wtorek, 12 października 2021

O tajnej strategii prawicowych mediów w walce z agresywną bezbożnością

 

       Myślę że większość z nas bardzo dobrze ma w pamięci zapisane przez św. Łukasza, a następnie, w nieco zmienionej wersji, powtórzone przez św. Marka słowa Jezusa: „Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”. Z pewnością też musieliśmy kiedyś trafić na bardzo podobną myśl, wypowiedzianą przez tego samego Jezusa, i tym razem zacytowaną przez tego samego Łukasza: „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie”. I wydawałoby się, że czy to ze względu na oczywistą logikę owych słów, czy może przez to, że słyszeliśmy je tyle razy z ust Pana, że uznaliśmy je za tak bardzo oczywiste, tak je dziś właśnie traktujemy, jako coś zupełnie oczywistego. Nie wyobrażamy sobie przy tym, by ktokolwiek z nas choćby na moment dopuścił do siebie myśl, by rozszerzyć nieco uniwersalność owej prawdy do, powiedzmy, stwierdzenia że „Kto jest wrogiem naszego wroga, ten jest naszym przyjacielem”. Czemu tak? A to z tego prostego powodu, że za tego rodzaju bzdurą musi się kryć już tylko czysta desperacja kogoś, kto nie mając żadnych przyjaciół, szuka już tylko nadziei na zwycięstwo w szeregach wrogów wroga, licząc na to, że skoro nam wybito już wszystkie zęby, nich przynajmniej w naszej walce wyręczy nas ktoś, kto okazał się od nas silniejszy. I nawet do głowy nie przyjdzie owemu nieszczęśnikowi, że następnym w kolejce najprawdopodobniej będzie już tylko on sam.

      A zatem prawda pozostaje jedna: „Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam”, i można by było tak tu owe rozważania pozostawić jako przpomnienie, ewentualnie naukę, gdyby nie pewne zjawisko, którego od pewnego już czasu nie mogę nie zauważać, a polegające na tym, że wielu z nas, a w tym, co gorsze, osoby, od których naprawdę moglibyśmy oczekiwać czegoś więcej, z uporem lepszej sprawy szukają wsparcia po stronie oczywistych wrogów, byle by tylko owi wrogowie dzielili z nami niechęć do wrogów innych. Stąd też często widzę, jak wielu z nich, gdy tylko usłyszy, że powiedzmy Włodzimierz Czarzasty wykpił Leszka Millera, natychmiast jest w stanie utulić Czarzastego do serca i oddać mu całe swoje serce, by on tylko zgodził się jeszcze trochę nawrzucać Millerowi. I ów rodzaj zidiocenia jest niekiedy aż tak zaawansowany, że już tylko możemy czekać aż tygodnik „Sieci” przeprowadzi ekskluzywny wywiad z Jerzym Urbanem, jeśli tylko to gówno zadeklaruje na przykład niechęć do szczepień, lub powie że Tusk to bałwan.

        Na tym poziomie oczywiście wspomniane zidiocenie nie operuje, natomiast, owszem, owo histeryczne wręcz poszukiwanie sojuszników w najbardziej cuchnących zakątkach najbardziej cuchnących miejsc, stało się istną plagą i stąd też ten mój dzisiejszy felieton. Jak mówię, znajdujemy się szczęśliwie jeszcze odpowiednio nisko, natomiast bezpośrednią przyczyną, dla której w ogóle wziąłem się za ten temat był pewien tekst opublikowany za niesławnym „Tygodnikiem Powszechnym" przez portal tvp.info, w którym któryś z redaktorów postanowił dokuczyć młodemu hip-hopowemu artyście znanemu pod estradowym imieniem Mata, a zwłaszcza jego ojcu, Marcinowi Matczakowi, nadzwyczaj aktywnemu przeciwnikowi władzy Prawa i Sprawiedliwości. I pewnie nie miałbym nic przeciwko temu, choć, moim zdaniem, wspomniany Mata to wyjątkowo utalentowane dziecko, gdyby nie fakt, że wspomniany portal za świadka oskarżenia zdecydował się wybrać nikogo innego jak niesławnego poetę, literata i felietonistę wspomnianego „Tygodnika Powszechnego”, Jacka Posiadłę, który, jak się szczęśliwie okazało, podobnie jak redakcja tvp.info, Maty i jego taty nienawidzi.

        Artykuł opublikowany na stronie stacji TVP Info niemal w całości jest poświęcony cytatom z poety Podsiadły, gdzie ten przede wszystkim próbuje nas przekonać, że Mata to ludzka i artystyczna nędza, a jeśli stary Matczak owo badziewie finansuje, to mamy bezpośredni dowód na to, że to kretyn. O tym, oczywiście, że poeta Podsiadło sam jest beznadziejnym idiotą i bezczelną podróbką, choćby zaledwie tak zwanego, literata, no i co najważniejsze, kimś kto byłby w stanie zarówno Matczaka jak i jego syna utulić do serca, gdyby któremuś z nich udało się zamordować Jarosława Kaczyńskiego, mowy w tekście tvp.info nie ma. Czemu? No jak to czemu? W końcu wszyscy wiemy, że wrogowie naszych wrogów są naszymi przyjaciółmi.

       Nie ma więc w tekście tvp.info słowa o tym, z kim mamy tu tak naprawdę do czynienia, poza tym że z wybitnym poetą i z jednym z pierwszych rycerzy polskiej prawicy. W tej sytuacji uznałem, że nie pozostaje mi nic innego jak pokazać Państwu twórczości aktualnego obiektu westchnień prawicowych mediów. Oto poeta Jacek Podsiadło i jego wiersz zatytułowany „List do papieża Jana Pawła Drugiego. Pocztą niedyplomatyczną (wiersz klasyka)”

 

Widuję pana w telewizji, zwykle stoi pan w oknie z rękami

rozłożonymi bezradnie nad tłumem strojąc miny. Gdyby

zaprowadzić ociężałą trzodę na skraj przepaści i zepchnąć, czy

pańskie pół Europy małpoludów nie stałoby się lotnym ptactwem?

Być papieżem - cóż za smutek; być tak śmiesznym jak najgrubszy

w klasie uczeń albo ten, któremu wąs nie sypnął się razem z innymi.

 

Jak radzi pan sobie z dogmatem o nieomylności, gdy zdarzy się

panu pomylić w rachunkach? Poza chęcią kpiny ten problem

prawdziwie mnie zajmuje. Starałem się lubić pana, chociaż wiersze

pana nie są zbyt udane a wasi kapłani, mówiąc bez ogródek,

wpychają ryj wszędzie.

 

Jednak pańskie słowa brzmiące ‘Nie jesteśmy pacyfistami;

pragniemy pokoju, ale nie za każdą cenę’ sprawiły, że pragnę

napisać to, co następuje. Za pacyfistów nikt was nie uważa. Pokoju

nie czyni się strojeniem min. Proszę zabrać swoich misjonarzy z

Afryki i Azji. Kiedy milczeć wystarczy by kłamać, mówić ‘wiem’

jest zbrodnią.

