmosferę i tamten przekaz. I pamiętam też bardzo dobrze, że mnie się ta muzyka bardzo, ale to bardzo nie podobała. Maanam, Perfect, Oddział Zamknięty, Lady Pank, te wszystkie Kobranocki, Róże Europy, Lombardy, Piersi, ta jakaś Aya RL… można wymieniać, to wszystko było dla mnie tak wyjątkowym ‘kitem’, że brak mi słów, żeby to opisać. To było czyste amatorstwo, w dodatku całkowicie nieoryginalne. Nawet jedyna względna jakość w tym całym zestawie, a więc Republika, najbezczelniej w świecie zrzynała od The Stranglers. A kiedy na dodatek dwóch największych „proroków” polskiego rocka, a więc Hołdys i Kora dzień po dniu głosili, że oni akurat tworzą sztukę porównywalną z osiągnięciami światowej muzyki popularnej, miałem już tylko poczucie, że tonę w jakimś absurdzie. A zatem, to jest pierwszy powód, dla którego dziś nie jestem w stanie patrzeć na takiego Hołdysa, jak na kogoś, kto artystycznie - a tym bardziej zwyczajnie po ludzku – przynajmniej kiedyś był czegokolwiek wart.
To jednak jest tylko drobna część problemu, w dodatku przez swój subiektywizm mało ważna. To co mnie jednak najbardziej akurat tu irytuje, to właśnie ten mit, jakoby stan wojenny w Polsce stworzył ten „wentyl”, ale on mu nieopatrznie wyskoczył spod kontroli i dał nam coś autentycznego. Że, owszem, zarówno Hołdys, jak i Borysewicz, i Kora, i Kukiz zostali do tej roboty na samym początku wynajęci, ale przez swoją odwagę, spryt i bezkompromisowość, stworzyli tę przestrzeń wolności, z którą generałowie najzwyczajniej w świecie poradzić sobie już nie potrafili. Ludzie reżimu potrafili dać zajęcie Wałęsie, potrafili wziąć za mordę połowę działaczy Solidarności, potrafili zadbać o to, by Kuroń, Michnik i ich koledzy z Tygodnika Mazowsze wiedzieli, gdzie się wolność zaczyna a gdzie kończy. Więcej – oni byli w stanie bezkarnie zatłuc na śmierć jednego maturzystę i jednego księdza, a tu ni stąd ni z owąd Hołdys z Korą nimi tak zakręcili, że ci zupełnie stracili głowę. I to zakręcili nimi tak sprytnie, że nawet przejęli dla siebie jedno wielkie państwowe radio razem z umundurowanymi dziennikarzami, i jeden wielki muzyczny festiwal, na którym mogli bezkarnie podburzać młodzież do antyreżimowych zachowań. Ot tak! Co za absurd!
Powie mi Marylka, a pewnie nie tylko ona, że to wszystko nieważne. Bo nawet jeśli przyjąć, że Kukiz, Kora, czy Borysewicz w gruncie rzeczy z reżimem tępo acz posłusznie współpracowali, to ta młodzież, która wypełniała sale koncertowe, kupowała płyty, wzniecała ten piękny kurz w Jarocinie i darła się na całą Polskę, że chce bić ZOMO, stanowiła zjawisko, którego już się kontrolować nie dało. Że, owszem, plan był taki, by jak to dziś zabawnie określa Wikipedia „po wznowieniu działalności 5 kwietnia 1982, pod dyrekcją Andrzeja Turskiego zaprezentować słuchaczom nowe, odmłodzone oblicze, i przy pomocy programu dotychczas adresowanego głównie do wielkomiejskiej inteligencji, nie odwracając się od niej, postawić wyraźnie na ożywienie kontaktu z młodym słuchaczem, który na początku lat 80. kontestował sytuację polityczną i uciekał w świat muzyki”, tyle że jakimś cudem, całą tę kalkulację szlag trafił, bo „wielkomiejska młoda inteligencja” perfidnie wykorzystała to „odmłodzone oblicze” Moniki Olejnik, Andrzeja Turskiego, Marka Niedźwieckiego i tej całej ubeckiej bandy jaka tworzyła schyłkową komunę.
Otóż ja w to nie wierzę. Nie wierzę w to, po pierwsze dlatego, że tam byłem i widziałem, że tamto zaangażowanie młodzieży w ruch antykomunistyczny, jeśli miało miejsce, to akurat z dala od zarówno Jarocina, Trójki, jak i piosenek Lady Pank. Jeśli chłopcy i dziewczęta z KPN-u byli dręczeni przez okrutnych esbeków, to ani nie dlatego, że na koncertach Perfectu śpiewali z Hołdysem jakieś wesołe kawałki, ani tez nie dlatego, że ich do tych akcji chytrze zachęcił Piotr Kaczkowski, Monika Olejnik, Wojciech Mann, Beata Michniewicz, czy Marek Niedźwiecki, ale z kompletnie innych motywacji. Ale oprócz tego, że w to nie wierzę, to ja jeszcze coś zwyczajnie wiem. A wiem mianowicie to, że nie ma takiej możliwości, żeby z głupiego zaangażowania w kłamstwo powstała prawda. Tak się zwyczajnie nie dzieje. Na tej samej dokładnie zasadzie, jak dziś jak najdalej od prawdy są te wszystkie dzieci i ich zaczadzeni rodzice, którzy zbierając do owsiakowych puszek pieniądze na sprzęt medyczny dla chorych dzieci, są przekonani, że w ten sposób demonstrują swoją bezkompromisowość i społeczną wrażliwość. Dokładanie tak. To zawsze była i jest tylko zabawa zorganizowana przez złych ludzi dla ludzi głupich i leniwych. I tyle.
Bardzo doraźny jest ten tekst. A nie powinien. W końcu nie mamy czasu na aż tak demonstracyjną codzienność. Myślę zatem, że wypadałoby zakończyć te refleksje czymś bardziej uniwersalnym, bardziej dotyczącym ludzi, a nie czasów. Bo, jak już to wielokrotnie tu podkreślałem, w ostatecznym rozrachunku mamy do czynienia tylko z ludźmi. A ludzi widzimy od lat, i to ludzi tych samych, i jak zawsze w świetnym nastroju. I nie jest to, wbrew temu co się niektórym wydaje, Wojciech Jaruzelski, Leszek Miller, Kazimierz Kutz, Czesław Kiszczak, czy nawet Leszek Miller. To wszystko to gówno, którym nawet nie zainteresuje się przeciętną brukselska mucha. Patrzmy na ludzi, których oni wysłali do roboty na początku lat osiemdziesiątych. A więc na Monikę Olejnik, Grzegorza Miecugowa, Korę Jackowską, Zbigniewa Hołdysa, Krzysztofa Maternę. Na nich i na ich uczniów z kolejnej dekady. Tych wszystkich Marciniaków i Knapików, te wszystkie wypindrzone dziennikarki gotowe zrobić zawsze i wszystko za te parędziesiąt kawałków miesięcznie. Patrzmy na ten ruch pokoleń i pamiętajmy, że na jego początku nie było śladu prawdy. Tak jak nie ma śladu prawdy dziś, na początku tego co przed nami. Tak to niestety wygląda, Marylko. Tak to wygląda. Mam tylko nadzieję, że się mylę.

