piątek, 16 marca 2012

O kłamstwie w blasku sceny raz jeszcze

Eryka Mistewicza znam w stopniu dosłownie minimalnym, a mówiąc „minimalnym” mam na myśli jego imię i nazwisko, wygląd, głoszona przez niego koncepcję tak zwanej „story”, jego występ w jednym programie Janka Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” i parę – dosłownie parę – najnowszych felietonów w tygodniku „Uważam Rze”. A więc naprawdę niewiele. To już pewnie kimś bardziej znaczącym jest on dla mojej żony, która na przykład pamięta go jako redaktora peerelowskiego tygodnika „Na przełaj”, w którym prowadził rubrykę mającą na celu młodzieży oazowej wskazać lepsza, bardziej nowoczesną drogę.
Siadając do tego tekstu, pomyślałem sobie więc, że warto by może było się o nim dowiedzieć czegoś więcej, a zatem zajrzałem do Wikipedii. Tam jednak okazało się, że najważniejszą informacją jest to, że historię życia i zawodowej kariery Eryka Mistewicza można znaleźć na jego stronie prywatnej. Wszedłem więc na stronę prywatną. A tam – nic. Zero. Paręnaście linijek biografii, z których może pięć to informacja o tym, co Mistewicz osiągnął w życiu i w zawodzie, z czego z kolei i tak jedna stanowi jedynie nazwę jakieś francuskiej uczelni, którą on podobno ukończył, a reszta to już praktycznie tylko informacja, że on doradzał Zbigniewowi Relidze w jego kampanii prezydenckiej w roku 2005. No, być może tam jest jeszcze coś, jednak nawet jeśli tak, to ja już zapomniałem, a zaglądać mi się tam ponownie zwyczajnie nie chce. W każdym razie, o redaktorowaniu w „Na przełaj” nie ma mowy. A szkoda, bo wówczas tych linijek byłoby o jedną więcej.
A więc pozostaje uznać, że to co wiedziałem na początku to i tak właściwie wszystko. A więc jego głowa, jego nazwisko i imię, to „story”, i te parę tekstów u Lisieckiego, czy Lisickiego, a może Lisiewicza...? Nigdy tego nie potrafiłem zapamiętać, a szukanie tego za każdym razem mnie nudzi. Skąd mi wpadło do głowy, żeby dziś pisać o Mistewiczu? Otóż ja się do tego zabierałem już od pewnego czasu, a konkretnie od dnia, kiedy zauważyłem, że Mistewicz już nie jest „ich”, lecz „nasz”, jednak proszę sobie wyobrazić, że bezpośrednią tego przyczyną był Coryllus. Byłem wczoraj z psem na spacerze i śmy się zdzwonili. W pewnym momencie Coryllus wspomniał, że mamy w Polsce tych dwóch doradców od wizerunku, a więc Tymochowicza i Mistewicza, którzy – bardzo paradoksalnie – jak idzie akurat o wizerunek swój własny, potrafili tyle tylko, że jeden wygląda jak „pół kartofla na pieńku”, a drugi nie wygląda w ogóle, a mnie się ten żart z pieńkiem i kartoflem tak spodobał, że pomyślałem, że nadeszła i moja pora.
Pamiętam więc, że mój pierwszy prawdziwy kontakt z nazwiskiem Mistewicz nastąpił wtedy, kiedy to w roku 2007 Donald Tusk wygłosił swoje pamiętne pierwsze expose, w którym zainaugurował nową erę w polskiej polityce, a więc coś co od razu zostało nazwane post-polityką. Przemówienie, które trwało chyba bite dwie godziny i stanowiło kompletnie pustą paplaninę o niczym. Przemówienie, które – jestem tego całkowicie pewien – gdyby zostało pokazane w całości dziś, cała Polska zamarłaby z trwogi, widząc co to do nas tamtej jesieni zawitało. A pamiętajmy, że pięć lat to w dzisiejszych czasach naprawdę kupa czasu, i taki Donald Tusk wtedy, a Donald Tusk dziś, to dwie kompletnie różne osoby. W końcu te pieniądze na coś poszły, prawda? A zatem, wygłosił Tusk owo straszne przemówienie, a Mistewicz ogłosił nadejście nowej epoki, a więc epoki w której nie jest ważne nic poza ładną historią, napisana przez specjalistów od tego typu metod, a przez władzę zaledwie zgrabnie, w eleganckim stroju i z ładnym uśmiechem opowiedzianą. Czy Mistewicz ogłaszał tę rewolucję ze smutkiem, czy choćby troską w głosie? Ależ skąd! On był tym czego wszyscy doświadczamy autentycznie zachwycony. Czy on nie widział tego cynizmu i tego kłamstwa? Ależ jak najbardziej. On widział i jedno i drugie, tyle że on wyłącznie głosił owego kłamstwa i cynizmu pochwalę. On w pełnym uniesieniu twierdził, że tak właśnie ma być. Że współczesny obywatel nie potrzebuje ani prawdy ani konkretów. On czeka wyłącznie na jasne światło i ładną historię. I że Donald Tusk jest pierwszym politykiem, który dokładnie to człowiekowi daje. Ładne światło i ładną historię. Story. I to taką story, którą zrozumie idiota. Bo to właśnie jest oferta dla nich. Dla tych, którzy decydują. I to jest naprawdę fascynujące.
Później zaczął się długi okres tak zwanego rządzenia, a z tym rządzeniem przyszło to wszystko, co wielu z nas świetnie pamięta, a co ostatecznie doprowadziło nas do miejsca, w którymśmy się znaleźli dziś. I też Donald Tusk z każdym dniem stawał się coraz bardziej tym, czym jest dziś, robił się coraz bardziej gładki, coraz pełniejszy, coraz bardziej zbliżony do owego potwora, jakim go widzimy, a którego nadejście z takim entuzjazmem Mistewicz pięć lat temu ogłaszał, a on sam nie opuszczał go ani na krok, i czym większe było to kłamstwo, tym większe zachwyty wypływały z jego ust. W pewnym momencie doszło już w praktyce do tego, że Mistewicz niemal jednoznacznie przyznawał, że tak, to wszystko z czym mamy do czynienia to brutalne, bezczelne i bezlitosne kłamstwo, tyle że my musimy to przyjąć, dlatego, że innej drugi nie ma. Bo świat taki właśnie jest i inny już nie będzie nigdy. I że nie dość że musimy to przyjąć i zaakceptować, my musimy to kłamstwo polubić, bo ono tak naprawdę jest dla nas, żeby nam było lepiej. Wszystkim. Liczy się bowiem tylko historia. Tylko to story. A jedynym możliwym jak na dziś dostarczycielem owych historii jest Donald Tusk. I dopóki nie pojawi się nikt od niego lepszy, będzie już tylko on.
Powiem uczciwie, że nie umiem znaleźć momentu, kiedy Eryk Mistewicz, wciąż głosząc tę swoją afirmację kłamstwa, przestał być „człowiekiem Systemu”, a stał się „nasz”. Wiem jednak, że przez jakiś czas tak to właśnie wyglądało. On nadal opowiadał jak to dzisiejsze czasy nie tolerują niczego poza kłamstwem i że innej drogi nie ma, a jednocześnie był już po naszej stronie, jako nasz brat i nasz kolega. Na pewno tamtego wieczoru, kiedy to w programie Pospieszalskiego próbował razem z Hartmanem mnie zniszczyć, on już był „nasz”. On, Dorn i Karnowski – nie wspominając o Pospieszalskim – z całą pewnością byli wtedy „nasi”. Wrogiem pozostawał wówczas już tylko ich kolega Hartman.
Wiem też na pewno, że Mistewicz jest „nasz” również dziś, i że dziś on jest tak bardzo i do końca „nasz”, jak nigdy chyba wcześniej. Dziś Mistewicz jest już do tego stopnia „nasz”, że w jednym ze swoich ostatnich felietonów w „piśmie autorów niepokornych”, czyli „Uważam Rze” ogłosił, że bycie specjalistą od politycznego marketingu, a więc tym czym Mistewicz się od kilku dobrych lat próbuje zajmować i z czego żyje, jest zajęciem bardziej kompromitującym od pracy jako „pianista w domu publicznym”. Że to jego mentor, francuski ekspert i zawodowy kłamca, człowiek o nazwisku Seguela ukuł to powiedzenie, i to jest strasznie fajne. To jest niesamowite! To jest wręcz cudowne!!! Eryk Mistewicz pisze w tym „naszym” tygodniku co tydzień. On ma tam swój stały felieton. I on tam jest po to, by nam to wciąż objaśniać: Porzućcie nadzieje. To nie jest świat dla ludzi o prostych zasadach i gorących sercach. To jest świat dla biednych idiotów i wyniosłych zawodowców. I uwierzmy mu. W końcu on nas nie oszuka. On jest przecież dziś już tylko „nasz”. I ma na to bardzo poważny glejt. Glejt który otrzymał od innych „naszych”. „Naszych” niepokornych.
Naprawdę nie wiem, co mogę powiedzieć więcej, bo i tak już zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Może powinniśmy się zastanowić, kim w końcu jest ten Mistewicz? Czy to tylko „doradca w zakresie zintegrowanych strategii marketingu i PR […], promotor narzędzi komunikacji masowej 2.0. […], pasjonat reklamy i świadomego wpływania na rzeczywistość poprzez media”, czy może jeszcze ktoś? I czego on od nas chce? Po co on się tu kręci? Co nam chce zakomunikować? Czy on ma za zadanie nas tylko upomnieć, byśmy porzucili nadzieję, czy może tu chodzić o coś jeszcze? No i wreszcie, cóż on ma w sobie takiego, że go „nasi” tak bardzo polubili? A coś przecież mieć musi. To nie ulega wątpliwości. To musi być naprawdę fajny gość.

