poniedziałek, 11 kwietnia 2016

O Marcie Kaczyńskiej i o nas, ludziach z Internetu

Skończyły się targi książki katolickiej w Warszawie i przyznać muszę, że choć dla mnie akurat były one źródłem pewnej satysfakcji, rację ma Coryllus, kiedy pisze, że pod względem sprzedaży – i nie dotyczy to wcale tylko Kliniki Języka – tak źle jeszcze nie było. Mam tu kilka moim zdaniem interesujących refleksji, którymi będę chciał się podzielić, jednak to dopiero jutro. Wróciliśmy z Warszawy bardzo późno, dziś od rana mam codzienne obowiązki i zwyczajnie nie mam jak pisać. Chciałbym może tylko zostawić nas z tym, co zrobiło na mnie na zakończenie dnia wrażenie największe, a było związane z obchodami rocznicy Smoleńska. Chodzi mi o tak zwane drugie wystąpienie Marty Kaczyńskiej. Ci, którzy mieli okazję obserwować przebieg wydarzeń, czy to w telewizji, czy na miejscu, pewnie to zauważyli. Oto najpierw wyszedł prezes Jarosław Kaczyński i wygłosił swoje główne przemówienie, w większości poświęcone podziękowaniom za minione 6 lat. Wymieniał wszystkich, poczynając od księży, a kończąc na Anicie Gargas. I wówczas pojawiła się ponownie Marta Kaczyńska i najpierw wyjaśniła, że ponieważ jej stryj ma już swoje lata i swoje przyzwyczajenia, jego perspektywa jest mocno skrzywiona, a potem podziękowała tym wszystkim anonimowym i często bardzo dzielnym internautom, bez których ani księża, ani Sakiewicz z Gargas, ani obrońcy krzyża, zwyczajnie nie dali by rady. I to są nie moje, ale jej słowa. I to jest coś, co stanowi dla mnie i zaskoczenie i zagadkę. Ja bowiem nie jestem w stanie pojąć, dlaczego ktoś taki jak Marta Kaczyńska, w takiej akurat sytuacji, kiedy ona akurat ani nie musiała tego mówić, ani, przyznajmy to, nie za bardzo jej wypadało, wyszła do tłumu i tak naprawdę przeprosiła za gapstwa swojego stryja. Mamy te uroczystości, mamy tych bohaterów, ten bardzo staranie ułożony program, a tu nagle wychodzi i w gruncie rzeczy przeprasza internautów za to, że jej stryj o nich zapomniał. Jaka to jest wartość, że ona uznała za konieczne złamać ten program? Bardzo to jest dla mnie dziwne i naprawdę godne najwyższego szacunku. Gdyby ktoś nie widział, bardzo proszę sobie to obejrzeć. A więcej i o tym i o tamtym jutro.




Zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić nasze książki.





