sobota, 22 maja 2010

System się sfajdał



Przyznam zupełnie uczciwie, że nigdy, ani w jednym wypadku, mimo całej mojej podejrzliwości w stosunku do Systemu i ludzi z nim związanych, nie przyszło mi do głowy, żeby poważnie traktować wszelkie głosy, mówiące, że oto jesteśmy drugą Białorusią, że oto odbierają nam wolność, że Polska tonie. Od razu też, przyznając się do tej naiwności, proszę wszystkich mądrali, żeby mi nie dostarczali przemówień o tym, jaki to jestem głupi, że dopiero dziś widzę to, co oni już widzieli od dawna. Po pierwsze, wiem, że byłem głupi, a po drugie, nie do końca wierzę, że to co się własnie dzieje, oni widzieli od dawna. Bo to się dzieje dopiero dziś.
Cóż więc to się takiego dzieje? Otóż dotarła do mnie informacja, że Rzeczpospolita, ukazujący się legalnie, a więc zgodnie z prawem dziennik, postanowił do swojego wtorkowego – mam na myśli najbliższy wtorek – wydania dołączyć film pani Ewy Stankiewicz Solidarni 2010. Żeby to wydarzenie – wszyscy, którzy ten film widzieli wiedzą, że jest to wydarzenie – rozreklamować, Rzeczpospolita postanowiła nakręcić odpowiednią reklamę, zapłacić różnym telewizjom odpowiednie koszta i wyemitować ją tak jak to się zwykle robi. Właśnie się dowiaduję, że wszystkie zainteresowane kanały telewizyjne, włącznie z telewizją publiczną, postanowiły emisję reklamy zablokować, pod pretekstem, że dziennikarzom nie wolno występować w reklamach, a tu akurat swoją twarz udostępnił Jan Pospieszalski.
Absurdalność tego argumentu jest tak porażająca, że nie chcę się tu nad nią nawet zatrzymywać. Ja oczywiście pamiętam, jeszcze sprzed wielu lat, dyskusje, czy dziennikarz danej stacji może występować w reklamach emitowanych w tej właśnie stacji, ale to akurat jest już tak zwana melodia przeszłości. Wystarczy obejrzeć TVN24 choćby przez moment, żeby nie uniknąć widoku dziennikarzy tej stacji reklamujących głównie banki, ale jak płacą, to właściwie czegokolwiek. Dowiaduję się, jak by tego było mało, że Jan Pospieszalski, w odróżnieniu od na przykład Huberta Urbańskiego, za pokazanie swojej twarzy nie chciał od nikogo ani grosza. Po prostu on stanowi część tego filmu, więc trudno go było zlekceważyć. No, a poza tym, jak wszyscy wiemy, nie o to chodziło.
Ale, jak mówię, nie o to chodzi. I wszyscy, którzy tu bywamy na tym blogu wiemy to doskonale. Że wcale nie o to tu chodzi. Że to jest tylko znak czasów. A może – miejmy taką nadzieję – znak dni. Bo film Solidarni 2010, który stanowi prawdziwą rewolucję w pokazywaniu naszej rzeczywistości, rewolucję, której nie mieliśmy w Polsce od wielu, wielu lat, stał się powodem strachu nieporównywalnego z niczym, co mieliśmy okazję obserwować od wieków. Pisałem tu niedawno i o filmie Solidarni 2010i o tym, w jaki sposób ten film obudził we mnie wspomnienia dawnych, jeszcze zamierzchłych peerelowskich czasów, związanych z półlegalnymi pokazami w przykościelnych salach wielkiej refleksji na temat wizyty Jana Pawła II w Polsce, nakręconej przez Trzosa-Rastawieckiego. Pisałem tu, na tym blogu, zupełnie niedawno, o tej dzisiejszej furii, jaką obserwujemy wokół emisji filmu Ewy Stankiewicz i przede wszystkim wokół faktu, że ta Polska, ta prawdziwa Polska, której dotychczas tak skutecznie zamykano usta, może nagle swobodnie mówić, i która – jak się nagle okazuje – potrafi mówić dobitnie i pięknie. Jak ta Polska nagle dostaje prawo głosu. I pisałem przy tej okazji o tym, jak to przez ten piękny, prawdziwy film Ewy Stankiewicz historia zatoczyła koło. Wprawdzie jesteśmy dziś częścią Europy, a nie sowieckiego imperium – choć niektórzy znów zarzucą mi naiwność – i nie jest tak, że w celu obejrzenia filmu Ewy Stankiewicz musimy się gromadzić w salkach katechetycznych i na prywatnych pokazach u tak zwanych ludzi, ale nagle okazuje się, że historia rzeczywiście zatoczyła koło. Zatoczyła koło w ten sposób, że pewna część społeczeństwa jest systematycznie, intencjonalnie i wyjątkowo bezczelnie eliminowana z życia publicznego.
Kiedy jednak pisałem o filmie Solidarni 2010 i wspominałem o wszystkich możliwych podobieństwach między tym filmem, a tamtym Pielgrzymem, myślałem wyłącznie o tym bezpośrednim ataku, jaki dziś i wtedy jest kierowany pod adresem prawdy ustami wynajętych dziennikarzy, sprzedajnych autorytetów i głupich obserwatorów. Nawet mi do głowy nie przyszło, że doszło do tego, że ten atak zyskał kształt prawdziwie systemowy. Że ten strach przed utratą wpływów nie ogranicza się już teraz do tego, że ktoś się z kimś pokłóci, albo ktoś inny przeprowadzi jakąś drobną propagandową akcję. Nie spodziewałem się, że to dotychczas tak lekceważone przeze mnie ględzenie o Białorusi się zwyczajnie zmaterializuje.
I oto dochodzi do tego, że wszystkie główne stacje telewizyjne odmawiają emisji reklamy, zleconej przez oficjalnie ukazujący się dziennik, jeden z głównych ogólnopolskich dzienników, bo presja Systemu okazała się tak wielka, że wszelki opór ni stąd ni z owąd stał się nieopłacalny. Żyjemy w nowej Europie. Wydawałoby się, że – choćby przez dostępność Internetu – wszelkie tabu przestają istnieć. Atak nowej cywilizacji na stare struktury, na tradycję, na zwykłe ludzkie przyzwyczajenia jest tak silny, że niektórzy przebąkują już nawet o tym, że to wszystko poszło zbyt daleko i może przydałaby się jakaś, choćby minimalna kontrola. Nowy Świat odpowiada na to niezmiennie, że to już jest przeszłość, że do pewnych zwyczajów wrócić się nie da. Pornografia, przemoc, dostępność do broni, patriotyzm, rodzina, miłość – że to wszystko już stało się dawno sprawą prywatną. Świat współczesny zyskał wolność i ta wolność wskazuje nam przyszłość.
I oto nagle, ten właśnie System, który stworzył tę nową cywilizację i który tej cywilizacji z takim zacięciem broni, boi się jednego skromnego filmu, w którym mówi człowiek. Człowiek bardzo ściśle zdefiniowany, człowiek może trochę nienowoczesny, trochę może odstający od tego co wokół nas, ale wciąż człowiek. I po raz pierwszy od wielu, wielu lat, ten właśnie System występuje przeciwko temu, co sam stworzył. Przeciwko nieograniczonej wolności. Widzi film, w którym mówią ludzie. Nie mówią nic szczególnego. A prawdę powiedziawszy, mówią dokładnie to, co wielokrotnie, w kpiarskim tonie, było przez ten właśnie System wyśmiewane. System słyszy tych ludzi i drży. Drży z przerażenia i złości. Bo nagle, po tych wszystkich latach, doszedł do głosu człowiek. I to drżenie, jak się nagle okazuje, powoduje taką desperację, która sprawia, że wszystkie dotychczasowe reguły zostają unieważnione, i – aż głupio to mówić – wychodzi na to, że nawet Białoruś jest lepsza.
Emisja reklamy filmu Ewy Stankiewicz, który ma zostać dołączony do wtorkowego wydania Rzeczpospolitej, została przez System zablokowana. Presja drżącego przed utratą wpływów Systemu okazała się tak wielka, że nowoczesny świat struchlał. I uległ. A nam pozostaje tyle podnieść ręce w tryumfalnym i radosnym okrzyku. Wreszcie się nas boją! Wreszcie zobaczyli, że z nami nie ma żartów. Wreszcie nie zasną.

