wtorek, 10 lutego 2009

O Leskim, o Coca Coli - a więc o niczym

Mam słabość na punkcie red. Leskiego. Kiedy widzę Leskiego, czytam Leskiego, albo choćby widzę nazwisko ‘Leski’, ogarnia mnie sentyment, z którym sobie zwyczajnie nie radzę. Z jakiegoś powodu, ze wszystkich postaci Polski przełomu, czyli – powiedzmy – lat 1988-1992, Leski kojarzy mi się po prostu zawsze dobrze. Nie wiem do końca, dlaczego tak jest, ale jak idzie o pewne środowisko, Leski jest już tam jedyną osobą, która pozostała mi bliska w tym sensie, ze gdyby ktoś mnie spytał z kim mi się kojarzy Krzysztof Leski, od razu powiedziałbym – Solidarność. A gdyby, ktoś mnie spytał, z czym mi się kojarzą lata 1989-1991, zupełnie możliwe, że też bym powiedział, że z Leskim.
Tym bardziej, jednak, kiedy czytam Leskiego, jak kilkanaście razy dziennie zamieszcza swoje kilkuzdaniowe, nic nie znaczące wpisy w Salonie, zastanawiam się, po co on to robi. Oczywiście, może być tak, że on bardzo lubi, jak co chwilę, na jedynce SG pojawi się jego czerwony komentarz, albo może też być tak, że on te swoje wpisy kolekcjonuje i już nie może się doczekać, jak dogoni Marylę i będzie mógł powiedzieć, ze jest najczęściej piszącym blogerem Salonu. A może tu chodzi o coś jeszcze innego. Może po prostu – ale aż boje się to napisać – Krzysztof Leski uważa, że jego myśl jest tak wybitna, że on napiszę parę zdań i to już jest wydarzenie.
Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że Krzysztof Leski – mój bohater – siada do co chwilę do swojego laptopa, pisze kilka zdań na tematy kompletnie nieistotne, z jeszcze mniej istotnymi przemyśleniami i dzieli się tym czymś z Salonem24. Po co? Nie wiem.
Ja oczywiście bardzo bym chciał czytać Leskiego w dłuższych i poważniejszych formach. Chciałbym bardzo, żeby któregoś dnia Leski siadł i napisał normalny, mocny, inspirujący tekst, wysłał go do Salonu, a administracja wpuściłaby ten tekst na jedynkę i trzymała tam go przez cały dzień, aż pod tekstem Leskiego pojawi się tysiąc gorących komentarzy. Wygląda na to jednak, że Leskiemu się nie chce. On woli tylko napisać, że Kaczyński dostał u Lisa 40% i jego to dziwi. Koniec!
Ciekawy jestem przy tym, czy gdyby którykolwiek z ‘niebieskich’ publicystów wysłał do Salonu post złożony z sześciu linijek, zatytułowany „O niczym” i na dodatek autentycznie o niczym, Administracja zechciałaby go umieścić nawet nie na ‘jedynce’, ale w ogóle na głównej stronie Salonu?
Oto więc mój dzisiejszy wpis. Tytuł ma następujący: „Coca-cola, czyli wpis o niczym”. A treść jest następująca. Czy zauważyliście, że ostatnio, jeśli chcemy kupić dwulitrową coca-colę, to możemy to zrobić, pod warunkiem, ze nie będzie z lodówki? Tak własnie jest. Z lodówki kupujemy mniejsze butelki. Duża coca-cola ma być ciepła. Dlaczego? Właśnie mi to wyjaśniła pani z mojego sklepu. Otóż przedstawiciele coca-coli chodzą po sklepach i nie pozwalają trzymać dużej coli w lodówce. Jak ktoś chce colę zimną i smaczniejszą, ma płacić więcej. I już.

