niedziela, 7 marca 2010

O tych co wiedzą i o tych co wiedzieć już nigdy nie będą



Wbrew zarzutowi, który się tu czasami pojawia, szczególnie ze strony tych wyśrubowanych intelektualistów, którzy uważają, że telewizor degraduje, podczas gdy Internet wyłącznie uwzniośla, telewizję oglądam w stopniu minimalnym. Podobnie zresztą, jak w stopniu minimalnym korzystam z usług komputera. Jest jednak taki dzień i taka pora, kiedy regularnie staram się gapić w to co pokazuje mi telewizja, a dokładnie telewizja TVN24. Jest to mianowicie niedzielne przedpołudnie. Wstaję rano i kiedy moja żona z dziećmi szykują się do kościoła, siedzę i oglądam przedpołudniowo-niedzielne rozmowy z zaproszonymi do studia ludźmi. Później zaczyna się jedyny program w telewizji, który oglądam zawsze, a mianowicie Kawa na ławę, i tak mniej więcej przed pierwsza przerwą na reklamy, telewizor zostaje wyłączony i wszyscy idziemy się modlić. Później, wracam do telewizora dopiero pod wieczór, żeby obejrzeć powtórkę, a raczej tę jej część, której rano nie zdążyłem obejrzeć. I to tyle. Oczywiście, zdarza mi się oglądać też różne programy w pozostałej części tygodnia. Ale to już raczej z tak zwanego doskoku.
Przedpołudniowe niedzielne rozmowy w TVN24 dzielą się z reguły na dwie części. Pierwsza to krótka pogawędka z jakimś aktorem, albo pisarzem, albo piosenkarzem, czy innym artystą, a druga, to głównie polityk. Nie inaczej było dziś. Redaktor, którego nazwisko znam bardzo dobrze, a mianowicie Jarosław Kuźniar poprosił o rozmowę aktora Daniela Olbrychskiego. Dla mnie Olbrychski jest przede wszystkim wybitnym, autentycznie wielkim aktorem, natomiast jeśli idzie o całą resztę, to patrzę na niego już tylko jak na kogoś, kto całe lata temu przestał był człowiekiem i tak się jakoś zdarzyło, że nie przetransformował się w żaden inny organizm, tylko został tym czymś, czym przed właściwą transformacją stają się niemal wszyscy aktorzy, a mianowicie takim kompletnie sztucznym bytem, w który dane im było się wcielić w którejś z ich licznych ról. Piszę o tym nie po to by się nad Olbrychskim pastwić, ale wyłącznie dlatego, że nie ukrywam, że nie jestem stanie odnosić się do pozaaktorskich występów Olbrychskiego w sposób obiektywny. Widzę Olbrychskiego, słyszę, jak mu jakiś dziennikarz zadaje pytanie, a już z góry wiem, że za chwilę będziemy mieli prawdziwy kosmos. Tak już mam i dlatego robię to zastrzeżenie.
Dziś Olbrychski najpierw mówił o Kubie Wojewódzkim jako zdolnym aktorze i o jakimś przedstawieniu, w którym swój aktorski debiut ów Wojewódzki odstawił, a w końcu – jakże by inaczej – Kuźniar poprosił go o komentarz na temat bieżących wydarzeń politycznych. I wtedy aktor Olbrychski powiedział mniej więcej coś takiego, że on, jak wszystkim wiadomo tak już ma, że kocha wszystkich ludzi, a w tym sympatyków PiS-u, i on chciał im wszystkim przekazać wyrazy współczucia z tego powodu, że Jarosław Kaczyński został ponownie tego PiS-u prezesem. Dodał ponadto, że on bardzo lubi Platformę Obywatelską za jej styl, kulturę i szyk, a to jego uczucie jest tym bardziej intensywne, im dłużej przygląda się, jak pięknie walczą, w jak demokratycznej i równej walce, dwaj kandydaci Platformy na prezydenta. I jakże to się różni od tego gomułkowsko-gierkowskiego upadku, jaki nam zafundował wczoraj PiS.
I na tym, kończymy z Olbrychskim, bo oto w tym momencie, jego płomienne wystąpienie zostało przerwane komentarzem Kuźniara, że to trochę nie tak, bo Sikorski z Komorowskim walczą o prezydenturę, a nie o miejsce po Tusku. Że moglibyśmy dopiero oceniać demokratyczne standardy w Platformie, gdyby tam chodziło o fotel przewodniczącego. Że dopiero wtedy byśmy wiedzieli, ile głosów dostał Tusk, a ile jego przeciwnik. Kończymy z Olbrychskim bo przede wszystkim i tak już jest go za dużo, a po drugie dlatego, że on już więcej nic na ten temat nie powiedział, lecz z oczyma wlepionymi w miejsce gdzieś tak 23 centymetry nad g łowami publiczności wyszeptał jedynie kwestię, że on już więcej na ten temat nie chce rozmawiać, bo jest mu po prostu przykro za wyborców PiS-u. Nie będzie też już więcej o nim, bo chodzi mi bardziej o samego Kuźniara, a dokładnie o to, że – jak się nagle okazało – on wie. Okazało się, że pytanie, które dręczy wielu dobrych ludzi jeszcze od zamierzchłych komunistycznych czasów, a które sformułował kiedyś tak pięknie mój zmarły ojciec; „Czy on wie, że on kłamie?” doczekało się odpowiedzi. Otóż tak – on wie, że on kłamie. On wie wszystko co trzeba.
To że Kuźniar wie, zostało nam podane na talerzu chwilę później, kiedy do studia zawitał polityk Platformy Waldy Dzikowski. Swoją drogą, ciekawe, czemu polski kabaret z takim zacięciem skupił się na Edgarze, a nie na Waldym. W końcu Edgar, to jak by nie patrzeć imię, o czym najlepiej świadczy fakt, że Word Edgara nie poprawia, a Waldiego owszem. Ale do rzeczy. Więc rozmawiał ten Kuźniar z Dzikowskim i doszło oczywiście do kwestii tego Egiptu. I znów stało się to co wcześniej. Kiedy Dzikowski się rozpędził jak należy w kwestii tego, jak to Polacy powinni odpoczywać w naszej pięknej Polsce, i jak to aż nie wypada, żeby rodaków wyrzucać gdzieś do dalekiego Egiptu, podczas gdy tu tak pięknie, Kuźniar znów wszedł mu w słowo i z przebiegłym uśmiechem zasugerował, że to chyba lepiej, kiedy na taki Egipt stać 50% społeczeństwa, a nie zaledwie 20. Jak by tego było mało, z tym samym chytrym uśmiechem, zaczął naciskać Dzikowskiego, by powiedział prosto i jednoznacznie, czy on się cieszy, że Kaczyński został prezesem, czy nie. Bo to wszyscy mówią, że Kaczyński to dla PiS-u czyste nieszczęście, więc niech on powie – dobrze to, że on został tym prezesem czy nie? Nie muszę oczywiście przypominać, że odpowiedzi ani on, ani myśmy się nie doczekali.
I znów sobie pomyślałem, że Kuźniar świetnie wie, jak się sprawy mają. Nie wiem, czy on to wie sam z siebie, czy może dowiedział się od swoich kolegów z ITI, którzy z całą pewnością też doskonale się na rzeczy znają. Ale to już jest bez znaczenia. I wie on, i wie również Rymanowski, który był chwilę później. Natomiast niewykluczone, że już tego mogą nie wiedzieć sami politycy. Pewni politycy. Dlaczego tak sądzę? Otóż sprawa Egiptu wróciła w Kawie na ławę. Wszyscy wiemy o co chodzi. Nie ma kraju w cywilizowanej Europie, gdzie tak jak w Polsce różnice między sferą zamożności a sferą nędzy byłyby tak duże. I nie ma też kraju w cywilizowanej Europie, gdzie ludzi biednych było tak dużo. I oto w tej sytuacji – sytuacji, która każdego normalnego człowieka powinna przyprawić wyłącznie o ból głowy – obecny w studio Paweł Graś poinformował wszystkich, że do Egiptu w wakacje nie warto jeździć, bo tam jest tak gorąco, że człowiekowi nawet się nie chce ruszać z hotelu, i że on proponuje, żeby ludzi spędzali wakacje raczej tak jak podróżnik Kamiński, a więc kajakiem po Wiśle, na co jego kumpel Kalisz się bardzo podniecił i dodał dobitnie, pomagając sobie palcem, że do Grecji, Egiptu i takich tam należy jeździć wyłącznie we wrześniu i kwietniu. Tylko wtedy. Głupi kto jeździ w lecie. A więc oni dwaj wiedzą tyle.
Kiedyś napisałem tu tekst, w którym napisałem, że nie ma tak głupiego polityka, który byłby głupszy od najmądrzejszego dziennikarza. Czasy się zmieniają. Moja ocena sprzed miesięcy straciła ważność. Mamy nową sytuację. Pojawili się politycy Platformy Obywatelskiej. SLD już nie koniecznie, choćby dlatego, że Kalisz od dawna robi wrażenie szczególne. Ale politycy PO, mam wrażenie, zaproponowali ostatnio nową jakoś. Wiedzą już wszyscy, nawet dziennikarze. Oni nie. Oni zaczęli spadać w otchłań czegoś, co można już tylko nazwać teatrem. Czegoś gdzie już nie ma miejsca na to, co normalny człowiek nazywa życiem. Myślę, że jak już miną te miesiące, które dzielą nas od pierwszych, drugich, i w końcu trzecich wyborów, oni wszyscy pójdą w aktorstwo. I tam już zostaną. Jako bliscy kumple Olbrychskiego. A ci, którzy wciąż będą chcieli tworzyć ich ten tak zwany elektorat, będą mogli im zamiatać scenę.