Czapka



Mój dziadek, ojciec mojej mamy, jak go pamiętam, zawsze miał na głowie czapkę. Czasem ją zdejmował i wtedy widziałem, że czoło pod daszkiem czapki ma blade. Kompletnie białe. Twarz mojego dziadka była czerwona, niemal brązowa, od słońca, natomiast czoło pod czapką miał białe. I takiego go pamiętam.
Kiedy dziadek zdejmował czapkę? Wbrew pozorom, niekoniecznie do spania. O ile pamiętam, dziadek często nawet spał w tej swojej szarej czapce z daszkiem. Musimy jednak zrozumieć, że mój dziadek nie miał w ciągu swojego życia wiele okazji by spać, ponieważ był człowiekiem ciężkiej, wiecznej pracy. A pracę tę zaczął wcześnie, bo – o ile dobrze sobie przypominam jego słowa – chyba w dwunastym roku życia. To właśnie wtedy zaczął – z różnych, zwykłych w tamtych czasach, przyczyn – dbać osobiście o rodzinny dom. I, jak sam lubił powiadać, ani razu przez całe swoje życie, od tamtego dnia, „słonko nie zaskoczyło go podczas snu”.
Więc kiedy dziadek mój zdejmował czapkę? Oczywiście w kościele, a poza tym – też oczywiście – do jedzenia. Dziadek, kiedy przysiadał w ciągu dnia, żeby coś zjeść zdejmował czapkę. Zawsze.
Co się stało, że przypomniał mi się dziś mój dziadek? Otóż, jak to niekiedy bywa w sobotnie południe, zajrzałem do telewizora i trafiłem na program o mistrzach, którzy akurat wpadli na swoje drugie śniadanie. A wśród mistrzów – jak też to się niekiedy zdarza – trafiłem na Zbigniewa Hołdysa. Oglądałem ten program dosłownie dwie, czy trzy minuty, ale akurat to co zobaczyłem przypomniało mi najpierw mojego dziadka, a następnie zainspirowało do napisania tego tekstu. Otóż Zbigniew Hołdys jadł. Jadł dokładnie tak samo jak mój dziadek, a więc bardzo demonstracyjnie, że tak powiem, tyle że – jak pamiętam – mój dziadek nigdy nie miał ani zębów, ani sztucznej szczęki, więc siłą rzeczy nie umiał się wyzbyć tej szczególnej ekspresji. A więc jadł Zbigniew Hołdys te ciasteczka, które TVN24 kupuje co tydzień dla celebrytów w sobotnie przedpołudnie, zachowując tę szczególną wystawę, a jednocześnie na głowie miał swoją czapkę. On jadł w czapce.
Ktoś mi powie, że to nic takiego. Że czasy sa takie, że ta czapka powoli traci swoje dotychczasowe znaczenie. Ona już nie tylko chroni przed zimnem, czy przed słońcem, czy przed deszczem, ale stanowi zwykłą ozdobę. Jak tatuaż, czy tunele w uszach. I ja to rozumiem. Że skoro człowiek do jedzenia nie wyjmuje sobie z uszu tuneli, to i jeść może w czapce. Takie życie, taki styl. Mimo to jednak, kiedy patrzyłem na Hołdysa chrupiącego ciastka w tej swojej czapce, przypomniał mi się natychmiast mój dziadek. Może to i jakiś mój kompleks. Niech będzie kompleks.
Oprócz jednak jedzenia ciastek, Hołdys mówił. W tym akurat momencie, który oglądałem – nie mam pojęcia, o co chodziło i jaki był tej wypowiedzi kontekst – Zbigniew Hołdys opowiadał o Jimmim Carterze, amerykańskim prezydencie, który jeszcze rządził Ameryką przed Reaganem, i bardo się wzruszył mówiąc, że Carter był osobą tak niezwykłą, że został tym prezydentem, jeszcze rok wcześniej będąc kompletnie nikim, całkowicie nieznanym mieszkańcem małego, amerykańskiego stanu Arkansas.
I to była druga rzecz, na którą nie mogłem nie zwrócić uwagi. Otóż Jimmi Carter, jak może niektórzy wiedzą, nie pochodził z Arkansas, lecz z Georgii. Ale to akurat drobiazg. Hołdys może tego nie wiedzieć. Georgia, Arkansas – jeden diabeł. Ameryka, panie! Faktem jest jednak o wiele istotniejszym, że wbrew plotkom powtarzanym przez wrogim każdemu prezydentowi Stanów Zjednoczonym europejskim mediom, Jimmi Carter nie został prezydentem, porzucając pracę na farmie orzeszków ziemnych. Tak zresztą zwyczajnie być nie mogło. Po prostu ten system działa i działa dobrze. Rodzina Jimiego Cartera, owszem, przeniosła się w roku 1953 na tę farmę, ale on akurat od początku był w polityce. Jimmi Carter prowadził swoją karierę mniej więcej tak samo, jak każdy inny, przed nimi po nim, amerykański prezydent. Już w latach 50-tych był ważnym lokalnym politykiem. W 1962 roku, mimo grożenia mu śmiercią, został członkiem Senatu stanu Georgia. W 1970 roku, po wcześniejszej nieudanej próbie, został gubernatorem. I dopiero wtedy, kiedy minęła jego kadencja, postanowił kandydować. I te wybory wygrał.
Czy był prezydentem dobrym czy złym, to inna sprawa. I nas akurat dziś w ogóle nie interesująca. To co mnie zmusiło do pisania tych słów, to przypadek Hołdysa. Hołdysa zasiadającego do śniadania – choćby i drugiego – w czapce i plotącego najbardziej oczywiste farmazony. A co może nawet i jeszcze ważniejsze, nikt z osób zgromadzonych w studio nawet nie zareagował na jedno i drugie. Pozostała tylko kupka tak zwanych mistrzów i ich nędza.
W ostatnich dniach ten blog jest w dużym stopniu poświęcony występowi, jakiego miałem przyjemność doświadczyć w programie Janka Pospieszalskiego Warto rozmawiać. Wśród wielu bardzo życzliwych komentarzy dotyczących bezpośrednio mojej postawy, znalazły się też głosy twierdzące, że byłoby dobrze przewietrzyć tę medialną przestrzeń, którą jesteśmy karmieni od lat, bo oni nie dadzą nam już akurat nic i nigdy. Bo oni są zwyczajnie niekompetentni, głupi i nudni. Że przez te wszystkie lata, oni stracili już nawet tę jedyną rzecz, jaka ich wyróżniała, a więc obycie, profesjonalizm i ten gest, który charakteryzuje osoby funkcjonujące publicznie. Zbigniew Hołdys, z ustami zapchanymi ciasteczkiem, w czapce na głowie, wygłaszające swoje mądrości do ludzi w gruncie rzeczy tak samo kompetentnych jak on, przed oczami milionowej publiczności, pozostającej w błogim przekonaniu, że oto przed ich nosem przechadza się elita, stanowi ostateczną klapę tego ginącego systemu.
Mieliśmy wiele razy okazję – wielu z nas – oglądać ostatnio ludzi udzielających publicznych wypowiedzi nie w telewizyjnym studio, lecz na zwykłej ulicy, przed niezwykłym pałacem. Jak się okazuje, dwie z tych osob to byli aktorzy. Reszta pozostawała anonimowym, zwykłym, prostym tłumem. Reszta to byli ludzie i ich zwykłe naturalne człowieczeństwo. A poza tym już tylko ich zwykły, naturalny talent. I to nie byli tylko ludzie starsi. Nie tylko wykształceni. Nie tylko z dużych miast. Tam byli wszyscy. Od pierwszej emisji tych zdjęć i tych wypowiedzi mamy do czynienia z bezprecedensowym w swojej formie i treści atakiem elit na to cośmy tam widzieli i słyszeli. Ten atak, ta nienawiść, ta wściekłość, mają swoje źródło. Dziś, po raz kolejny zresztą, można było to źródło ujrzeć w całej swojej okazałości. A Zbigniew Hołdys w czapce i głupstwami wyciekającemu z jego ust przez rozgryzione ciastka był zaledwie tego źródła symbolem. To źródło to jest jednocześnie ten nędzny teatr i to pragnienie, by zrobić wszystko, by się w tej swojej przestrzeni, na tej scenie, zabetonować. I tam zdechnąć.
Jestem pewien, i jest to wiadomość i zła i dobra. Dla nich zła, a dla nas dobra. Oni rzeczywiście tam zdechną, a ten beton i tak w końcu skruszeje. Jak te ciasteczka. Inaczej być nie może. Bo to tak czy inaczej i tak wszystko zaczyna się na czapce. Którą ludzie noszą, by się chronić przed żywiołami, a zdejmują, by oddać cześć Stwórcy. A wtedy, gdy ją zdejmują, Pan spuszcza na nich mądrość. Kto tego nie rozumie, nie rozumie nic.