poniedziałek, 9 lutego 2009

Jeszcze raz o docentach z mięsnego... i o Krakowie

Pojechałem w sobotę do Krakowa. Oczywiście nie po raz pierwszy i prawdopodobnie nie po raz ostatni, natomiast nie mam wątpliwości, że jeszcze nigdy wcześniej nie byłem w Krakowie – ani w żadnym innym mieście – przy okazji umacniania tzw. znajomości internetowych. I pod tym względem był to wyjazd szczególny. Coś na kształt randki w ciemno, czy – jeszcze gorzej – spotkania z internetowym złoczyńcą. Sytuacja była o tyle bardziej skomplikowana, że Krzysztof Wołodźko – jak by nie było główny organizator spotkania i podstawowy element integrujący – gwałtownie wypadł z planów i wspólnie z zaziębioną Toyahową znaleźliśmy się w sytuacji niełatwej. Siedzieliśmy więc w tej Omercie (pub na Kazimierzu) i, biorąc pod uwagę, że oto przybył kolejny salonowicz, śledziliśmy każdego wchodzącego.
Ostatecznie wszystko poszło gładko. Był pan, który ani w Salonie nie pisze, ani nie komentuje, natomiast nas trochę lubi, więc chciał sobie popatrzeć. Był rosemann z pewną młodą damą, był wybitny młodzieniec o nicku Nirod. I był Michał Skrzetlewski, który wprawdzie dotychczas u mnie nie komentował, więc go nie znałem, ale tym bardziej mam nadzieję, że się tu będzie pojawiał. Choć czasem. Bardzo proszę.
No i była przedstawicielka samego ojca Rachmajdy, która kazała mi napisać błyskawicznie tekst na zadany temat na 20 słów. Napisałem.
Było też piwo Żywe i osobisty, podwójny Jack Daniels na cześć Gemby i jego bliskich. Na chwilę też przybył młodszy Toyahz – jak się okazało – koleżanką. Niestety jej nie miałem okazji poznać, bo pisałem akurat 20 słów dla pani z Zeszytów.
Dziękuję wszystkim i tego wieczoru nie zapomnę.
Ja chciałem jednak o Krakowie. Jak już wspomniałem, w mieście tym nie byłem po raz pierwszy w życiu. Natomiast, muszę powiedzieć, że nigdy dotąd nie byłem aż tak poruszony. Kraków zrobił na mnie takie wrażenie, że gdyby ktoś mnie dziś wywiózł do jakiejś Malagi, czy Granady, albo do Brugii i powiedział, że oto jesteśmy w Krakowie, to pewnie bym mu uwierzył. Tyle że pewnie bym powiedział, że kiedy ostatnio byłem w Krakowie, to mi się podobało bardziej. Od momentu jak wyszedłem z pociągu, do chwili, kiedy wieczorem na ten dworzec wróciłem, w Krakowie podobało mi się dosłownie wszystko. Uważam, że od czasu kiedy byłem w Krakowie po raz przedostatni, mam wrażenie, że – podobnie jak wiele rzeczy w Polsce – to miasto też wkroczyło w nowe czasy. Czasy nowe i – co nie zawsze oznacza to samo – dobre. A jednak, przy okazji tej sobotniej wizyty, przyszły mi do głowy pewne dość smutne refleksje. W Krakowie, prezydentem jest niejaki Majchrowski – komunista. O ile się nie mylę, on, nie dość że jest komunistą, to jest komunistą dość podejrzanym. Od kilku lat siedzą mu na głowie sądy, prokuratorzy, niektórzy dziennikarze i co niektórzy politycy. A mieszkańcy Krakowa go lubią, chcą i prawdopodobnie przy okazji następnych wyborów też mu każą być tym prezydentem tego ich miasta. Oczywiście, z pewnością mogę czegoś nie wiedzieć. Jeśli tak jest, niech mnie jakiś Krakus oświeci. Natomiast moje wrażenia z minionej soboty w Krakowie są takie, że dla ludzi, którzy mieszkają w tym niezwykle stylowym i pięknym mieście, taki Majchrowski, to w ogóle nie jest problem. I, obawiam się, że gdybym ja miał szczęśćcie tam mieszkać, nie byłby to problem również dla mnie.
I to nie jest sytuacja Sopotu. Ja wiem, że najróżniejsi obrońcy prezydenta Karnowskiego tłumaczą, jaki ten ich prezydent jest zdolny i ile on dobrego uczynił dla tego miasteczka. Jednak, podobnie jak w Krakowie, w Sopocie byłem też parę razy i nie zauważyłem, żeby tam było szczególnie inaczej niż jest w Koluszkach, czy w Katowicach przy dworcu. Powiem szczerze, że wolę Koluszki.
A więc myślę o tym Krakowie, myślę też od razu o Polsce i wracam tą samą myślą do tego, co napisałem w moim poprzednim wpisie na temat polskiej szkoły. I do niektórych pod tym tekstem komentarzy. Otóż mam wrażenie, że jakkolwiek bardzo zawsze się staram w tym co piszę być maksymalnie dokładny, nie udało mi się dotrzeć do wszystkich. Główne pretensje są w sprawie policji. Przyznam szczerze, że to mnie nie dziwi. Powiem jeszcze szczerej – ja się obawiałem, że ta policja może tu za bardzo świecić i niektórzy tego nie zniosą. Wprawdzie nikt nie użył słowa ‘psy’, ani – tym bardziej – nie pojawił się komentarz zatytułowany CHWDP, niemniej widzę wyraźnie, że lepiej mi było pozostać przy tych urzędniczkach na poczcie, czy choćby nawet przy paniach z ZUS-u.
Muszę więc wrócić do tematu, pamiętając, że jednak te teksty nie są długie tak sobie. Są długie najwidoczniej dlatego, że ja w dłuższej ekspresji jestem bardziej przekonujący. A więc chciałbym jeszcze raz powtórzyć – kiedy starsza Toyahówna zapytała mnie, dlaczego ludzie na policji są uprzejmiejsi od ludzi na uniwersytecie, poczułem dawno nie przeżywany przypływ inspiracji. Pomyślałem sobie mianowicie, że to jest coś absolutnie niezwykłego, że po tych wszystkich latach, kiedy na widok policjanta (czy raczej milicjanta), wielu z nas czuło albo niepokój, albo nienawiść (choć pewnie znacznie częściej niepokój), nie dość, że się wchodzi na Komendę Policji bez najmniejszego lęku, to jeszcze dodatkowo można się tam spodziewać uprzejmego potraktowania.
Przypomniałem sobie mnóstwo najróżniejszych zdarzeń, z okresu bardziej i mniej głębokiego Peerelu, zdarzeń i bardzo miłych i śmiesznych i bardzo niemiłych i mało śmiesznych i nagle sobie zdałem sprawę, ja bardzo wiele się wokół nas zmieniło. Przypomniałem sobie na przykład, jak pojechałem pierwszy raz w życiu na tzw. Zachód i nie mogłem się nadziwić, ze sprzedawczynie w sklepach mówią takim niezwykłym śpiewnym tonem. Nie burczą, nie mruczą, nie marudzą, lecz śpiewają. I nagle też sobie pomyślałem, że sprzedawczynie dziś, tu w moim mieście śpiewają podobnie, jak tamte – te trzydzieści lat temu. Pomyślałem sobie, że Polska tak nieprawdopodobnie już jest inna. I nie tylko dlatego, że – kiedy wsiadamy do taksówki – nie musimy pytać, czy można. Nie tylko dlatego, że kiedy zachodzimy na pocztę, te biedne – tak ciężko pracujące – kobiety są na ogół zawsze grzeczne i wesołe. Ale również dlatego, że kiedy podchodzimy do policjanta z jakąkolwiek sprawą, jest bardzo prawdopodobne, że ten policjant będzie grzeczny, nawet jeśli tylko w stopniu podstawowym. A kiedy moja córka zadała mi to pytanie: „Jak to jest, ze jest taka różnica między policją, a tym dziekanatem?”, pomyślałem sobie, że ta różnica jest jeszcze większa, jeszcze bardziej istotna i nieporównywalnie bardziej systemowa, niż nam się wydaje.
Piszą tu moi znajomi salonowicze, że ja idealizują policję, bo oni wcale nie są tacy słodcy. Że gdybym próbował cokolwiek załatwić na policji, to bym dopiero wtedy zobaczył, jakie to bagno i jak tam potrafi być okropnie. I ja się zgadzam. Ja miałem parę razy okazję rozmawiać z policjantami we własnych sprawach i dobrze pamiętam wszystko to, co tam było złe, głupie i tak strasznie męczące. Ale też pamiętam, że ja tam spotkałem ludzi. Dokładnie takich samych ludzi, jak ludzi w sklepie, ludzi na poczcie, ludzi w Urzędzie Skarbowym. I pamiętam coś jeszcze – oni akurat przeszli szczególnie długa drogę. O wiele dłuższą, niż wielu z nas.
Ale mój tekst poprzedni tekst – i bardzo proszę o tym nie zapominać – i tak nie był o policji i paniach z okienka. To był tekst o szkole i o szkolnictwie. O polskim szkolnictwie na każdym dosłownie poziomie. Napisałem ten tekst własnie dlatego, ze zrozumiałem, że całe nasze narzekanie na szkołę i na nauczycieli, wszystkie nasze pretensje do tego co się dzieje na uniwersytetach, akademiach i politechnikach, nie biorą się z niczego. Że z jakiegoś powodu nasz system uczenia – podkreślam, na każdym poziomie – jest wciąż dokładnie taki sam, jaki był przez lata. Że nauczyciele w swojej masie są dokładnie tak samo głupi, leniwi i wiecznie znudzeni, a jeśli ideowi, to tylko w tym stopniu, żeby zawsze wiedzieć, że Leszek Miller przynajmniej dbał o szkolę i o nauczycieli. I że za tym coś musi stać.
I nagle przypomniałem sobie rozmowę Mazurka dla Dziennika z Markiem Migalskim, gdzie Migalski opowiadał o uniwersytetach, o profesorach, o systemie awansów i karier, o poziomie kształcenia zupełnie tak, jakby nie opowiadał o współczesnym uniwersytecie, lecz o uniwersytecie sprzed wielu, wielu lat. I przypomniałem sobie mój uniwersytet jeszcze wtedy, z czasów gdy milicja biła, sprzedawczynie gapiły się zamyślone w zabrudzoną szybę, a taksówkarze trzaskali nam drzwiami przed nosem. I zdałem sobie sprawę, że to jest własnie ten sam uniwersytet, o którym opowiada mi Toyahówna. I nie tylko ten sam uniwersytet. Że gimnazjum do którego chodzi najmłodsza moja córka, jest dokładnie takie same, jak podstawówka i liceum, do których chodziłem ja 40 lat temu, z tym samym personelem, tym samym sekretariatem, tym samym pokojem nauczycielskim… no prawie tym samym – moje nauczycielki chętniej jeździły na wycieczki szkolne. I nigdy nie piły z uczniami. I nie paliły. Marihuany.
Jak to się stało, że wśród tylu elementów nowej Polski – tych wszystkich banków, sklepów, urzędów, czasem już nawet szpitali – są wciąż jeszcze te nieliczne, tak okropnie niewzruszone miejsca, jak polska szkoła? I ja nie mówię o biurokracji, nie o systemie. Z tym kłopot mamy wszyscy i wszędzie. Ja mówię o ludziach. Tylko o ludziach. Ja mówię o tej dziewczynie z kiosku z gazetami na katowickim dworcu, ja mówię o tej kobiecie, która odebrała niedawno telefon w jednym z miejskich urzędów i była dla mnie tak miła i pomocna (a wcale nie musiała – to ja byłem w o wiele gorszej od niej sytuacji), ja mówię o tym panu z Urzędu Skarbowego, który jakiś czas temu był w stosunku do mnie tak uprzejmy, że aż mi się zrobiło głupio.
Ale ja też mówię o tej dyrektorce ze szkoły w Rykach, o tych nauczycielach, które parę miesięcy temu, na oczach całej Polski dręczyły swoją koleżankę, o tych młodych bandytach, którzy są dziś dokładnie tak samo zuchwali i bezmyślni, jak kiedyś, tyle, że teraz się już niczego nie boją.. Ja wreszcie mówię o tych docentach, doktorach, magistrach, profesorach, którzy solidarnie wykańczają Marka Migalskiego i są dokładnie tak samo głupi, źli, zakłamani i wredni, jak byli ich starsi koledzy 40 lat temu. A jak by ktoś miał w stosunku do mnie jakieś podejrzenia, to zapewniam – ja podobny lęk, jaki czuję przed wejściem do klasy szkolnej, czuję myśląc, że musiałbym kiedyś zajść do czegoś, co się nazywa na przykład Fundacja dla Śląska.
A więc wracam do Krakowa. Kraków się zmienił na pewno. Czy zmienił się dzięki komuniście Majchrowskiemu? Może. Skoro Sopot nie zmienił się dzięki ‘naszemu” Karnowskiemu, to może Kraków jest taki piękny dzięki ich (już bez cudzysłowu) człowiekowi. A może to w ogóle nie ma większego znaczenia, kto zmiany umożliwia, a kto im przeszkadza. Może tam gdzie się ma zmieniać, to się zmienia, a tam gdzie wszystko ma stać, to stoi? Może po prostu polska szkoła i polska uczelnia ma być taka jak była zawsze? A może znów, okazało się, że z punktu widzenia i Majchrowskiego i Karnowskiego i wszystkich tych fachowców od postępu i rozwoju, szkoła jest najzwyczajniej w świecie kompletnie nieważna i nikomu niepotrzebna. Może, z jakiegoś powodu, cały wysiłek Nowej Polski został skierowany we wszystkich kierunkach, z wyjątkiem tych paru. Chciałbym wiedzieć, co na ten temat sądzi na przykład prof. Legutko. On jest z Krakowa. Może wiedzieć. A ja mu mogę ufać.
Nie wiem. Ale dyskutujmy. Tylko proszę, na temat.

