piątek, 29 stycznia 2010

Hello Goodbye



Czas, w którym Naród z zaciśniętym gardłem czekał na ostateczną decyzję Donalda Tuska co do ewentualnego startu w wyborach prezydenckich mijał mi sympatycznie. A sympatycznie dlatego, że nieczęsto człowiekowi zdarza się taka sytuacja, że, czekając na coś, co się ma wydarzyć, wie, że każde rozwiązanie będzie dobre. Więcej – że każde rozwiązanie będzie lepsze od tego drugiego. W ogóle, muszę przyznać, że sprawa jesiennych wyborów ekscytuje mnie w minimalnym stopniu z tego prostego powodu, że ja po prostu wiem, że Lech Kaczyński ma tę drugą kadencję właściwie w kieszeni. Oczywiście, ja biorę pod uwagę taką ewentualność, że zdarzy się coś czego nie przewidziałem, a nawet to, że jestem gorszym prorokiem, niż mi się dotychczas wydawało, niemniej moja pewność co do ostatecznego rezultatu i tak jest wystarczająco mocna, żebym – jak mówię – się sprawą nie zajmował.
Dlaczego tak bardzo wierzę w to, że Lech Kaczyński wygra te wybory? Z trzech powodów, i od razu powiem, że akurat nie mam tu na myśli tego oczywistego faktu, że on zwyczajnie jest dobrym prezydentem. On wygra drugą kadencję akurat z innych względów niż ten, który mógłby się wydawać najbardziej oczywistym. Lech Kaczyński będzie prezydentem przez kolejne lata przede wszystkim dlatego, że jego przeciwnicy są za słabi, po drugie dlatego, że nie zrobił nic takiego (albo nic szczególnego jego wrogowie na niego nie znaleźli) co by go jakoś dramatycznie osłabiało, a po trzecie – i to jest akurat najważniejsze – że jest aktualnym prezydentem, a nie zaledwie pretendentem. A zdecydowana większość społeczeństwa patrzy na prezydenta kraju dokładnie tak samo, jak na prezydenta swojego miasta, sołtysa, burmistrza, czy choćby swojego szefa. A więc z podejściem, które można streścić w słowach: „Po co to ruszać?”
Proszę sobie przypomnieć sytuację sprzed wielu lat, kiedy to Lech Wałęsa chciał utrzymać swoją prezydenturę. On nie miał wówczas praktycznie żadnego poparcia. Po kilku latach panoszenia się po Belwederze, jego notowania spadły tak nisko, że nie było sposobu znaleźć człowieka, który wciąż by twierdził, że Wałęsa jest okay. Sytuacja Wałęsy była o tyle gorsza, że naprzeciwko siebie miał nie byle kogo, ale Kwaśniewskiego. A więc człowieka przeszkolonego w stopniu niemal doskonałym. Kogoś, kto przez kolejne lata dowiódł wystarczająco jednoznacznie, że jest nie do ruszenia nawet wtedy, gdy trzyma się mównicy, żeby nie upaść. I z nim właśnie Lech Wałęsa przegrał zaledwie o parę punktów. Ktoś powie, że to dlatego, że społeczeństwo nie chciało komunisty, i w tej konfrontacji wolało już nawet kogoś takiego jak Wałęsa. Proszę nie żartować. To że Kwaśniewski był czerwony, a Wałęsa nie, interesowało zaledwie kilka osób, w tym – mogę się przyznać – może też i mnie. Ludzie głosowali na Wałęsę, bo Wałęsa był prezydentem, a nie jakimś dupkiem z ambicjami. I tak też będzie i tym razem. Z tą różnicą, że naprzeciwko siebie nie stoi Kwaśniewski i Wałęsa, lecz Lech Kaczyński i jeden z nich.
A zatem – jak już powiedziałem – sprawa zbliżających się wyborów jest dla mnie ciekawa wyłącznie o tyle, o ile w ogóle ciekawe jest to że świat żyje i się rusza. No i na tym tle, okazuje się, że premier Tusk jednak zrezygnował ze swoich marzeń i nadal będzie musiał przypieprzać od rana do nocy i dostawać cholery, że trzeba pracować, zamiast się bawić. Przyznam, że przez chwilę, zanim ta decyzja została zakomunikowana, wydawało mi się, że gnuśność zwycięży i Tusk jednak ogłosi start. I bardzo mi było miło. Wiedziałem bowiem, że w momencie, jak on powie, że idzie w prezydenty, w Platformie – czyli w partii, której nie lubię – wszyscy rzucą się natychmiast sobie do gardeł i w ciągu paru miesięcy ten chory projekt rozpadnie się na kilka rozhisteryzowanych grup interesów. Wiedziałem, że i Komorowski i Palikot i Schetyna, a może nawet i jakaś Pitera, postanowią, że nie ma lepszej dla nich propozycji, niż bycie premierem i będziemy mieli bardzo wesołe kilka tygodni. A w końcu, po co się żyje, jeśli nie dla kilku miłych chwil?
Stało się inaczej. Partia zwyciężyła i Donald Tusk musiał się obejść smakiem. Domyślam się, że w Platformie napięcie w ostatnich tygodniach był już tak wielkie, że Tusk po prostu został postawiony pod ścianą. Dowiedział się mianowicie, że w momencie jak ogłosi start w wyborach, straci i jedno i drugie, a z jego Platformy nie zostanie nawet mokra plama. A więc powiedział pani Małgosi, że jeszcze nie dziś, jeszcze nie w tym roku, jeszcze nie teraz i poszedł sobie poodbijać piłkę. A więc co mamy na tę chwilę? Można by było sprawę strywializować i powiedzieć, że mamy choćby wyniki wczorajszej sondy przeprowadzonej przez Tusk Vision Network, która wykazała, że Komorowski, jako potencjalny prezydent, jest już za Kaczyńskim. Ale, jak wiemy, sondaże to bzdura i głupstwo, więc popatrzmy na to jak się rzeczy mają, z rozsądkiem. A rozsądek nam mówi co następuje. O ile Donald Tusk miał jeszcze przynajmniej teoretyczne szanse zjednania sobie sympatii jakichś dziwnych pań, które co wieczór kręcą do Szkła Kontaktowego, żeby poinformować świat, że Pan Premier to sympatyczny młody człowiek, to w momencie jak on się wycofał, to już zostają tylko Komorowski, Sikorski, i Palikot, a więc ludzie, którzy nawet nie wyglądają jak chłopcy z boiska. Zostają tylko zwykłe buce z trzeciego rzędu, którzy mają dokładnie taką samą umiejętność przyciągania sympatii społecznej, jak – nie przymierzając – człowiek, który sprzedaje warzywa na placu. W jaki sposób – no weźmy już tego Komorowskiego – ponury i nudny jak flaki z olejem woźnica chce wyrzucić z Belwederu urzędującego – raz lepiej raz gorzej, ale zwyczajnie urzędującego – prezydenta? Przecież to, że tego się nie da zrobić, wie każdy student pierwszego roku socjologii.
A zatem, kwestię wyborów prezydenckich mamy już odfajkowaną podwójnie. Zostaje ten smutny rząd i ta smutna partia, i wszystko to, co ich z zewnątrz oplata pajęczyną brudnych interesów, a od środka zjada w postaci zwykłej, grzesznej gnuśności. Wczoraj dowiedziałem się dwóch rzeczy. Pierwsza to taka, że Janusz Palikot zażądał prawyborów co do platformowatego kandydata do prezydentury. Druga to ta, że – mimo najróżniejszych starań specjalistów od mieszania ludziom w głowach – to co się działo podczas prac komisji hazardowej, było dobrze widać i słychać. A to mi wystarczy. Tak jak w ogóle to co mam, uważam że mi wystarczy.
Ach! Byłbym zapomniał. Jest jeszcze coś. Widziałem w telewizji Donalda Tuska. Już kiedyś zapowiadałem, że on skończy w klinice. Dziś to jest pewne bardziej niż kiedykolwiek.