piątek, 21 maja 2010

Rozmawiać warto



Sytuacja jest bardzo nieprosta. Wiadomo, że po wczorajszym występie, jaki mi wczoraj przypadł w udziale, wiele osób czeka na jakieś refleksje, wiele z tych osob ma oczekiwania bardzo ściśle określone, a ja jestem ograniczony z jednej strony osobistą niezręcznością całej sytuacji, a z drugiej pewnym rodzajem dyskrecji, która nie pozwala mi na przykład plotkować. A nie ulega wątpliwości, że napisać trzeba. Proszę więc pozwolić mi, że to co tu napiszę, będą to zwykłe, luźne i bardzo surowe refleksje, wynikające głównie z przekonania, ze to jest właśnie to, co powiedzieć należy. A zatem – mówmy.
Przede wszystkim bardzo chciałbym wyjaśnić, że mój udział w programie Janka Pospieszalskiego miał taką formę a nie inną, bo taki właśnie był plan. A jednocześnie – i bardzo chcę to tu podkreślić – była to jedyna rzecz, jaką przed programem konsultował ze mną jego autor. Ani on, ani nikt inny, ani mnie nie informował, co mam mówić, jak mam mówić, ani nawet ile mam mówić, a jedyne co mi zostało przekazane, to powód, dla którego zostałem zaproszony do programu i że powinienem być maksymalnie zwięzły, żeby broń Boże nie zabrakło mi czasu. Wspominam tu o tym z takim naciskiem, bo przed programem byłem mocno przekonany, że skoro mam być na miejscu godzinę przed rozpoczęciem programu, to po to, by wszystko wcześniej odpowiednio przećwiczyć. Że Pospieszalski najpierw zapyta mnie, co planuję mówić, potem powie mi, co z tego ma zostać, a o czym mogę zapomnieć, ostrzeże mnie, że mam nikogo nie obrażać, że mam nie kląć i że w ogóle mam uważać, bo to telewizja i takie tam. A więc nic z tego. Niemal cały ten czas spędziłem w kawiarni żłopiąc kawę, poznając osoby zaangażowane w ten program i zbijając bąki. Do studia wszedłem jakieś pięć minut przed startem. Pełna realizacja idei, że rozmawiać jest warto.
Druga rzecz, która mnie zaskoczyła to to, że – odmiennie od standardów obowiązujących w tego typu programach, gdzie zaprasza się publiczność – nikt nie informował tej młodzieży na specjalnie przygotowanych kartkach, kiedy mają klaskać, kiedy wzdychać, kiedy buczeć, a kiedy się śmiać. Gdyby oni wszyscy nagle posnęli, albo dostali głupawki, to w studio nawet nie było osoby, która by mogła sytuację ratować. A więc znów – rozmawiać warto.
To tyle, jeśli idzie o kwestie ogólne. Co do osób zaproszonych do dyskusji, nie powiem ani słowa, bo wszystko co na ich temat miałem do powiedzenienia, powiedziałem to w swoim czasie na tym blogu. Gdybym miał te moje teksty dziś przeredagować, to z całą pewnością nie z poczucia krzywdy, jaką tym dziwnym ludziom wyrządziłem, ale wyłącznie z powodu tego niedosytu, jaki wciąż czuję. Resztę, wszyscy, którzy ten program mieli okazję widzieć, znają i z pewnością sami potrafią wszystko odpowiednio skomentować. A plotek – jak już napisałem wyżej – i tak nie mam zamiaru puszczać.
Jedna rzecz mnie zaskoczyła niezmiernie. Otóż Ludwik Dorn w pewnym momencie postanowił opowiedzieć telewidzom i osobom w studio historię o ptasiej grypie. To co mnie zaskoczyło – nawet przy zachowaniu moich wszystkich dotychczasowych wątpliwości co do jego osoby – to fakt, ze on tę historię opowiedział po raz dziesiąty od dwóch już lat, w dodatku używając dokładnie tych samych słów i tych samych zdań, co tyle razy wcześniej. Kiedy go słuchałem, świetnie wiedziałem, że on nie powie „ptak”, ale „ptaszysko”, i że kiedy wspomni o tym, że on zatelefonował do premiera Marcinkiewicza, to z całą pewnością zaznaczy, że on był wtedy ministrem i taki telefon to było dla niego ot taki sobie gest. Ciekawe, prawda?
Żałuję bardzo, że nie udało mi się zamknąć mojej wypowiedzi tym już ostatnim, kończącym zdaniem. Ja wiem, że i tak mówiłem dłużej niż to sobie wcześniej wyobrażałem, ale bardzo chciałem - wiedząc, że z pewnością pojawi się temat kradzieży tych zdjęć - powiedzieć, że nie może być tak, że kiedy wyprodukowane jest kłamstwo o takiej sile rażenia, takiej żywotności i takich konsekwencjach, komuś, kto chce to kłamstwo ujawnić zamyka się usta, krzycząc: „złodziej”. Chciałem bardzo to powiedzieć, bo byłem przekonany, że ten argument z kradzieżą jest jedynym praktycznie argumentem, który – pozostając kompletnie poza merytoryczną przestrzenią całej dyskusji – może być tu użyty. Bo przecież nie ulega najmniejszych wątpliwości, że cała ta gadanina Karnowskiego o tym, że to wcale nie jest tak, że dziennikarze mają jakieś ukryte intencje, jest idealnie pusta. Chodziło o tę kradzież. I tylko o nią. Bo nawet jeśli założyć, że publikując ten szalik w pełnej okazałości, a nie w zmanipulowanym bezczelnie fragmencie, pogwałciłem czyjeś prawa, to jest akurat tak, że w kontekście o którym mówimy, te akurat prawa – podobnie zresztą jak ich właściciel – są kompletnie bezwartościowe. Chciałem to powiedzieć, Pospieszalski mi przerwał i oni już mogli sobie na mnie poużywać, choćby tylko pogardliwie się krzywiąc.
Z drugiej strony, dobrze się stało, że nie miałem więcej czasu, bo biorąc pod uwagę reakcję Hartmana i Mistewicza na moje słowa i nastrój, w jakim już wtedy byłem, można się poważnie było obawiać, że jeszcze chwila, a ten program by się skończył czymś kompletnie nieprzewidzianym już po piętnastu minutach. Podobnie, jestem pewien, że formuła, jaką dla tego programu przyjął Jan Pospieszalski jest idealna. Nie ma takiej możliwości, żeby dopuścić do bezpośredniej dyskusji między zawodowymi komentatorami, a zaproszonymi do tego programu przedstawicielami opinii społecznej. Oni i my, to – pomijając różnice oczywiste, a więc zawodowe przygotowanie, doświadczenie i tak zwane obycie – dwa kompletnie różne światy. I mówiąc o tych światach wcale nie chcę sugerować, że ta różnica działa akurat na ich korzyść. Oni już dawno przestali być przedstawicielami jakiejkolwiek opinii publicznej. Oni reprezentują już tylko wyłącznie siebie i swoje beznadziejne uwikłanie. Każda zwykła wymiana poglądów między dowolnym, w miarę poukładanym człowiekiem z poza tak zwanej branży, a którymkolwiek z nich, skończyłaby się dla każdego z nich totalną katastrofą. I to nie dlatego, że oni są głupi, a my mądrzy. Albo że oni wiedzą mniej, a my więcej. Ale wyłącznie dlatego, że my jesteśmy wolni, a oni nawet już zapomnieli, czym wolność jest.
I to jest moja osobista już nauka z tego wczorajszego doświadczenia. To i jeszcze coś. Że warto rozmawiać. Nawet jeśli tylko po to, żeby ci, którzy się powinni bać, bać się zaczęli.