Pewnie Mistewicz zna inne, skuteczniejsze metody wpływania na ludzkie decyzje, ale ja mam tylko tę swoją sytuację i to słowo. A więc proszę uprzejmie o wspieranie tego bloga w każdy dostępny sposób, również z wykorzystaniem znajdującego się obok numeru konta, i o kupowanie książki. Dziękuję.

czwartek, 15 marca 2012

Na co Systemowi durnie

Muszę przyznać, że kiedy pisałem wczoraj tekst o Wałęsie, Blumsztajnie i opętaniu, padłem ofiarą, jak zwykle zresztą, swojej naiwności. Otóż zarówno w wypadku Wałęsy, jak i Blumsztajna, uznałem, że to co się z nimi dzieje, jest sprawą zupełnie czystą w tym sensie, że za ich ową manifestacją ich upadku nie stoi ani niczyja zła wola, czy czyjś perfidny plan, lecz wyłącznie człowiek ze swoimi słabościami. Co do Wałęsy na przykład, byłem bardzo szczerze przekonany, że to co funkcjonuje w powszechnej świadomości jako „Blog Wałęsy”, jest w głównej mierze prowadzone przez któregoś z pracowników tego jego Instytutu, natomiast niekiedy zdarza się tak, że Lech Wałęsa się zdenerwuje, jakimś niezwykłym slalomem przedrybluje swoją obstawę, dopadnie komputera, i zanim ktokolwiek zdąży zareagować, szybko coś napisze, no i wtedy to właśnie wszystkie już media cytują jego słowa, jako sensację dnia. Tymczasem dowiaduję się, że nie; że Lech Wałęsa prowadzi swój blog samodzielnie i, co równie ciekawe, zostawia na nim ślad swojej duszy niekiedy nawet parę razy dziennie. I że, oczywiście, jeśli mamy do czynienia z jakimiś wyjątkowymi wybrykami, to one są natychmiast relacjonowane przez wszystkie media, co naturalnie nie zmienia faktu, że poziom tych wpisów robi większe lub mniejsze wrażenie za każdym razem.
W przypadku Seweryna Blumsztajna, uznałem, że jemu się coś stało w głowę, i to właśnie w związku z tym zdarzeniem, on nabazgrał na kawałku kartonu zdanie: „Pierdolę nie rodzę”, i uzbrojony w tę deklarację, wyruszył na miasto. I muszę tu od razu pochwalić panią Toyahową. To ona pierwsza, zanim jeszcze wiadomość, że Blumsztajn nie miał tu nic do gadania stała się oficjalna, wyraziła przekonanie, że on na pewno tak naprawdę w ogóle nie wiedział, co trzyma w ręku. Że on tam na tę manifę przylazł, ktoś mu ten napis wsadził do ręki, a on, nawet nie patrząc co tam jest napisane, dał się z nią jak dziecko sfotografować. I oto okazało się, że organizator przedsięwzięcia pod tytułem „Blumsztajn pierdoli nie rodzi” został jednak wytropiony, i jest nim powszechnie znany komunista młodszego pokolenia Sławomir Sierakowski. A więc, tym samym, i tu, podobnie jak w przypadku Wałęsy, okazało się, że jeśli on jest faktycznie opętany, to nie przez to co robi, ale że w ogóle robi. Że problemem Blumsztajna nie jest to, że mu coś chodzi po głowie w sprawie uprawiania seksu i wynikających z tego konsekwencji, lecz że… no właśnie nie bardzo wiadomo co, ale że to coś jest z dramatycznym wyrachowaniem wykorzystywane przez tych, którzy wiedzą więcej i lepiej.
W tej sytuacji pozostaje nam już tylko ustalić, jaki jest cel owego wystawienia obu panów na pośmiewisko. Od razu powiem, że jak idzie o Wałęsę, to nie mam pojęcia. Może oczywiście być tak, że z nim jest trochę tak jak z biedą w PRL-u. Z punktu widzenia ówczesnej władzy, było bardzo ważne, by społeczeństwo nie zaczęło zdychać z głodu, ale żeby przy tym nie poczuło, że ma tyle ile trzeba. A więc była ta telewizja, a w niej od czasu do czasu jakiś amerykański film, te jakieś tam kolorowe byle jak gazety, te papierosy, które czasem się rozklejały a czasem nie, ta wódka, która raz truła mocniej, a raz mniej, no i ten sklep mięsny, w którym od czasu do czasu pojawiała się kiełbasa i szynka, ale władza zawsze dbała o to, by to wszystko nie było uznane za pewne i dane na zawsze. Żeby zawsze pozostawało wystarczająco dużo miejsca na marzenia. Więc tu też może być tak, że z jakiegoś powodu chodzi o to, żeby wszyscy wiedzieli, że Lech Wałęsa to bohater i nasza duma, ale jednocześnie, by nikt nie zapomniał, że w gruncie rzeczy to jest zwykły dureń. Po co? Jak mówię, nie bardzo wiem, i, szczerze mówiąc, akurat nie wydaje mi się, żeby w jego wypadku było to aż tak ważne.
O wiele ciekawsza jest moim zdaniem sprawa Blumsztajna. Otóż ja sobie bardzo łatwo mogę wyobrazić, jak wyglądał moment przekazania tabliczki z tym kuriozalnym napisem. Blumsztajn przyszedł na tę demonstrację, jako osoba ważna od razu oczywiście znalazł się wśród innych ważnych osobistości, w tym faktycznych organizatorów całego przedsięwzięcia, tuż przed rozpoczęciem marszu podszedł do niego Sierakowski i powiedział: „Cześć. Tu jest dla ciebie kartonik. Trzymaj mocno, nie upuść, no i marsz!” Blumsztajn posłusznie, z jakiegoś powodu nie uważając za stosowne zapoznać się z jej treścią, tablicę przyjął, no i dalej już było jak było. Mogło też oczywiście być tak, że on jednak rzucił okiem na ten napis, i nawet zapytał Sierakowskiego, czemu tak, ale kiedy usłyszał, że tak jak jest, jest dobrze, machnął na to wszystko ręką.
Myślę jednak, że dobrze byłoby poznać wcześniejsze losy tej tablicy, a więc przede wszystkim, w jakim celu Sierakowski ją wyprodukował, no i dlaczego akurat z tym tekstem. Uznał za dobry pomysł, by do jej niesienia wyznaczyć Blumsztajna. Ktoś powie, że ci młodzi komuniści są już tak zaczadzeni, że już nawet nie widzą tej swojej śmieszności, i że zapewne dla Sierakowskiego tekst „Pierdolę nie rodzę” jest równie błyskotliwy i sensowny, jak… ja wiem? – „Księża na księżyc”, czy „Zburzyć kościoły, wybudować kliniki aborcyjne”. Oczywiście, jest możliwe, że oni są zaczadzeni – albo po prostu zaćpani – jednak nie wydaje mi się, by ich to nieszczęście mogło dotknąć w aż tak drastycznym stopniu. Uważam, że kiedy Sierakowski wymyślał ten napis, on świetnie wiedział, że to jest kompletne kretyństwo. Ale mało tego. Ja uważam też, że kiedy Sierakowski on skrobała na tej tekturze ową bzdurę, wiedział dobrze, że ją za chwilę da własnie Blumsztajnowi. Kłopot teraz jest tylko jeden. Po co? I dlaczego akurat jemu?
Czytam w „Super Expresie”, który jako pierwszy podał informację, że Blumsztajn tablicę dostał od Sierakowskiego, wypowiedź samego Sierakowskiego, że jemu chodziło o to, by w ten sposób wyrazić swój protest. No i dobrze. Protest? Jasna sprawa. Tyle że ja w żaden sposób nie widzę, w jaki sposób informacja „Pierdolę nie rodzę” może stanowić protest przeciwko czemukolwiek. Wspomniany wcześniej apel o to, by burzyć kościoły, a na ich miejscu stawiać kliniki aborcyjne, mimo całego zła, jakie niesie, potrafię zrozumieć. Chodzi o to, by nie było kościołów, i żeby aborcja była powszechnie dostępna. Jak mówią Anglicy, „I get the picture”. Natomiast wezwanie, by kobiety przestały rodzić dzieci jest tak absurdalne, że ono nie mogło się na poważnie narodzić nawet w myślach Sławomira Sierakowskiego. Wezwanie tej treści jest tak chore, że ono może mieć wyłącznie na celu doprowadzenie do czyjejś kompromitacji, a w tym wypadku kompromitacji Seweryna Blumsztajna, a przy okazji środowiska które go utrzymuje. A zatem wszystko wskazuje na to, że ludzie z „Krytyki Politycznej” chcieli skompromitować „Gazetę Wyborczą”. Nie ma bowiem takiej możliwości, by Sierakowski dał Blumsztajnowi tę tablicę, nie wiedząc, do czego to doprowadzi. Ja wręcz sądzę, że on mógł nawet sam ściągnąć na miejsce fotografa z „Frondy” i pokazał mu Blumsztajna.
No i teraz oczywiście pozostaje się zastanowić, dlaczego? Oczywiście nie ma mowy o tym, by uznać, że „Krytyka Polityczna” wymyśliła sobie, że oni wyprą z rynku „Gazetę Wyborczą”, a uderzenie w Blumsztajna będzie dobrym pierwszym krokiem na tej drodze. Tu musiało chodzić o gesty zdecydowanie bardziej natury osobistej, lub zwyczajnie – ideologicznej. A więc mogło pójść o to, że Sierakowski z osobistych właśnie powodów nie lubi Blumsztajna i go chciał trochę porozstawiać. Albo że go nie lubi Michalski, i poprosił Sierakowskiego, żeby za niego załatwił sprawę. I że ten dał mu ten napis, a później wszyscy mieli z tego uciechę, na takiej zasadzie, jak dziecko, które innemu dziecku przyczepi do pleców napis „Jestem głupi” i jest wesoło. Może. Choć nie sądzę. Podejrzewam, że, co by o Sierakowskim nie mówić, on jest jednak zbyt poważny na takie gesty, a poza tym w środowisku „Krytyki Politycznej” są sami intelektualiści z ambicjami, i oni by mu na taką głupią samowolę nie pozwolili. To musiała być akcja zorganizowana i raczej wymierzona w „Gazetę Wyborczą”. Nie ze względów biznesowych, ale czysto ideowych. Oni mogą „Gazetę Wyborczą” traktować jako ideologicznego wroga. Jako przedstawiciela podłego żydowskiego neoliberalizmu, z natury wrogiego szczeremu trockizmowi, albo zwyczajnie – jako kapitalistycznego koncernu z jego pieniędzmi, bankami i wyzyskiem. Jest bardzo możliwe, że Sierakowski i jego koledzy patrzą na budynek Agory i „Gazety Wyborczej” i ich jasna krew zalewa, że oto tu rośnie ten pieprzony kapitalizm, ci Żydzi, spijający krew klasy robotniczej, a że akurat udało się jednego z jego przedstawicieli chwilowo przeciągnąć na swoją stronę, to postanowili przez niego właśnie wyszydzić ów kapitalizm.
A sam Seweryn Blumsztajn? Czemu on się dał w to wciągnąć? Czemu nie sprawdził, co mu dali do niesienia, a nawet jak sprawdził, to czemu uznał, że to nic nie szkodzi? Diabli wiedzą. No ale o tym już przecież było wczoraj. Że albo on jest cały czas na gazie, albo ma w głowie jakieś inne szumy, albo jest zwyczajnie opętany przez coś, co kiedyś zrobił, i to go już trzyma za gardło. Że z nim jest zupełnie tak samo, jak z Lechem Wałęsą. Czemu on robi z siebie durnia na tym blogu? Czemu nie uzna, jak normalny starszy pan, że on się na tych komputerach nie zna, a przez to, że całe życie był tylko skromnym elektrykiem, też nie nadaje się do tego, by tworzyć jakieś ładne zdania? Opętanie. Zwykłe opętanie.
No i jeszcze jedno. Co mnie to wszystko obchodzi? Właściwie to nic. Wczoraj napisałem coś na ten temat, a dziś dowiedziałem się paru nowych rzeczy, i chciałem o nich opowiedzieć tak, żeby czytelnicy tego bloga mogli powiedzieć, że udało im się coś ciekawego poczytać. A poza tym zwyczajnie interesuję się wpływem, jaki świat ma na nas i na nich. Czasem więc zajmuję się nimi, a czasem nami. Możliwe, że za chwilę machnę ręką na Wałęsę i Blumsztajna i znów napiszę coś o naszych. Zwłaszcza że zarówno jak idzie o nich, jak i o nas, powodów do jasnej cholery mam wszędzie równie dużo.

