środa, 15 czerwca 2011

I ty zostaniesz mordercą, i ty zostaniesz ofiarą

Zastanawialiśmy się już tu parokrotnie nad tym, jak to się dzieje, że w różnego rodzaju potyczkach telewizyjnych między „nimi” a „nami”, jesteśmy nieustannie skazywani na z to ich jednej strony bezprzykładne, niczym nieograniczone w swojej bezczelności kłamstwo, a z drugiej często naszą tak okropnie irytującą bezradność. Co gorsza, bezradność, która jest bezpośrednim wynikiem nawet nie naturalnego u normalnego człowieka zdumienia tym, co potrafi człowiek na pewnym poziomie upadku, lecz zwykłego lenistwa połączonego z rozbuchanym zadowoleniem z siebie. Ileż to razy któryś z nas, patrząc na popisy tych, którzy we wspomnianych debatach mieli reprezentować nasze interesy, w pozornie nieskomplikowanych sytuacjach, nie byli w stanie skutecznie zareagować na jedno czy drugie kłamstwo. Ileż to razy ktoś z nas słuchał jednej z tych niezwykłych rozmów i jedyne co był w stanie robić, to pytać, czemu w tak oczywiście prostej sytuacji, tak sprytny, wyszczekany i obyty w publicznych wystąpieniach polityk nie umie zareagować krótko i skutecznie.
Jak wielu z nas zdążyło właśnie zauważyć, poruszony irytującym przedłużaniem się dyskusji na temat stanu naszej infrastruktury na rok przed Euro2012, System postanowił wykonać ruch do przodu, i ustami Ryszarda Kalisza ogłosił, że Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro będą pierwszymi w historii polskimi politykami, których naród postawi przed Trybunałem Stanu. Za co? Oczywiście za zabójstwo Barbary Blidy.
Cała akcja została przygotowana niezwykle starannie i równie starannie z każdej strony zabezpieczona. A więc najpierw pojawił się sam Kalisz, który z wyżyn swojego prawniczego autorytetu poinformował obywateli, że śledztwo było długie i żmudne, ale wreszcie można ogłosić jego wyniki i wskazać winnych. Następnie reżimowe media, na tle pięknego, czarnobiałego zdjęcia Barbary Blidy, siedzącej w skromnej kuchni nad książką, przypomniały życie i śmierć tej świętej kobiety. W następnej kolejności, pojawił się syn Barbary Blidy i wyraził satysfakcję z powodu wyników dochodzenia. Po nim przyszli wybitni komunistyczni politycy, tacy jak Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski i na tle innych fotografii, tym razem przedstawiających opuchnięte z nienawiści twarze Kaczyńskiego i Ziobry, wezwali do ostatecznego dokończenia sprawy. W międzyczasie pojawił się sam premier Tusk – jak najbardziej na placu jednej ze swoich rozpapranych budów – i zapewnił, że nikt nie zostanie ukarany bez sprawiedliwych dowodów. No a na sam już koniec, do akcji ruszyli drobni politycy i ważni dziennikarze, i poprosili o zachowanie kultury dyskusji w obliczu tak poważnego wydarzenia jak ludzka śmierć.
Ten zresztą akurat element robi w tym wszystkim wrażenie szczególne. Bo oto, przede wszystkim wykorzystywanie w tego typu debacie argumentu śmierci w rok po smoleńskiej katastrofie, i to przez ludzi w sposób oczywisty za tę śmierć odpowiedzialnych, jest przykładem bezczelności wyjątkowej. Ale jest w tym jeszcze coś ekstra. Mianowicie owa metoda zamykania ust wszystkim tym, którzy próbują przywrócić sprawie jej właściwe proporcje, tym jednym zdaniem: „Nie zapominajmy, że na początku była śmierć”. To zresztą w ten sposób reżimowi komentatorzy podsumowali jedyną w tej sytuacji sensowną reakcję Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro, którzy wobec owej absurdalnej akcji w równie absurdalny sposób, całą tę hucpę obrócili w żart – „nie zapominajmy, że na początku była śmierć”.
Przypomnijmy więc. Barbara Blida przez całe lata była tak zwanym baronem SLD na Śląsku, z całym tym, standardowym dla zajmowanego miejsca, towarzyskim i socjalnym pakietem. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że czasy mamy takie, że jeśli ktoś mieszka w Siemianowicach, lub w Chorzowie i mówi ze śląskim akcentem, to nawet jeśli jest przy okazji szefem miejscowej mafii, w sytuacjach strategicznych otrzymuje pełne odkupienie, autoryzowane w dodatku przez miejscowego księdza , a być może nawet i biskupa, a jako bonus, na wszelkie niespodziewane okoliczności, owo piękne zdjęcie w kuchni nad ksiązką. Nie zmienia to faktu, że Barbara Blida przez wiele lat była na Śląsku eseldowskim baronem, w dodatku bardzo mocno biznesowo związanym z branżą węglową. A czym jest branża węglowa i jaki jest sens jej ciągłego podtrzymywania, wie już każde dziecko, i to wcale niekoniecznie dorastające w cieniu kopalnianych szybów. I stało się tak, że któregoś dnia, Barbara Blida znalazła się w samym centrum wydarzeń wykreowanych w sposób oczywisty przez ową branżę i z jakiegoś mniej lub bardziej jasnego powodu postanowiła sobie strzelić w łeb. I to są fakty. I nie zmieni ich nawet ewentualny zarzut, że jestem obrzydliwie tu bezduszny i brutalny. Zwłaszcza gdy bezduszność i brutalność stała się naszym chlebem powszednim już w kwietniu zeszłego roku.
Tymczasem, z czym mamy do czynienia dziś? Jeśli się nad tym zastanowić zupełnie uczciwie, to z jednej strony zostaje nam już wyłącznie wspomniane już wcześniej zdjęcie i to imię – Basia, a z drugiej tych dwóch strasznych ludzi, którzy w dodatku, zamiast z pokorą pochylić się nad swoim upadkiem, coś tam sobie żartują na temat Syberii i kożuchów. I mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego jak na ten absurd odpowiednio zareagować i pokazać tym łobuzom, że dopóki nie wyjaśnią i nie wytłumaczą swojej roli w wydarzeniach o wiele bardziej społecznie istotnych, niż to co miało miejsce przed laty w Siemianowicach, nie mają jakiegokolwiek prawa by się w ogóle odzywać. Tymczasem wszystko co słyszę, to jakieś kompletnie bezużyteczne próby przekonywania skołowanych ludzi, że rząd Prawa i Sprawiedliwości walczył z korupcją i że robił to zgodnie z prawem i jak najbardziej uczciwie.
Wydawałoby się, że każdy w miarę inteligentny i obeznany w systemie publicznej dezinformacji i propagandy komentator doskonale rozumie, że nie ma żadnego sensu prowadzenia publicznej dyskusji z bezwzględnymi oszustami na poziomie ściśle merytorycznej argumentacji, bo tam gdzie w grę wchodzą emocje, żadne, choćby nie wiadomo jak rozsądne, słowa nikogo nie obchodzą. Merytoryczne argumenty mogą skutecznie działać podczas merytorycznych debat. W przypadku wydarzenia takiego jak śmierć Barbary Blidy, w dodatku, z jednej strony wmontowanego w konflikt służby – człowiek, a z drugiej tak skutecznie oplecionego całą ta tandetną ornamentyką, można reagować wyłącznie w podobny sposób. A jest to zadanie o tyle łatwe, że po naszej stronie jest i prawda i poziom emocji znacznie wyższy od każdej możliwej rzeczy która się przed laty wydarzyła przed domem i w domu Blidów.
