poniedziałek, 30 lipca 2012

Gdy wokół same wilki

Od paru już lat, każdy wtorek to dla mnie dzień, w którym muszę napisać kolejny swój tekst do „Warszawskiej Gazety”, bo oni w środę składają kolejny numer, więc muszą mieć wszystko gotowe. Dotychczas, o ile się nie mylę, tylko raz się zdarzyło, że tekstu nie wysłałem, bo o tym zwyczajnie zapomniałem, no i raz – choć tu, z powodów o których wspomnę za chwilę, pewności mieć nie mogę – tekst się nie ukazał. Poza tym, każdy piątek przynosi kolejne wydanie „Warszawskiej Gazety” a w nim kolejny mój tekst.
Dlaczego tak bardzo się zaangażowałem w pisanie własnie dla tego tytułu? Wyjaśniałem to już kiedyś, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Pierwszy powód to oczywiście pieniądze. Piotr Bachurski, a więc wydawca i naczelny redaktor gazety, za moje teksty mi płaci. Skromnie, to fakt, ale miesięcznie coś tam z tego jest. Rzecz druga to to, że ja do projektu Bachurskiego mam pewien sentyment, związany z tym, że on zatrudnia wyłącznie publicystów niezależnych, w tym przede wszystkim blogerów, a to mi imponuje. Oczywiście, ja nie muszę czytać ani publicystyki Grzegorza Wszołka, Magdy Figurskiej, Mirka Kokoszkiewicza, Aleksandra Ściosa, posłów Czerneckiego i Wojciechowskiego, czy nawet księdza Małkowskiego, jednak twierdzę, ze to wszystko tak czy inaczej jest znacznie bardziej świeże i czyste niż to co może mi dać Łukasz Warzecha, Rafał Ziemkiewicz, by już nie wspomnieć o Eryku Mistewiczu. Pisze więc dla Bachurskiego dla zarobku i po to by wesprzeć jedyny znany mi projekt przynajmniej robiący wrażenie niezależnego. Podkreślam bardzo mocno to słowo – robiący wrażenie. Bo, jak wiemy, czasy mamy takie, że oni się czają ze wszystkich stron i dyszą chęcią mordu.
Nie czytam „Warszawskiej Gazety”. Głównie dlatego, że w ogóle poza tekstami Coryllusa nie czytam nic. Proszę sobie wyobrazić, że nawet nie przeczytałem tych swoich dwóch książek. Jechałem teraz na wieś, a potem wracałem ze wsi do domu i, ponieważ jednemu z naszych przyjaciół, którego zwyczajnie na jego kupno nie stać, obiecałem że mu go podaruję, miałem ze sobą jeden egzemplarz „Elementarza”, no a więc przy okazji trochę sobie poczytałem. Refleksja jest taka, że to jest naprawdę bardzo dobra książka. Wśród setek najróżniejszych haseł, jakie tam zamieściłem jest na przykład coś co określiłem terminem „młodzi, wykształceni, z dużych miast”, a co stanowi polską odpowiedź na zachodnich „yuppies”, a więc też coś, co nie tak dawno temu Robert Mazurek postanowił opisać jako tak zwanego „leminga”. I mam podejrzenie graniczące z pewnością, że ten jeden drobny akapit jest nieskończenie bardziej celny, głęboki, dowcipny, lepiej napisany, a przede wszystkim prawdziwy, niż wszystko co stworzyła wyobraźnia i publicystyczny talent zarówno Mazurka jak i wszystkich jego kumpli dziennikarzy. No więc co mam w tej sytuacji robić? Co mam czytać? Paradowską? Stommę? Michalskiego?
Jest jednak jeszcze jedna przyczyna dla której „Warszawskiej Gazety” nie czytam. Mnie się bardzo nie podoba tak zwana ideologiczna, czy może tylko poetycka, linia pisma, a więc coś co się zaczęło od przeróżnych drobnych narodowo-patriotyczno-katolickich gazet i gazetek, trafiło do mainstreamu dzięki Tomaszowi Sakiewiczowi, co jak się zdaje granic nie ma, a co się przejawia w publikowaniu obrazków przedstawiających Donalda Tuska jak siedzi albo na kiblu, albo na elektrycznym krześle i się idiotycznie uśmiecha. Oczywiście szanuję emocje tych wszystkich, którzy znienawidzili tego bałwana do tego stopnia, że w swojej bezradności już tylko szukają okazji, by go opluć i pośmiać się z tego jak on głupio z tą spływająca po ryju śliną wygląda, natomiast sam znam o wiele moim zdaniem lepsze sposoby zdobywania satysfakcji. No więc, jak mówię – nie lubię i kropka.