Jeśli komuś ten tekst się spodobał, proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Przypominam też o książce, która jest tu obok do kliknięcia, a zawiera wybór starych tekstów zawsze w bardzo aktualnym kształcie. Dziękuję.

środa, 14 marca 2012

"Coś", czyli być jak Seweryn Blumsztajn, skończyć jak Wałęsa

Kiedy niedawno przez Polskę, jak meteoryt przeleciała wiadomość, że Lech Wałęsa postanowił na swoim blogu wkleić własny tekst – a mówiąc „własny” chcę powiedzieć, że autentycznie własny, a więc napisany osobiście przez siebie, bez udziału doradców i korektorów – z jednej strony poczułem lekkie podniecenie, no bo dobrze wiedziałem, czego się mogę spodziewać, z drugiej jednak, zdawałem sobie sprawę, że na wiele akurat liczyć nie mogę, bo najlepsze już i tak prawdopodobnie było. Otóż parę dobrych lat temu, w reakcji na, dziś już nie bardzo pamiętam jakie, zdarzenie, ale zapewne było to coś związanego z Jarosławem Kaczyńskim, Wałęsa zamieścił na swoim blogu następujący tekst (oczywiście nie muszę zapewniać, że szacunek dla naszego laureata pokojowego nobla nie pozwala mi wprowadzać tu jakichkolwiek zmian):
„Ha ha Brudasy polityczne ,no właśnie ,czy nie jest tak właśnie ? że Ci ludzie [popaprańcy ,małpy z brzytwą ,paranoicy] są najbardziej skoncentrowani w pobliżu Kaczyńskich ,polityka Rydzyka , Macierewicza , Walentynowicz , Olszewski i jeszcze kilku .to żadna filozofia ,orjętacja polityczna ,czy pomysł polityczni , to brudasy politycznie”.
Czyż więc nie mam racji, mówiąc, że w tym wypadku wszelka konkurencja nie ma w praktyce żadnych szans? To co wtedy krążyło w mediach, w mojej świadomości, pozostaje autentycznym dziełem sztuki. Ja sobie zwyczajnie nie wyobrażam, by ktokolwiek był w stanie wytworzyć coś podobnego – i to niezależnie od tego, czy ów akt twórczy pochodziłby z umysłu wyjątkowo chorego, czy równie wyjątkowo przewrotnego. Uważam, że to jedno zdanie – bo, jak widzimy, jest to zdanie – jak żadne inne, pokazuje, że umysł człowieka jest kosmosem. I niech mi nikt nie mówi, że takie teksty w zamkniętych zakładach psychiatrycznych są codziennością. Tam z pewnością bywa różnie, jednak nigdy nie uwierzę, że w tej różnorodności może się wydarzyć coś podobnego. Poza tym – choć, przyznaję, osobiście nie mam zbyt dużego osobistego doświadczenia z ludźmi obłąkanymi – jednak to co wiem, każe mi sądzić, że oni akurat w tym swoim szaleństwie na ogół trzymają pewną wewnętrzną logikę i porządek. W końcu, nie bez powodu, czasem się twierdzi, że prawdziwe obłąkanie to zaledwie szczególna odmiana geniuszu.
A zatem, kiedy media podały, że oto Lech Wałęsa poinformował nas o swoim sobowtórze w motorówce, zainteresowałem się, choć wiedziałem, że fajerwerków już nie będzie. No i, okazało się, że wcale nie jest tak źle. Ten człowiek wciąż ma pewne możliwości.Posłuchajmy (znów z pełnym szacunkiem):
„W trybie natychmiastowym oddaję do Prokuratury tą informacje i tych co publikują w tym Tych z Torunia .
To jest nie tylko Oczernianie kłamstwami ,ale też podważanie prawdy Historycznej i mojej roli od początku od skoku przez płot i dalej .
Żyją jeszcze świadkowie z obu stron konfliktu , należy to dokładnie że szczegółami wyjaśnić .
Pojawia się po raz KOLEJNY koncepcja jakoby dowieziono mnie na strajk motorówką .
Przysięgam na wszystkie świętości , że ja w tym nie uczestniczyłem ,Więc sobowtór .
Jeśli taki scenariusz był realizowany przez służby ,są dowody i świadkowie to BYŁ WYROK ŚMIERCI NA MNIE.
PYTANIE JEST TYLKO JAK MIAŁ BYĆ WYKONANY .
CZY NA ZASADZIE ZABIĆ AGENTA PRZY POMOCY STOCZNIOWCÓW?
CZY SOBOWTÓR WYPROWADZAŁ NA MIASTO STOCZNIOWCÓW A TAM KTOŚ KOŃCZY DZIEŁO ?.Innej możliwości nie ma .
Dlatego należy to potraktować bardzo poważnie i wyjaśnić wszystkie elementy.
Prośba o pomoc i o takową się zwracam do Prezydenta ,Premiera , Min Sprawiedliwości , ABW ,Prokuratury."
Ja zdaję sobie sprawę, że pisząc dziś o Lechu Wałęsie, stawiam siebie i ten blog w sytuacji dość podejrzanej. Zwłaszcza że tekst ten do pewnego stopnia jest powtórzeniem czegoś, co już parę tygodni temu napisałem do „Warszawskiej Gazety”. W końcu od samego początku plan był taki, by tu się nie zajmować bzdurami, o których można przeczytać gdzie indziej, lecz stwarzać pole do refleksji znacznie szerszych. A Wałęsa? Któż to jest dziś Wałęsa? Jest jednak przede wszystkim tak, że – co ja oczywiście zauważyłem, a jak idzie o innych, to nie wiem – ostatnio zajmowanie się przez mnie sprawami ważnymi i poważnymi nie wydaje się robić na większości z tych, dla których ten blog przecież powstał, jakiegoś szczególnego wrażenia, a poza tym jednak i tu chodzą mi po głowie sprawy naprawdę duże. Znacznie większe od tego, co się stało z głową Wałęsy.
Niedawno oglądaliśmy sobie w telewizji brytyjski film dokumentalny o królowej Elżbiecie II. I proszę sobie wyobrazić, że w części poświęconej międzynarodowej działalności Królowej pokazano tylko trzech polityków: Mandelę, Reagana i właśnie Wałęsę. Najwięcej było Mandeli, ale trochę to pewnie dlatego, że jedną z tez filmu było to, że między Królową a Mandelą istnieje bardzo poważna przyjaźń, że oni prywatnie bardzo się lubią i że właściwie nie ma miesiąca, by sobie nie słali listów. Reagan – wiadomo. Natomiast jak idzie o Wałęsę, to pokazywano go faktycznie dość dużo, ale praktycznie w jednej tylko sytuacji – przy wielkim zastawionym wspaniałymi potrawami stole podczas oficjalnej kolacji, jaką na jego cześć wydala Królowa.
Otóż to. Na jego cześć. Ja pamiętam, jak Wałęsa był z tą wizytą w Londynie. Pamiętam też, jak go spytano o wrażenia, a on odpowiedział, że było okay, tyle że łóżko było tak duże, że on nie umiał znaleźć „swojej Danuśki”, i z tego była kupa śmiechu. Dziś oglądałem ten dokument, który pokazywał najlepiej jak tylko Brytyjczycy potrafią, cały ten przepych i dostojność brytyjskiej monarchii, tę historię i tę wciąż jednak potęgę, i nagle zobaczyłem ten stół i tego Wałęsę i pomyślałem sobie, że wręcz nie było takiej możliwości, by on tę presję wytrzymał. Oczywiście, również wcześniej, zanim on jeszcze został tym prezydentem, wszystko mu się waliło na tę jego biedną głowę, która z każdym dniem była już tylko coraz bardziej poturbowana. Jednak to co się działo już po – to musiała być prawdziwa psychiczna katastrofa. No i dziś mamy to co mamy. Z jednej strony ten pałac, ten stół, tę królową, a z drugiej tego sobowtóra w motorówce.
Ale pojawia się też jeszcze coś innego, co właściwie sprawę owego wałęsowego szaleństwa stawia w zupełnie innym świetle. Oto podczas niedawnej demonstracji warszawskich feministek, ktoś w tym tłumie wypatrzył Seweryna Blumsztajna – innego zasłużonego dla polskiej demokracji działacza – jak niesie tablicę z napisem – uwaga, cytat, i jednocześnie przeprosiny za dosadność – „Pierdolę nie rodzę”. Oczywiście, w Internecie natychmiast pojawiły się spekulacje, co Blumsztajn chciał przez tę deklarację ogłosić i co mu się takiego stało w głowę, że w ogóle wpadł na pomysł, by ogłaszać to w takiej właśnie formie. Co do głowy, właściwie zapanowała pełna zgoda: Blumsztajn zwariował. Jak idzie natomiast o sam kształt tego wariactwa, to opinie są dwie”: 1. Blumsztajn zwyczajnie rezygnuje z rodzenia i ogłasza to w sposób demonstracyjnie drastyczny; 2. Blumsztajn wybiera seks dla przyjemności, tu również posiłkując się ekspresją standardową raczej w środowiskach patologicznych. Ponieważ, jak wiadomo Seweryn Blumsztajn jest mężczyzną i to już dość posuniętym wiekiem, na jedno i drugie nie ma najmniejszego wpływu, a więc jego deklaracje są pozbawione sensu. A więc znowu, pozostaje obłęd.
Ja się natomiast zastanawiam, co się takiego stało, że Blumsztajn zwariował? W końcu, możnaby sądzić, że on sobie w nowej Polsce znalazł bardzo spokojną i bezpieczną przystań. Towarzystwo ma takie o jakim pewnie zawsze marzył, przepracowywać się nie musi, na brak pieniędzy chyba nie narzeka, popularność ma na tyle dużą, żeby z jednej strony być jakimś tam celebrytą i czuć to łaskotanie w sercu, a z drugiej nie musieć się chować po kątach przed łowcami autografów i nie być wyśmiewanym na różnych internetowych portalach. A więc czemu on się nagle znalazł, jak, nie przymierzając, jakiś Gabriel Janowski, czy Kazimierz Świtoń, a więc ludzie, którzy zwyczajnie zostali zaszczuci przez Nową Polskę?
Ktoś powie, że on pewnie chleje. No i dobrze. Tak oczywiście może być, tyle że nie on jeden, a przecież nie wszyscy od razu wychodzą na ulicę i robią z siebie durniów. Ja na przykład uważam, że większość polskich dziennikarzy chleje, a mógłbym na palcach jednej ręki (no, powiedzmy, obu) wyliczyć tych, którzy z tego zwariowali, i w dodatku to widać. Z pewnością chleją politycy, chleją artyści, chleją pisarze, a przecież żaden z nich nie wychodzi na ulicę z napisem „Pierdolę nie rodzę”. Nawet młode kobiety tego nie robią. A tu? Proszę. A więc, co to za cholera? Co się tam takiego dzieje?
We najnowszym tekście dla „Warszawskiej Gazety” (swoją drogą, polecam) napisałem, że moim zdaniem „Gazeta Wyborcza”, czy może nawet szerzej – Agora, tworzy wokół siebie stan swoistej zarazy. Że każdy kto się tam na dłużej zatrzyma, musi stracić zmysły. Że to jest trochę tak, jak mieliśmy okazję oglądać sobie w filmie Carpentera „Coś”, czy w późniejszych „Alienach”, gdzie nagle pojawia się to coś, co wgryza się w ludzki organizm i go przeobraża na swoje podobieństwo. I myślę, że to porównanie jest dobre, no i obiekt tego porównania też nie najgorszy. Tyle że jest pewien problem. To jest przecież nie tylko „Gazeta Wyborcza”. W końcu weźmy tego nieszczęsnego Wałęsę. Co on ma wspólnego z Michnikiem, poza tym, ze kiedyś Michnik go hołubił szczerze, a dziś pewnie mniej szczerze? Otóż zapewne jednak coś ma. I nie jest wykluczone, że to coś też ma Blumsztajn i jeszcze paru, po wszystkich stronach sceny. Musi coś być takiego, co ich dotknęło zupełnie niezależnie od atmosfery panującej w redakcji „Wyborczej”. Coś bardzo, ale to bardzo mało ekologicznego. Cóż to może być takiego? Hmmm… Chętnie bym jeszcze tu trochę pogrzebał, a kto wie, czy nie doszedł do jakiś ciekawych konkluzji, ale ponieważ ostatnio czytelnikom tego bloga kompletnie się odechciało komentować, a mi te komentarze są potrzebne jak woda, proszę to potraktować, jako zachętę do uprzejmej aktywności. Jak więc myślicie, co to takiego ich łączy?