Wspomniałem już o Smoleńsku. Skutkiem, nawet jeśli nie zorganizowanego zabójstwa, to z całą pewnością złośliwych i przemyślanych działań rządu, 96 osob zostało w jednej chwili zdmuchniętych z powierzchni ziemi, i jak dotychczas jedynymi oskarżonymi w tej sprawie są wybrani przedstawiciele bezpośrednich ofiar tego nieszczęścia. Plucie na udręczone zwłoki tych ludzi stało się już nawet nie tylko powszechnie obowiązującym zwyczajem, lecz najbardziej popularną modą. Wczoraj znów oglądałem w telewizji reklamę „zimnego Lecha” i już tylko mogłem się zastanawiać, jaki racjonalny powód stoi za tym, by jedno zwykłe hasło reklamowe przetrwało, bez najdrobniejszej zmiany, aż półtora roku. Jaki racjonalny powód stał za tym, by przez całą surową zimę, kiedy miłośnicy piwa mogli marzyć o wszystkim, tylko nie o zmrożonym piwie, szukać wśród nich klientów, oferując im zimne piwo na zimne wieczory? Jaka wreszcie wrażliwość – jeśli już w ogóle zakładać tu czyjeś czyste intencje – stoi za tym, by mimo apeli ze strony osob dotkniętych autentyczną tragedią, z tego jednego hasła nie zrezygnować? Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie reklamę piwa o treści na przykład: „Zimny kufelek za zimną Barbórkę”?
Ale niech już będzie, że sprawa Smoleńska jest czymś na tyle dużym, że zwyczajnie nie zasługuje na to, by ja wykorzystywać w potyczkach z bandą zastraszonych durniów. Popatrzmy więc na zdarzenie bardzo wciąż aktualne, a z jakiegoś powodu przez naszych dzielnych mężów zupełnie lekceważone. Do domu jakiegoś studenta, który postanowił ponabijać się z prezydenta Komorowskiego i w związku z tym uruchomił odpowiednią stronę internetową, tak samo jak przed laty do domu Barbary Blidy, o godzinie 6 nad ranem, w dodatku mniej więcej w tym samym składzie i intencjach, wkroczyli funkcjonariusze ABW. Ów student nie miał zarzutów korupcyjnych, nie był powiązany ze światem przestępczym, nie było przeciwko niemu prowadzone śledztwo w sprawach ciężkich nadużyć gospodarczych. Jego jedyną winą było to, że na widok prezydenta Komorowskiego nierozważnie chichotał. Weszli więc do niego owi funkcjonariusze, a my wyobraźmy sobie, że on w tej swojej panice i strachu – a że był spanikowany i przestraszony, wiemy z całą pewnością – zamknąłby się w łazience, i albo podciąłby sobie żyły, albo zeżarł jakieś tabletki, albo wyskoczył przez okno i się zabił. Czyja to by była wina? Jego, czy może prezydenta Komorowskiego i jego kumpla Donalda Tuska, którzy źle znoszą szyderstwa na swój temat? Ktoś powie, że ten argument jest do bani, bo on ani sobie nie podciął żył, ani nie wyskoczył przez okno. A nawet jakby wyskoczył, to i tak by mu się nic nie stało, bo mieszka na parterze. Ja jeszcze mogę dodać, że faktycznie, ten argument jest do niczego, bo on nie miał sobie nic do zarzucenia i – w odróżnieniu od Barbary Blidy – poza zwykłym strachem przed nieznanym, nie miał żadnego powodu, by sobie odbierać życie.
Tyle że tu wcale nie chodzi o to, czego on nie zrobił, ale o to, czyja to jest wina, albo czyja zasługa, że on tego czegoś nie zrobił. Bo w tym własnie jest cały problem. Gdyby ci durnie w kominiarkach, hełmach i karabinami zbudzili tego studenta nad ranem i wyciągnęli go w majtkach z łóżka, a on by nagle stracił głowę i popełnił samobójstwo, to ranga tego wydarzenia byłaby tysiące razy poważniejsza niż to co się zdarzyło w tamten poranek w domu Blidów. Oczywiście znów trzeba powtórzyć ów oczywisty fakt – Blida się zastrzeliła, a on nie. Tyle że czy może to że on się nie zastrzelił jest zasługą tego rządu? Czy to, że on od tego nie oszalał jest może wynikiem bardzo roztropnej polityki premiera Tuska? A może jest tak, że ci uzbrojeni funkcjonariusze ABW, policjanci i prokuratorzy, którzy wpadli do jego domu o szóstej nad ranem i go wyciągnęli z łóżka, byli tak bardzo kulturalni i współczujący, że on od razu poczuł, że ma wokół siebie przyjaciół a nie wrogów? Jak to ostatecznie tam było?
Otóż odpowiedź jest jednoznaczna. Tam było dokładnie tak samo, jak wtedy, przed laty, w Siemianowicach, tyle że tu państwo wraz z całym swoim aparatem represji miało przed sobą przerażonego żartownisia, którego jedyną winą było to, że śmiał się nie wtedy, kiedy śmiać się było wolno, a tam Barbarę Blidą. Tę Barbarę Blidę. I jeszcze trzeba dodać to, że tak samo jak śmierć Blidy nie była spowodowana przez występność tamtego rządu, tak samo życie tego studenta nie jest dziś tego rządu zasługą.
No i jeszcze coś. Zarówno niegdysiejsza Barbara Blida jak i dzisiejszy student o nazwisku, którego nikomu – w tym i mnie osobiście – nawet się nie chce pamiętać, mają swoich obrońców. Tyle że on znalazł ich wśród obcych sobie ludzi, którzy nie mają z nim wspólnych interesów i których z nim łączy wyłącznie pragnienie prawdy i wolności jej głoszenia, podczas gdy jej na pomoc ruszyli wyłącznie partnerzy w biznesie i partnerzy we wspólnej nienawiści. Dokładnie ci sami, którzy mniej więcej w tym samym czasie dwoili się i troili, by wspomóc groszem i dobrym słowem pewnego Huberta H. – menela i drobnego pijaczka, którego z kolei jedynym znakiem rozpoznawczym był półprzytomny wyraz twarzy i jak najbardziej naturalna niechęć do Lecha Kaczyńskiego.
To wszystko jest tak proste i oczywiste, że w normalnej sytuacji głupio by było nawet o tym wspominać. Tyle że sytuacja wcale nie jest normalna. A dobrym symbolem tej nienormalności była wczorajsza obecność w telewizyjnym studio Beaty Kempy, która mając przed sobą kogoś tak beznadziejnie niskiego jak jakiś poseł Olszewski z Platformy Obywatelskiej, nie była w stanie – nawet nie mówię, że wstać i dać mu w łeb za to bezczelne spojrzenie, którym od początku do końca obrażał podstawową ludzką wrażliwość – ale zwyczajnie poprosić, by opowiedział widzom, czy widzi różnicę między doprowadzeniem do śmierci jednej jak najbardziej podejrzanej bizneswoman, a zamordowaniem 96 Bogu ducha winnych osób. Czy widzi różnicę między zrywaniem z łóżka jakiegoś biednego studenta, a kutej na cztery nogi lokalnej szychy. To takie wszystko proste i jednoznaczne. Można nawet było w ogóle nic nie gadać. Wystarczyło przynieść do studia poniższe zdjęcie, postawić je przed sobą i tylko poprosić techniczną obsługę tego programu, by ile razy ów Olszewski się na chwilę zamknie, dawać na nie ładne zbliżenie.
Czasy się niestety porobiły takie, że - ostatnio już tradycyjnie - zmuszony jestem prosić wszystkich, którzy mają tylko możliwość, o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Ze swojej strony - też tradycyjnie - mogę tylko obiecać, że jak najuczciwiej i najsumienniej będę robił to co do mnie należy. Dziękuję.