czwartek, 28 stycznia 2010

To co jest i to co nigdy nie powinno się wydarzyć



13 marca 1996 roku do podstawówki w miejscowości Dunblane w Szkocji, wszedł niejaki Thomas Watt Hamilton, zastrzelił szesnaścioro małych dzieci, panią od wuefu, a później siebie. Patrzę dziś na okładkę starego Time’a, gdzie na czarnym tle widać szkolną klasę, złożoną z bardzo małych dzieci. I wiem, że większość z nich zmarła w tym strasznym ataku, ale część przeżyła, a wśród tej części jest też dzisiejszy mistrz tenisowy Andy Murray, który dziś już – jak sam mówi – mało z tamtego dnia pamięta, ale wie tyle, że kiedy Watt mordował dzieci, on sprytnie schował się w jakiejś klasie. No i żyje.
Teraz, kiedy piszę ten tekst, Murray gra z Cilicem o finał Australian Open. Przedwczoraj oglądałem Murraya jak wygrywał z kontuzjowanym Nadalem i w pamięci utkwił mi piękny obrazek. Murray prowadzi już 2-0 w setach, w trzecim secie wygrywa trzeci gem i w tym momencie podchodzi do niego Nadal i informuje, że to już koniec. Patrzę na twarz Murraya, który zamiast się cieszyć, wygląda tak, jakby oto się dowiedział, że przegrał i to przez jakiś najgłupszy na świecie błąd. Ta twarz, w tej jednej sekundzie, jest tak fascynująca, że myślę sobie, że gdyby tak zrobić z tego ułamka chwili zdjęcie, to byłoby to zdjęcie niezwykłe. Kto wie, czy nie równie niezwykłe, jak zdjęcie z Time’a sprzed lat.
Mój ulubiony zespół muzyczny The Smiths śpiewał kiedyś taką piosenkę, która działacze antyaborcyjni uznawali za swoją. Mówiąc bardzo skrótowo, chodziło o to, że jakaś kobieta, czy dziewczyna w Anglii, zawinęła swoje nowonarodzone dziecko w News Of The World (to taki brytyjski Fakt) i wrzuciła je do rzeki. I śpiewa Morrissey – o tym utopionym niemowlęciu – „Mogła być poetką, mogła być idiotką”… I myślę sobie, że to jest bardzo niezwykła piosenka.
http://www.teksty.org/The_Smiths,This_night_has_opened_my_eyes
Andy Murray, dziś wybitny tenisista, w marcu 1996 roku miał dziewięć lat. Myślę sobie, że już wtedy musiał być bardzo silnym dzieckiem. Wiedział, że trzeba żyć. A co my mamy z tego? Wbrew pozorom, bardzo dużo. Kiedy już znajdziemy odpowiedni czas, możemy usiąść i pomyśleć. A z całą pewnością jest o czym.