Odejść od ściany



Kiedy wyjeżdżałem w piątek do Dobrej, w TVN-ie zapowiedzieli, że za chwilę rozpocznie się konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego. Ponieważ wszystko z jakiegoś się powodu opóźniało, a ja bardzo chciałem wiedzieć, co on będzie mówił, włączyłem nagrywanie w magnetowidzie i poszliśmy na autobus. Już w drodze do Krakowa, sprawdziłem w Onecie, co oni myślą, że tam się działo, i okazało się, że Jarosław Kaczyński powiedział, ze jeśli Komorowski usunie krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego, będzie jak Zapatero. Tyle. Przez następne godziny to była jedyna informacja w tej kwestii. Jeśli Komorowski usunie sprzed Pałacu krzyż, będzie jak Zapatero. Taki news. Jarosław Kaczyński zwołał konferencję prasową, żeby powiedzieć, że jeśli Komorowski usunie krzyż – będzie jak Zapatero. Było jeszcze coś, ale, mimo że się bardzo starałem coś z tych urywanych informacji wyłowić, wychodził mi bełkot. A więc, tyle.
W Dobrej spotkałem się z moim serdecznym kumplem Michałem Dembińskim, który – o czym część czytelników tego bloga wie bardzo dobrze – jest głęboko przekonany, że nawet jeśli Komorowski to wiejski burak, to i tak jest lepszy od Kaczyńskich. Obu. Nawet tego, który leży obecnie na Wawelu zmasakrowany na drobne strzępy. Bo od obu Kaczyńskich gorszy jest tylko Leszek Miller, Grzegorz Kołodko, Andrzej Lepper i pewien jego sąsiad, który w celach oszczędnościowych wyrzuca śmieci w pobliskim lesie. Z Michałem jednak – wbrew bardzo pilnym zapowiedziom z obu stron – o polityce nie rozmawiałem niemal w ogóle. Dlaczego? Z dwóch względów. Po pierwsze, my się bardzo lubimy i nie znosimy wpadać w spiralę szaleństwa, która na nas w sposób oczywisty czeka za każdym rogiem. I to jest przykre, acz absolutnie oczywiste. To zwyczajnie nie ma sensu. Drugi powód był znacznie jednak bardziej bezpośredni i równie znacznie ciekawszy. Otóż w piątek wieczorem przy kolacji łypaliśmy co chwilę wzrokiem na TVN-owskie Fakty i w pewnym momencie zauważyliśmy, że mówią o wcześniej wspomnianej konferencji prasowej Jarosława Kaczyńskiego. I tu nastąpiła sytuacja niezwykła, a przy tym zwykła jak cholera. Komentarz w TVN-ie ani jednym słowem nie wspomniał o tym, co na swojej konferencji powiedział Kaczyński, ale ograniczył się do dwóch kwestii. Pierwsza to informacja, że Kaczyński wrócił do swojego dawnego języka, co oznacza tylko tyle, że on w kampanii był nieszczery, a druga to przegląd starych wystąpień Jarosława Kaczyńskiego; tych najczęściej pokazywanych w mediach, a zatem tych najbardziej znanych, a zatem tych, które pokazują, że to jest człowiek, który zwyczajnie i naturalnie i prawdziwie nienawidzi. O tym, co on na tej konferencji mówił nie padło ani jedno słowo.
Każdy kto zna Michała, wie, że on ma coś takiego, że nie musi mówić, żeby wiadomo było, co sobie mysli. I nie chodzi o oczy, czy o usta,. Nie. On ma taki sposób wzdychania, czy – może lepiej – mruczenia. Otóż przez cały czas, kiedy pracownik Faktów TVN opowiadał o tym, że Jarosław Kaczyński się nie zmienił, i dawał na to dowody w postaci starych, wygrzebanych z archiwów stacji filmów, Michał nieustannie wzdychał, dając do zrozumienia, ze on się absolutnie i w pełni identyfikuje z medialnym przekazem na temat konferencji prasowej Jarosława Kaczyńskiego. Było też przy tym dla mnie oczywiste, że on nie mruczy z oburzenia, że TVN kompletnie pomija kwestię tego, co Kaczyński mówił, ale prowadzi zwykłą, bieżącą akcje zohydzania tego człowieka w oczach opinii publicznej, tylko się denerwuje, że ten Kaczyński jest taki okropny. I że jest okropny, jak zwykle.
Każdy kto zna Michała, wie też, że to jest postać absolutnie wybitna. To jest człowiek, który kiedy patrzy, lub słucha, to widzi i słyszy wszystko. Kiedy coś robi to robi tak, by nic nie zostało przegapione, ani nie zrobione na tak zwany „odpieprz”. Każdy kto zna Michała Dembińskiego wie, że to że go zna to, nawet jeśli nie jakieś szczególne wyróżnienie, bardzo poważny życiowy sukces. Michał Dembiński jest osobą, którą zwyczajnie dobrze jest znać i z którą każda chwila to czas wyłącznie zyskany. Siedziałem więc z Michałem Dembińskim przy telewizorze w Dobrej, jedliśmy kolację, słuchaliśmy – nie, nie Kaczyńskiego – ale dziennikarza, który nam opowiadał o Kaczyńskim, a Michał Dembiński nawet przez jedną chwilę nie pokazał, że wie, że tu jest coś nie tak. Że tu się nie odbywa normalne informowanie, że tu nie ma żadnej Europy, że tu, kurwa, nie istnieje nawet ślad cywilizacji, ale prowadzona jest zwykła medialna rozróba. Że tu ktoś najzwyczajniej w świecie pakuje w samochód śmieci, jedzie do pobliskiego lasu, wywala je na pobocze i wraca do domu, zadowolony, że znów przyoszczędził. On tego najzwyczajniej na świcie nie spostrzegł. Wiedziałem więc też, że skoro Michał – człowiek, który widzi i słyszy wszystko – tego akurat nie widzi, to lepiej sobie darować wszelkie dyskusje.
Dziś, kiedy wreszcie załatwiłem wszystko co miałem na bieżąco załatwić, włączyłem telewizor i puściłem sobie wspomnianą konferencję prasową Jarosława Kaczyńskiego. Zanim przejdę do rzeczy muszę wrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że tak to już jakoś jest, że ktokolwiek – podkreślam, ktokolwiek – zorganizuje konferencję prasową, to ona jakoś tam się układa. Oczywiście, w historii zdarzało się, że coś nie wychodziło i pojawiała się jakaś kompromitacja, że wspomnę tu rechoczącego Leppera, czy spoconego z przerażenia Chlebowskiego. Na ogół to wszystko jest jakoś tak organizowane, że nawet jeśli mamy jakieś zastrzeżenia merytoryczne, to one nie dotyczą ogólnego kształtu wystąpienia. A zatem, choćby nie wiadomo jak się nienawidziło Jarosława Kaczyńskiego, to nie należy się spodziewać, że on wyjdzie publicznie i się na przykład sfajda, lub napluje na stół, lub powie coś kompromitującego. Druga rzecz to taka, że Kaczyński to jednak jest ktoś. Po prostu. I to jest fakt. To nie jest kwestia moich fobii. Kaczyński to jest jeden z nich. Jeden z największych. Więc jemu się pomyłki tego typu, że gdzieś wyjdzie i zrobi z siebie głupca, nie zdarzają. No nie. Po prostu nie. Tak też było i w piątek. On powiedział dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że o ile w kampanii wyborczej nie poruszał sprawy katastrofy smoleńskiej, bo uznał że nie wypada, teraz nie widzi przeciwwskazań, a wręcz przeciwnie. Uznaje to swoje mówienie o Smoleńsku za „moralny imperatyw”. I to była główna część jego wystąpienia. Później jeszcze wspomniał o tym krzyżu i odpowiedział na parę idiotycznych jak zawsze pytań, które mogły świadczyć wyłącznie o tym, że dziennikarze mają jakoś tak, że w momencie jak im coś już raz przyjdzie do głowy, to wyłączają dalsze myślenie i czekają już tylko na nowy dzień. A więc normalnie – setka rano i do wieczora wystarczy.
