wtorek, 24 lipca 2012

Uwaga! Polityka - teren skażony

Myślę, że większość z czytelników tego bloga zdążyła wielokrotnie zauważyć, że w ostatnim czasie staram się bardzo unikać wszelkich tematów związanych bezpośrednio z bieżącym życiem politycznym. Jeśli w ogóle w tych tekstach pojawia się nazwisko Donalda Tuska czy Jarosława Kaczyńskiego, czy choćby nazwy reprezentowanych przez obu politycznych projektów, to wyłącznie w kontekście kwestii znacznie szerszych, niż to co nam może dać powszedni dzień. Czemu się tak stało? Trudno mi powiedzieć, niemniej sytuacja jest taka, że gdyby mi cos nagle strzeliło do głowy, by spróbować skomentować którąś z tak zwanych gorących politycznych wiadomości, to najpierw sam bym się spalił ze wstydu, a w drugiej kolejności – o czym jestem głęboko przekonany – większość czytelników tego bloga zaczęłaby ziewać. I to w najlepszym dla mnie wypadku.
Czy to znaczy że polityka przestała mnie interesować? Ależ w żadnym wypadku. Ja wciąż bardzo uważnie obserwuję to co się na tej scenie dzieje, natomiast nie mam najmniejszego zamiaru angażować swoich emocji w coś, do czego zwyczajnie nie mam dostępu. Ani na poziomie faktów, ani jak idzie o możliwości logicznej analizy. Co bowiem jest mi wiadome? Dokładnie to samo co wiedziałem już lata temu. Że jedynym realnym polskim politykiem, człowiekiem któremu gotów jestem powierzyć los kraju, bo jest to ktoś kto życie poświęcił idei z którą się osobiście utożsamiam, i dla którego ponad tę właśnie ideę nie ma nic, jest Jarosław Kaczyński. I wiem jeszcze dokładnie dwie rzeczy ponad to. Że dopóki on żyje i działa, cła moja nadzieja może być związana tylko z jego politycznym sukcesem. No i że dziś wszystko wskazuje na to, że System go dopadł na tyle jednoznacznie, że go praktycznie wyeliminował z gry. Mam wielką nadzieję, że nie na długo. A zatem, cóż mnie dziś może obchodzić na przykład coś tak bzdurnego jak jakaś afera taśmowa w Polskim Stronnictwie Ludowym i reakcja na nią Donalda Tuska?
A więc jeśli ktoś myśli, że mój stosunek do polityki oparty jest dziś o wymiar wyłącznie moralny, ma bezwzględną rację. Tak właśnie dziś wygląda sytuacja. Dopóki nie wydarzy się nic na poziomie moralnym właśnie – i proszę mi nie mówić, że tak zwane lody kręcone przez rządzącą koalicję nalezą do tego wymiaru – mam w głowie tylko jedno. Przy okazji najbliższych wyborów pójdę tam, gdzie pójść mi przyjdzie i zagłosuję na listę, którą mi poleci Jarosław Kaczyński. A zatem, muszę przyznać, że w pełni zgadzam się z opinią wyrażoną ledwo co przez jednego z na co dzień mniej rozgarniętych blogerów, że mimo iż w Polsce polityczną władzę od pięciu lat trzyma Platforma Obywatelska, przez ten sam czas moralnie rządzi PiS. Tak bowiem właśnie jest. Od pięciu lat pełnia moralnych rządów w Polsce od pięciu lat znajduje się w rękach Prawa i Sprawiedliwości, czy może bardziej konkretnie – Jarosława Kaczyńskiego. Cała reszta to zwykle codzienne interesy. Oscylujące między pensjami w wysokości od 10 tysięcy do 100 tysięcy rocznie. Plus nieokreślone dodatki.
Miałem okazję przeczytać dziś trzy wpisy na różnych blogach, i powiem szczerze, że po ich przeczytaniu bardziej niż kiedykolwiek mam pewność, że droga którą wybrałem jest jak najbardziej słuszna. Że jeśli przyjąć, że za tym co się dziś dzieje w Polsce jest jakiś choćby szczątkowy plan – a ja osobiście twierdzę, że nie może go nie być – to obowiązkiem każdego myślącego obserwatora i komentatora jest obchodzić każdą kolejną podawaną przez media polityczną informację jak najszerszym łukiem. Maia14 w swoim najświeższym tekście pisze, że Platforma Obywatelska znakomicie od początku wiedziała, że politycy PSL to banda cynicznych złodziei, ale ze względu na wyższy interes polskiego państwa z jednej strony pozwalała im kraść, a z drugiej ten proceder chroniła, no ale teraz, skoro już wszystko się wydało, trzeba się będzie ustosunkować. No więc są emocje.
Mój kolega Michał Dembiński z kolei na swoim blogu pisze, że on ma wielkie pretensje do premiera Marcinkiewicza o to, że wydłużył o tydzień szkolne wakacje, przez co efektywny czas nauki polskiego dziecka skrócił o 2% i przez to bardzo popsuł naszą pozycję wobec Europy. No a poza tym faktycznie jest kłopot z tym PSL-em, bo nie wiadomo, czy Platforma nadal będzie próbowała kryć przekręty w rządzie, czy pokazać, że jednak uczciwość na szczeblach władzy jest czymś co się liczy. A można od Platformy tego oczekiwać, bo Bogu dzięki właśnie się okazało, że jak idzie o poziom korupcji wyprzedziły nas ostatnio Czechy i Rumunia.