wtorek, 14 czerwca 2011

Geszeft po rusku, czyli ciekawostki XXI wieku

Jak niektórzy wiedzą, staram się utrzymywać rodzinę z tego, że znam język angielski i wiem jak go uczyć. Moje życie zawodowe w związku z tym opiera się niemal wyłącznie na uczeniu języka angielskiego gdziekolwiek i każdego, kto zgłosi do mnie taką potrzebę. Pracowałem przez jakiś czas w szkole, ale głównie uczę na zlecenie, a w związku z tym nie mam do czynienia wyłącznie z dziećmi i młodzieżą, ale przede wszystkim może z ich rodzicami. A rodzice, jak wiemy, są ludźmi dokładnie takimi jak my, a więc ludźmi ze swoimi dorosłymi zajęciami, doświadczeniami i opowieściami. Dla kogoś takiego jak ja jest to bardzo interesująca perspektywa, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że te zajęcia, doświadczenia i opowieści siłą rzeczy są bardzo różne i od moich i od wszelkich innych.
Uczyłem w mojej zawodowej karierze ludzi najróżniejszych profesji, a więc i prawników i policjantów i muzyków i różnego rodzaju biznesmenów i lekarzy i dyrektorów, a nawet i innych nauczycieli. Uczyłem również właścicieli firm budowlanych, szefów tych firm i pracujących w tych firmach inżynierów. I choć wszystkie te kontakty pozwoliły mi się dowiedzieć o dzisiejszym świecie naprawdę wiele, dziś jakoś wciąż myślę o dniach, kiedy to pracowałem z inżynierami. Pamiętam dziś bardzo dobrze czasy, kiedy owo budowanie szło tak dobrze, że w pewnym momencie zacząłem nawet sobie myśleć, że to może szkoda, że ja i pani Toyahowa nie poszliśmy w swoim czasie na studia inżynierskie, bo byśmy dziś żyli jak pączki w maśle. Ale jeszcze pewnie lepiej pamiętam czasy znacznie późniejsze, kiedy myślałem sobie, że szkoda też, że nasza najstarsza córka postanowiła studiować biotechnologię, a nie budownictwo, bo już dziś by się mogła zatrudniać na praktyce w jednej z tych firm i sobie żyć. Ale też pamiętam moment, i to już było naprawdę niedawno, kiedy moi uczniowie – inżynierowie zaczęli mi mówić, że zaczyna się dziać coś bardzo niedobrego, a mianowicie praca stała się bardzo powszechnie przedmiotem najbardziej brutalnej kradzieży. Pamiętam, jak oni wszyscy łapali się za głowę, nie mogąc uwierzyć, jak to się dzieje, że ich firmy, startując w przetargach, przedstawiają oferty już tak niskie, że niższe już być nie mogą, że im już nawet nie chodzi o zarobek, ale o pracę, o wyjście na zero i o pozostanie na rynku, gdy nagle pojawia się ktoś, kto składa ofertę o 15% niższą i przetarg oczywiście wygrywa.
I to co tu relacjonuję, nie jest oparte na jednym czy dwóch przypadkach, ani na jednym czy dwóch miesiącach z najświeższego kalendarza. O tego typu zjawiskach słyszałem wielokrotnie i naprawdę od wielu pracujących w branży osob. I informacja była zawsze taka sama. Kiedyś wszystko układało się naturalnie i w miarę normalnie, ale nagle pojawiła się sytuacja nowa, gdzie wszystko runęło. Pamiętam, jak przychodziłem do pracy w pewnej dużej firmie budowlanej i oni wszyscy zajęci byli tylko jednym – pisaniem kolejnych ofert, składaniem ich gdzie się tylko dało, i obserwowaniem, jak nagle ktoś – często zupełnie nie wiadomo kto i według jakich procedur – ich wymiksowywał. Siedzieli tam przy tych swoich biurkach, nudzili się jak psy i kombinowali, jak można jeszcze obniżyć cenę tego, czy owego, żeby skoro już stracić, to przynajmniej nie zrobić z siebie przy tym durniów… gdy nagle okazywało się, że oto już wszystko skończone, bo pojawił się oto nagle ktoś od nich tańszy. I to tańszy nie trochę, ale tańszy w sposób całkowicie bezczelny. Bez najmniejszych skrupułów.
Pytałem, jak to możliwe. Przecież to wszystko są poważne umowy, poważne pieniądze i poważne procedury. W końcu musi przyjść moment, że robota stanie, bo zabraknie pieniędzy, albo na materiały, albo na wypłaty dla ludzi. Odpowiedzi były dwie. Pierwsza taka, że niektórzy składają te nierealne zupełnie oferty, bo liczą na to, że później się da je jakoś stosunkowo tanio renegocjować. Druga natomiast taka, że lepiej dla mnie, żebym tego wszystkiego nie wiedział. I do dziś tego czegoś nie wiem. I wiem, że tak z pewnością jest dla mnie lepiej. Dziś więc mam ten komfort, że najwyżej mogę sobie po amatorsku spekulować. A jest o czym.
Przez kilka dobrych tygodni cała Polska żyła tym, że ów wielki plac budowy, jakim stał się cały nasz kraj na rok przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej, i z którego jesteśmy tacy dumni, znalazł się, jak to pięknie określił portal TVN24, w „w proszku”. Dziś, kiedy wreszcie nawet nasi Chińczycy rzucili łopaty i przenieśli się gdzieś do Afryki, a nawet dziennikarze TVN-u machnęli ręką na te krzesełka i zamiast je dalej uroczyście przykręcać, poszli na wódkę, wygląda na to, że wszystkie drogi i stadiony, które są obecnie budowane, lub choćby nawet już kończone, nadają się wyłącznie do wyburzenia i ponownego stawiania. Nawet stadion w Poznaniu, który był zrobiony najszybciej, i z wielkim hukiem ogłosił swą potęgę, ściągając do Poznania samego Stinga, okazuje się być nie do użytku, bo cholera, trawa jakoś nie chce rosnąć, a jak słyszę z innych zupełnie źródeł, nagłośnienie tam też jest skandalicznie złe. Z kolei, jak idzie o inny stadion – nieważne zupełnie, który – okazuje się, że stwierdzono tam brak faktur na ciężkie dziesiątki milionów złotych. Akurat na fakturach się znam. I wiem, że jeśli nie ma faktur, to znaczy, że ich najprawdopodobniej miało nie być. A jeśli ich miało nie być, to musiał być ku temu jakiś bardzo jednoznaczny powód. A powodem tym mogły być, w ten czy inny sposób, tylko owe brakujące miliony. A to przecież tylko stadiony. Pozostają drogi, których już na pewno wiadomo, że nie będzie, no i kolej, której nawet owo kultowe już Pendolino bez wahadła nie pomoże. A więc mamy czyste, piękne zero, a przed nami rok 2012, który przynajmniej dla Polski może oznaczać autentyczny koniec świata.
A ja sobie myślę, że w tym wszystkim kluczowe musiały być dwa momenty. Pierwszy ten, kiedy to rząd Platformy Obywatelskiej przejął władzę w Polsce, a Donald Tusk zapowiedział, że teraz dopiero zacznie się budowanie, no i sytuacja może jeszcze bardziej znacząca, kiedy okazało się, że to Polska obok Ukrainy będzie organizowała te mistrzostwa. I zastanawiam się też dziś, jak na tę wiadomość zareagowały wszelkiego rodzaju firmy budowlane i wszelkie inne firmy związane w ten czy inny sposób z przemysłem budowlanym, a także wszelkie autoramentu biznesmeni, czy to bezpośredni powiązani z branżą, czy przeróżni lobbyści, lub wolni strzelcy, których jedynym zadaniem jest patrzeć tylko, gdzie jest coś do zarobienia. I jestem pewien, że w momencie, jak się okazało, że z jednej strony Polska stanie się już lada chwila owym wielkim placem budowy, z drugiej strony z całą pewnością na tę budowę zaczną napływać ciężkie europejskie pieniądze, a ze strony trzeciej – i wcale nie najmniej istotnej – tymi pieniędzmi będą dzielić sprawdzeni ludzie, którzy zawsze rozumieli, czym jest lojalność i w jaki sposób, jak to wczoraj pięknie w telewizji TVN24 określił sam marszałek Niesiołowski, lojalność oznacza uczciwość, a uczciwość wynika bezpośrednio z lojalności, w całej branży i w dalszych i bliższych okolicach musiało zapanować ogromne poruszenie.
Wszyscy się dziś emocjonujemy tak zwaną autostradą A2, której jeden z odcinków, został zlecony do wykonania firmie z Chin. Na ile potrafię ocenić sytuację, a nie wykluczam, że jednak nie potrafię, ciekawe są tu dwie kwestie. Pierwsza to taka, że padło akurat na tych Chińczyków. Ja nie wiem, jak wyglądają odpowiednie procedury, ale domyślam się, że nie jest tak, że ktoś tam ogłasza przetarg na jeden z odcinków autostrady, przychodzi jakiś Chińczyk z teczką dokumentów, jakiś Polak czyta te papiery i mówi: „Bierzemy!” Tam nie występują tylko te dwie osoby. Tam nawet nie występują tylko dwie komisje. Tam, wokół tego interesu, z cłąą pewnością kręcą się tłumy strasznie zaciekawionych sprawą osob. Tam się ustawiają kolejki. A w tych kolejkach panuje pełny porządek. Bo na pewnym poziomie porządek musi być. I jeśli w pewnym momencie to właśnie ci Chińczycy dostali ten kawałek tortu, to znaczy, że tak własnie miało być. Że tu przypadku nie było.
Druga kwestia, która mnie tu zainteresowała, to fakt, o którym dowiedziałem się jak najbardziej oficjalnie, bo z telewizji, że Chińczycy przedstawili ofertę o 40% niższą od wyliczonych wstępnie kosztów tej budowy. Moi uczniowie - inżynierowie wspominali o pięciu procentach, o dziesięciu, raz nawet o piętnastu. 40% - to już naprawdę wynik nie byle jaki. Poza tym, co przecież nie bez znaczenia, o ile tamte procenty pojawiały się niejaką półgębkiem, wręcz jako plotki, to dziś zaniżanie kosztorysów jest czymś jak najbardziej naturalnym i bezwstydnym. A zatem te 40% to wynik na miarę czasów i ludzi, którzy wzięli na siebie za te czasy odpowiedzialność. Te 40% to wręcz symbol tego, z czym mamy do czynienia na przestrzeni ostatnich lat.
Zastanawialiśmy się niedawno nad przedstawionymi nam wyliczeniami, z których wynika, że posłowie Platformy Obywatelskiej są ludźmi o najwyższym w branży majątku. Jednocześnie dowiadywaliśmy się, że ci sami, najbogatsi posłowie, są też osobami najbardziej zadłużonymi. I znów muszę powiedzieć, że na pewnych sprawach się nie znam, ale na niektórych, owszem, jak najbardziej. A więc nie znam się na tym, jak to jest mieć dużo pieniędzy, natomiast świetnie wiem, jak wygląda sytuacja, kiedy się jest w długach. Wiem też, jak to jest, kiedy te długi zaczynają już tylko straszyć po nocach. Ale też potrafię się domyślić, jak to jest, kiedy z jednej strony ma się naprawdę wielki majątek, a z drugiej strony są już tylko te koszmary. I mając te swoje przemyślenia, dochodzę do wniosku, że na tym naszym polskim froncie robót, który przed czterema laty otworzyli ludzie Platformy Obywatelskiej nie ma już żartów. Tam nie ma podskakiwania, tam nie ma tańczenia w ringu, uników, tam się już nie rozdaje uśmiechów i celnych uwag na tematy przeróżne. Tam, wszyscy już pozajmowali swoje miejsca i pędzą na łeb na szyję, jak na największym na świecie rollercoasterze, z zamkniętymi oczami, z zaciśniętymi na czym popadnie dłoniach, z nogami w drzwiach, z sercami z kamienia, bez dusz, bez myśli, bez żadnych właściwie planów. Chodzi już tylko o to, by nie zlecieć na mordę.
Jak widać, wpadłem w lekką poezję. A tu wcale nie ma poezji. Tu właściwie jest tylko to jedno zdanie, jakie usłyszałem od jednego ze wspomnianych na początku inżynierów, których kiedyś uczyłem języka angielskiego Chodzi o to, że lepiej dla nas pewnych rzeczy nie wiedzieć. Dziś już rozumiem wszystko znacznie lepiej, niż kiedykolwiek. I bardzo mi z tego powodu miło.