sobota, 9 kwietnia 2016

Zyta, czyli o polskim patriotyzmie

Z prof. Zytą Gilowską miałem okazję spotkać się osobiście raz, we wrześniu 2011 roku w Katowicach podczas organizowanej przez Prawo i Sprawiedliwość konferencji na temat suwerenności gospodarczej. Gilowska miała tam wygłosić wykład, a ja otrzymałem wiadomość, że ona chciałaby skorzystać z okazji i mnie poznać. Poszedłem oczywiście, przywitaliśmy się, krótko porozmawialiśmy, ona mi powiedziała, że czyta mojego bloga, ja jej podarowałem książkę o „Liściu”, uściskaliśmy się, pożegnali i tyle wszystkiego. Później jeszcze przez kilka lat mieliśmy kontakt mailowy, ale ponieważ po jakimś czasie jej zdrowie tak się pogorszyło, że i nawet na to nie miała siły, została mi tylko świadomość, że ona mnie czyta i o mnie pamięta. Wiem, że jeszcze zdążyła kupić „Palimy licho” i koniec. Już jej nie ma.
Pozostały wspomniane maile i liczne wywiady, jakich udzieliła w dniach, gdy to co ma do powiedzenia, jeszcze kogokolwiek interesowało. A ja chciałbym przypomnieć fragment jej wykładu na wspomnianej na początku konferencji, z taką refleksją, że to jest naprawdę straszne, że wszystko się tak fatalnie staje nieważne.
To co Zyta Gilowska tam mówiła, trzeba było przeżyć osobiście, ale skoro jest jak jest, nich nam wystarczą te słowa, tak jak je zarejestrowałem, a dziś tylko we fragmencie przytoczę. Mówiła o suwerenności w wymiarze najbardziej podstawowym i najbardziej powszechnym, a więc suwerenności naszej, jako ludzi i obywateli. O tym, jak to kiedyś, jeszcze w wieku XVI pojawiło się to pojęcie i „ujmowało państwo, jako takie, które nie uznaje nikogo wyższego od siebie, oprócz Boga”. I prosiła dalej, by mieć ten fakt bardzo na uwadze, pamiętając, że – i tu pierwszy dłuższy cytat – „ten metapolityczny, duchowy wymiar suwerenności był przez wieki bardzo ważny dla Polaków. Był silnie obecny w naszej historii, w naszych działaniach, jeszcze w Drugiej Rzeczpospolitej. Były powszechne hasła haftowane na sztandarach: ‘Bóg i Ojczyzna’. Osobiście uważam, że ten metapolityczny, duchowy wymiar suwerenności jest najważniejszy i że dzisiaj, w tym duchowym wymiarze suwerenności Polska ma największe rezerwy. Tu możemy z bogactwa wielkiego korzystać, i powinniśmy sprawdzać, dlaczego tego nie robimy”.
Jednak to co najistotniejsze pojawiło się w drugiej części wykładu Gilowskiej i proszę mi pozwolić zacytować tu już całość. Aż do końca. A było tak:
„Nie wolno nam teraz, tak jak za króla Sasa, twierdzić, że jest tylko ‘tu i teraz’. Nie wolno nam tego robić. Dzisiaj nie mamy alibi dla takich bezmyślności i dla takiej nieświadomości. Ale przecież i dzisiaj widzimy państwa, ledwo zipiące, nie potrafiące sobie poradzić, mimo suwerenności, państwa, które swoją suwerenność pozamieniały na sterty długów, i do tego udają – co już jest naprawdę żałosne – że przy pomocy papierków kolorowych, nazywanych pieniędzmi, kupują coś, czego nikt na świecie nie ma, tylko Bóg, czyli, że kupują czas.
Czasu się kupić nie da. Ale my też zaczęliśmy udawać, że kupujemy czas. Nasze państwo też jest bardzo poważnie zadłużone. Tu wchodzą w grę takie liczby, że obywatele myślą sobie: ojej, rozboli mnie głowa, bo ja, przeciętny obywatel mogę sobie tak rozumować, obracam się w kręgu tysiąc, no niech będzie dziesięć tysięcy, dwadzieścia tysięcy – hu, hu, hu! – jakieś takie podają gigantyczne kwoty – od tego głowa boli. Ja jednak proponuję, by przeciętny obywatel wziął jednak kartkę papieru – to nie jest takie trudne, kartkę każdy ma, szkołę podstawową kończyli – napisał sobie liczbę 87, do tego dołożył dziesięć zer, a obok napisał liczbę 38, i do tego dołożył sześć zer. Jak pamięta obywatel z podstawówki, to te zera się tam redukują, i jak sobie to podzieli, to mu wyjdzie, ile jest winien. Bo on nawet tego nie wie. Gdyby on tak sobie to podzielił i dodał do tego kredyt, który wziął na mieszkanie, albo na telewizor, albo na wczasy w Tunezji, popatrzył na niemowlę kwilące w wózeczku – ono nie zapłaci – a on jest per capita, na każdego obywatela, pomyślał, że musi jeszcze pomyśleć o małżonce, o ojcu staruszku – doszedłby do rozumu. Oj, doszedłby do rozumu!
Wystarczy wykonać takie bardzo proste działanie arytmetyczne. Nie trzeba brać oręża, nie trzeba nigdzie biegać – siąść, wziąć kartkę i sobie po prostu podzielić. Myślę, że to byłby jakiś sposób, bo, jak przypuszczam, obywatel się nie orientuje, jak się sprawy mają. Polski suweren się chyba nie orientuje, jak się sprawy mają. Bo niby jak się ma orientować? Z telewizji? Mowy nie ma! Podobno wszędzie jest, panie dzieju, kryzys, ale u nas nie, bo u nas jest, panie dzieju, zielona wyspa. Co nas to obchodzi? Nasza chata z kraja. Niewykluczone, że tak sobie ludziska kombinują. Bardzo źle sobie kombinują. Bardzo źle sobie kombinują, ale kiedyś się wreszcie zorientują. Tylko kiedy? To jest zagadnienie, które sobie dziś stawia dużo mądrych głów w Europie: Ile czasu potrzebuje suweren – współczesny suweren – żeby się zorientować.
Jeden taki suweren, naród węgierski, potrzebował cztery lata, od chwili, kiedy mu rządzący – wprost, niechcąco wprawdzie, ale bardzo wyraźnie – powiedzieli, że, jak najbardziej, kradną, kłamią i oszukują, trudno, nie wyszło im, i od tej chwili, Węgrzy się wprawdzie trochę zdenerwowali, ale naprawdę bardzo, to się zdenerwowali dopiero cztery lata później. No i jest pytanie, czy my będziemy tak długo czekać? Mam nadzieję, że nie, bo tych czterech lat, to chyba jednak Polska nie ma. Jeśli natomiast suweren się zorientuje, a to dla suwerena polskiego jest charakterystyczne – wystarczy bardzo pobieżna i kiepska znajomość historii – jeśli suweren się wreszcie zorientuje, i oby to nastąpiło, to jakoś tak nagle, automatycznie, przekręca się kluczyk z metapolitycznym wektorem suwerenności. Nagle suweren sobie przypomina, że przecież siłą jego przodków – pra, pra, pra, pra, pra – były zawsze takie atrybuty suwerenności, które zawsze bardzo mocno wzmacniały tę suwerenność. To była wiara w Boga, wiara w prawo do własnej ojczyzny, to była wiara w prawo do egzekwowania własnych praw na ziemi ojczystej. Suweren polski, jak już przychodził do rozumu, wierzył w Boga, w Ojczyznę i własne prawa na ojczystej ziemi. Pytanie, kiedy to się stanie teraz? Taki był najważniejszy atrybut suwerenności naszych przodków – Bóg, Ojczyzna i moje w tym miejsce. Moje – obywatela na ziemi. Bo do tego mamy prawo.
Tak Polacy rozumowali. Czy tak chcą rozumować dzisiaj? Obawiam się, że wielu – nie. Nie chcą. Nie da rady, mówią, czasy się zmieniły. Wprawdzie, rzeczywiście, tak kiedyś było, nasi przodkowie walczyli, przelewali krew, wyciskali z siebie, siódme, ósme i dwunaste poty, ale to się zmieniło, i dziś tak być nie musi. Dzisiaj nie musimy się do tego przyznawać. Kochani, nie da rady. Rzeczywistość Was dopadnie. Rzeczywistość Was dopadnie. Przyjdzie, prędzej czy później, i chodzi o to, żeby jak najszybciej przyszła taka chwila, że dużo ludzi w Polsce zrozumie, że te atrybuty suwerenności, które były źródłem siły polskiego narodu – to jest nasze główne dziedzictwo. Nie da się wyprzeć swojego dziedzictwa. Nie da rady! Dziękuję”.