Oczywiście przypominam, że tak się fatalnie złożyło, że ja prowadzę ten blog również po to, aby żyć. A zatem, jeśli ktoś lubi i może, to bardzo proszę o wsparcie pod podanym obok numerem konta. No i proszę kupować książkę. Naprawdę jest dobra. Dziękuję.

poniedziałek, 12 marca 2012

Przyszedł pan z maczetą, i chce podziękować za dobrą pracę

Poruszony planami odtworzenia bramy Stoczni Gdańskiej w kształcie znanym nam z czasów schyłkowego Peerelu, nasz kolega Coryllus napisał i zamieścił w Salonie24 niezwykle interesujący tekst, w którym najpierw informuje nas, że oto stało się tak, że artystka Dorota Nieznalska wpadła na pomysł, by na bramie Stoczni powiesić Lenina i że ów pomysł sprzedała miastu Gdańsk, a następnie dzieli się z nami refleksjami, które prowadzą go do bardzo ponurych wniosków związanych z wykorzystywaniem znaków i symboli przez ludzi złych w jeszcze bardziej złych zamiarach. Tekst, jak to się dzieje zwykle z tekstami Coryllusa, jest wart przeczytania, więc, jeśli ktoś potrzebuje mojej zachęty, to szczerze zachęcam. Natomiast ja bym może spróbował do tego co napisał Coryllus wprowadzić drobne uzupełnienia, a przy okazji garść nieco szerszych refleksji.
Otóż, tak jak to zwykle się dzieje w tego typu sytuacjach – i do dyskusji pozostaje to, w jakim stopniu było to działanie zamierzone – przekaz medialny wprowadził nas wszystkich w pewien bardzo poważny błąd, i trzeba przyznać, że uległ mu również sam Coryllus. Chodzi mianowicie o to, że przebieg zdarzeń był zdecydowanie inny, niż się to nam przedstawia, a w rzeczywistości wygląda on następująco. Pewnego dnia Dorota Nieznalska – artystka słusznie znana, a i też odpowiednio i wielokrotnie już, również tutaj, opisana – w ramach kolejnej swojej wystawy, przedstawiła instalację w formie repliki bramy Stoczni Gdańskiej w kształcie, w jakim w trzecim dniu stanu wojennego zostawił ją peerelowski czołg. Po co ona to zrobiła, z jaką myślą, przez jaki typ artystycznej wrażliwości, ani do tego nie dojdziemy, ani dochodzić przecież nie mamy potrzeby, faktem jest natomiast, że ów artystyczny projekt, który nie przedstawia nic poza czymś, co wygląda na połamany stalowy płot, bardzo zainspirował samorządowe władze miasta Gdańsk, które wymyśliły, że właściwie nie byłoby źle, gdyby się za tę dzisiejszą bramę zabrać na poważnie i spróbować ją zrekonstruować w formie, w jakiej ona lśniła jeszcze zanim w nią wjechał tamten czołg. Zlecono więc miejscowemu Zarządowi Dróg i Zieleni, by dalej to oni już pilotowali projekt, no i urzędnicy ZDiZ ogłosili przetarg, w ramach którego wybrano firmę o nazwie Drogomet, która za 68 tys. zł. zgodziła się tamtą bramę odtworzyć.
W międzyczasie, do Nieznalskiej zgłosił się ktoś z gdańskiego samorządu, i pochwalił ją za to, że ona – choćby nawet i niechcąco – w tak piękny sposób przyczyniła się do powstania nowego projektu, zapytał, jak to w ogóle się stało, że ona wpadła na tak fantastyczny artystyczny pomysł, i poprosił ją, by zgodziła się zostać artystycznym doradcą nowego projektu. Nieznalska, jak podaje PAP, wyjaśniła, że ona bardzo solidnie przygotowywała się do stworzenia tego dzieła, i że w ramach tych przygotowań „obejrzała wiele fotografii z początku lat 80. i doszła do wniosku, że brama, przez którą dziś wchodzi się na teren dawnej stoczni, nie jest tą, którą znamy ze zdjęć ze strajków z sierpnia 1980 roku”. Nieznalska z radością propozycję przyjęła i zaproponowała, by oprócz starej bramy, zawiesić na Stoczni metalowy Order Sztandaru Pracy, oraz drugi człon napisu ‘Stocznia Gdańska im. Lenina’”. I to jest właśnie ów wspomniany najpierw przez media, a następnie przez Coryllusa – Lenin.
I teraz dopiero zaczęły się dziać rzeczy, o których wprawdzie i PAP informował, ale na tle tego Lenina, jakoś się do szerszej świadomości nie przebiły. Oto sprawą zainteresowali się konserwatorzy zabytków na poziomie zarówno miasta jak i województwa, pochwalili pomysł i zwrócili się do Nieznalskiej o konsultacje. Nieznalska się z panami spotkała, i poinformowała, że bardzo by było dobrze, gdyby oprócz tego wszystkiego, co jest planowane, a więc owego orderu i Lenina, nad całością umieścić jeszcze historyczny napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”. Architektom pomysł się bardzo spodobał i do sfinalizowania całej sprawy pozostała tylko jeszcze jedna kwestia – co zrobić z bramą, która stoi tam teraz.? W końcu ona też ma swoją historię i jakoś głupio by było ją tym Peerelem potraktować. Ale, jak twierdzi gdański konserwator zabytków Janusz Tarnacki, wszystko jest na dobrej drodze, bo trwają rozmowy z dyrekcją Europejskiego Centrum Solidarności i być może będzie można im to wrzucić, a oni już zrobią z tym płotem co chcą.
A więc mnie nie bardzo interesuje ten Lenin, choć zgadzam się z Coryllusem, że zostawianie śladów z pewnego punktu widzenia stanowi wręcz podstawową działalność Systemu. Mnie od Lenina i wspomnianego medalu o wiele bardziej poruszył projekt, by tam wstawić to podziękowanie za dobrą pracę. Lenin, order, czapka ormowca, pałka zomowca, czerwona flaga z sierpem i młotem, stara kartka na cukier, odnowiona cyfrowo wersja „Misia”, wystawa zdjęć pt „Mój PRL”, to wszystko oczywiście ma swoje miejsce w tym nieszczęściu, którego jesteśmy udziałowcami, natomiast wszyscy wiemy, że za tym wszystkim stoi bardzo naturalny i nie opuszczający wielu z nas sentyment za czasami naszej młodości i za tą, jak by nie patrzeć, beztroską, która sprowadzała się często do myśli, że cokolwiek się nie zdarzy, na święta i tak zawsze ta ryba będzie. A więc nawet jeśli z uśmiechem wspominamy sobie tamte historie, oglądamy tamte zdjęcia, żartujemy z tamtych czasów i ludzi, którzy nas wówczas niszczyli, jest w tym wciąż jakaś powaga. Jest śmiech, ale i obok ta powaga. No i z całą pewnością nie ma w tym już żadnego szyderstwa. Tymczasem tu się pojawia ten napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”.
Pisałem poprzednio o tych niby-bankach, które wprawdzie bankami nie są, i od bycia bankami się bardzo starannie odżegnują, natomiast robią wrażenie organizacji, których jedynym zadaniem jest to, by po tym, co z nami zrobiły banki prawdziwe – posprzątać. Wyłapać tych wszystkich, którzy z punktu widzenia oficjalnego systemu bankowego nadają się już tylko na przemielenia, i proces ów skutecznie przeprowadzić. Co mam na myśli, wydaje mi się że doskonale prezentuje okno wystawowe znajdującej się nieopodal punktu. Otóż punkt ów nosi nazwę „Parkmar Inkaso” i, jak informuje szyld, oferuje coś co się nazywa „niebankowe chwilówki”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, albo potrzebował czegoś więcej, niż drobne na życie, została do tego dołączona informacja ze szczegółami. Otóż oprócz „niebankowych chwilówek”, mamy jeszcze:
1.niebankowe bez bik-u
2.emeryci i renciści (bez ograniczenia wieku)
3.wypłata natychmiast
4.od 300 zł. (bez ograniczenia kwotowego)
5.zwrot części poniesionych kosztów pożyczki
6.bezpłatny dowóz klienta do siedziby firmy
Z tego wyliczenia zainteresowało mnie, pomijając ów jakiś zwrot poniesionych kosztów pożyczki, czego zwyczajnie nie rozumiem, właściwie wszystko. Mianowicie przede wszystkim informacja o „niebankowym” systemie kredytowania, następnie o obsłudze klientów znajdujących się na listach BIK-u, i to niezależnie od wieku, dalej o braku owych „ograniczeń kwotowych” i wreszcie o tym, że oni dowożą klienta za darmo pod „siedzibę firmy”. Proszę popatrzeć, co się tutaj dzieje. Firma „Parkmar Inkaso” kieruje swoją ofertę – przypominam, ofertę w wysokości dowolnej – do osób, które figurują w bazie bikowskiej, jako ci, którym pożyczać nie wolno, bo są już tak zapożyczeni, że zwyczajnie nie mają z czego oddawać, oraz do tych, którzy są już tak starzy, że ich trzeba przywieźć na miejsce, a więc, jak się domyślam, nie tyle chodzi tu o nich, co o ich dzieci i wnuki – również zapewne na czarnych listach BIK-u. A więc, krótko mówiąc do tych wszystkich z nas, których jedyne na co stać, to wziąć za łeb jakiegoś swojego półprzytomnego ojca, matkę, czy dziadka, powiedzieć im, że jedziemy „do inkasa”, do tego „inkasa” ich zaciągnąć, i ich tam posadzić, by nam pożyczyli, ile się da. A wszystko z ową podstawową obietnicą, że „nie jesteśmy bankiem”.
Bardzo bym chciał zostać właściwie zrozumiany. Z jedynego dostępnego mi punktu widzenia, to co się tu odbywa, nie różni się niczym od – chyba każdy przyzna, że wręcz absurdalnej – sytuacji, kiedy to pojawia się oferta podobna do tej, jaką w filmie pt. „Odważny” (marnym zresztą jak cholera) Johnny Depp otrzymuje od Marlona Brando, że skoro ten nie jest w stanie utrzymać rodziny i nic nie wskazuje na to, że kiedyś mu się odmieni, to on im zapewni byt, pod warunkiem, że Depp da mu się w najbardziej okrutny i ponury sposób zadręczyć na śmierć. Mamy biały dzień, centrum miasta, wokół chodzą żywi ludzie, w pobliżu Urząd Skarbowy, naprzeciwko posterunek policji, nieopodal kościół, idzie wiosna, słychać, że w przyszły weekend będzie bardzo ładnie i ciepło, a tu ktoś proponuje, by, jeśli ktoś już ma najgorzej – po prostu najgorzej – wpadł, a oni się już dalej o wszystko zatroszczą. I proszę ewentualnych mądrali, żeby się dobrze zastanowili zanim zaczną się popisywać znajomością fraz typu „Każdy jest panem własnego losu” i temu podobnych. Bo to akurat wszyscy świetnie wiemy. Tu chodzi o coś zupełnie innego. I wcale nie o ten akurat, diabli wiedzą co za jeden, punkt. Bo to jest już kwestia Systemu.
Nasz kolega orjan w jednym z komentarzy pod wspomnianą wcześniej notką zasugerował, że to z czym mamy do czynienia, to swego rodzaju zmowa, a ja dopowiedziałem, że to faktycznie może wyglądać tak, że banki wykonują robotę podstawową, podczas gdy te biura pożyczkowe już ją tylko ostatecznie kończą. A myśl ta jest już tak straszna, że nie bardzo nawet wiadomo, jak dalej gadać. Bo wszyscy jeszcze pamiętamy, jak stosunkowo niedawno, bo zaledwie 20 lat temu, większości z nas żadne kredyty nie były potrzebne. Oczywiście, jeśli ktoś prowadził jakieś poważne biznesy, albo chciał coś kupić na raty, a uznał, że tak mu będzie wygodniej, to coś tam spłacał, jednak generalnie człowiek pracował i za to co zarobił jakoś żył. I wręcz niepostrzeżenie zaczęły powstawać te banki, oferować swój towar, i człowiek najpierw doszedł do wniosku, że jednak bez niego się nie obejdzie, a potem, że bez niego można równie dobrze się spakować. Pracował więc coraz bardziej, i coraz dłużej i coraz bardziej, i coraz dłużej i dłużej, i coraz częściej widział, że to wciąż za mało. I ta sytuacja w istocie zaczyna dziś wyglądać tak, że skoro już trzeba założyć, że istnieje tu wspomniana zmowa, to skoro tak, to pozostaje już tylko się zastanowić, co jest na końcu owej zmowy. I wtedy każda odpowiedź jest dobra.
I to są właśnie moje refleksje na okoliczność projektu artystycznego Doroty Nieznalskiej, zamówionego przez polskie państwo na okoliczność przebudowy bramy Stoczni Gdańskiej, a zatytułowanego „Dziękujemy za dobrą pracę”. Właśnie tak. Bo ten Lenin to głupstwo i bzdura. Jestem pewien, że tęsknota ze Peerelem, za jego atmosferą i urokiem, to dokładnie ta sama strona monety, którą miały okazje trzymać w dłoni społeczeństwa Zachodu, kiedy do władzy doszli niegdysiejsi hippisi i dzieci kwiaty, bohaterowie owej eksplozji rozpasania roku 1968, i przypomnieli sobie, jacy oni byli wówczas piękni. Ten sam obłęd i tę samą tęsknotę widać w oczach tych naszych dzisiejszych, już odpowiednio utytych i posiwiałych bohaterów tamtej walki. Oni bardzo by chcieli, żeby to wszystko wróciło i żeby oni w tym wszystkim znów mogli się poczuć bohaterami, tyle że już bohaterami prawdziwymi, z oficjalnym glejtem. I robią wszystko, żeby ten ich Peerel wrócił. I niewykluczone, że jeśli ich jakimś cudem nie powstrzymamy, wróci. Niemal taki sam. Z tym swoim kłamstwem, z tą nędzą, tą beznadzieją, i tylko jednego zabraknie – owego poczucia bezpieczeństwa. Tej pewności, że cokolwiek się stanie, to jakoś to wytrzymamy. I że na święta ryba będzie. No i że w domu będzie święciło światło, z kranu będzie płynęła ciepła woda, i kaloryfer będzie grzał.
Więc tego akurat zabraknie, ale reszta zostanie taka sama. A nad tym wszystkim będzie oczywiście widniał ten szyderczy napis: „Dziękujemy za dobrą pracę”.
Jeśli komuś te słowa prawdy się na coś przydały, bardzo proszę wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. No i proszę kupować książkę. Wszystkie namiary są na tym blogu. Dziękuję.