środa, 19 maja 2010

O jeden zwód za dużo



Od paru dni na ekranach telewizorów, zamiast Bronisława Komorowskiego, pokazuje się Donald Tusk. Oczywiście, nie jest też tak, że Platforma Obywatelska, Andrzej Wajda i sprzymierzone z nim media uznały, że ze względu na pewne problemy natury wizerunkowej, Komorowskiego lepiej będzie dopiero wyciągnąć po wyborach. O nie. Aż tak źle nie jest. Natomiast zdecydowanie można zauważyć, że, chyba już rzutem na taśmę, III RP próbuje odzyskać grunt pod nogami. No bo proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby zamiast Donalda Tuska po zalanych wioskach zaczął jeżdzić marszałek Komorowski ze swoim sztabem. Przede wszystkim – nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości – on by tam jeździł właśnie nie sam, ale z tym całym nieszczęsnym komitetem honorrowym. A więc, z całą pewnością, gdyby wymyślił, że dla dobra kampanii trzeba spotkać się z ludźmi, którzy właśnie utracili swoje domy i majątki, zabrałby ze sobą panią Kidawę-Błońską, a ona z kolei namówiłaby na ten wyjazd Maję Komorowską, Daniela Olbrychskiego i pary staruszków z wyostrzonym dowcipem. I to by był już koniec.
A tak, całą robotę za Komorowskiego robi Tusk. I nie da się ukryć, że swoją rolę spełnia znakomicie. Niedawno napisałem na tym blogu, że kiedy obserwuję Bronisława Komorowskiego, to nagle, z każdym nowym dniem, dochodzę do wniosku, że wszystkie moje dotychczasowe oceny zarówno Donalda Tuska, Michała Boniego i wielu innych prominentnych działaczy Platformy Obywatelskiej były dalece niesprawiedliwe. Dopiero na tle, które całą swoją postawą, każdym swoim gestem i każdym słowem zechciał nam stworzyć marszałek Komorowski, widać wyraźnie, że nic się nie dzieje bez przyczyny. Donald Tusk został szefem Platformy, a później szefem rządu, nie dlatego, że tak się to jakoś ułożyło, ale ponieważ był z nich wszystkich zwyczajnie najlepszy. Podobnie Michał Boni. Nie dlatego został wzięty do rządu, żeby robić wszystko to, czego inni nie potrafią, bo akurat im wszystkim zaimponowało to bardzo, że on kiedyś współpracował z komunistycznymi służbami, ale to raczej już wcześniej owe służby zorientowały się, że ten jest w porządku. Że on będzie dobry. Że on się nadaje.
I teraz dopiero, kiedy widzimy nagle, jaką nędzę prezentuje ten dziwny człowiek, możemy się domyślić, że on został marszałkiem Sejmu nie dlatego, że był taki świetny, ale dlatego że był na tyle ważny, że trudno go było kompletnie zlekceważyć, ale na tyle beznadziejny, że ten urząd akurat dla niego nadawał się znakomicie. Przynajmniej dla ludzi, dla których wszystko co nie dotyka bezpośrednio władzy, jest zwykłym żyrandolem i laską, którą można postukać. Kiedy człowiekowi przyjdzie ochota.
I przyszedł ten moment, kiedy z najbardziej tajemniczych powodów, które swoją drogą nie są już aż tak tajemnicze od dnia, kiedy samolot z Prezydentem i panią Maria Kaczyńską roztrzaskał się w drobny mak na smoleńskiej ziemi, Donald Tusk postanowił – przepraszam, nie postanowił, ale ogłosił – że nie chce już być prezydentem. Przyszedł ten moment, kiedy nagle, z najbardziej niezwykłych i niejasnych przyczyn, postanowiono, że to jednak Bronisław Komorowski będzie obsługiwał te żyrandole. Że ta fucha jest, z punktu widzenia prawdziwych ludzi interesu, na tyle nieistotna, że on, akurat tak samo jak był pożyteczny zadając szyku jako marszałek, może też zadawać szyku jako prezydent. A Donald Tusk tym czasem zajmie się wyborami do Parlamentu. Dziś widać, że ten plan był mistrzowski. Prawie. Jeśli tylko pominiemy osobę Jarosława Kaczyńskiego.
Ale jest jak jest Jarosław Kaczyński żyje i ma się dobrze, Bronisław Komorowski musi się zmagać ze swoją nędzą, a Donald Tusk, jak zwykle, ma pełne ręce roboty. Do tego stopnia pełne, że można się obawiać, że nawet już nie ma czasu na piłkę. A ludzie widzą. Widzą i Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, który – jestem o tym głęboko przekonany – musi już budzić wyłącznie wściekłość. Wściekłość i bezsilność. No i ten jęk – czemu akurat ten dureń?
Rozumiem bardzo dobrze ten ból. Bardzo łatwo – niemal tak łatwo jak łatwo można wyznaczyć czas między czwartkiem a sobotnim rankiem – mogę sobie wyobrazić sytuację, w której nagle, z jakiś nieokreślonych powodów, Prawo i Sprawiedliwość wystawia do walki o prezydenturę kogoś, kto zwyczajnie do niczego innego się nie nadawał, a teraz, ponieważ innych kandydatów nie ma, a ktoś być musi – niech już to będzie on. I ja patrzę na tego nieszczęśnika, jak zadaje szyku i staje na głowie, żeby być równie zgrabny i równie wyszczekany i równie zabójczo uśmiechnięty, jak kandydat Napieralski na przykład, i każda kolejna chwila pokazuje, że nic z tego. Że z każdą chwilą jest tylko gorzej. Że jedyne co pozostaje to się rozpłakać i powyrywać sobie z głowy resztki siwych włosów. A jednocześnie myślę o Lechu Kaczyńskim – prawdziwym mężu stanu, wielkim polityku, człowieku tak nieprawdopodobnie ponad wszystko to co go otacza, że trudno tę wielkość wyrazić słowami. I myślę o jego bracie, charyzmatycznym przywódcy, który wystarczy że się pokazał publicznie, budził respekt, którego nie były w stanie przykryć nawet najbardziej sprytnie sprokurowane szyderstwa. I wiem, że ani jeden, ani drugi kandydować już nie mogą. Ale wiem jeszcze coś, że przez jakieś krętactwa, o których nie mam pojęcia, nie może też kandydować wielu innych zdolnych mniej lub bardziej polityków, którzy wprawdzie tych wyborów już by nie wygrali, ale przynajmniej nie będą przynosić wstydu. A tymczasem muszę w każdej godzinie każdego dnia znosić wygłupy jakiegoś pisowskiego nadętego popychadły i wmawiać sobie, że to i tak lepiej, niż ktoś tam stojący po drugiej stronie. Straszne!
A zatem, mogę wyobrazić sobie taką sytuację i taki ból. I taki wstyd. I tylko się mogę domyślać, co czują dziś wyborcy Platformy Obywatelskiej, kiedy nagle widzą tego Tuska, który po prostu – co tu dużo mówić – jest dobry. Jest sprawny, inteligentny, szalenie skoncentrowany… zwyczajny, sprawny polityk z pierwszej półki. Wyrazy współczucia. Ale samiście sobie ten los zgotowali. Jako miłośnicy piłki nożnej, zrozumiecie tę figurę – przekombinowaliście.
PS - Jeszcze dwie rzeczy. Jutro w programie u Pospieszalskiego będę gadał o manipulacji. TVP 23.00. Druga sprawa. Niezmiennie proszę o dotowanie tego bloga. Za dotychczasowe wsparcie dziękuję.