 

A ja, już tak zupełnie na zakończenie, nie mogę się powstrzymać by zacytować tu fragment piosenki nie poety, ale piosenkarza Maty:

„Codziennie Czytaliśmy Stary Testament i Nowy Testament
i słowo stawało się ciałem
i taki łysy ksiądz w okularach
dawał nam fajne kazania
w pierwsze piątki chodziliśmy na msze
w czwartki były zebrania
ale takie dla rodziców, nie dla nas
robili nam kanapki na śniadania
a siostry dawały je bezdomnym, kiedy ktoś z nas nie dojadał
a siostry dawały nam tosty i kazały nam całować chleb gdy upadał,
i całowaliśmy ten chleb gdy, upadał
a teraz błagam ty też mnie pocałuj
bo czekam na sygnał by wstawać
i choć gołym okiem widzę że gdzieś łączy się niebo i ziemia
to wciąż jest daleko i boję że w końcu opadnę z sił
i choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
to postaram się żyć tak jakbyś był
”.

 

        A więc z jednej strony mamy poetę Podsiadłę, autora owych słow do Jana Pawła II, który autora wspomnianej wyżej piosenki nazywa agresywnym i bełkotliwym beztalenciem”, a z drugiej prawicowe media bez mrugnięcia okiem biorące stronę tego pierwszego. A ja sobie myślę, że jeśli tak to ma dalej być, to przed nami przyszłość, z której jedyna korzyść to ta, że owe media zdechną i nie pozostanie po nich choćby pierdnięcie.



 Post Scriptum: Już po napisaniu tego felietonu, dowiedziałem się, że stary Matczak zwrócił się z prośbą do redakcji „Tygodnika Powszechnego”, by ci pozwolili mu odpowiedzieć na tekst Podsiadły, na co ktoś w imieniu Redakcji odpowiedział Matczakowi, żeby wypierdalał. A ja w tej sytuacji rozumiem, że już wkrótce portal tvp.info uruchomi specjalny dział, gdzie będzie przedrukowywał wybrane teksty z „Tygodnika Powszechnego”. W końcu, w kupie raźniej.

 

czwartek, 7 października 2021

O głęboko ukrytym sensie Brexitu

 

Z powodów które nawet jeśli mogą być ciekawe, to z pewnością nie są istotne, jutro wybieram się na cztery dni w ścisły rejon obowiązywania stanu wyjątkowego i do niedzieli mnie tu nie będzie. W związku z tym, drogą absolutnie szczególnego wyjątku, już dziś, a więc w formie swego rodzaju przedpremiery, przedstawiam Państwu felieton, który w „Warszawskiej Gazecie” ukaże się dopiero jutro. Jest oczywiście pewna szansa, że napiszę coś i stamtąd, ale tego dziś wiedzieć nie mogę. A zatem do usłyszenia i życzę przyjemnej lektury.    

 

 

      Od paru dni ogólnopolskie media żyją tym co spotkało Rafała Ziemkiewicza na londyńskim Heathrow. Otóż odwoził Ziemkiewicz swoją córkę na studia do Oxfordu, pragnąc wraz z nią przeżyć tak ważny w życiu rodziny dzień, kiedy okazało się, że Brytyjczycy uznają Ziemkiewicza za persona non grata i go bez ceregieli odesłali do Polski. Gdyby ktoś myślał, że oni ów wrogi akt pozostawili bez uzasadnienia, jest w błędzie, bo uzasadnienie jak najbardziej zostało dołączone:
„Wnioskował pan o pozwolenie na wjazd do Wielkiej Brytanii jako gość na dwa dni. Jednakże uważam, że wykluczenie pana ze Zjednoczonego Królestwa sprzyja interesowi publicznemu. Wynika to z pańskiego zachowania oraz głoszonych poglądów, które są sprzeczne z brytyjskimi wartościami i mogą być obraźliwe dla innych, a tym samym sprawiają, że uzyskanie możliwości wjazdu jest niepożądane”.

      Brytyjski gest wywołał w Polsce dwojaką reakcję, a więc część opinii publicznej zakipiała zrozumiałym oburzeniem na ów antycywilizacyjny wręcz gest, a część zadławiła się nieprzytomną satysfakcją, że Ziemkiewcz dostał na co zasłużył. Mimo to, jak sądzę, w głębi serca nawet ci drudzy są przekonani, że ze Zjednoczonym Królestwem jest coś zdecydowanie nie tak, a jednocześnie, podobnie jak pierwsi, zachodzą w głowę, jak to jest w ogóle możliwe, że tekst jak ten zacytowany powyżej mógł w ogóle się ukazać poza murami najbardziej skretyniałych uniwersytetów po zachodniej stronie współczesnego świata. Otóż, wierząc że zrozumieć, nawet jeśli nie oznacza wybaczyć, to przynajmniej pozwala zachować odpowiedni spokój, pragnę poinformować Czytelników, że Wielka Brytania, prawdopodobnie od zarania swoich dziejów jest zbudowana na systemowym donosicielstwie, które tam stanowi zarówno obywatelski jak i prawny obowiązek. Obywatelski dlatego, że zdaniem ojców założycieli owej patologii, społeczeństwo jest w stanie należycie funkcjonować tylko wtedy, gdy się je spęta obserwacyjną pajęczyną, a prawny, bo wedle tej samej doktryny, mówiąc najprościej, kto nie kapuje jest współwinnym zdrady.

       Tak tam było zawsze, dziś natomiast, gdy współczesny świat wpadł w niewolę politycznej poprawności w wersji turbo plus, ów straszny system wręcz triumfuje. Informują mnie na przykład brytyjscy znajomi, że dziś tam jest tak, że wystarczy że ktoś przy kimś użyje na przykład słowa „negro”, a informacja o owym ekscesie dotrze do władz, człowiek zostaje natychmiast potraktowany z wszelkiego owego przestępstwa konsekwencjami, od aresztowania po utratę pracy.

        A przez to że nieważny jest czyn gdy wystarczy donos, wystarczyło Ziemkiewiczowi, że ktoś kto go z czysto politycznych względów nie lubi, poinformował brytyjskie służby, że ten na przykład notorycznie szydzi z osób LGBT, używając wobec nich polskiego określenia „zboki” i Ziemkiewicz z mety dostaje zakaz wjazdu na Wyspy.

        Współczujmy więc oczywiście Ziemkiewiczowi, że nie przyszło mu być świadkiem trumfalnego wkroczenia swojej córki w mury Oxfordu, ale miejmy też nadzieję, że on, jako człowiek niewątpliwie inteligentny, odpowiednio wcześniej ową przykrość wliczył w sobie w koszta.



Post Scriptum - Proszę sobie wyobrazić, że powyższą fotografię udało mi się tu zamieścić dopiero za szóstym razem. Wszystkie wcześniejsze próby kończyły się informacją, że ściągnięcie tego zdjęcia może być niebezpieczne, a zatem system je automatycznie, dla naszego wspónego dobra, niezmiennie blokował. Baaaardzo to jest znaczące.