sobota, 10 marca 2012

I jeszcze krok bliżej

Myślę, że niektórzy z nas jeszcze pamiętają, jak jakiś czas temu, pisząc po raz nie wiem który, o tym co i z jak bezkarną perfidią robią z nami banki, przedstawiłem pewne wyliczenie, z którego wynikało, że w mojej okolicy właściwie poza bankami nie ma już nic. Oczywiście, jak zwykle, była to pewna przesada, bo przecież oprócz banków, są też i inne punkty świadczące nam odpowiednie usługi. A więc mamy dwie „Żabki”, dwa sklepy mięsne, dwie restauracje, parę aptek, punkt fryzjerski, no i parę kiosków z gazetami. Poza tym, jest też niemal tuż obok targ warzywno-spożywczy i naprawdę fantastyczny mini-market o nazwie „Simply”.
Kiedy zastanawiam się, czy od czasu, jak ostatnio liczyłem banki, coś się w tej kwestii zmieniło, wydało mi się, że tak, choć już może niekoniecznie na poziomie samych banków. Jak idzie o nie akurat, to owszem, coś tam nowego otwarto i teraz mamy ich już pod samym nosem okrągły tuzin, nie licząc dwóch „Skoków”. Natomiast to co zdecydowanie się już rzuca w oczy, to fakt, że przede wszystkim system organizacji naszej domowych budżetów przesunął się z instytucji mniej lub bardziej oficjalnych na punkty istniejące pozornie tylko na nalepionych na elewacjach kamienic ogłoszeniach, a ograniczających się do informacji, że nie jesteśmy bankiem i że numer telefonu jest taki i taki.
I myślę sobie, że to jest szalenie ciekawe, że właściciele tych firm, które oferują nam owe finansowe wsparcie, z taką otwartością zapewniają nas, że nie są bankami. Wygląda to trochę tak, jakby w międzyczasie słowo bank stało się słowem wulgarnym. Trochę tak, jak bym ja, powiedzmy, oferował usługi w zakresie nauczania języka angielskiego i podstawową informacją byłaby ta, że ja nie jestem broń Boże nauczycielem. Lub może bardziej adekwatnie, gdyby jakaś dziewczyna ustawiła się przy drodze, a obok postawiła tabliczkę z napisem informującym, że ona w żadnym wypadku nie jest kurwą.
Ale jest tu jeszcze coś znacznie bardziej intrygującego. Ja oczywiście mam bardzo poważne postanowienie, by już do końca swojego życia nie wziąć od nikogo jakiegokolwiek kredytu, natomiast nawet gdybym miał przez to już tylko zgnić pod płotem, nie poszedłbym po pieniądze do któregoś z tych zapewne łysych, wytatuowanych od stóp do głów, z kolczykami w nosach byków. A to z tej prostej przyczyny, że ludzie z windykacji takiego Eurobanku jedyne co mi mogą zrobić, to mnie pod ten płot za drobną opłatą podrzucić, natomiast zanim to zrobią, raczej nie poobcinają mi palców. Tymczasem wygląda na to, że oto właśnie nastroje społeczne poszły w tę stronę, że już nawet ten byk z nożem gwarantuje niektórym z nas większy spokój. Czyżbym więc czegoś nie wiedział?
Podczas swojego wystąpienia w Katowicach, o którym też swego czasu miałem przyjemność tu pisać, Zyta Gilowska w bardzo obrazowy sposób przekazała nam informację o stanie zadłużenia, jakie aktualnie przypada w Polsce na jednego obywatela. Z tym, że do tych 800 miliardów, dodała jeszcze przy tym wszystko to – prawdopodobnie po to, by nas nie za bardzo przestraszyć, bez odpowiednich szczegółów – cośmy mieli okazję przez minione lata włożyć sobie na głowy w ramach udzielanych nam zwanych kredytów konsumpcyjnych. I, kiedy próbuję dziś dojść do tego, o co chodzi z tym wysypem ofert pod hasłem „nie jesteśmy bankiem”, czy „ostatnia deska ratunku”, wspominam sobie tamto wystąpienie prof. Gilowskiej, i zastanawiam się, czy przypadkiem może nie tu leży właśnie odpowiedź? Myślę jednak, że tu jest jeszcze coś, i że aby to coś dostrzec, musimy zrobić kolejny krok. Jeszcze jeden krok zarówno poza te banki i też poza te wszystkie firmy. Myślę że przydałoby się nam zajrzeć do Łodzi, Wałbrzycha, czy może tu bliżej na Śląsk, do Szopienic choćby.
Otóż tak się składa, że ja do niedawna jeszcze, parę razy w tygodniu, jeździłem do wspomnianych Szopienic, gdzie prowadziłem kurs dla bardzo ważnych i eleganckich pracowników bardzo ważnej i eleganckiej instytucji. I tak jak kiedyś liczyłem te banki na pobliskim kwartale, tak samo zrobiłem z szopienickim rynkiem, i policzyłem, co się tam, i w jakiej ilości, znajduje. Otóż tam, przy szopienickim rynku, znajdują się dwa banki, dwie apteki, jedna piekarnia, jedna „Żabka”, jeden punkt produkcji i sprzedaży kebabu, dwie budki „Ruchu” i jedna „Biedronka” i aż cztery sklepy mięsne. Co ciekawe, nie zauważyłem tzw. „starej szmaty”. Natomiast stoi też jeszcze przy rynku w Szopienicach kościół. Przez ostatnie miesiące bywałem tam stosunkowo często, a że głównie rano, to praktycznie ile razy tamtędy przechodziłem, nie mogłem nie zauważyć stojącego przed kościołem karawanu, podczas gdy w środku odbywało się nabożeństwo pogrzebowe. A więc, wiele wskazuje na to, że Szopienice to taka wioska, gdzie niemal każdego dnia ktoś tam umiera. Kilka razy udało mi się nawet zobaczyć, jak z kościoła wyrusza uroczysty, pogrzebowy orszak. Piękne są te śląskie pogrzeby!
Skoro już mowa o pogrzebach, trochę dalej od rynku jest ogrodzenie z siatki, na tej siatce wisi szalik Ruchu Chorzów i kwiaty, pod siatką palą się świeczki, a pomiędzy tymi kwiatami i świeczkami jest klepsydra z nazwiskiem jakiegoś dwudziestolatka. Pytałem moich uczniów, w jakiej sprawie ta dekoracja, a oni mi powiedzieli, że któregoś dnia chodnikiem szli jacyś miejscowi kibole, podczas gdy drogą jakiś pijany prowadził samochód. No i tak się nieszczęśliwie stało, że samochód wyjechał na chodnik i jednego z tych kiboli zabił, więc jego koledzy zorganizowali mu tę wystawę.
Moje miasto, miasto w którym mieszkam, stanowi część wielkiej aglomeracji, i oprócz Szopienic mamy tu jeszcze inne fascynujące miejsca, takie jak Chorzów, Zabrze, Bytom, Gliwice, Świętochłowice, Siemianowice… Można by wymieniać. No ale właśnie – Siemianowice i Świętochłowice. Otóż niedawno miałem okazję też rozmawiać z pewnym policjantem, którego uczę angielskiego, i który akurat pracuje w Siemianowicach jako tzw. CSI, po polsku „technik policyjny”. No i w pewnym momencie musiało się tak stać, że zeszliśmy na tematy zawodowe. No i opowiedział mi mój uczeń-policjant o swojej rozmowie z pewnym kolegą, który kiedyś pracował w Siemianowicach, ale dziś rzuciło go do Świętochłowic. Rozmawiali więc sobie panowie o ogólnej sytuacji na mieście, i „mój” gliniarz spytał tego swojego kolegę gliniarza, czy w Świętochłowicach jest też tak ciężko jak w Siemianowicach? No i tamten mu powiedział, że tam jest prawie tak samo. Z tą może różnicą, że jak idzie o mieszkańców Siemianowic, oni jeszcze mają za co pić.
No i jak? Wciąż o jeden krok z tyłu, Redaktorze. Wciąż ten jeden pieprzony krok z tyłu. Prawda, Redaktorze?

No a my staramy się jakoś w tym poruszać. Jeśli komuś się te teksty wciąż podobają, bardzo proszę o ewentualne wpłaty na podany obok numer konta. No i przypominam o książce, która jest do kupienia tuż obok w księgarni Coryllusa, ale też w Poznaniu u Ojców Karmelitów, czy w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3 maja. Dziękuję.