No i wreszcie jest blogerka Ufka, która od czasu gdy Igor Janke ją osobiście zapewnił, że Salon nie posiada większego bogactwa niż ona właśnie, i obiecał, że od dziś każdy jej tekst będzie promowany na szczycie głównej strony, już się nie gniewa i z odpowiednią godnością informuje, że dziś nie ma czasu ani pisać ani komentować, bo właśnie przestało padać i ona będzie kosić trawnik. Poza tym smaży jajecznicę i musi uważać, by nie stwardniała. I oczywiście nie robi nic innego, jak pisze, wkleja, a to co pisze i wkleja, to wynik nieustannego wchłaniania tego, co jej pod nos podsunie zwyczajowa propaganda.
A więc mija 6 lat, a my wciąż mamy przed sobą Donalda Tuska w całej swojej okazałości, z tymi po piłkarsku wykręconymi nogami, z tą rzekomą naturalnością miłego chłopaka z Pomorza, ojca Kasi i Michała. Tak jak mam okazję go obserwować te już kilka dobrych lat, właściwie od samego początku odnoszę wrażenie, że ja doskonale znam typ, który on prezentuje. Nie potrafię przestać zauważać, że Donald Tusk to charakter, który ja osobiście bardzo dobrze znam. Dziś nawet spytałem swoją córkę, czy jej się nie wydaje, że Tusk jest dokładnie taki, jak nasz pewien wspólny znajomy. I ona mi powiedziała, że tak, oczywiście, naturalnie – oni są dokładnie tacy sami. Mam na myśli taką szczególną konstrukcję psychiczną i emocjonalną. Kiedy wszystko idzie dobrze, żona jest w dobrym nastroju, dzieci się dobrze prowadzą, pod ręką są pieniądze, w perspektywie wyjazd na wakacje, ani śladu jakichkolwiek kłopotów, człowiek potrafi być wręcz ujmujący. Kiedy natomiast pojawiają się zmartwienia, czy to na poziomie zawodowym, czy w postaci obrażonej żony, czy może tylko zwykłego zmęczenia – ten typ się robi absolutnie nie do wytrzymania. I to nie tylko jest problem jego relacji z ludźmi, ale przede wszystkim może nawet stosunek do samego siebie. To jest ktoś taki, kto wie doskonale, że jeśli nie uda mu się tego napięcia rozładować – to on nie wytrzyma. I w tych sytuacjach albo wybucha, albo zmusza ludzi, żeby z nim grali w piłkę, ping-ponga, tenisa, siatkówkę – obojętne. Byle przez te parę godzin on mógł z siebie wyrzucić całe to zło.
Kiedy obserwuję Donalda Tuska od tych paru lat, kiedy słyszę różnego rodzaju relacje na jego temat, kiedy próbuję analizować to co widzę i słyszę, obraz Donalda Tuska układa mi się w bardzo logiczną całość. Przecież to nie ja wymyśliłem, że Tusk tak bardzo marzy o tym, by jak najszybciej przestać być tym nieszczęsnym premierem, a zostać jakimś ważnym europejskim urzędnikiem, bo w obecnej sytuacji jest to dla niego oferta idealna. Europejska biurokracja Tuskowi daje na długie lata to, co on kocha najbardziej. Wolny czas, niewiele obowiązków, dużo wyjazdów i to wyjazdów, gdzie się głównie reprezentuje, zwiedza, spędza miło czas, a jak człowiek lubi sobie dłużej pospać, to i to można bardzo prosto załatwić.
Od jesieni roku 2007, najbliższe otoczenie Donalda Tuska zrobiło wszystko, żeby go jakoś odciążyć, jak idzie o tę najbardziej nieprzyjemną część pracy na stanowisku premiera. I długo robili to bardzo skutecznie. Administrował Schetyna, partię reprezentował Chlebowski, samego premiera Nowak, a do bezpośredniej walki kierowani byli Niesiołowski, albo któryś z aspirujących lokalnych polityków. No i oczywiście całość organizował Palikot. Premier miał tylko od czasu do czasu się pokazać, coś powiedzieć i zapewnić, że nad wszystkim panuje. A i tak okazało się to dla niego za dużo. Stąd te nieustanne wyjazdy na wakacje, i coraz większe zdenerwowanie po każdym kolejnym powrocie. W pewnym momencie pojawiła się nawet szansa, by zostać prezydentem. Szykował się więc Donald Tusk do prezydentury i starał się ten czas spędzić bez większych stresów, no i gdzieś obok niego zdarzyło się kilka bardzo przykrych rzeczy, nad którymi koledzy Premiera nie zapanowali, na które on sam nawet nie miał wpływu i które nagle zmieniły się w lawinę. I nagle Donald Tusk dowiedział się, że to jednak on jest za wszystko odpowiedzialny i że teraz on będzie musiał zacząć ponosić konsekwencje.
