środa, 23 czerwca 2021

Czarną deską po łbie Jana Hartmana

 

Dziś chciałbym tu przedstawić kolejną serię swoich krótkich kawałków, zamieszczanych od dłuższego już czasu w miesięczniku „Polska Niepodległa” pod tytułem "Wezwani do tablicy". Tym razem mamy zestaw dość monotematyczny.

 

 

 

Uczciwie powiem, że nie umiem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek pojawiła się tu postać krakowskiego profesora Jana Hartmana, podejrzewam jednak że nie, i tym samym jest mi z tego powodu bardzo wstyd, bo widzę tu z mojej strony bardzo duże zaniedbanie. Postaram się dziś jednak ten brak nadrobić z naddatkiem, a jest po temu świetna okazja, bo wspomniany Hartman postanowił na swoim blogu zaatakować abp. Jędraszewskiego, a zrobił to w sposób tak beznadziejnie głupi, że na miejscu prezydenta Dudy, ja bym mu ową profesurę, choćby tylko symbolicznie, odebrał. Oto, proszę sobie wyobrazić, we wzmiankowanym tekście Hartman napisał coś takiego:

Po ośmiu latach od swojej pierwszej nazistowskiej wypowiedzi arcybiskup metropolita krakowski Marek Jędraszewski dopuścił się w czasie uroczystości Bożego Ciała drugiej wypowiedzi w jednoznacznie hitlerowsko-goebbelsowskim stylu. Uważam za pewnego rodzaju publiczną zmowę dziennikarzy i komentatorów skupianie się przez nich wyłącznie na rutynowych faszystowskich wypowiedziach tego watykańskiego dygnitarza i agenta, to jest wypowiedziach wyrażających pogardę i nienawiść wobec LGBT. Zło jest zawsze stopniowalne – nie wolno lekceważyć homofobii i faszystowskiej nienawiści, niemniej czysty rasizm, segregujący ludzi wedle ich biologicznego uposażenia i łączących wartości kulturowe z tożsamością biologiczną, jest czymś jeszcze bardziej haniebnym i niebezpiecznym. Jest również przestępstwem w świetle polskiego prawa, które zakazuje nawoływania do nienawiści na tle rasowym”.

Pomijając już to czym abp Jędraszewski tak rozsierdził tego dziwnego człowieka, jest czymś moim zdaniem niewyobrażalnym, by było nie było człowiek o jakimś tam wykształceniu oraz intelektualnej pozycji, w publicznej debacie sięgał do argumentów jeszcze w latach 50-tych poprzedniego stulecia bardzo precyzyjnie i skutecznie wyszydzonych, jako „reductio ad hitlerum”. Wydawaoby się, że porównywanie do Hitlera osób, których z jakiegokolwiek względu się nie lubi, to poziom z jakich mamy do czynienia wyłącznie na politycznych demonstracjach organizowanych przez głupszą część socjalizującej młodzieży, a tymczasem proszę! Oto człowiek w wieku ponad średnim, z wykształceniem ponad wyższym, w dodatku – last but not least – żyd, co jakby w sposób oczywisty zobowiązuje w sposób szczególny. A tu taki wstyd.

 

***

 

Ktoś być może zapyta, cóż takiego krakowski arcybiskup takiego powiedział, że prof. Hartman stracił dla niego głowę? Otóż, szczerze powiem że ani ja tego do końca nie wiem, ani też sam Profesor nam tego nie tłumaczy. To znaczy, coś tam nam mówi, ale nie do końca. Posłuchajmy raz jeszcze mądrości tego człeka:

Nie pojmuję, jak to się dzieje, że wypowiedzi o ‘tęczowej zarazie’ – haniebne, głupie i świadczące o osobistym łajdactwie Jędraszewskiego – cytuje się i potępia z nieporównanie większą częstością i siłą niż brutalnie rasistowską uwagę o rezerwatach rzuconą w Pabianicach w 2013 r., gdy Jędraszewski był jeszcze biskupem w Łodzi. Czy kolejny nazistowski tekst Jędraszewskiego przejdzie bez echa? Mam nadzieję, że prasa oraz ludzie dobrej woli, w tym katolicy, wreszcie się opamiętają i Jędraszewskiego spotka zasłużony ostracyzm. Nie ma w Krakowie i Polsce miejsca dla nazistów, a już zwłaszcza nazistów reprezentujących organizację religijną, która brała udział w nazistowskiej napaści na Polskę we wrześniu 1939 r. i z histeryczną konsekwencją broniła Hitlera do samego końca, nie bacząc nawet na to, że tenże Hitler hurtowo mordował katolickich księży.