wtorek, 26 stycznia 2010

O chamstwie gnuśnym i nie-gnuśnym



Niedawno, rozmawiając sobie prywatnie z moją salonową koleżanką laleczką, zwierzyłem się, że właściwie wszyscy moi znajomi i koledzy są ode mnie znacznie wybitniejsi, lepiej wykształceni i, w konsekwencji, mądrzejsi. Laleczka wprawdzie bardzo uprzejmie uznała, że to co gadam to zwykła kokieteria, ale podtrzymuję – wszyscy moi znajomi, przyjaciele i koledzy są ode mnie znacznie wybitniejsi. Powiem coś więcej. Ja, otaczając się towarzystwem lepszych od siebie, działam z pełną premedytacją, ponieważ ufam, że dzięki tej konfiguracji będę mógł świecić odbitym od nich światłem i przez to sam doświadczę większego szacunku. Postępuję tu trochę na przekór zasadzie sprawdzonej przez młode dziewczęta, które, jak może ktoś zauważył, lubią się kolegować z brzydszymi od siebie, licząc na to, że w ten sposób własnie będą lepiej świecić. I choć biorę pod uwagę, że mogę się mylić, myślę, że tak będzie lepiej.
Mam więc, w tym moim wybitnym towarzystwie, wybitnego kolegę, którego córka wyjechała jakiś czas temu do Londynu i zrobiła tam autentyczną karierę. Pracuje w bardzo poważnej filmowej firmie post-produkcyjnej, i oprócz tego, że od czasu do czasu chodzi po czerwonym dywanie na Leicester Square, na co dzień spotyka bardzo sławnych ludzi, i się z nimi – jak twierdzi mój kolega – nawet kumpluje. Córka mojego kolegi jest, z mojego punktu widzenia, wciąż dzieckiem, a że znam ją autentycznie od urodzenia, to tym bardziej ją traktuję nie jak młodą damę, lecz przede wszystkim jak dziecko kolegi. A zatem, co oczywiste, ile razy dowiaduję się co ona ostatnio zrobiła, gdzie była i kogo poznała, jestem z niej bardzo dumny i szczęśliwy, że tak jej się wiedzie. A już kiedy niedawno kolega powiedział mi, że ona właśnie spędziła cały dzień z Ridleyem Scottem (gdyby ktoś nie wiedział, to ten od Łowcy Androidów) i dziś już jest z nim po imieniu, to się rozpłynąłem
A więc, widzą Szanowni Państwo, gdzie ja się obracam? Żeby jednak nie tworzyć złudzeń, że wszystko jest takie słodkie i pełne wrażeń, pozwolę sobie opowiedzieć pewną historię, jeszcze z moich lat dziecięcych. Kiedy byłem szczenięciem, uczęszczałem do jedynej w moim mieście podstawówki wyłącznie dla chłopców. Ponieważ były to lata same w sobie szczególne, a w pobliżu nie było dziewcząt, które mogłyby poprawić ogólną atmosferę odrobiną elegancji i urody, moimi kolegami byli wówczas niemal wyłącznie okoliczni bandyci, lub włóczykije. Ponieważ, właśnie ze względu na czasy, nauczyciele byli na wszelki wypadek uzbrojeni w przybory do bicia, szkoła jakoś działała i wydaje mi się, że nawet nie najgorzej. A już z całą pewnością lepiej, niż dzisiejsze osiedlowe gimnazja. Któregoś dnia, nauczycielka chciała ukarać jednego z moich kolegów, którego nazwiska nie wymienię, bo niewykluczone, że jakimś cudem dożył do tych smutnych lat i jeszcze nie daj Boże umie czytać. Ten, zdenerwowany, wyrwał jej plecionkę (było coś takiego) i nie chciał oddać. Kiedy pani zaczęła się z kolegą szarpać, on na nią spojrzał zagniewany i powiedział co następuje: „Odpierdolcie się, bo w ryj dostaniecie”.
Oczywiście, opisane zdarzenie dla czytelników tego bloga może być szokujące, niemniej ja, zamiast się oburzać, namawiam wszystkich, by zwrócili uwagę na pewien drobny acz istotny szczegół. Otóż mój kolega zwrócił się do naszej pani per wy. On nie powiedział do niej „Odpierdol się”. On ją nie potraktował jak pierwszą lepszą. On zwrócił się do niej tak, jak go rodzice uczyli, by zwracać się do osób starszych. Z zachowaniem szacunku i protokołu. A że treść nie ta? No trudno. Chciał, by ona go przestała dręczyć i zwrócił się do niej w tej sprawie najlepiej jak potrafił, ale co najważniejsze, tak jak został nauczony. Bo, jak widzimy, to był chłopak wprawdzie zbłąkany i pełen pokręconych mysli, ale z całą pewnością grzeczny dla starszych.