Gdyby media były mediami, a nie narzędziem w rękach Ministerstwa Prawdy i Miłości, dowiedzielibyśmy się nie tego, że Jarosław Kaczyński jednak się nie zmienił – bo nawet jeśli to prawda, to z tej prawdy nie powstaje żaden news – ale że Jarosław Kaczyński po zakończeniu kampanii wyborczej, główną część swojej politycznej aktywności skoncentruje na wyjaśnianiu kwestii odpowiedzialności za katastrofę w Smoleńsku i za śmierć jego brata i przyjaciół, bo tak – w jego rozumieniu – nakazuje mu obowiązek. To jest jasne. Ale jasne jest coś jeszcze. Że gdyby ludzie – bardzo często ludzie mądrzy, pełni wyobraźni, wiedzy i wrażliwości – nie byli zaślepieni w tym czymś, czego – z bólem serca przyznaję – nie jestem w stanie ani nazwać, ani tym bardziej rozgryźć – choć na moment się otworzyli, zrozumieliby dokładnie wszystko. A zrozumiawszy to co jest przecież w gruncie rzeczy tak proste i oczywiste, poczuliby, że wszystko jest od dziś znacznie łatwiejsze i przez to piękniejsze. Zobaczyliby i przy tym zrozumieli, że jeszcze chyba nigdy w dotychczasowej historii naszej Polski nie było sytuacji tak przejrzystej i tak moralnie jednoznacznej. Ale nie chcą. Z jakiegoś najbardziej tajemniczego powodu, tkwią w swoim zaplątaniu i uważają, że tak jest dobrze. Tego nie rozumiem.
Przez trzy dni mojego pobytu w Dobrej spędziłem być może najbardziej upojny czas w ciągu minionego roku. Chodziliśmy po górach, zmęczeni, zlani deszczem i potem, schodziliśmy do miejscowej knajpy, jedliśmy naprawdę fantastyczną pizzę, piliśmy piwo i już tylko gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. Byliśmy tylko my. On, młody Toyah i ja. Wieczorem oglądaliśmy zaległe filmy i wciąż gadaliśmy, gadaliśmy i gadaliśmy. I ani jedno słowo nie padło odnośnie polityki. Dlaczego? Bo było zbyt dobrze, żeby to psuć. No i wiadomo było też świetnie, że tu nawet nie ma miejsca na ten normalnie przecież nie tak rzadki manewr, że niekiedy trzeba najpierw coś zburzyć, żeby coś zbudować. Tu nie. Tu nie ma bowiem żadnych szans na cokolwiek twórczego. Dlaczego? Bo tak się jakoś stało przez te wszystkie lata, że Jarosław Kaczyński, a wcześniej jego umęczony dziś już brat – nie jak mówi Palikot z krwią na rękach, ale z krwią wszędzie, w każdym sześciennym calu swojego ciała – stali się symbolem oczywistego, bezdyskusyjnego, ostatecznego błędu. Jak… no właśnie, jak co? Nawet nie umiem wymyślić odpowiedniego porównania. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to ten starszy pan wyruszający co roku na pierwszomajowy pochód, z całą pewnością na co dzień miły i dobry człowiek, ale co roku zakładający na plecy tę charakterystyczną krótką, jasną kurtkę do pasa, na głowę tę szczególną czapkę z daszkiem, do ręki biorący ten czerwony sztandar i moknący na deszczu, lub parzący się w słońcu w imię tego, że Ruskie to, panie, wiedziały jak ma być.
Ciekawe tylko to, że z jakiegoś powodu on właśnie – ten właśnie człowiek z ruskim sztandardem w dłoni – ze swoimi poglądami i emocjami, Jarosława Kaczyńskiego nie lubi nawet bardziej niż Adolfa Hitlera. Jego. Nie Komorowskiego. Nie Gronkiewicz-Waltz. Jego. Nikogo innego. Nawet nie Palikota. Jego. Tylko dlaczego tak trudno jest to połączyć?

środa, 21 lipca 2010

O chujach, skurwysynach i ludziach z definicji kulturalnych



Zadzwonił do mnie pewien kolega z Gdyni – niech się 3miasto nie cieszy; wszędzie mamy swoje wtyki – i poinformował, że nowa redakcja Wprostu przygarnęła Zbigniewa Hołdysa i on tam pisze teksty. Konkretnie chodziło o tekst ostatni. Dlaczego ów kolega uznał za stosowne uznać, że to co mówi gitarzysta Hołdys może mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie? Myślę sobie, że on pewnie zauważył, że ja niedawno wspomniałem o bezdomnym menelu Hubercie K., więc pewnie nic też nie zaszkodzi mi się dowiedzieć, co słychać ciut wyżej, a więc u kogoś takiego jak Zbigniew Hołdys. Otóż, jeśli rzeczywiście poszło o to, że ja się ostatnio poruszam w rejonach wyjątkowo bagiennych i wielu czytelników tego bloga to zauważa, chciałbym powiedzieć, że nie do końca się z taką perspektywą zgadzam. Ja – owszem – lubię się zapuścić w rejony niebezpieczne, ale bez przesady. Mogę, owszem, raz czy dwa zaryzykować, i dla dobra sztuki się ubrudzić, ale nie aż tak, żeby uznać, że dla mnie kontakt ze Zbigniewem Hołdysem to jakaś szczególna frajda.
A poza tym, przy całym szacunku dla artystycznego i intelektualnego dorobku tego gwiazdora, on przez całe swoje życie choćby w drobnym ułamku nie awansował tak jak udało się to Hubertowi K. Wręcz, powiedziałbym, przeciwnie. O ile mi wiadomo drogi kariery obu panów szły w zupełnie przeciwnych kierunkach. O ile Zbigniew Hołdys w latach 70-tych był artystą estradowym o pewnej popularności, a nawet, jak sam opowiada, towarzysko rozrywanym alkoholikiem – podobno nawet kupował wódkę Himilsbachowi – to dziś… nie jest ani artystą, ani kompozytorem, ani gitarzystą, ani nawet piosenkarzem. Jest jeszcze gorzej. On już nawet nie pije. Czy można było upaść niżej? Co innego Hubert K. To był zawsze zwykły uliczny menel, prawdopodobnie bez kropli talentu, ale przez to, ze umiał dla siebie wykorzystać te ‘warholowskie’ 15 minut, stał się gwiazdą właściwie formatu światowego. Kto wie, czy nawet nie napisała o nim w pewnym momencie jakaś zagraniczna gazeta? I co z tego, że dziś, jak on sobie siedzi z kolegą na ławeczce i gnije, pies z kulawą nogą na niego nie zwraca uwagi? W końcu, jak Hołdys wyjdzie na ulicę, to też dla zdecydowanej większości przechodniów będzie tylko zwykłym pajacem. Jak jakiś wytatuowany cudak z tunelami w uszach. Albo pedał w stringach.
Zbigniew Hołdys jest chodzącą reprezentacją czegoś, czego nie przewidziała nawet Ewangelia w przypowieści o talentach. Żeby on jeszcze ten swój jeden nędzny talent zakopał pod ziemią i czekał aż wszystko samo się zrobi, to ja bym to jakoś zrozumiał. Każdy z nas jest niestety jakoś tam głupi lub leniwy. To jednak co on z tym talentem zrobił, jest czymś tak niebywałym, że gdyby ktoś ważny na niego jakimś cudem trafił, mógłby go pokazywać w kanale Discovery. Niestety, szczęście chodzi własnymi ścieżkami, więc póki co pozostaje Hołdysowi tylko Wprost i od czasu do czasu sobotni program tego onanisty Mellera. Otóż, żeby zakończyć ten wątek, Zbigniew Hołdys, kiedy dostał tę monetę, najpierw wmówił sobie, że jest muzykiem, a następnie zrobił z niej kolczyk, wbił sobie go w nos i uznał, że tak pociągnie już do końca świata. A ponieważ jest jaki jest, to nawet nie zauważył, kiedy go przegonił nawet ktoś taki jak Hubert. K.
