wtorek, 16 marca 2010

O tym co w klatce i co na zewnątrz



Nie mam pojęcia, czy moje doświadczenia na tym polu są w jakikolwiek sposób szczególne, czy może utrzymują się w standardzie, ale jeśli idzie o tak zwaną pracę na etacie, przyznać się muszę do pewnego kompleksu. Otóż dla mnie myśl, że musiałbym wracać z pracy do domu i aż do zaśnięcia żyć rozpamiętywaniem wszystkich możliwych nieprzyjemności, jakie mnie spotkały ze strony ludzi, którzy mnie zatrudniają, jest absolutnie nie do zniesienia. Jak mówię, nie wiem, czy jest dużo, czy mało tych, dla których najgorsze co im się może przytrafić, to sytuacja gdy w gruncie rzeczy obcy ludzie traktują ich jak szmatę, a oni jedyne co mogą zrobić to zacisnąć zęby i poczekać z wybuchem właśnie do powrotu do domu. Ale niezależnie od tego, rozumiem ich i im współczuję.
Co mam na myśli mówiąc u szmacie i o traktowaniu? Wbrew pozorom nie chodzi mi o zwykłe chamstwo, czy nawet klasyczną brutalność, gdy ktoś w stosunku do ludzi sobie podległych pozwala sobie na słowa powszechnie uważane za obelżywe, czy wręcz groźby. Z tym można żyć. Coś takiego można potraktować wręcz jako – owszem, niską – ale konwencję i się przyzwyczaić. W tym wypadku chodzi mi o pewien rodzaj protekcjonalizmu, na który pozwalają sobie niektóre żony w stosunku do swoich mężów, starsi bracia do młodszych braci, czy rodzice do dzieci. Nie o sarkazm, nie o złośliwości, ale właśnie protekcjonalizm mi chodzi. Tu właśnie leży mój kompleks.
Wbrew pozorom, nie gadam o tym dziś po to, żeby po raz kolejny opowiadać o tym, co u mnie słychać, ani też nawet żeby przedstawiać trudną sytuacją ludzi chodzących codziennie do pracy, żeby zarobić na kolejne zakupy. W końcu, co ja mogę na ten temat wiedzieć? Jak mówię, to są wyłącznie moje doświadczenia i mój kompleks. Blog jest polityczny, więc i intencje są czysto polityczne. Bohaterowie tego wpisu też są wyłącznie politykami. A zatem poszło o dwóch polityków. Polityków Platformy Obywatelskiej, którzy trochę sami z siebie, a trochę ulegając pewnie szaleństwu, które zresztą sami nakręcili, uwierzyli, że mogą zostać prezydentem takiego kraju jak Polska. Poszło o Bronka i Radka, czyli w normalnym, ludzkim języku, marszałka Komorowskiego i ministra Sikorskiego.
Już wcześniej na tym blogu próbowałem dowodzić, że od czasu do czasu gdy Donald Tusk oświadczył, że rezygnuje z prezydentury na rzecz ratowania swojej ukochanej partii od rozpadu, problem kolejnej kadencji Lecha Kaczyńskiego jest jakby załatwiony. Mam nadzieję, że dowiodłem wystarczająco przejrzyście, że jeśli aktualna sytuacja nie jest wyłącznie jakąś zagrywką ze strony Platformy, na której końcu tak czy inaczej stoi prezydent Tusk, ale czymś poważnym i ostatecznym, nikt poza dotychczasowym prezydentem nie może wyjść z nadchodzących wyborów z tarczą. W związku z tym też nie będę już więcej się na ten temat rozpisywał. Muszę natomiast przyznać że jest coś czego nie przewidziałem. Tego mianowicie, że Platforma Obywatelska nie będzie w stanie wskazać jednego wspólnego kandydata do Belwederu i że walka, której żeby uniknąć, Donald Tusk musiał się zdecydować aż na takie wyrzeczenie, przeniesie się tuż obok, na sąsiednie boisko. Nie spodziewałem się, że ambicje przywódcze wewnątrz Platformy są tak histeryczne, a sama partia jest tak słaba, że w ten czy inny sposób to i tak musi się skończyć wzajemnym podrzynaniem sobie gardeł.
To jest absolutnie nieprawdopodobne, że tak duża grupa ludzi w sumie jakoś tam do prowadzenia polityki przygotowanych, nie potrafiła w swoim gronie znaleźć choćby jednego człowieka z autorytetem, który by im powiedział, że to co oni wyprawiają zmierza prosto do przepaści. Wygląda więc na to, że to co powiedział Jarosław Kaczyński w swoim kongresowym wystąpieniu, że Donald Tusk jest jak dziecko w supermarkecie pakujące co się da do wózka, które nawet nie wie, że za to wszystko trzeba będzie w końcu zapłacić, aplikuje się nie tylko do samego Tuska i nie tylko do jednej sytuacji. Wygląda na to, że oni po prostu mają takie umysły i taki instynkt.
Zaczęło się oczywiście od tego, że politycy, działacze i wyborcy Platformy uwierzyli, że będą rządzić wiecznie i że nie ma takiej siły, który tę wieczność byłaby w stanie wzruszyć. Później było już tylko gorzej. I w efekcie tego gnicia, kiedy Donald Tusk postanowił zrzec się tej przyjemności na jaką liczył na następne dziesięć lat, był przekonany oczywiście, że to tylko on z czegoś rezygnuje, ale już z całą pewnością nie projekt, który firmuje. A za nim, tej wiary uczepili się, jak przysłowiowy pijany plota, wszyscy ci, którzy uznali, że po Tusku to już tylko oni. Wiary, że wystarczy tylko zechcieć, a reszta pojdzie jak po maśle.
Tu właśnie popełniłem błąd. Sądziłem, że oni sobie tam jakoś to wszystko poukładają i wysuną jednego, którego następnie wspólnie przygotują do walki z Kaczyńskim. Tymczasem ci dziwni ludzie autentycznie uznali, że jeśli jest jakaś walka, to wyłącznie tu, na samym początku, między Januszem, Grześkiem, Bronkiem i Radkiem i że wystarczy najpierw policzyć siły, ustanowić obozy i jakoś będzie. Bo wszystko się rozstrzygnie właśnie teraz. Ten kto wygra tu, nie będzie musiał dalej już nic. No i wzięli się za łby, jakby naprawdę uwierzyli, że Lech Kaczyński jest chorym na Alzheimera alkoholikiem, popychanym przez swoją mamę, zonę i brata i że – jak Bóg pozwoli – to może nawet i nie wystartuje do właściwej walki. I leją się teraz aż wióry lecą.
Dziś w telewizji usłyszałem króciutką wypowiedź Bronisława Komorowskiego, skierowaną do Sikorskiego w związku z jego pretensjami, że ten nie pozwala mu dać absolutnie kapitalnego wystąpienia w Sejmie. Od rana pokazują ją na TVN-owskim pasku: „Radku, wyluzuj”. I jest tak, że od rana leci ten pasek, a w przerwach TVN pokazuje bezczelny i pełen dziecięcej satysfakcji łeb Komorowskiego i już pełną wersję, tak żeby i zwykli ludzie, a przede wszystkim sam Sikorski, nie zapomnieli, co się stało: „Wyluzuj, Radku, wyluzuj. To tylko prawybory. Nie wolno się tak spinać i na oślep zadawać ciosy tam, gdzie ma się przyjaciół i kolegów”. I żeby Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski zobaczył tę rumianą, chłopską, wiecznie zadowoloną z siebie twarz polskiego szlachcica, i usłyszał wyraźnie ten dobroduszny, pełen właśnie tego wspomnianego przeze mnie na początku protekcjonalizmu, głos i się zadławił własną wściekłością. Tak to się robi w Warszawie. Właśnie tak. W Warszawie i w sytuacji gdy się uwierzy, że do sukcesu zaledwie mały kroczek.
Uważam że teraz się zacznie. Sikorski oczywiście tego Komorowskiemu nie zapomni. Tego nie. Nie zapomni mu ani gdy wygra, ani gdy przegra. Ani jak on zostanie prezydentem, ani jak prezydentem zostanie Komorowski, ani przede wszystkim, jak zostanie nim ponownie Lech Kaczyński. Komorowskiemu też tego nie zapomną wszyscy ci, którzy Sikorskiemu tak bardzo kibicują. Bo takich rzeczy się nie zapomina. Szczególnie kiedy ma się taki piękny dom, taką piękną żonę, taki piękny krawat i takie piękne ambicje. To jest już prawdziwa jatka, a na zewnątrz tej klatki i tak już się toczy debata, co po Tusku. Palikot powiedział to najjaśniej jak tylko potrafił, że to on chce być teraz premierem. I tylko naiwni mogą się zastanawiać: Teraz? Gdzie? Jakim premierem? Kiedy? Po kim? Dlaczego? Sam Tusk natomiast musi świetnie wiedzieć, o co chodzi. O tak! On już wie na pewno.
Może się jeszcze zdarzyć coś, czego nie przewiduję. Może się okazać, że oni mnie nabrali. Że to jest wszystko taka zabawa i że za chwilę kurz opadnie, oni wszyscy rzucą się w sobie w ramiona, a Platforma Obywatelska jednak wysunie do walki Włodzimierza Cimoszewicza, albo nawet samego Donalda Tuska. No, wtedy – przyznaję – będę musiał powiedzieć, że dałem się fatalnie nabrać. Że to moje gadanie było psu na budę. Że jestem głupi. Wtedy tak. Inna sprawa, że jestem też głęboko przekonany, że na tego typu okoliczności – skoro ktoś taki jak ja bierze to pod uwagę – tym bardziej przygotowani są dobrzy ludzie tam, u góry, w naszych okopach.

