czwartek, 25 marca 2010

O butelce piwa, plasterku sera i łóżku. Brudnym



Temat dzisiejszego wpisu przyszedł mi do głowy wczoraj wieczorem, kiedy w jednym z komentarzy pod poprzednią notką pojawiła się uwaga – zresztą skutecznie i bardzo sprawiedliwie potraktowana przez innych komentujących – o tym, że top modelki swoją karierę przeprowadzają niezmiennie przez łóżka swoich promotorów. Nie będę tu cytował wypowiedzi wszystkich moich kolegów, którzy ze zdecydowanie większym talentem ode mnie przeprowadzili krytyczną analizę tego typu myślenia. Kto chce, niech sobie zajrzy do wcześniejszego wpisu i poczyta. Uważam że warto. Ja chciałbym tu skupić się wyłącznie na czymś, co uważam za jeden z poważniejszych kompleksów, jakie dręczą nasze życie publiczne. Myślę, że obok kompletnego szaleństwa na punkcie znajomości i nieznajomości języka angielskiego – najpoważniejszego. Chodzi mi o seks.
Niedawno miałem okazję rozmawiać z pewnym znajomym, który mi tłumaczył – wiem że to nic nowego – jak bardzo nieuniknionym problemem dla Kościoła będzie kwestia celibatu. Tłumaczył mi ów znajomy, że prędzej czy później, Kościół będzie musiał „coś tu zrobić”, bo przecież „każdy” mężczyzna bez seksu żyć nie potrafi, i tak czy inaczej – a czym później tym gorzej – te swoje pragnienia będzie musiał z siebie wyrzucić. Ja mu tłumaczyłem, że w historii świata, asceza – wszelka zresztą asceza – nie jest niczym aż tak bardzo egzotycznym, mimo że dla nas, zwykłych ludzi, każdy jej przykład robi na nas wrażenie czegoś równie niezwykłego jak skok w dal na dziewięć metrów, czy wzwyż na 2,5. Że człowiek potrafi rezygnować naprawdę z wielu, pozornie niezbędnych do życia rzeczy, tylko naszym problemem jest to, że nie potrafimy tych wyborów zrozumieć i zaakceptować. Na nic. Wciąż bowiem wracaliśmy do pierwszego tematu. Bez seksu żyć się nie da.
Nie do końca wiem, na ile te seksualne obsesje są wynikiem naturalnego braku opanowania u niektórych ludzi, na ile wynikiem kompleksów u tych, którzy wprawdzie u siebie ich nie zauważają, lecz wiedzą, że coś musi być z nimi nie w porządku, a na ile są skutkiem zwykłej propagandy. Jeśli się jednak tylko dobrze rozejrzymy po dzisiejszym świecie, możemy dojść do wniosku, że ten wymiar propagandowy musi być tu bardzo silny. Cały przemysł żywieniowy, farmaceutyczny, rozrywkowy, turystyczny, a nawet – co absolutnie dewastujące – tak zwany ‘kulturowotwórczy’, jest w dużym stopniu napędzany przez seks. Można czasem odnieść wrażenie, że z jednej strony nie można nawet się napić kawy, czy zjeść kawałka sera, by się przy tym w ten czy inny sposób nie onanizować, a z drugiej, że każdy kto uważa ten rodzaj ekstazy za chory, jest w sposób naturalny wyrzucany poza nawias nowoczesnego społeczeństwa.
Wciąż jednak nie wiemy, czy ten typ estetyki, a z nią, ten rodzaj filozofii powstał w odpowiedzi na naturalne ludzkie pragnienia i emocje, czy przeciwnie – jest on od początku zwykłym oszustwem nastawionym wyłącznie na kreowanie potrzeb. Czy producenci zwykłych zup w proszku, w swojej polityce używają znaków związanych z najbardziej podstawową seksualnością, bo wiedzą, że każdy mężczyzna od rana do wieczora żyje w poczuciu seksualnego niespełnienia, a na widok każdej ładniejszej kobiety zalewa go pot, a i to nie tylko i nie przede wszystkim, a więc tę zupę chętniej kupią, jeśli przy okazji poczują w spodniach „słodki ciężar”, czy może oni te zupy stawiają w takim a nie innym kontekście, bo liczą na to, że po iluś tam próbach, każdy dureń – a tych jest przecież zawsze dużo i coraz więcej – zrozumie, że jeśli jeszcze nie uznał swojej seksualności, to może właśnie te kartofelki i ta jarzynka go wyprostują?
Mam wrażenie, że jednak mamy tu do czynienia z tą drugą opcją. Skąd takie moje przeświadczenie? Oczywiście ja znam i dziś, i pamiętam też z dawnych czasów, ludzi – chyba jednak głównie mężczyzn – którzy nie mogli poprowadzić zwykłej rozmowy, by od czasu do czasu przynajmniej nie puścić jakiejś aluzji dotyczącej przysłowiowych majtek. Tak się jednak złożyło, że z większością osób, jakie znam i znałem, o seksie praktycznie się nie rozmawia. Maksimum tego na co można tu liczyć, to uwaga, że oto przeszła ładna dziewczyna, albo że któraś z telewizyjnych gwiazd jest naprawdę śliczna. I to tyle. Już tu chyba kiedyś wspominałem o pewnym moim brytyjskim koledze, który na widok Polski zawalonej wręcz pornograficznymi pismami i filmami, powiedział mi, że w Anglii, jeśli ktoś kupuje Playboya (właśnie Playboya – nic więcej), to z góry wiadomo, że to wanker. Mimo to, nie ma dnia, nie ma chwili, nie ma takiego miejsca, żeby do naszych umysłów nie była sączona jedna informacja. Że czas uwolnić swoje emocje.
Miałem kiedyś okazję czytać artykuł, napisany przez amerykańskiego dziennikarza, w którym ten zastanawiał się nad językową karierą słowa party, używanego jako czasownik. Pisał on, że kiedy był jeszcze dzieckiem, słowo to było używane wyłącznie jako rzeczownik i oznaczało tańce, bal, lub przyjęcie urodzinowe. Dziś, już jako czasownik, wydaje się ono nieść wyłącznie konotacje seksualne. Z domieszką oczywiście innych ekscesów. Felieton był pisany jeszcze na przełomie lat 70 i 80, a więc około 30 lat temu, no i przede wszystkim nie tu, lecz w Ameryce. Od tego czasu i do nas zawitała i spopularyzowała się ta forma czasownikowa, jako ‘balowanie’, czy ‘imprezowanie’. A więc pozwolę sobie przez chwilę używać tej naszej terminologii.
A więc dziennikarz, o którym piszę, postanowił któregoś dnia dowiedzieć się, co mają na myśli dzieci, czy też ludzie starsi, ale o umysłowości dziecka, kiedy mówią, że mają ochotę ‘zabalować’. Przeprowadził więc dziennikarską sondę i dowiedział się, że ogólnie rzecz biorąc ‘balowanie’ to „sex, drugs, and alcohol”. Idąc za ciosem, zwrócił się do czytelników, by mu – anonimowo oczywiście – przysyłali listy, w których mu opowiedzą dokładnie, co robią kiedy ‘balują’. Reakcja była potężna. Został zawalony tysiącami listów od uczniów szkól i studentów, którzy mu dokładnie zrelacjonowali swoje w tej mierze doświadczenia i to w takiej obfitości, że się przeraził. Ciekawe jednak było tu jedno spostrzeżenie. Otóż z listów które otrzymał wynikało, że w czasie tych imprez „sex almost neper happened”. Oni robili wszystko. Ćpali, grali w najbardziej kretyńskie gry, chlali, rzygali, nie spali przez całe noce, ale z relacji które otrzymał wynikało jedno – seks był zdecydowanie na ostatnim miejscu. Przyznaję, że jakoś mnie to nie zdziwiło. Pracowałem przez kilkanaście lat w szkole, miałem kontakt z młodzieżą, i wiem, że oni – nie mówię, że seksu nie znali – ale mieli go o wiele bardziej w lekceważeniu, niż choćby jednego małego bonga. Czy nowy tatuaż na kostce.
Czy to dobrze czy źle? Myślę, że pewnie nie najlepiej. Jeśli mamy do wyboru chlanie, rzyganie, ćpanie i robienie z siebie debili, i zwykły – czy nawet wyuzdany – seks, możliwe, że seks jest lepszy. Jednak nie piszę tego po to, żeby ubolewać nad poziomem skretynienia w niektórych środowiskach, lub proponować ludziom zmianę zachowań, ale po to, żeby pokazać, że to co się powszechnie opisuje jako seksualna rewolucja i seksualny postęp i seksualna cywilizacja, prawdopodobnie nie istnieje. Oczywiście – możliwe, że jest jeszcze gorzej. Że cywilizacja, z którą mamy do czynienia, to coś co mamy okazję oglądać w programach telewizyjnych dla dzieci i młodzieży opatrzonych z reguły ostrzeżeniem, że to wszystko co tam się dzieje, odbywa się pod kontrolą ekip ratunkowych, a aktorami są doświadczeni kaskaderzy, i żeby broń Boże samemu nie próbować się podpalać, podłączać do prądu, czy jeść gówna, ale przecież nie o tym ten dzisiejszy wpis.
Ja tylko dziś chciałem zwrócić uwagę na fakt, że znaczna część publicznej przestrzeni, czy to reprezentowana przez Kubę Wojewódzkiego opowiadającego o tym, co on robi u siebie w ubikacji, czy przez reklamę proszku do prania na tle wykręconej w seksualnej ekstazie pary aktorów, jest kompletnie zafałszowana. Jeśli tu tylko chodzi o to, żebyśmy zamiast lać się pasem po dupach, albo pić płyn hamulcowy na czas, albo przypalać papierosem i w ten sposób badać swoją odporność, a wszystko to po telefonicznych zakupach w sklepie z dopalaczami, poszli do burdelu, lub choćby się onanizowali, to może to i jest jakieś rozwiązanie. Tylko po co przy tym gadać o szkodliwości celibatu, o potrzebie edukacji seksualnej w szkołach podstawowych i o potrzebie zwiększenia dostępności środków wczesnoporonnych dla trzynastoletnich dzieci?
No i wreszcie, po co normalnym ludziom wtłaczać do głowy jakieś iluzje na temat tego, że każdy musi, a jak nie musi, to coś z nim nie w porządku? Na zakończenie, powiem tylko że ja jednak chyba wiem, po co. Tyle że to temat na osobny wpis, którego i tak nie będzie. Bo mi się nawet nie chce.