Dlaczego w tak brutalny sposób przeszedłem z dzisiejszego Leicester Square do wczorajszej ‘pedałówy’ (tak nazywaliśmy naszą szkołę)? Dlatego mianowicie, że chciałem najlepiej jak potrafię pokazać i tym którzy czytają ten blog i, być może, też mojemu koledze, że Marta nie jest z Ridleyem Scottem na ty. W języku angielskim, co akurat większość z nas wie, druga osoba nie ma liczby pojedynczej. I nie jest też tak – jak niektórzy twierdzą – że czy mówimy ‘ty’, czy ‘wy’, używamy angielskiego zaimka ‘you’. W języku angielskim zwyczajnie nie ma zaimka ‘ty’. Jest tylko to ‘wy’ i kropka. Oczywiście, ja wiem, że piosenki, że czarni, że rap. Ja nawet pamiętam jak Louis Jordan śpiewał Is You Is Or Is You Ain’t My Baby. Fakt jednak pozostaje faktem. Tam jest tylko to ‘wy’.
Ale jest jeszcze coś, co mnie kiedyś bardzo uderzyło, a dziś czasem lubię się tym moim odkryciem podzielić z innymi. Otóż sposób, w jaki anglojęzyczne ludy zwracają się wciąż do siebie, jest bardzo podobny do tego, co kiedyś było powszechnym zwyczajem na polskiej wsi na przykład. Przychodził sąsiad do sąsiada, a ten go witał: „Siądźcie Macieju i odpocznijcie”. Ten siadał i mówił: „I jak wam się wiedzie, Janie? Kapusta obrodziła?” Czy oni byli na ty? No przecież nie! Dwóch starych wieśniaków, jeden z jednego końca wsi, drugi z drugiego – jacyż oni koledzy? Normalni sąsiedzi. A ponieważ byli nauczeni dobrych manier, zwracali się do siebie z szacunkiem. Przyznaję, że nie wiem, jak by to brzmiało, gdyby któryś z nich zwrócił się do drugiego: „Niech Pan się ze mną napije, panie Gula.” Ale czuję pod skórą, że jakoś głupio.
Czy to znaczy, że oni nie używali formy ‘pan’? Owszem, używali – tak jak dziś Anglicy na przykład używają formy ‘sir’ – jednak wyłącznie wtedy gdy przyjeżdżali do miasta i chcieli załatwić coś w urzędzie, albo kiedy ekonom przychodził do nich w jakiejś sprawie. Wtedy mówili pewnie coś w rodzaju: „Bo ja tu mam dla was taki dokument, panie”. Jeśli to był dobry ekonom, albo dobry urzędnik, kazał im siadać i mówił „No, nie stójcie już tak Macieju”. A jeśli był urzędnikiem lub ekonomem głupim i gnuśnym, najpewniej korzystał z formy równie jak on sam durnej, a więc z takiej, którą dziś słyszymy w niektórych piosenkach, i wyrzucał z siebie coś typu: „Siadaj chamie i nie gadaj”.
Jestem w tym wieku, że coraz częściej myślę sobie, że nie byłoby źle, gdyby czasy zmieniały się troszkę wolniej. Nawet gdyby ceną za to było to, że ludzie tacy jak mój kolega z podstawówki zaludnialiby tę ziemię gęściej, niż się to ma dziś. Myślę sobie o tym również w tych dniach, kiedy wielu czytelników tego bloga zarzuciło mi, że jestem chamski i niegrzeczny. Że zwracam się nie tylko do swoich wrogów, ale zwłaszcza do przyjaciół i sojuszników, w sposób brzydki i niegodny. Że psuję styl i szyk. Że niszczę poziom i marnuję to co prawdziwie wartościowe. Że jestem wstrętny. Więc myślę sobie, czy nie byłoby lepiej, gdyby dzięki wykwintnej i stałej formie, udałoby się osiągnąć stan, że nie byłoby mowy o tym, że ktoś jest kulturalny lub niekulturalny, grzeczny lub nie. Liczyłby się wyłącznie komunikat, bo kulturę byśmy od początku mieli z głowy. Mój kolega Gemba, po raz kolejny zniesmaczony faktem, że ten blog schodzi na psy wpisywałby tu komentarz: „Czy wy, Krzysztofie rozum postradaliście? Zajrzyjcie no na PW , bo chcę was opierdolić dyskretnie”. A ja bym mu odpowiadał tak jak mój podstawówkowy kolega przykazał: „Macieju, odpierdolcie się, bo w ryj dostaniecie”. I byłoby cudnie!
I tylko czasem, gdyby Igor Janke, lub ktoś z Administracji zainterweniował, to bym mu napisał: „Wybaczcie, Panie. Darujcie jeszcze tym razem. My już z Maciejem załatwimy sprawę w chałupie”. I byśmy załatwili.