Tradycyjnie już, wszystkich, którym powyższy tekst sprawił jakąś satysfakcje, a którzy mają jakiś luźny grosz, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

O zemście bezgwiezdnej i czarnej jak Biblia

O pułkowniku Juriju Budanowie po raz pierwszy w życiu – a przynajmniej w taki sposób, by to nazwisko zapamiętać – usłyszałem w minioną sobotę. Dokładnie rzecz biorąc, nawet nie tyle usłyszałem, co przeczytałem w Rzeczpospolitej. I nie umiem powiedzieć, czy to wina moja i mojego braku zainteresowania sprawami ważnymi, czy może historia tego człowieka nie została potraktowana w Polsce z na tyle należną mu uwagą, by stać się własnością publiczną. Faktem pozostaje jednak to, że o Budanowie, jeszcze do soboty nie wiedziałem nic.
Dziś, jak czytam, Budanow nie żyje. Został zastrzelony przez niezidentyfikowanego zamachowca w centrum Moskwy. Zabity został w biały dzień, na oczach przechodniów, z całą pewnością przez profesjonalistów, którzy po dokonaniu egzekucji natychmiast zniknęli i ślad po nich zaginął. Patrzę na zdjęcie zamieszczone w gazecie, widzę leżące w kałuży krwi ciało w czarnych spodniach i w niebieskiej koszuli, obok jakichś dwóch, diabli wiedzą co za jednych, Rosjan, a wokół nich niewielkie żółte, policyjne tabliczki z oznaczeniami: 1, 2, 3. I tyle.
Pisze Rzeczpospolita, że kiedy Budanow wychodził z kancelarii notarialnej, z białego mitsubishi lancera wyskoczył okapturzony mężczyzna, strzelił do niego sześciokrotnie, następnie wskoczył do samochodu, gdzie już czekał na niego wspólnik, i obaj razem odjechali. I tyle. I tyle.
Kim był Jurij Budanow? Nie wykluczam, że wielu z czytających te słowa osób, odpowiedź na to pytanie zna świetnie, niemniej na wszelki wypadek krótko opowiem, co to za gagatek. Otóż jeszcze w roku 2000 na wojnie czeczeńskiej dowodził on pułkiem czołgów, i tak mu się któregoś dnia tak przytrafiło, że w miejscowości Tangi zatrzymał 17-letnią dziewczynę o nazwisku Eliza Kungajewa, uznał ją za ostrzeliwującego Rosjan snajpera, i w konsekwencji, czepiwszy się już tej diagnozy, najpierw to dziecko osobiście torturował, następnie osobiście zgwałcił, a w końcu, również jak najbardziej osobiście, udusił.
Przez jakiś czas wydawało się, że Budanow za to co uczynił, zgodnie z ruską tradycją, zostanie uznany za narodowego bohatera i dostanie medal, jednak jakimś cudem, dzięki zaangażowaniu przeróżnych broniących praw człowieka ugrupowań, Budanow został wyrzucony z wojska, zdegradowany, pozbawiony orderów, skazany na 10 lat więzienia, po 9 latach warunkowo zwolniony i wrócił na łono rodziny i niewykluczone, że i jakichś kochanek, które czuły potrzebę kontaktu z prawdziwym silnym człowiekiem.
Rzeczpospolita informuje, że przez całe lata, mimo swojej przeszłości – a może właśnie dzięki niej – był jednak Budanow uważany przez wielu Rosjan za bohatera, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że Rosja wykazała taką słabość wobec Zachodu, że zgodziła się rzucić mu na pożarcie kogoś tak dzielnego i wybitnego, jak Budanow. Z drugiej jednak strony – i tu będziemy teraz przechodzić do sedna tych refleksji – w samej Czeczenii było mnóstwo ludzi, dla których to, że Budanow został wyrzucony z wojska, że pozbawiono go orderów, że wreszcie spędził 9 lat w więzieniu, i że ostatecznie przepieprzył swoje nędzne życie, to wszystko nie stanowiło żadnej jakościowej różnicy. Mam już osobiste dziś wrażenie, że dla nich nie miało nawet znaczenia to, że on ostatecznie zgubił ten jeden jeszcze rok odsiadki. Powiem więcej, mam osobiste przekonanie, że w Czeczenii wciąż żyli ludzie, dla których nie miałoby żadnego znaczenia, gdyby nawet Budanow w Rosji dostał 50 lat więzienia. Taką mam wiarę.
Pisze rzeczpospolita dalej, że w roku 2001, specjalnie ze względu na osobę Budanowa… no i z całą pewnością też ze względu na pamięć o tamtym dziecku, czeczeńscy partyzanci zaproponowali Imperium pewien układ – otóż zwrócili się do Rosjan, żeby im wydali Budanowa, obiecując, że w zamian za niego, oni z kolei puszczą wolno kilkunastu rosyjskich żołnierzy, którzy wcześniej niefortunnie wpadli w zastawioną przez nich pułapkę. Rosjanie oczywiście – proszę zwrócić uwagę na to, jak oni są okropnie przywiązani do swojej tradycji – na układ nie poszli, Budanowa posadzili na dziewięć lat, Czeczeńcy rosyjskich żołnierzy, bez oczywiście mrugnięcia okiem, wymordowali i czas ruszył do przodu.
Dziś czytam w Rzeczpospolitej, że właśnie się zatrzymał. Dziesięć lat minęło od roku 2000. Dziesięć lat minęło od czasu jak Budanow zgwałcił i zamordował tamto czeczeńskie dziecko, sam zdążył jeszcze przez chwilę pożyć nadzieją, że jakoś może uda mu się wykręcić, następnie zdążył spędzić 9 lat za kratkami, potem jeszcze pewnie coś tam pokombinować z tym notariuszem, no i nastąpiło czyste i krystalicznie jednoznaczne „do widzenia z panem”. 10 lat – wydawałoby się, że to szmat czasu. Tyle że znów, z pewnego punktu widzenia – tak jak to było w przypadku tego relatywnie wcale nie tak małego wyroku – należy pamiętać, że są ludzie, którzy mogą czekać i dwa, i trzy i może i cztery razy dłużej.
Co mi strzeliło do głowy, żeby akurat dziś zajmować się sprawą tego mordercy? Powiem uczciwie, że wprawdzie mam pewne podejrzenia, ale tak do końca to nie wiem. Myślę jednak, że wpływ na to, że w ogóle zacząłem o nim pisać, miała przede wszystkim sobotnia wypowiedź Grzegorza Schetyny na temat zamordowanego w Smoleńsku Macieja Plażyńskiego, że niby on dziś z nieba patrzy na tę bandę gangsterów, która w pewnym bardzo szczególnym sensie go do tego nieba wysłała, i życzy im wszystkiego dobrego i, będący tej wypowiedzi konsekwencją, protest rodziny śp. Marszałka wobec tego rodzaju bezczelnej uzurpacji. Myślę, że jakimś dziwnym trafem, to właśnie to wszystko sprawiło, że pomyślałem o tym Budanowie.
Wielu z nas z całą pewnością zna piosenkę Jimiego Hendriksa ‘Hey Joe’ – to ta, co ją każdego roku na rynku we Wrocławiu, cała kupa gitarzystów gra by bić jakiś kolejny rekord Guinessa, czy coś w tym guście. Otóż warto poznać tekst owej piosenki. Jest on skandalicznie prosty, prosty wręcz prymitywnie. A brzmi on tak:
Hej Joe! Dokąd się to wybierasz z tą spluwą w dłoni?
Hej Joe! No powiedz, dokąd to się wybierasz z tą spluwą w dłoni?
Idę zastrzelić moją kobietę za to, że kombinowała na boku z innym mężczyzną”.
No i tak dalej. Niby zwykle love story, ale ileż za tą przygodą uniwersalnych znaczeń! Ileż ukrytych przekazów na temat sprawiedliwości, prawa i na temat prastarej, czarnej jak Pismo Święte zemsty. Jak mówię, lub jak to mówią na boisku w Sopocie – krótka piłka.
A co my z tego mamy? Jaka to dla nas płynie nauka z tej opowieści? Otóż, moim zdaniem, podwójna. Pierwsza to taka, że wielu z nas przez te wszystkie doświadczenia minionych lat fatalnie stwardniało. Kiedyś naprawdę byliśmy grzeczni i otwarci na wszelkie możliwe propozycje. Wielu z nas dziś już z tamtych serdecznych uścisków nie zachowało nic. Stwardniały nasze serca i stwardniały nasze dusze. Czy to dobrze? Nie sądzę. Uważam wręcz, że to może i jest bardzo źle i w związku z tym modle się codziennie, by Dobry Bóg darował mi ten gniew.
Druga natomiast lekcja nadchodzi w sposób bardziej demokratyczny i obejmuje swoim zasięgiem nie tylko mnie, nie tylko nas, ale również i ich. Tych wszystkich, co tam się na nas zaczaili i warczą w naszą stronę i ostrzą swoje zęby i czekają na odpowiedni moment, żeby nas zabić. Otóż niech wiedzą, że nie ma takiego czasu, o którym można by powiedzieć, że jest zbyt długi, albo zbyt krótki. Z czasem jest bowiem tak jak ze wszystkim. Każdy go widzi i przeżywa na swój sposób. Podobnie jak i sposób w jaki zechce go wykorzystać, gdy rozlegnie się dzwonek.