środa, 24 marca 2010

O sygnecie znalezionym na podwórku



Od czasu gdy Bronisław Komorowski – niewykluczone przecież, że przyszły prezydent – oświadczył że z jego punktu widzenia, polskie państwo powinno prowadzić politykę prorodzinną, pod warunkiem, że na celownik weźmie rodziny zdrowe i kulturalne, upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby tę wypowiedź potraktować ostatecznie jako tę część naszego pejzażu, która nas oczywiście zawstydza, a czasem i doprowadza do płaczu, ale z którą nauczyliśmy się żyć. W czasie, który jego organizatorzy nam wyznaczyli na debatę w tej kwestii, wydaje się że powiedziano już wszystko, i to w tak uczciwy i demokratyczny sposób, żeby nikt nie mógł się poczuć ani zapomniany ani pokrzywdzony. No a przede wszystkim, żeby broń Boże samemu Marszałkowi nie stała się najmniejsza krzywda. A więc wszystko odbyło się i zdrowo i kulturalnie, a ostateczne zamknięcie debaty odtrąbił wczoraj inny marszałek – Stefan Niesiołowski, ogłaszając, że każda próba dalszego mielenia tego tematu zostanie uznana przez niego za świństwo i podłość.
W wypowiedzi Niesiołowskiego uderzyło mnie jednak coś innego. Powiedział on mianowicie, że Komorowskiego nie wolno tu dręczyć, nie dlatego, że on nie powiedział tego co powiedział, lub że nie myśli to co myśli, czy nawet że przecież ładnie powiedział, ale bo każdy kto go zna, wie, że to porządny człowiek. I że czasem nawet jeśli on głosi to co pozornie głosi, to robi to z takim autorytetem i z takiej pozycji, że z całą pewnością nie można mu zarzucić, że głosi to co głosi. Ktoś mi powie, że nad słowami Niesiołowskiego nie trzeba się zastanawiać, bo można tylko od tego zwariować, jednak mi nie tyle chodzi o słowa, lecz o postawę. No i jednak nie koniecznie o postawę samego Niesiołowskiego. Ale każdego człowieka, który kiedy już da się opętać, traci wszystko, nawet to czego z pozoru utracić się nie da. Czasem to widać na tanich horrorach, kiedy bohater zmienia się w jakieś straszydło.
Pomyślałem sobie w tych dniach, że Bronisław Komorowski, może przez to że jest myśliwym, zaczął myśleć w kategoriach selekcji nie tylko o tych sarnach, czy lisach, ale o ludziach. On tak długo już sobie tłumaczy, że każde zwierzę, jako odstrzeli ze swoich kumplem Palikotem było albo chore, albo słabe, albo jakieś po prostu krzywe, że dla dobra gatunku i piękna przyrody temu zwierzęciu należy się odstrzał, a im pochwała, że w końcu musiał dojść do tego stanu, gdzie takie na przykład zabiegi in vitro również zaczyna traktować jako pewnego rodzaju służbę. No bo chyba nie przyjemność?
Ten argument brzmi przekonująco. Już w słynnym filmie Taxi Driver Scorsesego, kolega taksówkarz tłumaczy De Niro, że jeśli człowiek robi to co robi przez wystarczająco długi czas, to w końcu w sposób nieunikniony staje się tym właśnie co robi. Ani on sam nie umie tego jasno wyrazić, ani tym bardziej De Niro nie potrafi tego bełkotu zrozumieć, ale wydaje mi się, że coś w tym musi być. Istnieje bowiem z całą pewnością takie niebezpieczeństwo, że jeśli człowiek za bardzo zaczyna się identyfikować ze swoją choćby pracą, zapomina o tym wszystkim co sprawia, że jest przede wszystkim człowiekiem. Pisałem już tu o tym niedawno.
Uważam jednak, że problem Komorowskiego jest inny. Albo nie tylko taki, na jaki go skazuje bycie myśliwym. Wydaje mi się, że to kim on jest, stanowi wynik całego bogatego zbioru sytuacji, zdarzeń i gestów, jaki mu towarzyszy w ostatnich latach jego życia, a więc tak zwanego kontekstu. A i to tylko w najlepszym dla niego wypadku. Bo biorę też pod uwagę, że to nie koniecznie muszą być tylko ostatnie lata, ale że on już po prostu tak ma od dziecka. Nie można wykluczyć, że kiedy dziś Bronisław Komorowski – konserwatysta, harcerz, katolik i człowiek na wskroś porządny – twierdzi, ze człowiek zdrowy i kulturalny bardziej zasługuje na życie niż chory i nieokrzesany, to za tym stoi coś znacznie poważniejszego niż jego towarzyskie i polityczne wybory. On po prostu może już taki być. A więc, w jego wypadku, najpierw by było jajko, a później dopiero kura.