piątek, 5 marca 2010

Gdy trzeba będzie odpowiedzieć



W zamykającej pierwszą płytę zespołu The Smiths piosence, której tytuł Suffer Little Children można by pewnie po prostu przetłumaczyć na nowotestamentowe „pozwólcie dzieciom”, chodzi o bardzo w Wielkiej Brytanii wspominane wielokrotne morderstwo, którego w latach 1963-1965 w okolicach Manchesteru dokonała niejaka Myra Hindley z jakimś Ianem Bradym. Hindley i Brady najpierw uprowadzili, następnie zgwałcili i w końcu zamordowali pięcioro dzieci, za co zostali ostatecznie skazani na dożywocie. W pewnym sensie obu się udało, bo kiedy wydawano na nich wyrok, w Wielkiej Brytanii właśnie zakazano wykonywania kary śmierci. W efekcie Hindley zmarła dopiero parę lat temu, a Brady jakoś wciąż sobie radzi.
Morrissey nie opisuje ani samej zbrodni, ani nie śpiewa o losie tych dwojga dziwnych ludzi, jedynie przedstawia strasznie ponury obraz zimnych angielskich wrzosowisk, po których krążą ni to dzieci, ni to ich duchy, w otoczeniu wszechobecnej śmierci. I pewnie nie mielibyśmy nawet pojęcia, że tu w ogóle chodzi o jakąkolwiek zbrodnię, gdyby nie powtarzające się imiona tych dzieci, prawdziwych dzieci, i ten fragment o tym, jak Hindley się nagle budzi, no i wreszcie gdyby nie to wyłkane przez Morrisseya – tak jak tylko on to potrafi – zawodzące, wciąż powracające, pełne groźnego smutku ostrzeżenie: „Oh Manchester, so much to answer for”.
Przypomniała mi się dziś właśnie ta piosenka i ten upiorny refren, z którego w stronę Manchesteru płynie owa bezlitosna informacja, że przyjdzie kiedyś za to wszystko zapłacić. Że to Manchester odpowiada za śmierć tych dzieci. Nie on, nie ona, ale Manchester. A może nie za śmierć. Może za śmierć oni, natomiast Manchester za coś znacznie większego. Ciekawa bardzo ta piosenka. I bardzo przejmująca. Przypomniała mi się ona właśnie dziś, kiedy usłyszałem, że Sąd Apelacyjny w Katowicach kazał Gościowi Niedzielnemu przeprosić i wypłacić jakieś tam grubsze tysiące Alicji Tysiąc – kobiecie, której polskie państwo nie pozwoliło zamordować swojego nienarodzonego dziecka, i przez to ona dziś to dziecko musi mieć. Pisałem tu dwukrotnie o Alicji Tysiąc. Raz w formie, która Administracja uznała za zbyt hardcorową i notkę usunęła, a następnie w nowej, która wprawdzie ja uznałem za jeszcze twardszą, ale mimo to jakoś jej się upiekło. I wszystko co chciałem tam powiedzieć – powiedziałem. Każde pojedyncze słowo, każde spojrzenie, każdy gest, każda łza i każdy jęk bólu, jaki chciałem w tym tekście wyrazić, znalazły się tam i nie mam już nic więcej do dodania. Jestem oboma tymi tekstami tak wypełniony, że myślę sobie o nich z pełnym spokojem, i wiem przy tym, że one są i tam gdzie mają krążyć – krążą.
A więc nie będzie już nigdy nic więcej o Alicji Tysiąc i jej dziecku. Dziś będzie o Katowicach. Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj otrzymałem telefon od mojej uczennicy, która gdzieś na początku roku musiała przerwać naukę, bo była w zaawansowanej ciąży i lekarze uznali tę ciążę za zagrożoną. A więc przerwała ona te lekcje i poszła do szpitala. Wczoraj zadzwoniła i poinformowała mnie, że dziecko się urodziło i ma się dość dobrze. A więc niby standard. Ale jest też coś w tej informacji bardzo szczególnego. Otóż to dziecko urodziło się w szóstym miesiącu, i kiedy przyszło na świat ważyło zaledwie kilogram z kawałkiem. Dziś ma już miesiąc, potrafi samodzielnie oddychać, i waży już półtora kilograma. I już jest bezpieczne. Żyje.
Myślę sobie o tych lekarzach ze szpitala w Katowicach, czy Sosnowcu, czy może Tychach – nie wiem – ale gdzieś tu w okolicy, jak oni przez ten miesiąc bardzo dbali o to, żeby to maleńkie dziecko nie umarło. Ja nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak małe musi być dziecko, które waży jeden kilogram, i jak musi być słabe. Nie umiem sobie wyobrazić, jak strasznie wielki trzeba włożyć wysiłek w to by tak małe i słabe dziecko zachować przy życiu. Nie wiem nawet, czy dla lekarzy, którzy tym dzieckiem od miesiąca się zajmują, ta akurat sytuacja była bardzo szczególna. Wiadomo – dzieci rodzą się czasem przedwcześnie. Może i zdarza się, że w szóstym miesiącu. Może medycyna i opieka szpitalna tak już się posunęła, że takie rzeczy się po prostu dzieją. Nie wiem. Wiem, ze trwało to miesiąc, i przez ten miesiąc cała kupa lekarzy w którymś z tych tutaj szpitali stawała na głowie, żeby to dziecko żyło. I żyje.
Ale wiem też, że sześciomiesięczne dzieci w w wielu najbardziej cywilizowanych miejscach świata zabija się w majestacie prawa. Szósty miesiąc, to jest – jak wiemy – 24 tydzień. Pomyślmy tylko, jak to beztrosko brzmi. 24 tydzień. Ale wiem też, że w tym samym mniej więcej czasie, kiedy w tamtym szpitalu toczyła się walka o życie tego dziecka, sędzia w katowickim sądzie – też w majestacie prawa – wydała ten wyrok. I to jest, moim zdaniem wyrok nie byle jaki. To jest też gest nie byle jaki. To jest nie byle jakie świadectwo. Coś się stało. W tym samym czasie, gdy to maleńkie dziecko, tak bardzo bezbronne, dzięki temu że trafiło w ręce takich lekarzy, żyje, sędzia katowickiego Sądu Apelacyjnego dała swój znak.
No i teraz już naprawdę nie pozostaje nic więcej powiedzieć, jak powtórzyć za Morrisseyem, z tą małą modyfikacją, w stronę mojego miasta – ale przecież jakże mały jest ten nasz świat – och, za wiele trzeba będzie odpowiedzieć! O tak. Właśnie tak.