piątek, 9 marca 2012

Idą na nas z nożami

W jednym z niedawnych wpisów zwróciłem uwagę na pewną, obserwowaną już od wielu lat, tendencję, sprowadzającą się do propagandowego obniżania znaczenia polskiego państwa. We wspomnianym wymiarze propagandowym, polega ona na uporczywym wmawianiu nam Polakom, że tak naprawdę państwo jest bytem w najlepszym wypadku bezużytecznym, a w rzeczywistości wręcz szkodliwym, i że wszystko dobre, co się w Polsce dzieje, dzieje się na szczeblu lokalnym. Jak idzie o natomiast o praktykę, sprowadza się ona przede wszystkim do tego, że polityka budżetowa rządu stopniowo i bardzo konsekwentnie prowadzi polskie państwo do bankructwa.
Kto czyta gazety, ogląda telewizję i śledzi wystapienia ludzi związanych bezpośrednio z władzą, wie świetnie, jak ta propaganda wygląda. Ale przecież nie trzeba w ogóle nic czytać, ani nasłuchiwać tego szumu, by widzieć świetnie, co się dzieje. Służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, transport, szkoła, uniwersytety, kultura, tak zwane narodowe dziedzictwo – to wszystko powoli umiera i wszystko wskazuje na to, że nikomu już nie zależy, by ten proces cofnąć, czy choćby tylko powstrzymać. I na każdym kroku słychać tę czarną gadkę, że kiedy cała władza zostanie skutecznie przesunięta na poziom lokalny, no i tam wszystko już zostanie sprywatyzowane, wtedy dopiero poczujemy cały splendor cywilizowanego świata.
Pisałem o tym dopiero co, przy okazji kolejnej katastrofy kolejowej, i nie mam powodu, by się tu powtarzać. Nie mam też ochoty wskazywać na to, w jak wyrachowany, a jednocześnie żenująco prymitywny sposób władza próbuje zrzucić winę na ludzi operujących na szczeblu lokalnym, którzy wciąż nie chcą zrozumieć, że tak naprawdę wszystko od nich zależy. Że nie mogą wciąż liczyć na państwo, bo państwo nie jest w stanie się zajmować ich brakiem odpowiedzialności i kompetencji. Bo państwo powoli przekazuje swoje uprawnienia ludziom. Świadomym swego miejsca postępowym obywatelom w postępowej Europie. Co chciałem powiedzieć, to powiedziałem, a resztę, mam smutną nadzieję, doskonale widać i bez mojej pomocy.
Trafiłem dziś jednak na coś, co nawet mną wstrząsnęło, bo nagle zrozumiałem, że ten cały projekt to jednak najczystszej wody komunizm, dokładnie taki jak go pamiętamy sprzed ponad dwudziestu lat. Że oczywiście na poziomie praktycznym wprawdzie nie ma już tych sekretarzy, tych brygad robotniczo-chłopskich pilnujących, by wszystko szło zgodnie z planem, a nad tym owej propagandowej gadki o pracującym ludzie miast i wsi, o tym obowiązku wytężonej pracy każdego z nas, natomiast jest coś, co w gruncie rzeczy, dokładnie słowo w słowo, powtarza tamten zamysł, tyle że w wymiarze że tak powiem poetyckim. A to właśnie sprawia, że można nabrać podejrzeń, że jeśli oni będą chcieli nas zniszczyć, to wyłącznie przy pomocy tamtego języka, a więc też i tamtego, świetnie już sprawdzonego sposobu.
Na internetowej stronie TVN24 pojawił się mianowicie najpierw tytuł „Ona pierwsza wezwała ratowników i policję”, niżej podtytuł: „Za sołtys Chałupek stoi cała wieś”, a jeszcze niżej coś, co przez to, że wydawać by się mogło już tylko dawnym peerelowskim koszmarem, autentycznie i dziś straszy. Nie śmieszy. Straszy. Oto całość:
„To ona pierwsza zaalarmowała ratowników, pierwsza wykonała telefon na policję. Potem z sąsiadami i mieszkańcami pobiegła, by ratować ludzi na miejscu kolejowej tragedii pod Szczekocinami. Anna Kwiecień, sołtys Chałupek rządząca od roku, ciągle ma jednak wrażenie, że nie zrobiła wszystkiego, co mogła. - Przewija mi się film i mam wrażenie, że można było zrobić jeszcze więcej - przyznaje, choć mieszkańcy wsi mówią o niej same dobre rzeczy.
Okno domu Anny Kwiecień wychodzi wprost na tory kolejowe. Sołtys zobaczyła więc sekundy po katastrofie wszystko to, co stało się w efekcie zderzenia dwóch pociągów jadących Centralną Magistralą Kolejową. Chwyciła za słuchawkę i po telefonie na policję, od razu ‘skrzyknęła’ mieszkańców.
O tym, że sołtysowa ma ‘głowę na karku’ od dawna wiedzą mieszkańcy Chałupek. - Ona mądrze myśli, to równa dziewczyna - mówi jeden z nich, a burmistrz Szczekocin, Krzysztof Dobrzyniewicz dodaje: - Bardzo charyzmatyczna. To kobieta, która docenia też to, co się dzieje wokół niej.
Sama Kwiecień przyznaje, że czasami poza samą wsią jest jej trudno, bo bywa, że w regionie się śmieją z kobiety rządzącej we wsi, ale wszyscy w okolicy doceniają jej wysiłki. Ostatnio sami załatali na jej prośbę lokalną drogę. Tę samą, po której na miejsce wypadku kolejowego jechały karetki pogotowia, straż pożarna, a także prezydent i premier.
- Mam nadzieję, że zbyt wygodnie im się nie jechało. Może pomyślą, że warto nam pomóc w wyremontowaniu tej drogi - kwituje Anna Kwiecień”
A ja się już tylko zastanawiam, kto ten tekst pisał? Czy może jakiś młody dziennikarz zatrudniony na godziny przez ITI, którego twarzy i nazwiska nie znamy? Czy może któryś z tych tefauenowskich reporterów, których mamy od czasu do czasu okazję oglądać na ekranach naszych telewizorów, jak stoją z tymi swoimi mikrofonami i coś tam do nas dukają? A może oni mają jakichś umyślnych absolwentów polonistyki, którzy piszą te teksty od tak, od ręki, na zamówienie z dnia na dzień? Nie sądzę. Żeby coś takiego napisać, trzeba mieć doświadczenie, którego się nie wynosi nawet ze studiów na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Te wszystkie: „pobiegła by ratować”, „mieszkańcy wsi mówią o niej same dobre rzeczy”, „chwyciła za słuchawkę”, „skrzyknęła sąsiadów”, „sołtysowa ma głowę na karku”, „to równa dziewczyna”, „w regionie się śmieją z kobiety rządzącej we wsi”, „ostatnio sami załatali lokalną drogę” – przecież tego się nie można nauczyć. To trzeba znać z autopsji. Żeby ten język umieć sparodiować, trzeba mieć swoje lata. A żeby go chcieć parodiować, trzeba być kimś bardzo, ale to bardzo cynicznym. A więc nie mam żadnych wątpliwości, że oni przede wszystkim to robią specjalnie, i że tym się zajmują jacyś lepsi państwo. Kto? Diabli wiedzą. Mógłbym pomyśleć, że Miecugow, albo Sianecki, ale oni chyba są jednak za ważni. Z drugiej strony, taki Knapik na przykład jest za młody. On nawet gdyby umiał odpowiednio rozpoznać wspominane tu niedawno minimum paremiologiczne, a pewnie jednak nie umie, też by sam napisać czegoś takiego nie dalby rady. Ewentualnie musiałby mu pomagać ojciec.
I chodzi mi już tylko po głowie Jacek Pałasiński. Wprawdzie ostatnio mało oglądam telewizję, i mogłem cos przegapić, ale mam wrażenie, że on się dziwnie stracił. A więc musiał zaliczyć jakąś wpadkę i został odsunięty. I ja bym się nie zdziwił, jakby w dowód uznania za wszystko, co przez całe lata zrobił dla Systemu, oni mu przynajmniej pozwolili redagować tego typu teksty. Ale, jak mówię, nie wiem. Natomiast jestem pewien podziwu i proponuję, byśmy jednak nie spuszczali z nich oczu. Bo oni się za nas z całą pewnością postanowili wziąć od bardzo niebezpiecznej strony. Dopiero co Janusz Palikot powiedział, że nie potrzebujemy Matki Boskiej, lecz więcej seksu. Dokładnie tak. Rzecz w tym, że czegoś takiego nawet nie pamięta wspomniany Miecugow, a z kolei nasi biskupi wpadli już w kompletny letarg. Myślę że idzie już normalnie na noże. Ci z nas co wiedzą, wiedzą też, o czym mówię.

Wprawdzie ostatnio na tym blogu zrobiła się taka atmosfera, że ja nie bardzo wiem, z kim mam dziś przyjemność. Niemniej jednak – czy mam jakieś inne wyjście? – zakładam, że jest tak jak było dotychczas. Że nic się nie zmieniło. A więc dziękuję wszystkim za dotychczasową solidarność i proszę o pamięć. Obok jest ten numer konta. Kto uważa, że warto, proszę, niech łaskawie wspiera ten blog. Kto wciąż nie ma książki, albo zna kogoś kto nie ma, serdecznie polecam. Jest do kupienia tuż obok. Jeszcze raz dziękuję.