środa, 6 października 2021

Żeby już do szkoły, tak choćby dziś, dziś, dziś

 

      Jak pewnie już wszyscy wiemy, w politycznej sytuacji w której przyszło nam żyć, jest rzeczą nadzwyczaj trudną, by nie powiedzieć niemożliwą, by wskazać choćby jednego polityka, którego – że pozwolę sobie skorzystać z owego bardzo starego już pomysłu – bylibyśmy chętni zaprosić do siebie do domu na obiad i spędzić z nim ów miły czas. Gdy chodzi o mnie, to ja już od dziesięcioleci mam tylko dwa typy, czyli mianowicie Jarosława Kaczyńskiego i Ryszarda Terleckiego. Cała reszta równo odpada, z tego prostego powodu, że nawet gdybym już po chwili nie dostał na nich cholery, to bym się przy nich zanudził na śmierć.

      Jeśli ktoś powie, że to jest bardzo nędzny wynik, to pragnę zwrócić uwagę, że tu akurat wcale nie jest aż tak źle, bo mamy przynajmniej tych dwóch. Gdyby jednak zacząć szukać czegoś wartego uwagi poza polityką, to tam już jest wyłącznie tragiczna nędza. Aktorzy, dziennikarze, pisarze, artyści, profesorowie uniwersytetów – tam nie dość że nie widzę nikogo, z kim bym chciał spędzić ów czas, to wręcz ja bym żadnego z nich nie wpuścił za próg.

      Powiem jednak szczerze że był moment, i to stosunkowo niedawno, kiedy pomyślałem sobie, że nie zaszkodziłoby pójść na wódkę z ministrem edukacji Przemysławem Czarnkiem i co ciekawe owo przekonanie trzymało się mnie dość długo. I oto, proszę sobie wyobrazić, że ten sam minister Czarnek zaproponował zmianę systemu zatrudniania i nagradzania nauczycieli i w jednej chwili wszystko jasny szlag trafił, a ja sobie pomyślałem – zwłaszcza już, gdy mu zwrócono uwagę na niestosowność jego pomysłów, a on, zamiast się zreflektować, głupio poszedł w zaparte – że on o szkole wie dokładnie tyle samo co każdy z jego poprzedników, a cała reszta to już tylko jest polityka, czyli Sienkiewicz zamiast Gombrowicza.

      W czym rzecz? Otóż zapowiedział minister Czarnek, że wedle nowego systemu, nauczyciele otrzymają podwyżkę 900 zł plus brutto, ale zamiast tego ich pensum zwiększy się o cztery godziny tygodniowo przy tablicy i o dodatkowe osiem, które oni będą mogli przeznaczyć na spotkania z rodzicami, konsultacje z uczniami, konferencje i posiedzenia rady pedagogicznej, oraz wycieczki. Dodatkowo, ustalił minister Czarnek, że każdy nauczyciel będzie miał czas na wypoczynek w postaci 50 dni rocznie, co, jak łatwo wyliczyć, po odliczeniu zwykłych dni wolnych w czasie różnego rodzaju świąt i ferii, sprawia, że jego letnie wakacje skrócą się do jednego miesiąca i bardzo chciałbym wiedzieć, co on będzie robił przez kolejny miesiąc: dyskutował z innymi nauczycielami na temat podobno rewolucyjnego sposobu na odsunięcie PiS-u od władzy? I to wszystko za tysiąc do tysiąca czterystu brutto podwyżki?

      Ktoś powie, że to jest fantastyczne rozwiązanie, bo nauczyciele i tak już się poczuli za dobrze i należy im dać trochę po nosie. A ja jestem oczywiście bardzo chętny, by się zgodzić z tą opinią, bo wszelkiej maści nauczycieli znam aż nazbyt dobrze, tyle że niech w tej sytuacji minister Czarnek powie uczciwie: „Mili Państwo, przez całe lata wałkoniliście się za ciężkie pieniądze, więc przyszedł czas by Was trochę przyciąć”, a nie chwali się, jaki to on jest dla nauczycieli dobry, bo każdemu z nich daje podwyżkę aż o tysiąc, a niekiedy i o więcej więcej. Wedle tego bowiem, co każdy w miarę przytomny nauczyciel z tej propozycji rozumie, to w tym jest jedynie to, że każdy z nich od kolejnego roku szkolnego będzie pracował dłużej za znacznie mniejsze pieniądze i kropka.

      Ale mało tego. Każdy nauczyciel również natychmiast się zorientuje, że to co minister Czarnek proponuje, sprawi że od nowego roku szkolnego, dzięki owym 12 dodatkowym godzinom tygodniowo, ów nauczyciel może zapomnieć o nadgodzinach czy płatnych zastępstwach które dotychczas w bardzo znaczący sposób poprawiały jego finansową sytuację, a więc realne zarobki spadną jeszcze bardziej.

       I znów ktoś powie, że przez te osiem dodatkowych godzin tygodniowo dla siebie, nauczyciel będzie mógł robić w szkole to co dotychczas robił w domu i przez to będzie miał więcej czasu dla siebie i rodziny. No ale proszę się zastanowić, czym są owe osiem godzin tygodniowo w porównaniu do tego co każdy porządny nauczyciel ma normalnie na głowie po powrocie ze szkoły do domu? Półtorej godziny dziennie na pracę poza tablicą? Przecież to jest jakiś żart. Weźmy choćby moją żonę – ona kończy robotę każdego dnia późno w nocy. I co? Czarnek jej proponuje, by sobie od tego odjęła 80 minut w pokoju nauczycielskim? Przecież to jest jakaś kpina!

      No i mamy w końcu ów pokój nauczycielski, który zupełnie niespodziewanie staje się tak naprawdę głównym dowodem na to, że minister Czarnek nie ma pojęcia z za co się wziął. Nie wiem ilu z Państwa kiedykolwiek miało okazję zobaczyć, jak podczas zwykłej szkolnej przerwy wygląda owo miejsce, natomiast wiem, że minister Czarnek, nawet jeśli to widział, z pewnością nie miał czasu, by wyciągnąć z tego jakiekolwiek wnioski. Otóż tam nie ma gdzie włożyć szpilki. W pokoju nauczycielskim żaden nauczyciel nie jest w stanie choćby o milimetr przesunąć krzesła, by nie walnąć w kolegę nauczyciela siedzącego za nim, a o rozprostowaniu rąk również mowy nie ma, w obawie że za chwilę w ucho dostanie kolega z boku. I co? Minister Czarnek wymyślił, żeby do tego wszystkiego dołożyć dodatkowe osiem 12 godzin tygodniowo?

      I znów ktoś niezorientowany powie, że przecież nie trzeba koniecznie siedzieć w pokoju nauczycielskim; można pójść do ktyórejś z wolnych sal i tam spokojnie popracować. Którejś z wolnych sal? Nie żartujmy. A więc tu, czego jestem pewien, Przemysław Czarnek polegnie. Otóż jego projekt jest praktycznie nie do wykonania, bo już na drugi dzień po jego wprowadzeniu, w większości polskich szkół dojdzie do takiego chaosu, że każdy w miarę rozsądnie reagujący na wydarzenia dyrektor powie połowie z  tych kręcących się bez sensu po szkolnych korytarzach nauczycieli, żeby spakowali swoje rzeczy i w jednej chwili wracali do domu. I tak się skończy ta reforma.