Też pamiętam KPN



Wygląda na to, ze źle robię, nie śledząc tego sabatu, który odprawiany jest nade mną na obcych blogach. Przede wszystkim, nie musiałbym angażować moich przyjaciół w działania, na które oni przecież też nie mają czasu, no a przede wszystkim reagowałbym wcześniej na te przejawy ludzkiej histerii, które dotykają mnie już bardzo bezpośrednio, a w perspektywie mogą mnie dotknąć wręcz fizycznie. A zatem, doniesiono mi właśnie, że oprócz gróźb, które skierowały do mnie… no właśnie nie wiem, jakiego określenia użyć, żeby nie pogorszyć swojej i tak już trudnej sytuacji…
Dobra, muszę na chwilę się zatrzymać, żeby tę sprawę wyjaśnić, i to wyjaśnić tak, by nie powoływać się na Pana Cogito, bo zostanę oskarżony o profanację, a jednocześnie powiedzieć dokładnie to co dotychczas tylko tam, u Herberta, zostało powiedziane jak należy. Ten strach jest mianowicie kompletnie bezkształtny, nieokreślony i niemal tak nierealny jak widmo. A przez to, nie ma nawet sposobu, żeby go nazwać, a co dopiero wskazać. A więc, jak ja mogę powiedzieć, kogo ja się boję? Kto na mnie się zasadził? Kto zatruwa moje powietrze? Więc nie wiem, jak ich nazwać i, właśnie przez to o czym tu pisze, nie wiem nawet, czy jeśli już się zdecyduję wypowiedzieć to słowo, to czy trafię choćby w okolicę tarczy. No ale jest jak jest, więc właśnie mi doniesiono, że oprócz gróźb ze strony tego czegoś, pojawiły się też groźby ze strony projektu określonego już bardzo ściśle, a mianowicie Konfederacji Polski Niepodległej. I to jest poważny kłopot.
Pisząc o kłopocie, nie mam na myśli tego, ze niegdysiejsi chłopcy i dziewczęta od Moczulskiego przyjdą pod mój dom i narysują mi coś na drzwiach, albo po prostu mi wleją. Nie. Myślę, że to są już dziś spokojni ludzie, więc co najwyżej – jak już idzie o akcję bezpośrednią – zaśpiewają mi jakąś piosenkę, lub popatrzą na mnie krzywo. Tak samo zresztą, jak ja stosunkowo niedawno popatrzyłem na przechodzącego ulicą Adama Słomkę. Nawet nie myślę tu o tym, że oni faktycznie, jak podobno już tam kombinują, pójdą w mojej sprawie do prokuratora. Chodzi mi o coś zupełnie innego. O kłopot wynikający z tego, że to właśnie KPN, czy może dawni bohaterowie KPN-u, postanowili obrazić się właśnie na mnie. Mam na myśli kłopot natury absolutnie i wyłącznie tylko filozoficznej. Że to właśnie KPN.
Jak tu już mi wielokrotnie wytknięto, nigdy, przenigdy nie dostałem pałą od milicjanta. Nigdy, przenigdy nie zostałem zatrzymany… no, powiedzmy raz i skończyło tylko na tym, że pan milicjant, powiedział do mnie: „co się, k…, patrzysz?” No i dodał jeszcze, że będzie miał na mnie oko. Natomiast tak się złożyło, że miałem dość dużo bardzo bliskich znajomych, którzy właśnie nieustannie od tych milicjantów obrywali i którzy najczęściej byli związani właśnie z KPN-em.. Wspomniałem tu parę dni temu o pewnym moim uczniu. Miał on dziewczynę, obaj byli bardzo mocno zaangażowani w gonienie się z milicją i oboje należeli naturalnie do KPN-u. No bo gdzie mieli należeć, skoro byli dzielnymi Polakami? Pamiętam, jak kiedyś poszli składać kwiatki i palić świeczki pod Wujkiem i skończyło się to dla nich, a szczególnie dla niej, bo on był dzielny chłopak, upokorzeniem, o którym nawet nie chcę tu pisać. Bo się pobęczę. A zatem KPN dla mnie zawsze kojarzył się właśnie z nimi. Tymi niezwykłymi dziećmi. KPN, właśnie przez te dzieci i te skojarzenia, był dla mnie jedyną autentyczną, prawdziwie bojową organizacją antykomunistyczną. Ja oczywiście już wtedy byłem od nich znacznie starszy, a więc też czasami patrzyłem na nich z tą okropną nauczycielską pobłażliwością, ale zawsze wiedziałem, że to właśnie dzieci z KPN-u są bezpośrednimi spadkobiercami tamtych dzieci sprzed jeszcze dawniejszych lat.
Dziś nie lubię KPN-u. Dlaczego? Właściwie za wiele rzeczy, za całe ich polityczne zaangażowanie po roku 1989. Za to, że nie mając nic poza tym swoim bohaterstwem i gorącymi sercami postanowili, że oni w polityce sobie poradzą równie dobrze jak inni. Że tak jak potrafili pokonać komunę, tak samo pokonają post-komunę i w ogóle wszystko co będzie trzeba pokonać. Ale największe pretensje, te które mnie ustawiły tu gdzie jestem, mam do nich oczywiście za czerwiec. Wszyscy wiedzą który. To wtedy zobaczyłem po raz pierwszy, do czego prowadzi polityka oparta wyłącznie na kalkulacji i grzesznym przekonaniu, że kto jak kto, ale my sobie poradzimy zawsze. To właśnie wtedy, po raz pierwszy zobaczyłem najważniejszych działaczy KPN-u nie jako tych nieugiętych, bezkompromisowych rycerzy, ale zwykłych polityków, dla których wszystko co się dzieje teraz to wyłącznie doraźność i bzdura. I dziś ich widzę na filmie Kurskiego Lewy czerwcowy, czytam po raz kolejny wystąpienie sejmowe z tamtego czasu Adama Słomki, tak okropnie wtedy rozczarowujące, a dziś tak w pewnym sensie już oczywiste, i wiem, że to się skończyło właśnie wtedy, w tamtą noc. I już się nigdy nie odbudowało. Dlaczego? Bo w międzyczasie wszyscyśmy się postarzeli.
Kiedy w jednym krótkim komentarzu, w odpowiedzi zresztą na przypomniany przez kogoś bon mot Moczulskiego „Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji”, napisałem, że niech oni się już dziś zamkną, bo sami są zdrajcami i pachołkami, tyle że ani świadomymi ani płatnymi… ot takimi, których to silne przekonanie o tym, że sobie zawsze poradzą zawieje gdzie bądź. Zwykłymi codziennymi zdrajcami i pachołkami, którymi każdy z nas czasem się staje, kiedy tylko zapomni na chwilę, że trzeba zawsze uważać, że trzeba zawsze być wiernym i trzeba iść. Że nic nie jest doraźne. W kolejnym zresztą komentarzu zaznaczyłem, że jeśli mamy mówić o KPN-ie, to dobrze by było wiedzieć, kogo mamy na myśli. Tego chłopca ze swoją dziewczyną, upodlonych na komendzie w Katowicach, czy może Leszka Moczulskiego, jego zięcia Króla i ich kumpla Słomkę? Zrobiłem to zastrzeżenie, bo ono ma tu znacznie podstawowe. To bowiem ich, a nie tamtych licealistów, widziałem na własne oczy, jak obalali – cóż że w głębokim przekonaniu, że za ich działaniem nie stoi zdrada – pierwszy polski rząd. Ja ich tam widzę i słyszę jeszcze dziś. Jak zdradzają Polskę. Nieświadomie, za darmo, na niczyje zlecenie. Ze zwykłej głupoty.
Bo to jest polska polityka. To jest właśnie to, co nas doprowadziło w to miejsce, w którym dziś musimy się męczyć. Polityka prowadzona przez ludzi, którzy zawsze mają rację, a nawet jak jej nie mają, to też nic nie szkodzi, bo najważniejszy jest cel. Cel i gra. A gra, jak wiemy, zawsze jest ukryta przed świadomością tych, którzy nic nie rozumieją. Nawet najprostszego tekstu, zwykłego blogowego tekstu, napisanego przez kogoś, kto ma swoje wspomnienia, swoje emocje i swoje prawa. I za to też już nie lubię KPN-u. Za to że tak wychował swoich zwolenników, że nic nie rozumieją. Za to że tak się zapętlił w swoich kalkulacjach, tak się ślepo rzucił w wir polityki, że się w niej kompletnie zagubił i że ostatecznie doprowadził do tego, że sam przestał – skompromitowany w oczach wielu – praktycznie istnieć, a po sobie zostawił tylko to, że już naprawdę nie wiadomo, kto jest panem, kto sługą, kto zdrajcą, kto bratem.