niedziela, 8 lutego 2009

O docentach, policjantach i wołowym z kością

Wczoraj w Krakowie, pewien pan, który ani w Salonie nie pisze, ani nie komentuje, natomiast – jak twierdzi – bardzo solidnie nas czyta, stwierdził, że podobają mu się teksty, które Wam tu przynoszę, tyle że na pewno nie zaszkodziłoby im, gdyby były krótsze. I, szczerze powiem, mam tu pewien kłopot. Bo zarzut, że ględzę nie jest nowy. Już raz, ktoś mi tutaj to powiedział i natychmiast postanowiłem, że będę pisał krócej. Przyszło mi to tym łatwiej, że podobną opinię ma w tej kwestii sama Toyahowa. A z nią, jak wszyscy wiemy, żartów nie ma. Zacząłem więc pisać krótko, ale natychmiast się dowiedziałem, że komuś tam jest przykro, bo jak się nie spieszyłem, to miałem dobry czas i się czytało to co piszę o wiele lepiej. No więc – jak to mówią starzy Polacy – masz babo placek. Te teksty są dla Was, a zatem, choć doskonale rozumiem, że im dłużej tym naturalnie gorzej, to wciąż wypada mi szanować tych dziwnych czytelników, którzy uważają odwrotnie.
Tym razem jednak, będzie krótko. Głównie dla tego pana, który przyszedł wczoraj specjalnie do Omerty, żeby nas zobaczyć. Zrobił na mnie tym gestem wrażenie, więc własnie dla niego, powiedzmy, zmieścimy się na półtorej stroniczki. Może mniej. A będzie znów o edukacji.
Dziś, starsza Toyahówna, zmartwiona swoimi codziennymi kłopotami związanymi ze studiowaniem na tej nieszczęsnej biotechnologii, powiedziała mi coś mniej więcej takiego; „Czemu jest tak straszna różnica między tym uniwersytetem, a policją?” O co chodzi? Otóż Toyahówna jest studentką trzeciego roku, a ponieważ w lecie zaplanowano dla nich czas tzw. praktyk, ona wymyśliła sobie, że chce te praktyki odbywać na Komendzie Policji. W związku z tym, że załatwianie studenckich praktyk, to sprawa nie taka prosta, córka moja od już niemal dwóch miesięcy kursuje między tą komendą policji, a swoim dziekanatem i próbuje uzyskać odpowiednie zaświadczenia, podpisy i czego tam jeszcze od niej nie chcą.
I teraz tak. Ile razy ona gada z kimś z dziekanatu, przeżywa prawdziwą gehennę. Wszyscy traktują ja tam, jakby im tylko przeszkadzała w pracy, odsyłają od jednego do drugiego pokoju, każą przyjść jutro, albo za tydzień; jak przyjdzie, każą znowu przyjść jutro i tak dalej i tak dalej bez końca. No i jest oczywiście sam dziekan, który ma coś podpisać, ale od kilku już tygodni – naturalnie – nie ma na ten podpis czasu. Wsiada Toyahówna do autobusu, jedzie do tego dziekanatu, pyta o podpis, oni mówią, że podpisu nie ma, ona pyta, kiedy będzie, pani z dziekanatu mówi, żeby zapytała się jutro, ona wraca jutro, podpisu nie ma… i tak ten czas leci.
Oczywiście, chodzi też na policję. Oczywiście, tam też potrzebują jakiś papierków, z tą jednak różnicą, że na policji ona się czuje dobrze. Ludzie są pomocni, zorganizowani, kompetentni, a przede wszystkim uprzejmi. Pisałem tu kiedyś o poczcie w moim mieście i zauważyłem, że w trzech urzędach pocztowych, z których usług korzystam, jest zaledwie jedna urzędniczka, która jest oschła i nieuśmiechnięta. A i to, podejrzewam, jest związane z jej naturalnym wyrazem twarzy, a nie charakterem. Zatem, ogólnie mam wrażenie, że przez te dwadzieścia lat nowej Polski, zmieniło się naprawdę wiele. Na ulicy, w urzędach, w sklepach. Wszędzie, w mniejszym lub większym stopniu wszedł nowy styl, czy – jak kto woli – nowa cywilizacja. Zmieniła się większa część naszego codziennego otoczenia. Dziś się nawet okazuje, że zmieniła się też policja.
Wyjątkiem są szkoły i uczelnie wyższe. Kiedy sięgam pamięcią do moich lat dziecięcych, czy już późniejszych, gdy przygotowywałem się do matury, czy – jeszcze później – czasu studiów, przypominam sobie zawsze, jak bardzo cierpiałem z powodu konieczności obcowania z bandą szpagatowych inteligentów i zwykłych chamów. Oczywiście, wśród nich, na każdym etapie, znajdowały się jednostki wybitne. Ale, czy to była moja szkoła podstawowa, czy liceum, czy wreszcie ten mój uniwersytet, nie mogłem się nigdy nadziwić, jak fatalnie niski intelektualny i kulturowy poziom reprezentują ludzie, którzy zdecydowali się na uprawianie zawodu – czy powołania – Nauczyciela.
Pamiętam też bardzo dobrze pewien dzień, kiedy kończyłem już studia i spojrzałem tak nagle wokoło na tych wszystkich magistrów, doktorów, docentów, profesorów i – pamiętając oczywiście wciąż o wszystkim co wspaniałe i wielkie – miałem jedno dojmujące uczucie. Ja stąd szczęśliwie odchodzę, natomiast oni tu zostaną do końca życia i będą już tak do końca gnić w tym swoim tandetnym poczuciu bycia kimś szczególnym. I oddychałem z ulgą. Ale to było dawno.
Dziś jednak wciąż, kiedy czasem zachodzę do szkoły moich dzieci, przy okazji tzw. zebrań, rozmawiam z nauczycielami, albo przypominam sobie swoje własne dni w szkole wśród innych nauczycieli, nagle uświadamiam sobie, że cały problem, który dręczy nie tylko mnie, ale i wielu uczniów i ich rodziców, a pewnie też licznych nauczycieli, to wynik – oczywiście – systemu. Jakiegoś kompletnie chorego, strasznego systemu, który znalazł ten jeden, niezwykły sposób, żeby się oprzeć całemu zewnętrznemu światu. I o tym pisałem w poprzednim tekście.
Ale już naprawdę dziś, kiedy nagle moja córka wyskoczyła z tą swoja niezwykłą refleksją na temat policji i uniwersytetu, uświadomiłem sobie coś znacznie ważniejszego. Polska szkoła mianowicie, podobnie jak polskie szkolnictwo wyższe, to jest jeszcze jeden z ostatnich bastionów tej komuny, która w tylu innych miejscach już właściwie zdechła. To już jest jedno z tych absolutnie ostatnich miejsc – takich jak ogródki działkowe, czy spółdzielnie mieszkaniowe – gdzie nie zmieniło się absolutnie nic. Gdzie na poziomie intelektualnym największym odkryciem, wciąż pozostaje myśl, że wykształcenie to podstawowa wartość, na poziomie kulturowym, że amerykańskie filmy są głupie, na poziomie politycznym, że Rosja jest potężna, a na poziomie czysto ludzkim pozostaje już tylko czyste chamstwo tępej baby z mięsnego.

piątek, 6 lutego 2009

Nasza klasa rulez!