Gdy smak przestaje być kwestią



Motto:
„It's so easy to laugh, it's so easy to hate
It takes guts to be gentle and kind
”
Morrisey

Jedno z moich dzieci przesłało mi wczoraj link do czegoś co z punktu widzenia Sieci miało być pysznym żartem, a mnie właściwie przeraziło. Właściwie przybiło mnie do ziemi i pozostawiło tam dłuższy czas. Kto chce, niech sobie tego wysłucha http://www.joemonster.org/filmy/16200/Uwaga_na_pole_magnetyczne_w_Bialymstoku_. Dla reszty krotka informacja. Otóż chodzi o to, że pewnej nocy na policję w Białymstoku zadzwoniła kobieta i poprosiła policjanta o interwencję. Problem jej polegał na tym, że ona nie może zasnąć, bo jej sąsiad atakuje ją przy pomocy jakichś programów komputerowych w taki sposób, że tworzy wokół niej bardzo silne pole energetyczne, które sprawia, że ona ani nie może ani się poruszać, ani jeść, ani pić, ani spać, ani w ogóle żyć. Ta biedna kobieta opowiada o swojej udręce policjantowi przez niemal dziesięć minut, więc nie mam sposobu, aby przekazać tutaj choćby ułamek tego wszystkiego co tam się wyprawia. Wspomnę więc tylko dwie kwestie, które zwróciły moją uwagę.
Zakładam że to nagranie nie jest manipulacją. Że to nie jest żart stworzony przez dwóch wesołych internautów w tak mistrzowski sposób, że robi wrażenie autentyku. Zakładam więc, że to jest autentyk. A skoro tak, to wrażenie wielkie robi to, że ta kobieta, snując swoją obłąkaną historię, ani nie bełkocze, ani nie stęka, ani się nie jąka, ani nie krzyczy w opętaniu. Ona mówi w miarę spokojnym tonem, bardzo składnie i w pełni logicznie. Gdyby nie owa szczególna treść jej opowieści, można by sądzić, że słyszymy zwykłą panią – może nauczycielkę, czy lekarkę, może dziewczynę z poczty – której przydarzyło się coś niezwykle ciekawego i chce nam teraz o tym wszystkim opowiedzieć. Druga część tego co mnie tak wzruszyło, to ten policjant. Ja wiem że jest noc, a on być może siedzi sam na dyżurze i się nudzi jak pies. To jednak, jak on z nią rozmawia, robi wrażenie równie mocne. Nie ma wątpliwości, że on wie że ma do czynienia z osobą opętaną. Mimo to w jego głosie ani przez ułamek chwili, ani przez jeden krotki moment, nie słychać śladu ironii, kpiny, czy nawet uśmiechu. Przez całą rozmowę policjant robi wrażenie zainteresowanego, rozumiejącego, współczującego. Rozmawia z nią. Po prostu z nią rozmawia. W końcu ją uspokaja, obiecuje, że wprawdzie tej nocy już nie da rady, ale jutro, jak będzie dzień, to zobaczy co można zrobić, i być może w ten sposób pozwala jej zasnąć w tym lodowatym łóżku, na tej tafli lodu, z tym ściśniętym gardłem.
Ponieważ bardzo często atakuje mnie podejrzenie, że moja wrażliwość jest równie chora jak myśli tej nieszczęsnej kobiety, zwróciłem się do kogoś z zupełnie innych miejsc na tym świecie, mianowicie pewnego mojego maturzysty, z którym łączy mnie pewnie tyle tylko że i on mnie lubi i ja jego. Przesłałem mu to nagranie i spytałem go, co o tym sądzi? No i okazało się, że i jemu nie jest lekko. Oto co mi napisał:

„Tak, słyszałem to kiedyś i też odniosłem wrażenie że to straszne. zupełnie. A jak ona żyje? Jak my wszyscy. To jest najstraszniejsze, bo słuchając tego zdajemy sobie sprawę z tego że rzeczywistości nie ma. Jest taka, jaką ją postrzegamy. Pozdrawiam, spokojnej nocy.”
Właściwie nie wiem, po co piszę ten tekst. Zdaję sobie sprawę z tego, że podobnie jak ja sam, wielu czytelników tego bloga oczekuje, że wszystko co tu się znajdzie coś nam powie, pozwoli nam odnaleźć w sobie jakąś nową, poczciwą myśl, lub choćby wprawi nas w odpowiedni nastrój. Cóż jednak z tej opowieści? Szczególnie na blogu, jak by nie było, politycznym? No tak, ten policjant, to z całą pewnością bardzo oczywista część polityki. Jeśli popatrzymy na niego jako na część tego państwa, które może dopiero przed nami, to musimy uznać, że warto było o nim tu wspomnieć. No ale ta kobieta? Po co nam ona? Czy tylko chodzi o wzruszenia, czy może ona nam mówi coś o więcej?
Tu w Salonie działa pewien bloger, który – jak mi doniesiono – określił mnie niedawno w taki sposób, że ja jestem idealnym celem dla ludzi takich jak jego ojciec – ludzi zaradnych, bogatych, z pięknym domem, pięknymi przedmiotami wokół – a w całości brzmiało to tak:

„Nadęty człowieczek, któremu się wydaje, że wszystko ma, bo osiągnął prestiż w wąskiej działce.
Ojciec, który na podobnych ludziach potrafi zbijać kokosy finansowe ("nadziani klienci") zawsze mi powtarzał jedną mądrość: że takimi ludźmi się, wbrew pozorom, bardzo łatwo manipuluje. Jak cokolwiek od takiego, zadufanego w sobie typa, chcesz załatwić, to po prostu można się uniżyć, w totalnym kłamstwie mu przyznać rację i podbudować ego.
Jak ktoś jest dobrym aktorem, to tak robi. Tato tak robił nie raz, ale to cwany - i zbyt pragmatyczny momentami - wilk. Człowiek z nadętym ego jest bardzo NIEODPORNY na manipulację; zręczny obcy może to bardzo łatwo wykorzystać (a szczególnie, jak ma np. wieloletnie doświadczenie handlowe z najtrudniejszymi rodzajami klientów...).
”
Kiedy przeczytałem to po raz pierwszy, najpierw myślałem, że to nie może być naprawdę. Że to jakaś prowokacja, jakiś żart. Że tacy ludzie nie istnieją. Później sprawdziłem cały kontekst i doszedłem do wniosku, że to jednak jest real. Że to istnieje, rusza się i żyje. Po prostu żyje. Jeszcze później, przypomniałem sobie, że ja już miałem wcześniej kontakt z tym kimś i że to jest działacz – tak, działacz! – Platformy Obywatelskiej z Krakowa. A więc, że to jest polityka. Właśnie polityka. Nie dom, rodzina, sklep, telewizor, ale polityka.
I tak sobie teraz przypominam, jak po słynnych, kultowych już wręcz, wyborach w roku 2007, przeciwnicy Platformy Obywatelskiej bardzo głośno wskazywali na fakt, ze największe poparcie dla PO odnotowano w zakładach karnych, wśród przestępców, a więc ludzi występnych i złych. Przeciwnicy PiS-u natomiast – w odpowiedzi na te złośliwości – pokazywali, że z kolei PiS najwięcej głosów otrzymał w zakładach psychiatrycznych, a więc od wariatów, a więc ludzi głupich.
No więc dziś, kiedy wciąż jestem tak poruszony tym czego wysłuchałem wczoraj wieczorem, myślę sobie, że to własnie byłaby odpowiednia refleksja dla takiego wpisu, na taki temat i na takim blogu. Że tu chodzi zawsze, jak by nie patrzeć, wyłącznie o wrażliwość. Nie o smak, jak twierdził Herbert. O wrażliwość. Że to wszystko, tak czy inaczej, pozostaje kwestią wrażliwości. Albo lepiej. Kwestią dwóch dokładnie typów wrażliwości. Wrażliwości mocnej, uśmiechniętej, radosnej. I wrażliwości unieruchomionej i przyduszonej do lodowatego łóżka.