czwartek, 4 marca 2010

Maria Szyszkowska Superstar



Ja zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że w Salonie24 jestem tylko blogerem i moje prawa są tu dokładnie takie same, jak prawa każdego innego blogera. Za ogólny kształt tego portalu, za jego renomę i za wszystko co z tego co tu się dzieje wynika, odpowiedzialność biorą właściciele i Administracja. Jeśli ktoś taki jak ja ma tu cokolwiek do gadania, to właściwie tylko na swoim blogu i, o ile, inni łaskawie pozwolą, na blogach sąsiednich. Reszta, to nie moja sprawa.
Przy tych wszystkich zastrzeżeniach, nie sposób ukryć, że – mam o tym głębokie przekonanie – mam prawo zabierać głos nawet w sprawach, które mnie bezpośrednio nie dotyczą, natomiast dotyczą miejsca, w którym, tak się złożyło, działam. Głos nieważny, głos o niczym nie decydujący, głos będący zaledwie opinią. Wierzę jednak, że mogę go zabrać, nawet jeśli ktoś mi powie, i nawet jeśli będzie to Administracja Salonu24, żebym się zajął tym co dotyczy mnie i tylko mnie. A więc zabieram.
W środę wieczorem, w moim Salonie24 pojawił się bloger o nicku ‘prof. Maria Szyszkowska’ i w jednej chwili objął tu status gwiazdy. Dlaczego nie piszę „Maria Szyszkowska”, lecz „bloger o nicku ‘prof. Maria Szyszkowska’”? Przyczyna jest prosta. W sposób najbardziej oczywisty Maria Szyszkowska jest autorem tego bloga wyłącznie w tym sensie, że kogoś do prowadzenia tego bloga upoważniła i że teksty, które są tam zamieszczane, bywają jej autorstwa. Wspomniany blog nie jest blogiem Szyszkowskiej nawet w tym sensie co blog Waldemara Pawlaka blogiem Pawlaka. Pawlak, czy jego asystent – obojętne – przynajmniej udaje, że autorem tych wpisów jest sam Wicepremier. W przypadku Szyszkowskiej nie ma nawet tego, by zamieszczane teksty były pisane w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Już nawet w samej informacji w opisie bloga, jest wyraźnie powiedziane, że „pani profesor” jest bardzo zajęta i nie będzie miała czasu się tu pojawiać. Już w komentarzu pod drugim wpisem ‘Szyszkowskiej’ osoba ten blog prowadząca przyznaje, że rola Szyszkowskiej sprowadza się wyłącznie do autoryzowania tego co tu się będzie działo. Mimo to, Administracja, wpuściła to coś do Salonu24 i w dodatku zrobiła to wśród niemal huku armat.
Dlaczego to o czym piszę, tak mną poruszyło i dlaczego tak mi się to nie podoba? Z dwóch względów. Przede wszystkim, jeśli ktoś nie wie, pozwolę tu sobie na małe wyjaśnienie odnośnie tego, kim jest Maria Szyszkowska. Szczegóły można znaleźć w Internecie, a jeśli komuś się nie chce szukać, to choćby w informacji na samym blogu. Ja podam jeszcze tylko informację, że Maria Szyszkowska to taka pani, która przy okazji pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II w Polsce, uznała za stosowne oświadczyć publicznie, że przez najbliższy tydzień, ona ze strachu i obrzydzenia kupi sobie najnowszy numer tygodnika Nie, zasłoni okna, pozamyka wszystkie drzwi i nie będzie się ruszała z domu. Poważnie. To nie jest ani żart, ani przesada. Tak powiedziała. I jeśli ktoś ma ochotę mi zarzucić zdziczenie ideologiczne, to wypraszam sobie. Mogę się co najwyżej zgodzić na zdziczenie estetyczne.
Drugi powód jest taki, że – jak wszystko na to wskazuje – przez najbliższy czas blog ‘prof. Marii Szyszkowskiej’ będzie się tu odświeżał parę razy dziennie. A biorąc pod uwagę fakt, że dla Administracji poczucie tego wyróżnienia jest wręcz ogromne, będzie on jednocześnie jednym z blogów najbardziej eksponowanych. A zatem, przez najbliższy czas, każdy kto wejdzie na stronę Salonu24, pierwsze co zobaczy, to mądrości pisane przez Marię Szyszkowską na przestrzeni całej jej wieloletniej kariery. Jakie to będą mądrości? Możemy się domyślić.
W moim rozumieniu tego co jest kłamstwem, a co jest prawdą, co jest porządne, a co niskie, sprawa, o której piszę jest jednoznaczna i nie budząca dyskusji. Wiem jednak, że tam gdzie wypada tylko splunąć, trzeba tłumaczyć. A więc wyobraźmy sobie, że ja się umówię z moim kumplem Markiem Kuchcińskim, że założę mu tu blog. Podpiszę go nickiem ‘pan poseł Marek Kuchciński’, i będę tu wklejał jego wszystkie dostępne mi jego wypowiedzi, w całości lub we fragmentach. Sam blog ozdobię zdjęciem Kuchcińskiego, pod zdjęciem wkleję jego biogram z Wikipedii, a pod spodem napiszę, że bardzo wszystkich przepraszam, ale Pan Poseł jest osobą bardzo zajętą i nie będzie miał czasu tu osobiście komentować.
I teraz bardzo bym chciał sobie wyobrazić, jak Administracja Salonu24 zaczyna ten blog traktować jak kolejny dowód na to, że Salon24 się robi coraz ważniejszy i przyciąga coraz ważniejsze postaci polskiego życia publicznego, i ów ‘blog Kuchcińskiego’ zaczyna żyć tu swoim własnym, pełnym splendoru życiem. Najczęściej na samej górze SG. Chciałbym to widzieć. Ze swojej strony, mogę zapewnić, że przy takim ustawieniu spraw, jestem w stanie wklejać na tym perspektywicznym blogu trzy teksty dziennie i oczywiście udzielać wszelkich odpowiedzi na wszelkie komentarze, podpisując się „pan poseł Marek Kuchciński”. Szczególnie jeśli moja partia Prawo i Sprawiedliwość zechce mi za tę fuchę płacić.
Wiem oczywiście, że, ze względu na skromny jednak dorobek Marka Kuchcińskiego, po pewnym czasie teksty się skończą, a – jak rozumiem – sam Poseł czasu mieć nadal nie będzie, żeby pisać na bieżąco. Ale na to też mam rozwiązanie. Wtedy prawdopodobnie moim kumplem będzie już też sam prezes Kaczyński. A więc pojawi się nowy blog, pod nickiem ‘pan prezes Jarosław Kaczyński’, a cała reszta odbędzie się na takiej samej zasadzie, jak to miało miejsce w przypadku Kuchcińskiego. I też bardzo bym chciał wiedzieć, jak zareaguje szanowny pan Ephoros, jeśli zaczną się tu pojawiać – już siedem razy dziennie – najróżniejsze, starsze i nowsze, testy Jarosława Kaczyńskiego. Fragmenty jego wystąpień, cytaty z przemówień, kawałki wywiadów. No i oczywiście nad tym wszystkim będzie to zdjęcie. To zdjęcie.
Już kończę. Tylko jedna jeszcze informacja. Ja żartuję. Tego co tu dowcipnie przedstawiam nie będzie. To się nie zdarzy. Bo i ja się szanuję i partia, którą czasem tu reprezentuje też się szanuje. I szanuje się Marek Kuchciński. I również – jak najbardziej – szanuje się Jarosław Kaczyński. Proszę tylko bardzo Administrację mojego Salonu o to samo. Proszę się szanować. Jeśli można

„”