Niby wiadomo. Jędraszewski użył – swoją drogą, jakże celnego – określenia w postaci „tęczowej zarazy”, jeszcze osiem lat temu, jako biskup Łodzi powiedział coś o „rezerwatach”, czego osobiście nie pamietam, ale brzmi mi to doś sympatycznie, tym razem jednak, jak rozumiem, chodzi o coś znacznie poważniejszego. Tylko o co? I znów, myślę że tak naprawdę, to co tak ubodło Hartmana nie ma większego znaczenia, natomiast ciekawe jest to, że ów mędrzec z jednej strony pisze coś o tym, że Hitler „hurtowo” mordował kapłanów Kościoła Powszechnego, a z drugiej sugeruje że oni niemal z automatu, z samej zasady, byli nazistami, którzy w 1939 roku dokonali napaści na Polskę, a potem „z hiteryczną konsekwencją” bronili Hitlera, który, jak już wspomjieliśmy, „hurtowo ich mordował”. A ja już w tym momencie nic z tego nie rozumiem? Kto tu był głupszy? „Hurtowo” mordowani księża, czy ten który ich „hurtowo” mordował? No a przy okazji, ja bym był tu bardzo ciekawy opinii Hartmana na temat hurtowo mordowanych żydów i ich odpowiedzialności za owe hurtowe morderstwa. No ale jestem pewien, że się sensownej odpowiedzi nie doczekamy. W końcu, jak wiemy, na histerię rady nie ma.

 

***

 

No ale mamy wciąż tego naszego profesora i kolejne szczegóły, niestety jednak nie na temat „hurtowo” mordowanych ksieży, ale, jak rozumiem, równie hurtowej współpracy owych księży na rzecz swojej eksterminacji:

Negowanie zbrodniczej działalności Kościoła, umniejszanie roli papieskiego totalitaryzmu, gett żydowskich w państwie kościelnym i innych prześladowań w przygotowaniu Holokaustu, a w końcu relatywizowanie współpracy papiestwa z nazistami przed wojną, w czasie jej trwania i po jej zakończeniu – to część haniebnego, antysemickiego negacjonizmu. Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody, dla których nie mówi się o napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan do krajów, gdzie mogli bezpiecznie żyć pod zmienionymi nazwiskami”.

I tu, gdy chodzi o to, jak ludzki umysł może się zdegenrować, dochodzimy do punktu gdzie Jan Hartman – przypomnijmy że profesor uniwersytetu, i to aż Jagielońskiego –  ma pretensje, że się „nie mówi” o „napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan do krajów, gdzie mogli bezpiecznie żyć pod zmienionymi nazwiskami”. A ja w tym momencie myślę sobie, że to jest bardzo ciekawe, dlaczego o tym się „nie mówi” i jedyny odważny w temacie okazuje się być prof. Jan Hartman. No i w tej samej chwili przychodzi mi do głowy pytanie, czemu się nie mówi też o tym, że to Kościół Katolicki najpierw wybudował obóz w Auschwitz, i to Kościół Katolicki zorganizował w powojennej Polsce system eksterminacji ludzi takich jak rotmistrz Pilecki i że to w koncu Kosciół Katolicki, a kto wie czy nie sam abp Jędraszewski, zamordował księdza Jerzego Popiełuszkę. To jest bowiem pytanie, na które odpowiedzi czeka cała Polska i jeśli go jej nie udzieli Jan Hartman, to gdzie szukać ratunku?