wtorek, 18 maja 2010

Na moment przed skokiem



Jak sięgnę pamięcią, zawsze miałem skłonność by dzielić polskie społeczeństwo. Ale pamiętam też, że zawsze to robiłem z wielką przyjemnością i przy tej okazji nigdy nie czułem ani wyrzutów sumienia, ani też jakiejś swojej w tym wyjątkowości. Za peerelu na innych ludzi patrzyłem pod kątem opozycji ubek-nieubek, komuch-niekomuch, no i naturalnie, jak zawsze, dureń-niedureń. Kiedy komuna się przepoczwarzała w to co nas prześladuje do dziś, doskonale czułem, i to uczucie gdzie mogłem wyrażałem, że obok ludzi wrażliwych, o dobrych sercach, są ludzie niewrażliwi i o sercach podłych. Że obok tych, którzy kiedy patrzą, to widzą, są też tacy co nawet jak patrzą – to nie widzą. I że – jak zwykle – obok szpicli, katów i tchórzy, są też ich ofiary. Obecne lub dopiero potencjalne. Tak samo jest teraz. Ile razy zastanawiam się nad naszą Polską i nami Polakami, wiem świetnie, że, tak jak kiedyś, można w bardzo wielkim skrócie wyróżnić dwie kategorie obywateli. I nawet jeśli ten podział sprowadzę do już najbardziej trywialnego i prostackiego podziału Polak-NiePolak, nie widzę w tym nic szczególnie gorszącego.
Jest też jednak faktem, że tak zwana druga strona również nigdy nie miała problemu z klasyfikowaniem. Za komuny z jednej strony stał zawsze obywatel porządny i warchoł, element propaństwowy i antysocjalistyczny, robotnik i chuligan. W pierwszych latach Trzeciej RP pojawił się podział na zoologicznych antykomunistów i antykomunistów kulturalnych, na ciemnogród i jasnogród, następnie na prawdziwych Europejczyków i polskie chamstwo, czy wreszcie na wykształconych z wielkich miast i niewykształconych ze wsi i z miasteczek. Ostatni podział jaki nam się pojawił, to – z zachowaniem oczywiście wszystkich dotychczasowych epitetów – podział na dwa Kościoły – krakowski i toruński.
Ciekawe w tym wszystkim są dwie rzeczy. Pierwsza jest taka, że dyskryminacja, jaka pojawiała się przez ten cały czas po stronie, że tak powiem, reżimowej, zawsze miała wymiar bardzo oficjalny. Z określaniem pewnej części społeczeństwa, jako leni, obiboków, chuliganów, warchołów, ziejących jadem nienawiści ludzi w moherowych beretach, publiczna domena nigdy się nie kryła, i nawet od czasu do czasu wynajmowała swoich uczonych przedstawicieli do prezentacji zobiektywizowanej analizy opisywanych w prasie, radiu i telewizji zjawisk. Inaczej było po stronie społecznej. Jeśli ja, czy moi znajomi, mówiliśmy, że wśród nas są ubecy, lub że jakieś środowisko to banda komuchów, czy też, że część osób, które spotykamy na niedzielnych mszach, to w gruncie rzeczy osoby skrajnie niepobożne, każde nasze słowo miało wyłącznie charakter plotki, czy tak zwanej szeptanej propagandy.
Druga interesująca kwestia to taka, że podczas gdy my – myślę, że mogę już używać tego pojęcia ‘my’ – konsekwentnie akceptowaliśmy fakt, że są dwie Polski i nic na to nie można poradzić, to oni od samego początku robili wszystko – i to zarówno w wymiarze indywidualnym jak i propagandowym – by nikt nie miał wątpliwości co do tego, że to całe społeczne zło, które się przelewa gdzieś na marginesach naszego życia, to właśnie margines i że w gruncie rzeczy podziały żadne nie istnieją. Że i ci najpierw zwykli antykomuniści, później antykomuniści zoologiczni, następnie ciemna wiejska hołota z kruchty i w końcu „bereciary od Rydzyka”, to nie jest żadna istotna grupa społeczna, ale śmierdzący wykwit na żywym organizmie cywilizowanego społeczeństwa, który się niedługo skutecznie wyleczy. Tym samym, kiedy pojawiały się – oczywiście jak najbardziej nieoficjalne – zarzuty, że System pragnie wyrzucić z oficjalnego obiegu dużą część społeczeństwa, ów System natychmiast krzyczał, że to oszczerstwo i skandal. Jest tylko miłość i szacunek.
Co się działo, kiedy opinia, jakoby były dwie Polski pojawiała się z rzadka bardzo po stronie ‘społecznej’, jednak w skali bardziej oficjalnej? Pamiętam, że po raz pierwszy miałem okazję zaobserwować tę sytuację, kiedy po pierwszej pielgrzymce do Polski Jana Pawła II, Andrzej Trzos-Rastawicki nakręcił film zatytułowany „Pielgrzym”, który właśnie – po raz pierwszy w historii Polski – ukazał tę drugą Polskę oficjalnie, na prawdziwej taśmie filmowej, w porządnej produkcji, w pełnym wymiarze. System z tym wydarzeniem poradził sobie tak jak to zawsze czynił, a więc film w całości ocenzurował i nie dopuścił do normalnej dystrybucji. W tej sytuacji, ta właśnie ‘druga Polska’, oglądała go w kościołach i na zamkniętych pokazach w rożnych nieoficjalnych, jakoś tam zbliżonych do Kościoła, miejscach. Wtedy to właśnie mogliśmy zobaczyć siebie, a przy tym też to, jacy jesteśmy właśnie my. Ci, o których System dotychczas twierdził, że nas nie ma, a jeśli jesteśmy, to stanowimy nic nie znaczący margines. I jak nas jest dużo. To był niezwykły film. Każdy kto go widział wtedy, pamięta, jaki to był wówczas niezwykły film. Film, w którym po raz pierwszy byliśmy tylko my. A jeśli gdzieniegdzie przemknął ktoś z tamtej strony, to wyłącznie po to, żeby ten nasz obraz jeszcze bardziej wyostrzyć. Ależ to był film!