Za chwilę wyjeżdżam do Warszawy na targi, gdzie przez dwa dni w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem będę czekał na wszystkich, którzy będą mieli ochotę kupić moje książki, lub choćby porozmawiać. Zachęcam serdecznie. Dziś od 10 rano do 18.30, jutro od 10 do 17. Stoisko nr 101.

piątek, 8 kwietnia 2016

Gdy kompromisem jest śmierć

Dziś ukazuje się kolejny nowy numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój najnowszy felieton. Dla czytelników bloga i tam i tu. Zapraszam.


Swego czasu rozmawiałem z doświadczonym lekarzem-ginekologiem, który poinformował mnie, że problem prawnej ochrony życia poczętego, przynajmniej w jego początkowej fazie, jest dziś problemem fikcyjnym z tego względu, że sprawę załatwiają skutecznie tabletki przeciwko chorobie wrzodowej, które odpowiednio zdesperowanej kobiecie, ze skutkiem niemal natychmiastowym, przepisze każdy lekarz. Zdaniem znajomego lekarza, dziś walka o powszechne prawo do aborcji ma wymiar ograniczający się wyłącznie, z jednej strony, do dokuczania Kościołowi, a z drugiej, do umożliwienia legalnego mordowania dzieci w późnych tygodniach ciąży, a więc wtedy, gdy tak zwane „czyste” poronienie nie wchodzi w grę i niezbędna jest pomoc fachowca.
Informacja ta zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że nagle uświadomiłem sobie, że taką samą fikcją, jak wspomniana walka o czy to legalizację, czy delegalizację aborcji, jest to, co przywykliśmy określać mianem „kompromisu aborcyjnego”. Myślę tu o ustawie z roku 1993, dopuszczającej aborcję, gdy zagrożone jest życie i zdrowie matki, gdy badania wskazują na prawdopodobieństwo ciężkiego uszkodzenia płodu i wreszcie, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu. Bo proszę zwrócić uwagę: wszystkie trzy sytuacje razem, przy odpowiedniej desperacji ze strony, czy to matki, czy to jej rodziny, umożliwiają przeprowadzenie późnej aborcji praktycznie na życzenie. By to zrozumieć, wystarczy przypomnieć sobie choćby tak zwaną „sprawę Agaty” sprzed paru lat, kiedy to rodzice dziewczynki, w atmosferze medialnej nagonki, oraz przy aktywnej pomocy ze strony wówczas minister zdrowia, Ewy Kopacz, wręcz zmusili ową Agatę do zamordowania swojego dziecka, czy zupełnie niedawne zabójstwo dziecka z zespołem Downa w warszawskim Szpitalu Świętej Rodziny. Chodzi o to, że jeśli mogło dojść do tego typu zdarzeń, to znaczy, że powinniśmy brać mocno pod uwagę możliwość częstszego ich występowania, a skoro tak, to również fakt częstszego ich występowania.
Tak oto, jak sądzę, dwa z trzech wymienionych wcześniej punktów wypełniają bardzo skutecznie dowód na fikcyjność owego rzekomego „kompromisu”. Nie ma bowiem kompromisu tam gdzie korzysta tylko jedna strona, a druga może się najwyżej unieść moralnym wzburzeniem. Zresztą, gdy chodzi o punkt trzeci, czyli „zagrożenie zdrowia lub życia matki”, również mamy sytuację całkowicie jasną z tego względu, że każdy lekarz nam potwierdzi, że nie trzeba specjalnej ustawy, by w przypadkach naprawdę kryzysowych, jeśli ona sobie nie zażyczy inaczej, to życie matki było stawiane na pierwszym miejscu.
Ale jest jeszcze coś, co już naprawdę mocno obciąża ów „kompromis”. Otóż ponieważ chodzi o ciąże późne, te dzieci z reguły nie są ani masakrowane przy pomocy specjalnych narzędzi chirurgicznych, ani mordowane przy pomocy zastrzyka, ale poddawane sztucznemu poronieniu, co często kończy się śmiercią urodzonego już dziecka z wyziębienia w jakiejś misce w kącie.
I dlatego powinniśmy wszyscy podpisać się pod niedawnym listem biskupów. A jeśli ktoś powie, że nie chcieliśmy kompromisu, to z czystym sumieniem możemy odpowiedzieć: to nie my. Nie my.

Przypominam, że od wczoraj w Warszawie pod Zamkiem odbywają się Targi Wydawców Katolickich. Nasze książki są do kupienia na stoisku nr 101. Jutro i pojutrze z moim nieskromnym udziałem. Zapraszam.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Warszawa - Pelpin

Myślę, że przyjdzie w końcu czas, kiedy listy, jakie pisała do mnie przez pewien czas ś.p. Zyta Gilowska zostaną opublikowane, na razie jednak przypominam swój bardzo już stary tekst, z marca 2011 roku, kiedy to kilka słów tej świętej osoby użyźniły tę nędzną glebę na zawsze. Zapraszam.