Mimo tego wszystkiego, co tu wyżej napisałem i mimo tej pogardy, jaką czuję dla kogoś takiego jak Zbigniew Hołdys, jak widać bardzo wyraźnie, piszę o nim już czwarty akapit i to w dodatku starając się bardzo. Czemu to robię? Otóż, wiedziony podpuszczeniem mojego kolegi z Gdyni, przeczytałem felieton Zbigniewa Hołdysa jaki on napisał dla Wprostu i – powiem zupełnie szczerze – przyszło mi do głowy parę rzeczy, które już od pewnego czasu stały w kolejce, ale jakoś nie potrafiły się w tym obłędzie do tego bloga dopchać. Przede wszystkim, należy zauważyć, że felieton Hołdysa we Wproście dotyczy ni mniej ni więcej tylko chamstwa, które Hołdysa w polskim życiu publicznym doprowadza do szewskiej pasji. I tu Hołdys różni się od innych uczestników tego szaleństwa z którym mamy do czynienia, w ten sposób, że jego oburza wszelkie chamstwo. Nie tylko jakże typowe i naturalne chamstwo pisobolszewii, ale chamstwo ze wszystkich stron. A to i mianowicie chamstwo Palikota i chamstwo Hoffmanna i Palikota i chamstwo Kempy i chamstwo Janusza Palikota i Jarosława Kaczyńskiego i chamstwo Joachima Brudzińskiego. No i oczywiście Palikota. Demokratycznie i po równo. Hołdys pisze swój felieton, żeby zaprotestować przeciwko chamstwu i oświadczyć wszem i wobec, że on już rozumie, dlaczego „inteligencja, ludzie wykształceni i społecznie wrażliwi, wszechstronni, wizjonerscy, osoby kulturalne i odpowiedzialne, szerokim łukiem omijają świat polityki”. A odpowiedź na tę zagadkę brzmi następująco: „Otóż nikt normalny nie chciałby znaleźć się w towarzystwie gitowców”.
I tu się zaczyna prawdziwy temat. I wbrew pozorom wcale nie chodzi o to, że będziemy się teraz śmiać z Hołdysa, że on – będąc tym kim jest – ustawia się nagle po stronie „inteligencji, ludzi wykształconych… wizjonerskich i kulturalnych” i że robi to w sposób tak demonstracyjnie szczery. Ten gest oczywiście jest wart pewnych socjologicznych, czy może wręcz psychologicznych, przemyśleń, ale nie o tym chcę tu pisać. Chodzi o coś innego. Otóż jak podawały i popularne media, ale też i przeróżne internetowe portale, na swoim profilu na Facebooku – a więc jak najbardziej publicznie – jakiś niedaleki czas temu Zbigniew Hołdys nazwał Jarosława Kaczyńskiego ni mniej ni więcej tylko: „ponurym średniowiecznym chujem”, a gdyby ktoś, kto korzysta wyłącznie z usług Janusza Palikota, nie wiedział, o co chodzi dodał co następuje: „Żaden ubek znany mi z imienia i nazwiska nie narobił tyle gnoju w relacjach między Polakami, co ten posraniec. Najbardziej parszywa postać, jaką pamiętam, a pamiętam nawet Władka Gomułkę dobrze. Powinno się go wpakować do Wastoka i wystrzelić w kosmos bez możliwości powrotu kiedykolwiek”.
Jednak i tu, jeśli ktoś sądzi, że ja chcę teraz poszydzić z Hołdysa, że on jest niby taki akuratny jak idzie o etykietę, a sam… no wszyscy widzą, to też się pomyli. Wbrew pozorom, ja nie mam do Hołdysa pretensji o to, że mówi o różnych ludziach per „chuj”. Weźmy mnie. Ja, na przykład, o Hołdysie mówię jeszcze gorzej, bo z wykorzystaniem bardzo smakowitych przymiotników, a zatem byłbym obłudny, gdybym miał tu do niego żal. Ja też nie mam się zamiaru na niego skarżyć za to, że on mówi że nie lubi chamstwa, a sam okazuje się chamem pierwszego gatunku. Sam nie jestem tu lepszy i uważam, że akurat jeśli o to idzie, wszyscy jesteśmy w pewnym zaklętym kręgu, z którego wyjścia nie ma i jedyne co nam pozostaje, to debatować nad tym, kto zaczął. Mnie prześladuje myśl zupełnie inna. I, jeśli można, przejdę już do samego sedna.
Chodzi mi mianowicie o to, że gdybym ja, pisząc te teksty, od czasu do czasu napisał, że na przykład Donald Tusk to „chuj”, to jestem przekonany, że w jednej chwili straciłbym połowę swoich czytelników, a w kolejnej całą resztę. A wśród tych obrażonych z całą pewnością znalazłoby się bardzo wielu takich, co w skrytości serca uważają, że Donald Tusk to „chuj”, tyle że tych swoich mysli wstydzą się na tyle, że wolą się z nimi nie afiszować, a tych co się nie krępują, uważają za tzw. buraków. Jeśli ktoś nie wie do końca, o co mi chodzi – lub ma w pamięci słowo „skurwysyn” którego tu niegdyś użyłem w odniesieniu do pewnego skurwysyna – to dam inny przykład. Dziś, jak wiemy, Janusz Palikot żartuje sobie z rozszarpanego na drobne kawałki ciała Przemysława Gosiewskiego, a jednocześnie swoim laczkiem rozgrzebuje umęczone szczątki Lecha Kaczyńskiego, szukając choćby śladu flaszki. A wielu ważnych, uznanych i powszechnie szanowanych osób mu w tych poszukiwaniach gorliwie kibicuje. Jak wielu z czytelników tego pamięta, ja – kiedy biedak jeszcze szczęśliwie żył – bardzo nie lubiłem Sebastiana Karpiniuka i przy każdej nadarzającej się okazji kpiłem z niego jak tylko umiałem. Jestem przy tym pewien, że te moje kpiny wielu się podobały równie bardzo jak mnie. Jestem jednak jeszcze bardziej pewien, że gdybym ja dziś oszalał i zaczął wspominać nazwisko Karpiniuk w kontekście choćby minimalnie prześmiewnym, natychmiast straciłbym połowę sympatyków. A gdybym się zaczął powtarzać, to i za nimi całą resztę. Dlaczego? Bo ludzie którzy stoją po tej stronie mają szacunek dla tajemnicy, i ten szacunek determinuje to, że oni są ludźmi poważnymi, a nie – że się powtórzę - skurwysynami.
Ktoś mi powie, żebym się tak nie nadymał, bo jego z kolei towarzystwo jest tak wyborowe, że gdyby u nich ktoś powiedział o Jarosławie Kaczyńskim, że jego rząd prowadził „zbrodniczą politykę”, tak jak to zechciał powiedzieć na temat polityki Platformy Obywatelskiej ów Kaczyński, albo zwrócił się do posłanki Kempy słowami: „Nie zniżę się do pani poziomu”, tak jak to pozwoliło sumienie Kempie odezwać się do pana przewodniczącego Czumy, że to ten ktoś zostałby równie zdecydowanie, błyskawicznie i ostatecznie pozbawiony szacunku kolegów i przyjaciół. Tak. Wiem, że ktoś mi tak powie. Jestem tego nawet pewien. Problem tylko w tym, że ja świetnie wiem, kto to taki będzie. Ja go widzę przed sobą każdego dnia. On ma swoją twarz i swoje nazwisko. I swoje rzeczy do powiedzenia. Ma swoje oburzenie, swoją niewzruszoną moralność i swoje nauki, z którymi wdziera się do naszych już nie tylko domów, ale serc. To będzie on. Jeden z nich. Właśnie jeden z nich. Może nie od razu Hołdys, lub jacyś jego koledzy-artyści z czasów wczesnego stanu wojennego, bo co on mieliby tu szukać, ale ten który im wciąż płaci i pozwala dobrze żyć – czemu nie? On by tu się nadał jak znalazł.