I już na sam koniec gorąca prośba do przyjaciół. Skoro nie chce Wam się ze mną gadać, to przynajmniej wspierajcie ten blog (numer konta macie tuż obok) i wszystko co za nim stoi. Lub leży. Będę wiecznie zobowiązany.

Kto jest pracodawcą Donalda Tuska?

Obchody dziesiątej rocznicy powstania Platformy Obywatelskiej obserwowałem w z bardzo ograniczonym zainteresowaniem. Trochę dlatego, że po powrocie pani Toyahowej Budapesztu, wpadłem w nastrój, który bardzo skutecznie mnie uchronił przed zadręczaniem się widokiem tej bandy durniów i złodziei, która zebrała się w gdańskiej hali, żeby święcić jeszcze jedno zwycięstwo w kolejnej ustawce, ale trochę też przez to, że obserwowanie tego, jak moje węgierskie przeżycia należą tylko do mnie i niemal już nikogo więcej, okropnie mnie przybiło i w ogóle na chwilę odechciało mi się tak zwanego uczestnictwa. W pewnym momencie ogarnęła mnie wręcz taka desperacja, że pomyślałem sobie, że nie byłoby chyba najgorszym pomysłem, gdybym następny wpis tu umieścił dopiero wtedy, gdy będę miał pewność, że owa węgierska kwestia, ludzi, dla których ten blog jest przede wszystkim prowadzony, jakoś tam zainteresowała.
Starość, cholera. Chyba idzie starość.
Ponieważ jednak z całą pewnością wiem, że jest wciąż wiele osob, które lubią tu zaglądać i czytać te smutki, chciałbym podzielić się paroma refleksjami na temat odgłosów, jakie, mimo wszystko, z tego – jak to idealnie określił Jarosław Kaczyński – Titanica do mnie dotarło. A zatem, jeśli mimo wszystko mogę coś na ten temat powiedzieć, to przychodzą mi do głowy trzy rzeczy. Pierwsza to taka, że organizatorom udało się zapchać niemal całą halę, w której główna impreza się odbywała, i muszę przyznać, że te, jak mówią, 15 tys. osób, robi wrażenie. Nawet dziś, kiedy to gazeta Fakt publikuje reportaż o nawalonych działaczach Platformy wracających specjalnymi pociągami z Gdańska do swoich domów.
Drugi element tego wydarzenia – w pewnym sensie równie ekscytujący co ten tłum pijanej hołoty – to oczywiście obecność na miejscu Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Widziałem ja, jak tam sobie potulnie siedzi między Radkiem Sikorskim i Bartoszem Arłukowiczem, i pomyślałem sobie, że oto mamy do czynienia z takim rodzajem desperacji, gdzie już nawet nie ma co się silić na pozory. Z takim rodzajem desperacji, gdzie nie ma już ani wstydu, ani zakłopotania, ani nawet zastanowienia. To co zostało, to wyłącznie strach przed wpadnięciem w otchłań. To jest już ten rodzaj desperacji, gdzie człowiek wie, że dalej będzie prawdopodobnie jeszcze gorzej, tyle że już nie może się zatrzymać, bo mu już tylko zależy na tym, żeby nie bolało. Żal mi tej biednej Joanny jak jasna cholera.
Zdarzyło się jednak w czasie tego wielkiego gdańskiego wydarzenia coś, co moim zdaniem znacznie przebiło równocześnie sam imponujący jego rozmiar, jak i ów ponury upadek Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Mam tu na myśli fragment wypowiedzi Donalda Tuska na temat tego, w stosunku do czego władza, którą on reprezentuje ma zamiar czuć szacunek, a w stosunku do czego owego szacunku czuć zamiaru nie ma. Wyszło bowiem na to, że oni, jak to w ów przedziwny sposób określił Premier, nie będą „klękać” przed – słuchajmy, słuchajmy! – „księdzem, bankierem i związkowcem”. Przed kim natomiast będą klękać? Otóż klękać ci państwo będą przed tymi „którzy dają nam pracę”. No i przed Bogiem. Ale ponieważ przed Bogiem klękał nawet sam Luca Brasi – kto wie, ten wie – ta akurat informacja jest w sposób oczywisty pusta, a przez to zupełnie nieistotna.
I to jest coś, w moim odczuciu, absolutnie rewelacyjnego. Bo oto, chyba po raz pierwszy, tak wysoki przedstawiciel projektu o nazwie Platforma Obywatelska, a jednocześnie najwyższy członek władz państwowych, przyznał, że to co oni nam przynieśli przed czterema laty, to najczystszej wody bolszewizm, tyle że w nowo-europejskim wydaniu. Dlaczego bolszewizm? Otóż bolszewizm z tego powodu, że niemal na jednym oddechu, Donald Tusk wyliczył jako swoich wrogów, dwóch symbolicznych już wręcz wrogów czerwonej rewolucji – a mianowicie kapitał i Kościół. Pozostaje jeszcze wyjaśnienie, dlaczego bolszewizm w wydaniu nowo-europejskim? Właśnie ze względu na ten trzeci punkt na liście wrogów nowej władzy . Mam na mysli związkowca. W przypadku sowieckiego komunizmu, związkowiec, jako polityczny reprezentant robotniczych mas, był przez władzę hołubiony z tej prostej przyczyny, że stanowił nieodłączną część tej władzy, a więc był towarzyszem. Władza była dla ludu pracującego, związkowiec był tego ludu wybranym przez władze reprezentantem, a zatem wrogów było tylko dwóch: Kościół i kapitalista. W Nowej Europie, kiedy robotnik się siłą rzeczy wyemancypował i zaczął stanowić osobny podmiot życia społecznego, często wręcz w opozycji do władzy, mógł się stać tej władzy albo demokratycznym partnerem, albo wrogiem. W przypadku cywilizowanych europejskich ustrojów – stał się partnerem. W przypadku nowej bolszewii – z którą mamy najwyraźniej dziś do czynienia w Polsce – robotnik stal się wrogiem, na równi z kułakiem i klerem.
Jest jednak w tym wszystkim coś, czego nie rozumiem. Otóż nie do końca wiem, o co Donaldowi Tuskowi chodziło z tymi bankierami. Czemu on się dopieprza do bankierów? Mam tu bardzo poważny dylemat, bo w drugiej części swojej wypowiedzi, Premier wyraźnie powiedział, że ludzie Platformy będą klękać przed tymi, którzy dają im pracę. Z informacji jakie do nas dotarły ostatnio z innej strony, wynika, że banki, nie dość że utrzymują znaczną część polityków Platformy, to w pewnym stopniu gwarantują im, w miarę swoich możliwości oczywiście, bezpieczną przyszłość. Więcej – to dzięki bankierom właśnie, ten rząd wciąż jest w stanie jakoś utrzymywać budżet naszego państwa, wprawdzie już na granicy katastrofy, ale jednak wciąż tylko granicy. A więc, można by było oczekiwać, że przed bankierem jednak Donald Tusk klęczeć się zgodzi. A tu tymczasem okazuje się, że z niego bolszewik pełną gębą.
I tu przychodzi mi do głowy pewne rozwiązanie tej zagadki. Przyznaję, że rozwiązanie nieco karkołomne, ale mam nadzieję, że każdy przyzna, że lepsze takie niż żadne. Otóż, jak donoszą nam ci, którzy się znają na rzeczy, Donald Tusk jest jednym z najbiedniejszych polityków partii rządzącej. On, z jakiegoś zupełnie niezbadanego przeze mnie powodu, jest biedny jak mysz kościelna. Z jakiegoś powodu, on akurat jest niemal tak samo ubogi jak, nie przymierzając, Jarosław Kaczyński. Z jakiegoś powodu, dla niego akurat pan bankier okazał się mało życzliwy. Zadbał pan bankier o Grzegorza Schetynę, o ministra Rostowskiego, zadbał z całą pewnością o Pawła Grasia, Michała Boniego i Sławomira Nowaka, zadbał wreszcie o naprawdę wielu już znacznie, ale to znacznie, mniej ważnych polityków Platformy Obywatelskiej. Donald Tusk został tu ze swoim starym autem i jakimś smutnym mieszkaniem w bloku.
A więc Donald Tusk oczywiście nie będzie klęczał przed związkowcem, nie będzie też klęczał przed księdzem, ale też nie ma żadnego powodu, żeby służyć kapitaliście. On – zgodnie zresztą ze swoją wyraźnie bardzo sformułowana zapowiedzią – będzie wierny tylko temu, kto mu daje pracę. Co, w jego wypadku akurat, oznacza pracę marną, bardzo nerwową, prawdopodobnie fatalnie płatną i pełną niepewności. Ale jednak pracę. Kto to taki? Nie mam niestety pojęcia. On coś wspominał o ludziach. Ludziach w ogóle. Jednak my wiemy, że pracy nie dają ludzie w ogóle, ale, powiedzmy, ludzie-koledzy. A w najgorszym wypadku ludzie-koledzy kolegów. No ale i tak nie wiem, kto w przypadku premiera Tuska, byłby tym jego naprawdę pierwszym kolegą. Kto mu daje tę robotę?
Patrzyłem przez chwilę na wystąpienie Donalda Tuska w tej pięknej gdańskiej hali i od czasu do czasu widziałem też, jak w pierwszym rzędzie siedzą pani Małgosia z panią Kasią. Wyglądały jak zwykle prześlicznie, a kto wie, czy nawet nie bardziej prześlicznie niż zawsze.. A ja jestem ciekawy, co one sobie o tym wszystkim myślały. Jeśli w ogóle one jeszcze mają zdrowie, żeby o tak trudnych sprawach myśleć. Żeby w ogóle myśleć.