niedziela, 24 stycznia 2010

O tłumaczeniu dowcipów



Kiedy Janusz Palikot został blogerem Salonu24, zaskoczyło mnie to zaledwie troszeczkę. Ja ten trend obserwuję od pewnego czasu, i nie dość, że go obserwuję, to wiem, o co chodzi. Salon24, przy swojej niszowości, jest miejscem mianowicie bardzo poważnym, i każdy minimalnie sprytny polityk powinien wiedzieć – a jeśli nie wie, to prędzej czy później się zorientuje – że tu warto uderzyć. I uderzy. Albo samodzielnie, albo przez swojego asystenta, ale uderzy.
A więc patrzę jak przychodzą. Najpierw Czarnecki z Girzyńskim, potem Dorn, niedawno Pawlak, a teraz Palikot. Zobaczyłem tego Palikota i się zadumałem. Jednak nie nad Palikotem, ale nad sposobem, w jaki on został tu przyjęty. To co zobaczyłem na jego blogu, a więc i powódź komentarzy, i uroczyste powitanie, jakie mu zgotował Igor Janke, i wreszcie tę eksplozję potrzeby pokazania Palikotowi, jak my go tu wszyscy nienawidzimy, a jednocześnie jak bardzo szanujemy jego pozycję, mnie poraziło. Już wcześniej dziwiłem się, że tak wielu, z pozoru rozsądnych i myślących ludzi, tak bardzo potrzebowało dowartościować obecność tu Waldemara Pawlaka, no ale pal go licho! Pawlak to wprawdzie tylko (i aż Pawlak), ale pal go licho! Palikot to co innego. Trudno mi mianowicie wyobrazić sobie postać tak śliską i nieprzyjemną w tej śliskości, która by tak zasługiwała na zimne lekceważenie jak Palikot. A jednak to czego się można było się spodziewać, nie nastąpiło. Palikot został tu przyjęty fajerwerkami. Wprawdzie głównie nienawiści i pogardy, ale fajerwerkami.
I wtedy pomyślałem, że się zniżę i napiszę ten tekst http://toyah.salon24.pl/151915,flaszka-z-januszem. Nie o Palikocie przecież, ale o ludziach, którzy mu tę fetę zorganizowali. Tekst, w którym postawię pytanie, jak to się stało, że rozwiązanie z pozoru oczywiste, czyli kompletna pustka i – pomijając zwyczajową paplaninę paru trolli – milczenie pod tym blogiem, nie nastąpiło. Nie chciałem tego robić, ale kiedy już zobaczyłem, że wśród komentujących pojawił się i Sowiniec, a to po to, by nawiązać z Palikotem dyskusję filozoficzną, siadłem i zacząłem pisać tekst. O ludziach, którzy, choć wiedzą że mają do czynienia wyłącznie ze śliskim złem, do tego zła lgną, jak do Matki Ziemi. Napisałem więc tekst, w którym wyraziłem zdziwienie, że ktoś tak podły i nikczemny jak Palikot jest w Polsce traktowany ze szczególną wciąż rewerencją. Że nawet ci, którzy wiedzą, że on jest zaledwie podły i nikczemny, czują, że ta jego podłość i nikczemność są jednak inne, barwniejsze, może bardziej ironiczne, może w pewnym sensie stańczykowskie, i że ten rodzaj podłości i nikczemności zasługuje na szacunek.
To było zdziwienie. Ale również napisałem, że tak być nie powinno. Że to jest szalenie smutne, że ktoś kto w gruncie rzeczy reprezentuje poziom menela Huberta K., tylko dlatego, że jest ładnie ubrany, ma pieniądze i wykształcenie filozoficzne, nagle właśnie przez te swoje szaty, ten majątek i ten tytuł magistra traktowany jest z większą powagą. Wreszcie, żeby podkreślić swój stosunek do Palikota i zaproponować jedyny możliwy sposób, w jaki z nim można rozmawiać, dopuściłem się czegoś, czego się wręcz bałem, że przez swój prymitywizm i jednoznaczność, przykryje cały sens mojej wypowiedzi. Wygłosiłem więc ten pełen menelskiego bełkotu, a jednocześnie prostej nienawiści tekst, skierowany bezpośrednio już do Palikota i sprawę zamknąłem.
I co się stało? Najpierw otrzymałem mail od jednego z moich kolegów, w którym ów kolega poinformował mnie z wyższością, że on już o Palikocie dwa razy pisał i jeśli idzie o niego, to wystarczy. Następnie pojawił się pierwszy komentarz, w którym nie bardzo mi znany bloger, w odpowiedzi na tekst w którym wezwałem do tego, by z Palikotem nie gadać, pouczył mnie, że Palikota należy bojkotować, a nie tracić czas na pisanie o nim. Po chwili pojawił się kolejny komentarz, w którym inny bloger, tym razem już mi znany, napisał, że zajmując się Palikotem tracę czas, i w dodatku go dowartościowuję. Tym razem już nie wytrzymałem. Nie wytrzymałem dlatego, że sytuacja w której ktoś, kto na blogu Palikota zostawił kilkanaście komentarzy, w odpowiedzi na tekst, w którym ja wyrażam z tego powodu smutek i zażenowanie, poucza mnie, że z Palikotem gadać nie należy, jest zwyczajnie kuriozalna. No a potem już poszło jak z górki. Jedni zwracali mi uwagę, że moje uwielbienie dla Palikota jest żałosne, a inni oskarżali mnie, że zamiast krytykować Palikota, to obrażam „naszych”. Świat stanął na głowie? Tak jakby.
To co się stało, jest dla mnie doświadczeniem bardzo przykrym z wielu względów, o których nie chce mi się już tu pisać. Spróbuję jednak jakoś z tym żyć i zobaczymy, jak mi pójdzie. Muszę jednak zwrócić uwagę na coś jeszcze, co się też zdarzyło przy okazji tego wpisu, a co mnie pociesza i pozwala wierzyć, że było warto. Otóż ja już wcześniej spostrzegłem, że ile razy napiszę coś co wydaje mi się bardziej ważne i wartościowe, na ten blog, w zwiększonej liczbie złażą się komentatorzy, których zwykle określa się mianem trolli. I tak się właśnie zdarzyło teraz. Wśród komentarzy pod omawianym wpisem, pojawiło się ich dużo więcej niż zwykle. I to jest dla mnie wiadomość dobra. Bo otóż okazało się, że wśród czytelników owego wpisu byli też i tacy, którzy go zrozumieli bez najmniejszego wysiłku. I uznali ten wpis za na tyle ważny, żeby w nim pomieszać. I to mnie raduje. Bardzo.
Na koniec już mam informację tylko dla moich przyjaciół. Nasz kolega giz 3miasto zaapelował do mnie, bym w tym co piszę był bardziej jednoznaczny. Żebym pisał jaśniej i z uwzględnieniem możliwości, że do niektórych z nas trzeba mówić prosto, jednowarstwowo i bez tych okropnych komplikacji. Otóż nie! Nic z tego nie będzie. Będę pisał tak jak dotychczas, zakładając że czytelnicy tego bloga potrafią jednocześnie czytać i rozumieć. I prędzej głupi zmądrzeją, niż ja zacznę pod każdym z moich wpisów umieszczać specjalne przypisy dla tych, którym się albo nie chce, albo che, ale nie za bardzo. Niedoczekanie Wasze!

sobota, 23 stycznia 2010

Flaszka z Januszem



Myślę że nikt kto zna i czyta ten blog nie pomyślał sobie, że te parę dni kompletnego bezruchu, w jaki to miejsce popadło, spowodowane zostały wejściem na Salon24 posła z Lublina, Janusza Palikota. Ja jestem wprawdzie osobą bardzo wrażliwą i spragnioną splendoru, ale przecież nie aż tak, żeby na wiadomość, że oto mam nowego kolegę, i to kolegę aż tak wysoko postawionego jak Janusz Palikot, zaniemówić. A zatem, przyczyny mojego milczenia były daleko bardziej prozaiczne niż owo święto towarzyskie, Raz, że zakończyła się kluczowa dla mnie faza konkursu i musiałem odrobinę odetchnąć, a poza tym potrzebowałem – z czystej (lub rudnej), niskiej próżności – sprawdzić coś jeszcze. Czy, mianowicie, jeśli umieszczę tu wpis o charakterze wyłącznie techniczny, który nawet nie pojawi się na stronie głównej, uda mi się pod nim zebrać sto komentarzy. I jest. Setka padła. Co wiem, to już tylko moje.
To wszystko co napisałem wyżej, oczywiście nie zaprzecza faktom. Ja jak najbardziej przeczytałem wpis Janusza Palikota, który został umieszczony na stronie głównej Salonu, podobnie jak i mowę powitalną, jaką na cześć naszego nowego kumpla wygłosił Igor Janke, część z bardzo wielu komentarzy, które ozdobiły ów wpis, a także dwa osobne wpisy red. Janke, poświęcone temu niezwykłemu wydarzeniu. Zapoznałem się starannie ze wszystkim, z czym uznałem za stosowne się zapoznać i nawet podzieliłem się pewną refleksją z Administracją. Mało tego, zajmując się cały czas liczeniem komentarzy pod poprzednią notką, walczyłem też ze sobą, by nie przeprowadzić kolejnego eksperymentu i nie umieścić na swoim blogu następującego tekstu:

„Wszyscy obserwujemy prace komisji śledczej, mającej na celu zbadanie afery hazardowej. Ze swojej strony, chciałem tylko wyrazić nadzieję, że poseł PSL-u, Franciszek Stefaniuk, zechce zbadać przy okazji, dlaczego jego partia zawiązała koalicję parlamentarną z mordercami polskich żołnierzy w Afganistanie. Od tego bowiem będzie zależeć to, czy opinia publiczna zechce docenić śledcze talenty pana posła Stefaniuka.”
Plan był taki, że ja zamieszczę ten tekst i zobaczę, co zrobi Administracja. Czy Igor Janke na przykład napisze komentarz, w którym zapewni mnie o swoim poparciu dla wolności debaty, czy osoba, która decyduje o kształcie głównej strony Salonu, umieści ten wpis wysoko, średnio wysoko, czy może w ogóle, no i wreszcie, czy uda mi się zebrać choćby połowę liczby komentarzy, na jakie zarobił swoją refleksją poseł Palikot? No ale jakoś z każdą godziną ta pasja mnie opuszczała, a w to miejsce pojawiało się zdziwienie… i właściwie już tylko zdziwienie. W dodatku, kiedy wreszcie zmuszono Palikota do przeredagowania debiutanckiej notki, a Igor Janke dzielnie przyznał się do błędu, już tylko liczyłem do stu i myślałem sobie, jak to się dzieje, że pewien rodzaj zła potrafi być czymś tak atrakcyjnym, że nawet mądrzy i porządni ludzie stają wobec niego zupełnie bezbronni. Jak to się dzieje, że dopóki zło jest i pozostaje zwykłym, prymitywnym aktem chamstwa, a na dodatek swoją agresję wyraża w tępy i bezpośredni sposób, nie chcemy mieć z nim nic wspólnego, odwracamy się do niego z pogardą i szlachetną wyniosłością? Dlaczego natomiast w dokładnie tej samej sytuacji, ale gdy to zło nie jest już nagie i gruboskórne, lecz jest przystrojone w szaty wykształcenia, elokwencji, a co jeszcze bardziej prawdopodobne – ironii i prowokacji, oczy nam rozbłyskują ciekawością, a myśl pragnieniem debaty?
Jestem pewien, że gdyby zamiast Janusza Palikota, dokładnie ten sam tekst zamieścił w Salonie na przykład Andrzej Lepper, czy ktoś pewnie równie sławny jak Palikot i o podobnych ambicjach, a jak idzie o skuteczność walki z prezydentem Kaczyńskich, może nawet bardziej od Palikota wpływowy i skuteczny, czyli menel Hubert K. (jeśli oceniać po liczbie wyników w Googlu, przebijający Palikota wielokrotnie), to poza Sowińcem, pogadać by z nim chciało zaledwie paru najbardziej aktywnych trolli. I na tym koniec. Już nie mówię, że Administracji nawet by nie przyszło do głowy, żeby ten wpis w jakikolwiek sposób promować. Mimo, w sumie jak by nie było, niewątpliwego wydarzenia, jakie by ta wizyta i ten debiut tu stanowiły. Dlaczego? No właśnie dlatego, że ani Lepper, ani Hubert K. nie są dla inteligentnego, wykształconego i ambitnego obserwatora jakimkolwiek partnerem, właśnie przez swoją jednoznaczność. I jeden i drugi oczywiście mogą zostać przy równych okazjach wyciągnięci i wykorzystani, ale na co dzień pozostają po prostu nieciekawi. Należą do innego świata, a przez to do zupełnie obcej nam kultury.
Co innego Palikot. On z perspektywy przeciętnego półinteligenta, nawet jeśli jest chamem, to jest chamem „piekielnie inteligentnym”, „niezwykle skutecznym”, no a przede wszystkim jest „Stańczykiem post-polityki”, a to już jest naprawdę coś. Ktoś powie, że to jest coś takiego jak Urban, posłanka Senyszyn, czy Krzysztof Daukszewicz. Trochę oczywiście tak, ale przy okazji, w tym akurat wypadku, mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym. Zarówno on i ona i tamten też – choć oczywiście bardzo wciąż pociągający –reprezentują jednak cywilizację upadającą. Jeszcze parę lat i już będą wyłącznie drzeworytami w encyklopedii. Palikot, podobnie jak Hubert K., są już produktem III RP. Tyle że dopóki to Palikot będzie producentem, a Hubert K. zaledwie konsumentem, na demokrację w tej kwestii liczyć nie ma co. A publiczna akceptacja pozostanie tam gdzie jest.
Janusza Palikota nienawidzimy, śmiejemy się z niego, nieustannie apelujemy o to by go za jego ekscesy bojkotować, a z drugiej strony zaakceptowaliśmy go jako stały i niezwykle barwny element naszego świata. On jest częścią establishmentu takiego jaki uważamy za swój i, choć nas niekiedy irytuje, to żyć bez niego ani nie możemy, ani nie chcemy. Popatrzmy na mnie. Mnie też jego salonowy debiut zainspirował. Mój nowy kumpel Janusz w pewnym sensie zmienił moje życie. Troszeczkę, ale przecież to że to piszę, świadczy o tym niezbicie. Chciałem więc go powitać. Mojego nowego kolegę Janusza – blogera: „Cześć Janusz! Sie, kuźwa, ma! Wbijaj kiedy z flaszką do Katowic, to sie naprujem”.