Superniania jedzie do Sopotu



Jak powszechnie wiadomo – a mam tu oczywiście na myśli tę naszą niszową powszechność – jestem bardzo serdecznie zaangażowanym politycznym przyjacielem Prawa i Sprawiedliwości i osobiście jej szefa, Jarosława Kaczyńskiego. Moja sympatia dla Kaczyńskiego, w gruncie rzeczy obu Kaczyńskich, jest stara jak III RP i nie osłabła nawet w najgorszym dla nich okresie, czyli czasów, kiedy Porozumienie Centrum już praktycznie nie istniało, Jarosław Kaczyński był politykiem bez partii, a jego brat, Lech pozostawał wyłącznie skromnym pracownikiem naukowym. Ponieważ moje zaangażowanie na tym polu jest tak emocjonalne i tak jednoznaczne, można mieć pewność, że ono nie bierze się tak zupełnie znikąd. Że nie jest tak, że mi się coś dwadzieścia lat temu poprzestawiało we łbie i nie chce wrócić na miejsce. Że – zakładając oczywiście, że ja nie jestem po prostu szalony – miałem przez te dwadzieścia lat naprawdę mnóstwo okazji, żeby swoje polityczne sympatie zrewidować i ustawić się tu jakoś zgrabniej i wygodniej. Że, wreszcie, przez te dwadzieścia lat musiały być momenty, kiedy miałem wszelkie powody, by uwierzyć, że to już naprawdę koniec i można na Kaczyńskich machnąć ręką. Nie machnąłem.
Znam ludzi, którzy z podobną jak ja determinacją, wciąż, po tych właśnie już dwudziestu latach, wierzą wyłącznie w Tadeusza Mazowieckiego, Jana Lityńskiego, Henryka Wujca, Janusza Onyszkiewicza i kogo my tam jeszcze mamy w tym niegdysiejszym, tak bardzo szczególnym towarzystwie. I oczywiście ja tego typu postawę bardzo szanuję. Nie ze względu na te nazwiska – no bo może i ja mam coś nie po kolei w głowie, ale przecież nie aż tak – ale właśnie przez tę wierność i przez to, że ona jednak jest jakoś tam usprawiedliwiona. Śmiem jednak twierdzić, że ja, ze swoim szaleństwem, mam tu pozycję znacznie mocniejszą. A to przez niewątpliwy fakt, że Jarosław Kaczyński, bez względu na wszelkie zawirowania, kryzysy i nieszczęścia, jest wciąż aktywnym politykiem, politykiem na dodatek bardzo mocnym i, jak by tego było mało z wciąż bardzo realnymi perspektywami. Konsekwentnie więc, nawet jeśli moja miłość do politycznych talentów Kaczyńskiego jest zbyt ekscentryczna, to wcale nie aż tak, jak by to chcieli niektórzy widzieć.
Tak więc by wyglądały różnice między resztkami po projekcie o dźwięcznej nazwie ROAD, a tym, co obecnie funkcjonuje jako PiS. Jakie są podobieństwa? Otóż one są równie istotne. Zarówno wieczni przyjaciele Tadeusza Mazowieckiego, jak też i wieczni przyjaciele Jarosława Kaczyńskiego mają to do siebie, że zajmują tę a nie inną pozycję nie dlatego, że nie mają na oku nic lepszego, albo ponieważ boją się, że wszystko co może nastąpić równolegle, będzie stanowiło jeszcze większe nieszczęście, ale wyłącznie z tej przyczyny, że to co sobie wybrali, wybrali w konkursie pozytywnym, a nie negatywnym. Tamci zdecydowali się na Mazowieckiego, Celińskiego i Michnika, bo zawsze uważali, że oni są po prostu świetni, a my z kolei zdecydowaliśmy się na Kaczyńskich, bo to jest właśnie to, na co tyle lat czekaliśmy i dziś mamy tę satysfakcję. I im i nam nawet by do głowy nie przyszło, żeby trzymać się tego obstawienia ze strachu, że jeśli coś tu się zawali, to będzie jeszcze gorzej. Że każda zmiana będzie oznaczała ten przysłowiowy kijek zamiast siekierki, czy też rynnę zamiast deszczu. I oni i my jesteśmy ze swojego wyboru po prostu zadowoleni.
Od jakiegoś już czasu, zastanawiam się nad pewną zagadką. Chodzi mi mianowicie o to, w jak marnym psychicznym stanie i w jak nędznym intelektualnym dyskomforcie muszą się znajdować wszyscy ci, którzy dwa, czy cztery lata postanowili poprzeć projekt o nazwie Platforma Obywatelska. Jak można żyć w tak fatalnym miejscu, jakie swoim starym zwolennikom ufundował Donald Tusk i cała ta banda nieudaczników i niedzielnych kombinatorów, których on sobie wziął na kumpli, i jednocześnie sobie wmawiać, że przecież nie jest aż tak bardzo źle, zwłaszcza jeśli pomyśleć o tym, co czyha za rogiem? Jak można przez te wszystkie miesiące znosić tyle zawodów i upokorzeń, z każdym nowym dniem coraz bardziej bezlitosnych i bolesnych i jednocześnie udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku? Przecież tego rodzaju dysonans, w każdej innej sytuacji, normalnego człowieka po prostu by zabił. A oni jeszcze, jak by tego było mało, walczą.
Przyznaję. Nie jest łatwo kochać. Jeśli człowiek coś naprawdę i szczerze pokocha, każdy zawód autentycznie boli, i z każdym zawodem – jeśli chcemy tę naszą miłość zachować – trzeba sobie jakoś radzić. Przez dwadzieścia lat mojej przygody z Kaczyńskimi i z tym, co oni dla Polski robili, miałem parokrotnie sytuacje cięższe i przyprawiające mnie o pewien niepokój. Nie wykluczam, że parę razy mogło się nawet zdarzyć, że zamykałem na jakąś niewygodną dla mnie prawdę oko, lub wmawiałem sobie, że to co widzę, czy słyszę, to tylko złudzenie. Nie umiem tu podać jakiegoś dobrego przykładu, ale nie wykluczam, że mogło się tak zdarzyć. Dwadzieścia lat to przecież kupa czasu. Jestem jednak pewien, że gdyby choć raz, w mojej partii, czy w środowisku które z moją partią jest związane zdarzyło się coś takiego, jak telewizyjny, transmitowany przez TVN z Florydy, występ Mirosława Drzewieckiego, to bym wpadł w taką panikę, że musiałbym się chyba położyć. Ale to mało. Gdyby w Prawie i Sprawiedliwości – czy wcześniej w PC – pojawił się ktoś taki jak Mirosław Drzewiecki z tego typu występem, a Jarosław Kaczyński i jego najbliżsi współpracownicy zaczęli by udawać, że nic się nie dzieje, zwyczajnie bym się załamał.
Wczorajszy dzień, jak to zgrabnie określił marszałek Komorowski, był niedobry dla Platformy Obywatelskiej. Zbliżają się poważne polityczne wybory, PiS nie dość że nie zdechł, to się wierci i rozpycha, prezydent Kaczyński zachowuje się, jakby nie wiedział, że jest już skończony, a tymczasem Platforma Obywatelska wprowadza się w stan, w którym większość komentatorów, już nawet nie ma ochoty się śmiać. Trzeba walczyć, wszystkie ręce na pokład, pisobolszewia bezczelnie podnosi swój brzydki łeb, a Platforma Obywatelska zajęta jest wyłącznie walką o to, żeby utrzymać się przy życiu. Dwóch głównych kandydatów do fotela prezydenta w Platformie Obywatelskiej nienawidzi się tak, że normalny człowiek na ten spektakl nie jest już w stanie patrzeć, Janusz Palikot rozgrywa jakąś swoją grę z Grzegorzem Schetyną i za chwilę, jak wszystko na to wskazuje, zaczną na siebie już tylko autentycznie pluć, Premier Donald Tusk ze strachu już tylko potrafi grać w piłkę, i jedynie Stefan Niesiołowski błaga, żeby przestać już gadać o Platformie i zjednoczyć się w niedopuszczeniu PiS-u do władzy. I na to wszystko, dookoła drepczą ci wszyscy, którzy kiedyś uznali, że Platforma jest git, a PiS to obciach, i wywijają najprzeróżniejsze fikołki, żeby pokazać, jak to nie jest wcale aż tak źle.
W pewnym sensie rozumiem polityków. Oni nie bardzo mają wyjście. Ale zwykli ludzie? Przecież to musi już się przeradzać w autentyczne cierpienie. Mijają te dni, widać to co widać, słychać to co słychać, a tu ktoś się nagle cieszy, że podobno jednak to prawda, że dwóch posłów PiS-u rozwaliło po pijanemu ten golfowy wózek. Sikorski z Komorowskim robią z siebie autentyczne pośmiewisko, biedny Graś już nie wie co robić, żeby nie zemdleć przed kamerą, Palikot najbezczelniej w świecie informuje swoich kolegów, że jeśli ktoś go tylko spróbuje tknąć palcem, to on im zrobi prawdziwą ‘jesień średniowiecza’, a jakiś biedny antypisowski histeryk-niedobitek na swoim blogu cieszy się, że podobno jednak Lech Kaczyński nie będzie startował, a inny, w tym samym czasie, wertuje gazety, żeby zobaczyć jakiś dowód na to, że ktoś na zbliżającym się Kongresie chce Jarosława Kaczyńskiego usunąć ze stanowiska prezesa partii.
Przecież to już jest temat dla psychiatrów. W tej sytuacji, uważam że mogę się tu podzielić, pewnie też z władzami mojej partii, pewną myślą, a jednocześnie planem działań. Proponuję, żeby przy najbliższej okazji, może to być nawet ten Kongres, doprowadzić do jakiejś awantury w PiS-ie i ogłosić rozwiązanie partii. Przy okazji, można też zapowiedzieć, że Lech Kaczyński jednak nie będzie kandydował, bo jest chory, albo pijany, i że na jego miejsce były PiS organizuje casting. Jarosław Kaczyński wyjeżdża z mamą na wakacje do Egiptu, a Jarosław Kurski z Markiem Migalskim zawierają związek małżeński. Wszystko jedno. Informacja ma być jedna. Z dniem dzisiejszym PiS przestaje istnieć, a Lech Kaczyński zostaje wyłącznie prezydentem tymczasowym. Jestem pewien, że pierwszym i jedynym efektem tego komunikatu będzie potężny wybuch w Platformie Obywatelskiej, połączony z pierwszorzędnym mordobiciem i serią samobójstw. I wtedy, kiedy już opadnie kurz, a ta najbardziej zidiociała grupka antypisowskich bojowników o Rzeczpospolitą Obywatelską przestanie wrzeszczeć i zacznie się nieprzytomnie rozglądać po pobojowisku, wystąpi Jarosław Kaczyński i powie, że to był tylko taki żart.
Ktoś mi powie, że zachowałem się nieodpowiedzialnie i spaliłem świetny pomysł. Nie zgadzam się. Oni są w tym stanie, że nawet jeśli im ten plan rozrysujemy w kolorze, z nagranym dodatkowo dźwiękiem, nic nie zauważą. Są zbyt głupi. Z nimi jest trochę tak, jak z tymi niegrzecznymi dziećmi, na które się czasem nasyła Supernianię. Można przy nich gadać wszystko, a oni i tak nic nie słyszą. Tak są skołowani. To jest dokładnie ten stan. Bardzo przyjemnie na to patrzeć.