Wbrew temu, co myślą sobie niektórzy z czytelników mojego bloga – a zwłaszcza ci bardziej nastroszeni – nie pracuję w szkole i jedyny kontakt, jaki mam z dziećmi młodszymi i starszymi, to w czasie tzw. ‘korków’. A zatem wszelkie głosy, wyrażające współczucie dla szkolnej młodzieży, która jest narażona na kontakty z obskuranctwem i ciemnotą, jaką prezentuję, są nietrafione. Polska szkoła – przynajmniej z perspektywy tych najbardziej gorliwych jej obrońców – pozostaje bezpieczna i w bezpiecznym rękach.
Oczywiście, cały czas uczę. Tyle że robię to pod wyłączną kontrolą moich uczniów, którzy w pierwszym momencie kiedy uznają, że ich oszukuję, to dadzą mi odpowiedniego kopniaka. Do tego czasu, to co się dzieje między mną a nimi, pozostaje moją i ich sprawą. A jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy komuś z nich powiedziec, że ja się będzie źle prowadził, to się niczego nie nauczy, to wiem, ze nie rzucą się natychmiast na mnie urzędnicy, którzy skontrolują, czy przypadkiem nie korzystam z nieodpowiednich programów, pedagodzy, którzy sprawdzą, czy kogoś zbytnio nie prześladuję i w końcu rodzice samych uczniów, którzy wyrażą pretensje co do niezrozumienia duszy ich dzieci. Dlaczego pracowałem w szkole i dlaczego w niej pracować przestałem. Otóż pracowałem, bo bardzo chciałem tam pracować, chciałem bardzo uczyć i bardzo mi się ta praca podobała. Pracowałem w szkole z przyjemnością, ponieważ, przez wiele lat, każdy kolejny dzień w szkole był dla mnie miłym doświadczeniem, wielką satysfakcją, i ani przez moment nie miałem poczucia, że moi uczniowie mają mnie dość. Właśnie dlatego, te kilkanaście lat spędzone w klasie wspominam dobrze i nie żałuję ani chwili. Dlaczego więc przestałem pracować w szkole? Przede wszystkim dlatego, że od pewnego momentu, nie potrafiłem się pozbyć bardzo niepokojącego wrażenia. Mam tu na myśli uczucie, że naprawdę bezpiecznie jest dopiero wtedy, gdy zadzwoni dzwonek na lekcję, a ja już bezpiecznie znajdę się zamknięty w klasie, z moimi uczniami. Dzwonił dzwonek, ja pędziłem do klasy, zamykałem za sobą drzwi, siadałem za biurkiem i przez kilka sekund siedziałem, oddychając z ulgą, jak po udanej ucieczce. Siedziałem za tym biurkiem, patrzyłem po klasie, oni się patrzyli na mnie i myślałem sobie, że oni też czują, że przez najbliższe 45 minut – o ile tylko tzw. system pracy szkoły nie zakłóci naszego spokoju – da się żyć.
Ja oczywiście od razu pragnę uprzedzić wszelkich idealistów. To wcale nie było tak, że kiedy wchodziłem do klasy, to natychmiast podnosiła się kurtyna i oczom zachwyconej publiczności ukazywał się Robin Williams i zakochani w nim uczniowie. O nie. Najczęściej było tak, że między nimi a mną toczyła się nieustanna wojna, z krótkimi momentami obojętności na zaczerpnięcie oddechu, niemniej fakt pozostaje faktem. To wszystko miało swój sens tylko do czasu, jak byliśmy w tej klasie zamknięci, a tzw. System pozostawał na zewnątrz.
Czy w czasie tej wojny, zdarzyło mi się, żeby któryś z uczniów założył mi kosz na łeb, albo mnie opluł, albo chociaż mnie sklął? No, nie. Tak się szczęśliwie złożyło, że tu mam konto czyste. I to wcale nie dlatego, że miałem tak niezwykłe szczęście, ze szkoły w których zdarzyło mi się pracować, były uwolnione od obecności tego typu dzieci. Wręcz przeciwnie. Wśród moich uczniów byli tacy, którzy – gdyby tylko znaleźli odpowiedni powód – mogliby mi ten kosz założyć na głowę z czystym sumieniem, a później nawet, z równie czystym sumieniem, wyrzucić mnie przez okno. Szczęśliwie, nigdy nie dałem im do tego powodu, a nawet jeśli dałem, to żaden z nich nie uznał, ze ten powód jest wystarczający.
I znów, muszę tu zrobić pewne zastrzeżenie. Tego że udało mi się szczęśliwie przejść przez ten czas, nie zawdzięczam jakimś szczególnym talentom. Nie uważam, żebym był szczególnie zdolnym pedagogiem, psychologiem, czy kim tam trzeba jeszcze być, żeby sobie dobrze radzić z młodzieżą. Wręcz przeciwnie. Mam głębokie i bardzo szczere przekonanie, że nie znam nawet ułamka tych wszystkich ‘myków’, które należy znać, żeby bezpiecznie utrzymać się w zawodzie nauczyciela. Powiem więcej. Jestem przekonany, że ostatecznie rzuciłem pracę w szkole, właśnie dlatego, że brakowało mi tego czegoś. Że, jedyne co miałem to coś, co sprawiało, że nawet najgorsi bandyci mnie tolerowali. Podkreślam – przynajmniej mnie tolerowali.
Rzuciłem jednak szkołę, ponieważ wspomniana sytuacja, która polegała na traktowaniu klasy jak azylu, dręczyła moje sumienie, a ostatecznie System wdarł się do tej klasy i już się po prostu dalej nie dało. Co mam na myśli, mówiąc „System”? Po prostu System – dyrekcję, kuratorium, konferencje, zebrania, rozporządzenia, programy… i ostatecznie to wszystko, co się powszechnie określa, jako fikcję na każdym dokładnie poziomie, z wyjątkiem jednego. Fikcję, jeśli idzie o uczenie, jeśli idzie o wychowywanie, jeśli idzie o tak zwane tworzenie dobrej i przyjaznej atmosfery, jeśli idzie o osiąganie wyników. Na każdym poziomie z wyjątkiem jednego. Bo tam gdzie chodzi o to, żeby wziąć nauczyciela za przysłowiowy pysk, fikcji nie było i nie ma. Tam mamy do czynienia z jedynym poziomem, gdzie System działa bardzo starannie i bardzo skutecznie.
Chociaż w nieco innym kontekście, pisałem tu już kiedyś o szkole. Po co więc robię to raz jeszcze? Z tych samych powodów, co poprzednio. Po to, żeby się wstawić za nauczycielami, którzy jeszcze na tyle nie zbzikowali, żeby tego wsparcia już nie potrzebować. I po to też, żeby się wstawić za uczniami, którzy akurat ani ode mnie, ani od żadnego innego nauczyciela nigdy nic nie potrzebowali, ale którym – jestem tego pewien – to wsparcie na pewno nie zaszkodzi. No i jeszcze z jednego powodu. Otóż, tym razem w Rykach, znów jakaś banda idiotów postanowiła rozwalić kolejnego nauczyciela, dokonała tego jak najbardziej skutecznie, a dziś – bardzo zdziwieni – drapią się po swoich łysych, ukrytych pod kapturkami pałach, i dziwą się, że tak to jakoś wyszło. Więc dla nich i dla ich kolegów również jest ten tekst.