Jak już powiedziałem, System ten film zlekceważył. System zrobił wszystko, by ten film został – podobnie zresztą, jak my wszyscy – z publicznej świadomości wyparty. Żeby on przestał istnieć. Żeby ostatecznie stał się dokładnie takim samym marginesem, jak zwykły obibok na socjalistycznej budowie. System tego filmu ani nie komentował, ani go nie krytykował, ani w ogóle o nim nie wspominał. Filmu zwyczajnie nie było. Takie to były czasy.
Kiedy telewizja publiczna kilka tygodni temu pokazała film zatytułowany Solidarni 2010, nie oglądałem go. Mało oglądam telewizję i zwyczajnie nie wiedziałem, że on jest pokazywany. Ponieważ on się niemal natychmiast pojawił w Internecie, obejrzała go Toyahowa i dzieci. Ja nie. Nie jestem w stanie siedzieć w krześle przed komputerem dłużej niż kilka minut, o ile akurat nie piszę jakiegoś tekstu do tego bloga, lub nie pracuję. Jeśli mam oglądać film, muszę mieć fotel i telewizor i pełny komfort. Nie mogę siedzieć, patrzeć w ten ekran i udawać, że jestem skupiony. Więc, jako jedyny z rodziny, filmu Solidarni 2010 nie oglądałem. A ponieważ go nie oglądałem, nie zabierałem głosu ani na jego temat, ani na temat całej tej nieprawdopodobnej krytyki, jaka spadła na Autorów i na samą TVP za jego emisję. Ale oczywiście świetnie wiedziałem, jakie są zarzuty. A zarzuty musiały być. W końcu czasy są dziś inne. System nie potrafi już działać tak, jak działał 30 lat temu i zrobić z filmem Ewy Stankiewicz to co zrobił z Pielgrzymem Trzosa, czyli udawać, że go nie ma. W tej sytuacji więc, padł powszechnie zarzut, że film jest podły, kłamliwy, wręcz goebbelsowski, no a przede wszystkim, że dzieli Polaków. Że zamiast pokazać i tych i tych, pokazuje wyłącznie tych. A to jest zwyczajna obrzydliwość. Jestem przekonany, że gdyby w tamtych latach, 30 lat temu, reżim miał jakiś interes, żeby o filmie Trzosa pisać, zarzuty byłyby dokładnie takie same. I jestem przekonany, ze znalazłoby się wystarczająco dużo ekspertów, autorytetów, recenzentów i zwykłych obywateli, którzy by nam świetnie wyjaśnili, dlaczego Pielgrzyma można uznać za przykład najbardziej ohydnej, antyspołecznej propagandy.
Pozwolę sobie na małą dygresję. W niedzielę, po tym jak Karol Wojtyła został papieżem, odbyła się wielka msza pontyfikalna, która była transmitowana przez komunistyczną telewizję. Tak się złożyło, że w tamtą niedzielę byłem z przyjaciółmi w górach. Rano zeszliśmy do takiej niby stołówki, gdzie stał telewizor i zasiedliśmy w krzesłach, by śledzić to niezwykłe zdarzenie. Tymczasem w sali obok odbywała się tak towarzyska impreza. Był niedzielny poranek, myśmy oglądali mszę w telewizji, a w sąsiedniej sali banda jakichś nieznanych nam turystów chlała, i darła mordy w sposób zupełnie niewyobrażalny. I tak przez całą mszę. Myśmy ich, jak mówię, nie znali, ale nawet nam do głowy nie przyszło, żeby interweniować, ani tym bardziej pytać ich o to kim są. A to dlatego, żeśmy świetnie wiedzieli, że są dwie Polski. A jedna z nich od czasu do czasu chodzi uzbrojona. A co oni wiedzieli? Nie mam pojęcia. I nawet nie chcę tego wiedzieć. Ale wiem jedno. Każdy z tych bandytów, kiedy po paru latach miał okazję oglądać film Trzosa-Rastawickiego musiał być bardzo niezadowolony.
Ktoś mi zarzuci, że się niepotrzebnie mądrzę, skoro nie widziałem Solidarnych. Otóż nic z tego. Niedawno dostałem kopię tego filmu od samego Janka Pospieszalskiego (owszem, chwalę się jak cholera!) i wczoraj go obejrzałem. Normalnie w telewizorze. A zatem świetnie wiem, co mówię. Wczoraj też wysłuchałem Daniela Olbrychskiego w TVN24, jak się zapluwał z oburzenia – do tego stopnia, że w pewnym momencie mu się wszystko pomieszało i zaczął gadać o filmie pod tytułem „Solidarni 220” – jaką to straszna manipulacją uraczyła nas Stankiewicz, Pospieszalski i ta straszna TVP. Że oni pokazali tylko tych. A tamtych już nie. Że oni znów dzielą. No i że w dodatku pokazują tych, których nie ma. Że zamiast obu pokoi w górskim schronisku, w obrzydliwy i kłamliwy sposób pokazują tylko ten jeden. Ten gorszy i mniejszy i brzydszy…
A zatem doskonale wiem, co mówię. Historia zatoczyła koło. Bohaterowie tego co się dzieje są dokładnie ci sami. Z jednej strony my, z drugiej oni. I my i oni zajmujemy dokładnie te same pozycje, co przed laty. Jak powiedział Jarosław Kaczyński, my stoimy tu, a oni tam. „Stoję w środku, na jednej nodze, przed skokiem”. I niech już tak pozostanie. Niedługo będziemy walczyć. Może być w cieniu.

sobota, 15 maja 2010

Boni na prezydenta!