Parę dni temu, w jednym z wpisów na naszym blogu wyraziłem obawę, że te przecież nie całe nawet jeszcze cztery lata, jakie minęły od czasu, gdy Platforma Obywatelska objęła w Polsce władzę, skutecznie przesunęły nasz kraj poza granice z Rosją, Białorusią, czy Ukrainą, a więc w rejony jak najbardziej zarezerwowane dla kultur wschodnich. Powód tej diagnozy nie był bardzo poważny. Poszło zaledwie o parę kolorowych zdjęć, na których śmietanka polskiego świata rozrywki i estrady pokazała jak wygląda dobra w ich mniemaniu zabawa i jakiego szyku owa zabawa wymaga. Powiem szczerze, że kiedy znęcałem się nad wymienionymi z nazwisk celebrytami, miałem nawet swego rodzaju wyrzuty sumienia, trochę ze względu na nich samych, a trochę przez wzglądu na braci Ukraińców. Jednak podzieliłem się tymi refleksjami, bo istotnie widok tych żigolaków ze swoimi laluniami podziałał na mnie bardzo depresyjnie.
I nie wiem dziś, czy to co zrobiłem w tamtym tekście, stanowiło najbardziej oczywisty przykład krakania, czy może tylko w samą porę, zanim wszystko zacznie się walić na nasze biedne głowy, zareagowałem, niemniej fakt jest taki, że za pierwszym zdarzeniem, poszły już następne. Oto wczoraj jechałem sobie tramwajem, i w pewnym momencie, kiedy stanęliśmy na skrzyżowaniu, zobaczyłem następującą scenę. Z samochodu, w którym siedziało czterech czy pięciu młodych bandytów, wyskoczył jeden z nich, wskoczył na maskę samochodu, który stał za nimi, paroma kopnięciami wytłukł mu przednią szybę, zeskoczył na ziemię, wlazł z powrotem do auta i bandyci odjechali. W zniszczonym samochodzie został jakiś pan z panią, a ja się zastanawiałem, o co mogło pójść. Może ten pan zatrąbił na bandytów, a może zajechał im drogę, a może coś do nich krzyknął, może wreszcie pokazał im jakiś nieprzyzwoity gest. Fakt pozostaje faktem, że bandyta się czymś zdenerwował i mu wybił szybę. Prawdopodobnie całkowicie rutynowo, i zapewne całkowicie bezkarnie. To co w tej wiadomości dobre, to być może to, że go nie pobił, ani nie zabił. A mógł.
Nie codziennie widzi się tego typu akcje, a więc od wczoraj właściwie cały czas o tym co się stało na tamtym skrzyżowaniu myślę. I oto nagle dowiaduję się, że właśnie nasza policja ujęła kobietę i mężczyznę, którzy w lutym z Katedry w Gnieźnie skradli pamiątkowy pierścień Prymasa Polski Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Złodzieje zostali ujęci w miejscowości Pelplin, po tym jak skradziony pierścień bezpowrotnie zniszczyli, a następnie spróbowali go sprzedać. W artykule informującym o szczegółach sprawy czytam, że ci ludzie najpierw wydłubali z pierścienia wizerunek Matki Bożej i, jako mało wartościowy, go wyrzucili. Następnie wydłubali znajdujące się w pierścieniu brylanciki, a sam srebrno-złoty pierścień przetopili. W następnej kolejności, z tym kawałkiem złota i brylantami udali się do Antwerpii, gdzie całość sprzedali jakiemuś paserowi za 50 euro, a więc za jakieś dwie stówy. No i wtedy już zostali w tym Pelplinie ujęci.
Z całą pewnością, wielu z nas przypomina sobie powracające do nas od czasu do czasu informacje o tym, jak to w Rosji dokonano kolejnej kradzieży w Zoo. Ja osobiście przypominam sobie dwie tego typu historie. Raz jacyś pijaczkowie wdarli się do pomieszczenia, w którym mieszkało jakieś niezwykle już rzadkie na świecie zwierzę i je zjedli pod kolejną flaszkę. Druga, to, z mojego punktu widzenia, dość zabawn przypadek jakiegoś innego Rosjanina, który wlazł do zagrody dla sów, i kiedy chciał ukraść jednego z ptaków, ten go zaatakował i tak poturbował, że nieszczęśnik ów zmarł z ran i wyziębienia.
Dotychczas było tak, że ile razy tego typu wiadomość do nas docierała, śmialiśmy się i mówiliśmy, że patrz pan, jacy ci Rosjanie są dzicy. Jaka to hołota. Jaka to Rosja. Niekiedy, ci bardziej wrażliwi z nas, pewnie załamywali nad Rosjanami ręce, i płakali, że jacyż to oni też są biedni. My tu akurat jesteśmy w sytuacji bardziej jednoznacznej. Wszystkie opisane wyżej zdarzenia, jakie dziś mam okazję obserwować w swoim kraju, są pewnie równie dramatyczne i rozpaczliwe, niemniej chyba żaden z nich nie świadczy o jakieś szczególnej biedzie. Pokusiłbym się nawet o podejrzenie, że polska bieda, w odróżnieniu od biedy ruskiej, ma to do siebie, że nie jest ani jakoś szczególnie agresywna, ani tym bardziej pijana. Wręcz odwrotnie. Nasza polska bieda jest biedna i cicha. I świadoma jak cholera. Zapracowana i samotna o bladym świcie. Najpiękniej ją niedawno opisała Zyta Gilowska w swojej rozmowie z Nowym Ekranem, tłumacząc, dlaczego wielu z nas tak niechętnie wzruszyło się smoleńskim nieszczęściem:
„Dzisiaj jesteśmy zabiegani i zabiedzeni. Jeśli kilkanaście osób jeździ niedużą nyską, żeby kilkadziesiąt kilometrów dalej zarobić te parę złotych i nie ginie w wypadku, to nie ma co się dziwić, że jak już wraca do domu wieczorem, to niespecjalnie zastanawia się nad światem. Starają się wyspać i jadą nazajutrz, pewnie w takich samych kiepskich warunkach, z nadzieją, że dojadą na czas”.
A więc te wszystkie ekscesy mogą świadczyć już tylko o naszym zdziczeniu. To wszystko co dziś przeżywamy wydaje się zatem nieskończenie prostsze. Wprawdzie kobieta i mężczyzna, którzy ukradli i zdemolowali prymasowski pierścień, sprzedali go akurat za tyle, by móc przez tydzień spokojnie pić, jednak mam wrażenie, że to nie o flaszkę tu chodziło. No a poza tym jest rzeczywiście coś, co łączy tamte wydarzenia w zoo z tym bezsensownym zniszczeniem. Mianowicie owo zdziczenie. Zdziczenie tych alfonsów ze swoimi ciziami na zdjęciach w Vivie, zdziczenie tego bandyty skaczącego po czyimś samochodzie, zdziczenie tych ludzi, którzy z taką desperacją najpierw kradną, a później tak bezprzytomnie niszczą ów pierścień, ale również jeszcze tamto zdziczenie sprzed kilku już dni owego człowieka na poczcie, który powiedział pewnej kobiecie, że ona śmierdzi i powinna się tego wstydzić.
Oto nasza Polska. Polska, która ni stąd ni z owąd, zupełnie niepostrzeżenie, po tych trzech latach, wychynęła do nas zza rogu. A ja sobie myślę, że to była naprawdę szybka akcja. Niemal tak szybka, jak ten wczorajszy atak na samochód. To była naprawdę chwila. I znów przypomina mi się Rosja. A z nią cudowne dzieło Jerofiejewa Moskwa – Pietuszki, które kiedyś nas tak przerażało, ale i zachwycało, czy nawet bawiło. To naprawdę była szybka akcja. Trzy lata, no niech będzie cztery.
I ktoś się może teraz zacząć zastanawiać, jak do tego w ogóle doszło. No i dlaczego. I wiem, że pojawią się z pewnością opinie, że za tym stoją źli ludzie. Źli ludzie i ich złe wobec Polski zamiary. Wszystko to jest oczywiście możliwe, natomiast ja bym się bardziej przychylał do tego, co powiedziała już wcześniej wspomniana Zyta Gilowska. Na sam koniec znów pozwolę sobie jej oddać głos, bo to głos, który nie powinien zostać zlekceważony:
„Bardzo mi zależy na tym, abyśmy nie dopatrywali się specjalnych intryg, przebiegłości i perfidii. Wprawdzie byłoby miło identyfikować intrygi, przebiegłość i perfidię, ale jak znam realia polskiej gospodarki i polityki, to jest to przede wszystkim niekompetencja i arogancja. Za większością złych decyzji nie kryje się intryga, lecz pospolita głupota. Nie wolno ignorować głupoty!. Bezwzględnie trzeba się liczyć z tym, że nasz oponent niekoniecznie jest wredny, czy złośliwy, tylko może być po prostu głupi. Trzeba zwalczać głupotę, bo jest jak chwasty – powszechna i szkodliwa. To jest - dla chrześcijanina zwłaszcza – bardzo ważny imperatyw. Wiemy od św. Tomasza z Akwinu, że rozum został nam dany nie po to, żebyśmy się nim pysznili, ale żebyśmy go używali. Głupota jest jedną z twarzy pychy”.
Chętnie bym tu dziś po latach dał link do tamtej rozmowy z Zytą Gilowską, jakiej ona udzieliła kiedyś, przez chwilę aktywnemu, projektowi pod nazwą „Nowy Ekran”, tak się jednak złożyło, że, podobnie jak wiele innych, i ten przepadł w odmętach historii III RP, więc niestety, nic z tego. Całe szczęście, że intensywność tej myśli sprawia, że wystarczy choćby jedno jej słowo, a świat staje się lepszy.
Swoją drogą, ciekawe, że, jak się okazuje, nawet ona nie wiedziała do końca, co to jest. Zło, czy głupota?