Wspomniałem krzesło elektryczne. Krótko powiem, skąd się ono wzięło. Otóż niedawno napisałem dla „Warszawskiej Gazety” stosunkowo lekki tekst oparty na takim oto pomyśle. Donald Tusk robi ostatnio wrażenie człowieka, który nie dość że przegrał wszystko, to w dodatku jeszcze z tego wszystkiego nie zostały mu nawet dobre wspomnienia. A wszystko wzięło się stąd, że on tak naprawdę nie chciał być premierem. On najpierw chciał być prezydentem, potem jakimś wysokim urzędnikiem unijnym, natomiast premierostwo go tylko zawsze stresowało i niszczyło psychicznie. Dziś on świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że jego kariera się kończy, a przyszłość tonie w najgęstszej z możliwych mgieł. I że mi jest zwyczajnie po ludzku żal dokonującego politycznego żywota w tym strasznym napięciu Tuska. Ów dość ironiczny tekst skończyłem taką oto refleksją, że na szczęście nasz premier ma wciąż tę tefauenowską mapę pogody z wyróżnionym Sopotem, i że choć normalnie moglibyśmy się denerwować, że oni postanowili ten Sopot w tak nachalny sposób eksponować, to proponuje by im to darować. Niech już on ma przynajmniej od nas ten Sopot. Wszystko stracił, ledwo się rusza, niech się cieszy, że przynajmniej na mapie pogody w TVN24 jest to jego ukochane miasto.
Napisałem ten tekst, zatytułowałem go „Trąba nad Sopotem”, wysłałem Bachurskiemu, a Bachurski poprosił bym zmienił tytuł na medialnie bardziej nośny. Zmieniłem więc tę trąbę na „Końcówka, czyli Donald Tusk pod napięciem”, i tyle. No i doniesiono mi własnie, że redakcja „Warszawskiej Gazety” zdecydowała się opublikować ów tekst opatrując go dwukrotnie, bo i na pierwszej stronie też, obrazkiem z Tuskiem palącym się na krześle elektrycznym. Co ciekawsze, sam tekst wygląda tak, że najpierw jest wspomniany wyżej tytuł, a więc Tusk pod napięciem, następnie mamy ten obrazek płonącego na krześle elektrycznym premiera, a pod zdjęciem kończący mój tekst apel, by darować Tuskowi ten Sopot na mapie pogody: „Niech ma. To od nas, premierze”. Że niby ja Tuskowi życzę, by spłonął na elektrycznym krześle.
Dziś jestem w takiej sytuacji, że część z moich znajomych twierdzi, że moja dalsza współpraca z „Warszawską Gazetą” mnie kompromituje, a ja bardzo mocno czuję, ze powinienem w tej sprawie zabrać głos. Oto on. Otóż ja przede wszystkim uważam, że dziś sytuacja w Polsce jest taka, że jedyne co człowieka nie kompromituje to ciężka i uczciwa praca na rzecz utrzymania rodziny i szczera modlitwa. Koniec. Tylko to. Cała reszta to albo automatyczna i natychmiastowa kompromitacja, albo kompromitacja – łaskawie, dzięki jakiemuś szczególnemu zbiegowi okoliczności – przesunięta w czasie i przestrzeni. Dzisiejszy świat tak został nam skonstruowany, że niemal nikt, nic i niczego nie gwarantuje, poza ostateczną kompromitacją. Dni kiedy wszystko było bardzo starannie rozdzielone i każdy z nas świetnie wiedział, że tu mamy Kościół tu komunę, tu Porozumienie Centrum a tam Kongres Liberalno-Demokratyczny, tu „Ozon”, a tam „Gazetę Wyborczą” minęły bezpowrotnie. To z czym mamy do czynienia dziś to wyłącznie tłumy obcych sobie osób, z których każdy już tylko kombinuje, jak nie utonąć. Mówią mi ludzie życzliwi, ze ten typ manipulacji, z jakim mamy do czynienia w przypadku tekstu o Tusku pod napięciem Wola o pomstę do nieba. A ja uważam że wcale nie. To jest przecież zwykły handel. Co oni mieli zrobić? Dać zdjęcie mapy pogody z TVN-u? Żeby do czego zachęcić? Żeby co sprzedać? A kłamstwo? Jakie kłamstwo? O jakim kłamstwie mowa? Dopiero co, korzystając z bardzo dużej ilości wolnego czasu, bawiłem się Internetem w swojej komórce i zajrzałem na portal Wirtualna Polska. I oto zobaczyłem zdjęcie piłkarza Roberta Lewandowskiego i wielki tytuł: „Lewandowski odchodzi z Borussii? Decyzja już podjęta”. Poniżej tekst informujący o tym, że były