czwartek, 8 marca 2012

Bardzo lekki felieton na Dzień Kobiet

Może niektórzy, ci starsi z nas, pamiętają, jak kiedyś, jeszcze w okresie prawdziwego – a nie tego owsiakowego ersatzu – Woodstocku, święciła tryumfy piosenka zespołu Ten Years After zatytułowana „Going Home”. I stało się któregoś dnia tak, że jeden z radiowych prezenterów – mógł to być Marek Niedźwiecki, albo któryś z jego ówczesnych kolegów – zapowiedział tę piosenkę w następujący sposób: „A teraz Ten Years After i słynny ‘Ruszający się dom’”.
Ja oczywiście mogę brać pod uwagę, że to był żart. W tym wypadku bardzo dobry. Jednak, uwzględniając to co wówczas się działo na poziomie tytułów piosenek i tego, jak one były w „Trójce” standardowo tłumaczone, obawiam się, że niekoniecznie. Że ten ktoś autentycznie pomyślał, że „Going Home” powinno zostać przetłumaczone, jako „Ruszający się dom”, no i powiedział co powiedział. Ponieważ wiem, że są tu osoby, które języka nie znają, albo znają go słabo, wyjaśnię o co chodzi. Otóż, to co dość powszechnie znane jest jako doczepiony do czasownika przyrostek „-ing”, pozwala nam uzyskać dwie, a może nawet i trzy, formy gramatyczne. Pierwsza, to tzw. imiesłów czynny, druga, to, znów tak zwane, gerundium, no i ewentualnie coś, co można by było nazwać imiesłowem przymiotnikowym. A zatem, jak idzie o wspomniane „going home”, można by je było przetłumaczyć na trzy sposoby, jako mianowicie „idąc do domu”, ewentualnie „droga do domu”, i wreszcie ów kompletnie niedorzeczny „ruszający się dom”.
Problem tego „-ing” pojawił się na tym blogu raz, zupełnie przypadkiem, trochę z powodu pewnego mojego kaprysu, a trochę przez to, że wokół zawsze się kreci pełno mądrali, którym się wydaje, że zjedli wszystkie rozumy, i muszą się tym swoim odkryciem wszędzie i wciąż chwalić. Poszło o to, że ja w pewnym momencie, przy jakiejś zapewne kompletnie nie związanej z tematem okazji, wspomniałem coś o gatunku rozrywkowym, po angielsku zwanym „stand up comedy”, ale przyszło mi do głowy określić go nie przy pomocy formy „stand up”, lecz formy gerundialnej „standing up”. Czemu? Bo tak. Zwyczajnie. Tak mi się spodobało. I na to zjawił się sam mistrz profesor Sadurski i mnie wyśmiał, że ze mnie jest dupa, a nie anglista, bo każdy wie, że „standing up comedy” to znaczy „wstająca komedia”, co – powinienem wiedzieć – nie ma sensu. Odpowiedziałem Sadurskiemu, że się myli, i na tym się wszystko w tym temacie skończyło.
Dziś przypomniałem sobie o tym komediancie, o tych komediantach, i o wielkim Ten Years After, przy okazji zdarzenia, wbrew pozorom, zupełnie odległego i bez jakichkolwiek związków i podobieństw do tego, o czym tu piszę. Ale znów muszę zrobić pewien wstęp. Otóż moje dzieci mają kompletnego fioła na punkcie współczesnego popu – o którym oczywiście, one nie mówią „pop”, lecz „rock” – muzycznych festiwali i takich tam. W związku z tym swoim fiołem, one wciąż słuchają jakichś współczesnych, mnie osobiście kompletnie nieznanych, artystów, a przez to, że i ja sam słucham dużo muzyki, a z moimi dziećmi staram się utrzymywać stały, nie tylko wzrokowy, kontakt, one co chwilę do mnie przychodzą i zachęcają mnie, bym sobie posłuchał czegoś „absolutnie fantastycznego”. Czegoś tym razem „najlepszego”. No i robią to, mimo że z samego doświadczenia powinny wiedzieć, że ja się tym czymś nawet nie zainteresuję. Że to coś nawet nie to, że mi się nie spodoba, ale zwyczajnie spłynie po mnie jak po kaczce. Że to coś będzie dla mnie zaledwie jeszcze jedną piosenką, jeszcze jednego artysty, ani lepszą, ani gorszą od tego, co słyszałem poprzednio. Bo tak to już jakoś jest, że tego wszystkiego zrobiło się ostatnio tak okropnie dużo, i to wszystko jest tak okropnie wtórne i przy tym takie samo, że, gdyby nie fakt, że któremuś z moich dzieci się to nagle spodobało, ja bym tego czegoś nawet nie zauważył. Mam wrażenie, że z jakiegoś nie do końca przez mnie zbadanego powodu, współczesny rynek muzyki popularnej osiągnął poziom, gdzie każdy kolejny klip z piosenką jest lepszy od tej piosenki. To akurat muszę przyznać. Pojawia się jakiś kompletny debiutant, wyciągnięty z tego śmietniska o nazwie „współczesna scena pop”, jak królik z kapelusza, prezentuje coś co nie jest ani ciekawie zaśpiewane, ani nie ma oryginalnej melodii, natomiast od razu widać, że udało mu się znaleźć kogoś, kto mu do tej piosenki nakręcił naprawdę interesujący, czasem wręcz fascynujący klip. A więc sytuacja zrobiła się całkowicie odwrotna w stosunku do tego, co mieliśmy kiedyś. Klipy w moich czasach były raz lepsze, raz gorsze, ale te lepsze niemal nigdy nie były lepsze od piosenki, którą miały promować. Weźmy „Losing My Religion” REM. Oni do tego zrobili przecudowny teledysk, jednak on nie jest lepszy od samej piosenki. Dziś wychodzi na to, że gdyby nie te klipy, pies z kulawą nogą tego by nie chciał słuchać, i zostawałoby tylko owo Ten Years After, Doorsi, Hendrix, Led Zeppelin, jakieś stare punki, PIL, Sonic Youth, Pearl Jam, Nirvana, czy The Smiths, REM, Radiohead, no i może jeszcze coś, o czym akurat zapomniałem. No i oczywiście czarni.
Właśnie – czarni. Oto temat. Przyszedł mianowicie dziś rano do mnie mój syn i zaczął tradycyjnie; „Tatusiu, muszę ci coś puścić. To jest tak dobre, że jak wczoraj tego posłuchałem, to nie potrafiłem zasnąć”. Odpowiedziałem mu też tradycyjnie, żeby mi dał spokój, bo dobrze wie, jak to się skończy. Że ja bez słuchania wiem, co mnie czeka. Na to on, że nie, że to naprawdę jest coś specjalnego, że i ten klip i ta piosenka są naprawdę przejmujące. I że to śpiewa jedna czarna… I w tym momencie, nie wiem, co mnie tknęło, ale pomyślałem sobie – chyba pierwszy raz w życiu tak intensywnie – że skoro czarna, to to coś musi być lepsze niż wszystko inne, co on mi normalnie proponuje. Dlaczego? No właśnie dlatego, że skoro czarne, to nie może być byle jakie,. Bo gdyby było czarne i byle jakie, biali właściciele przemysłu rozrywkowego nie daliby temu czemuś nawet pierwszej szansy. Skąd ja to wiem? Oczywiście, tak jak to jest zawsze, głównie z doświadczenia, ale też z pewnych bardzo świeżych przeczuć. I trochę jeszcze z czegoś. Mianowicie z moich ostatnich kontaktów z naszym kolegą redpillem, który chyba ma tu bardzo konkretne i dość radykalne przemyślenia, które robią na mnie pewne wrażenie.