Wspomniałem o fikcji. Na tym własnie polega obecny system oświatowy. Na kompletnej fikcji. Proszę, patrząc na sytuację w szkole w tych Rykach, zwrócić uwagę na reakcję wszystkich zainteresowanych sprawą dorosłych, poczynając od mamy jednego z tych durniów, przez panią dyrektor, a skończywszy na politykach i dziennikarzach, komentujących zdarzenie. Czy w tym całym zamieszaniu, jakie na parę bieżących tygodni zajęło uwagę opinii publicznej, pojawił się choć jeden głos, który odniósł by się do sedna problemu? Czyli do Systemu, który od tylu już lat trzyma naszą szkołę w kompletnie paraliżującym uścisku. Jedni mówią, ze trzeba wzmocnić opiekę pedagogiczną, inni, że władze oświatowe powinny ściślej kontrolować to co się w tych nieszczęsnych szkołach dzieje, ktoś tam proponuje, żeby nauczyciele byli lepiej wykształceni i lepiej opłacani, jeszcze ktoś inny, że należy w szkole zaprowadzić dyscyplinę, a – żeby nikt nie myślał, że tych zabrakło – to wreszcie przychodzą i ci, którzy proponują dodatkowe pogadanki, a może dodatkową godzinę wychowania seksualnego. Pewnie po to, żeby chłopaki się odprężyły.
I oczywiście nikomu nie przyjdzie do głowy, że te wszystkie pomysły są funta kłaków warte dopóki uczniowie będą chodzili do szkoły w głębokim – i z każdym rokiem głębszym – przekonaniem, że oni tam nie chodzą po to, żeby się czegoś nauczyć, a przez to uczynić swoje przyszłe życie wygodniejszym i przyjemniejszym, ale dlatego, ze tak ma być. Wszystkie kolejne władze oświatowe - od ministra Samsonowicza, przez całą tę komunistyczną drobnicę, do obecnej minister Hall - prowadzą polską szkołę w taki sposób, jakby tam nie chodziło o nic innego jak o stworzenie w miarę skutecznej przechowalni dla tej części młodzieży, która przez kilkanaście lat swojego życia nie ma co ze sobą zrobić między ósmą rano, a trzecią po południu. I jakby jedynym sposobem na realizacje tej skuteczności, było stworzenie odpowiednio wielu, odpowiednio grubych tomów przepisów i regulacji, odnoszących się do każdej minuty życia uczniów i kręcących się wśród nich bez celu nauczycieli.
Efekt jest taki, że zarówno uczniowie jak i nauczyciele spędzają dzień w dzień te swoje długie godziny, kompletnie niezależnie od siebie, zajęci wyłącznie sobą i walką o przeżycie kolejnej godziny lekcyjnej, a nad nimi pochylają się – również pilnujący wyłącznie swoich interesów – dyrektorzy, kuratorzy, psycholodzy, metodycy, ministrowie, związkowcy i udają, udają, udają. A niech no tylko ktoś z nich podniesie głowę i spróbuje wprowadzić choć odrobinę sensu, czy choćby tylko życia, do tego nieszczęścia o nazwie ‘szkoła’. Od razu przybiegną do niego rodzice, urzędnicy z kuratorium, pedagodzy szkolni, dyrekcja i mu natychmiast wytłumaczą, że wszystko jest pod kontrola, i że jeśli trzeba będzie coś zrobić, to się zrobi tak żeby było jak jest – tyle że bardziej.
Przyjrzyjmy się filmowi, który nagrali ci debile i wsadzili do netu. Mamy przed sobą grupę kompletnie ogłupiałych byczków, stających na głowie (dosłownie), żeby jakoś zabić tę nudę, a za biurkiem tego nieszczęsnego nauczyciela, który doskonale wie, ze nie może nawet mrugnąć okiem, bo każdy ruch z jego strony zostanie natychmiast ukarany przez najszerzej rozumiany System. I wcale nie chodzi mi o to, że mógłby on na przykład wstać i nakłaść po pysku temu, który akurat stoi najbliżej. Wprawdzie, jestem pewien, że oni wszyscy w tym momencie by wrócili do ławek i przez następny kwadrans, dochodziliby do siebie, ale skutki uboczne okazałyby się z pewnością nie warte tego wysiłku. Przede wszystkim na pewno któryś z nich by tę ciekawostkę wyniósł na zewnątrz i System by się już tym nauczycielem zajął równie skutecznie jak on tym dzieckiem. Więc niechby on nawet go nie lał. Niech by po prostu sięgnął po komórkę i zadzwonił po policję, że go jakaś banda chuliganów właśnie napadła i on się czuje zagrożony. Ale tego mu też robić nie wolno. Przepisy zabraniają.
Więc siedział cicho i się nie ruszał. Bo wiedział, ze tak jak jest, ma być i wszystko jest pod kontrolą. ZNP zadba o jego pensum, dyrekcja zadba o to, żeby pieniądze – włącznie z trzynastką – były na czas, uczniowie z kolei – jak trzeba będzie – będą mogli skorzystać z pomocy pedagoga, psychologa i (raz na tydzień) z pomocy szkolnego lekarza, a on ma tylko zatroszczyć się o to, żeby dziennik był na koniec semestru w miarę starannie wypełniony. A dlaczego – jak wspomniała mama jednego z tych byczków – on był tak ciamajda, że nie potrafił sobie poradzić? Bo taki był. Bo, kiedy się przygotowywał do bycia nauczycielem, nikt mu nie powiedział, że będzie miał pracę przypominającą pracę klawisza w więzieniu, tyle że bez jakichkolwiek uprawnień. No i znów, bo taki był. Nie miał umiejętności radzenia sobie z bandytami, ale tez nie miał tego czegoś – co szczęśliwie ja miałem – a co bandytom z jakichś niezrozumiałych względów akurat się często podoba.
A może miał. Może tylko miał tego pecha, że w odpowiednim momencie nie machnął na to ręką. Może przez wszystkie te lata, kiedy tam pracował, jakoś szło. A któregoś dnia coś się załamało albo w nich, albo w nim; albo może po prostu dzień nie sprzyjał. Tego nie wiemy. Jedno jest pewne. Miał albo zachować kamienny spokój, albo poszukać dla siebie i dla swojej rodziny innego źródła utrzymania. Jakiegoś miejsca, gdzie mógłby robić to co umie, ale bez tego ryzyka, że albo stanie się sławny na całą Polskę, albo skończy z informacją od dyrekcji zaczynającą się od słów: Na podstawie kontroli dokumentacji szkolnej, oraz monitoringu prowadzonych przez Pana lekcji, Dyrekcja stwierdza co następuje:- proces nauczania odbywa się niezgodnie z przyjętym programem nauczania, co narusza zasady prawa oświatowego…
I tak dalej. Bez najmniejszego znaczenia. Bo tak, czy inaczej, to jest wciąż ta sama historia.