    I ja oczywiście bym to był w stanie przeżyć gdyby nie fakt, że po tej kompromitacji pozostanie taki smród, że również z jak najbardziej słusznych i od lat oczekiwanych pomysłów Ministra, choćby i z tego, by wreszcie wziąć za pysk tak zwaną Dyrekcję, nie pozostanie nawet wspomnienie. I to będzie prawdziwa porażka.



      

      

wtorek, 5 października 2021

Zapraszamy na chwilę rozpaczy

 

       Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale wśród osób przez posiadaczy telewizorów powszechnie rozpoznawalnych znajduje się człowiek nazwiskiem Michał Pieróg. Kim zatem jest ów Pieróg? Powiem szczerze że do końca nie wiem, ale z tego co zdążyłem zauważyć przez te wszystkie lata gdy staram się jakoś tam zorientować w tym co się wokół nas dzieje, jest to nadzwyczaj ekscentrycznie prezentujący się homoseksualista – co nie zaszkodzi nam wiedzieć – żydowskiego jak należy pochodzenia, którego, mimo że kiedyś podobno chciał być tancerzem, dziś jego głównym zajęciem jest występowanie w modowych programach telewizyjnych i macanie po pośladkach i brzuchach aspirujące modelki. Taki fach, taka robota i taki zarobek.

        Wczoraj jednak gruchnęła wieść, że wspomniany Pieróg postanowiwszy dołączyć do anielskiego chóru pożytecznych idiotów prezydenta Łukaszenki, założył na łeb plastikową imitację korony cierniowej, by w ten sposób wesprzeć muzułmańskich imigrantów, od grubych tygodni próbujących się przedrzeć z Białorusi do Polski i w związku z tym koczujących gdzieś w błocie i zimnie po podlaskich lasach.

        Nie wiem jak inni, ale symboliki owej demonstracji, gdzie Pieróg występuje w cierniowej koronie, osobiście nie rozumiem, natomiast, owszem, widzę że po raz nie wiem już który zostaje zaatakowane, i to w sposób który w niektórych innych religiach - w tym jak najbardziej żydowskiej - zwyczajnie pozbawiłoby Pieróga życia, chrześcijaństwo, jednak poza tym tak naprawdę nie stało się nic. Nawet sam Pieróg jakoś szczególnie estradowo nie awansował, a wręcz przeciwnie.

        Mimo swojej dramatycznej wręcz trywialności, zdarzenie spotkało się z bardzo żywą reakcją, gdzie niemal każdy w miarę przytomny komentator uznał, że Pieróg to skończony bałwan, a na dodatek bałwan kompletnie zdemoralizowany, ja natomiast myślę o czymś innym: skąd mianowicie on wziął tę koronę? Osobiście nie słyszałem by na nadmorskich stoiskach z pamiątkami można było kupić sobie cierniową koronę z plastiku i, powiem szczerze, że nie sądzę by gdzieś coś takiego u nas w Polsce było możliwe. Nie wydaje mi się też by Pieróg ów gadżet kazał sobie tu wyprodukować, no bo gdzie i za ile? Mam natomiast bardzo poważne podejrzenie, że on to coś we Francji, Hiszpanii, w Niemczech, czy w Danii gdzieś na targu sobie kupił, tak by się w tym przy odpowiedniej okazji pokazać, by w ten sposób przymilić się do swoich sponsorów ze stacji TVN.  A to by świadczyło, że tam jest jeszcze gorzej niż się mogliśmy dotychczas spodziewać.

       A ja, trochę tę kwestię przeżywając, przypomniałem sobie swój pewien bardzo już dawny, bo jeszcze z roku 2008, tekst, który jak sądzę znakomicie podsumowuje i wspomnianego Pieróga, jak i wszystko to na czym on się wyhodował. Bardzo więc proszę.

 

 

Przyszedł do mnie mój syn, oburzony jak nie wiem co, z informacją z Rzepy, że w Kanadzie mieszka jakiś młodzieniaszek, który od pewnego czasu umieszcza na youtubie filmy, na których osobiście bezcześci hostię. On najpierw tę hostię bierze na rękę w kościele, potem przynosi ją do domu, włącza kamerę i robi z nią najróżniejsze dziwne rzeczy. Albo ją przybija do kawałka deski, albo ją kroi skalpelem, albo na nią rzyga - wszystko jedno. Cel jest jeden. Żeby pokazać całemu światu, co on sądzi o Chrześcijaństwie.

Jednak nie to, co wyczynia ten człowiek, było dla mojego syna najbardziej oburzające. W końcu wariaci są wszędzie i na to sposobu nie ma. Gorszą rzeczą okazało się to, że - jak podaje Rzeczpospolita - youtube, mimo szerokiej akcji protestacyjnej, nie chce usuwać tych filmików z sieci, a pewien naukowiec z pewnego amerykańskiego uniwersytetu, stwierdził nawet, że to, co robi młody Kanadyjczyk jest okay, bo to całe Chrześcijaństwo, ze swoją agresywną naturą na nic lepszego nie zasługuje. Poza tym, wreszcie, żyjemy w wolnym świecie i każdy robi to, co chce.

Oczywiście, sprawa jest poważna i zdecydowanie poruszająca. Raz, że tego rodzaju bluźnierstwo jest ciężkie do akceptowania, a przy okazji ta niezwykła głupota - głupota agresywna i bardzo nonszalancka - zawsze irytuje. Na dodatek, jeśli się słyszy człowieka wykształconego, o jakimś tam, pozornym choćby, potencjale, tłumaczącego, że Chrześcijaństwo jest agresywne, a jednocześnie twierdzącego to z pełnym - i słusznym jak najbardziej - poczuciem bezkarności, to faktycznie można poczuć lekki zawrót głowy.

Ja jednak myślę sobie, że to właściwie nie jest do końca taka zła rzecz, te filmy z chłopaczkiem niszczącym hostię. Popatrzmy na to, co się dzieje wokół na świecie. Popatrzmy na przykład, jak się uczy w szkołach nasze dzieci historii. Jest tyle interpretacji tego, co za nami, że właściwie nie sposób ustalić, co jest prawdą, a co jest fikcją. Taki Wałęsa. Dla jednych kapuś, dla innych bohater. Sama Solidarność - dla jednych wielki ruch obywatelski, a dla innych z kolei związek, od początku całkowicie infiltrowany przez służby.

Ale również zdarzenia starsze, wydawałoby się, dawno już opisane i zdiagnozowane, takie jak Powstanie Warszawskie. Od czasu, gdy Gazeta Wyborcza napisała, że powstańcy mordowali Żydów, właściwie nie mieliśmy do czynienia z jakimiś drastycznymi wybrykami, a tu nagle Leszek Miller na swoim blogu informuje, że Żołnierze Powstania to tchórze i dupki. I co ma z tego wiedzieć młody człowiek?