Dziś w Arkadach Kubickiego rozpoczynają się Targi Wydawców Katolickich, na których Klinika Języka Lucyny Maciejewskiej będzie wystawiała książki – a mówię to z pełnym przekonaniem – najlepsze. Od jutra reprezentuje nas sam Coryllus, a w sobotę i w niedzielę dołączam do niego i ja. Zapraszam wszystkich. Stoisko nr 101. A jeśli ktoś ma za daleko, zawsze pozostaje księgarnia pod adresem www.coryllus.pl

środa, 6 kwietnia 2016

A Pan Bóg kule nosi...

Z pewną przykrością zaobserwowałem wczoraj, jak niewielkie wrażenie na wielu z nas zrobiła śmierć Zyty Gilowskiej. Ja oczywiście rozumiem, że czasy są takie, że to co się wydarzyło zaledwie wczoraj, dziś jest najczęściej pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, a więc tym bardziej postać tak bardzo już od lat znajdująca się poza zasięgiem mediów, jak prof. Gilowska, dla wielu z nas jest dziś już niczym więcej, jak bardzo niejasnym wspomnieniem lat, które dawno minęły i nikogo tak naprawdę interesują. Mimo to jednak, w obliczu owej ponurej obojętności czuję naprawdę bolesne rozczarowanie. I nie łagodzi go nawet fakt, że telewizja TVN24 uczciła fakt tego dramatycznego odejścia autentycznym bluzgiem, który w ich akurat wykonaniu powinniśmy uznać za gest wyjątkowego wręcz hołdu. W końcu oni w ten sposób nie potraktowali nawet samego Lecha Kaczyńskiego. A przynajmniej nie w pierwszy dzień po śmierci.
A zatem mam całą masę bardzo smutnych refleksji, kiedy widzę, jak strata tego formatu przechodzi niemal niezauważona, tym bardziej, gdy już za parę dni będziemy obchodzili szóstą rocznicę Katastrofy Smoleńskiej, a tymczasem to nikt inny jak właśnie Zyta Gilowska zapisała się w historii, jako autorka refleksji dotyczącej tego, co się stało w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, a o znaczeniu w moim pojęciu absolutnie nie do przecenienia. Nie będę nikomu niczego wyjaśniał, bo raz, że nie mam na tyle bezczelności, a dwa, że mam nadzieję, iż każdy ma swój rozum i umie myśleć. A zatem, przypominam swój tekst z 8 maja 2010 roku. Proszę się skupić.


Wspomniałem już o tym tutaj jakiś czas temu, ale w sposób tak – przyznaję - dyskretny, że fakt kompletnego braku reakcji na ten krzyk ani mnie nie zmartwił, ani też nie zaskoczył. Mijają jednak dni, a ja wciąż nie mogę się przejść do porządku nad tym, co się stało 10 kwietnia. Oczywiście, jak najbardziej przyznaję – z każdym z tych mijających dni nabieram coraz większego przekonania, że moje wcześniejsze podejrzenia co do tego, że to nieszczęście, jakie na nas spadło miało swój sens, były jak najbardziej słuszne i że to zwycięstwo – a przecież to właśnie o to zwycięstwo od początku najbardziej chodziło – jest już właściwie w zasięgu ręki. Mimo to jednak, wciąż ta smoleńska mgła mnie dręczy, nie pozwala ani żyć, ani spać, ani się zwyczajnie wyprostować i zaczerpnąć nowego wiosennego powietrza.
Oto fragment wywiadu, jakiego jeszcze jakiś czas przed katastrofą, kiedy wszystko wydawało się zupełnie inne, niż w rzeczywistości było, udzieliła „Rzeczpospolitej” Zyta Gilowska:
„Wracając do tych tajemnic polskiej polityki. Nie jest dla pani tajemnicza rezygnacja Tuska z kandydowania na prezydenta?
Trochę tak. Można to tłumaczyć obawami przed przegraną, ale to mnie nie przekonuje. Można tłumaczyć zamiarem utrzymania władzy premiera – też mnie nie przekonuje.
Dlaczego to panią nie przekonuje?
Przede wszystkim dlatego, że Donald Tusk przez minione cztery lata zachowywał się jak osoba, która otwarcie i bardzo konsekwentnie zmierza do prezydentury. Taka wolta, na dokładkę niezbyt serio objaśniana tymi żyrandolami, ma skrywany komponent, jakąś tajemnicę.
Może więc to jakiś kaprys Donalda Tuska?
Nie. Tego typu kaprysy mają tylko bardzo młode dziewczyny na pograniczu gimnazjum i liceum.
Czyli na gruncie wiedzy istniejącej w domenie publicznej nie sposób tej rezygnacji wytłumaczyć?
Tak. I odpowiadając wprost na pani pytanie: moim zdaniem jest w tym jakaś tajemnica.
Tym, którzy przyczyny analizują, brakuje więc może jakiegoś elementu tej układanki, jakiejś wiedzy?
Sądzę, że tak właśnie jest.
A to kiedyś się wyda?