Jarosław Kaczyński określił kiedyś pewien rodzaj kulturowego upadku, jako efekt wychowania na podwórku, czego część w ogóle nie zrozumiała, a część zrozumiała, ale postanowiła udawać, że nie wie o co chodzi. A więc można by było założyć, że w przypadku Komorowskiego to czym on się stał na starość jest jednak kwestią wychowania. I nie ma znaczenia, czy on – lub nawet jego kolega Niesiołowski – pochodzą z tak zwanych dobrych rodzin, a tam gdzie się wychowywali, podwórka nawet nie było, jeśli zapamiętamy, że tak zwane ‘ulicznictwo’, to termin nader pojemny. I nie koniecznie związany z ulicą. Im dłużej patrzę na Komorowskiego, tym bardziej przemawia mi do wyobraźni to własnie kryterium. To może właśnie chodzić nie tyle o las, lecz o ulicę. Symboliczną oczywiście – ale ulicę. To ona sprawia, że człowiek przez całe życie, cokolwiek by nie robił, jakichkolwiek by zasad nie głosił, w cokolwiek by rzekomo nie wierzył, zawsze musi się w końcu odsłonić i wzbudzić u dobrych ludzi coś na kształt nawet nie złości, ale takiego szczególnego znużenia. „Coz people like you make me feel so tired…”
Wczoraj moja córka kazała mi oglądać program Kuby Wojewódzkiego. Nie ze względu na niego, ale ponieważ miała tam wystąpić niejaka Anja Rubik. Jeśli ktoś nie wie, to powiem, bo ja akurat już wiem. Otóż ta Anja Rubik to wybitna polska modelka, podobno obecnie jedna z najważniejszych osób w branży na świecie. Modelka jak modelka. Ładna, zgrabna… cóż powiedzieć? Jak idzie o tę pannę Rubikówną muszę jednak jeszcze dodać, że ona urodziła się w Rzeszowie, przez większą część życia mieszkała w Częstochowie, wyjechała za granicę, kiedy miała szesnaście lat, a dziś gdziekolwiek się pokaże – czy to w jakimś pięknym miejscu w Londynie, czy w studio TVN u boku Wojewódzkiego – każdym swoim słowem i gestem dowodzi, że Rzeszów i Częstochowa to nie byle co. O co mi chodzi? Z jakiegoś powodu, ta dziewczyna zrobiła międzynarodową karierę, a Wojewódzki nie. I z całą pewnością, nie poszło o to, że ona była ładniejsza, czy miała większy talent do języków, niż większość jej koleżanek. Podobnie jak nie o to, że z kolei w towarzystwie które otaczało Wojewódzkiego lepszych od niego nie było, a to że on jest tylko tym kim jest, to wyraz wyłącznie ciężkiej niesprawiedliwości.
Panna Rubikówna przyniosła do studia swoje duże, podpisane przez siebie zdjęcie, z przeznaczeniem na jakąś zwyczajową TVN-owską aukcję, usiadła i zaczęła każdym swoim gestem i słowem udowadniać, że wszystko co uzyskała jest jak najbardziej zasłużone. Wojewódzki z kolei od samego początku zachowywał się jak przedpoborowy debil na dźwięk słowa „majtki”, a więc wiercił się, mlaskał, głaskał po jądrach, aż w końcu powiedział, że on sobie to zdjęcie kupi i powiesi je „w pewnym pomieszczeniu, z którego u siebie w domu często korzysta”. Pamiętam jak przed laty zdarzyło mi się być na koncercie Henry Rollinsa, gdzie jako tak zwany suport występowała Agnieszka Chylińska. Przed występem, otrzymała ona jakąś złotą, czy platynową płytę i oświadczyła oniemiałej publiczności, że ona sobie to trofeum powiesi w łazience i podczas kąpieli będzie na nie „tryskała śluzem”. To właśnie tamto doświadczenie pozwoliło mi też zrozumieć typ wrażliwości, który zademonstrował wczoraj Kuba Wojewódzki. Kiedy on z charakterystycznym uśmiechem zasugerował tej dziewczynie, że będzie się regularnie onanizował przed jej zdjęciem, różnica między nimi zrobiła się jeszcze większa niż była na samym początku. A już wtedy wydawała się być największa z możliwych.
A więc wraca pytanie, skąd coś takiego się bierze? Co sprawia, że dla niektórych ludzi nawet powaga i oczywiste dostojeństwo jakiegoś miejsca nie jest wystarczającym powodem do tego, żeby się zachować? Gdyby to tylko chodziło o Wojewódzkiego, to jakoś bym przeżył. Ale problem tego co Jarosław Kaczyńskie jakże słusznie nazwał ‘podwórkiem’, przekracza wszelkie pozorne i faktyczne granice. Pamiętam jak kiedyś ktoś zorientowany odpowiadał mi, jak nasza lokalna sława muzyki rockowej, zespół Maanam planował zrobić karierę w Ameryce. Pojechały więc te krakowskie gwiazdy tam do tego Nowego Jorku, i od razu w pierwszy wieczór wszystko stracili, ponieważ okazało się, że ci którzy mieli w planie ewentualną współpracę, po prostu rzucili dyskretnie okiem na ich zachowanie w jednej z pierwszych niezobowiązujących sytuacji i stracili zainteresowanie.
Dziś, kiedy patrzę na Bronisława Komorowskiego, Stefana Niesiołowskiego, Radka Sikorskiego, Kubę Wojewódzkiego… ale też na tę Anję Rubik, doskonale czuję, o co w tym wszystkim może chodzić. Bronisław Komorowski jest oczywiście tym kim jest, mówi co mówi, myśli co myśli, ale przy tym wszystkim nie jest w stanie się oderwać od swojej natury. Od tego duchowego, nie fizycznego, backgroundu. A więc jego opinia na temat zdrowia i kultury, to zwyczajne odgłosy podwórka i ulicy. Nawet ten sygnet, który nosi na swoim wypilniczonym paluszku, nie zmieni tego faktu. Trudne? Wcale nie tak bardzo. Wystarczy tylko trochę ruszyć głową.