To historia. Ale spójrzmy na teraźniejszość zupełnie nie-historyczną. Oglądamy film w telewizji i nie wiemy, czy te dinozaury są naprawdę, czy to tylko tak zwana wirtualna rzeczywistość. Do licha z dinozaurami! Nie wiemy nawet, czy aktorzy są naprawdę, czy to już tylko obrazek wytworzony przez utalentowanych speców od grafiki komputerowej. Czy gitara, którą słyszymy to jeszcze instrument strunowy i muzyk, który te struny porusza, czy może to jest tylko syntetyczny dźwięk, stworzony w studio.

Czytałem kiedyś, że w Niemczech, dubbing w filmach został doprowadzony do takiej perfekcji, że wielu młodych Niemców jest przekonanych, że w Ameryce się mówi po niemiecku. Poza tym, w związku z tym, że branża ‘dubbingowa' jest tak silna, że panuje tam pełny monopol, to i jest na przykład tak, że Marilin Monroe jest obsługiwana przez jedną, i tylko jedną niemiecką aktorkę. W efekcie, wielu Niemców, nie dość, że jest przekonanych, że Marilin Monroe mówiła po niemiecku, to na dodatek sądzi, że w jej głosie nie było nic nadzwyczajnego.

Żyjemy więc w świecie, gdzie człowiek absolutnie nie może mieć pewności, czy to co widzi, to rzeczywiście jest naprawdę, czy to tylko złudzenie. Czy to, co mu mówią to prawda, czy już tylko propaganda? Czy te piosenki wymyślił człowiek, czy maszyna?

A do tego dochodzi jeszcze świat informacji. Świat mediów. I tu jest dokładnie to samo. Czy to, co nam mówi pan w telewizorze, to prawda, czy może ktoś nas tylko chce nabrać? Czy rzeczywiście mamy kryzys finansowy, czy może to tylko jakieś interesy, o których nie mamy pojęcia?

Można naprawdę oszaleć. Świat bez stałych punktów, na których jakoś się można oprzeć, jest absolutnie nie do wytrzymania. Można oczywiście iść do Kościoła. Ale i tam może się niespodziewanie okazać, że zamiast normalnego księdza, pojawi się jakiś kaznodzieja z towarzystwa, który będzie nam tłumaczył, że Jezus to jest prawdziwie 'wypasiony kolo'. I co młody człowiek ma z tym zrobić? Przejść na Islam?

A tu proszę. Nagle przed nami coś, co stanowi stuprocentową prawdę. Widzimy opętanego dwudziestolatka, który przypala hostię papierosem i wiemy, że tu nie ma żadnych efektów specjalnych. To jest naprawdę,. To się dzieje! Nikt nam nie powie, że to specjaliści od postprodukcji stworzyli takie złudzenie. TO IDZIE LIVE! Dzień w dzień, mamy do czynienia z historią. Historią nie opowiedziana przez zakłamanych polityków i głupich nauczycieli. Historią autentyczną. I to jest wartość. Wartość, bo prawda.

Na tej samej stronie, w Rzeczpospolitej, czytam artykuł o jakimś telewizyjnym show, w Wielkiej Brytanii, gdzie się torturuje się ludzi, publiczność może to oglądać i mieć frajdę. I tu, sytuacja jest bardzo podobna. To, co widzimy, to nie fikcja. To najprawdziwsza prawda. Ci ludzie wrzeszczą naprawdę i naprawdę robią pod siebie ze strachu. Co byśmy powiedzieli, gdyby się okazało, że oni są wszyscy podstawieni? Przecież ja osobiście bym protestował. Jak można mnie traktować tak niepoważnie? Ja, podobnie jak inni, jestem szczerze spragniony prawdy.

Oglądałem kiedyś film zatytułowany 8 mm, z Nicolasem Cagem. Ogólnie chodzi o to, że Nicolas Cage jest detektywem wynajętym przez pewną wdowę, która po śmierci męża, odkrywa w jego sejfie film pornograficzny z zarejestrowanym brutalnym morderstwem. Ponieważ nie wie, czy dziewczyna na filmie została zamordowana naprawde, czy to tylko taka zabawa, prosi Cage'a, żeby to zbadał. Wchodzi więc nasz detektyw w branżę pornograficzną i spotyka się ze światem czystego zła, na którego krańcach - jak się okazuje - jest oczywiście oferta w postaci prawdziwego morderstwa. Oczywiście nie za drobne pieniądze. Chcesz mieć prawdę, musisz za nią zapłacić. Zapłacić słono.

A my, tu - zupełnie za darmo - dostajemy tego artystę z Kanady, wymyślającego w ramach swojego projektu, kilkadziesiąt sposobów na to, co można zrobić z Ciałem Chrystusa. I mamy youtube, który nam zagwarantuje, że wszystko co on robi, otrzymamy w dobrej jakości, o dowolnej porze dnia i nocy. I mamy naukowca, który w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej mówi „Zachęcam wszystkich, żeby brali z niego przykład."

Miałem ochotę jeszcze Wam coś powiedzieć na temat prawdy, która wyzwala, ale już nie mogę tu dłużej sterczeć. Nagrałem sobie z telewizji fajny program i muszę sobie go obejrzeć. Chodzi o to, że jest czterech kolesi, którzy robią najbardziej    ohydne rzeczy i robiąc je, nie mogą ani się śmiać, ani gadać, ani przestać robić to, co robią. Mogą tylko rzygać. Inaczej tracą punkty. Więc jeden pije sok ze śmierdzących, obsranych skarpetek, ma to robić z kamienną twarzą, a reszta może się śmiać, ale bezgłośnie. I jest fun. To wprawdzie nie idzie live, ale wiem, że tu nie ma picu. To jest fakt. Tu się dzieje historia.

A więc, na razie. Miłego dnia.



 

poniedziałek, 4 października 2021

O ukrytych przed ludźmi skutkach epidemii koronawirusa

        Nie planowałem dziś nic tu nowego wrzucać, ale oto moje dziecko przyniosło mi coś, co uznałem za tak ważne, a jednocześnie nie wymagające niemal żadnego komentarza, że zdecydowałem się zaryzykować. Film trwa ponad półtorej godziny, ale zachęcam do cierpliwego obejrzenia ostatnich dwudziestu minut. Nie wiem kim jest ten człowiek, nie mam pojęcia jaką on ma pozycję w Sieci, natomiast czytam komentarze pod tym czymś i jestem porażony. Jako maleńki bardzo komentarz, mam uwagę do części z nas: gdybym ja choć przez ułamek sekundy poczuł, że mogę być kojarzony z tym kimś, udałbym się w jednej chwili na miesięczną, a najlepiej dwumiesięczną kwarantannę, aż do całkowitego otrzeźwienia.



niedziela, 3 października 2021

Rafał Ziemkiewicz, czyli moje polactwo



Wczorajsze doniesienia, z mojego przynajmniej punktu widzenia, zostały zdominowane przez dwa wydarzenia. Pierwsze to takie, że w Warszawie odbyła się impreza pod nazwą „Męski Różaniec”. Od razu muszę się tu zastrzec , że nie mam nic przeciwko temu, byśmy wszyscy – w tym oczywiście i ja sam, gdy wreszcie uda mi się przemóc swoją gnuśność – odmawiali różaniec jak najczęściej. Jednak gdy czytam o różańcu jako akcji społecznej, która ma przede wszystkim coś – choćby nie wiadomo jak pozytywnego – zademonstrować, to wiem że owo wydarzenie zostanie w jednej chwili wykorzystane przez ludzi, którym różaniec w ręku zdarza się trzymać dopiero od paru lat, natomiast dziś uznali, że właściwie, czemu nie, skoro można coś na tym ugrać.