czwartek, 5 lutego 2009

Jatka w fabryce dywanów

Kiedy w miniony niedzielny wieczór, nagle – niestety bez głębszego przygotowania – pisałem bardzo emocjonalny tekst na temat Okrągłego Stołu i dziedzictwa, jakie ten projekt pozostawił http://toyah.salon24.pl/383853.html, znajdowałem się pod bezpośrednim wpływem sposobu, w jaki TVN24 potraktował tę rocznicę. Uznałem, że oto właśnie rozpoczyna się wielodniowy festiwal zdrady i zaprzaństwa, nad którym patronat przejął właśnie Mariusz Walter i jego służby.
Oglądałem osłupiały stare, dokumentalne zdjęcia sprzed dwudziestu lat, studiowałem te twarze, te głosy, te nazwiska, które w większości – byłem pewien – zginęły z mojej pamięci na zawsze i myślałem sobie, jak to wszystko było dawno. Jak strasznie dużo się od tego czasu zmieniło. Ileż to najróżniejszych zdarzeń – i złych i dobrych – przyszło nam przeżywać. Jak bardzo w końcu, przez te wszystkie lata, to co się wydarzyło w lutym 1989 roku, stało się kompletnie puste, kompletnie pozbawione znaczenia, tak niezwykle obce. Wpatrywałem się w te, kiedyś przecież bardzo bliskie twarze i jedyne emocje, jakie czułem, to głównie zdziwienie, że oni wszyscy cały czas palą papierosy i nieustannie szepczą coś po kątach. Że to było właśnie takie towarzystwo.
No i, naturalnie, było mi tak bardzo smutno, że te dwadzieścia lat temu, tak wielu z nas, tak bardzo się zaangażowało emocjonalnie – a czasem i fizycznie – w coś, co w głównej swojej części w ogóle było nie dla nas. I że dziś, ten fakt widzimy szczególnie ostro. Właśnie choćby w sposobie, w jaki – ni stąd ni z owąd – TVN24 postanowił zburzyć całą ramówkę tylko po to, żeby mi pokazać, jaki kiedyś byłem głupi i naiwny. Myślałem sobie, że dziś, w tej Polsce Goliszewskiego, Donocika, tych wszystkich funduszy, fundacji, klubów i porozumień, kiedy każde dziecko widzi, że to nie jest to, co miało być, nagle TVN – w tak nieprawdopodobnie bezczelny sposób – wali nas po naszych biednych łbach tą rocznicą i mówi nam: „Widzicie jacy byliście głupi? I co? Myślicie, że dziś macie coś więcej niż wtedy? Nawet tego doświadczenia nie umiecie wykorzystać.”
Czas jednak biegnie szybko, nudno w żaden sposób nie jest, więc szybko zapomniałem o tym, że coś poza doraźną polityką w ogóle jest na rzeczy. I dziś, znów – podobnie jak w niedzielę – niespodziewanie, przypominałem sobie o tym, że mija 20 lat od Okrągłego Stołu. I znów nie sam z siebie, ale dzięki telewizji i, znów, dzięki telewizji Mariusza Waltera. Tym jednak razem było ostro. Otóż okazało się, że w Sejmie spotkali się wszyscy ci, dla których ten Okrągły Stół został zorganizowany, ci, co ten Stół w gruncie rzeczy przygotowali i ci, dla których ten Okrągły Stół do dziś stanowi powód do dumy i zwykłej, ludzkiej i zawodowej satysfakcji. Tym razem, już nie chodziło o to, żeby w ramach najlepiej pojętej polityki historycznej pokazać parę starych zdjęć i powiedzieć: „Popatrzcie, tak to kiedyś było. Jesteście zadowoleni?” Tym razem, zobaczyliśmy czysty, bezczelny pokaz siły. Do Sejmu przyszli tak zwani ‘architekci historycznego porozumienia’ i urządzili konferencję pod nazwą Dialog, kompromis, porozumienie.
Patrzyłem na te, głównie komunistyczne, łby jakoś tak późnym przedpołudniem, później telewizor wyłączyłem, włączyłem ponownie przed chwilą, czyli już po15 – a na ekranie dalej to samo towarzystwo, w tym samym niepodległym Sejmie, z tym samym nieprawdopodobnym przesłaniem – „Jesteśmy wciąż na swoich miejscach i mamy się świetnie”. Tym razem jednak przyszło mi do głowy coś zupełnie nowego, co troszkę mnie z jednej strony pocieszyło, a drugiej pozwoliło przypuszczać, że intencje TVN-u nie są z pewnością tak oczywiste, jak mi się wydawało.
Otóż – zastrzegając się, że ja nie oglądałem tego konwentyklu zbyt dokładnie – mam wrażenie, że tam, ze starej strony solidarnościowej, jest tylko Michnik, Mazowiecki i Frasyniuk. Oczywiście, może się okazać, że, gdyby się przyjrzeć, znajdziemy tam może i Zbigniewa Bujaka, lub jakiegoś Kuczyńskiego. Fakt pozostaje faktem i ogólny obraz jest taki, że widać Urbana, Senyszyn, Cioska, Millera, Olejniczaka, Reykowskiego, Kwaśniewskiego, Jaruzelskiego, Oleksego, Szmajdzińskiego i całą kupę jakiś innych bolszewików, kórych twarzy już nawet nie rozpoznaję, natomiast z „naszych” widać tylko Michnika, Mazowieckiego i Frasyniuka. Siedzą oni wszyscy od rana i ględzą o tym, jak to im się udało pięknie dogadać.
I ja się w tej sytuacji zastanawiam, jak to jest, że 20 lat po Okrągłym Stole, jedynym środowiskiem, które cieszy się pełną satysfakcją z tego kontraktu i satysfakcję tę dzieli w 100% solidarnie, to są komuniści. Zastanawiam się, jak to jest, że korzyści płynące z tego projektu sprzed 20 lat cenią sobie zarówno Urban jak i Miller, Kwaśniewski i Jaruzelski, Olejniczak i Senyszyn? A z dawnej Solidarności, został tylko wiecznie młody Michnik, wiecznie stary Mazowiecki i wiecznie stuknięty Frasyniuk? I zastanawiam się, czemu coś tak kompromitującego – bo jest to oczywista kompromitacja – pokazuje dziś cały dzień TVN24? Przecież, jeśli oni chcieli, żebyśmy zobaczyli, jak oni się z nas śmieją, to już nie raz pokazali i dziś nawet szkoda już na to pieniędzy. Jeśli chcą nas przekonać, że ten Stół, to naprawdę było wydarzenie wielkie i cenne, to przecież nie w takim zestawie typów, nazwisk i twarzy! Więc czemu?
Jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy, to taka, że TVN, w ramach swojej kompletnie niepojętej dla mnie gry o wpływy, prowadzonej ze środowiskiem starej ubecji, postanowił, z okazji tej rocznicy, przywalić starym ubowcom ostro i bezwzględnie. Tylko bowiem tak potrafię wytłumaczyć sobie to, co oni robią od rana. To nieustanne pokazywanie zadowolonego Urbana, śpiącego Mazowieckiego, tych starych aparatczyków z uwielbieniem wpatrujących się w Michnika i samego Michnika, który po raz pierwszy od dwudziestu lat przeżywa dni swojej chwały. To nie może być nic innego, jak ostateczne odwrócenie się przez WSI od UB i pokazanie im, że własność zmienia właściciela.
Nie wiem. Mogę się mylić. Ale na miejscu Michnika, Frasyniuka, nawet Urbana bym dostał cholery, że TVN, w sposób tak perfidny i tak otwarty, prowadzi akcję kompromitowania dorobku ich całego życia, na oczach społeczeństwa. A na miejscu TVN-u, jeśli moje przypuszczenia są błędne i ktoś przygotował tę transmisję i zrealizował ją tak, a nie inaczej, przez pomyłkę, natychmiast bym to przerwał i dał jakiś ładny materiał wspomnieniowy o Jacku Kuroniu. Najlepiej w sześciu godzinnych odcinkach.
Natomiast, jeśli rzeczywiście mam rację i TVN się wyzłośliwia w stosunku do konkurencji, to te nasze nowe, niepodległe już służby, postępują perfekcyjnie. Powinni tylko – jak już panowie okrągłostołowy się rozjadą do swoich domów – przygotować z tych obrad jakiś ciekawy, dwugodzinny skrót, i dawać go przez najbliższy miesiąc codziennie, o różnych porach dnia i nocy. Aż pierwsi obywatele zaczną się trząść ze strachu.

wtorek, 3 lutego 2009

Lezą następni

No to i przyszła kolej na człowieka o nazwisku Goliszewski. Od czasu, kiedy zacząłem pisać w Salonie24, miałem szczerą nadzieję, ze los oszczędzi mi konieczności pisania o tym kimś w szerszym zakresie, niż w formie drobnej wzmianki przy okazji, wyzłośliwiania się na temat najbardziej szarych postaci końca Drugiej i początku Trzeciej RP. Wspominałem więc tu o Marku Goliszewski parę razy, zawsze w tonie wyjątkowo przykrym i zawsze wyjątkowo niechętnie. Ale – jak mówię – miałem nadzieję, że tak pozostanie i jakoś bez niego uda się przejść przez te czasy. Nie udało się.
Dlaczego akurat Marek Goliszewski budzi we mnie tak szczególnie silne emocje? W końcu mamy i Urbana i Michnika i Marka Piwowskiego i Kiszczaka i młodego Mellera i Barańskiego i Senyszyn i Palikota i Maleszkę i Żakowskiego i – cholera – cały korowód tych najbardziej zakutych, czarnych pał ostatniego trzydziestolecia. Czemu więc akurat padło na Goliszewskiego? Powiem zupełnie szczerze, ze do końca nie wiem. Z jakiegoś powodu właśnie on, z mojego skromnego punktu widzenia, symbolizuje wszystko to co najgorsze i najbardziej podejrzane na styku tych dwóch Rzeczypospolitych. Z jakiegoś powodu, kiedy myślę o Florianie Siwickim, czy nawet Grzegorzu Piotrowskim, to mam silne przekonanie, że dotykam czegoś bardzo mocno określonego i przejrzystego. Nawet jeśli wiem, że jeden z nich to morderca, a drugi też morderca – obaj ze swoimi tajemnicami i nigdy już pewnie nie wyjaśnionymi zagadkami – to jakoś też wiem, że ta sprawa jest w pewnym sensie załatwiona. Jeśli idzie o Goliszewskiego, kiedy go widzę, to wciąż lękam się, że to co było, to jeszcze nie wszystko.
Pamiętam Goliszewskiego jeszcze z ostatnich lat komuny. On się nagle pojawił, jako redaktor naczelny magazynu o nazwie Konfrontacje. Kiedy bolszewicy ostatecznie szykowali się do ostatecznego uwłaszczenia, a my jeśli nawet czuliśmy, że coś się dzieje, to bardzo niejasno, pojawiły się te nieszczęsne Konfrontacje i zaczęły odgrywać rolę zwiastuna tego niby-nowego. Pomysł był taki, że jeśli na lewej stronie Wiesław Górnicki pisał, że zbrodni w Katyniu dokonali Niemcy, to na stronie prawej, jakiś inny, wynajęty komuch wyjaśniał, ze może nie do końca na pewno. Jeśli na prawej stronie jakiś koncesjonowany specjalista pisał, że Kościół, to właściwie nic takiego bardzo złego, to z lewej strony można było poczytać Urbana, albo kogoś takiego, który pisał, że z tym klerem trzeba raz na zawsze skończyć. A nad tym całym cyrkiem, patronat sprawował właśnie Marek Goliszewski, o którym wówczas wiedziałem tylko tyle, ze wygląda jak wygląda i że został własnie wyjęty spod tej ruskiej kufajki do specjalnego zadania. Oto on dziś:



Pojawiał się też ten szaro-nordycki typ od czasu do czasu w telewizji i coś tam gadał, zawsze nie pozostawiając cienia wątpliwości, kim on tam jest, po co tam jest, kto go przysłał i co on tam ma do zrobienia. Wyglądał wtedy mniej więcej tak samo jak dziś, tyle, że to wieśniactwo wówczas było o wiele bardziej wyeksponowane. No ale to akurat jest oczywiste. Wystarczy dziś popatrzeć na stare zdjęcia Millera, Kwaśniewskiego, Szmajdzińskiego, czy nawet Leppera, żeby wiedzieć o co mi chodzi. Jednak, kiedy nastąpiła zmiana systemu ze starego na obecny, z jakiegoś powodu ci, którzy postanowili pilnować interesu na poziomie bezpośredniej polityki, zmianie zaczęli ulęgać stopniowo. Proszę spojrzeć na Kwaśniewskiego, czy Millera z początku lat 90-tych: oni wciąż robią wrażenie ruskich buców. Inaczej było z tymi, których bolszewia skierowała na odcinek biznesowy. U nich odmiana była natychmiastowa i szokująca. Na pierwszy rzut poszły fryzury, potem okulary, po okularach marynarki, koszule, a potem już cała reszta.
To byli przedstawiciele nowego biznesu i przedstawiciele czegoś, co stało jakby obok biznesu, ale jakoś tam było z nim związane i właśnie wśród nich szczególnie rzucił mi się w oczy właśnie ten Goliszewski. Z tą swoją nową fryzurą, okularami i takim , jak to mówi młodzież ‘do pożygania’ ogólnym lansem. I z tym szyldem Business Centre Club. Ja od początku nie miałem pojęcia, co to jest ten BCC, do czego on służy i komu, niemniej cały czas miałem ciężkie podejrzenie, ze jest to coś o podobnym stopniu publicznej użyteczności, co nowy tygodnik o wdzięcznej nazwie Nie. Nigdy też nie chciałem się szczególnie nad tym czymś pochylać, więc nawet kiedy raz na jakiś czas pojawiała się nazwa Business Center Club, widziałem tylko ten szczególnie wymodelowany łeb i zmieniałem temat.
Dziś dowiaduję się, że Marek Goliszewski napisał list do Przemysława Gosiewskiego http://www.pb.pl/Default2.aspx?ArticleID=87b8328c-1bf6-427c-a8f8-b8a8236b43aa&ref=lastadd , w którym tłumaczy Gosiewskiemu, że on sobie nie życzy, żeby Gosiewski komentował jego interesy. Ja oczywiście nie śledzę tak bardzo dokładnie tej brudnej działalności, z której utrzymuje się Goliszewski i kto tam jeszcze z nim mieszka, ale – o ile mi wiadomo – jest to pierwszy przypadek, żeby on pozwolił sobie na taką bezczelność i wsadził swój nos w rejony, od których powinien się trzymać jak najdalej. Co się więc stało, że Goliszewski dostał nagle takiej cholery? Otóż okazało się, że kiedy Platforma – rzutem na taśmę – zaproponowała, żeby Państwo przestało utrzymywać partie polityczne, których – jak wiemy – użyteczność społeczna jest bez porównania większa niż użyteczność Goliszewskiego i jego szajki, Przemysław Gosiewski zasugerował, że w tej sytuacji, utrzymywaniem partii politycznych (tym razem już wybranych) zajmie się biznes. I ta własnie wypowiedz Gosiewskiego spowodowała, że Goliszewski zapomniał się na ten jeden krótki moment kompletnie i się obnażył.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak przyjrzeć się co to jest ten Goliszewski dwadzieścia lat po tzw. transformacji i czym się zajmuje. Zdjęcie już znacie. A to naprawdę niemało. Zaglądam jednak do wikipedii: Marek Goliszewski (ur. 10 listopada 1952 r. w Warszawie) - polski przedsiębiorca, założyciel i prezes Business Centre Club. Absolwent Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (handel) i Uniwersytetu Warszawskiego (dziennikarstwo).Propagator wspierania inicjatyw prospołecznych, laureat wyróżnień za działalność pomocową - Przyjaciel Ludzi Bezdomnych (1996), Dębowy Laur Dobroczynności (2003), Wawrzyn Wyjątkowej Wrażliwości (2004), Laur Stokrotek Dobroci (2005) […]Prezes Polskiej Fundacji Klubu Rzymskiego – 1989. Członek: Zarządu Towarzystwa „Polska-Wschód” (1993), Społecznej Rady Planowania przy Centralnym Urzędzie Planowania (1994), Polskiego Forum Akademicko-Gospodarczego (od 1993), Klubu Europejskiego (1994), Stowarzyszenia Euroatlantyckiego (od 1994), Rady Integracji Europejskiej (1996), Narodowej Rady Integracji Europejskiej (2002), Środowiskowej Rady Integracji Europejskiej ds. Środowisk Gospodarczych (2002), Klubu Wschodniego – Stowarzyszenia Wspierania Współpracy Gospodarczej ze Wschodem (2002), Rady Biznesu Polska-Rosja (2002).Inicjator Rady Przedsiębiorczości (2002), Wiceprzewodniczący Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, Przewodniczący Zespołu ds. Dialogu Społecznego (2002).Odznaczony Orderem Prymasowskim Dla chwalących Boga czynem (2004), założyciel i współprzewodniczący FORUM DIALOGU (Sygnatariusze z 25 ogólnopolskich organizacji składających się z 1800 związków, stowarzyszeń i podmiotów publicznych)[…]
Rozumiecie o co mi chodzi? Czujecie ten opis? Widzicie historię, która za tym opisem idzie? Naprawdę mam nadzieję, że wiecie już też, dlaczego się denerwuję. Ale proszę zwrócić uwagę. Człowiek urodził się w roku 1952. Jest trzy lata starszy ode mnie. A ja już mam swoje lata. On zaczął żyć w roku 1989. No może nie do końca. Notka w wikipedii wspomina o tym tygodniku o nazwie Konfrontacje i jeszcze o tym, że Goliszewski to „inicjator rozmów opozycja-rząd w 1988 poprzedzających Okrągły Stół.” To jest dopiero tupet, prawda? Tak na marginesie, ja się nie znam, ale czy to prawda, że informacje w wikipedii można osobiście redagować?
Więc akurat z tego nic się nie dowiemy. Zaglądamy więc dalej. Oto strona o nazwie: http://www.lozawielkopolskabcc.pl/?id=77 . Tym, którzy mają rozum po to, żeby z niego korzystać, wystarczy sam adres. Dla tych bardziej ambitnych, ów adres może się przydać jeszcze po to, żeby tam zajrzeć i sobie przelecieć przez menu. Dla reszty mam następującą wiadomość. Jest tam takie miejsce, które się nazywa: Loża Wielkopolska Business Center Club. Kto chce, niech sobie wejdzie. Jednak ostrzegam, to jest teren skażony.
A na koniec mam tylko jedną prośbę do Szanownego Pana Marka Goliszewskiego. Niech się Pan trzyma z dala od Polski. I niech Pan tę moją prośbę przekaże swoim braciom. Czy jak Wy się tam tytułujecie.

poniedziałek, 2 lutego 2009

Rok 2008 rokiem Palikota

Wychodząc dziś z samego rana do pracy, poza zwykłymi myślami, które nie potrzebują nawet poniedziałku, żeby krążyć po ludzkiej głowie, miałem dwa skromne dylematy, zupełnie ekstra. Pierwszy to taki, w jaki sposób zrealizuje się teoria Eryka Mistewicza o przykrywaniu kongresu PiS-u przez odpowiednio mocne story, a drugi – czy Gazeta Wyborcza uzna, że wydarzeniem weekendu była piłka ręczna, czy stan pobożności Benedykta XVI. Jednak kiedy wkroczyłem na teren kultowego już w niektórych środowiskach Dworca Kolejowego w Katowicach, w oko wpadła mi okładka najnowszego numeru tygodnika Wprost, a na niej absolutnie porażające swoją wyjątkowością, oblicze pana premiera Donalda Tuska i tytuł – Człowiek roku 2008.