plotki o odejściu piłkarza Lewandowskiego z Niemiec do jakiegoś hiszpańskiego, czy angielskiego klubu, ale ostatecznie okazało się, że Lewandowski zostaje. Decyzja została podjęta. Dokładnie tak jak to głosi tytuł. I w tym momencie uświadomiłem sobie, że to ja byłem naiwny sądząc, że Wirtualna Polska informuje mnie o odejściu Lewandowskiego z Borussii. Przecież oni dali znak zapytania i napisali, że ów znak zapytania jest już nieaktualny, bo wszystko jest jasne. Oczywiście, ktoś powie, że to jest właśnie manipulacja, tyle że co z tego? A cóż się stało takiego zległo poza tym, że ktoś, kto normalnie by tego tekstu nie przeczytał, jednak poświecił chwilę czasu i się dowiedział, że nic się nie stało?
Podobna sytuacja jest z moim tekstem w „Warszawskiej Gazecie”. Mamy tego skwierczącego z głupim uśmiechem na krześle elektrycznym Tuska, pod spodem napis, że ta śmierć to nasze dla niego życzenie, a jeszcze niżej tekst, z którego wyraźnie wynika, że my tak sobie tylko żartujemy. że my wcale nie mamy morderczych instynktów. Że nam się tylko napięcie psychiczne skojarzyło z napięciem elektrycznym. No a poza tym, też z tą nienawiścią nie udawajmy, że coś jest nie tak. Przecież wiadomo, że go wszyscy już od dawna nie tolerujemy, gardzimy nim i życzymy mu wszystkiego najgorszego. Tusk to wróg i tyle wszystkiego.
Ktoś powie – i takie głosy się oczywiście pojawiają – że Bachurski i jego projekt to podejrzana sprawa. I ja oczywiście, jako osoba nieskończenie podejrzliwa i nieustannie węsząca podstęp, biorę pod uwagę, że jestem zwyczajnie wykorzystywany. Tyle tylko że choćbym nie wiadomo jak się naprężał, nie uznam, że jakiekolwiek powszechnie dostępne miejsce, poza moim blogiem, gwarantuje mi pełny spokój sumienia. I wcale nie mam tu na myśli Agory z „Gazetą Wyborczej” i tym cholernym „Metrem”, grupy Axel Springer z ich „Newsweekiem” i „Faktem”, Polsatu, czy TVN-u, ale również takie miejsca jak „Gazeta Polska” i „Uważam Rze” jak najbardziej.
A więc, jak mówię, nie mam absolutnie żadnego innego wyjścia jak robić dalej to co robię dotychczas, z jednej strony po to by utrzymywać rodzinę, a z drugiej dawać świadectwo prawdzie. I liczyć na to, że mój gest dotrze do najbardziej odległych zakątków tej przestrzeni, w której przyszło nam się w pewnym momencie naszego życia znaleźć. Bo jeśli tego nie będzie, to można z czystym sumieniem machnąć na to wszystko ręką i liczyć najeż tylko na Boże zmiłowanie.
Na sam koniec mam jeszcze trzy sprawy. Pierwsza to taka, że jeśli ktoś ma ochotę poczytać wspomniany wyżej tekst, jeszcze pod oryginalnym tytułem „Trąba nad Sopotem”, to może zajrzeć na mój blog w Salonie24. On tam akurat sobie jest. Druga, to zwyczajowy apel o finansowe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta i kupowanie książek. Szczególnie dziś może „Elementarza” z tekstem o prawdziwych lemingach, a nie o tych, które narodziły się w durnej pale Roberta Mazurka. Dla zachęty, proszę posłuchać:
Młodzi, wykształceni, z dużych miast – Nasza polska odpowiedź na zachodnich yuppies. Powszechna opinia jest taka, że młodzi, wykształceni, z dużych miast stanowią naturalną silę napędową polskiego sukcesu cywilizacyjnego, a jednocześnie naturalną społeczną siłę reżimu. Osobiście uważam że to nieprawda. Że to mit. W Polsce reżim wspierany jest przez spauperyzowaną inteligencję zarówno z dużych miast i mniejszych miasteczek, najczęściej osoby starsze, lub w wieku średnim. Gdyby spróbować opisać typowego wyborcę Platformy Obywatelskiej to jest to ta emerytowana nauczycielka z Łodzi. dzwoniąca do Szkła Kontaktowego i sugerująca, by zrobić wreszcie coś z tym Kaczyńskim. Lub ów idiota z filmu „Dzień Świra” grany przez Marka Kondrata. Nie mam wątpliwości, że on głosowałby na Platformę. Osobiście nie lubię. Oglądałem tylko fragmenty".
Dziękuję.