poniedziałek, 22 marca 2010

Mistrz i Małgorzata - wersja hardcore



Wpis który w tym momencie powstaje, od samego początku jest wynikiem pomyłki. Pomyłki błogosławionej, ale o tym na koniec. O co poszło? Otóż kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że Małgorzata Domagalik do kolejnego programu zaprosiła lidera czarno-metalowego zespołu o dźwięcznej nazwie Behemoth, Adamem Darskim, uznałem że muszę najpierw ten wywiad obejrzeć, a następnie skomentować go na tym blogu. Ktoś mnie spyta, jak to możliwe, że jeszcze przed zapoznaniem się z wymianą między Domalgalikową a tym Darskim, wiedziałem że będę w ogóle miał powód, by o czymkolwiek pisać? Tu właśnie tkwił ten błąd. Ja znam trochę Małgorzatę Domagalik i równie trochę Darskiego, i to czym on się zajmuje. I z tej wiedzy mogłem wnioskować, że zapowiadana rozmowa potoczy się w bardzo jednoznacznym kierunku. Domagalik będzie go pytała o diabła, a on będzie ją sobie skutecznie owijał wokół palca, i na koniec programu zostawi ją w takim stanie, że ona będzie wiedziała tylko jedno. Żadnego diabła nie ma, jest tylko słońce i drzewo i wieczna pustka, albo coś równie chorego, a sam Nergal – on sam na siebie tak woła – jest przemiłym, oczytanym i wybitnie inteligentnym chłopcem o ujmującym uśmiechu. A wiedząc że tak będzie – nawet nie dlatego że Domagalik jest zwyczajnie głupia – ale z tej prostej przyczyny, że na kogoś takiego jak ten Nergal można wyłącznie wysyłać doświadczonego egzorcystę, a jak egzorcysta nie da rady, to po prostu snajpera, a nie jakąś telewizyjną gwiazdkę, pomyślałem sobie, że będzie trzeba dać świadectwo. Żeby przynajmniej w ten sposób spróbować zrównoważyć publiczne szkody, jakie niewątpliwie Domagalik swoją blond-bezmyślnością narobi.
I oto, od samego początku programu widać biło, że nic z tego nie będzie. Że nawet ja – ze swoim naprawdę bardzo krytycznym poglądem na intelektualne możliwości Małgorzaty Domagalik – nie doceniłem stanu w jakim ta nieszczęsna kobieta się znajduje. Od samego początku, od pierwszego spojrzenia, od pierwszego słowa, widać było że Domagalik jest w najbardziej przykry sposób w tym Nergalu zakochana. Zakochana w taki sposób, jak pewien typ nauczycielek zakochuje się w niektórych bardziej przebiegłych uczniach, czy panie psychoterapeutki w psychopatach, których miały zbadać i już w pierwszym dniu okazało się, kto tu w tym pojedynku jest intelektualnie sprawniejszy. Od momentu jak ona wybłagała, żeby Darski pozwolił do siebie mówić „Adamie” i do niej zwracał się per „Małgorzato”, przez prośbę, żeby pozwolił sobie zrobić z nią zdjęcie, po finałowe „Fajnie z tobą rozmawiać”, to co Małgorzata Domagalik odstawiła na oczach telewidzów było tak straszne, że w pewnym momencie zacząłem się autentycznie obawiać, że ona za moment poprosi go nagle, żeby pozwolił jej dotknąć swojego tatuażu, albo wręcz żeby ją pocałował. Teraz już wiem, dlaczego program, który na samym początku był nadawany na żywo, od pewnego czasu jest już nagrywany. Widocznie kierownictwo TVN-u zna Małgorzatę Domagalik odpowiednio dobrze, a głupio zrywać umowę.
Skoro nie było o diable, to o czym było? O wszystkim. O życiu, o muzyce, o dzieciństwie, o szkole, o ukochanej gitarze, o miłości, o pięknie, o książkach. Domagalik mówiła mu o tym, jak jej się podoba jego muzyka, jej intensywność i ta „ściana dźwięku” i te emocje, a sam Darski przez cały czas był cudownie elokwentny, sympatyczny, uśmiechnięty, elegancki… no i piękny. Przepiękny. Dlaczego? Skąd? W jaki sposób? Domagalik go o to nie pytała. Nie miała ani siły, ani chęci, ani potrzeby. W końcu on sam, widząc że traci czas, i zamiast mówić o sprawach ważnych, musi odpierać awanse jakiejś pani, nie wytrzymał i parę razy powiedział nam, o co chodzi. Sam z siebie. W końcu on tam też nie był po to żeby się polansować – jemu to jest naprawdę niepotrzebne – ale żeby, tak jak my, dawać świadectwo. A więc powiedział na przykład, że jego wszystkie piosenki są „o miłości i Jezusie”. Czy o miłości do Szatana i nienawiści do Jezusa? On tego nie powiedział, a ona oczywiście nie spytała. Ale z uśmiechu – jej i jego – widać było, że jest dobrze. I cudownie. Ale wspomniał też i o samym Szatanie – bez pytania, bez potrzeby. Że jest mądry i elegancki, i sympatyczny i wyszczekany. I że jego bardzo bawi, kiedy widzi jak ludzie ulegają temu urokowi bardziej niż choćby tej jakiejś Biblii.
Pod sam koniec rozmowy, Małgorzata powiedziała, że to taki paradoks, że on swoją pierwszą gitarę kupił za pieniądze, które otrzymał z okazji Pierwszej Komunii. A Mistrz jej na to z miłym uśmiechem, że to rzeczywiście piękne. Naprawdę piękne. I na to mój syn, o którym już tu wspominałem, że on z całą pewnością ma w sobie coś szczególnego, zawołał wesoło: „O! To on jest ochrzczony! W ten sposób jest, jak my, Dzieckiem Bożym. I już go nic nie uratuje”.
Przed chwilą pewien mój bardzo bliski kolega powiedział mi, żebym się tak nie cieszył. Bo choć wszyscy należymy do Boga, to jednocześnie jesteśmy doskonale wolni i możemy Bogu powiedzieć „nie”. No tak. To jest prawdziwa tajemnica. To jest tajemnica naszej wiary, naszego upadku i Jego miłości. Okazuje się, że jednak warto czasem oglądać ten TVN. Dla takich refleksji? Jeśli idzie o mnie, gotów byłbym nawet za to płacić.

sobota, 20 marca 2010

O zasadach co weszły w szkodę



Zupełnie niedawno nasz ksiądz zasugerował, że te teksty układają się w ciąg tematyczny. Chodzi o to, że pojawia się jakiś temat, a później to już właściwie wszystko jest o tym samym. A więc jest jakoś tak, że jeśli ja tu dam wpis o miłości, to nawet jeśli kolejny będzie traktował o kupie przy drodze, to i tak będzie o miłości. Zaznaczam, że ja tę uwagę odebrałem jako komplement. Mimo że sam czegoś takiego nie dostrzegam, miło mi to słyszeć. Okazuje się bowiem, że duch – lub ewentualnie Duch – działa. A przecież, o cóż więcej może chodzić?
Może też się ten proces odbywać w przeciwnym kierunku. Mianowicie szereg tekstów jest z pozoru o niczym – lub nawet o przysłowiowej dupie Maryni – a nagle, któregoś dnia… hop! I okazuje się, że wcale nie. Bo one są wszystkie o jednym i tym samym. Tyle że o tej dupie na samym dopiero końcu. Przyszło mi to do głowy dziś, gdy z moim kumplem redpillem gadaliśmy sobie o sensie, czy też bezsensie przyjmowania ulotek reklamowych od dzieci sterczących popołudniami na ulicach naszych miast. Napisałem więc pewien komentarz, wprawdzie nie do redpilla, ale do tede – innego mojego kolegi – choć w sprawie poruszonej wcześniej, i nagle wyszło mi, że od pewnego czasu prześladuje mnie problem, który nazwałbym atakiem pustego fanatyzmu i równie pustych zasad. Mam wrażenie – dziś dopiero – że on wybuchł z potężną siłą we wcześniejszym jeszcze wpisie, niby o piosenkach i latach 60-tych. Zaczęło się od tego, że szedłem sobie drogą, słuchałem muzyki i nagle zaczęło lecieć to If I Had A Hammer Seegera. Leci więc piosenka, którą zawsze uwielbiałem, zawsze sobie nuciłem, zawsze uważałem, że jest po prostu świetna i wyjątkowa, i nagle zrozumiałem, że za tym pięknym głosem, tym cudownym rytmem, stoi właściwie wyłącznie rządza niszczenia. Obojętnie jakiego – może być nawet nienarodzonego dziecka. Że wśród tych słów o „braciach i siostrach”, o „wolności” i „miłości” czai się tak podstępne zło, że jeśli się tylko odpowiednio wczuć, to nawet Francuska Rewolucja może spokojnie położyć po sobie uszy.
I od razu przypomniałem sobie pewien wywiad z Richardem Nixonem, byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych, w swoim czasie bardziej znienawidzonym człowiekiem niż dziś George W. Bush, czy nawet Lech Kaczyński, wciąż powszechnie uważanym za prezydenta zdecydowanie najgorszego, kiedy ten opowiadał jak to któregoś dnia miał wygłaszać przemówienie o wycofaniu pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu i podeszła do niego śliczna, może 16- letnia dziewczyna, i krzycząc „Ty morderco”, napluła mu w twarz. Ponieważ działo się to w Ameryce, a nie w Rosji, nikt tego dziecka nie zastrzelił, ani nie wywiózł na Sybir i nie zgwałcił, ale Nixon po prostu wytarł sobie twarz i wygłosił to przemówienie. Przypomniałem sobie ten wywiad i pomyślałem, że tamta dziewczyna musiała wyglądać jak młoda Mary Travers. I wtedy przypomniałem sobie coś jeszcze. Mianowicie tekst autora, którego czytam, amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, o roku 1968, kiedy ten studiował w collegu. Pisze on tak:

„Nie było akademików w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Zamiast tego, każdej jesieni studenci byli przydzielani do różnych komun, a następnie do pokoi o nazwach takich jak ‘Peace Farm’, czy ‘Hanoi Heaven’. Normalne jedzenie było zakazane. Jedliśmy wyłącznie orzeszki i muesli. Nie pozwalano mieć pieniędzy. Wszyscy żyliśmy z pracy naszych rąk i dzieliliśmy się wszystkim z innymi, dla dobra ludu. Całe lata spaliśmy na podłodze, ponieważ czuliśmy, że tak jest bardziej naturalnie, no a przede wszystkim w ten sposób demonstrujemy solidarność z naszymi braćmi i siostrami w Trzecim Świecie. Często, w pokoju mieszkało 15 czy nawet 16 studentów. Nie było kluczy ani zamków, ponieważ wszyscy byliśmy piękni i ufaliśmy sobie wzajemnie […] Studenci publicznie uprawiali seks. Często na zewnątrz, w błocie. Kiedy kończyliśmy studia, wielu z nas miało na koncie do tysiąca partnerów. Pigułki antykoncepcyjne były rozdawane za darmo i dostępne dla wszystkich, w pojemnikach ustawionych w strategicznych miejscach campusu. Kiedy było gorąco, chłopcy i dziewczyny chodzili nago, również na zajęcia”
I tak dalej, i w tym mniej więcej kierunku. Ja bym jeszcze dodał, że z całą pewnością wszyscy śpiewali piosenki Seegera i denerwowali się, że Bob Dylan okazał się Judaszem..
I nagle przyszło mi do głowy, że wprawdzie ówcześni amerykańscy studenci są już dziś po sześćdziesiątce, to jednak, ponieważ cały ten nurt typu flower power – oczywiście wyłącznie jako moda, i zapewne modyfikowany przez radykalne idee płynące z Paryża – docierał do nas z opóźnieniem i pewnie przez kilka dobrych lat, to niewykluczone, że te piękne, młodzieńcze przeżycia i wspomnienia, są wciąż udziałem obecnych 50- i 60-latków. A więc ludzi, którzy tworzą nasze obecne życie. I tu w Polsce i przede wszystkim w Europie. To oni właśnie – jeśli założymy, że wciąż są ludźmi ideowymi o niewzruszonych zasadach – mogą tworzyć i teraźniejszość i – co najważniejsze – przyszłość. Oczywiście, nie w tak dramatycznie oryginalnej formie, ale zawsze z tą wizją przed oczami. I się przestraszyłem. Słuchałem tego wiecznego przeboju i zadrżałem.
Pisałem tu jakiś czas temu o nożach. Kilkunastu, pięknie wykonanych nożach, które zobaczyłem na wystawie dworcowego kiosku. Nożach tak tanich, że prawdopodobnie tylko do parorazowego użytku, z których – gdybyśmy chcieli ich używać do krojenia ryb, czy cięcia gałęzi – po paru dniach odpadłoby ostrze, albo złamałaby się rączka. Ale na jedną okazję – idealnych. Ktoś te noże produkuje, ktoś je rozwozi po kioskach i ktoś je w tych kioskach wystawia, i każdy z nich – jeśli tylko myśli – wie, że one służą wyłącznie do tego, by je nosić w kieszeni i od czasu do czasu kogoś zabić. Niedawno szedłem sobie z pracy, z naprzeciwka podeszło paru gimnazjalistów, i jeden z nich stanął przede mną i zapytał mnie, co kurwa? Ominąłem go bez słowa, bo wiedziałem, że jest bardzo możliwe, że on też nosi taki nożyk i jak mu coś strzeli do głowy, to kto wie, co się stanie?
Przedwczoraj w telewizji TVN24 poinformowano, że w tak zwanych sklepach z dopalaczami i – jak najbardziej – sex shopach, pojawił się ostatnio środek, który jest równie skuteczny jak kokaina, tyle że tańszy… no i przede wszystkim całkowicie legalny. Reporter TVN-u rozmawiał z policjantem, który przyznał, że nie ma żadnego sposobu, żeby z tym walczyć, bo jest jak jest i na to nie ma rady. Ja się tylko mogę domyślać, że on ma rację. W moim mieście jest parę sex-shopów, kilka burdeli, i co najmniej jeden sklep sprzedający narkotyki, na którym ostatnio nawet pojawił się numer telefonu, pod który można zadzwonić i zamówić dostawę do domu. A skoro to wszystko jest, to chyba faktycznie tak ma być. O tym, że tak ma być przekonali mnie uczestnicy tzw. Drugiego śniadania mistrzów. Kiedy piszę ten tekst, zza ściany dobiega rozmowa zaproszonych przez TVN do studia celebrytów. Rozmawiają o dopingu Kornelii Marek. I słyszę jak któryś z nich mówi, że on uważa, że doping w sporcie powinien zostać zalegalizowany, bo tak będzie bardziej szczerze. Ktoś drugi mówi na to „Nie”. Ktoś inny pyta „Dlaczego?” Jeszcze ktoś mówi: „Bo to niebezpieczne”. A ja się zastanawiam, czy cisza, która zapadła, to był czas na refleksję, czy komuś opadły ręce? I mam wrażenie, że to naprawdę wszystko jedno.
Też przedwczoraj, prawdopodobnie w celu zróżnicowania oferty informacyjnej, opowiedziano nam historię kobiety, która poczuła silny ból w ramieniu i lekarz w jej przychodni przepisywał jej paracetamol tak długo aż w końcu umarła na raka…
Wygląda na to, że równie dobrze mógłbym ten blog przekształcić w regularny przegląd mediów i chyba nikt by nie zauważył różnicy.
Niektórzy mówią, że wszystko ma swoją cenę, a w tym też fakt, że żyjemy w cywilizacji liberalno-demokratycznej. Z naciskiem na słowo ‘liberalny’. Ktoś od nas mądrzejszy i przede wszystkim bardziej wpływowy kiedyś zdecydował, że tak będzie lepiej… no i teraz trzeba z tym jakoś żyć. Na szczęście można przy tym wypowiadać opinie. Przynajmniej na razie i przynajmniej tak się zdaje. A więc mówię. Mam wrażenie, że każde z tych trzech zdarzeń, czy może zjawisk, jest w ten czy inny sposób wynikiem tamtego szaleństwa. Wydaje mi się, że historia tak jakoś się potoczyła, że tamto zło się wielokrotnie przepoczwarzyło i przyjęło formę, z którą obecnie się musimy zmagać. Tak jakby w ogóle dzieje, były w gruncie rzeczy wyłącznie dziejami fanatyzmu. Fanatyzmu, który – jak to wyraziłem we wspomnianym komentarzu – wpływa na człowieka w ten sposób, że nie pozwala mu tylko w coś wierzyć i twierdzić, że jego wiara jest słuszna, i z tej wiary tworzyć zasady, reguły i sposoby postępowania. On jest tak intensywny, że zmienia samego człowieka i jego życie nieodwracalnie. Człowiek zostaje socjalistą, liberałem, konserwatystą, protestantem, katolikiem, okultystą, masonem – nie dlatego, ze sobie to wszystko mądrze wymyślił, ale że gdzieś coś przeczytał i mu się to spodobało – i nagle okazuje się, że ta idea mu się tak podoba, że przestaje być człowiekiem, ale najbardziej już jest tym socjalistą, liberałem, konserwatystą, protestantem, katolikiem, okultystą, masonem. Tak jakby bycie człowiekiem, przez swoją niedookreśloność, było wyłącznie jedną wielką kupą nudów. Tak jakby, jeśli chce się tylko znaleźć odpowiedź, czy choćby zadać pytanie, nie wystarczyło być człowiekiem, ale trzeba było sięgać do specjalnej przegródki z ideami i tych idei odpowiednim opisem.
Jak to działa na poziomie podstawowym, czyli w życiu? Przykładów mamy mnóstwo. Ktoś jest tym satanistą, więc natychmiast goli sobie w określony sposób głowę, nad tyłkiem daje sobie wytatuować łeb kozła, a później już tylko trenuje pewien typ spojrzenia, mówienia i ruszania się, którego już żaden zwykły człowiek nie podrobi. Kto inny zostaje liberałem i kiedy widzi jak ktoś pod lokalnym supermarketem zbiera jedzenie dla biednych, wzrusza ramionami i mówi, że pracy jest wszędzie mnóstwo, tylko że ludzi są mało zaradni. Ktoś jest pobożnym katolikiem i zamiast być sobie tym pobożnym katolikiem, ile razy mija kościół, to klęka, robi znak krzyża i głośno wszystkich informuje, że Jezus jest jego Panem. Niektórzy nawet podobno instalują sobie kropielnice w domu przy drzwiach… O innych pisałem przy poprzednich okazjach.
Myślę o tym sklepie sprzedającym owe dopalacze. Nie zdarzyło mi się tam nigdy zajrzeć. Podobnie jak nigdy nie zdarzyło mi się wejść do sex-shopu. Domyślam się jednak, że musi tam wyglądać jak w każdym innym sklepie. Są półki, na półkach towar, jest też lada, a za ladą kobieta, czy mężczyzna. Jest też ten telefon, z którego się odbiera zamówienia. Myślę sobie, ze gdybym tak zadzwonił i poprosił, żeby mi ktoś przywiózł do domu całą kupę tych tzw. dopalaczy, a później bym sterroryzował tego dostawcę i kazał mu to wszystko zeżreć, a później bym patrzył jak zdycha, to przede wszystkim wykazałbym się silnym przywiązaniem do swoich zasad, a przy okazji może i nawet bym poczuł pewną satysfakcję. Ktoś mi powie – nawet wiem kto – że to nie to samo. Owszem, to jest dokładnie to samo. W końcu ma się te zasady, prawda?