poniedziałek, 15 marca 2010

O marionetkach już było, pora na władców



Od czasu gdy gnoiłem tu, na tym blogu, Tomasza Sekielskiego – podobnie zresztą jak i jego kolegę z pracy, Morozowskiego – właściwie nie mam żadnego powodu, żeby się więcej nad nim znęcać. Przede wszystkim, mam wrażenie, że od tamtego czasu nie miałem okazji oglądać jego telewizyjnych popisów ani razu, więc tu mam spokój. Poza tym, co może równie ważne, dał mi tę nagrodę, a to moim zdaniem akurat o nim świadczy jak najlepiej. Dodatkowo jeszcze, okazał się nadzwyczaj miłą osobą, co może najlepiej potwierdzić moja córka, która uczciwie wyznała, że gdyby nie był taki stary, to ona być może choćby za ten jego uśmiech potrafiła się w nim zakochać. A zatem, Sekielski od dłuższego już czasu jest dla mnie wyłącznie miłym w obejściu człowiekiem, o sympatycznym uśmiechu i uczciwych i odważnych gestach. Niestety, wszystko dobre co się dobrze kończy. Pocieszam się tylko tym, że podczas naszej krótkiej rozmowy przy okazji wręczania tamtych nagród, otrzymałem od niego zapewnienie, że on nie ma nic przeciwko temu, żebym mu dokładał. Byle sprawiedliwie. A więc proszę uprzejmie. Będzie sprawiedliwie jak najbardziej.
Od kilku dni, TVN24 na dzisiejszą niedzielę zapowiadał sensacyjny dokument Sekielskiego zrobił o polskich politykach. Z informacji jakie do mnie dochodzą wynika, że zapowiadana sensacja stała się sensacją faktyczną jak najbardziej, i, jak znam życie, to co Tomasz Sekielski pokazał we wspomnianym dokumencie będzie dyskutowane przez najbliższe tygodnie, a nawet pewnie dłużej. Niestety – również uwzględniając dotychczasowe doświadczenia – jestem pewny, że dyskusja będzie szła obok problemu, dokładnie tak samo jak idzie obok problemu już od lat. I niestety z winy samego Sekielskiego.
Trudno jest mi powiedzieć, czy Tomasz Sekielski nakręcił ten film w takim kształcie i z takim przesłaniem, jakie wszyscy właśnie otrzymaliśmy, wiedząc świetnie, że to wszystko jest nic nie znaczącą bzdurą i zwykłym zawracaniem głowy, a jak zwykle chodzi tylko o to, żeby zwykłym ludziom robić wodę z mózgu, czy może naiwnie jak dziecko próbuje się z nami podzielić absolutnie niecodziennym odkryciem, że ta polityka, panie, to bagno. Ponieważ bardzo mi zależy, żeby nie tracić wiary w człowieka, szczególnie człowieka, który z dobrego serca nadał mi tytuł politycznego blogera roku, będę jednak pisał te słowa w założeniu, że Sekielski chciał dobrze, tyle że zadaje się z niewłaściwymi ludźmi i przez to jego spojrzenie na świat jest kompletnie zezowate.
Film jest długi jak cholera. Nie jest to jeden z tych półgodzinnych reportaży, które można oglądać codziennie to tu to tam. To jest solidnie zrobiony, bardzo ciekawy, pełen najprzeróżniejszych informacji, pełnometrażowy film, który można by było wyświetlać w kinach i który niewykluczone, że tak właśnie skończy. A jeśli nawet nie w kinach, to na płytach DVD, które będzie można sobie kupić razem z odpowiednią książką. Film, który równie dobrze mógł się skończyć po godzinie, gdyby nie to, że Sekielski prawdopodobnie sam czuł, że tak jak jest, zostać nie może i gadał, gadał, gadał. Film, którego główną, by nie powiedzieć – jedyną, myślą jest to że politycy to kłamliwe sukinsyny. Dlaczego? Bo lubią kłamać, bo im wszystko jedno, bo prawdy po prostu nie znają, bosą głupi, bo nie mają czasu, bo tak im doradzili medialnie doradcy, bo taka sytuacja, bo taka jest polityka. Bardzo pouczające!
Od wczoraj czytam tu w Salonie, a i słucham w telewizji komentarzy na temat produkcji Sekielskiego, wszystkie w gruncie rzeczy tak zgodne, że aż się zastanawiam, czy w ogóle warto cokolwiek na ten temat jeszcze pisać. Biorąc pod uwagę, że większość z nich jest mocno w stosunku do Sekielskiego krytyczna, myślę sobie, że może nawet przydałoby się go jakoś pochwalić. No ale pochwalić się nie da, bo ten film jest autentycznie bylejaki. Jest o połowę za długi, cała „iracka” sekwencja jest kompletnie bez sensu, kłamstwo jest pokazane niemal (niemal!) wyłącznie jako chaotyczny zbiór pomyłek i zaniedbań, a nie zjawisko systemowe. No i przede wszystkim, kompletnie pominięty jest w nim współudział w tym kłamstwie jego faktycznych budowniczych i propagandzistów, a więc układu (z wyjątkiem sprawy Tylickiego) i mediów. Można się więc przynajmniej zastanowić, czemu ci wszyscy, którzy dotychczas udowodnili wyłącznie jedno: że nie widzą i nie słyszą dokładnie nic, nagle zobaczyli – zgoda, oczywistość – ale jednak zobaczyli. Otóż ja uważam, że wielu z tych, którzy dziś krytykują dokument Sekielskiego, tak naprawdę znalazło w nim jedno – to mianowicie, że Donald Tusk i jego drużyna to najzwyklejsi, pierwszej wody oszuści. I to nie takie drobne kłamczuszki, które coś tam powiedzą o jakiejś pielęgniarce Ewie, lub o tym że są bardzo zajęci, podczas gdy nie są, ale kłamczuchy pierwszej klasy. Kłamczuchy, których cały sukces, cały sens istnienia sprowadza się wyłącznie do kłamania. Zobaczyli to i się zafrasowali. I z tego frasunku oświadczyli, że ten film – owszem taki nienajgorszy, ale w sumie kiepski.
Dlaczego myślę, że tu poszło wyłącznie o urażoną miłość? Właśnie dlatego, że kiedy ten film się kończy, to satysfakcję mogą mieć wyłącznie ci, którzy Platformę Obywatelską podejrzewali o podłość od samego początku. Ci którzy od lat czekali aż TVN, czy jakaś inna poważna telewizja, czy grupa medialna powie to głośno. Głośno i wyraźnie. To co tylu ludzi wiedziało i to czego tym ludziom z taką zawziętością odmawiano. Że to są kłamcy. Mnie osobiście ani trochę nie przeszkadza to, co Sekielski wyprawia w swoim filmie z Ziobro, ani te nieustanne przebitki na Kaczyńskiego, który nie chce z Sekielski rozmawiać. Nie przeszkadzają mi również te ciągłe, wyrwane z kontekstu cytaty z przemówień, czy to Prezydenta, czy prezesa PiS-u. Nie szkodzi mi nawet to, że perspektywa filmu Sekielskiego jest taka, że prezydent Kaczyński powtarzający w kółko, że on chce dbać o zwykłych ludzi, jawi się jako takie samo zło, co ABW, bezwzględnie wykańczająca jednego z tych zwykłych ludzi dla czyichś najbardziej marnych interesów. Ja tego przez ostatnie cztery lata miałem tyle, że naprawdę trudno mi się tu jakoś zaangażować. Zwłaszcza że nie będę przecież od Sekielskiego wymagał, by kręcił film opluwający Platformę z jednoczesnym pokazywaniem prawdy o PiS-ie. Tak się nie da. W końcu nie wszystko na raz i nie od razu.
Natomiast nie da się ukryć, że dla tych, którzy od tych samych czterech lat dają się wyłącznie zaczadzić tą czarną miłością, w filmie Sekielskiego nie ma ani jednej informacji, która by im się do czegoś przydała. O PiS-ie wiedzą dwadzieścia razy więcej, niż im Sekielski łaskawie przypomniał, komuniści ich nie obchodzą, Kwaśniewski ich nudzi, a jakiś piekarz czy inny poseł Gruszka i jego asystent, to już w ogóle czarna dziura. Ale za to informacja prawdziwie porażająca, a więc zniszczenie miliona podpisów, które ci biedni ludzie oddali zwykłym oszustom w dobrej wierze – tego już się znieść nie da. I jestem pewien, że właśnie przez tę informację, nie jakieś głupstwo o pielęgniarce ze Skarżyska, oni wszyscy uznali, że ten film jest do bani. Bo przecież wiadomo, że politycy – zwłaszcza PiS-u – kłamią.
Kiedy już film Sekielskiego się skończył, do studia zaproszono czterech dziennikarzy plus samego Sekielskiego, żeby nam powiedzieli, co o tym filmie sądzą. Dla mnie, przyznam szczerze, właśnie ten obraz był absolutnym hitem. Oni wprawdzie przyłażą tam – często nawet w tym samym zestawie – co tydzień. Ale kiedy obejrzy się taki film, dający dokładnie tyle samo satysfakcji co rozczarowań, widok dziennikarzy siedzących w rządku i robiących mądre miny jest absolutnie bezcenny. Po obejrzeniu filmu, którego podstawową tezą, bardzo zresztą zręcznie udokumentowaną, jest to, że polityka to kłamstwo i chamstwo, wystarczy ten jeden rzut oka na ludzi takich jak Ewa Milewicz z jednej strony, a Piotr Zaremba z drugiej, którzy przez całe lata albo to kłamstwo i chamstwo tworzyli i pieczołowicie podlewali, lub choćby je tylko tolerowali, żeby wiedzieć. Że to nie w polityce leży odpowiedź, ale właśnie tu, w tym telewizyjnym studio i na tej bezczelnej twarzy kogoś kto całe swoje publiczne zaangażowanie w wolnej Polsce postanowił oddać najpodlejszemu kłamstwu, najbardziej bezwzględnej propagandzie i manipulacji.
I to jest towarzystwo w jakim przyszło Sekielskiemu pracować. Biedny Sekielski. Zrobił film – nie wiem, czy sam z siebie, czy w ramach jakiegoś, mam nadzieję, że jednak większego planu – który jako pierwszy pokazał kawałeczek prawdy, taki drobny, niemal nic nie znaczący kawałek prawdy i od razu usłyszał od Ewy Milewicz, że jej się właściwie w tym filmie podobał tylko fragment o tym jak Ziobro zniszczył polską transplantologię i że to czego się dowiedziała o sprawie Tylickiego, to dla niej już wiedza pełna. Siedział tam, w tym – swoim przecież – studio, słuchał tej bandy zakłamanych i bezwzględnych oszustów, i mam szczerą nadzieję, że wiedział. Wiedział więcej niż przed chwilą. Niż jeszcze wczoraj, czy przedwczoraj. I mam nadzieję, że wiedział już świetnie, że to o nich powinien zrobić następny film.
Nie wiem, czy go zrobi. Pewnie nie. Bo raz że nie dostanie na niego pieniędzy, a dwa, że nawet nie wiadomo jak by miał się do niego zabrać, żeby powstało coś choćby minimalnie prawdziwego. Choćby tak prawdziwego jak ten wczorajszy dokument. Choćby tyle.