środa, 3 marca 2010

O strachu, nienawiści i zwykłej kolaboracji



Kiedy usuwałem Sowińca ze swojego blogu, z jednej strony czułem miłe łaskotanie, a z drugiej strony wiedziałem, ze ta przygoda się tak lekko nie skończy. Kwestia owej ulgi powinna być oczywista dla każdego, kto choćby tylko w ostatnich dniach miał okazję obserwować aktywność pana Jerzego na tym – choć nie tylko na tym – blogu, a ma w sobie trochę więcej otwartości, niż pozwala na to przekonanie, że autorytetem się jest, a nie tylko bywa. Co do niepokoju, on już nie był tak bardzo oczywisty, ale wynikał bardziej z mojego doświadczenia, niż instynktu. Ja po prostu jestem już wystarczająco duży, żeby wiedzieć, jak działa urażona miłość. I to bez względu na to, czy na poziomie kogoś takiego jak Władysław Bartoszewski, który jest dmuchany w środowiskach reżimowych w Warszawie, czy w przypadku zaledwie skromnego Polaka-patrioty w Krakowie, z odnogą w Salonie24. Wiedziałem więc – a przyznaję, że myśl o tym, żeby Sowińca z tego blogu po prostu wyrzucić chodziła mi po głowie już dość dawno – że łatwo nie pójdzie, bo ten gest, choćbym zorganizował na swoją obronę multimedialną telekonferencję i prowadził ją na kolanach, i tak spowoduje odpowiednią histerię, i ten sabat i tak się odbędzie. Tak to już po prostu jest, że ludzie najpierw wiedzą, a potem – i to też tylko ewentualnie – myślą.
Wczoraj, przez pewien czas śledziłem to co się działo na blogu Sowińca, a to z tej prostej przyczyny, że głównym bohaterem ruchu myśli, który tam się toczył, byłem ja i moje ego. Spędziłem tam dość dużo czasu, uznając że choć oczywiście mogę unieść się dumą i zwyczajnie zlekceważyć ten zgiełk, to jakoś nie wypada. No, po prostu, nie wypada. A zatem i przeczytałem skargę samego Sowińca na moją nikczemność, i także znaczną część komentarzy, w ogromnej większości niosących panu Jerzemu pocieszenie i wyrazy solidarności, z prawdziwą satysfakcją obserwowałem, jak się zawiązują nowe przyjaźnie, i jak kruszeją polityczne i moralne bariery, ale szczególną moją uwagę zwrócił komentarz na zupełnie innym blogu. Otóż, jak wszyscy wiemy, po prawej stronie każdej notki jest miejsce na tak zwane ‘moje ostatnie komentarze’. Tam właśnie, na blogu Sowińca, zauważyłem informację o komentarzu, który on zamieścił u swojego kumpla starego. A brzmiał ów komentarz tak: „Może być i tak. Żałosna postać.” Ponieważ coś mnie tknęło i pomyślałem,, ze to może być o mnie, wszedłem na blog starego i sprawdziłem, co się dzieje. Sama notka nie była w żadnej mierze o mnie, natomiast Sowiniec, owszem, pojawił się tam, żeby się pożalić. Przyszedł więc i, w swoim stylu, napisał, że on nie ma nic do powiedzenia, ale przesyła pozdrowienia. Na co stary, też pozostając w standardzie, odpisał mu, że Sowińcu, też pozdrawiam pięknie. Tym razem jednak – wbrew swoim najszczerszym zapewnieniom – Sowiniec miał w głowie coś jeszcze i to coś z siebie wyrzucił, informując starego, że został właśnie zbanowany przez toyaha i że on, biedny, nie wie dlaczego. I wtedy stary przekazał mu co następuje: „Zbanowałem kiedyś Toyaha za to, że mnie zwyzywał, kiedy mu wytknąłem donosy składane przez niego na Ciebie. Teraz się pewnie odgrywa.” Wtedy to właśnie Sowiniec wyskoczył z tą moją “żałosnością” i uspokojony poszedł spać.
Nie bardzo mam ochotę to robić, ale też – zakładając, że ktoś jednak blog starego czyta – nie mam za bardzo wyjścia. Nawet jeśli właśnie przez to, że go czyta, dokładnie też wie, kto to jest ów stary. Przeprowadziłem wczoraj odpowiednią kwerendę i odnalazłem wspomniany wpis http://stary.salon24.pl/124281,schumann. Jeszcze w zeszłym roku, pod koniec lata, dość chętnie czytałem to co pisze stary. Trochę dlatego, że te jego teksty jakoś tam utrzymywały mnie w stanie odpowiedniego podenerwowania, a więc też inspirowały do pisania, a po drugie – co należy przyznać – stary pisze krótko, ciekawie i dość dobrze. A więc, czemu nie? Prawda? Po pewnym czasie zaobserwowałem jednak dwie rzeczy. Pierwsza z nich to taka, że – pomijając wszystko inne – stary to człowiek, który na przykład najpierw pisze, że według badań, Polacy w czasie wojny stanowili naród najchętniej kolaborujący z okupantem, a poproszony przez któregoś z czytelników o wskazanie źródła, informuje go, że niech sobie sam poszuka, bo jego czas jest zbyt cenny, żeby świadczyć dodatkowe usługi. A więc jest kimś, kogo raczej czytać nie wypada. Więcej – kimś, kogo nawet nie wypada zauważać.
Druga obserwacja polegała na tym, że bardzo aktywnym czytelnikiem bloga starego, i jego aktywnym komentatorem jest właśnie Sowiniec – bohater, kombatant i patriota. Co więcej, zauważyłem też, że komentarze, jakie Sowiniec umieszcza na blogu starego, są w gruncie rzeczy takie same, jak te, które pisze do mnie. A więc, są to najczęściej jedno- czy dwuwyrazowe uwagi typu: „celne”, słuszne”, czy „bardzo ciekawe”. Ponieważ parę dni wcześniej Sowiniec po raz kolejny zostawił u mnie komentarz tego rodzaju, zaczęły mi po głowie chodzić pewne niedobre myśli, zajrzałem do starego, no i proszę, jest: „Dobra analiza”. Postanowiłem więc, po raz pierwszy w życiu, delikatnie zwrócić uwagę Sowińcowi, a więc komuś kogo niezwykle szanuję i poważam, że to co on robi jest bardzo podejrzane. I napisałem mu tak: „A komentarz jeszcze lepszy. Pouczający”, a do gospodarza blogu, który, jak zauważyłem, bardzo się cieszył z każdego dobrego słowa, jakie usłyszy od Sowińca: „A Tobie tyko powiem, że nie jest aż tak fajnie. Sowiniec to jest taki pan, który uważa, że dobre jest wszystko. I Ty i ja i Mireks, a nawet Maryla. A więc jego opinie kierowane pod Twoim - podobnie zresztą jak i moim - adresem mają wartość bardzo specyficzną.”
Wtedy to właśnie stary się na mnie zdenerwował i mi powiedział, że to co ja robię to „intrygowanie i donosicielstwo”, i że jeszcze raz z czymś podobnym wyskoczę, to on mnie ze swojego blogu wyrzuci. I wtedy padły kluczowe słowa: „Wyrzuć mnie, proszę. Przynajmniej - wiedząc że i tak nie mam jak Ci dokuczyć - nie będę się tu więcej kompromitował. Jeśli nie umiesz się zdecydować, to mogę Ci pomóc. W mojej opinii, nawet jak na standardy środowiska, które reprezentujesz, jesteś absolutnie wyjątkowo śliski.”