Na dodatek, wszystko wskazuje na to, że z jakiegoś powodu, media – które przecież musiały wiedzieć, co się dzieje i czego się można spodziewać – nagle straciły cierpliwość i przynajmniej częściowo cofnęły ochronę. A może nawet nie chodzi tu o cierpliwość. Może po prostu w sytuacji, kiedy dzieją się tylko złe rzeczy, nie można nagle przestać w ogóle informować. Może jest tak, że kiedy nawet nie ma się za co znęcać nad PiS-em i komunistami, kiedy nawet PSL dzielnie się zmobilizował i nie prowokuje afer, a premier Pawlak właściwie oddał się wyłącznie swojemu tabletowi, pozostaje tylko ta wspomniana już lawina
I co ma teraz zrobić Donald Tusk, premier rządu? Ma powiedzieć, że to nie on? Że on o niczym nie wiedział? Że on jest zmęczony i na chwilę musi wyjechać? Że to koledzy? Że on od początku chciał być prezydentem, a nie premierem? Przecież teraz nawet nie wiadomo, czy jemu wypada jutro i w niedzielę pójść z kolegami na piłkę, bo od razu przyjdą jacyś i będą się pytać o różne rzeczy. A skąd on ma cokolwiek wiedzieć?
Więc ja myślę, że ja rozumiem sytuację Premiera. I uważam, że jeśli się natychmiast wszystko nie uspokoi, to on najzwyczajniej w świecie tego nie wytrzyma. Wiem, że w polityce bywa różnie i niekiedy bardzo ciężko. I wiem też, że się wytrzymuje najróżniejsze kryzysy. Ale do tego trzeba twardych ludzi. Giertych by wytrzymał. Poradziłby sobie, gdyby żył, Lepper. Pawlak – bez najmniejszego wysiłku. Oczywiście Kaczyński pewnie by nawet nie zauważył, że coś się dzieje, a jak by zauważył, to czułby tylko przyjemne podniecenie. Jestem głęboko przekonany, że Tusk w dzisiejszych dniach jest kompletnie rozbity. I nie może być inaczej.
Kiedy sześć lat temu władzę przejmowała Platforma Obywatelska oraz całe jej medialne, biznesowe i cywilizacyjne zaplecze, byłem w bardzo marnym nastroju. Bałem się, że jesteśmy załatwieni na wiele długich lat, a jeśli mamy walczyć, to walka będzie straszna i na tyle wyczerpująca, że nawet po jej zakończeniu będzie trzeba bardzo długo lizać rany. Przez te wszystkie lata były chwile, kiedy cały front z którym przyszło nam walczyć, zupełnie słusznie wskazywał, że przy totalnej mobilizacji ogólnie rozumianego obozu władzy, opozycja praktycznie nie istnieje. I nagle, zupełnie niespodziewanie, w ciągu zaledwie parę tygodni ten kolos rozpada się w pył. Nie wiem, co się zdarzy jutro. Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądała sytuacja polityczna za tydzień. Wiem natomiast, ze wszystko dzieje się bardzo szybko, a przede wszystkim przy ogromnym współczynniku chaosu. Nie znam sytuacji na samych szczytach polityki. Ja nie wiem nawet, kto się z kim w tej chwili spotyka, kto z kim o czym rozmawia, kto na kogo się czai.
Natomiast raz na jakiś czas widzę Jarosława Kaczyńskiego, mimo tragedii jaka go spotkała i przecież niełatwego naprawdę życia, odświeżonego, wypoczętego, pełnego spokoju i pewności siebie, i od czasu do czasu Donalda Tuska, który robi wrażenie bardzo zmęczonego i który, według wszelkich dostępnych relacji jest w istocie bardzo zmęczony. Oczywiście, wciąż słyszę głosy, które każą mi wierzyć, że nowa polityka PiS-u to bzdura i pudło. Że wystarczy spojrzeć na sondaże, żeby widzieć, że nic się nie zmieniło. Że nawet najgorsza Platforma i tak jest lepsza, bardziej skuteczna i bardziej po prostu znośna od najlepszego PiS-u. I że Polacy to wiedzą. Ale ja wiem coś bardzo ważnego. To mianowicie, że jeśli Donald Tusk tego napięcia nie wytrzyma, to wszystko się po prostu zawali. Zupełnie niezależnie od tego, czy zmiana wizerunku PiS-u będzie skuteczna, czy nie; czy Gowin wyleci z rządu, czy nie; czy kolejny znany polityk się powiesi, zastrzeli, czy przeżyje. Bo to jest po prostu lawina i to lawina pędząca ze wszystkich stron. A Donald Tusk musi jeszcze czekać, a najgorsze w tym czekaniu jest to, że on nawet nie wie, na co czeka. A poza czekaniem nie ma nic. Żadnych obowiązków, żadnych wyzwań, żadnego nawet zagrożenia. Teraz wystarczy tylko czekać. To już jest czysty automat.
Dlatego właśnie uważam, że zajmowanie się bieżącą polityką na poziomie proponowanym nam przez samych polityków jest głupie i złe nawet nie dlatego, że powinniśmy być bardziej honorowi, i na tę plazmę nie zwracać uwagi. Moim zdaniem zajmowanie się codzienną polityką jest głupie i złe dlatego że oznacza poddanie się kłamstwu. Kłamstwu absolutnie najstraszniejszemu. Nie wolno nam tego robić. Naszym obowiązkiem jest dziś wyłącznie głoszenie prawdy, modlitwa, wypatrywanie znaków i cierpliwe oczekiwanie na dzień, kiedy – tu ukłon w stronę braci Rastafarian – Babilon upadnie.