czwartek, 15 lipca 2010

Wytrać ich!



Po tym jak wczoraj, w sposób nawet dla kompletnych idiotów oczywiście bezczelny, media podały najnowsze rewelacje na temat świeżo-odczytanych zapisów z czarnych skrzynek, już tylko można było czekać na dalszy rozwój wydarzeń, w temacie kto, co, jak i kiedy. Wystarczył więc jeden dzień, by Gazeta Wyborcza (sic!) podała, że na ujawnionych nagrań nie pada informacja, że „jeśli nie wylądujemy, to on nas zabije”, ale że „jeśli nie wylądujemy, to będziemy mieli kłopoty”. Nie wiem z jakiego powodu, ale w końcu mamy doświadczenie na tyle duże, żeby wiedzieć, że powodów może być zawsze dużo i to najróżniejszych, ta sama Gazeta Wyborcza zmieniła informację na inną. Podobno śp. kpt. Protasiuk nie mówi, że jeśli on nie wyląduje, to będzie miał kłopoty, ale, że będzie miał „przechlapane”. Przepraszam – błąd. Tego zdania nie wypowiada kpt. Protasiuk, ale ktoś inny. Nie wiadomo kto.
Jak wspomniałem, wczoraj w telewizji, kiedy jeszcze nie było wiadomo ani o „kłopotach”, ani o czymś, co może być za chwile „przechlapane”, ale za to brzmiała jedna, podstawowa informacja, że to śp. Lech Kaczyński, przez swoja małość i brak serca, zamordował 95 osób, popełniając przy tym samobójstwo, ktoś prosił, by tego nie robić. Żeby nie dręczyć zmarłych. Na to jednak, zarówno obecny w studio dziennikarz, jak też i zaproszony do studia polityk, wybuchnęłi wspólnym okrzykiem gniewu, że co to za maniery! Co to za obyczaje! Jak można kwestionować takie dowody! Że cywilizowany świat takich impertynencji znieść nie może. Chyba taśmy nie kłamią! Dziś już słyszymy, że ani nie „zabiją”, ani nie „zabije”, ani nie „kłopoty”, ani nie „przechlapane”, ani nawet nie Protasiuk. Tyle że coś było. A już na pewno coś jest. I to coś co jest, i co ma czelność być, trzeba zniszczyć. Zniszczyć za wszelką cenę. Rozgnieść jak robactwo.
Siedzę sobie przy komputerze, chłodzę się piwem, za oknem upał nieco opadł, a wokół mnie krąży świat. Co to za świat? Otóż jest to świat, w którym z jednego prostego powodu, że oto pewna grupa ludzi boi się utracić władzę, zostają unieważnione wszystkie podstawowe cywilizacyjne reguły. Wszystkie najbardziej podstawowe reguły, na czele z tą jedną – że zmarłych się nie dręczy, a tych co po nich płaczą nie obrzuca wyzwiskami. Oto świat, gdzie – już nawet nie wiem, czy to chodzi tylko o nienawiść – doszło do tak dramatycznego napięcia, że opętanie dotknęło nawet tych, dla których jeszcze nie tak dawno choćby nawet najmniejsza myśl o tym, że zło może kiedyś i ich dosięgnąć, była czymś, czego oni by nie byli w stanie przeżyć. Oto właśnie wokół nas świat bez zasad.
10 kwietnia pod Smoleńskiem doszło do katastrofy polskiego samolotu, w której zginęło 96 osob, na czele z Prezydentem Rzeczpospolitej. To była rzeź. Rozmiaru tej rzezi nie jesteśmy w stanie pojąć i nie będziemy w stanie go pojąć jeszcze przez wiele, wiele lat. I nie pomoże nam w tym nawet ciągłe przypominanie tego czarnego garnituru, tych czarnych butów, i tych prawdopodobnie czarnych skarpetek, które swojemu mężowi wysłała do Moskwy pani Gosiewska, i które własnie otrzymała z powrotem, bo, jak się okazało, na te strzępy nie dało się już nic założyć. Rozmiaru tej rzezi nie uświadomimy sobie też patrząc choćby na zdjęcia tych tak strasznie skamieniałych dzieci, to tu to tam, przy tak wielu trumnach. Rozmiaru i powagi tej rzezi nie będziemy sobie mogli uświadomić nawet jeśli uruchomimy w sobie pokłady najbardziej czujnej wyobraźni, i znajdziemy się nagle obok tamtych pilotów w ostatnich chwilach ich życia. To była rzeż, w obliczu której brakuje nie tylko słów, ale i myśli.
I oto w tę niezwykłą sytuację wdziera się świat, który nie dość że nie próbuje tej rzezi objąć swoim umysłem, ale nawet nie jest jej powagą zainteresowany. Świat, który już tylko marzy o jednym. Żeby dać mu spokojnie zarabiać na życie. A wraz z tym światem idą ludzie, którzy – już nawet nie jestem pewien, czy ze zwykłej nienawiści – gotowi są wyrzec się podstawy czegoś, co starzy filozofowie nazywali człowieczeństwem. I ci właśnie ludzie zaczynają jakimiś patykami rozgrzebywać te porozrywane na strzępy ciała i szukać nawet nie zegarków, spinek do koszul, kart kredytowych – to by można było jeszcze jakoś zrozumieć jako zwykły zwierzęcy głód – ale sposobu na to, by zachować władzę. Tylko tyle. Rozgrzebują te ciała, a jeśli ktoś ich prosi, żeby tego nie robili i dla wsparcia tej prośby czymś bardziej rzeczywistym, opisują swój ból, to na te prośby o zlitowanie, reagują szyderstwem i wściekłością. I dalej grzebią, grzebią, grzebią…
Ostatnie sekundy tego wręcz metafizycznego lotu. Nie wiemy o nich nic. Jedyne co mamy do dyspozycji, to kilka wyrywkowych informacji, dochodzących do nas nawet nie w postaci szumu, ale czegoś bardziej już przypominającego syk, i naszą nędzną wyobraźnię. A jeśli się zastanowić, to nawet ona jest tu bezradna. Jedyny fakt, którego możemy realnie dotknąć, to ten krzyż na Krakowskim Przedmieściu, kilka czarno-białych zdjęć i szept modlitw. No i jeszcze coś. Wciąż i wszędzie te grupki ludzi z patykami, grzebiącymi wśród tych kawałków ciał w poszukiwaniu czegoś, co się da wykorzystać choćby przez jeden krótki dzień. Mogą to być na przykład słowa pilota, albo kogoś, kto wprawdzie nie jest pilotem, ale w końcu żyć trzeba, prawda? Nawet nie muszą to być słowa, ale zaledwie tych słów wyobrażenie, lub coś co zaledwie przypomina słowa, a w rzeczywistości może jest tylko ostatnim westchnieniem do Boga. Grzebią tymi patykami i szukają swojej szansy.
Chciałbym im zadedykować jakiś mocniejszy okrzyk, który naturalnie zostanie natychmiast odczytany, jako dowód na to, że – dla nas zresztą na szczęście – Jarosław Kaczyński się nie zmienił. Jednak nie umiem. Słaby jestem. Zbyt słaby. Pozwolę sobie więc skorzystać z klasyki:
„Wytrać ich w gniewie, wytrać, by już ich nie było”.