Więc oto odbyła się owa impreza, a do Sieci trafiło zdjęcie, na których obok całej kupy ludzi, klęczących z pobożnie złożonymi dłońmi na, jak się domyślam, warszawskim Krakowskim Przedmieściu, widzę Jana Pospieszalskiego, który, w odróżnieniu od reszty, wprawdzie klęczy, ale ręce trzyma z tyłu, ewidentnie pozując na bohatera islamskiej egzekucji. Patrzę na to zdjęcie i, znając najświeższą aktywność rzeczonego Pospieszalskiego, wiem w czym rzecz, a owa rzecz napełnia mnie wyłącznie obrzydzeniem i pogardą.

I to jest pierwsza z dwóch informacji dnia. Druga natomiast to ta, że Rafał Ziemkiewicz wraz żoną udali się do Wielkiej Brytanii, by zawieźć tam córkę – która, jak rozumiem, sama by tam sobie nie poradziła – by ta rozpoczęła tam swoje studia na Oxfordzie, i z powodów dotychczas oficjalnie nie ujawnionych ojciec tego dziecka został po wyjściu z samolotu zatrzymany i oddany do dyspozycji brytyjskich służb. Gdy piszę ten tekst, w Sieci dominuje histeria, której głównym przesłaniem jest to, że Ziemkiewicz nie został wpuszczony do Wielkiej Brytanii ze względu na swoje politycznie niepoprawne poglądy i że w związku z tym – tu zacytuję red. Stanisława Janeckiego ze stajni Karnowskich – Polska powinna Brytyjczykom „zrobić z dupy jesień średniowiecza”.

Otóż ja wiem, jakie Rafał Ziemkiewicz ma kłopoty z Wielką Brytanią. Wiem też, że ich początek bierze się stąd, że kilka lat temu grupa polskich lewaków spędzających czas na emigracji zadenuncjowała Ziemkiewicza na policję, informując, że Ziemkiewicz to znany faszysta, a ci, jak to oni, natychmiast oczywiście zareagowali i Ziemkiewicza potraktowali z przysłowiowego buta... no i ów but tam gdzie miał pozostać, to już pozostał. Natomiast, kiedy dziś słucham żali wypowiadanych przez towarzystwo w ten czy inny sposób związane z Ziemkiewiczem i jego dróżkami, przypominam sobie jego niesławną książkę zatytułowaną „Polactwo” i myślę sobie, że może dziś, gdy on jest tak fatalnie sekowany przez rząd Jej Wysokości z powodu rzekomej nieprawomyślności, a tak bardzo mu zależy na tym, by od czasu do czasu pojechać do Wielkiej Brytanii, niech się zwróci do Radosława Sikorskiego – z którym, mam dziwne przekonanie, jest po imieniu – i go poprosi, by się tam za nim wstawił, przedstawiając jako dowód jego dobrych intencji, wspomnianą książkę.

A ja, gdyby trzeba było jakoś pomóc, przypomnę swój tekst jeszcze z roku 2009. Powinien wystarczyć.

 

 

 

      Kiedy dowiedziałem się, że Ziemkiewicz wydał książkę na temat naszych wad narodowych, wiedziałem na sto procent, że to jego „Polactwo” odniesie wielki sukces. Raz, że książki Ziemkiewicza w ogóle cieszą się dużą sympatią czytelników, a dwa – i to dla nas jest akurat dziś najważniejsze – że wśród wielu polskich wad narodowych, jest jednak i ta, którą w pełni gotów jestem potwierdzić i z bólem serca zaakceptować. Otóż znaczna część obywateli – do których w sposób oczywisty należy sam Ziemkiewicz – z niezwykłą przyjemnością lubi opowiadać i słuchać jacy to my Polacy jesteśmy beznadziejni. Z tym naturalnie zastrzeżeniem, że mamy tu zawsze na myśli Polaków z drobnymi wyjątkami. Wiedziałem więc, że książka którą Ziemkiewicz – Polak wyjątkowy – pisze w takiej intencji i do tak stargetowanej grupy wyjątkowych Polaków, musi mu przynieść chwałę. No i przyniosła.

      Dlaczego w stosunku do książki Ziemkiewicza, zatytułowanej „Polactwo”, czuję wyłącznie wstręt? Oczywiście dlatego, że uważam ją za książkę bardzo niedobrą, fatalnie napisaną, intelektualnie niechlujną i nieuczciwą, krotko mówiąc – głupią. Ziemkiewicz wymyślił sobie, że Polacy mają wady narodowe, uznał, że to właściwie jest bardzo ciekawy temat na kolejne parę groszy, a następnie doszedł do wniosku, że jeśli on zapisze swoje na ten temat refleksje na 400 stronach, to akurat będzie w sam raz. I napisał.

      I teraz załóżmy, że Polacy mają dziesięć wielkich narodowych wad. Ziemkiewicz wspomina, jeśli pominąć całą tę jego sofistykę, którą ta jego książka wręcz cuchnie, o zaledwie paru. Ale niech będzie dziesięć. Jak długo można pisać o dziesięciu wadach narodowych? Przez 50 stron? Sto? No… na pewno nie przez 400. Ziemkiewicz napisał książkę na 410 stron, udowadniając wyłącznie jedno: że Polacy zachowują się czasem bardzo nieładnie, a czasem nieładnie mniej. I że wszystkie inne narody również zachowują się bardzo nieładnie, a czasem mniej. Tyle tylko, że kiedy on o tym pisał – na tych 410 stronach – to wszystkie te swoje przykłady objaśniał w jeden sposób. Że kiedy Polacy zachowują się nieładnie, to jest to „polactwo”, a kiedy Niemcy, albo Francuzi, albo Włosi zachowują się podobnie, to też jest to „polactwo”. I to jest oczywiście narodowa tragedia.