czwartek, 18 marca 2010

Mamy już władcę. Jednego.



Nie wiem, jak jest w innych częściach kraju, ale u nas w Katowicach za darmo rozdają tzw. Metro. Oczywiście, ile razy mam okazję, to – podobnie jak ulotki od dzieci – biorę ten papier, składam go do wielkości kieszeni i wrzucam do najbliższego kosza na śmieci. Dlaczego ‘oczywiście’? No bo czemu nie? W końcu ci ludzie tam stoją po to, żeby wszystkie je rozdać, prawda? A mnie to wyciągnięcie ręki przecież nic nie kosztuje? Czy nie tak? Dlaczego natomiast nie czytam Metra? Swoje powody mam od bardzo dawna, a dzisiaj opowiem zaledwie o ostatnim z nich. Niezwykle mocnym. Jak pięść Lenina.
A więc, tak się składa, że moja starsza córka, dojeżdżając na uczelnię do Sosnowca, zawsze bierze Metro i czyta je od deski do deski w autobusie. Tak ma. Ja nic na to nie poradzę, a poza tym – jej sprawa. Jest dorosła i odpowiada za siebie. Co ja miałem do zrobienia, to już starałem się zrobić wcześniej. Dalej moja rola się kończy. Następnie przywozi Toyahówna to Metro do domu i, już pewnie bardziej z nudów, czyta je do obiadu. Później ono się pałęta po stole, aż trafi do śmieci. Wczoraj jednak leżało jakoś dłużej i trafiło na mnie. Zajrzałem, przeczytałem… i oto co już wiem. Najpierw tytuł: „Pielęgniarka Ewa jednak istniała”. A poniżej tak:

„W debacie wyborczej w 2007 r. Donald Tusk, mówiąc o zarobkach pielęgniarek, powołał się na rozmowę z panią Ewą ze szpitala w Skarżysku-Kamiennej. Dziennikarz TVN Tomasz Sekielski w filmie Władcy Marionetek dowodzi, że taka osoba nie istnieje. Na stronie internetowej premiera opublikowano oświadczenie z 2007 r. w którym kobieta imieniem Ewa zezwala na podanie jej pensji do publicznej wiadomości. W imieniu premiera rozmawiali z nią współpracownicy szefa PO. Zamieszczono także list dyrektora szpitala do Sekielskiego z 2008 r., w którym dyrektor informuje dziennikarza, że kobieta pracuje w skarżyskim ZOZ-ie”
Ponieważ powyższa informacja zrobiła na mnie wrażenie wręcz porażające, zwróciłem się do mojego syna, który i jest bardzo zainteresowany tym co się u nas dzieje i w dodatku jeszcze wykazuje w tych sprawach niezwykłą czujność i zdrowy rozsądek, żeby rzucił na to okiem. On spojrzał, przeczytał i powiedział coś w stylu: „O kurcze, niedobrze!” Kiedy go spytałem, co niedobrze, powiedział mi, że niedobrze, bo okazuje się że Sekielski został przyłapany na kłamstwie. Właśnie tak.
Podkreślam jeszcze raz. On nie jest pierwszym z brzegu przypadkowym obserwatorem. Interesuje się polityką, stawia bardzo dobre diagnozy, no i – co równie ważne – oglądał dokument Sekielskiego. A więc wie, co tam było, a przynajmniej wiedzieć powinien. I teraz, przy tym wszystkim, przeczytał mój syn informację z Metra i ją łyknął dokładnie według zamierzeń polityków Platformy, autorów, redaktorów, a pewnie i władców Metra. A więc mamy zmartwienie. Bo skoro on łyknął, to łyknęło mnóstwo innych, nie wykluczam że może i wszyscy. A skoro łyknęli, to znaczy że to jednak działa. I to już może martwić.
Wszystkim tym, którzy nie oglądali filmu Sekielskiego, ale też tym, którzy go oglądali, ale niewiele im to dało, przypominam. Początkowa sekwencja o pielęgniarce Ewie wygląda tak, że Sekielski rozmawia z Adamem Łaszynem, zawodowym kłamcą, który w roku 2007 pomagał Tuskowi prowadzić kampanię, i chyba też przygotowywał go do debaty z Kaczyńskim. Poza Łaszynem, rozmawia Sekielski z pielęgniarkami w Skarżysku-Kamiennej, dyrektorem tamtejszego szpitala, no i próbuje o tę Ewę pytać Tuska, choć tu akurat bez efektu. A więc wszystko zaczęło się od tego, że w telewizyjnej debacie Tusk, chcąc pokazać, że jest człowiekiem bliskim zwykłym ludziom, mówi, że rozmawiał z „pielęgniarką Ewą” ze Skarżyska i ona mu powiedziała, ile zarabia. Sekielski próbuje się na to dowiedzieć od wszystkich swoich rozmówców, czy jest tam jakaś Ewa, z którą rozmawiał Tusk, i wszyscy mu tłumaczą, że nie ma takiej możliwości. Że Ew jest dużo, ale gdyby któraś z nich rozmawiała z kimś takim jak Tusk, to z pewnością cały szpital by o tym wiedział. Sam dyrektor szpitala – ewidentny krętacz – staje na głowie, żeby nic nie powiedzieć, ale i tak w końcu wyjaśnia, że tam kręcili się jacyś przedstawiciele sztabu wyborczego Platformy i on im jakieś kwity tam dał. Jak idzie o Łaszyna, ten wyłącznie uśmiecha się głupkowato i zaklina się, że pomysł z Ewą nie był jego, tylko pewnie kogoś ze sztabu Tuska. Że on akurat by czegoś tak marnego nie wymyślił. Ani w jednym punkcie tego filmu nie pada informacja, że żadna pielęgniarka o imieniu Ewa nie istnieje. Wręcz przeciwnie, że pewnie takich jest kilka, bo Ewa to popularne imię. Tyle tylko, że z całą pewnością żadna z nich nie rozmawiała z Donaldem Tuskiem. Ani Sekielski, ani nikt inny, ani przez moment nie sugeruje, że żadna z tych Ew czegoś nie podpisywała. Odwrotnie, pielęgniarki opowiadają, jak one podały wysokość swoich pensji, i z tych pensji ktoś obliczył średnią, i ta średnia została przypisana do jakiejś pielęgniarki Ewy. Dyrektor – jak już pisałem – w sposób oczywisty kręci, ale i tak, z tego co pokazuje Sekielski, wynika wyłącznie, że sztab Platformy przeprowadził jedną ze swoich akcji w szpitalu w Skarżysku, do tej akcji wykorzystał pomoc dyrekcji szpitala, a Tusk bezczelnie kłamał. I tyle.
Już pisałem w jednym z poprzednich wpisów, że sprawa pielęgniarki Ewy w ogóle nie jest istotna. Przy tych zmielonych podpisach, czy przy kasie obiecanej piekarzowi przez Palikota, czy choćby nawet przy tych kilku ujęciach, na których widzimy Donalda Tuska bez maski, ta Ewa to nic. To zero. Ale, ze zrozumiałych powodów, akurat właśnie owo Skarżysko znalazło się w samym oku dyskusji. I akurat to, zostało wykorzystane do – tandetnego i tak wyjątkowo niskiego – uderzenia w film Sekielskiego. I właśnie to pokazało nam tak dobitnie, jak to właśnie dziennikarze kłamią co najmniej równie intensywnie jak politycy. Tyle że, niestety, skuteczniej. I o tę skuteczność chodzi. Politycy, jak wiemy, rozliczani są z każdego słowa. Każde ich kłamstwo, każde oszustwo, prędzej czy później, zostanie im wyciągnięte. I jeśli zbierze ich się wystarczająco dużo, może doprowadzić nawet do końca ich nędznej kariery.
Dziennikarze robią wszystko, żeby tę sprawiedliwość powstrzymać. Robią to w poczuciu absolutnej bezkarności i – co gorsza – w słusznym przekonaniu o skuteczności tych swoich brudnych aktów. Gdyby moje obawy, wyrażone w dedukcji, że skoro mój syn, to czemu nie wszyscy, okazać by się miały słuszne, to niech nas Bóg broni. I przed politykami i jeszcze bardziej przed dziennikarzami. I przede wszystkim, przed naszym osobistym lenistwem. A jak już idzie o Sekielskiego, to apel może być tylko jeden – niech on jednak zacznie pracować nad kolejnym filmem. Wprawdzie najprawdopodobniej nic z niego nie wyjdzie, ale może chociaż trafi do Internetu. W końcu po coś ten Internet mamy, prawda?