Generalnie żywię takie XIX-wieczne i chyba naiwne przekonanie, że kiedyś wszystko się wyda. Myślę więc, że wyda się i to”.
(http://www.rp.pl/artykul/454817.html)
Kiedy dziś czytam te słowa, oczywiście świetnie pamiętam moje oryginalne poruszenie, kiedy je czytałem po raz pierwszy. To przecież nie jest tak bardzo codzienna sprawa, gdy ktoś, kto niewątpliwie jest zorientowany i wie znacznie więcej, niż ktokolwiek z nas może sobie wymarzyć, mówi takie rzeczy. Wydawałoby się, że kwestia rezygnacji Donalda Tuska, jakkolwiek dziwna i ekscentryczna, ma jakieś swoje wytłumaczenie, i nawet jeśli nasze podejrzenia nie są słuszne, to z pewnością ktoś inny jest w stanie przedstawić odpowiednią ocenę i wszystko się jakoś ułoży. I na to wszystko przychodzi Zyta Gilowska i twierdzi, że za tym się kryje tajemnica, co do której można mieć tylko nadzieję, ze się kiedyś wyjaśni. Że wszelkie próby racjonalnego wytłumaczenia faktu, że Donald Tusk nagle przestał marzyć o prezydenturze, spełzły na niczym i stoimy już tylko wobec zagadki, i to zagadki jak na razie nie do rozwiązania.
I to jest właśnie to, co mnie dziś dręczy. To mianowicie, że mam bardzo silny niepokój – niepokój wręcz fizyczny – że ta dręcząca tajemnica, którą wtedy w swej bezradności przedstawiła Zyta Gilowska się nagle przejaśniła. I to, ze wcale nie trzeba było na tę chwilę czekać długo. Bo zaledwie do 10 kwietnia. Do 10 kwietnia, kiedy to dowiedzieliśmy się, ze samolot wiozący na uroczystości katyńskie naszego prezydenta rozbił się przy lądowaniu, i że Prezydent nie żyje. A chwilę potem, dotarła do nas informacja, że tak się szczęśliwie złożyło, że na pokładzie nie było Jarosława Kaczyńskiego. Który też miał tam oryginalnie być, ale ostatecznie go zabrakło. I wtedy zrozumiałem. I to co zrozumiałem dręczy minie do dziś, z każdym dniem coraz bardziej.
Jak mówię, wspominałem już o tym przed iluś tam dniami, ale ten przekaz gdzieś się zagubił. A więc dziś powiem to bardzo dobitnie. Mam bardzo mocne podejrzenie, że jakiś czas przed tym, jak Donald Tusk ogłosił rezygnację z ubiegania się o fotel prezydenta, przyszedł ktoś – ktoś kogo ja oczywiście ani nie znam, ani znać nie chcę – i poinformował go, że musi pozostać premierem. Że ma zapomnieć o prezydenturze, bo sytuacja jest taka, że jego udział w tym wyścigu jest niepotrzebny. Że on będzie pilnował spraw na poziomie rządu i partii, natomiast całą resztą już zajmą się ci, co wiedzą więcej. A jeśli ma jakieś obawy, to może być spokojny. Kwestia przyszłej prezydentury zostanie odpowiednio załatwiona. I to bez względu na to, czy kandydatem będzie Komorowski, Sikorski, czy nawet – jeśli komuś to pasuje – jakiś przedstawiciel świata kultury. Bo konkurencji się nie planuje.
Widzę te scenę. Jak Donald Tusk dowiaduje się, że jeszcze nie dziś. Że może nawet nigdy. Ale że nic nie może zrobić, bo ci którzy go wymyślili i dają mu żyć, mają wobec niego i wobec całego tego interesu inne plany. Widzę tę scenę, widzę tego Tuska, i widzę też go parę tygodni później, już po tym, jak dowiedział się co się stało… i poszarzał ze strachu. Bo zrozumiał, że tu nie ma żartów. Że to nie jest piłeczka. I że to nawet nie jest jego ukochany Sopot i cała ta przygoda.
Tyle że, jak uczy mądrość ludowa, człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Ja wiem, co oni wszyscy muszą czuć dziś, kiedy się okazało, że może się bardzo szybko okazać, że to że ten plan nie do końca się udał, ma znaczenie podstawowe. Jak oni muszą się dziś okropnie bać. Zwłaszcza że mają autentycznie związane ręce. Nie mają już w tej chwili żadnego ruchu.
We komentarzu towarzyszącym tej notce, tyle że w Salonie 24, przypomniałem scenę z Ojca Chrzestnego, gdzie Don ostrzega innych szefów rodzin, że jeśli cokolwiek się stanie jego synowi, jeśli zachoruje, jeśli wpadnie pod samochód, a nawet jeśli zabije go piorun, to on będzie o to miał pretensje do któregoś z tych panów. I tak jest z nami. Więc lepiej o niego dbajcie. Uważajcie więc bardzo, żeby, broń Boże, włos mu z głowy nie spadł. Bo jeśli i on odejdzie, to będzie jednocześnie i wasz koniec.