Wojna



Kiedy usłyszałem, że pojawił się problem rzekomej libacji, w jakiej śp. Lech Kaczyński wziął udział w noc z piątku na sobotę, jeśli się zdziwiłem, to tylko dlatego, że takie rozwiązanie wcześniej nie przyszło mi do głowy. Nie miałem natomiast wątpliwości, że coś się w końcu pojawić musi. Kampania się zakończyła, wynik wyborów został ogłoszony, zwycięstwo Bronisława Komorowskiego ani nie jest takie wysokie, ani – co może bardziej interesujące – takie pewne, krzyż stoi, ludzie płaczą, Jarosław Kaczyński gada… coś robić trzeba. Wydawało się pewnie niektórym, że 4 czerwca zamknie przynajmniej część tego okropnego rozdziału, który mamy za sobą. Nic z tego.
Jeśli mamy w pamięci sposób, w jaki rozwijała się kampania od 10 kwietnia, można by sądzić, że wszystko już było i dziś naprawdę nie ma sensu brnąć w to dalej. Pamiętamy jak po pierwszym szoku, wszyscy najpierw zamilkli, po to żeby już po kilku dniach wszcząć awanturę o Wawel, a następnie kontynuować już zwykły atak, jak gdyby nic się nie stało. Pamiętamy, jak najpierw kpiono z Jarosława Kaczyńskiego, że milczy, potem, że lansuje się w okularach i z pianinem, potem, że znowu milczy, potem że tym milczeniem próbuje grać na żałobie, potem że udaje że złagodniał, potem, że kłamie że się zmienił, by wreszcie zobaczyć jak rzucono mu się do gardła, że bezczelnie nie mówi nic o żałobie, bo taka taktyka mu bardzo pasuje. Jednocześnie pamiętamy każde słowo, tłumaczące społeczeństwu, że są dwie osoby odpowiedzialne za katastrofę smoleńską – Lech Kaczyński i pilot Protasiuk. Kaczyński ponieważ kazał lądować, a pilot, że tego rozkazu posłuchał. Tak biegła ta kampania. Z jednej strony pełna szyderstw pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, a z drugiej pełna oskarżeń pod adresem jego zmarłego, głupiego brata i tak samo zmarłych, głupich pilotów.
Jeszcze na początku tego tygodnia obejrzałem w telewizji rozmowę z dziennikarzami Mikołajem Lizutem i Piotrem Gursztynem. Chodziło o tę libację w prezydenckim pałacu w noc przed tragicznym wylotem do Smoleńska, o którą dopytują się Janusz Palikot i jego przyjaciele ze świata polskiej kultury i sztuki. Nie wiem, czy cała półgodzinna rozmowa była poświęcona temu jednemu tematowi, ale z tego co słyszałem, mam wrażenie, że owszem. Otóż Mikołaj Lizut – dziennikarz jak wiemy znany i gdzie niegdzie szanowany – bardzo nalegał, żeby sprawę tej popijawy wyjaśnić. Na to Gursztyn – oburzony do tego stopnia, że nawet mnie to oburzenie zdziwiło – zwrócił uwagę na bardzo ciekawą rzecz. Otóż on zauważył, że jeśli wklika się w Googla hasło „Bronisław Geremek”, otrzymamy natychmiast cała kupę najprzeróżniejszych, najczęściej bardzo czarnych, internetowych spekulacji na temat tego, dlaczego on umarł. Wśród tych spekulacji jednak nie ma ani jednego głosu pochodzącego choćby tylko pozornie z kręgów oficjalnych. Jeśli ktoś uważa za stosowne dochodzić przyczyn śmierci Bronisława Geremka, to z całą pewnością robi to wyłącznie na swój prywatny, internetowy użytek, a jeśli czuje, że jego pogląd mógłby się stać częścią publicznej debaty to siedzi cicho. Efekt jest taki, że na temat śmierci Bronisława Geremka, Polska dyskretnie milczy, natomiast w żaden sposób nie milczy, jeśli już idzie o śmierć Lecha Kaczyńskiego. Czy dlatego, że śmierć Geremka nie stanowi zagadki, albo że Geremek był od Prezydenta znacznie mniej ważny? Ależ skąd! A więc dlaczego? Na to pytanie odpowiedział Lizut. Chodzi o to, że pytanie o to, co robił Lech Kaczyński w noc przed wylotem do Smoleńska jest pytaniem ważnym. Kropka.
Przez pewien czas w publicznej przestrzeni funkcjonowało inne pytanie, formułowane nawet przez osobę tak ważną i wpływową jak Lech Wałęsa. Mianowicie dotyczące tego, o czym rozmawiali Jarosław Kaczyński z Lechem Kaczyńskim w ich ostatniej rozmowie tuż przed katastrofą. Ujawnienia zapisu tej rozmowy żądał nie tylko Lech Wałęsa, ale cały szereg innych niezwykle poważnych komentatorów, sugerując w sposób oczywisty ze oni tam musieli coś sobie powiedzieć takiego, że to coś, jeśli stanie się własnością publiczną, jednego i drugiego skutecznie wykluczy z polskiej polityki i polskiej pamięci. W wywiadzie jakiego Jarosław Kaczyński udzielił Gazecie Polskiej, sprawa zostaje wyjaśniona. Była to rozmowa bardzo krótka. Lech powiedział swojemu bratu, że z ich mamą wszystko dobrze i żeby się przespał „bo się rozpadnie”. Według relacji Jarosława Kaczyńskiego, to było wszystko. Kilka zdań, a później rozmowę przerwało. Czy Jarosław Kaczyński kłamie? Może. Kto wie? Jednak z reakcji na tę wypowiedź nie widać, by tu akurat były jakieś zastrzeżenia. Problem telefonu został, jak się wydaje, ostatecznie zamknięty. Pojawił się natomiast problem tej libacji.
Ale nie tylko. System jest najbardziej oburzony tym, że Jarosław Kaczyński w ogóle na temat tej katastrofy mówi. Czemu on porusza ten temat? Co on wyprawia? Co on sobie wyobraża? Że on tak będzie mógł bezkarnie wykorzystywać ten wypadek do swoich celów? Dlaczego on się nie zajmie swoimi sprawami? Czyżby miał tyle wolnego czasu, że może chodzić po gazetach i coś pleść bez sensu? No i wreszcie, dlaczego mówił, że się zmienił, podczas gdy się nie zmienił? Tylko na dwa miesiące umiał zamknąć swój brudny pysk na kłódkę? Nie umiał wytrzymać dłużej? Musi gadać? A mądrzy ludzie mówili, że on się wcale nie zmienił! Na krzyż z nim! Na drzewo z sukinsynem! Ja chcę kaczkę po Smoleńsku i zimne piwo!
Czemu piszę ten tekst? Wbrew pozorom wcale nie po to, żeby po raz kolejny udowadniać, że System nas nienawidzi do śmierci. Nie po to też, żeby podkręcać atmosferę walki. Tu nawet nie ma co podkręcać. Wojna jest na całego i nie trzeba być szczególnie spostrzegawczym, by widzieć, że tu już nawet nie ma czego podkręcać. Tak jak jest teraz, nie było nigdy. Już nie ma ani ‘borubara’, ani ‘irasiada’, ani ‘kartofli’, ani nawet żartów na temat tego, co by się mogło stać, gdyby się stało. Weszliśmy w kompletnie nowy etap. Dziś już zwyczajnie, najzwyczajniej na świecie, sramy na zwłoki, plujemy na trumny, rzucamy zgniłymi kartoflami w tych co płaczą po swoich zmarłych. Ja piszę ten tekst wyłącznie po to, żeby wskazać na to, że weszliśmy w nowy etap, gdzie już gorzej być nie może. By powiedzieć, że już naprawdę nie ma się czego bać. Że już nie ma co zastanawiać się, czy coś nam pomoże, czy może zaszkodzi. Czy coś wypada, czy coś nie wypada. Oni wytoczyli przeciwko nam wszystko co mają. Jest tak, że nawet jeśli przycupniemy w kąciku i będziemy pokornie czekać na to co przeciwko nam tamci uradzą, to też nie dadzą nam spokoju. To jest właśnie ta wojna, którą nam wypowiedziano. Ona dziś wygląda tak. I już inaczej wyglądać nie będzie. I już gorzej być nie może.