16 komentarzy:

  1. Gazet kupuję niewiele ze względów finansowych oraz braku czasu na czytanie. W każdym razie częściej jest to "Gazeta Polska" niż "Gazeta Warszawska". Kilka numerów "Warszawskiej" już mam, a kupiłem je pod wpływem impulsu - patrzę na pierwszą stronę, zaglądam do środka i podejmuję decyzję. Numer ze smażonym Tuskiem kupiłem już po spojrzeniu na okładkę. Być może obrazek przyciągnął wzrok, ale decydujące było nazwisko Krzysztof Osiejuk i początek tekstu - zapragnąłem przeczytać resztę. Oczywiście, w tym samym momencie, w którym na pierwszej stronie dostrzegłem nazwisko autora, miałem pewność, że obrazek jest "żartem" redakcji, który nie ma nic wspólnego z treścią. I nawet uśmiechnąłem się do siebie, zastanawiając się, czy będzie z tego jakaś draka.

    Podsumowując, cieszę się, Toyahu, że nie robisz wielkiego problemu z tego - jakby nie było - nadużycia redakcji. Polska tonie, a i reszta świata jakaś niepewna. Znawcy mówią, że pauza geostrategiczna właśnie się skończyła, a to brzmi groźnie. Robienie rabanu o ten nieznaczący w sumie obrazek byłoby zupełnie bezsensowne. W sumie, nawet nie spodziewałem się, że poświęcisz temu cały wpis, sprawa raczej na komentarz (miałem już o tym napisać, ale jakoś mi to umknęło). Ale może potrzebowałeś to komuś wyjaśnić. Dla mnie czepianie się o tę ilustrację i w ogóle czepianie się o takie duperele jest małostkowe.

    OdpowiedzUsuń
  2. PS. Czyżby znowu były jakieś problemy z domeną toyah.pl? Ja wchodzę awaryjnie przez toyah1.blogspot.com, a toyah.pl coś u mnie nie działa.