sobota, 13 marca 2010

Idzie wiosna



Pogoda w Katowicach jest dziś najgorsza jaką można sobie wyobrazić. Normalni ludzie na taki dzień mówią ‘syf’, a ludzie jeszcze bardziej normalni informują po prostu, że sypie mokry śnieg, jest zimno i lepiej nie wychodzić z domu, bo na tej breji, która pokrywa chodniki można sobie połamać ręce albo nogi. Mimo to ludzie łażą jak zwykle. Wiem coś o tym, bo sam dziś wyszedłem z domu i miałem okazję obejrzeć sobie moje miasto i moich homeboys na żywo, w pełnej okazałości.
Jest tak, że ja właściwie w każdą sobotę – słońce czy deszcz – wychodzę z domu, choćby po to, żeby kupić to wszystko co mi Toyahowa napisała na kartce. Dziś jednak, zanim kupiłem to mleko i kartofle, udałem się ze starszą Toyahówną na rynek, żeby wziąć udział w wiecu, jaki zorganizował poseł Marek Migalski w obronie białoruskiego chłopaka, niejakiego Ivana Mikhailau, którego Łukaszenka najpierw wsadził do pudła, a następnie kazał wyrzucić z uczelni, na której ów chłopak studiował prawo. Wiec, jak każdy tego typu wiec. A więc stali młodzi ludzie, trzymając w dłoniach kartki z literami tworzącymi imię i nazwisko studenta z Białorusi, był poseł Migalski, który w kilku słowach przedstawił sprawę i poprosił o podpisywanie się na liście, która leżała obok na stoliku i która później miała być wysłana do Łukaszenki. Była też ekipa TVP, która zrobiła parę ujęć i przeprowadziła krótką rozmowę z Posłem. I byliśmy my. Czyli ja i Toyahówna. No a wokół ten sobotnio-marcowy syf.
No i byli też ludzie. Jak na ten ponury, sobotni dzień, nawet nie tak mało. Pewnie trochę przez to, że to ten nieszczęsny, kompletnie zdewastowany przez PRL, katowicki rynek, poprzecinany we wszystkich kierunkach przez sunące tramwaje, z których nieustannie wysiadają ludzie, przyjeżdżający do centrum, po to by zakupy w tych dwóch, szkaradnych i kompletnie idiotycznych domach towarowych, lub żeby się zanurzyć w nieszczęście o nazwie ‘ulica 3 Maja’ i kupić sobie tanie buty. Bo to już przecież niedługo wiosna.
Wiec w obronie białoruskiego studenta trwał krótko, może dziesięć minut wszystkiego, w międzyczasie obok przeszło może kilkadziesiąt osób. I to co mnie uderzyło, to fakt że ani jedna z nich – przepraszam, jedna była – nie zatrzymała się, ani żeby zapytać, co się dzieje, ani żeby posłuchać Migalskiego, ani nawet żeby warknąć pod nosem, że znowu ta pieprzona pisobolszewia urządza jakiś cyrk. Z wszystkich osob, jakie przez te kilkanaście minut trwania tego niby-wiecu przechodziły obok, niemal nikt się tym co się dzieje nawet nie zainteresował. Miałem wręcz wrażenie, że niemal nikt nawet nie zauważył, że cokolwiek się dzieje.
Od tego smutnego południa minęło już kilka godzin, nawet sam poseł Marek Migalski umieścił w Salonie odpowiednią relację z tego, paradoksalnie przecież, w sumie niezwykle pięknego zdarzenia, a ja mam bardzo silne przekonanie, że trzeba to co się stało jakoś skomentować. Że nie można tych kilku przedziwnych minut w środku mojego miasta pozostawić bez żadnej refleksji. Pierwsza więc byłaby oczywista – Katowice to właśnie takie miasto. Miasto ludzi, którzy nigdy nie byli szczególnie otwarci na ekscesy jakiegokolwiek rodzaju. A przyznać trzeba, że walka o los jednego, nikomu nieznanego białoruskiego studenta, to nie byle jaki eksces. To miasto już takie jest. Robi zakupy i wraca do domu. A tu jeszcze taki brzydki marzec.
Druga refleksja jest już bardziej, że tak powiem, polityczna. Otóż mam wrażenie, że powoli świat zewnętrzny przestaje ludzi obchodzić. A już kompletnie nieważna staje się polityka i tak zwane życie publiczne. Sklep, telewizor, poranne wydanie Metra – to już maksimum. Pisałem tu niedawno, że z mojego punktu widzenia, rezygnacja Donalda Tuska ze startu w wyborach prezydenckich to bardzo dobra wiadomość. Choćby z tego względu, że bez niego, Lech Kaczyński pozostaje już jedyną rozpoznawalną postacią z tej aktualnie urzędującej, czy dopiero co potencjalnej grupy. Ja autentycznie jestem przekonany, że gdyby dziś w południe, pod katowickim teatrem zjawił się, równie niezapowiedziany i równie samotny jak Marek Migalski – Marszałek Komorowski, lub Radosław Sikorski, efekt byłby bardzo podobny. To miasto by nic nie zauważyło. Ludzie nawet by nie wiedzieli, kto to tam stoi i gada. Nikt ani by nie zaczął bić brawa, ani tym bardziej nie zacząłby wykrzykiwać obelg. No może gdyby to był Palikot. Może on by potrafił wzbudzić przynajmniej szmer.
Czy to dobrze, czy to źle? Nie wiem. Na dłuższą metę, nie wiem. Ksiądz by pewnie powiedział, że to źle. Bo wszystko co obiektywnie marne i puste – jest złe. No ale żyjemy w czasach, gdy już naprawdę możemy liczyć tylko na doraźność. Dziś, gdy jutro może nawet nie nadejść, nie pozostaje naprawdę aż tak wiele, żeby myśleć, a co dopiero planować. A więc, z mojej perspektywy – perspektywy mściciela i krzyżowca – tak jak jest, jest dobrze. Też już o tym pisałem. Gdy przyjdzie dzień sądu, pozostaniemy tylko my. Reszta obudzi się w poniedziałkowy poranek, wezmą po dwa Apapy na twarz i udadzą się do pracy