Dlaczego uważam, że ów portret jest wyjątkowy? Nie wiem, jak by to wyjaśnić, nie popadając na samym początku tego tekstu w tępą złośliwość. No… wystarczy chyba spojrzeć. Proszę tylko spojrzeć i będzie jasne, o co mi chodzi. Jak redakcja Wprost mogła panu premierowi to zrobić? Przecież, skoro już wymyślono, że tym razem tym człowiekiem roku będzie Premier, to mogli artyście Olbińskiemu powiedziec, żeby nie robił sobie jaj i namalował Premiera – oczywiście w konwencji ‘spiż’, zgoda – ale jednak może z jakiegoś innego obrazka. Przecież nie po to, od tylu już lat, specjaliści od wizerunku pana premiera stają na głowie, żeby mu pokazać, jaką minę powinien mieć człowiek silny, zdecydowany, mądry… no co tu dużo mówić – po prostu wielki, żeby jacyś złośliwcy na koniec postanowili wystawić pana premiera z miną jakiegoś Sebka z Ciechanowa, który właśnie dowiedział się, że istnieje coś takiego, jak fotka.pl i postanowił uderzyć ostro.
A przecież z cała pewnością redaktorzy Wprost musieli wiedzieć, co robią. Parę stron dalej jest już wszystko, jak trzeba. Piękny, kolorowy Donald Tusk sfotografowany z profilu, z podwiniętym niedbale rękawem, ukazującym piękne, męskie ramię człowieka autentycznego trudu, ze zmrużonym, osłoniętym przed palącym słońcem okiem, patrzący w dal. Toż to prawdziwe cudo. Aż Toyahowa się wzruszyła i wykrzyknęła: „Jakiż on piękny!” Czy nie można było powiedzieć artyście Olbińskiemu, żeby nie szukał na własna rękę?
Ale trudno. Wyszło jak wyszło i całe moje napięcie związane z obstawianiem, czyja story okazała się lepsza, wzięło w łeb. Kiedy już zobaczyłem, że ogólnie rzecz biorąc, kongres wyszedł z tego wizerunkowego starcia z tarczą i nawet red. Stasiński nie znalazł w sobie dość sił, żeby zacząć ten nowy tydzień od jakiegoś mocnego gestu, oczywiście pomyślałem sobie, że nie jest źle, ale i tak cały dzień mija mi z tym Donaldem Tuskiem w tle.
Jest jednak coś, co pozwala mi znaleźć w tej całej historii pewien znak, a może i nawet konkretną zapowiedź tego, co może nastąpić już niebawem. I to również jest bezpośrednio związane z tą nagrodą dla Premiera. I to ściśle z jej wymiarem merytorycznym. A pomyślałem sobie o tym, kiedy przyszedł przed chwila do mnie młody Toyah o poinformował mnie, że, kwitując to wyróżnienie, Donald Tusk oświadczył, że „Fajnie jest być człowiekiem roku”. Ja oczywiście nie jestem aż takim świnią, żeby się śmiać z premiera Tuska za w sumie niewinną – i przecież bardzo typową dla niego – wypowiedź. W jego sytuacji przecież wszystko co fajne, to od samego początku albo wycieczka do Peru, albo Małgosia, albo piłeczka, albo koledzy, albo Sopot, albo parę dni luzu. A więc, skoro to wszystko jest fajne, to czemu fajny nie ma być ‘człowiek roku’. Więc nie chodzi mi o to, żeby tu teraz sobie z Premiera dworować. Poza tym, postanowiłem sobie, ze od dziś będę się śmiał tylko z Kazimierza Marcinkiewicza. Wszystko, co niżej Marcinkiewicza zasługuje na pełną powagę i szacunek.
Chodzi mi o coś zupełnie innego. Mianowicie myślę sobie, że premierowi Tuskowi ta nagroda się jak najbardziej należała. Jest popularny, ludzie go lubią, no a poza tym niech ma coś z tego rządzenia bardziej na stałe. Coś co będzie mógł sobie powiesić nad łóżkiem. Natomiast jestem też bardzo mocno przekonany, że można by było przyznać dwie nagrody ‘człowieka roku’. Jedną dla Donalda Tuska, bo jest fajny i fajnie by było mu sprawić przyjemność, ale drugą już ściśle merytoryczną – za autentyczną wielkość i autentyczne osiągnięcia. A tu już Donald Tusk, choć postać ewidentnie miła i sympatyczna, wielkich osiągnięć nie ma. Szczególnie w ostatnich tygodniach, jego skromny dorobek mocno rzuca się w oczy. Właśnie zwłaszcza ostatnio, coraz bardziej staje się oczywiste, że – jeśli już pozostać przy obozie rządzącym – jest tam tylko jeden, wybitny mąż stanu. I z całą pewnością nie jest to ani Donald Tusk, ani Grzegorz Schetyna, ani Bronisław Komorowski, ani nawet Radek Sikorski. I nawet – niestety – już nie marszałek Niesiołowski.
Jedynym wybitnym przedstawicielem Platformy jest mianowicie Janusz Palikot. Wybitny oczywiście na miarę, którą wykroili krawcy tworzący to środowisko – niemniej jednak wybitny. Proszę zwrócić uwagę. W Platformie Obywatelskiej tylko Palikot tworzy jakikolwiek w miarę widoczny ruch. To on, jako już prawdziwy ‘ostatni Mohikanin’, skutecznie reprezentuje to środowisko, podtrzymuje ten gasnący już mit, walczy o każdy kolejny dzień. To własnie Janusz Palikot w ciągu tych minionych dni wziął na siebie całą – dosłownie całą – odpowiedzialność za doprowadzenie do kompromitacji kongresu Prawa i Sprawiedliwości. To on pozwolił ministrom swojego rządu spokojnie chlipać nad papierami z miliardami, które mają być, a których po prostu nie ma. To on pozwolił pracownikom mediów zająć się bieżącą propagandą, a sam jak błędny rycerz ruszył z laptopem i peruką na przegraną wojnę.
Bo przegrał. To musimy przyznać. Nie udało mu się. Ale walczył. Samotny, zdesperowany, nieugięty. I kiedy jego partia doszła do ściany pozostał tylko on. Więc dziś pamiętajmy, że jeśli już komuś z przedstawicieli obecnej władzy należy się tytuł ‘człowieka roku’ to własnie Januszowi Palikotowi. Za wszystko. Za te pieniądze, za te komisje, za te wibratory, za te T-shirty, te berety, szaliki, różowe koszule. Za wszystko. Choćby i też za to, że jeśli jeszcze większość społeczeństwa pamięta, jak się naprawdę nazywa ten szczególny projekt polityczno-medialny, to własnie dzięki niemu. Właśnie dzięki niemu. PS. Pisałem już o tym tu na swoim blogu, dziś Consolamentum umieścił na ten temat piękny wpis na SG. Ponieważ czasu coraz mniej, przypominam. W najbliższą sobotę, o godzinie 17 w Krakowie, najprawdopodobniej w pubie o nazwie Omerta, spotyka się salonowa Polska południowa. Chętnych proszę o potwierdzanie uczestnictwa w spotkaniu. Albo tu, albo u Krzyśka Wołodźki.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...