    OdpowiedzUsuń
  3. @fi.g
    Mnie raczej chodziło o to by się moralnie zabezpieczyć na ewentualność jakichś niespodzianek.
    A toyah.pl na ogół chyba działa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydawanie tygodnika, a więc stosunkowo często ukazującego się pisma przypomina trochę fabryczną produkcję. Z tym, że w fabryce wychodzi jakiś produkt po miesiącach badań, projektów, prób itd. W przypadku tygodnika mamy za każdym razem do czynienia z prototypem, którego tworzenie trwa tydzień.
    W takim cyklu muszą sie zdarzać usterki, mniejsze lub większe kiksy, których oczywiście trzeba unikać, ale są one wpisane w ryzyko tworzenia co tydzień nowego produktu - tygodnika.
    Nie znam "Gazety Warszawskiej", nigdy nie miałem jej w ręku. Z tego co czytałem budzi ona wściekłość takich ludzi jak Kutz i Bratkowski. Wściekłość nieporównywalną do tego, jaki wyzwala w nich "Uważam Rze" czy "Gazeta Polska". I to mi wystarcza za rekomendację tego pisma.
    Być może poetyka pisma - jak piszesz - jest zbyt nachalna, zbyt prymitywna. Z tego co piszesz - rysunek Tuska na krześle elektrycznym był prymitywną ilustracją do Twojego tekstu. Rysunek jest jednym z tych elementów w kolejnym prototypie, który akurat się nie udał. Może rysownik miał gorszy dzień i nie miał lepszego pomysłu. Poprosili go o zilustrowanie Twojego tekstu i zdecydował sie na tę irytującą dosłowność odnoszącą się tylko tytułu Twojego tekstu.
    Piszę o tym nie po to by Ciebie przekonywać, raczej o to, by namówić do pewnej, ale nie bezgranicznej oczywiście pobłażliwości w reakcjach wszystkich oburzonych.

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałem tekst na Salonie24. No, rysownik rzeczywiscie musiał mieć bardzo zły dzień. Ten świetny tekst można było zilustrować równie złośliwym i gustownym rysunkiem.

    OdpowiedzUsuń
  6. 2Jan
    Jest jeszcze jedna możliwość. Że ja wiem coś czego nie wiesz Ty.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Jan
    No proszę! Komentowałeś coś, czego nie znałeś.Zdarza się. Mnie również. Ryzyko zawodowe.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Toyah
    Pewnie było tak: najpierw powstał rysunek, który redakcja uznała za hit numeru, potem szukano, do czego ten rysunek mógłby pasować i jakoś się nie udawało, a wreszcie wpłynął Twój tekst, a w nim siedziało sobie cichutko słówko "napięcie". Hura! - krzyknął naczelny - napięcie! elektryczność! krzesło! Wszystko gra, aż skwierczy! Ach, jak się rysownik ucieszy! A ten Osiejuk, jaki będzie szczęśliwy!...
    No a Ty - marudzisz.

    OdpowiedzUsuń
  9. @Marylka
    A to już jest ciekawe swoją drogą. Jak te obrazki powstają. Czy ten artysta je tworzy ad hoc, czy oni mają gotową bazę. Podobny problem miałem też swego czasu z Gazetą Polską.

    OdpowiedzUsuń
  10. @Toyah, @Marylka
    Myślę, że "Rysownik" w ciągu kilku miesięcy pracy zgromadził już stosowną bazę buziek polityków w różnych ujęciach. Jest kreatywny na swój sposób. Artykuł musiał przeczytać, bo na pierwszej stronie jest sam rysunek, ale na stronie z artykułem jest ten dość zaskakująco wybrany fragment tekstu jako podpis: "Niech ma. To od nas. Dla Pana, Premierze!" Tak więc, gdy rysownik ma już pomysł na rysunek (lub dostaje zarys pomysłu jako zlecenie), w następnym kroku wrzuca w Google Grafika odpowiednie hasło np. "krzesło elektryczne". Wybór rysunku to też kreatywna część pracy. W tym przypadku padło na plakat do starego horroru "Shocker" (sprawdziłem!). Reszta pracy to kilka standardowych operacji w Photoshopie lub analogicznym programie: wstawienie buźki w odpowiednie miejsce, retusz, poprawki zgodne z wymogami druku i gotowe.