środa, 10 marca 2010

Wyzwolenie Senatora



Jako bloger, który pierwszy ujął się za biednym i skrzywdzonym senatorem Piesiewiczem, mam dziś prawo wyrazić radość i satysfakcję z tego powodu że Wielmożny Pan Senator jest już niezagrożony, a co najważniejsze całkowicie oczyszczony z podłych zarzutów. Prawo do wyrażenia tej satysfakcji daje mi również to, że od pewnego czasu dzierżę tytuł Blogera Roku i w związku z tym, jak mi tu niedawno z wielu stron zasugerowano, moje słowo liczy się podwójnie. Jestem więc dumny, że po raz kolejny mogę dać świadectwo prawdzie właśnie w tej sprawie, która tak bardzo prawdy jest spragniona.
Jak większość z nas już zapewne wie, Pan Senator Piesiewicz, ze szczęśliwie, dzięki wsparciu dobrych ludzi, zachowanym immunitetem, wraca do pracy w Senacie. Prokuratura została zmuszona do umorzenia śledztwa przeciwko temu wybitnemu człowiekowi, prawnikowi, politykowi i artyście, a my możemy się tylko cieszyć i mieć nadzieję, że przez te miesiące, które zostały do końca kadencji obecnego parlamentu, panowie śledczy będą mieli czas, by przemyśleć swoje jakże nierozsądne zachowanie i się zreflektować. To wszyscy, jak mniemam, wiemy. Jest jednak coś, o czym – przez wzgląd na podupadające czytelnictwo prasy – wielu może nie wiedzieć. W swoim poniedziałkowym wydaniu, tygodnik Wprost ujawnił wszystkie, dotychczas skrzętnie ukrywane szczegóły prowokacji zbudowanej przeciwko Senatorowi. I muszę już na samym wstępie ostrzec wszystkich co wrażliwszych czytelników tego bloga. Lektura jest iście porażająca. Jednak to trzeba wiedzieć, tego nie wolno przemilczeć, to słowo musi zabrzmieć jak dzwon.
Przede wszystkim, jak jasno wynika z akt prokuratorskich, ujawnionych przez Wprost, senator Piesiewicz w żadnym wypadku nie korzystał z usług prostytutek. Jak się okazuje, kobieta którą poznał w okolicach hotelu Marriott, nie była prostytutką, ale przypadkowo spotkaną dziewczyną o imieniu Joasia, z którą oboje „przypadli sobie do gustu”. Jakie mamy na to dowody? Dowody, o których pisze Wprost, są proste i jednoznaczne. Przede wszystkim Joasia „jeszcze tego samego dnia wieczorem wylądowała w domu senatora”. Przecież to jest oczywiste, że gdyby oni nie przypadli sobie do gustu, to by do tego wieczornego spotkania nie doszło. Mało tego! Z zebranych przez prokuratorów dowodów wynika, że Senator z panią Joasią nie robili absolutnie nic nagannego, a wręcz przeciwnie – rozmawiali wyłącznie „na temat własnych doświadczeń”. Więcej! Jak czytamy w dokumencie prokuratury, senator Piesiewicz nawet nie zapłacił dziewczynie za rzekome usługi seksualne. Wręcz przeciwnie. Dał jej wyłącznie „500 zł. na prezent i na taksówkę”. Postawmy sobie teraz pytanie: Czy człowiek, który korzysta z usług kobiety upadłej, daje jej pieniądze na prezent? A może ktoś sądzi, że byłoby lepiej, gdyby Pan Senator sam jej kupił ten prezent, albo przynajmniej poszedł z nią do sklepu? Nic bardziej błędnego. Przecież jest oczywiste, że po pierwsze człowiek tak zapracowany jak senator RP, nie ma czasu chodzić po sklepach. Poza tym wiadomo, że pani Joasia potrafiła lepiej wybrać sobie sama to co jej pasuje. Jak nisko upadli ci wszyscy, którzy jeszcze nie tak dawno insynuowali senatorowi Piesiewiczowi tak straszne rzeczy!
Podobnie się ma sprawa z rzekomym zażywaniem przez Senatora narkotyków. Wprost podaje wyraźnie i jasno:

„Co ciekawe, w dokumencie, który został sporządzony na podstawie zeznań wszystkich świadków, nie ma nawet słowa o narkotykach”
A więc najcięższy zarzut, jaki stawiano od miesięcy Senatorowi upadł jak domek z kart. Na tym ohydnym filmie, który mieliśmy okazję oglądać, Pan Senator Piesiewicz nie jest odurzony narkotykami! On jest całkowicie przytomny i wyłącznie dobrze się bawi. Bawi się we własnym domu. Z kobietą, która mu przypadła do gustu i której on do gustu przypadł również. A każdemu, kto uważa, że może wtykać nos w prywatne sprawy wolnych obywateli, od tych spraw wara!
I wreszcie dochodzimy do sprawy podstawowej. Podstawowej z tej przyczyny, że to właśnie ona wciąż czeka na zniesienie immunitetu senatora Piesiewicza. Chodzi o kwestię szantażu. Podobno – jak się dziś okazuje – szantażu. Dokumenty na które powołuje się dziennikarz Wprostu stanowią jasno:

„Piesiewicz w swoich zeznaniach mówił tylko o kolejnych ofertach odkupywania nagrań. Nie wspominał, by tym propozycjom towarzyszyły groźby publikacji materiałów w mediach. Nie było więc elementu ultimatum, niezbędnego do postawienia zarzutów szantażu”
I oto widzimy, z satysfakcją, ale i – niestety – z przerażeniem, jak misternie budowany plan zniszczenia człowieka leży w gruzach. Trzeba było tylu miesięcy cierpień człowieka – takiego człowieka! – żeby to wreszcie oficjalnie przyznano. Nie było szantażu. Nie było nic. Musieliśmy czekać tyle miesięcy, we wstydzie i w bólu na to, by wreszcie się okazało, ze tak naprawdę, była tylko zwykła przyjaźń, zwykła zabawa i kupno laptopa.
Ktoś spyta: Kupno laptopa? Otóż tak. Właśnie tak. Jak ujawnia Wprost, to co pozostaje z tej pieczołowicie budowanej piramidy kłamstw i oszczerstw pod adresem wielkiego intelektualisty i człowieka Krzysztofa Piesiewicza, to już jest wyłącznie ten laptop. Otóż, jak się okazuje, pewnego dnia dwaj mężczyźni, koledzy koleżanki senatora Piesiewicza Joasi, korzystając z tego, że ta im opowiedziała o swoim nowym przyjacielu, jego potrzebach i doświadczeniach, zaproponowali mu kupno laptopa. I wtedy pan senator – grzesznik! – kupił tego laptopa. I, przepraszam bardzo, ale w tym momencie brakuje mi już słów. Otóż okazuje się, że żyjemy w kraju, gdzie nie można sobie nawet kupić laptopa, bez takiego ryzyka, że naszą osobą zainteresują się organy ścigania. Oto czasy, w których przyszło nam żyć. Oto czasy!
Przepraszam. Uniosłem się. Ale mam nadzieję, że stali czytelnicy tego bloga zrozumieją moje wzburzenie. Trzeba było czekać tyle miesięcy, żeby prawda ujrzała światło dzienne. Żeby prawda wyszła z mroku pomówień i intryg i zaświeciła nam jak słońce na deszczowym niebie. Warto jednak było czekać. Warto było, dla tej chwili satysfakcji, że oto Krzysztof Piesiewicz – człowiek i artysta wraca do nas. Wraca dla Polski. A nam dziś pozostaje tylko jeszcze podziękować tym wszystkim ludziom dobrej woli, przyjaciołom senatora Piesiewicza, którzy wbrew tej fali pomówień stanęli po jego stronie, jak również odnowionemu tygodnikowi Wprost, bo bez ich dziennikarskich poświęceń być może wciąż byśmy żyli niepewnością. A do samego już Krzysztofa Piesiewicza mamy tylko dwa słowa: Witaj, Senatorze!