 

***

 

Tymczasem okazuje się, że wprawdzie na tę akurat diagnozę będziemy musieli poczekać, ale szczęśliwie sama koncówka Hartmanowskich refleksji prowadzi nas do wyjaśnienia, o co chodzi z tym Jędraszewskim. Jednak wszystko w swoim czasie. Zaczyna się bowiem tak:

Nikt nie może dziś zaprzeczać, że Kościół katolicki jest organizacją przestępczą, uprawiającą rozmaitego rodzaju kryminalne procedery na skalę masową i systemowo chroniącą sprawców przed odpowiedzialnością karną. Nie ma prób zaprzeczania tym faktom, czemu akurat dziwić się nie należy. A jednak władza i potęga Kościoła oraz zabobonność mas sprawiają, że zwycięża brutalna anomia moralna – żadne wiadomości o zbrodniach Kościoła nie są w stanie poruszyć sumień zdegradowanych i w gruncie rzeczy pozbawionych sumienia mas, którym wmówiono, że są ludźmi wyjątkowymi i czeka na nich pośmiertnie miejsce w niebie.

Czekający na niebo nie muszą się przejmować masowym mordowaniem i gwałceniem dzieci przez swoich przewodników, którzy do tego nieba mają ich zaprowadzić. Wszak wysłannikom samego Boga wolno wszystko. Taka jest z grubsza psychologia stojąca za masowym tolerowaniem nazistowskich księży, których w czasach hitlerowskich były tabuny, a dziś ostał się Jędraszewski.

I po tym wzruszającym przygotowaniu do ujawnienia najgłębszych podstaw myśli nazisty Jędraszewskiego dochodzimy do sedna:

Duchowa jedność, ciągłość i trwałość narodu polskiego ma swój konkretny i naukowo wymierny fundament. Jest nim jego biologiczna ciągłość i siła”.

[...]

Mam nadzieję, że ja już tego nie dożyję, ale mogę sobie to wyobrazić, że, powiedzmy, w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim tu na terenie Europy jak Indianie w USA w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać, kim są od strony biologicznej.

 ***

W porządku jest ten nasz arcybiskup Jędraszewski. Czy ktoś z nas potrafiłby lepiej wyrazić to co wszystkim nam leży na sercu? Dbajmy zatem o naszych kapłanów jak o zdrowie. Niech będzie nawet, że o zdrowie narodu.

 


 

wtorek, 22 czerwca 2021

O butach, guzikach i sznurowadłach Prezesa

 

      Po naszej polityczno-medialnej scenie poruszam się od lat, więc nie muszę nikogo zapewniać, że tu akurat czuję się jak ryba w wodzie. Dlatego też nieszczególne wrażenie zrobiła na mnie wiadomość, że oto Jarosław Kaczyński pojawił się gdzieś w butach nie do pary. Ja oczywiście rozumiem, że w tym wypadku chodzi o przestrzeń jak najbardziej publiczną, więc sprawa jest poważniejsza. Przy okazji też nie daje mi spokoju fakt, iż mnie również przynajmniej raz w życiu zdarzyło się wyjść z domu w różnych butach. To jednak tutaj nie ma większego znaczenia, natomiast to co mnie tu interesuje w sposób absolutnie wyjatkowy, to fakt, że Jarosław Kaczyński pokazał się publicznie w butach nie do pary i to zdarzenie ni stąd ni z owąd wywołało całą falę niewyobrażalnych wręcz szyderstw, włącznie z sugestiami, że mamy do czynienia z klasycznym Alzheimerem, a fakt ten  ostatecznie wyłącza Kaczyńskiego, jako osobę psychicznie się nie kontrolującą, z gry.

         Od wielu już lat, a więc mniej więcej od upadku PRL-u, czyli też od dnia kiedy to wszyscy ni stąd nie z owąd zainteresowaliśmy się czymś wiecej niż faktem, że „komuniści to ruskie chuje”, ja słyszę, że Jarosław Kaczyński miał niezasznurowane buty, lub odpadł mu guzik, ewentualnie miał krzywo zapiętą marynarkę, a ostatnio że założył buty nie od pary. Z tego co słyszę, to czego on się dopuścił stanowi taki skandal, że on – i co ciekawe, tylko on – powinien zostać w jednej chwili zakuty w dyby i tym sposobem odsunięty od spraw publicznych raz na zawsze. Tak to dziś się sprawy mają.