A więc mamy dwie możliwości. Złożyć broń, lub walczyć. Proponuję walczyć.

środa, 14 lipca 2010

O burych sukach. Na poważnie.



Ja naturalnie zdaję sobie sprawę z tego, co o moim stanie nerwów i emocji myślą sobie niektóre z osób odwiedzających ten blog. Wiem świetnie, że dla wielu z nich, a szczególnie dla tych którzy nie zgadzają się z opiniami przeze mnie formułowanymi, jestem wariatem i agentem, a często i jednym i drugim. Jestem przekonany, że podejrzenia, jakie pani Toyahowa wyraziła w stosunku do mnie w minioną niedzielę, dla wielu osób nie są żadnymi podejrzeniami, lecz zwykłą i nawet nie bardzo wyjątkowo przenikliwą oceną faktów. To co ja tu wypisuję, dla wielu tworzy obraz wystarczająco wyraźny, żeby mnie uznać za osobę co najmniej podejrzaną. Wiem to i biorę to na swą pierś. Bez jednego słowa skargi.
Przyjmuję to na pierś, co jednak nie zmienia faktu., że z tego typu oceną głęboko się nie zgadzam. Uważam że ja w gruncie rzeczy jestem komentatorem niezwykle umiarkowanym. To że moje poglądy są wyraźne i stosunkowo jednoznaczne, w żaden sposób temu umiarkowaniu nie przeczą. One są wyraźne, ale przy tym umiarkowane. Jestem pewien, że byłoby nienajgorzej, gdyby niektórzy zechcieli uprzejmie zauważyć, że tego typu zestaw jest jak najbardziej sensowny i logiczny. Nie trzeba nie mieć poglądów, żeby zdobyć sobie uznanie i szacunek jako ktoś trzymający się środka. Taka jest prawda i nic na to nie poradzimy. Tak jest.
Jakie są powody, dla których wiele osob czytających moje komentarze na temat polityki i ludzi w tę politykę zaangażowanych uważa mnie za niebezpiecznego szaleńca? Oczywiście powodów tych może być mnóstwo. Dla niektórych ich wyrazem może być to na przykład, że uważam Jarosława Kaczyńskiego za wielkiego polskiego polityka i uczciwego człowieka, a jego zmarłego brata za wielkiego polskiego prezydenta. Dla innych dowodem na moje obłąkanie jest to, że o niektórych politykach, czy w ogóle osobach publicznych piszę, używając epitetu „ruski buc”. Inni z kolei boją się nawet na mnie spojrzeć, ponieważ z uporem godnym lepszej – ich zdaniem – sprawy, twierdzę, że samolot z Lechem Kaczyńskim na pokładzie został strącony przez złych ludzi, że inni źli ludzie powtarzają na jego temat najróżniejsze kłamstwa, a jeszcze inni źli ludzie, sfałszowali wybory, do których ich kumple swym podłym czynem doprowadzili.
Właśnie – wybory. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że ja dotychczas o ewentualnym sfałszowaniu minionych wyborów wspominałem jedynie tak zwanym półgębkiem. Proszę sobie przypomnieć, że kiedy one jeszcze były przed nami, wiele osób sugerowało w komentarzach tu na tym blogu, że źli ludzie je niechybnie sfałszują, a ja na to milczałem, lub bardzo się starałam, żeby w swoich odpowiedziach nie iść zbyt daleko. Myślę, że ci którzy ten blog znają trochę lepiej, pamiętają też, że do pewnego momentu, ja bardzo starannie unikałem mówienia o tym nawet, że katastrofa w Smoleńsku była aktem celowym i zaplanowanym. Dlaczego tak było? Dlatego mianowicie, że ja oczywiście swoje wiem, a w najgorszym wypadku podejrzewam, natomiast moje umiarkowanie i wewnętrzny spokój każą mi patrzeć na wszystko w pewnej perspektywie. I ja naprawdę, wbrew temu co się roi pani Toyahowej, nigdy nie pojadę do Warszawy przypinać się łańcuchami do krzyża, który naszemu nowemu prezydentowi nie pozwala spokojnie zeżreć porannej jajecznicy.
Nie wspominałem więc – do pewnego czasu – o smoleńskim morderstwie i właściwie do dziś nie pisałem o sfałszowanych wyborach. A to, mimo że mam niemal stuprocentową pewność, że Prezydent został zamordowany z premedytacją, a wybory z premedytacją zostały sfałszowane. Dlaczego więc wspominam o tym teraz? Otóż chodzi o to – i to też pisałem na tym blogu – moje świadectwo jest wręcz wymuszone bezczelnością zachowania ludzi odpowiedzialnych za to zło które się dzieje. Jeśli System, który dopuścił się tej zbrodni, a dziś swoją zbrodnie próbuje ukryć, bez najmniejszych wyrzutów sumienia oskarża za śmierć 96 ludzi Bogu ducha winnych pilotów, którzy sami w tej katastrofie zostali wymordowani, w dodatku robi to systematycznie i z wręcz nienormalnym uporem, to ja – przepraszam bardzo – ale nie mam wyjścia. Jeśli wybory zostały sfałszowane w sposób absolutnie bezczelny, a przynajmniej wszystko na to wskazuje, a dziś Państwowa Komisja Wyborcza, z całkowicie nieruchomą twarzą jak najbardziej oficjalnie twierdzi – w innej zupełnie kwestii – że obie kratki przy nazwiska były jednakowej wielkości, podczas gdy każdy dureń widzi że nie, to ja osobiście nie widzę najmniejszego powodu, żeby z równie spokojną twarzą ogłaszać, że oni kłamią jak bure suki.
Byłem wczoraj na wizycie u pewnego mojego kolegi. Pisałem tu już o nim, bo uważam go, a przy okazji nasze koleżeństwo, za zjawisko dość interesujące. Otóż on przez to wszystko co sądzi, w co wierzy i co mu się wydaje słuszne, stoi po absolutnie przeciwnej stronie ode mnie. On uważa że Boga nie ma, że Kaczyński jest do bani, a Komorowski – owszem, może być, w dodatku całe mnóstwo ludzi, których ja uważam za skończonych debili, on szanuje, a wręcz niekiedy szanuje bardzo. Problem polega na tym, że on czyta mój blog i czuję ciągłą potrzebę wyjaśniania ze mną pewnych spraw. Oczywiście na zasadzie jednego prostego pytania „Dlaczego?” Byłem więc wczoraj u niego, piliśmy piwo, słuchaliśmy – tak jakoś wyszło – The Cure i rozmawialiśmy o tym, że Boga prawdopodobnie nie ma, kiedy on zapytał, czemu ja wymyśliłem, że wybory zostały sfałszowane? Powiedziałem mu więc, czemu tak myślę… i proszę sobie wyobrazić – nie wiem, może to była tylko uprzejmość – ale on zasugerował, że moje argumenty zabrzmiały mu sensownie. Dodał jeszcze, że gdybym ja te moje uwagi na temat wyborczego oszustwa sformułował na blogu, ta moja teza zdecydowanie miałaby większą wartość.