poniedziałek, 8 marca 2010

O wojownikach i o sługach refleksja optymistyczna



Od jakiegoś już czasu, zarówno w zawodowych kręgach polityczno-publicystycznych, jak również wśród tak zwanej opinii publicznej, toczy się debata w sprawie ewentualnej kompromitacji Prawa i Sprawiedliwości na wypadek wejścia tej partii w polityczny sojusz z SLD. Biorąc pod uwagę fakt, że cały ten zgiełk nie jest w żaden sposób wynikiem jakichś realnych wydarzeń, lecz zwykłej, propagandowej akcji ze strony przeciwników PiS-u, to co się dzieje, może jedynie dziwić, lub w najlepszym wypadku smucić. Podobnie jak dziesiątki innych znaków wysłanych każdego dnia przez Ministerstwo Prawdy w stronę zdezorientowanej publiczności. Ale jest jak jest, i byłoby nieroztropne to lekceważyć. Szczególnie że echo tej debaty dotarło nawet do Salonu24 w postaci ankiety zatytułowanej dokładnie w taki sposób, jak to sobie zamierzyli urzędnicy wspomnianego ministerstwa, i co gorsza, jak widać na odpowiednim wykresie, większość głosujących wybrało kompromitację.
Wspominałem tu swego czasu o tym planie. Bo co do tego, że jest to plan – i to w najmniejszym stopniu nie po stronie PiS-u – nie ma najmniejszych wątpliwości. Chodzi o plan stworzenia tak niebotycznej fikcji, że jeśli tylko wszystko pójdzie zgodnie z planem, może nie zmiecie ona politycznego projektu Jarosława Kaczynskiego z powierzchni ziemi, ale z całą pewnością go wyraźnie uszkodzi. Ponieważ pamięć ludzka jest krótka, należy przypomnieć parę faktów. Otóż wszystko zaczęło się od tego, że po dojściu do władzy, Platforma Obywatelska zajęła się natychmiast sprawami najważniejszymi. I kiedy mówię o „sprawach najważniejszych” wcale nie mam na myśli rozliczenia PiS-u z jego „przestępczej działalności” w latach 2005-2007. Nic podobnego. Dziś, dla każdego w miarę rozsądnego obserwatora, nie ulega wątpliwości, że czyjakolwiek działalność przestępcza dla ludzi kierujących Platformą Obywatelską nie dość że nie jest niczym nawet szczególnie interesującym, to nawet nie szokującym. A zatem cel był zupełnie inny. I można go określać wszystkimi możliwymi słowami, ale i tak najlepsze posostaje kultowe już „kręcenie lodów”.
No i właściwie natychmiast, lodziarze z Platformy wzięli się za publiczne radio i telewizję. Nie jest dziś miejsce i czas na to, by dokładniej wchodzić w analizę potencjalnych zysków, na jakie Platforma liczyła zabierając się do likwidacji publicznej telewizji i radia, ale każdy kto wie na ten temat cokolwiek, to właściwie wie wszystko. A kto nie wie, niech mu wystarczy, sam fakt. Że poszło właśnie o te dwie przestrzenie. Szpitale i publiczne media. Jedynym sposobem, żeby uniemożliwić ten przekręt, w obecnej politycznej i społecznej sytuacji, nie było ani potrząsanie pięścią, ani wygłaszanie płomiennych przemówień, ani nawet otwieranie procedur, lecz zwyczajne odsunięcie Platformy Obywatelskiej od tych konfitur. I to właśnie zrobił PiS. Korzystając z chwili nieuwagi, odbił Platformie niezbędnego do skutecznego przeprowadzenia tego przekrętu koalicjanta, czyli właśnie SLD, i zrobił dokładnie to co miał zrobić, a więc wyrwał publiczne media z rąk ludzi całkowicie amoralnych i bezwzględnych.
Są tacy, którzy mówią, że to nieprawda. Że jeśli chce się rzeczywiście poznać początki, należy sięgnąć dwa lata wcześniej do czasów, gdy powstawała koalicja PiS-Samoobrona-LPR. Że to wtedy po raz pierwszy okazało się, że to co niemożliwe, jest tak naprawdę jak najbardziej prawdopodobne. Proszę bardzo. Nie mam nic przeciwko temu. Możemy tropić początki kompromitacji już wtedy, gdy Jarosław Kaczyński, nie chcąc oddać całości władzy Platformie Obywatelskiej i temu wszystkiemu co za nią stoi, zdecydował się zaryzykować tę pierwszą, jakże bardzo kompromitującą koalicję. Zgadzam się na ten trop choćby dlatego, że doskonale wiem, że gdyby wówczas Jarosław Kaczyński oficjalnie zrzekł się obowiązku tworzenia rządu i oświadczył, że proszę, niech władzę przejmuje Platforma Obywatelska, politycy Platformy, przy niekończącym się aplauzie mediów i swojego elektoratu zawiązaliby koalicję i z SLD, i z PSL-em i z LPR-em, i – jak najbardziej, gdyby tylko było trzeba – z Samoobroną. Dlatego, że oni akurat mają tę przewagę nad PiS-em, że nie walczą o swoje, ale wyłącznie o polskie, o publiczne, o nasze wspólne. A tego typu walka jest usprawiedliwiona od samego początku. Z samej zasady. A gdyby znalazł się ktoś, kto by w tę konieczność wątpił, zostałoby mu to dobitnie wytłumaczone. W gazecie i telewizorze. I w kabarecie i w piosence. I na zjeździe działkowców i na salach wykładowych polskich uniwersytetów.
A zatem zgadzam się. Początki obciachu możemy zaobserwować już w roku 2005. I to co dziś mamy, to wyłącznie efekt tego co się stało wtedy. Scena polityczna, skutkiem tego pierwszego, kompromitującego dla całego cywilizowanego świata, ruchu, podzieliła się na dwa obozy. Jeden obóz to Prawo i Sprawiedliwość, po drugiej stronie natomiast, trochę stoi, a trochę drepce, cała reszta. Ciekawą rzeczą jest tylko to, że ów PiS, będąc w sposób oczywisty symbolem najczarniejszego, najbardziej zdemoralizowanego, najbardziej pokracznego zacofania i bezwstydu, jest jednocześnie nieustannie rozliczany z najdrobniejszego wykroczenia przeciwko najbardziej podstawowym zasadom. Każdy wykształcony i obyty towarzysko człowiek wie, że nie ma najmniejszej różnicy między Jarosławem Kaczyńskim, a Władysławem Gomułką, między Zbigniewem Wassermannem a prokuratorem Wyszyńskim, i wreszcie między PiS-em a NSDAP, i że elektorat PiS-u to najniższe poziomy ludzkiego zbydlęcenia, a w tym samym czasie wystarczy że któryś pomniejszy polityk PiS-u się upije i zrobi z siebie głupka, by cała opinia publiczna trzymana była przez publiczne, prywatne, małe duże, lokalne i ogólnopolskie media przez tydzień na baczność. By każdy mógł zobaczyć, jak tam jest niemoralnie.