I wtedy wyleciałem. Ciekawe tylko, że nie za donosicielstwo, ani nawet „wymyślanie”, lecz za – jak to w swoim stylu ujął stary – prostactwo.
Po co to piszę? Wbrew pozorom, nie po to żeby się tłumaczyć, że ja wcale starego nie zwymyślałem i że nie jestem wcale tak żałosną postacią, jak o mnie mówi Sowiniec. Bo zgadzam się, ja miałem szczery zamiar starego obrazić i jestem pewien, że z punktu widzenia kogoś takiego jak Sowiniec jestem typem jak najbardziej żałosnym. Ja chcę tylko opowiedzieć, jak to się wszystko zaczęło i jak to się wszystko odbyło. Na wszelki wypadek. Gdyby ktoś sobie tworzył jakieś niepotrzebne obrazy. Ale piszę to też po to, żeby przejść do najważniejszej części tego tekstu, a mianowicie do bardzo jednoznacznego i bezpośredniego wyjaśnienia, dlaczego Sowiniec został wywalony z tego blogu.
Jest więc tak, że na samym początku mojego tu pisania, Sowiniec należał do bardzo cennych komentatorów. Nie dlatego, że mnie chwalił i głaskał mnie po moim rozdętym ego, ale dlatego, że miał w tej walce swój bardzo mocny i merytoryczny udział. Po pewnym czasie, jak już wspomniałem o tym wyżej, nie mogłem jednak nie zauważyć, że komentarze Sowińca zaczęły się ograniczać wyłącznie do tych jednozdaniowych uwag, typu: „celne”, „ładny tytuł”, „bardzo dobre”, „interesująca analiza”. Czasem też otrzymywałem od niego słowa krytyki, choć też niezbyt długie. Głównie w postaci jednego zdania: „dobre, ale strasznie długie”, lub jednego słowa: „długie:)”. Próbowałem z Sowińcem na ten temat rozmawiać, ale niestety bez efektu. On na wszystkie moje uwagi reagował w identyczny sposób, albo zapewniając mnie o tym, że on jest na ogół życzliwy, albo że życzy mi wszystkiego dobrego. Jedyne przypadki, kiedy pisał jakiś dłuższy i bardziej merytoryczny komentarz, to wtedy, gdy informował mnie – i przy okazji wszystkich innych swoich znajomych, zawsze w identyczny zresztą sposób – że mamy oglądać wieczorem telewizję, bo tam będzie z nim rozmowa.
Co gorsze, w pewnym momencie nie mogłem też przegapić faktu, że te króciutkie, jednowyrazowe komentarze, Sowiniec pisze jednocześnie na wielu innych blogach, i to już absolutnie niezależnie od tzw. opcji. Mireks nie Mireks, Rudecka nie Rudecka, stary nie stary. Obojętne. Wszędzie go pełno i wszędzie w ten sam sposób: „celne”, „świetne”, „ciekawa analiza”, albo „a w Krakowie zaczęło sypać”. Wtedy to właśnie, z jednej strony widząc, że Sowiniec jest jako komentator całkowicie bezużyteczny, a jednocześnie nie chcąc go traktować niżej jego ambicji, zaproponowałem mu, że niech on sobie u mnie pisze co chce, a ja mu nie będę odpisywał, bo po prostu nie mam jak. Na co mi – oczywiście – odpowiedział, że to świetny pomysł.
No i przyszła ubiegła sobota, a z nią Jerzy Skoczylas i jego groźba pod moim adresem, że mnie zaciągnie przed sąd. A z tą groźbą, realne już żądanie, żebym podał mu swoje dane. W życiu nie zdarzyło mi się, by ktoś mi groził sądem. W ogóle, muszę przyznać, że tak mi się świat układa, że żyję sobie w miarę spokojnie, bez agresji urzędniczej, agresji ludzkiej na kształt ulicznych bandytów, i agresji naturalnej, w postaci, na przykład, jakichś niedobrych chorób. Sytuacja w której spotykają mnie tego typu groźby, i to ze strony osoby – co już wyraźnie zostało powiedziane w poprzednim wpisie – publicznie określonej w tak specyficzny sposób jak Jerzy Skoczylas, jest, przyznaję, niełatwa. Dla kogoś, kto patrzy na życie publiczne w Polsce pod kątem bardzo brutalnej i bezwzględnej walki między tradycyjną cywilizacją, a siłami post-komunistycznej reakcji, sytuacja, w której ktoś taki jak Jerzy Skoczylas grozi – nawet niekoniecznie sądem, ale po prostu grozi – jest, jak mówię, bardzo trudna. Ja wiem, że niektórzy się ze mnie śmieją i wiem, że może i mają rację, ale przyznaję – ja się Skoczylasa wystraszyłem. Wystraszyłem się go dokładnie tak samo, jakby do mnie odezwał się, powiedzmy – przy zachowaniu wszelkich proporcji – generał Czesław Kiszczak.
Proszę mnie dobrze rozumieć. Ja oczywiście nie mam żadnych problemów z tym, żeby o Kiszczaku pisać, że jest komunistycznym mordercą i bolszewicką szują. Ale właśnie dlatego, właśnie z dokładnie tego samego powodu, dla którego tak o nim sobie myślę, jeśli on do mnie dziś zadzwoni, albo przyśle do mnie list, albo – nie daj Boże – zapuka do moich drzwi, to ja się cholernie przestraszę. Właśnie dlatego, że tak bardzo nie mam do niego szacunku, że aż muszę o tym w koło rozpowiadać. Tak to już jest i nawet jeśli ktoś mi powie, że w ten sposób dowodzę swojego zakłamania i tchórzostwa, tak to już jest. Ja Kiszczaka jednocześnie nienawidzę i się go boję.
I właśnie wtedy, kiedy Skoczylas poprosił mnie o moje dane, a ja się go jednocześnie bałem i nienawidziłem, pojawili się na moim blogu trzej wybitni polscy patrioci i pod kierunkiem Sowińca – jak się okazało dobrego kolegi Skoczylasa, i człowieka, który przy tym świetnie wie, kim Skoczylas jest i jakie ma zasługi dla nowej Polski – ucięli sobie we własnym, czteroosobowym już gronie, miłą pogawędkę nad moim, możliwe że trupem. Proszę zwrócić uwagę. Sowiniec, człowiek dzielny, polski kombatant i patriota, bojownik o wolne słowo w wolnym kraju, zamiast zwrócić się do swojego kolegi Skoczylasa, upomnieć go i poprosić, żeby nie terroryzował zwykłych ludzi, i zaczął się zachowywać jak wolny człowiek w wolnym kraju, cały swój wysiłek skupił z jednej strony na pokazywaniu całemu światu, jacy to z niego i Skoczylasa kumple, a z drugiej, informowaniu mnie, że jestem chamem i zarozumiałym idiotą. A więc, naglę, po tych wszystkich miesiącach karykaturalnie oszczędnego, całkowicie pustego i nicnieznaczącego komentowania spraw ważnych i wielkich, miesiącach dawania świadectwa wyłącznie o kompletnym braku potrzeby dawania tego świadectwa, postanowił to świadectwo jednak dać. Świadectwo jednocześnie niezłomnej przyjaźni i obojętności na najzwyklejsze bezprawie.
I właśnie za to, on i jego trzej koledzy, zostali stąd wyrzuceni. Na zbity pysk. Nie za to, że mają inne poglądy od moich. Nie dlatego, że ten blog zdobył tytuł bloga roku i ja przez to straciłem poczucie rzeczywistości. W końcu też nie dlatego, że ja jestem urodzonym cenzorem i śliskim tchórzem. Ale wyłącznie z tego względu, że ja nie znoszę kolaborantów. Nawet bardzo zasłużonych.