Przypominam, że jutro w Arkadach Kubickiego w Warszawie rozpoczynają się Targi Wydawców Katolickich, w których bierzemy udział. Gabriel siedzi tam od jutra, natomiast ja będe ze swoimi książkami w sobotę i w niedzielę. Zapraszam.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Na odejście Zyty Gilowskiej

Zmarła Zyta Gilowska i jest to dla mnie wydarzenie, którego skali opisać nie potrafię. Z jednej strony ja ją zawsze traktowałem szczególnie, nawet wtedy gdy politycznie sytuowała się jeszcze w okolicach Platformy Obywatelskiej, no ale – i to jest dla mnie już wyjątkowy powód do żalu, jaki dziś czuję – Zyta Gilowska była bardzo uważnym czytelnikiem tego bloga, kupowała moje książki, no a przede wszystkim zaszczycała mnie swoją osobistą znajomością.
Przez ostatnie lata Zyta Gilowska bardzo chorowała i muszę przyznać, z każdym kolejnym rokiem czuła się coraz gorzej i faktem jest, że od pewnego czasu nasze kontakty były już wybitnie jednostronne, czyli ograniczające się do mojej świadomości, że ona czyta te notki i kupuje książki. Do dziś jednak przechowuję całe mnóstwo wiadomości, jakie od Zyty Gilowskiej regularnie otrzymywałem i daję słowo, że jeśli wciąż je tu trzymam, to nie tylko dlatego, że to są maile od osoby znanej i zasłużonej, ale dlatego, że zawsze wiedziałem, że waga tych słów jest tak wielka, że one nie mogą zostać ot tak sobie wystrzelone w niebyt.
Kiedy jeszcze żyła, prosiła mnie, bym traktował nasze rozmowy ściśle osobiście, dziś jednak nie mogę się powstrzymać, by przytoczyć jeden mały fragment z listu, który od niej otrzymałem w odpowiedzi na moje pytanie, czy jej zdaniem to z czym mamy do czynienia, do bardziej zło, czy głupota, a który – w co głęboko wierzę – pozwoli nam wszystkim pojąć choćby w przybliżeniu, o jakiej skali stracie dziś mówimy. Bardzo proszę się skupić:

„Oczywiście ZŁO. Jest metafizyczne przecież. Zatem trwałe, energiczne i zdeterminowane. Głupota jest materialna, biologiczna, (może to jakaś plątanina przetok po wyrwie spowodowanej grzechem pierworodnym?). Głupota jest niby rozległa i rozlana, ale miękka i podatna na perswazję, a także na wytrwałe ostrzeżenia. Zło chętnie karmi głupotę - to jest fantastyczne narzędzie dla zła. Dlatego Kościół ustanowiony przez Chrystusa musi wypełniać misję nauczycielską, to jest zasadniczy cel Kościoła Powszechnego - zaraz po głoszeniu Dobrej Nowiny i udzielaniu Sakramentów. A tego właśnie ostatnio dramatycznie zabrakło. Straszny czas zaczął się praktycznie natychmiast po śmierci Jana Pawła II. Jakby puściły jakieś potężne hamulce. Trzeba się modlići porządnie żyć. Nic więcej pojedynczy człowiek nie może zrobić, chyba że jest lewakiem albo innym postępowcem”.

Niech Pan przyjmie ją do Swojej chwały.



poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Witamy w Galerii Pod Przepaloną Żarówką

Dziś, na rozpoczęcie nowego tygodnia, proponuję mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Tym razem o nas.

Jestem pewien, że nie tylko ja pamiętam, jak w roku 2007 Platforma Obywatelska wygrała wybory i premier Donald Tusk wygłosił kultowe w pewnych kręgach do dziś, ponad dwugodzinne, expose na temat polityki miłości, która zastąpi dotychczasową politykę nienawiści, a które Eryk Mistewicz określił mianem rewolucyjnego. To wtedy po raz pierwszy w popularnej przestrzeni pojawiły się takie pojęcia, jak postpolityka i story, uśmiech stał się kategorią polityczną, a marleyowskie pozytywne wibracje zawitały pod strzechy. No a za tym wszystkim stał on – Donald Tusk, The New Kid On The Block.
Oczywiście niemal równocześnie pojawiły się opinie, w najświetniejszy sposób symbolizowane przez słowa mojej nieżyjącej już cioci: „Stawia te oczy jak złodziej”, wyrażające wybitną nieufność odnośnie owego szczególnego socjotechnicznego projektu, faktem jest jednak, że znalazł on w społeczeństwie wystarczająco dużą popularność, byśmy wpadli w jego łapy na następne osiem lat. Nie da się bowiem ukryć, że przez kolejne lata, błękit studia telewizji TVN24, sympatyczne twarze spikerów, w połączeniu ze wspomnianymi oczami, zdobyły serca i umysły wielu i to do tego stopnia, że w pewnym momencie wydawało się, że tak będzie już zawsze, że już nigdy nie będzie ważne, co kto mówi, co robi, kim jest, ale liczyć się będzie wyłącznie ta miłość i te wibracje. Pozytywne.
Dziś, kiedy niewyjaśnionym do końca cudem udało się to zło pokonać, pojawiają się głosy, że to przez to, że ludzie mieli już dość tej „tapety” i zapragnęli czegoś bardziej autentycznego, a ja mam wrażenie, że ci, którzy dziś tworzą tak zwany „przekaz”, uznali, że ponieważ tamten cukierkowy fałsz był tak zły, że został ostatecznie odrzucony, my powinniśmy w pierwszym rzędzie stawiać na naturalność, rozumiejąc ową naturalność, jako pełne amatorstwo. I stąd w najnowszej medialnej ofercie pojawiły się nazwiska takie jak Witold Gadowski, Samuel Perejra, Jerzy Targalski, czy Stanisław Janecki.
Otóż moim zdaniem, polityka ta opiera się na poważnym błędzie wynikającym z założenia, że ludzie przez osiem lat popierali Tuska dlatego, że im się bardzo podobały jego słowa o miłości i pozytywnej wibracji. Otóż jest to nieprawda. Jeśli przez te osiem lat, a tak naprawdę już znacznie wcześniej, czyli z momentem wybrania prezydentem Polski Aleksandra Kwaśniewskiego, tak wielka część polskiego społeczeństwa uznała, że nie ma większej przyjemności być reprezentowanym przez śliskich i gładkich oszustów, to znaczy, że są pewne wartości, których choćbyśmy stanęli na głowie, nie pokonamy, a na jednym z naczelnych miejsc jest jasne światło i tak zwana miła powierzchowność, czyli coś, co w wymiarze bardziej uniwersalnym reprezentują galerie handlowe.
Dlatego też nie łudźmy się. Do pewnego momentu efekt prawdy i świeżości będzie działał, po pewnym jednak czasie przyjdzie czas, że na widok bełkoczącego coś nieogolonego menela ludzie zatęsknią za Piotrem Kraśko. I przed tym nie uchroni nas nawet najpiękniejsza prawda.

Zapraszam wszystkich na zbliżające się Targi Wydawców Katolickich w Warszawie. W sobotę i w niedzielę będę na miejscu podpisywał książki. Bardzo polecam i zapraszam. 7-10 kwietnia, Arkady Kubickiego, Warszawa. A kto ma zbyt daleko, wystarczy, że odwiedzi księgarnię pod adresem www.coryllus.pl.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...