    Moim zdaniem mniej więcej tak to wygląda. W sumie to nawet przyjemna praca. A teraz chyba jeszcze raz sobie przeczytam artykuł, bo jest on znacznie ciekawszy od obrazka.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeśli pozwolicie, to jeszcze jedna refleksja dla tych, którzy czują się w obowiązku oburzyć na omawiany tu fotomontaż. Jeśli uznamy, że "Gazeta Warszawska" jest żenująca, bo ma takie a nie inne obrazki, to co powiedzieć o takim "Uważam Rze", które ma chyba wielokrotnie większe ambicje, a zamieszcza o wiele bardziej żenujący niż te obrazki kącik "Mazurka & Zalewskiego". Zarówno ci autorzy jak i redakcja nie potrafią się opamiętać. A może i celowo ośmieszają prawicę czy też "dziennikarstwo niepokorne", które tak uparcie sobie przypisują.

    Na jakim świecie żyje Mazurek i Zalewski? Zatrzymali się gdzieś między 2006 a 2008. Kaczyński to u nich ciągle "Kaczor", a członkowie PO to "platfusy". A najgorsze są ich żarty na poziomie dosłownie przedszkola, np.: "Artur Górski wzywa do rozpoczęcia wojny domowej. Chcielibyśmy zobaczyć Górskiego w akcji. Nie dość, że chuchro to jeszcze pierdoła. Postrzeliłby niechcący Kaczora w 15 sekundzie przewrotu." I tak bez końca.

    OdpowiedzUsuń
  12. @fi.g
    Tak. I jeszcze ten greps ze zdrabnianiem imion. Marcinkiewicz to Kazio, Kalisz to Rysio, a Kamiński to Misio. Żeby było tak żartobliwie.
    A koncepcja celowego kompromitowania prawicy jest jaj najbardziej sensowna.

    OdpowiedzUsuń
  13. @Filozof grecki
    Nie przyszło by mi do głowy, że to takie proste. Może czas zacząć tak zarabiać?

    OdpowiedzUsuń
  14. @Marylka
    Grafika komputerowa jest podobna do wielu innych dziedzin: teoretycznie specjalista musi mieć talent, umiejętności i duże doświadczenie. W praktyce najlepiej wychodzą ci, którzy cokolwiek liznęli z danej dziedziny i mają tupet. Jak trudno - przykładowo - znaleźć dobrego specjalistę od remontów - większość to partacze! Niemniej jakiś ekskluzywny magazyn raczej nie pozwoli sobie na obrazki ściągnięte przy pomocy Google. Co nie znaczy, że chcę tu oceniać praktyki "Gazety Warszawskiej". Szczerze mówiąc, bliżej mi do nich, niż do rozmaitych "błyszczących" magazynów.

    OdpowiedzUsuń
  15. @Toyah
    Przez wiele lat na polskim rynku funkcjonował tygodnik idei "Europa". Na początku ukazywał się jako dodatek do "Faktu" (sic!), potem do "Dziennika". Główna linia nie odbiegała od mainstreamu, ale prawie w każdym numerze było coś ciekawego i inspirującego. Właśnie "Europa" przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się, czy nie mamy do czynienia z celową autokompromitacją tzw. prawicy. Autorzy "Europy" zamieszczali do tego jakieś grafiki, jakąś poezję. Nie znam się na sztuce, ale końcowy efekt przynajmniej sprawiał wrażenie, że czytelnik jest traktowany poważnie. Czegoś takiego dziś brakuje, a "niepokorni" jakoś idą w przeciwnym kierunku. Miałem cichą nadzieję, że "Gazeta Polska Codziennie" postara się wzorem dawnego "Faktu" o ambitny dodatek tego rodzaju. Autorów w Polsce i za granicą nie brakuje. Tym bardziej nie brakowałoby czytelników. Dlatego powstaje to wrażenie, że ktoś znacznie wyżej tak kieruje rynkiem, by w żadnym wypadku nie pokazać siły prawicowych idei. Zapewne wiedzą jaka pustka intelektualna wyziera dziś z różnych liberalno-lewicowo-kolorowych środowisk. W intelektualnym starciu na jednakowych warunkach są oni bez żadnych szans.

    OdpowiedzUsuń
  16. @fi.g
    Właśnie tak. Dokładnie tak jak piszesz.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.