środa, 17 marca 2010

O młotach, zomowcach i rock'n'rollu



W scenariuszu Pulp Fiction jest scena, która z jakiegoś powodu nie zmieściła się w filmie, choć szczęśliwie można ją obejrzeć w scenach usuniętych. Piszę „szczęśliwie” ponieważ uważam, że zawiera ona fragment niemal najlepszy ze wszystkiego co się tam w ogóle dzieje. Kiedy Mia po raz pierwszy spotyka Vincenta, pyta go czy on przypadkiem nie jest jakimś krewnym Suzanne Vega, piosenkarki. Vincent odpowiada jej mniej więcej w taki sposób: „Tak. Suzanne Vega to moja kuzynka. Ale nic mi nie wiadomo o tym, żeby miała zostać piosenkarką. Ale w końcu ostatnio mało bywam w domu”… No tak. To jest mistrzostwo świata. Dla tego kawałka, biorąc pod uwagę cały kontekst filmu, warto uznać, że Tarantino to geniusz. Aż geniusz i tylko geniusz. Ale geniusz.
Jednak to co nas dziś powinno bardziej zainteresować, to następna już chwila, gdy Mia informuje Vincenta, że ona musi się koniecznie dowiedzieć z kim idzie na kolację, a do tego musi przeprowadzić pewien quiz, który sprawdzi, czy Vincent należy do klasy tzw. ‘Beatles people’, czy do ‘Elvis people’. Mia wierzy, że ludzie dzielą się dokładnie na te dwie kategorie i przynależność do jednej z tych grup determinuje człowieka ostatecznie i nieodwołalnie. A więc zadaje Vedze serię pytań dotyczących tego, co lubi i co by zrobił w tej lub innej sytuacji, pomału uzyskując oczekiwaną przez siebie wiedzę, że Vincent Vega to oczywiście człowiek Elvisa.
Przyznaję że kiedyś, gdy byłem wciąż młody i naiwny, uważałem, że tego typu test jest idealny. Może nie w odniesieniu do Elvisa i Beatlesów, ale, owszem, w tym mniej więcej kierunku. Beatlesi, czy Rolling Stonesi? Pink Floyd czy Sex Pistols?Leon Zawodowiec czy Dirty Harry? Chorwacja czy Alaska? Dziś, po latach, coraz częściej, i to z bólem serca, stwierdzam, że to jest kompletnie bez znaczenia. Podobnie, jestem głęboko przekonany, że nawet podział tarantinowski na ludzi Elvisa i ludzi Beatlesów nic by tu nie dał, a wręcz mógłby nas wpędzić w bardzo paskudną pułapkę. Ale nie traćmy ducha. Wszystko jest do naprawienia.Wciąż są sposoby, i w dodatku, w co mocno wierzę, są one znacznie lepsze i znacznie skuteczniejsze niż cokolwiek innego. I jeśli ktoś myśli, że chodzi mi o pytanie czy jesteś za Platformą czy PiS-em, to jest w głębokim błędzie. To akurat jest jeszcze gorsze i jeszcze bardziej bezużyteczne. Może nawet jeszcze bardziej, niż to mnie nawet się wydaje.
Jakiś czas temu zrobiłem sobie wybór niemal trzystu piosenek, który zatytułowałem Another Bunch Of Jolly Nice Songs i który, jak idzie o to co lubię, jak na razie w zupełności zaspokaja moje estetyczne potrzeby. Wśród nich – akurat naszło mnie na nie dziś – są dwa stare, mniej więcej z tego samego okresu, a więc z lat sześćdziesiątych, kompletnie głupkowate, ale przepiękne hity. Jeden z nich to przebój zespołu Peter, Paul and Mary, zatytułowany If I Had A Hammer. Po polsku leciałoby to mniej więcej tak:

„Mam ten młot
I mam ten dzwon
I mam tę pieśń, którą śpiewam
Na cały kraj
To młot sprawiedliwości
To dzwon wolności
To pieśń o miłości między moimi braćmi i siostrami
Na cały kraj
”
Druga piosenka to przebój zespołu Herman’s Hermits zatytułowany What A Wonderful World. To z kolei brzmi tak:

„Nie znam się na geografii
Nie znam się na trygonometrii
Nie znam się na algebrze
Nie wiem po co jest suwak logarytmiczny
Ale wiem, że jeden i jeden to dwa
I gdyby to jeden mogło być z tobą
Jakiż piękny byłby świat!
”
Na czym polega zagadka? Otóż obie te piosenki, z mojego punktu widzenia, są jednymi z najpiękniejszych piosenek ever. Są z tego samego okresu – a więc reprezentują tak zwane „lata 60-te” – i jak większość tego co się wtedy pisało, są głupie jak niewiadomo co. Piękne, a jednocześnie – jak idzie o przekaz – są nieprawdopodobnie naiwne i niemądre. Więc uważam, że to właśnie czyni pozycję wyjściową idealną. To nie jest Mick Jagger i Paul McCartney. To nie jest punk rock i progressive.To nie jest McDonald’s i Bombai Tandoori. To nawet nie jest pepsi i cola. To Herman’s Hermits i Pete Seeger. Teraz tylko wystarczy wysłuchać tych dwóch, niemal identycznych piosenek, i odpowiedzieć na pytanie: Kim jesteś? Człowiekiem od Herman’s Hermits czy od Seegera?
Ostatnio było wyłącznie poważnie. Poważnie i strasznie. Niekiedy wręcz przerażająco. Poznaliśmy przy okazji najprzeróżniejszych ludzi i najbardziej różnorodne postawy. Jestem pewien, że nie są one jednak aż tak przeróżne, jakby się wydawało. To są właściwie wyłącznie dwie postawy. Oczywiście wiem, że każdemu jest dobrze ze sobą, a mnie nic do tego. Więcej. Nikomu nic do tego. Ale przyznam zupełnie otwarcie, że gdybym miał trafić do bandy Seegera, to już wolałbym, żeby na mnie mówili, że ja stoję tam, gdzie stało ZOMO. I zapewniam, że tak by było lepiej nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich. Byłoby dla was lepiej, gdybyście stali tam, gdzie stało ZOMO.