sobota, 11 czerwca 2011

O polactwie, węgractwie i wiecznej nadziei

Jak zapowiedziałem w jednym z niedawnych wpisów, pani Toyahowa pojechała na szkolną wycieczkę do Budapesztu i właśnie z niej wróciła. I jest tak, że oczywiście najlepiej by było, żeby ona sama siadła i napisała tych parę refleksji – bo, jak oczywiście, może my się domyślać, warto – ale też, co nie jest przecież tajemnicą, ona ten blog traktuje z sympatią bardzo szczególną, a mianowicie taką, z jaką ja na przykład traktuję sieć handlową o nazwie Tesco, a więc wyłącznie pod kątem specjalnych ofert na stosiku z alkoholem. A więc wszystko, jak zwykle, pozostaje w moich rękach, natomiast nie da się ukryć, że i niżej umieszczone zdjęcia, jak i wszelkie informację znalazły się tu wyłącznie dzięki jej spostrzegawczości, inteligencji i uprzejmości.
Na początek wypadałoby coś powiedziec na temat, który na pewnie interesuje najbardziej. Mianowicie, jak prezentują się Węgry po przejściu liberalnego huraganu, który przez minione 8 lat pustoszył ów piękny i bohaterski kraj. Otóż, jak relacjonuje moja zona, wszystko to wciąż widać. Oczywiście, Węgrzy zdecydowanie nabierają nowego oddechu, niemniej, jeśli porównać taki Budapeszt z Warszawą, czy nawet z Katowicami, widać zdecydowanie, że naszym specjalistom od naprawiania wszystkiego, co im wpadnie w ręce, jeszcze parę lat pracy pozostało. Budapeszt jest wciąż naturalnie wielki i piękny, natomiast w oczy rzuca się bardzo duża liczba tak zwanych szmateksów, stosunkowo dużo jakichś trabantów czy wartburgów, no i mnóstwo biedoty zalegającej ulice. Owa nędza leży na chodnikach, podpiera ściany domów i włóczy się w poszukiwaniu jakiegoś grosza. Jak twierdzi Toyahowa, to wszystko, a więc te trabanty, sklepy ze starą szmatą i ci biedacy, stanowi widok w pewnym sensie podstawowy, a nam pozostaje tylko, jeśli jesteśmy tylko w stanie użyć choć minimalnej inteligencji, dojść do wniosku, że faktycznie, przez te osiem lat węgierscy liberałowie nie próżnowali.
A więc to by było to, co możemy określić, jako krajobraz po węgierskim tsunami. Jednak jest coś jeszcze, czego, przyznam uczciwie, zupełnie się nie spodziewałem, co mi nawet się w mojej starej głowie nie zaczęło zalęgać, a co muszę uznać za Węgry wydaniu niemal bohaterskim. Mam tu na myśli kilka obrazów, które pani Toyahowa ze swojej wycieczki przywiozła i je przepięknie skomentowała, a ja tu te jej komentarze dziś tak jak tylko potrafię poszerzę i obdarzę pewną refleksją. Otóż w Budapeszcie znajduje się muzeum komunizmu, które jednak, w odróżnieniu od podobnych tego typu instytucji, czy to w Polsce, czy w Niemczech, czy może nawet i w Czechach, nie ma charakteru kabaretowego – gdzie można sobie zrobić zdjęcie w czapce ormowca, lub obejrzeć zdjęcie półek zastawionych octem, lub pośmiać się z Lenina – lecz stanowi gest jak najbardziej poważny, czy wręcz złowrogi. Już sama jego nazwa nie pozostawia wiele do dodania – Muzeum Terroru. I jak najbardziej słusznie. Bo komunizm to nie były dowcipy i milicjantach, to nawet nie był Che Guevara z domalowanym hitlerowskim wąsem. Komunizm to był terror w wersji jeden do jeden. Węgrzy najwyraźniej to rozumieją.
Oni to muszą rozumieć, a świadczy o tym choćby ten pozornie zupełnie pozbawiony sensu, kompletnie idiotyczny ruski pomnik w samym środku miasta, z ruskim sierpem i młotem i również, z jak najbardziej ruską gwiazdą. I proszę sobie wyobrazić, że pomnik ten jest na stałe, z każdej strony ogrodzony owymi specjalnym barierkami, dokładnie takimi samymi, jak te, które my ostatnio mieliśmy wielokrotnie oglądać na Krakowskim Przedmieściu. Różnica jest taka tylko, że u nas te barierki odgradzały ludzi od krzyża, by uniemożliwić im składanie pod nim kwiatów, palenie świec i modlitwę, podczas gdy w Budapeszcie, te barierki tam stoją, żeby Węgrzy nie pluli na tę gwiazdę i nie obrzucali jej jakimś brudem. Wokół tego niezwykłego pomnika od rana do wieczora i przez cała noc, 24 godziny na dobę, chodzą policjanci, którzy mają za zadanie to coś chronić przed naturalnymi emocjami ludzi. I to, uważam jest coś niezwykłego. To jest coś, co gotów byłbym nawet mieć w Polsce. Byleby nie pod specjalnym nadzorem obecnej władzy. Nie z nimi. Oni by cały efekt spieprzyli. Jak to oni.
Jest jednak jeszcze coś – o bardzo podobnym charakterze i kierunku – o czym opowiedziała mi moja żona, i co udokumentowała na poniższym zdjęciu.

To co widzimy przedstawia najprawdziwszy pomnik katyński, poświęcony Polsce i Polakom przez miejscowych Węgrów. Oczywiście, pomnik jak pomnik, może tylko ładniejszy od innych tego typu. Albo nie tak ładny, jak inne. Mnie się podoba bardzo, ale to jest akurat nieistotne. To co w nim najciekawsze, to, pomijając to, że on nie stoi w Polsce, lecz na Węgrzech, to podpis. Poważny jak bezgwiezdna czerń, wykonany w trzech językach: po węgiersku, po polsku i po angielsku. Oto jego treść.
Wiosną 1940 roku w Katyniu, na mocy decyzji najwyższych władz państwowych i partyjnych Związku Sowieckiego, NKWD zamordowało prawie 22 tysiące polskich jeńców wojennych, oficerów wojska polskiego, policjantów i osoby cywilne. Celem masakry katyńskiej było zniszczenie elity narodu polskiego i unicestwienie niepodległego ducha Polaków. Katyń to symbol tragedii i bohaterskiej śmierci tysięcy Polaków, a także symbol wartości wartościom i walki o prawdę, z zakłamaniem i zmową milczenia. To dramatyczne świadectwo złowrogiego oblicza rządów totalitarnych.
W hołdzie ofiarom, ku przestrodze potomnym, na pamiątkę wielowiekowej solidarności i przyjaźni narodów węgierskiego i polskiego
Samorząd dzielnicy Obuda-Bekasmegyer roku pańskiego 2008
”.
A więc tak. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nawet gdyby jakimś cudem nasze władze państwowe samorządowe, czy dzielnicowe gdzieś w Polsce postanowiły postawić pomnik ku czci ofiar Katynia, Smoleńska, czy jakiegokolwiek miejsca polskiej męki na terenie Rosji, a miejski architekt, inne miejscowe, czy państwowe władze, ogólnopolskie i lokalne media, czy jakieś lokalne koterie tego pomysłu nie oprotestowałyby, i tego typu pomnik ostatecznie by stanął, to już tablica o takiej treści nie miałaby szans powisieć choćby przez jeden dzień. Każdy kto ma choćby minimum społecznej świadomości odnośnie tego, czym jest współczesna Polska, wie, że my Polacy na tego typu pamięć nie mamy co liczyć, a nawet nie mamy o niej dziś co marzyć. Nie dziś. Nie tu. Natomiast okazuje się, ze mamy to szczęście, że o tego typu gestach myślą, marzą i je robią Węgrzy. I to jest wiadomość i piękna i straszna.
I teraz, skoro już doszliśmy do kwestii i strasznych i pięknych, nie pozostaje nam już chyba nic innego, jak zakończyć te refleksje czymś najbardziej optymistycznym. A więc przede wszystkim, nie ma wątpliwości, że całe to gadanie, jakiego to tu to tam jesteśmy świadkami o tak zwanym „polactwie” i o tym, jak to nasze społeczeństwo znalazło się w wiecznym uścisku kłamstwa i terroru, i jak to System nad nami ostatecznie zwyciężył, to bajki i bzdury. Węgrzy – ci sami Węgrzy, którzy dziś stawiają naszym męczennikom pomniki, ci sami Węgrzy, którzy dzień i noc kręcą się wokół tamtych barierek z zaciśniętymi pięściami, ci sami wreszcie Węgrzy, 1.200.000 ludzi którzy, jak mi wczoraj opowiadał Janek Pospieszalski, dzień w dzień, wraz ze swoim Episkopatem, modlili się o to by Prawda i Wolność zwyciężyła – dawno, dawno temu, w demokratycznych wyborach oddali swój kraj pod opiekę bandzie liberałów, a następnie, przez osiem lat pozwalali im na wszystko, a dziś pokazują nam o wiele więcej, niż moglibyśmy się od nich spodziewać.
I jest jeszcze coś, już naprawdę na sam koniec. Oto jeszcze jeden obrazek, który pani Toyahowa przywiozła z dzisiejszych Węgier. Może i najskromniejszy, ale kto wie, czy nie mówiący najwięcej. Wsłuchajmy się w ten głos. Choćby i wtedy, gdy on będzie do nas dochodził aż z tak daleka. Poczujmy ten wiatr. Jeszcze raz poczujmy ten wiatr. I, jeśli tylko kto może, proszę bardzo mocno - niech skorzysta z podanego obok numeru konta, i zechce wesprzeć ten blog.

czwartek, 9 czerwca 2011

Popatrz, co oni zrobili z moją piosenką...