       Więc to jest jeden powód, dla którego o Ziemkiewiczu i o jego książce myślę źle. Drugi powód, jeszcze ważniejszy, to ten, że ja uważam stan umysłu, który zaprezentował Ziemkiewicz, za okropnie sztubacki. Pamiętam jak kiedyś, kiedy jeszcze dzieci pisały do siebie listy w systemie Pen Pal i trzeba się było jakoś zaprezentować, to nieodmiennie pojawiał się następujący opis: „Cenię przyjaźń, nienawidzę faszyzmu i głupoty”. Z czasem, gdy stopniowo zniknęły listy papierowe, troszkę zniknął też ów faszyzm, to pozostała przyjaźń i głupota. Tyle że one są już obecne w wypowiedziach ludzi dorosłych. Najczęściej artystów – aktorów i piosenkarzy. Jeśli zapytać Piotra Rubika, albo dziennikarza telewizyjnego Kubę Wojewódzkiego, czy jakąś Małgorzatę Foremniak, co oni lubią, albo czego nie lubią, to najczęściej – o ile któryś z nich nie postanowi zażartować – pojawia się ów stary tekst: „Bardzo cenię przyjaźń, nienawidzę głupoty”. Ziemkiewicz wspiął się nieco wyżej. On dodaje: „Głupoty i polactwa”.

       I teraz jest tak, że za Ziemkiewiczem idzie cała kolejka jego fanów, którzy strasznie są z siebie dumni jeśli mogą powiedzieć odważnie i dobitnie: „Nienawidzę tego naszego polactwa!” A mnie okropnie boli fakt, że wśród nich jest mnóstwo ludzi bardzo wrażliwych, bardzo patriotycznych, bardzo w gruncie rzeczy dumnych z tego, że urodzili się właśnie tutaj, a może nawet i właśnie teraz, tyle że z jakiegoś dla mnie niepojętego powodu nie są w stanie dojrzeć, jakie to jest okropne dojść do tego punktu, kiedy z poczuciem pełnego intelektualnego sukcesu będzie się dumnie wypowiadało to właśnie słowo: ‘polactwo’. I już nawet nie chodzi o to, że ci wszyscy, którzy nienawidzą głupoty, sami są często głupi jak para starych butów, ani o to, że ci wszyscy, którzy wyciągają swoje polskie paluchy na Polskę i krzyczą „polactwo!” sami w sposób najbardziej dobitny owo „polactwo” uosabiają. Dla mnie akurat myślą absolutnie nie do zniesienia jest to, że wielu z moich kolegów używa tego określenia „polactwo”, nie czując jak fatalnie się tym samym znaleźli.

      Ale jest jeszcze jedna, bardzo niezwykła, kwestia. Wspomniane „polactwo” pojawiło się przy okazji robotniczych protestów. Ja oczywiście wiem, że związek zawodowy Sierpień 80, to jest bardzo podejrzana ekipa. Ja bardzo poważnie biorę pod uwagę, że oni są najzwyczajniej w świecie podstawieni. Że te ich okupacje to zwykły humbug, który ma na celu wyłącznie zneutralizowanie prawdziwego gniewu i prawdziwej ludzkiej rozpaczy. No ale to jest jedynie teoria. Oficjalnie sprawa wygląda tak, że jest kryzys, rząd jest absolutnie, ewidentnie i skandalicznie niekompetentny, Polska upada, ludzie tracą pracę, banki wysyłają na rodziny egzekutorów należności, wielu Polaków nie wie jak będą żyć następnego dnia. I generalnie jest spokój. „Polactwo” chodzi pokornie do pracy, kiedy zadzwoni pan ankieter z OBOP-u, grzecznie powie mu, że popiera Platformę Obywatelską, na ulicy nie dość że nie widać rozruchów, to ludzie na ogół są dla siebie uprzejmi i w miarę grzeczni. Tyle że związkowcy z Sierpnia 80 okupują biura poselskie przedstawicieli rządu, a reżimowa policja ich stamtąd usuwa. A to na tle okrzyku ludzi mądrych: „POLACTWO!!!!!”

      Wczoraj Jarosław Kaczyński miał konferencję prasową w Łapach, gdzie Polska ludziom dała tak w łeb, że aż dziw, że nie było słychać w całym kraju. Czy coś się dzieje? Czy „polactwo” odstawiło jakiś kompromitujący cyrk? Jakoś nie słyszałem. Natomiast wciąż słyszę wrzask: „POLACTWO!!!!!!” No i chichot, że Kaczyński się przejęzyczył i zamiast „Prawo i Sprawiedliwość” powiedział „Platforma Obywatelska”.

      Ludzie tracą pracę. Ja tak dokładnie nie wiem, co to znaczy stracić pracę. Przyznaję, że miałem dwa momenty w swoim życiu, że przez chwilę poczułem zapach tej chwili i mimo że to była tylko chwila, domyślam się jak to jest kiedy to nie jest chwila, ale coś dłuższego. Jak się zachowuje człowiek, który się dowiaduje, że właśnie przyszła pora na niego. Niedawno dwa razy słyszałem o ludziach, którzy zastrzelili siebie i swoje rodziny w Ameryce. Czasem słyszę o najróżniejszych demonstracjach w Paryżu, może nie bezpośrednio spowodowanych utratą pracy, ale jakoś tam kłopotami z egzekwowaniem od państwa należności. Płoną wówczas samochody, niszczone są sklepy, a przez całe miasta przelatuje jeden wrzask: „ANARCHIA!!!”. Przepraszam bardzo, czy to jest „polactwo?” A jeżeli to nie jest „polactwo”, to mam rozumieć że „polactwem” jest to, że „polactwo” nie bierze spluwy i nie morduje swojej żony i dzieci z rozpaczy, albo nie wychodzi na ulicę i nie rozpieprza wszystkiego w drobny mak?

      Dziś w „Rzeczpospolitej” znajduję znakomity tekst prof. Krasnodębskiego zatytułowany „Cudownie odzyskana reputacja”, gdzie Krasnodębski pisze tak: „Jedynie stoczniowcy nie dostroili się do świątecznych nastrojów. Nie są w stanie zrozumieć, że jeśli nikt nie chce kupować budowanych przez nich statków, to nikt nie będzie do nich dopłacać z podatków, kosztem nas wszystkich. Wtedy nie stać by nas było ani na SUV, ani na grilla, nie mówiąc już o wieszakach z drewna wiśniowego, sprowadzanych prosto z Londynu. Zupełnie inaczej jest z przedsiębiorstwami europejskimi, które mają znaczenie systemowe. Te mogą i powinny być wspierane przez rządy, zwłaszcza ważnych krajów. W Niemczech przez pewien czas zastanawiano się intensywnie, czy Opel jest takim przedsiębiorstwem, ale ponieważ należy do GM, wynik namysłu był negatywny. Co innego bank Hypo-RealEstate, który być może zostanie znacjonalizowany. Volkswagena na szczęście już od 1937 roku nacjonalizować nie trzeba. W Polsce nie ma żadnych firm ‘systemowych’. I to nie dlatego, że należą do zagranicznych właścicieli. Po prostu, gdy w Polsce upadnie jakaś firma, to ma to takie znaczenie dla systemu światowego kapitalizmu, jak upadek cukrowni czy zakładów naprawczych taboru kolejowego w Łapach. Cukru od tego nie zabraknie, pociągów też. Miejmy nadzieję, że LOT, PKP i inne przedsiębiorstwa po swoim koniecznym upadku przejdą w bardziej sprawne ręce. Pocieszające jest to, że odżyły dziedziny, w których Polacy nadal się sprawdzają. Wrócili na przykład na szparagowe plantacje w Niemczech. W pracy u bauera Polacy są bezkonkurencyjni i tak tradycyjnie w nią wdrożeni, że nawet firma senatora Tomasza Misiaka nie musi robić im szkoleń”.