ITI zaprasza na wycieczkę



Pewnie niektórzy zauważyli informację, która pojawiła się kilka dni temu, a dotyczyła tego, że prokuratura gdzieś w Łodzi czy Wrocławiu – obojętne – postanowiła zbadać sprawę obwieszenia miasta przez jakąś organizację proaborcyjną plakatami zachęcającymi kobiety do usuwania ciąży w Wielkiej Brytanii. Na plakatach nie było nic drastycznego. Zdjęcie dziewczyny i kupka informacji o tym, że tam to zrobią tanio, porządnie, przytulnie i bezpiecznie. Mimo to, miejscowa prokuratura uznała, że istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa i wszczęła dochodzenie.
Przyznam że trochę mnie to zdziwiło. Ja oczywiście wiem, że w Polsce mordowanie nienarodzonych dzieci jest dozwolone tylko czasami, podobnie jak picie na ulicy, czy palenie w pociągach, natomiast nie spodziewałem się, że jeśli ktoś powiesi plakat z informacją, że to co masz zrobić drożej i mniej komfortowo w Łodzi, zrób taniej i sympatyczniej w Londynie, może zostać oficjalnie uznane za występek. Zdziwiło mnie to, ale oczywiście i ucieszyło, bo pokazało bardzo dobitnie, że żartów nie ma. A ja nie lubię, jak ktoś sobie stroi żarty z mordowania dzieci. Szczególnie nienarodzonych, które nie są w stanie się nawet obronić. A więc, po raz nie wiem już który, moja Polska sprawiła mi autentyczną satysfakcję.
Wygląda jednak na to, że powinienem był się ze swoją oceną wstrzymać. Bo oto wczoraj sprawą zajęła się moja telewizja TVN24. Nie sprawa plakatów i prokuratorskich gestów, lecz własnie tą aborcją w Londynie, czy w jakimś innym Sheffield. Wydawcy wieczornego przeglądu dnia posadzili przed kamerą jakąś ślicznotkę, która umie trochę gadać po angielsku i pozwolili jej opowiedzieć, jak to jest z tą brytyjską ofertą. Wprawdzie red. Grass, z ponurą miną i spiętym ze wzruszenia głosem, zapowiedział temat, ostrzegając wszystkich, że będzie strasznie i szokująco, ale okazało się, że to wszystko strachy na lachy. Redakcyjna ślicznotka przez kolejne dziesięć pewnie minut pokazywała, jak to w tej Anglii jest przyjaźnie i, szybko i bezpiecznie. Puszczono nawet film, kiedy ona rozmawia z jakimś lokalnym rzeźnikiem w sprawie potencjalnej aborcji i on jej opowiada wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, kiedy, jak, jak długo, za ile, w wersji soft, czy w wersji hardcorowej. Gdyby ktoś miał wątpliwości co do kompetencji pracowników zakładu utylizacji ludzkich szczątków, to nawet to jest wyjaśnione. Bo okazuje się, że pani, która zajmuje się sprawami, robi to co tydzień, od wielu lat i zna swój fach bardzo dobrze. I z całą pewnością się myje.
Więcej. Gdyby ktoś się bał, że tak czyste, wygodne i niedrogie miejsce będzie trudno znaleźć, dostaje bardzo wyraźną informację, że w Wielkiej Brytanii podobne firmy są co krok. Nie ma problemu. Wszędzie można je znaleźć i żadna nie jest ani lepsza ani gorsza od drugiej. Mało? Proszę bardzo. Gdyby znalazł się ktoś, kto by czekał na słowa wątpliwości, czy choćby dyskusji, też może spać spokojnie. Redakcyjna słodycz pozwoliła sobie nawet na prywatną opinię, że ona świetnie rozumie sytuację kobiet, które wręcz marzą o tym, żeby trafić na taki kącik. Bo to przecież i sytuacja trudna i człowiek bezradny, no i te pieniądze. A tu – proszę. Wszystko podane na widelcu. No, powiedzmy widelcu.
Mam wrażenie – choć z całą pewnością mogę się mylić – że zamysł redakcji TVN-u był nie do końca taki. Grass robił wrażenie ewidentnie poważne i chyba autentycznie planował pokazać coś szokującego. Tyle że ta lalunia nie mogła się powstrzymać i zwyczajnie skradła mu show. On nawet próbował parę razy powtarzać słowo ‘szok’, ale nawet trudno było znaleźć dobry moment, żeby skierować ten nastrój, który został od początku stworzony, na inny tor. Zwłaszcza, że na każde swoje słowo, otrzymywał potwierdzenie, ze tak to z pewnością szok, ale za to jakże komfortowy i zrozumiały.
W pewnym momencie, kiedy ten rzeźnik z Wysp powiedział udającej mamę dziennikarce, żeby może ona poczekała z tym zabiegiem jeszcze jakiś czas, bo to dziecko – użył słowa ‘it’ –jest jeszcze za małe i jego kumpela od mokrej roboty może nie trafić, czy jeszcze wcześniej, gdy sugerował, że lepsza jest wersja hardcore, bo nie ma ryzyka pozostawienia strzępów, co może zmusić firmę do dodatkowego wysiłku, Grassowi pozostawało wyłącznie zacząć wrzeszczeć. No ale takich aktów odwagi, to ja – naiwny – się nie spodziewałem. No i to tyle. Koniec. Dalej poszedł nowy temat. Chyba prawybory w PO.
A ja chcę teraz już tylko wiedzieć, jaka jest różnica między tymi plakatami w Łodzi, czy we Wrocławiu – wszystko jedno – a tym co dostarczyło nam wczoraj ITI? I to nie koniecznie na korzyść plakacistów. To chciałbym wiedzieć. Czemu tamtego nie wolno, a to wolno? Powiem szczerze, że gdybym to ja te plakaty rozwieszał, a dziś miał z tego powodu kłopoty, to bym się wkurzył.
Jak wiemy, lubię telewizję TVN24. W sumie ich lubię. Choćby za to, że to oni pokazali niedawno informację o amerykańskim footballiście, który uciekł spod aborcyjnego noża i jego dzielnej matce, która mu w tej ucieczce pomogła. Choćby za to, że to oni opowiedzieli mi o tym pożarze gdzieś w Kolorado, który doszczętnie strawił dom, pozostawiając nietknięty obraz z Jezusem. Więc tu bym chciał tym bardziej, żeby mi ktoś z nich wytłumaczył, co to się wczoraj stało? Czy plan był taki, żeby opowiedzieć o drastycznym procederze gdzieś na Wyspach, a ta korespondentka z Londynu działała na własną rękę, czy to też tak miało być. Bo jeśli ona była taka dzielna i zdeterminowana w walce o prawa swoich koleżanek, to trzeba ją po prostu pogonić, a jeśli to tak miało być, to niech was szlag trafi. Albo strawi ogień.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...