Zgodnie z moimi podejrzeniami z wczoraj, Bronisław Komorowski nie jest w stanie zawalczyć już choćby o jeden dzień. Ten dziwny człowiek najwyraźniej ma w sobie coś takiego, co go ubezwłasnowolnia wewnętrznie w sposób absolutnie dramatyczny. Przez te dwadzieścia lat II RP mieliśmy naprawdę okazję poznać dziwadła według wszelkich dostępnych standardów nie do pobicia. I w szeregach Unii Demokratycznej czy później Unii Wolności, i w rejonach zbliżonych do postkomunistów, i w najbardziej egzotycznych miejscach opanowanych przez jakieś niedobitki okresu przejściowego od do, można było spotkać okazy naprawdę wyjątkowe. Nawet w dzisiejszej Platformie Obywatelskiej są i byli ludzie, którzy potrafili zrobić autentyczne wrażenie. Dziś wygląda na to żadna z tych osob nie jest w stanie konkurować z kimś takim jak Bronisław Komorowski.
Czemu ta sytuacja mnie aż tak zajmuje? Otóż chodzi wyłącznie o względy ambicjonalne. Ja mam mianowicie dość wysokie mniemanie o swoich talentach, że tak to nazwę, komentatorskich. Wydaje mi się, że dość dobrze się orientuje w tym, kim kto jest, i czego po każdym z nich można się spodziewać. Uważam, że mój instynkt polityczny, przez te minione dwadzieścia la – by już nie wspominać o tym, co było wcześniej – do tego stopnia mnie nie zawiódł, że, gdyby mi przyszło stanąć naprzeciwko dowolnego eksperta z dziedziny polityki, poradziłbym sobie znakomicie. Gdyby tylko nikt nie kazał mi wchodzić w sferę związaną choćby z naukami ekonomicznymi, to zawsze i wszędzie miałbym wszelkie podstawy, żeby się czuć swobodnie i pewnie. Bronisław Komorowski stanowi dla mnie powód do wstydu i ciężki wyrzut sumienia. Bo nie da się ukryć, że podczas gdy zawsze sądziłem, że on jest takim przeciętnym bylekim pętającym się między przeróżnymi politycznymi projektami typkiem z kominiarskim wąsikiem, kimś, kogo ewentualnie można do czegoś drobnego od czasu do czasu użyć, on stanowi zjawisko całkowicie nadzwyczajne.
Weźmy Donalda Tuska. Ja zawsze – wbrew głosom ludzi, jak się okazuje mądrzejszych od siebie – sądziłem, że on jest durniem nad durnie. Że Donald Tusk jest kimś, kogo koledzy z partii, jeśli traktują z jakimś szacunkiem, to wyłącznie dlatego, że ktoś im kazał, lub dlatego, że coś akurat planują i uważają, że należy akurat Tuskowi nie podskakiwać. Że Donald Tusk jest człowiekiem o formacie zbliżonym do Sławomira Nowaka, czy jakiegoś Krzysztofa Bieleckiego, a tu się okazuje, że jak go postawić przy Komorowskim – to dopiero wtedy widać jaki to z niego charyzmatyczny przywódca. Nagle widać jak na dłoni, że jeśli naprzeciwko Bronisława Komorowskiego postawi się kogokolwiek – nawet Stefana Niesiołowskiego, czy Julię Piterę – to nie można przestać się zastanawiać, dlaczego to nie ich Platforma wysunęła, by walczyli o fotel prezydenta, tylko akurat kogoś tak beznadziejnego. I ta myśl mnie naprawdę dręczy. Czemu ja go tak nie doceniałem?
Napisałem tu kiedyś tekst, którego jedynym celem było wdeptanie w ziemię ministra Boniego. Za jego agenturalność, za jego bylejakość, za jego kompletnie idiotyczny wywiad jakiego przed laty udzielił Igorowi Janke. Przez całe lata, Michał Boni był dla mnie postacią tak okropnie do niczego, kimś tak tragicznie skończonym, że wszelkie uwagi – nawet płynące ze strony zmarłego Prezydenta – że z Bonim jako jednym z nielicznych z tamtej strony, można poważnie rozmawiać, zbywałem wzruszeniem ramion. Kiedy dziś obserwuję Bronisława Komorowskiego, a na jego tle właśnie Boniego, który, jak się okazuje, jako jedyny – absolutnie jedyny polityk Platformy Obywatelskiej – jest w stanie przynajmniej udawać powagę, myślę sobie, że gdyby jakimś cudem to Michał Boni – z tym całym swoim przeróżnym bagażem – miał kandydować do tego urzędu, sytuacja byłaby przynajmniej jakoś tam zrozumiała. Przecież to jest różnica jak między niebem a Ziemią.
Fakt napisał, że Jarosław Kaczyński ostatnio schudł z tego smutku jedenaście kilo. Ja oczywiście normalnie takich – ale też wielu innych – informacji nie mam. Naturalnie oglądam go w telewizji codziennie, przy tej czy innej okazji, wbrew temu, co uparcie powtarzają wszystkie media, że Kaczyński się nie pokazuje publicznie, i widzę, że on schudł. Co więcej, świetnie wiem, jako to się stało, że on tak schudł. Wiem też, że nawet w miesiąc można schudnąć jedenaście kilo, jak się człowiek zaprze. Ale kiedy się chudnie ze smutku, to żartów nie ma. Domyślam się jednocześnie, że ktoś taki jak Bronisław Komorowski ma w tej kwestii mnóstwo przeróżnych informacji z pierwszej – czy powiedzmy choćby drugiej – ręki. I oczywiście absolutnie nie przeszkadza mu to, by publicznie, z podniesionym łbem, podkręconym wąsikiem i wysuniętym do przodu sygnetem ogłosić, że ludzie w wieku Kaczyńskiego się nie zmieniają. I oczywiście jest to odzywka tak porażająca, że można tylko ubolewać, że żaden dziennikarz nie pomyślał, żeby się zapytać Komorowskiego, dlaczego dla takiego Putina zachciał on w tej mierze zrobić tak uprzejmy wyjątek.
Bo jest coś szczególnego w Bronisławie Komorowskim. Każdy dzień przynosi kolejne informację świadczące w sposób absolutnie jednoznaczny, że z nim coś jest nie tak. Niektórzy mówią, że ona ma coś za uszami. Że Komorowski to jest ktoś o wiele bardziej znaczący, niż nam się wydaję. Nie sądzę. Uważam, że nawet by być zwykłym TW, jak wspomniany już Michał Boni, czy jakiś Maleszka, czy co poniektóry Arcypasterz, trzeba coś w sobie mieć. Coś co człowieka wyróżnia spośród reszty jednak na korzyść. Trzeba mieć to coś, co nawet największy potwór zauważy i uzna, że tak – tego bierzemy. Kto by natomiast chciał do czegokolwiek wziąć Komorowskiego? Poza może polowaniem. Nie żartujmy, proszę.
Wczoraj na samym początku rozmowy jaką Piasecki przeprowadził z Komorowskim – swoją drogą chyba kolejna ocenzurowana rozmowa TVN24, po słynnym już wywiadzie z Rokitą – Piasecki zapowiedział program tak „Bronisław Komorowski – marszałek Sejmu, pełniący obowiązki prezydenta RP, kandydat na to stanowisko”, na co Komorowski mu przerwał i oświadczył co następuje; „Chciałem sprostować. Nie jestem prezydentem, ale tylko osobą pełniącą obowiązki prezydenta”. Piasecki zdębiał i wykrzyknął, że on przecież wyraźnie to własnie powiedział. Komorowski aż przysiadł. Zamknął się i wszystko wróciło do normy. Przynajmniej na chwilę.
Pamiętam jak wszyscy śmialiśmy się z billboardów, które pokryły Polskę w roku 2005 z twarzą Donalda Tuska i tytułem Prezydent Tusk. Po tych pięciu latach, historia wraca w postaci kpiny. Zamiast prawdziwego polityka z krwi i kości, przywódcy pełną gębą, pojawia się człowiek, który według wszelkich prawdopodobieństw jest – jak to mówią prości Polacy – chory na głowę. To nie może być nic innego. W przypadku Tuska, cokolwiek by nie mówić o pomysłowości jego sztabowców, to był jakiś pomysł wyborczy. Hasło. Okrzyk. Podnieta. Komorowski nie korzysta tu z pomocy doradców. On najzwyczajniej w świecie słyszy głosy. On już po prostu zwyczajnie słyszy głosy. Nam pozostaje mieć już tylko nadzieję, że już wkrótce nawet najwięksi przeciwnicy Jarosława Kaczyńskiego, ludzie którzy go nienawidzą do końca i na zawsze, zorientują się, że to nie tak miało być. Że coś tu jednak nie wyszło. I że jeśli nawet ryzykować, to lepiej robić to na gruncie jako tako przynajmniej znanym. A nie rzucać się głową prosto w czarną dziurę. Albo w brązową, jak to wesoło określają Amerykanie.