A zatem dziś, kiedy obserwuję nabierające już prawdziwych rumieńców działania na rzecz ostatecznego skompromitowania Jarosława Kaczyńskiego i jego politycznego projektu, tym razem pod hasłem „TRZY RAZY NIE DLA SOJUSZU PIS-SLD!”, przychodzą mi do głowy dwie mysli – jedna trochę żartobliwa, a druga jak najbardziej poważna. Najpierw sobie pożartujmy. Otóż cóż to nagle za zdziwienie? Cóż za oburzenie. Czyżby to nie było wiadomo od dawna, że PiS i SLD to jedno? Czy nie wystarczająco jasno zostało to z różnych stron powiedziane, że PiS to postkomunistyczna lewica w przebraniu? Czyżby mi się przesłyszało, kiedy słyszałem gdzieś powtarzające się wielokrotnie określenie „pisobolszewia”? A więc skąd nagle ten szok? Wiem skąd, ale nie powiem.
Bo prawdę powiedziawszy nie chce mi się żartować, jako że sprawa jest jak najbardziej poważna. Rzecz się bowiem ma tak, że polska scena polityczna została w taki sposób skonstruowana, że praktycznie nie ma możliwości tworzenia rządu samodzielnie, bez wchodzenia w koalicje. Tak się jednak przy okazji podziało, że jedna z dwóch tak zwanych partii prawicowych, PiS właśnie, o potężnym elektoracie i o bardzo silnej politycznej i społecznej pozycji, została oficjalnie i ostatecznie zakwalifikowana przez tak zwany mainstream jako wróg publiczny numer jeden (nawet dzisiejsze feministki, walcząc o swoje prawa niosły transparent z napisem „Make Love Not PIS”) i wrzód na naszym polskim organizmie. Tak się zdarzyło, że partia działająca w najbardziej podstawowym i legalnym demokratycznym schemacie, została jednoznacznie i definitywnie skazana albo na wieczne potępienie, albo anihilację. I jakie możliwości działania ma ktoś, kto czuje się odpowiedzialny za ten projekt i za tych wszystkich ludzi – według niektórych ocen, ponad 5 milionów Polaków – którzy go popierają? Jakie ma możliwości polityk, który stworzył taką siłę, a jednocześnie wie, że cała pozostała część sceny politycznej wyłącznie czeka aż on zdechnie i to najlepiej w jakiś bardzo spektakularny sposób? Co może zrobić Jarosław Kaczyński wiedząc, że z całą pewnością, przynajmniej w obecnej sytuacji, Platforma Obywatelska, a więc praktycznie jedyna z pozostałych siła o nie post-komunistycznym pochodzeniu, nie oferuje absolutnie nic, a co do dwóch mniejszych partii – jedyne co jest pewne to to, że im jest dokładnie wszystko jedno? Jakie pole manewru – poza oczywiście grzecznym podziękowaniem, i zwinięciem tego interesu – ma Jarosław Kaczyński skoro wie, że, zachowując dotychczasowe standardy i trzymając się swojej misji, albo wygra najbliższe wybory tak by móc rządzić samodzielnie, albo zostanie oficjalnie i publicznie oskarżony o kompromitujące alianse. Albo, jak już to powiedzieliśmy, zrezygnuje z uprawiania polityki.
Ktoś powie, że jeśli się nie ma zdolności koalicyjnych, to nie ma się też prawa funkcjonowania w polityce, gdzie te zdolności są wymagane. I oto przechodzimy do sedna tych refleksji. Otóż nie ulega wątpliwości, że Platforma Obywatelska tę zdolność posiada. Posiada ją jak najbardziej. Jak uczy doświadczenie, jedyne co tę jej zdolność hamuje, to nieposkromiona pazerność, niekompetencja i zwykła głupota jej czołowych polityków. Gdyby nie to, że oni są w stanie przeciwko sobie zrazić nawet kupę na drodze, Platforma Obywatelska byłaby w stanie z absolutnie czystym sumieniem wejść w koalicję nawet z Leszkiem Bublem, Ericą Steinbach i Władimirem Putinem. I to nie na takiej zasadzie jak być może przyjdzie nam oglądać w przypadku Prawa i Sprawiedliwości, gdzie jedynym innym wyjściem jest całkowite zaprzestanie działalności publicznej. Platforma Obywatelska, gdyby tylko uznała za stosowne, potrafiłaby wejść w koalicję z absolutnie z każdym, a później jeszcze – przy aktywnym udziale mediów – głosić, że oni nie padli ofiarą splotu konieczności, ale że tak jak jest, dla Polski jest najlepiej i w końcu ten Bubel to w porządku facet, Steinbach zna języki, a Putin dobrze gra w piłkę. Dlaczego? Z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że i tak najgorszy jest PiS, a drugi, to stary, znany wszystkim jeszcze z lat szczenięcych powód – bo tak!
A więc, dojdzie w końcu do tych wyborów. I najprawdopodobniej ich wynik będzie taki, że do Parlamentu wejdą cztery partie, a Prawo i Sprawiedliwość je znów, jak przed czterema laty, wygra. Najpewniej jednak nie na tyle mocno, by rządzić samodzielnie. Możliwe, że uda się stworzyć marny i słaby rząd przy pomocy koalicji z PSL-em. Im naprawdę jest obojętne, byle by zachować te swoje lokalne synekury, no i mieć paru ministrów. Ale może też się zdarzyć, że żądania Pawlaka będą nierealne i – tak jak wtedy – nic z tych rozmów nie wyjdzie. Może się też tak zdarzyć, że PSL jednak progu nie przekroczy i w Parlamencie znajdą się tylko trzy partie. Ale wówczas, wybór będzie tylko jeden. Albo przekazanie władzy Platformie i SLD – właśnie tak, Platformie i SLD – i praktyczne opuszczenie sceny, albo właśnie ten kompromitujący bardzo – jak się nagle okazuje – rząd z komunistami. Tylko to pozostaje. Bo, jak już wcześniej zauważyłem, wspólny rząd Platformy takiej jaką mamy obecnie z PiS-em – w każdej normalnej, cywilizowanej sytuacji, jedyny logiczny i sensowny – jest niemożliwy. I to w najmniejszym stopniu z winy Jarosława Kaczyńskiego i Przemysława Gosiewskiego.
Jestem pewien, że ci wszyscy, którzy udają, że wyrywają sobie dziś włosy z głowy, widząc jak Prawo i Sprawiedliwość, nie dość że nie dało się zniszczyć, to się na dodatek zaczyna bezczelnie rozpychać, doskonale sobie z tego wszystkiego co ja tu piszę zdają sprawę. Dopiero co tu sugerowałem, że jak wszystko na to wskazuje, oni jednak świetnie wiedzą. Dają się oszukiwać wyłącznie frajerzy. Tacy jak, żeby wymienić tylko ostatniego, poseł Poncyliusz. Ci co decydują – wszystko znakomicie wiedzą. I dostają cholery. Duszą się ze strachu. Bo wiedzą. Pozostaje się tylko dziwić tym, którzy wydawałoby się, też wiedzą. A tu nagle okazuje się, że nie są wojownikami, lecz zaledwie zwykłymi sługami.