Pomyślałem więc sobie, że skoro on tak mówi, to ja to napiszę. Powiem wyraźnie, dlaczego uważam, że Bronisław Komorowski został prezydentem wyłącznie skutkiem wyborczego oszustwa. Wiem, że to moje gadanie jest bez znaczenia, podobnie jak bez znaczenia jest to, jak długo jeszcze będziemy przypominać, że samolot pod Smoleńskiem nie spadł skutkiem mgły, czy błędu pilotów, ale co mi szkodzi? Niech wiedzą, że ja wiem. I niech ich szlag trafia. Niech ich ta wiedza pali. Niech się tą wiedzą udławią i w efekcie tego udławienia zdechną. Bo na nic więcej i tak nie zasługują.
Interesuję się polityką od wielu, wielu lat. I to nie interesuję się tak sobie, ale interesuję się bardzo. Od 1989 roku biorę udział we wszystkich możliwych wyborach i we wszystkich możliwych wyborach oddaję ważny i przemyślany głos. Pamiętam więc też świetnie, że nigdy wcześniej, w stosunku do tego co mieliśmy w tym roku, nie było takiej sytuacji, że na ostateczny wynik – wynik rozstrzygający – trzeba było czekać do ostatecznego komunikatu PKW? PKW podawało kolejne wyniki, najpierw po przeliczeniu pierwszych 20% głosów, następnie po przeliczeniu ponad połowy głosów, później po przeliczeniu ponad 70% głosów, wreszcie po przeliczeniu 90% głosów, i na końcu podawali ci państwo wynik ostateczny. Wynik wyborów – ten najważniejszy, a więc kto wygrał, znany był już po uwzględnieniu tzw. exit polls, a później był już tylko potwierdzany przez komunikaty PKW. Jeśli po przeliczeniu danych z pierwszych 20% komisji, okazywało się, że partia A, lub pan A prowadził nad partią B lub panem B z przewagą 2,6%, to w najgorszym razie, ta różnica mogła wzrosnąć lub się zmniejszyć, skacząc w międzyczasie raz to w górę, raz w dół, najwyżej o jakiś procent, lub – o zgrozo – dwa. A zatem zawsze już w niedzielę wieczorem, można było iść spokojnie spać, wiedząc przynajmniej, kto wygrał. I tak było przez lata.
Ostatnim razem, i to przy okazji pierwszej, jak i drugiej tury, było jak było. I nie muszę nawet tego szczegółowo opisywać. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku, Jarosław Kaczyński do momentu aż przeliczono wyniki z 52 % komisji, odnosił sukces, by ostatecznie ponieść bardzo wyraźną porażkę. Pamiętam bardzo dobrze, jak wyglądały komunikaty PKW za jednym i za drugim razem. Przewodniczący Komisji informował, że po przeliczeniu głosów z 20% komisji różnica między Komorowskim a Kaczyńskim spadła w stosunku do tzw. exit polls, dramatycznie. Dziennikarze, w stanie podwyższonej paniki pytali, czy to może jest tak, ze najpierw nadchodzą głosy ze wsi od chamów i durniów, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, ze absolutnie nie. Że głosy spływają równomiernie z całej Polski. Po przeliczeniu głosów z 50% komisji, okazywało się, że Komorowski najwyraźniej leży i kwiczy. Na to, dziennikarze w kompletnym przerażeniu pytali raz jeszcze, ze może jednak za chwilę pójdą wielkie metropolie i wszystko się odwróci, na co Przewodniczący niezmiennie odpowiadał, że mowy nie ma. Że wszystko spływa równomiernie. A więc strach.
Ja znakomicie rozumiałem to co mówi Przewodniczący z dwóch powodów. Przede wszystkim pamiętałem świetnie z minionych lat, że ta różnica najpierw się trochę zmniejsza, później trochę się zwiększa, by wreszcie utrzymać się na zbliżonym do oryginalnego poziomie. Po drugie jednak wiedziałem, że to całe gadanie o wsiach, które wysyłają raporty wcześniej jest funta kłaków warte. W mojej komisji, tam gdzie oddawałem swój głos, uprawnionych do głosowania było jakieś 1500 osob, z czego głosowało 800, z czego niecałe 200 głosowało na Jarosława Kaczyńskiego. Przepraszam bardzo, ale ile czasu ci ludzie potrzebowali, żeby policzyć te głosy, wklepać wynik do komputera i posłać wiadomość do Warszawy. Więcej niż u mnie na wsi, gdzie była pewnie tylko jedna komisja, ale za to prawdopodobnie głosowało tyle samo osób? Co za absurd! Absurdalność tego typu myślenia potwierdził zresztą sam Przewodniczący PKW, kiedy wielokrotnie – powtarzam, wielokrotnie – powtórzył, że system jest taki, ze najpierw idą głosy z komisji zamkniętych, takich jak więzienia, szpitale i ośrodki pomocy społecznej, gdzie głosuje może 10, 20, czy 50 osób, ale już chwilę później wszystko leci równo i demokratycznie.
Z matematyki jestem, jak to mówią, zimny. Rachunek prawdopodobieństwa, z mojego punktu widzenia, to wyłącznie coś co mi każe wierzyć, że w piątek prawdopodobnie pojadę do Dobrej relaksować z pewnym moim przyjacielem. Nie przeszkadza mi to jednak, by wiedzieć, że jeśli po przeliczeniu 52% głosów, liczonych demokratycznie i tak jak do tych co liczą napływają, Jarosław Kaczyński prowadzi nad Bronisławem Komorowski, po dodaniu tak samo liczonych pozostałych głosów ta różnica zmieniła się na korzyść Komorowskiego aż tak radykalnie, jak to miało miejsce w niedzielę 4 lipca, taka sytuacja jest zwyczajnie wykluczona. Ja mogę uwierzyć, że jeśli Kaczyński po uwzględnieniu głosów z ponad połowy komisji prowadził te pół procenta, czy ile to tam było, to ewentualnie mógł przegrać jednym procentem, lub – jakimś cudem – dwoma. Ale nie sześcioma!!! Gdyby tak było, należałoby przyjąć, że wyłącznie przez czysty przypadek, w pozostałych 48% komisji Bronisław Komorowski wygrał nagle ze średnią przewagą 10%! Przypominam jeszcze raz – sam Przewodniczący PKW wielokrotnie zapewniał, że głosy płyną zewsząd równym strumieniem.
A więc powstaje pytanie, co się takiego stało? Jak to się wszystko odbyło? Nie mam pojęcia. Zwykła logika nakazuje mi podejrzewać, że kiedy po przeliczeniu ponad połowy głosów z całej Polski okazało się, że Komorowski dostał w dupę, System wydał polecenie, żeby już do samego końca zrobić wszystko, by ten rezultat był odwrotny. I żeby on był odwrotny w sposób przekonujący. Ale czy mam rację? Nie wiem. Bardzo trudno mi jest przyjąć, że żyjemy w gruncie rzeczy w Afryce. Wprawdzie wiele na to wskazuje, a już najbardziej od 10 kwietnia, ale i tak kocham Polskę tak bardzo i jestem z nią tak związany, że nie chcę o niej myśleć aż tak źle. Wolę wierzyć, że tamten samolot spadł, bo była mgła, a piloci byli piani po nocnej imprezie, lub się zagapili. Albo że nawet Lech Kaczyński okazał się nędznym głupcem. Daje słowo, że tak by mi było łatwiej, niż żyć w przekonaniu, że oni zrobili z Polski dziki kraj.
Jednak jest mi bardzo trudno to przyjąć. Z jednego prostego powodu. Oni kręcą. Stoją, bezczelnie patrzą mi w oczy i kręcą jak cholera. Nie chcą mi dać jednego zwykłego słowa wyjaśnienia. Patrzą bezczelnie mi prosto w oczy i łżą jak psy. Nawet w tak drobnej i niepoważnej sprawie jak ta kratka. Dlatego ja się czuję zwolniony. Na dobre.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...