Wszystko to, co się wiąże z zapaścią polskiego państwa, a jest tak przejrzyście demonstrowane choćby przez stan przygotowań do Euro2012, każe nam patrzeć na Polskę już nie jak na kraj, który trafił w ręce głupich i niekompetentnych urzędników, lecz jak na teren, na którym różnego rodzaju mafijne szajki toczą swoje boje. Nie oszukujmy się. To wcale nie jest tak, że minister Grabarczyk okazał się durniem, którego ktoś posadził przy ministerialnym biurku, i który by najchętniej stamtąd uciekł, tylko że mu nie pozwalają. I nie jest też tak, że premier Tusk Grabarczyka by stamtąd chętnie usunął, tyle, że – ponieważ też jest durniem – jest szczerze przekonany, że Grabarczyk robi co może i lepiej mu nie przeszkadzać. Oni oczywiście tymi durniami mogą być, czemu nie, tyle że w sytuacji, która nas dziś interesuje najbardziej, stan ich umysłów jest całkowicie bez znaczenia. Przez ostatnie lat, Polska stopniowo została przejęta przez mafię i ani Grabarczyk, ani Tusk nie mają tu już nic do gadania. I jedyne co im zostało, to trzymać się foteli i prosić, byt im dać święty spokój.
Nie jestem psychologiem i na psychologii ani się nie znam, ani nie mam ambicji się znać, wiem jednak, że – pomijając jednostki psychopatyczne – człowiek ma naturalną skłonność do wyjaśniania sobie wszystkiego, co w nim budzi lęk, czy choćby mu zaledwie przeszkadza w taki sposób, by w efekcie przestać się bać, lub mieć jakąś choćby minimalną nadzieję na to, że będzie lepiej. Sam akurat uważam się za kogoś, kto wręcz histerycznie walczy o to, by zachować jakiś, niechby i zaledwie podstawowy, optymizm. A mimo to, kiedy patrzę na to, co się dzieje z Polską, nie mogę się opędzić od obaw, że to wszystko zaszło znacznie dalej, niż kiedykolwiek mogliśmy sobie pomyśleć, ale też znacznie dalej, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Nie mogę przestać podejrzewać, że oni doprowadzili Polskę do tego miejsca, gdzie na każde z naszych ewentualnych pytań, możemy usłyszeć już tylko jedną odpowiedź: „Wolałbyś nie wiedzieć”.
Jakiś czas temu rozmyślaliśmy nad słowami Zyty Gilowskiej, jakie wypowiedziała w jednym z wywiadów, tymi mianowicie, że nie powinniśmy patrzeć na ludzi, którzy cztery lata temu przejęli w Polsce władzę, jak na ludzi złych, ale że powinniśmy brać również pod uwagę i to, że oni są zwyczajnie głupi. I, jak może niektórzy pamiętają, byłem skłonny przyjąć tę ocenę, jako zdecydowanie wartą rozważenia. Dziś sobie jednak myślę, że może być jeszcze inaczej. Oni mogą być źli i jakoś tam, na swój sposób, porządni; mogą też być głupi całkiem i głupi jeszcze nie do końca. Bardziej natomiast interesującą dziś opcją wydaje mi się być ta mianowicie, że oni przede wszystkim nie mają zupełnie nic do gadania. Jeśli są głupi, mogą nawet nie wiedzieć, że ich rola w tym wszystkim jest tak naprawdę zerowa. Jeśli nie są całkiem głupi, mogą czuć, że wszystko im wylatuje z rąk i że jest jakoś straszno. Jeśli natomiast są źli, mogą się cieszyć, że należą do gangu i że, jak trzeba będzie, to gang się nimi zaopiekuje. Tyle że znowu, ci akurat muszą być i źli i głupi. Co akurat nie jest sytuacją bardzo egzotyczną.
Mam wrażenie, że kiedyś już o tym wspominałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Otóż jakiś czas temu oglądałem w telewizji dokument o historii miasta Newark w New Jersey. Dowiedziałem się z tego raportu, że kiedyś, jeszcze w latach 50 Newark, było pięknym błyskawicznie rozwijającym się miastem, które miało szanse stać się wręcz drugim Nowym Jorkiem. I kiedy wydawało się, że już nic go nie zatrzyma w drodze do sukcesu, władzę w mieście przejęły gangi. I nagle okazało się, że całe to gadanie – które my znamy z Ojca Chrzestnego, ale które przecież możemy usłyszeć z w wielu innych źródeł – o tym, że wprawdzie mafia to coś bardzo paskudnego, ale przynajmniej tacy obrotni gangsterzy są w stanie zatroszczyć się o powierzone im mienie, to bujdy i bajki. Bo fakt jest taki, że oni nie są w stanie zatroszczyć się o nic więcej, jak tylko o to, co akurat uznali za warte zachodu, a co do czego nie muszą szczególnie mocno nadwyrężać. A więc w najlepszym wypadku może tam chodzić o jakieś drobne zabójstwo, czy drobny skok na drobną kasę. O samym mieście nikt nawet nie to, że nie myślał, ale jego umysł zwyczajnie aż tak szerokiej perspektywy nie obejmował. No i wystarczyło kilka lat tego bezhołowia, jak miasto Newark trafił jasny szlag, a to co z niego ostatecznie zostało, to ruiny i buszująca po nich biała i czarna nędza.
Czy dziś Polska jest jak niegdysiejsze miasto Newark? Myślę że trochę tak, ale nawet jeśli wciąż jeszcze nie do końca, to tak czy inaczej, wydaje mi się bardzo możliwe, że jest właśnie tak jak myślę. Że oni w tej chwili już nie mają na nic wpływu. Wszystko co się dzieje, dzieje się obok nich, a oni już tylko – jak to już wcześniej opisałem – trzymają się tej rurki, starając się nie zlecieć na mordę. Przyszło mi to do głowy, parę dni temu napisałem nawet w związku z tym tekst dla Warszawskiej Gazety - w kioskach Warszawy, Lublina i Katowic już jutro - który tu opublikuję może w sobotę, lub w niedzielę, a dziś, po obejrzeniu dwóch kolejnych wieczornych programów w telewizji TVN24, siadłem nad tym tekstem, dzieląc się kolejnymi w tej kwestii refleksjami. Mówiąc o TVN-ie, mam na myśli wczorajsze ‘Czarno na białym’ i rozmowę Rymanowskiego. Zacznę od Rymanowskiego, bo sprawa jest bardzo krótka. Otóż do studia przyszli posłowie Hofman i Raś i zaczęli sobie rozmawiać o tym, o czym ostatnio rozmawia się niemal wyłącznie, a więc o drogach i stadionach. Hofman był taki jak zawsze, może nawet bardziej rumiany i zadowolony z siebie, niż zwykle, natomiast Raś mnie autentycznie przeraził. Ja dawno nie widziałem w telewizji polityka, który byłby w takiej panice. Oczywiście, to co on gadał, utrzymywało się w typowym dla Platformy standardzie, natomiast to jak on się zachowywał, przypominało ucznia na egzaminie, który wie, że za chwilę zaschnie mu tak w ustach, że nie będzie mógł już z siebie wydusić słowa, a mimo to z tego przerażenia, nie jest w stanie nawet sięgnąć po szklankę z wodą. Siedział więc ten Raś w tej swojej komicznie zapiętej na jeden guzik marynarce – co tylko potęgowało ogólny efekt – wybałuszał przerażone oczy, nieustannie oblizywał spierzchnięte wargi, nerwowo próbował przełykać ślinę, a ja już się tylko bałem, że jak tak dalej pojdzie, to on za godzinę wróci do domu i się powiesi na klamce.
Wcześniej jednak zdarzyło się coś bardziej interesującego i może też bardziej znaczącego. Otóż Tomasz Sekielski przygotował cały program na temat ludzi zamieszkujących polsko-ukraińskie pogranicze, którzy oczywiście całkowicie bezkarnie trudnią się przemytem, przewożąc przez polsko-ukraińską granicę papierosy i benzynę w jedną stronę, a kiełbasę i mięso w drugą, czym doprowadzają redaktorów TVN24 do wściekłości, a polskie państwo oczywiście kompromitują w oczach cywilizowanego świata. Akurat jak idzie o Sekielskiego, to zdążył nas on przyzwyczaić naprawdę do wszystkiego, jednak to co zobaczyłem tym razem, to był już najczystszej wody PRL, i to z czasów, gdy faktyczną stolicą państwa były Wronki. W audycji, o której dziś tak mocno sobie myślę, wszystko było warte osobnej relacji, jak choćby scena, gdy dzielni żołnierze pogranicza, najpierw na ekranie swojego noktowizora wypatrują jakieś biedaka, który z dwiema walizkami przedziera się przez nocny las, a po chwili już uzbrojeni żołnierze wyskakują z samochodu i przemytnika w pokazowy sposób, tak by TVN24, mógł elegancko wszystko pokazać, aresztują i odwożą go gdzieś, gdzie on z całą pewnością zostanie za tę kiełbasę, czy kilka paczek niebieskich elemów przykładnie ukarany. Natomiast moment, kiedy autor reportażu zachodzi do Urzędu Celnego w Przemyślu i wywala na biurko pani rzecznik Urzędu kanister z nielegalną ukraińską benzyną, i każe jej odpowiadać, czy ona wie, co to jest, i co ona planuje zrobić, żeby taki proceder więcej nie miał miejsca, to pomyślałem sobie, że to już nawet nie jest PRL, lecz zwyczajne NRD pod berlińskim murem.
Ktoś mi powie, że to nic takiego. Normalne tefaunewosko-platformowe szaleństwo, mające na celu przykrycie tego rozbójniczego łupienia, jakie jest prowadzone na Polsce od czterech już niemal lat. Otóż nie. Tu jest coś znacznie gorszego. Owszem – oni oczywiście zawsze dbają o to, by jak tylko jest konieczność, odwrócić uwagę od spraw podstawowych. Natomiast tu akurat uważam, że oni nie udają. Oni już doszli do momentu, kiedy nie muszą udawać. Oni są dziś tacy już naprawdę. Oni zachowują się tak jak się zachowują, bo to jest prawdziwa, autentyczna mafia, która nie jest w stanie znieść, kiedy widzi, że gdzieś ktoś próbuje na siebie w jakiś bardziej niekonwencjonalny sposób zarobić. Kiedyś, jeszcze w czasach gdy chodzili w glorii prawdziwych liberałów, głosili światu, że kto zaradny ten ma dobrze, a kto nie – niech zdycha. Dziś są jak komuniści, którzy zwalczali wszelkie przejawy obywatelskiej aktywności nie dlatego przecież, że uważali ją za szkodliwą, ale dlatego tylko, że święcie wierzyli, że jeśli ktoś chce robić interesy, to ma najpierw poprosić ich o zgodę, a później – zwyczajnie, jak to w mafii – dzielić się zyskami.
Oni w tej chwili już nie myślą o Polsce. Nie myślą o niej już nawet choćby tylko w ten swój szczególny pokręcony sposób, który znamy jeszcze sprzed paru lat. To z czym mamy dziś do czynienia, to już tylko z jednej strony ostra, bezwzględna i bezczelna kradzież wszystkiego, czego inni nie zdążyli jeszcze ukraść, a z drugiej złość na tych wszystkich, którzy robią wrażenie, jakby machnęli na ten cały syf ręką i postanowili zająć się sobą. Bo ich jest najwięcej. Oni świetnie wiedzą, że tych właśnie jest najwięcej. Ludzi pozornie zajętych sobą, pozornie obojętnych, pozornie zrezygnowanych. I wiedzą też, że kiedy wreszcie przyjdzie odpowiedni moment, to oni właśnie mogą stworzyć armię, która ich nie tylko zmiecie, ale najpierw zmiecie, a później powoli i systematycznie zacznie rozliczać. Trochę z czystego ludzkiego pragnienia sprawiedliwości, ale też trochę i ze zwykłej potrzeby zemsty. Ot tak. Za wszystkie mniejsze lub większe krzywdy.
"Jeśli ludzie zaczną kupować łzy, może któregoś dnia stanę się bogaty".