      Polacy. Spokojne, na ogół bardzo przyjaźnie usposobione społeczeństwo w środku Europy. Mądre jak większość, głupie jak większość. Pracowite jak większość, leniwe jak większość. Trochę naiwne. Dopiero wchodzące w świat talentów i sukcesów. Przez całe dziesiątki lat pod ruskim, albo niemieckim butem. Bez swojego państwa przez ponad sto lat. Z tej niewoli odrodzone ze swoim językiem, swoją wiarą i z tą swoją łagodnością. Niektórzy mówią, że jeszcze ze szczególną gościnnością. I teraz za to wszystko, muszą Polacy znosić ten oskarżycielsko wyciągnięty w ich stronę paluch Rafała A. Ziemkiewicza i to czarne słowo: „POLACTWO”. A obok tego palucha, ten niespokojny szmerek…

       I dalej mi się już nie chce pisać. Bo się poczułem naprawdę fatalnie.

 

A teraz, by całą dzisiejszą kwestię zamknąć, chciałbym zapewnić, że ja doskonale wiem, w jakim stanie znajduje się aktualnie Wielka Brytania, gdy chodzi o problem, z jakim mamy dziś do czynienia. Mam znajomych, którzy tam mieszkają i oni mi mówią, że tam panuje nieustanna atmosfera strachu przed tym, że sąsiad, znajomy, czy osoba zupełnie obca, zadenuncjują nas na policję pod byle pretekstem, w tym akurat wypadku związanym z tzw. polityczną poprawnością, a policja natychmiast, bez pytania o wyjaśnienie, weźmie nas za pysk i jesteśmy praktycznie skończeni. Mówię o atmosferze, którą można nazwać kulturą permanentnego donosicielstwa, jako obywatelskim i prawnym obowiązku. Taka jest od wieków Wielka Brytania, ale rzecz w tym, że w moim głębokim przekonaniu, Rafał Ziemkiewicz, wybierając się tam po tam jak został stamtą już raz wyrzucony, doskonale wiedział na co się naraża i tak naprawdę tego co się stało całym sercem wyczekiwał. Po co? Diabli go wiedzą, ale nie wykluczam, że po to, by podbić sprzedaż swoich książek, a może też stworzyć odpowiedni grunt pod kolejną. W końcu, on ledwie co wyznał, że jest przede wszystkim pisarzem, a nie politykiem.



 



 

piątek, 1 października 2021

Donald Tusk, czyli pijarowa zagrywka prezydenta Putina

 

Bóg mi świadkiem, że staram się jak mogę, by unikać wszystkiego co cuchnie trywialnością, ale co chwilę staję wobec sytuacji gdy owa trywialność się tak rozpycha, że nie widzę sposobu, by udawać, że jej nie widzę, a co gorsza, że nie potrzebuję jej jakoś skomentować. Mamy więc znów Donalda Tuska i mój kolejny tekst ukazujący się dziś w „Warszawskiej Gazecie” , a ja mam tylko nadzieję, że nawet jeśli nie wywoła on jakiś głębszych refleksji, to przynajmniej dostarczy nam tu odrobinę wesela.

 

      Kiedy po raz pierwszy zaczęły pojawiać się informacje o powrocie Donalda Tuska do Polski, muszę przyznać ze wstydem, że taką możliwość bez żadnej dyskusji wykluczyłem. Czemu? A to z tego powodu, że w moim pojęciu, dla niego tego typu decyzja byłaby oczywistym samobójstwem, a w najlepszym wypadku wyjątkowo nietrafioną inwestycją. Po co mianowicie człowiek naprawdę majętny, z zapewne dość solidną pozycją w europejskich elitach i, co najważniejsze, z perspektywą nadzwyczaj wygodnego życia do śmierci, ewentualnie ciężkiej choroby, której przecież nikt z nas nigdy nie może wykluczyć, miałby to wszystko z dnia na dzień rzucać i skakać w coś kompletnie nieznanego, albo, co jeszcze gorsze, znanego aż za bardzo?

        Teoretycznie jednak próbowałem zabawiać się możliwością jego powrotu i uznałem, że z punktu widzenia osobistego komfortu, ja sobie go tu nie życzę, dokładnie tak samo jak nie życzę sobie oglądać tych jego tak straszliwie zakłamanych oczu i wysłuchiwać dzień w dzień jego śliskiej mowy. Ostatecznie jednak, jak wiemy,  fatalnie się pomyliłem, a on tu z nami jest już od paru miesięcy i nie ma praktycznie dnia, byśmy mogli o nim choć na chwilę zapomnieć. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, której nie przewidziałem, ta mianowicie, że kiedy on się nam ukaże, to zobaczymy, że z dawnego Tuska został jedynie cień, a co ciekawsze, że ów cień będzie niczym innym jak żałosną parodią tego wszystkiego, co w nim zawsze było najbardziej odrażające, czyli owa głupota przesłaniana tak bezczelnie demonstrowanym zadowoleniem z siebie.

       Ale i to jeszcze nie wszystko. Otóż ja, pamiętając Tuska jako, co by o nim nie mówić, dość cwanego – w taki szczególny wprawdzie, charakterystyczny dla drobnych kieszonkowców sposób, ale jednak cwanego – polityka, byłem pewien, że on tu jednak wprowadzi nową polityczną jakość, która pozwoli niektórym przynajmniej uwierzyć, że tacy ludzie jak Kierwiński, Szczerba, czy Budka, to jednak wciąż jeszcze nie szczyt możliwości. I oto, proszę sobie wyobrazić, zamiast jakichś świeżych propozycji, dostaliśmy coś co dotychczas znaliśmy z zachowań takich polityków jak Putin, Łukaszenka, czy jacyś afrykańscy kacykowie. Co mam na myśli? Otóż dziś już nie pamiętam, czy to rzeczywiście była Angela Merkel, czy może ktoś inny, jednak ktoś o kim Putin wiedział, że boi się psów, ale na oficjalne spotkaniu z tym kimś pojawił się ze swoim psem wyłącznie po to, by gościa zestresować i upokorzyć. Pamiętam też, jak w tym samym celu, na inne spotkanie prezydent Łukaszenka przyszedł w papciach.

      Tego typu szczeniackich zagrywek znamy z historii współczesnej polityki mnóstwo, a tymczasem dziś przed nami stoi Donald Tusk i wyciąga tę ewidentnie fejkową teściową, rzekomo wstawiającą się za posłami Budką i Siemoniakiem, bo to „pozytywne chłopaki”.

       A więc to jest to co mamy z Donalda Tuska po jego powrocie: pies Putina i papeć Łukaszenki. Amen.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...