czwartek, 21 stycznia 2010

Dziękuję, ale kończymy



Zakończyła się druga tura konkursu na blog roku 2009. W naszej kategorii, jak pewnie większość z Was wie, udało nam się zmieścić w pierwszej dziesiątce. Trzecia pozycja, którą ten blog zajmował przez tak długi czas, okazała się jednak nie tak bezpieczna, jak można się było spodziewać. Akcja prowadzona przez Stanisława Michalkiewicza, dzięki niezwykle skutecznej mobilizacji jego sympatyków, pozwoliła w ostatniej chwili wyeliminować z walki wielu blogerów, którzy nie mogli liczyć na nic więcej, jak tylko na swój talent i szacunek swoich czytelników.
A zatem, oryginalny plan Michalkiewicza, by trzecia tura w tej kategorii, była już wyłącznie formalnością, nie do końca się powiódł. Nie wiem do końca, czemu on to robił. Z tego co słyszę, za tym planem może się kryć i polityka, i osobiste ambicje, ale również czysta zabawa. Odpowiedzi jednak nie znam. I, szczerze powiem, w tej chwili mnie ona też już nie za bardzo interesuje. Teraz już nie. Cieszę się, że ten dziwaczny plan nie wypalił i że w pewnym sensie, co przyznaje nawet jedna z osób z tamtej strony, mógł się nawet odbić rykoszetem. Zobaczymy. Mam nadzieję, że tak się właśnie stanie. I że ten rykoszet, dla ludzi, którzy w gruncie rzeczy chcieli ten konkurs zepsuć, będzie bardzo bolesny. Bo na to jak najbardziej sobie zapracowali. Ja mam swoją satysfakcję, i w stosunku do wszystkich którzy zechcieli poprzeć ten blog, pozostaję zobowiązany i pełen wdzięczności.
Kiedy zgłaszałem ten blog do konkursu, nawet nie mogłem się spodziewać, że dostanę aż takie poparcie i że aż tyle osob zechce się tak zaangażować w to co tu robię. To czego się chciałem dzięki temu konkursowi dowiedzieć – dowiedziałem się. I jestem w najwyższym stopniu szczęśliwy. Na więcej nie liczyłem, nie liczę, i proszę się mną dalej już nie przejmować. Bardzo proszę, by w dalszej części tego konkursu nie brać mnie już pod uwagę. Głosy, które planowaliście w dalszym ciągu oddawać na ten blog, a jednocześnie na blog blogerów, proszę przenieść na blog naszego kolegi corellusa w literackiej części konkursu, lub oczywiście – jeśli ktoś ma innych faworytów – zgodnie ze swoim sumieniem.
Dziękuję jeszcze raz i proszę mi kibicować w kwestii ostatecznej decyzji, która ma wskazać Blog Roku 2009 w kategorii – polityka.