wtorek, 2 marca 2010

Dopóki jeszcze wolno...



Kiedy pod moim wpisem na temat zawodowej niekompetencji Antoniego Dudka zebrało się już grubo ponad sto komentarzy, ktoś je bardzo starannie przeskanował i trafił na jeden, bardzo maleńki, a w nim, jedną drobną, zupełnie nie związaną z tematem notki, uwagę odnośnie dziennikarza – nie wykluczone, że nawet nie przede wszystkim – Gazety Wyborczej, Jerzego Skoczylasa. Ponieważ owa pracowita mrówka uznała, że Jerzy Skoczylas może się świeżoodkrytą uwagą zainteresować, natychmiast Skoczylasa o wypadku poinformowała i się zaczęło. W efekcie, widząc, że ktoś go nie znosi i w dodatku, w sposób równie zawodowy jak od lat robi on sam, potrafi temu uczuciu nadać dźwięczny kształt literacki, Jerzy Skoczylas uniósł się odpowiednim szałem, skutecznie przeprowadził osobisty proces rejestracji do Salonu24 – jeśli ktoś nie pamięta, tak zwanego niezależnego forum publicystów – i blogera, który miał czelność go obrazić, postraszył sądem.
Przez minione dwa lata, napisałem tu już bardzo dużo tekstów, z których, nie wykluczam że każdy, obraża choć jedną, przekonaną o swojej wyjątkowości duszę. Powiem więcej. Pod tymi i innymi notkami, zamieściłem ponad 10 tysięcy komentarzy, z których również każdy, przy odrobinie wysiłku, mógłby zostać uznany za paszkwil. Jestem bardzo mocno pewien, że gdyby wszystkie funkcjonujące publicznie osoby były równie bardzo co Jerzy Skoczylas przywiązane do dobrej opinii na swój temat, to polskie prokuratury i sądy nie miałyby się czasu zajmować niczym innym jak ściganiem rzekomych oszczerców. Przy czym niemal każdy bloger piszący w Salonie24 miałby szanse stać się na te warholowskie 15 minut wrogiem publicznym numer 3. Tuż po braciach Kaczyńskich.
A mimo to, te dwa lata minęły względnie spokojnie. I dla mnie i dla ludzi, których wciąż tu obrażam. Nawet jeśli zwrócimy uwagę na powolne gnicie Platformy Obywatelskiej, które ostatnio nagle grozi przerodzeniem się tej nudy w prawdziwe fajerwerki, to przecież nawet i to nie jest zasługą moich brzydkich uwag na temat kolejnych przedstawicieli tego szczególnego projektu, a raczej wyłącznie ich potwierdzeniem. Każdy robi swoje i jeśli obraża, lub się obraża, to na odpowiednim dla swojej pozycji poziomie. Ponieważ więc przez te dwa lata Jerzy Skoczylas wciąż zdaje się być jedyną osobą, która postanowiła tu okazać swoją potęgę do tego stopnia, by grozić mi sądem, uważam, że problemem nie jest ani on, ani sama groźba, lecz coś daleko bardziej poważnego i wykraczającego zdecydowanie poza to co Jerzy Skoczylas o sobie i o mnie sądzi. Również przy okazji, w moim bardzo szczerym przekonaniu, nie jest też problemem moje ewentualne chamstwo i nieprzyzwoitość. Mam bardzo poważną obawę, że w momencie gdy ten blog zdobył wyróżnienie w postaci tytułu politycznego bloga roku, pojawili się ludzie – nie wiem jak wysoko umocowani i gdzie mający swoje biurka – ale z całą pewnością bardzo zdeterminowani, żeby tę moją blogową skutecznie przerwać, lub przynajmniej w sposób zauważalny osłabić.
Dlaczego tak uważam? Otóż przede wszystkim wciąż mam na uwadze fakt, że ten drobny bardzo, i w gruncie rzeczy kompletnie pozbawiony znaczenia, komentarz został jednak bardzo skutecznie przez kogoś wypatrzony. Każdy kto spędza tu wystarczająco dużo czasu, wie, jak się czyta i same główne blogowe wpisy, jak również umieszczone niżej komentarze. Szczególnie gdy jest ich bardzo dużo. Szansa na przypadkowe znalezienie czegoś aż tak bardzo niewielkiego jest znikoma. O ile oczywiście, ktoś się nie nastawi na osbną, na to właśnie ukierunkowaną pracę. A zatem, mam bardzo poważną obawę, że ktoś ten blog przegląda w intencjach szczególnych. Ale proszę uprzejmie. Jeśli tak się ułożyło, że w ostatnich dniach to co ja tu sobie piszę, awansowało do poziomu sprawy wagi państwowej, to trudno. Dopóki wszystko się będzie kończyło na zwykłym straszeniu, to jakoś spróbuję sobie z tym radzić. W momencie jednak gdy, pozostając bardzo daleko od całej sfery publicznej, będąc w gruncie rzeczy wyłącznie przedstawicielem tak zwanego nurtu obywatelskiego, czymś zdecydowanie bliższym menela Huberta K., niż choćby najbardziej lokalnego dziennikarza, poczuję, że moje życie prywatne zostaje narażone na agresję systemu w sposób tak bezpośredni, jak to mi niedawno przedstawił Jerzy Skoczylas, obiecuję, że poważnie zastanowię się nad swoimi możliwościami.
Drugi powód moich podejrzeń odnośnie tego, że to co tu się wydarzyło w minioną sobotę jest wyjątkowo nieczyste, jest taki, że ja nie wierzę, żeby ktoś taki jak Jerzy Skoczylas rzeczywiście obraził się na mnie za tę obelgę, którą rzuciłem pod jego adresem. Kim ja jestem dla Skoczylasa? Absolutnie nikim. On ani mnie nie zna, ani się mną interesuje, ani najprawdopodobniej jeszcze do niedawna o tym blogu nie miał najmniejszego pojęcia, i gdybym jutro miał umrzeć na zawał serca, czy nawet na nagły nieprzewidziany nowotwór, dla Skoczylasa pozostanie to zdarzenie niczym innym jak chrupnięciem w kościach. I to jeszcze nie swoich. Jestem pewien, że Jerzy Skoczylas w swoim życiu osiągnął już tak stabilną sytuację towarzyską, polityczną i zawodową, że dla niego nie ma najmniejszego znaczenia nawet to, że jakiś wariat rzuci za nim na ulicy obelżywe słowo, a co dopiero nikomu w gruncie rzeczy nieznany bloger, który dziś jest, a jutro go może równie dobrze nie być.
Załóżmy – zupełnie zresztą jak wiemy teoretycznie – że ja bym nagle, przez uzyskanie tej nagrody stał się osobą znaną, zapraszaną do mediów i piszącą regularnie w ważnych gazetach. I nagle, któryś z blogerów w Salonie 24 zaczął na mnie wymyślać, że jestem kretynem i idiotą. Załóżmy nawet, że zacząłby on pod moim adresem używać wyrazów gdzieniegdzie uważanych za wulgarne. Więcej. Przyjmijmy nawet, że on by postanowił obrzucać mnie epitetami WSZĘDZIE uważanymi za wulgarne. Możliwe, ze ja mam coś nie po kolei w głowie, ale nie jestem w stanie sobie wyobrazić, żebym ja się tym nawet zdenerwował. Jakież to może mieć dla mnie znaczenie, że ktoś mówi na mnie, że jestem nadętym ch…? Ja rozumiem, że jeśli w publicznej przestrzeni zacznie pojawiać się informacja, że ja kradnę, albo chodzę po parku i obnażam się przed dziećmi, albo że przypalam swojego syna papierosami, bo mi to sprawia przyjemność, to takie plotki by mnie dotknęły. No tak. Tu bym miał kłopot. Tyle że w tym momencie takie informacje nie stanowią już opinii, która świadczyć może najwyżej o tych którzy ją rozpowszechniają, lecz bezpośrednią agresję ze skutkiem w sposób oczywisty dla mnie krzywdzącym. Ale skurw…? A cóż mnie to obchodzi?
Jest tak, że źli i zakłamani ludzie rozpowszechniają zdecydowanie nieprawdziwą plotkę, że Jerzy Skoczylas był faktycznym autorem tzw. pamiętników Anastazji P., które w najbardziej czarnych latach III RP zostały przygotowane przez tajne post-perelowskie służby w celu zniszczenia opozycji. Uważam, że ta informacja zdecydowanie szkaluje dobre imię Jerzego Skoczylasa. Na ile rozumiem życie, ta informacja może Jerzemu Skoczylasowi nawet zniszczyć wszystko co on dotychczas dzięki swoim zdolnościom, uczciwości i dobremu sercu osiągnął. Nie przypominam sobie jednak, żebym gdzieś słyszał, żeby Jerzy Skoczylas się tą okropną plotą przejął tak, by ludzi, którzy ją powtarzają w Internecie ganiać po sądach. Może się mylę. Może czegoś nie wiem. Może faktycznie otwartych jest kilka spraw, które Jerzy Skoczylas przeciwko tym kłamcom uruchomił, choćby tylko po to, żeby inni porządni ludzie wciąż się do niego zwracali per „Jurku”, a nie tak brzydko jak mu się ostatnio przydarzyło tu w Salonie. Jednak nic mi na ten temat nie wiadomo.
Byłbym tu nawet skłonny przypuszczać, że to akurat świadczy o Skoczylasie jak najlepiej. Że on jest tak głęboko pewien swojej tu uczciwości, że angażowanie się w takie głupstwo uznałby za zwykłą dziecinadę. Tyle że skoro on jest taki wyniosły i nietykalny, to czemu zaczyna na mnie wrzeszczeć, kiedy ja mu w gruncie rzeczy nie zrobiłem nic złego? Czemu w stosunku do blogera, który nawet nie potrafił na rzecz swojego bloga przyciągnąć połowy głosów jakiegoś przyuperewskiego nudziarza, wytacza Skoczylas takie działa? W jaki sposób ja mu zaszkodziłem w jego pięknym życiu, żeby on mnie aż tak nienawidził? Skoro już chce mnie jakoś wyróżnić, niech za mną splunie i powie coś w rodzaju „ot swołocz!” Ale po co tracić czas?
Właściwie od samego początku jak tu piszę, różni życzliwi mi ludzie mówią mi, że ten blog jest bardzo dobrze pisany. Że pod względem zawodowym jest znacznie lepszy, niż większość tego, co można znaleźć w publicznej przestrzeni. I że to budzi w różnych zawodowcach zawiść. Mówią mi ci moi przyjaciele, że jeśli dziś nienawidzi mnie i Leski i Warzecha i Ziemkiewicz i Semka, to wyłącznie dlatego, że oni nie mogą znieść tego, że ja jestem od nich lepszy. Myślę że to nieprawda. Nie jestem od nich lepszy. Jednak jeśli miałoby się okazać, że to oni mają rację, a nie ja, a w dodatku jeszcze wyszłoby na to, że prawdziwym powodem złości Jerzego Skoczylasa na mnie jest to, że ja pisze lepiej od niego, to chciałem przede wszystkim go bardzo za to przeprosić i jak najbardziej szczerze zapewnić, że nie musi się martwić. Ja mu pod względem publicystycznym nie dorastam do pięt. Zresztą nie tylko pod tym względem i nie tylko do pięt. A jeśli go nie lubię, to z czystej zawiści amatora wobec prawdziwego profesjonalisty.
I jeszcze jedno. Jeśli można, ja tu będę sobie dalej skrobał. Dokładnie tak jak dotychczas. Przynajmniej do czasu jak mnie stąd wyciągną po schodach na pysk.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...