niedziela, 7 marca 2010

E-tyczka, e-czasy i zwykłe słowo



Skoro jesteśmy w temacie, to chciałem opowiedzieć o czymś jeszcze, co, jeśli idzie o telewizję, załatwiło mi tę niedzielę. Cóż takiego się stało, że nagle zacząłem słuchać Magdaleny Środy, jak tłumaczy red. Miecugowowi tajniki swojego przebiegłego umysłu, nie będę opowiadał. A to z tej prostej przyczyny, że jednych to nie interesuje, a z kolei ci, którzy chcieliby to wiedzieć, i tak mi nie uwierzą. Ale, jak mówię, stało się. Zobaczyłem dziś w telewizorze Magdalenę Środę, usłyszałem jak mówi, i jej słowa oplotły mnie i oblepiły, i pozostawiły ślad, który sprawia, że już nigdy nic nie będzie takie jak było.
Kim jest Magdalena Środa nie będę tłumaczył, i to nie koniecznie dlatego, że już tu kiedyś poświęciłem jej swój cały wpis, ani też dlatego, że już tu o niej wspominałem przy innych okazjach. Przede wszystkim, każdy wystarczająco obyty we współczesnych zawirowaniach naszego polskiego życia – a przecież do takich głównie osob jest kierowany ten blog – zna tę dziwną osobę wystarczająco dobrze. Poza tym, wydaje mi się, że to co chcę tu dziś opisać jest tak wyjątkowe w swoim szaleństwie, że może nawet lepiej by było odbierać to jako czysty, obiektywny i niesplamiony nawet okruchem uprzedzeń przekaz. A więc tak. Tak by było najlepiej. Odnaleźć w sobie tę czystość doświadczeń, którą dysponuje na przykład moja najmłodsza córka, i wsłuchać się w ten szum wydobywający się z ust Magdaleny Środy. Właśnie tak jak to moje dziecko, które słuchało ze mną przemawiającej Środy, z coraz większymi oczami, i w końcu zapytała: „A czemu on jej nie powie, żeby już przestała?” Bo najgorszą rzeczą będzie chyba reakcja, sprowadzająca się wyłącznie do wzruszenia ramionami i wzgardliwego zdania: „E tam! Środa.”
To nie była długa chwila, kiedy wsłuchiwałem się w ten szum, czy może chrobotanie, a może syk. Jakieś dziesięć, może piętnaście minut. Ale daję słowo, działo się wiele. Magdalena Środa opowiadała głównie o jednym zjawisku, z którym ona sobie nie umie poradzić i które ją w dzisiejszej Polsce zwyczajnie dręczy. Otóż, przyznając że właściwie wszystko idzie w dobrym kierunku, że kultura liberalna postępuje prostą i gładką drogą, młodzi ludzie mają umysły nastawione – jak należy – na doraźne przyjemności i przyszłe sukcesy, a nawet system edukacyjny w Polsce wreszcie zaczyna wyglądać tak jak systemy w innych cywilizowanych i nowoczesnych krajach, Środa z przykrością stwierdza, że na poziomie aksjologicznym jest bardzo niedobrze. Właśnie tam, gdzie mowa o wartościach, jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu gdzie byliśmy w XIX wieku, a mianowicie z jednej strony z Ojczyzną, a z drugiej z Rodziną pod pachą. Środa skupiła się na Rodzinie.
Opowiada Środa – jak głosił dźwięczny podpis, „etyczka i filozofka” – jak to ona ma zajęcia ze swoimi studentami i zawsze przy pierwszej okazji zadaje im pytanie, co jest dla nich najważniejsze. I niestety, ona z prawdziwym bólem musi za każdym razem stwierdzać, że dla nich – ludzi poza tym nowoczesnych, inteligentnych, ambitnych – na pierwszym miejscu jest rodzina. Ona zawsze stara się im tę rodzinę wybić z głowy, ale jedyny tego efekt jest taki, że oni zmieniają temat, a wszystko pozostaje jak było. A to, wedle Środy, jest okropne, bo nie da się przecież budować nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego, jeśli człowiek jest w pierwszej mierze nastawiony na rodzinę jako wartość. Pomijając już fakt, że to staroć i zabobon, to tak zwane wartości rodzinne w sposób oczywisty rozwojowi szkodzą. Środa podaje nawet przykład. Weźmy młodego człowieka, który na przykład kradnie. Przecież system wartości w tradycyjnej rodzinie jest taki, że nie ma mowy o tym, by w takiej sytuacji rodzice donieśli na swojego syna, czy córkę, na policję. Oni będą ich bronić, bo taki jest dla nich ów chory system wartości. W efekcie, wszystko co zżera naszą cywilizację, a więc korupcja, układy, kolesiostwo, nepotyzm nie zostanie z naszego życia wyrugowane, dopóki nie wykształci się w społeczeństwie przekonania, że rodzina co najwyżej może pełnić funkcje pomocnicze, a nie decydujące. Tak mówiła etyczka i filozofka Magdalena Środa.
Ów potok nowoczesnych myśli był tak intensywny i tak porażający w swej wyjątkowości, że w końcu nawet – delikatnie jak tylko on potrafi – musiał zainterweniować sam redaktor prowadzący, i zasugerował Środzie, że może dopóki nie możemy mieć pewności co do słuszności większości zjawisk, nie należy podejmować gestów i wygłaszać sądów zbyt radykalnych. W końcu już nie raz się okazało, w najróżniejszych dziedzinach życia, że coś co nam się wydawało pewne i oczywiste, po jakimś czasie jawiło się jako błąd. I w tym momencie, Magdalena Środa wygłosiła opinię naprawdę mocną i znaczącą. Otóż prawdziwa odwaga nie polega na podejmowaniu kroków wtedy, gdy co do słuszności naszych przekonań mamy pewność. Tak to potrafi każdy głupiec. Człowiek odważny podejmuje działania właśnie wtedy, gdy za tym działaniem stoi silnie wyposażona w wiarę niepewność.
Stoję więc w obliczu tego co dziś usłyszałem trochę bezradny, a jednocześnie zdeterminowany przynajmniej do wypowiedzenia kilku słów, co do słuszności których oczywiście nie mam pewności, ale za to mam w sobie na tyle odwagi, by je tu zaryzykować. Myślę, że – zwłaszcza że za tymi słowami nie idzie czyn – mogę liczyć na ewentualne zrozumienie ze strony choćby samej Magdaleny Środy. Chodzi mianowicie o to, że od jakiegoś czasu, w środowiskach, które są mi bliskie krąży opinia, że współczesna cywilizacja w dużym stopniu konstytuuje się na planowanym niszczeniu rodziny. Że zarówno pornografia, eutanazja, aborcja, rozwody, powszechna promocja homoseksualizmu – można wymieniać – mają tak naprawdę jeden cel. Zniszczenie rodziny. Aczkolwiek można starać się w tej teorii dojrzeć sens, czy choćby jakąś myśl, zawsze mamy skłonność traktować ją jednak bardziej jak pewną przypowieść, czy symbol, niż rzeczywisty gest. Mam oto jednak wrażenie, że to co dziś powiedziała Magdalena Środa po raz pierwszy, przynajmniej w naszej przestrzeni publicznej, zabrzmiało jak faktycznie potwierdzenie tej obawy, że są ludzie i systemy, które pragną zniszczyć rodzinę. I że to jest realne. Po prostu. Nie przy okazji, nie w ramach tak zwanych wiór, które muszą lecieć, kiedy się tnie te deski, ale bezpośrednio i na pierwszym miejscu. Jako coś od czego się właściwe działania dopiero zaczną. A przecież nie jest tak, że Magdalena Środa to sobie wszystko sama w swojej głowie ułożyła. O nie! Ona jest wybitna, ale przecież nie aż tak, żeby tworzyć całe systemy. Ona wszystko co mówi, gdzieś wcześniej usłyszała. Ktoś od niej większy i mądrzejszy – czy jak kto woli – bardziej obły musiał jej to wcześniej powiedzieć. Ona jest tu wyłącznie emisariuszem.
Wiem, że mógłbym całą sprawę obrócić w taki trochę publicystyczny żart i przypomnieć jak to jeszcze nie tak dawno, cała Polska emocjonowała się nagraniami z jakiegoś wykładu, który ojciec Rydzyk adresował do swoich studentów. Przypomnieć tamtą histerię i wyrazić przypuszczenie, że gdyby tak ktoś dziś przemycił do mediów zapis któregoś z wykładów Magdaleny Środy, też moglibyśmy się tym co ona tam wygaduje – a tego że wygaduje, jestem pewien już na 100% - pobawić. Ale przecież my nie żartujemy. My staramy się być odważni. I choć to są tylko słowa, to przy całkowitym brak pewności, co do ich słuszności, staramy się być dzielni. Bo – jak sama nam dziś powiedziała etyczka i filozofka, Magdalena Środa – na tym właśnie polega prawdziwa odwaga. A więc mówię dalej. Ja nie wiem, kim naprawdę jest Magdalena Środa. Może ona jest przybyszem z kosmosu? To się wydaje niemożliwe, ale kto wie? Gdybym wiedział to na pewno, że tak jest, poinformowałbym o tym odpowiednie instytucje, i ktoś by po nią przyjechał, zabrał ją i przebadał w jakimś laboratorium. A może ona jest po prostu czarownicą? Nie wierzę w czarownice, ale przecież są ludzie, którzy mówią, że niewiara w czarownice to rzecz nieroztropna. Co się robi z czarownicami? Kiedyś się je paliło na stosach, a dziś? Zdaje się, że się diagnozuje i zamyka się w zakładach psychiatrycznych. Stoję, wspominam tę moją przygodę z Magdaleną Środą i chcę coś powiedzieć. Przyszedł mój syn,. A ponieważ jest bardzo inteligentny, a przy tym dowcipny, powiedział, że to są takie czasy. Komputery, Internet, informacja, etc. Że ta etyczka, mogłaby być pisana jako e-tyczka i ze to by było zabawne.
A ja nie jestem nowoczesny. Mnie ten żart, owszem, bawi, ale już nie przekonuje. A tym bardziej nie uspokaja. Do mnie znacznie bardziej przemawiają ogniska. Ja jestem dzikim katolikiem, rycerzem Chrystusa, dumnym sługą Bożym. Ja jestem radykalnym Polakiem. Wciąż mi brakuje tej odwagi, o której dziś nauczała Magdalena Środa, a więc stać mnie tylko na słowa. Ale słowa też się liczą, prawda? Więc powtarzam. Do mnie bardziej przemawiają ogniska.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...