środa, 20 stycznia 2010

O cwanej prawicy w cwanym świecie



Pierwszy raz na nich wpadłem jeszcze za komuny. Byli dzielni, zawzięci i głupi. Ciekawe to były czasy. Wówczas jeszcze głupota była cnotą. Tylko bowiem człowiek głupi mógł wierzyć, że warto w ogóle cokolwiek robić i tylko człowiek głupi miał to przekonanie, że zwyciężyć potwora to tyle co splunąć. Spotykałem ich właściwie codziennie i jeśli patrzyłem na nich z podziwem, a jednocześnie wiedziałem, że oni w życiu nie wyjdą poza te swoje marzenia, to nie dlatego że byłem jeszcze głupszy, ale wręcz przeciwnie – byłem mądrzejszy. Tyle, że – jak już wspomniałem – to głupota była cnotą. To ona właśnie miała rację.
No i zwyciężyli. I poprowadzili dalej tę walkę, już w nowym wymiarze. Tyle że tu właśnie pojawiły się pierwsze przeszkody. Tu właśnie okazało się, że przeciwnik jest już bardzo konkretny, często znacznie bardziej wyrachowany, a przede wszystkim o wiele bardziej cwany. I w jednej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że tym razem już na pewno nic z tego nie będzie, bo oni naprzeciwko siebie już nie mają zwykłego, tępego straszydła, którego można było pokonać zwykłą wiarą i determinacją, ale Cywilizację. A z Cywilizacją, jak wiemy, nie ma żartów. Cywilizacja nie odpycha. Ona jest uprzejma, łagodna i gotowa do współpracy. A oni oczywiście byli nadal tak samo głupi, choć nie na tyle oczywiście, by nie zauważyć, że trzeba przegrupować siły. I że też trzeba się wycwanić. No i się wycwanili. Na swoją skromną miarę, ale się wycwanili.
Na dwa sposoby. Jedni nauczyli się ładnie mówić, kupili sobie lepsze skarpetki, niektórzy z nich zapisali się nawet na jakieś studia i zostali zaakceptowani jako część najnowszej historii Polski. Kiedy ostatecznie przegrali, poszli w biznesy i tylko już od czasu do czasu, przy okazji większych rocznic, wystąpią w telewizji i opowiedzą, jak to człowiek siedział za wolność. To większość. Inni pozostali wierni, ale jednocześnie postanowili, że oni już będą naprawdę cwani. I stworzyli tak zwaną nową polską prawicę. Prawdziwą, wierną, bezkompromisową. I ich też mogłem oglądać, tak jak przed laty, w akcji każdego dnia. Tyle że już w tym nowym okresie ich walki. Od samego początku, dzień w dzień byłem świadkiem, jak ci sami bohaterowie sprzed lat, których kiedyś tak podziwiałem, i na których jednocześnie patrzyłem z góry, krzątają się po salonach i obracają w swoich wycwanionych już głowach nowe plany. Pamiętam więc ich z czasów, kiedy organizowali pierwszą kampanię Lecha Wałęsy. Pamiętam ich, jak obalali rząd Jana Olszewskiego. Pamiętam, jak w każdym momencie, gdy tylko dojrzeli nową dla siebie szanse, natychmiast zaczynali poważną „polityczną grę”. Pamiętam, jak upadali i natychmiast się podnosili i natychmiast szli tam, gdzie widzieli że się coś dzieje. Albo na ratunek Europy, albo Polski, albo autonomii swojego regionu, czy choćby wolności prostego obywatela niszczonego przez państwo. A szli tam, nie żeby uczestniczyć, nie żeby budować, tylko żeby rozrabiać. Rozrabiać tak jak za dawnych lat, tyle że dziś już w znacznie bardziej cwany sposób.
Jak to się stało, że dopuszczono ich do gry? W końcu to nie była byle jaka gra. To nie była już zabawa w rzucanie kamieniami i uciekanie do najbliższego kościoła. To, jak już wspomniałem, była wyższa jazda. Nie mogło być przecież tak, że przychodziło dwóch niedorobionych intelektualistów z krzyżami na piersiach, informowali, że właśnie założyli partię o nazwie Ojczyzna Wolna – Ruch Patriotyczno-Konserwatywny ‘Szaniec’, a III RP otwierała szeroko swoje ramiona i zapraszała ich do środka. Chociaż, kto wie? Może faktycznie chodziło o to, by stworzyć dwie elity, jedną realną, a drugą na niby? Ale skoro tak, to po co? Tu akurat już mamy do czynienia z zagadką, choć wydaje mi się, że odpowiedź i tak da się znaleźć – chodziło najpewniej o to, by nie dopuścić do powstania w Polsce normalnej, silnej prawicy. Ci co mieli takie rzeczy wiedzieć i – jak się okazuje – wiedzieli, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że prawica to taki śmieszny twór, który w połączeniu z głupotą, której zawsze jest w nadmiarze, będzie zawsze robił to, co mu się każe. A zatem, nie ma lepszego sposobu na dezintegrację prawicy, niż stworzenie jej odpowiednich warunków do swobodnej działalności, oczywiście z dyskretnym i stałym nadzorem.
No i dalej już poszło jak z płatka. Kiedy dziś wspominam kolejne nazwiska, kolejne twarze, kolejne polityczne ruchy na polskiej prawicy, wciąż widzę z jednej strony tę głupotę, a z drugiej święte poczucie, że nikt od nas nie jest bardziej cwany. I widzę też, jak stopniowo, pomaleńku, kiedy polski, rozproszony jak stado baranów, ruch konserwatywny ponosił kolejne porażki, jego liderzy, których praktycznie zawsze było tyle samo ile partii, a może nawet i więcej, zostawali na lodzie, ale za to z tym poczuciem, że co jak co, ale cwani to byliśmy naprawdę. No i patrzę na nich teraz, w najróżniejszych sytuacjach. Kiedy zawiązują koalicję parlamentarną i od pierwszego dnia kombinują, jaki by tu wykręcić numer, żeby wszystkim oko zbielało Albo rozwalają rząd, który współtworzą, bo sobie coś bardzo cwanego obmyślili i wierzą głęboko, że tym razem się uda. Albo wchodzą do publicznej telewizji i choć wiedzą, a może właśnie dlatego, że wiedzą, że to tylko chwila, zachowują się jak banda jajcarzy, którzy pękając ze śmiechu, są mocno przekonani, że oto własnie nabijają sobie kolejne punkty. I występują w mediach, z chytrymi uśmiechami, wyszczekani tak że świat nie widział, oczytani w klasykach myśli konserwatywnej, pokazują wszystkim, jacy to z nich mistrzowie politycznej debaty. No i wreszcie, kiedy już nikt ich nigdzie nie chce, nawet jeśli tylko po to, by się z nich pośmiać, widzą nagle całą tę niezwykłą przestrzeń, której na imię Internet i tam dopiero zaprowadzają swoje porządki. Skoro nie udało się zapanować nad realem, to czemu nie spróbować w Sieci?
Oto polska prawica. Z jednej strony strasznie zadumana i pełna niezwykle szlachetnych refleksji na temat życia, śmierci, i świętości jednego i drugiego. Pełna najgłębszych przemyśleń w kwestii zasad i ideałów. A z drugiej, intelektualnie, a przede wszystkim emocjonalnie, na poziomie kogoś, kto właśnie ukończył szkołę i zaczyna pisać biznesplan. Bo koledzy mu powiedzieli, że dobrze jest coś rozkręcić tam gdzie jest kasa i perspektywy. Polska prawica, patrząca z dumnie wydętymi wargami na wszystkich. I na tych którym się udało, i na tych którym się nie udało; i na tych, którzy przegrali, bo byli za mało zdolni, lub zbyt leniwi, ale też na tych, którym się udało, bo mieli spryt i talent… I działają, i walczą i tworzą plany i strategie, i zawsze są z siebie strasznie zadowoleni. Bo są. Bo nie wypadli z gry. No i też dlatego, że nawet „czerwoni” muszą od czasu do czasu się z nimi liczyć. A że wciąż nie ma nagrody? Ależ im na nagrodach nie zależy! Polska prawica to ideowcy. Wszystko co robią, robią wyłącznie dla Boga i dla Ojczyzny.
A codzienną satysfakcję, że znów udało się kogoś przechytrzyć, można zawsze potraktować jako bonus i bardzo miłą niespodziankę.
PS. Kończy się druga tura konkursu. Można głosować do czwartku do 12.00. Jeśli uważacie, że to dobry blog, bardzo proszę jeszcze o ten wysiłek i o wysyłanie esemesów o treści C00026 (to są trzy zera) na numer +487144. Onet wysyła potwierdzenia. Jeśli potwierdzenie nie przyszło, to znaczy, że wystąpił błąd. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...