I teraz wrócę do mojego ulubionego „standing up show”. Miałem jakiś czas temu okazję obejrzeć sobie występ czarnego amerykańskiego aktora nazwiskiem Chris Rock i byłem zachwycony pod każdym względem. Przede wszystkim, wrażenie na mnie zrobiło to, że program o którym mówię był sfilmowany w taki sposób, że on stanowi całość złożoną z fragmentów trzech różnych występów, w trzech różnych miejscach. Chodzi o to, że to wyglądało jak jeden występ, podczas gdy nagle okazywało się, że ponieważ Chris Rock w jednej sekundzie jest inaczej ubrany i na innej scenie, musiało dojść do montażu, którego jednak nie daje się zauważyć. A zatem, że jego maestria jest tak wielka, że on każde słowo, każdy gest, każdy ruch ma dopracowany do tego stopnia, że nie ma mowy o jakimkolwiek przypadku. On chodzi po tej scenie tam i z powrotem, przedstawia tę swoją gadkę, i nie ma takiej możliwości, żeby tam doszło do jakiejkolwiek improwizacji. A to z kolei świadczy o tym, jak bardzo to wszystko jest starannie i precyzyjnie przygotowane. Jak bardzo to jest robione tak, by było zawsze najlepsze. I żeby ci, którzy za to płacą, wiedzieli, że to będzie najlepsze. A nasz Cezary Pazura myśli, że to jest takie dobre, bo oni mogą bezkarnie używać słowa „kurwa”, podczas gdy on się musi ograniczać!
Otóż w pewnym momencie Chris Rock opowiada taką anegdotę. Jak wiadomo, jest on bardzo popularnym, czarnym i niezwykle bogatym aktorem. I choćby przez to, że, jak sam opowiada, raz zdarzyło mu się prowadzić rozdanie Oscarów, ma kupę pieniędzy i mieszka w bardzo drogim domu, w bardzo bogatej dzielnicy dla bogatych ludzi. Mówi dalej Chris Rock, że wśród tych wszystkich bogatych ludzi, jest zaledwie czterech czarnych, a więc on – wiadomo, Eddie Murphy – jeden z największych komediowych aktorów w historii kina, Mary J. Blige – jedna z najwybitniejszych piosenkarek r&b, i Jay-Z – słynny rapper. I jest też tak, że sąsiadem Chrisa Rocka okazuje się być biały dentysta. Chris Rock słusznie zauważa, że ów dentysta nie jest największym dentystą na świecie. Nie jest nawet członkiem stowarzyszenia grupującego najwybitniejszych dentystów. Jest po prostu dentystą. I pyta dowcipnie Chris Rock: Co by musiał zrobić czarny dentysta, żeby zamieszkać w tej dzielnicy? I odpowiada: Pewnie wymyślić zęby.
Oczywiście zdaję sobie, że to jest trochę demagogiczne. No bo prawdopodobnie jednak bogatych czarnych dentystów też jest w Stanach, i w ogóle na świecie, dość dużo. I to wcale nie jakoś szczególnie wybitnych. No ale, jak wiemy, żart ma swoje prawa, a poza tym mam bardzo mocne wrażenie, że nawet jeśli ci czarni dentyści, którzy nie wynaleźli zębów, mają wille za miliony dolarów, to i tak są statystycznie znacznie wybitniejsi od swoich białych kolegów. Podobnie jak czarni muzycy, czarni piosenkarze i czarni aktorzy. Mam wrażenie, że czarny, który nie jest na tyle wybitny, by to się rzucało w oczy, ma już na samym starcie mniejsze szanse, niż biały z talentem. Wiem, że to brzmi trochę niebezpiecznie, ale takie też mam własnie wrażenie, kiedy słucham współczesnego popu. Jak mówię, przyszedł mój syn i zaproponował, bym posłuchał tej piosenki na youtubie. I jest rzeczą absolutnie bezdyskusyjną, że ona była lepsza od niemal wszystkiego, co on mi ostatnio puszczał. Ale też kilka dni temu oglądaliśmy w telewizji program BBC zatytułowany „Jools Holland: Later”, gdzie przedstawiane są aktualne gwiazdy światowej muzyki popularnej. I to wszystko było tak beznadziejne, że aż głupio było się męczyć. Z wyjątkiem jednej, kompletnie mi nieznanej, czarnej piosenkarki. Ktoś powie, że czarni są zdolniejsi. Możliwe. Jednak nie sądzę, żeby to stanowiło problem. Gdyby oni byli zdolniejsi, to przede wszystkim od razy byśmy to zobaczyli w proporcjach. Czarnych artystów zwyczajnie byłoby więcej. Tak jak w branży filmowej na przykład więcej jest Żydów. A zatem, nawet jeśli oni i są zdolniejsi, to przede wszystkim nie wydaje mi się bardzo prawdopodobne, by jakakolwiek czarna gwiazda została zaproszona do programu Joolsa Hollanda, gdyby nie gwarantowała, że to co pokaże będzie zupełnie wyjątkowe.
Zapyta mnie ktoś, co mnie to nagle obchodzi? Jaki to jest mój problem, że czarni mają gorsze szanse? Otóż żaden. Los czarnych nie obchodzi mnie bardziej, niż obchodził mnie kiedykolwiek wcześniej. Natomiast jest Dzień Kobiet, a że jak śpiewał John Lennon, kobieta to Murzyn współczesnego świata, pomyślałem sobie, że temat będzie jak znalazł. ALe też bardzo lubię słuchać muzyki i nie podoba mi się, że jest tak, że jeśli chcę mieć pewność, że trafię na coś muzycznie interesującego, to mam zapomnieć o białych muzykach, bo tam akurat doszło ostatnio do kompletnej pauperyzacji. I że wszystko wskazuje na to, że jak idzie o muzykę popularną, niedługo nie będzie już czego słuchać, poza nieśmiertelnym Led Zeppelin i jakimiś czarnymi gwiazdkami jednego przeboju, czy jednego krążka (oczywiście, że jednego, bo rynek ich na dłużej nie wpuści). To po pierwsze. Drugi powód jest już zupełnie niepoważny. Otóż ostatnio napisałem trzy bardzo poważne teksty, na bardzo poważne tematy, które nie wzbudziły większego zainteresowania, więc pomyślałem sobie, że może przyda się zaczerpnąć oddechu i zanurzyć się w czymś całkowicie lekkim, a jednocześnie tak zróżnicowanym, by każdy znalazł coś dla siebie. Mam nadzieję, że mi się udało.
Ale jest jeszcze jedna przyczyna, dla której postanowiłem się tak zabawić. Otóż okazało się, że Rafał Ziemkiewicz faktycznie zrzyna ode mnie te teksty. A ja tylko chce spróbować sprawdzić, czy on bierze tematy jak leci, czy jednak stara się w nich przebierać. Jak w swoim następnym felietonie napisze, że w najnowszym popie jest straszna nędza i tylko można liczyć na Murzynów, już się nie wykręci.

Wiem, że tym razem wielu z nas może uznać, że się nie postarałem, jednak mimo to, proszę o dalsze wspieranie tego bloga i o kupowanie książki o liściu. Oba adresy są tuż obok, na tym blogu, po prawej stronie. Dziękuję. A ta piosenka niech będzie dla Was. Smutna, ale za to naprawdę piękna. Piosenka też.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...