Pozdrawiam wszystkich z jeszcze nie do końca skażonego Podlasia i proszę bardzo pamiętać o nas zarówno jak idzie o ksiązki i bezpośrednią pomoc dla bloga. Będę zobowiązany za każdy najdrobniejszy gest.

5 komentarzy:

  1. @Toyah
    Pozostaje głoszenie prawdy, modlitwa... i wiara w to, że Dobry Bóg nad nami czuwa, niezależnie od tego na co by wskazywały znaki przez nas widziane.

    Miłego urlopu, pokłoń się ode mnie Matce Kodeńskiej.

    OdpowiedzUsuń
  2. @raven59
    Z miłą chęcią przekażę pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń
  3. @toyah

    Już mi zazdrość przeszła, więc zacytuję Twoją syntezę z poprzedniego felietonu:

    Podstawa to wiedzieć czym jest zabawa. No i umieć się zabawić. Joker to wie. Batman nie. Ot i cała odpowiedź.


    Ale, kto i w co się bawi, to już wybory własne. Rzeczywiście, są takie momenty, w których należy zabrać zabawki i iść do domu.

    Zostających zaś w piaskownicy wypada przestrzec: jednak to Batman okazuje się zwycięzcą.

    OdpowiedzUsuń
  4. @orjan
    We wspomnianym tam przeze mnie tekście Greene'a o ewolucji jaką przeszedł rzeczownik "party" , by stać się czasownikiem, pisze on, że największym zaszczytem jaki może dziś spotkać człowieka, jest świadectwo, że "he really knows how to party". Plus tytuł "a party animal". Właśnie tak.

    OdpowiedzUsuń
  5. @toyah

    Galia est omnis divisa in partes tres.

    Ze mną i moimi kojarkami trudna sprawa. Wszystko przez mojego Psora od angielskiego, który wyjaśniał słownictwo angielskie np. tak (istota wiernie oddana):

    - Panie Psorze, a co to znaczy to occupy?

    - Aj, wy mnie tumany jedne: occupo, occupare, occupavi, occupatum - pierwsza koniugacja, uczyć się trzeba!

    Dlatego przy "party" od razu przychodzi do mnie Julek. Z tego, zaś co on z rzymską precyzją wyraził, wynika, iż jest to w istocie zbiorowe wydzielenie się (a może wydalenie się?) w obrębie całości.

    Żeby nie wyjść na nieuka popatrzyłem przed chwilą w jakiś thesaurus (θησαυρός) i stwierdziłem, że coś jest na rzeczy, bo propozycje synonimów dla rzeczownika "party" są, mniej więcej takie:

    horde, gang, clique, coterie, Verein, Bund, Zollverein, junto, cabal, camarilla, camorra, brigue, freemasonry, Ku Klux Klan, Liberals, Luddites, dramatis personae.

    Szczególnie podoba mi się: to dramatis personae pewnie ze względu na ładunek informacyjny. Ale waham się, bo z kolei nic tak melodyjnie nie brzmi jak ten Bund. Jak łopata uderzająca w umrzyka skrzynię (i butelkę rumu).

    Mówiłem, że wszystko się jakoś łączy: wyjeżdżam na Mazury i jakiś czas będę de-parted ... in the same boat, sensu largo, however..

    Do rychłego.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.