piątek, 14 maja 2010

Gdy łuski spadają



Słyszę, że dziś gdzie niegdzie poinformowano o tym, że rodziny zmarłych ze Smoleńska opublikowały jednak kolejny list, tym razem wyrażający nadzieję na to, że prawda o katastrofie, i jej przyczynach i przebiegu zostanie jednak ujawniona. Nie wiem, czym to zostało bezpośrednio spowodowane. Czy bezczelnym wykorzystywaniem tragedii z 10 kwietnia w bieżącej działalności politycznej przez sztab Bronisława Komorowskiego, czy może czymś bardziej doraźnym, a więc na przykład jednoznacznym i porażająco szczerym stwierdzeniem ministra Millera, że owa prawda nigdy nie zostanie ujawniona? Prawdę powiedziawszy, jest to bez znaczenia. Faktem jest, że po pierwsze Rodziny zdecydowały się jednak zabrać głos, i – co może o wiele bardziej znaczące – że ten głos został niemal całkowicie zbojkotowany przez mainstreamowe media.
Kiedy patrzę na postępowanie mediów w minionych dniach, odnoszę wrażenie, że ten rodzaj zaangażowania z jakim one dziś się nam objawiają, jest absolutnie bezprecedensowy od czasów późnego PRL-u. Mam wrażenie, że o ile przez minione dwadzieścia lat, mimo całej ten nieustannej manipulacji i dezinformacji, która pomagała wykreować publiczną świadomość w kształcie z jakim mamy dziś do czynienia, jednak starały się media informować. Czy z jakiegoś naturalnego nawyku, czy też z przekonania, ze durny lud i tak nie pojmie nawet jednego procenta z tej informacji, nieważne. Jednak faktem jest, że pewien rodzaj informacji jakoś istniał. Dziś nie ma już nawet tego. Cenzura jaką znaliśmy przez owe lata, a więc cenzura prosta, czysta i w żaden sposób nie szlifowana, wróciła. I jest tak, że kiedy się zastanawiam, cóż takiego się stało, umiem na to odpowiedzieć w jedyny tylko sposób – oni wiedzą, że zrobiło się niebezpiecznie. Po raz pierwszy naprawdę zrobiło się groźnie.
Naprzeciwko siebie stoi dwóch kandydatów – Jarosław Kaczyński i Bronisław Komorowski, i nie ma dnia, nie ma chwili, żeby to właśnie Komorowski nie zrobił lub nie powiedział czegoś, co w normalnej sytuacji by go kompromitowało w sposób ostateczny. Wczoraj można było mieć nadzieję, że wszyscy ci, którzy w ogóle mieli okazji oglądać tę wypowiedź, przynajmniej osłupieją słysząc jak Marszałek skarży się, że będąc jednocześnie i marszałkiem Sejmu, i pełniącym obowiązki Prezydenta, i kandydatem na kolejnego prezydenta, ma strasznie dużo pracy i przez to może czuć tylko zazdrość, kiedy widzi, jak Jarosław Kaczyński może się skutecznie w tych dniach obijać. Nic z tego. O ile się orientuję, poza wpisem na tym blogu, nikt nie uznał tej wypowiedzi za wartą uwagi, a niewykluczone, że w ogóle nikt jej nawet nie dostrzegł. Prawdopodobnie większość oczu, uszu i umysłów była w tym czasie skierowana na wyłapywanie jakichś co smaczniejszych kąsków zupełnie z innej strony.
Dziś z kolei, Bronisław Komorowski w rozmowie z Konradem Piaseckim w TVN24, zapytany został przez niego o to, czy nie jest mu niezręcznie z powodu wypowiedzi sprzed paru tygodni, w której wyraził opinię, że skoro Lechowi Kaczyńskiemu naprawdę zależało na zachowaniu ustawy o IPN-ie w dotychczasowym kształcie, mógł się postarać i w piątek przed śmiercią ruszyć tyłek i się tą sprawą zająć. W tym momencie, Komorowski nie dość, że w pełni i w całej rozciągłości podtrzymał swoją opinię, to na dodatek wygłosił pewien najszczerszego oburzenia apel, w którym oświadczył, że on sobie nie życzy wysłuchiwać tak małostkowych pretensji, gdzie nagle okazuje się, że „jeden dzień w tą czy w tamtą stronę stanowi w ogóle problem”. Kto nie widział tej rozmowy, powinien żałować. Choćby po to, by zobaczyć minę Piaseckiego. On był tak zszokowany, tak porażony tym bezprzykładnym zidioceniem, że aż poczuł się zmuszony poinformować Komorowskiego, że on dalej nie jest w stanie kontynuować tego tematu.
Rozglądam się po ewentualnych komentarzach – i nic. Kompletna cisza. Tak jak wczoraj po wypowiedzi Komorowskiego w sprawie tego, co on komu i z jakiego powodu zazdrości, okazuje się, że nie ma sprawy. Spraw jest owszem dużo innych, z całą jednak pewnością nie ta, że Bronisław Komorowski jest we współczesnej historii Polski zjawiskiem absolutnie bezprecedensowym. Ta nieprawdobnie brzmiąca informacja, a jednak bardzo autentyczna pozostaje wciąż głęboko skrywaną tajemnicą.
Wczoraj ktoś zasugerował, że po tej kartce z komputerowym wydrukiem z Wikipedii, po tym wybryku z zazdrością jaką Komorowski czuje, kiedy widzi ludzi zrozpaczonych i skrajnie samotnych, bo ma dużo roboty, która go męczy, i po kilku jeszcze innych tak zwanych wpadkach, wszystko wskazuje na to, że do 20 czerwca nie będziemy mieli szansy przeżyć dnia bez kolejnej kompromitacji tej szczególnej osoby. Póki co, wszystko się realizuje bardzo precyzyjnie. Na tyle precyzyjnie, że z pełnym spokojem możemy czekać na kolejny dzień. To natomiast czego się nawet ja nie spodziewałem, to to, że poziom tych wpadek będzie aż tak szokujący. Tego że Bronisław Komorowski okaże się osobą aż do tego stopnia pozbawioną podstawowego instynktu samozachowawczego. No i oczywiście tego, że strach przed zwycięstwem Jarosława Kaczyńskiego i przed skutecznością prowadzonej przez niego kampanii, podziała na media i oficjalnych obserwatorów niemal jak ukąszenie zielonej mamby.
Przyglądam się Bronisławowi Komorowskiemu codziennie. I jestem pewien, że nie ja jeden. Zjednoczona Brygada Wsparcia dla jego kandydatury wciąż nie traci rezonu. Można to zauważyć i w mediach publicznych i prywatnych i tu w Sieci. Ja go jednak widzę każdego dnia, i wiem, że do wyborów został jeszcze dobrze ponad miesiąc. Komorowski przez ten czas będzie nam ubarwiał nasz dzień za dniem za dniem i za dniem. I – jak wszystko na to wskazuje –nie będzie on w stanie ukryć swojej rozsypującej się duszy, swojego czarnego serca, i swojego spapranego tą upiorną polityka mózgu. On będzie nam się rozkładał – i w jednym i drugim znaczeniu – jak na patelni. W końcu dojdzie do tego, że znienawidzą go wszyscy. Że, podobnie jak ten rzecznik SLD, który nie wytrzymał i obiecał otwarcie, że nie będzie głosował na Komorowskiego w drugiej turze, bo go widział, słyszał i już wie o nim wszystko, to samo w stosunku do niego poczują wszyscy. Że każdy, nawet najbardziej zawzięty wróg ‘kaczyzmu’ zrozumie, że wszystko jest lepsze od kogoś takiego jak Komorowski. Choćby dlatego, że on jest zwyczajnie niebezpieczny. Nie Kaczyński. On.
Bo nawet jeśli Kaczyński jest człowiekiem złym, głupim i paskudnym. to przynajmniej jest człowiekiem. Niewykluczone nawet, że zrozumie to również banda tych pajaców, którzy zgodzili się podać swoje nazwiska do tzw. Komitetu Honorowego. Że nawet oni, w pewnym momencie się przerażą, i w następnej już chwili spłoną ze wstydu. Czego sobie i im życzę.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...