Marylka: Szabla, szklanka i Gruzini

Niedawny post Toyaha o Węgrzech – nie o Kolonii, nie o Maastricht, ale o Węgrzech – i niektóre komentarze pod nim, przypomniały mi o świetnych winach naszych braci Gruzinów, o akcji wspierania Gruzinów przez kupowanie ich wina, która jakoś ucichła i zamarła, i o tym, że dwóch młodych Gruzinów z polskimi korzeniami i polskim nazwiskiem dwa miesiące temu otworzyło w Warszawie na ul. Ząbkowskiej mały sklepik z gruzińskim winem i gruzińskimi przysmakami pod nazwą Alaverdi - The Georgian Point. I pomyślałam sobie, że bardzo bym chciała, żeby im się powiodło, ale nie wiem, jak im pomóc oprócz tego, żeby kupować u nich jak najczęściej i zachęcać do tego samego tych moich przyjaciół, którzy lubią wino albo na przykład sok z granatów.
Dlaczego tak mi zależy na powodzeniu tych chłopców – poza tym, że są mi bliscy jako Gruzini, jako Polacy i jako synowie swoich rodziców, a moich i naszej Polski przyjaciół? Otóż chodzi mi tylko i najbardziej o solidarność, bez której, czego jestem pewna, stalibyśmy się w końcu nikim z tymi naszymi wspominkami o pięknej polskiej historii, a nawet może zasługiwalibyśmy na ten marny los, który nam szykują różne moce. Dla mnie sklep, który założyli chłopcy, to kawałek Gruzji, która wciąż znajduje w sobie wolę i zdolność do walki.
No a rodzina Domuchowskich to wspaniali i wyjątkowi ludzie, o których pokrótce opowiem. Znaleźli się w Polsce jako jedni z pierwszych, a może nawet pierwsi uchodźcy polityczni po 1989 roku. Nie przyjechali tu, żeby poprawić sobie swój byt ani robić interesy, lecz znaleźć azyl. Wiktor, fizyk z wykształcenia, był od lat 80. działaczem niepodległościowym i jednym z najbliższych współpracowników prezydenta Zwiada Gamsachurdii. Czy ktoś pamięta postać pierwszego prezydenta Gruzji? Wikipedia dziś poświęca mu 12 linijek tekstu, ale od Wiktora i jego żony Rusudan można dowiedzieć się, jak ciekawa i pod wieloma względami znakomita to była postać. No i jak z bliska wyglądały krwawe początki niepodległej Gruzji. Mam nadzieję, że kiedyś napiszą o tym wszystkim.
W każdym razie w 1992 roku Rosja ze swoim SPECNAZ-em wsparła zbrojnie przeciwników Gamsachurdii, a on musiał z Gruzji uciekać. Przez jakiś czas wybrany w wolnych wyborach parlament gruziński obradował konspiracyjnie w Czeczenii, gdzie też przebywał Gamsachurdija pod opieką Dżohara Dudajewa, podczas gdy w Gruzji rządził z ruskiego nadania Szewardnadze ze swoimi władzami. Wiktor z rodziną był przez rok na emigracji w Azerbejdżanie, skąd jeździł do Czeczenii na obrady uchodźczego parlamentu. W 1993 roku został porwany z Baku przez służby Szewardnadzego wraz z przyjacielem i wtrącony do więzienia. Tam przeżył bicie, tortury, czekając na wyrok śmierci – mógł się tego spodziewać, bo jego towarzyszy skazywano na śmierć i rozstrzeliwano. Pewnie tak by się stało, gdyby nie jego żona, która podjęła dramatyczną walkę o niego. Znalazła drogi dotarcia do tzw. społeczności międzynarodowej, organizacji praw człowieka i polityków. Z pewnością dzięki temu Wiktor został skazany „tylko” na 14 lat więzienia. Rusudan nie ustawała w staraniach, żeby go uwolnić i sprowadzić do Polski, gdzie pojechała wraz z dziećmi. I to się udało. W 1998 roku ktoś przekonał ówczesnego ministra SZ Geremka, żeby w czasie oficjalnej wizyty w Gruzji upomniał się o Domuchowskiego. Po dwóch dniach Wiktor był wolny i połączył się w Polsce z rodziną. Tu dorośli i wykształcili się ich synowie.
Czy muszę dodawać, że choć cała czwórka tęskni i zawsze będzie tęsknić za swoją ojczyzną, to stała się niegorszymi, a może nawet lepszymi od nas Polakami? Tak bywało z wieloma cudzoziemcami, którzy w ciągu historii osiadali w Rzeczypospolitej – z jej zasługą czy bez. Dla mnie osobiście ta znajomość jest bezcenna z innego jeszcze powodu. Ci, którzy żyli w piekle rosyjskim i podjęli z nim walkę – a walka o niepodległość na Kaukazie oznaczała zawsze prawdziwą, krwawą wojnę – wiedzą, czują i oceniają rzeczywistość polityczną znacznie lepiej niż my. Jeśli coś niecoś rozumiem z tego, co się dzieje w Polsce, w Rosji, na świecie, to w jakimś stopniu zawdzięczam to takim ludziom jak Domuchowscy – wychodźcom z Kaukazu.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...