       Gdy chodzi o mnie, to ja patrzę na kolportowane w Sieci zdjęcie i daję słowo, że nie wiem, czy te buty są faktycznie nie od pary, natomiast mam wrażenie że tak to właśnie jest. Jeśli bowiem Jarosław Kaczynski, idąc na zjazd owej Partii Republikańskiej, czy jak im tam akurat jest, założył na nogi to co mu akurat wpadło w oko, to znaczy, że ja go nie opuszczę do końca życia. Jeśli faktycznie tak jest, że Jarosław Kaczyński jest jedynym politykiem w Polsce, dla którego dbałość o wizerunek sprowadza się do tego że on założy sobie na nogi dwa buty nie do pary, to znaczy że, gdy chodzi o powszechnie rozumianą politykę, to ja nie widzę nikogo poza nim, komu bym mógł zaufać. Jeśli bowiem wśród tej bandy oszustów – nie będę ich wymieniał z nazwiska, bo to nie ma najmniejszego sensu – z którymi mamy do czynienia na co dzień i którzy jedyne co potrafią to się odpowiednio wystroić, trafiamy na kogoś dla kogo coś takiego jak but ma znaczenie mikroskopijne, to ja wiem, że mam do czynienia z tym jednym jedynym. A jeśli ktoś uważa inaczej, niech zdycha w nieświadomości.



poniedziałek, 21 czerwca 2021

Na co ateistom absolut?

 

Właśnie wysłałem do „Warszawskiej Gazety” kolejny felieton i nie mogę uwierzyć, że to już osiem lat, jak Piotr Bachurski ciepliwie mnie znosi i pozwala mi się tam kompletnie bezkarnie udzielać, dając mi nadzieję, że uda mi się trafić przynajmniej do części Czytelników z czymś, o czym oni na ogół nie mają nawet szansy usłyszeć. Przed nami kolejny z tych felietonów. O piłce nożnej oczywiście.

 

Nie wiem, kto tu interesuje się futbolem, ale nawet jeśli jestem tu jedyny, mam przekonanie, że wielu słyszało, jak to podczas meczu między Danią a Finalndią, odbywającego się w ramach trwających akurat mistrzostw Europy, w pewnym momencie dostał zawału serca duński piłkarz Eriksen i przez około piętnaście minut walki o jego życie, cały piłkarski świat zastygł w trwodze. I oto w studio Telewizji Polskiej, gdy praktycznie wszyscy byliśmy już przekonani, że piłkarza nie da się uratować, jeden z komentatorów rzucił jedyne w tym momencie adekwatne słowa: „W imię Ojca i Syna”... i w paru znanych nam dobrze, a jednocześnie bardzo szczególnych rejonach rozpętało się piekło pod hasłem: „Co to za bezczelność, by się publicznie obnosić ze swoimi prywatnymi obsesjami?”

       W tym momencie temat piłki nożnej, który tak naprawdę ani przez chwilę nie był tu istotny, przestaje w ogóle istnieć, bo mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym i znacznie bardziej uniwersalnym. Oto, ile razy dowiadujemy się, że zmarł jeden z jednoznacznie zdeklarowanych, a często też walczących, ateistów, widzimy jak niemal wszyscy ich znajomi oraz przyjaciele, wygłaszając na pogrzebie swoje pożegnalne mowy, nie mogą się powstrzymać, by nie pleść coś o tym, że ona lub on patrzą teraz na nas z góry, a my już tylko czekamy aż się kiedyś będziemy mogli z nimi spotkać. Tak jest najczęściej, ale bywa też o tyle ciekawiej, że kiedy ten ktoś znajdzie się w cieżkim stanie w szpitalu, to ci co już za chwilę będą się gapić w chmury, niemal z automatu wzywają innych do tego by się za ich kumpla modlić. Zarówno jedni jak i drudzy nie dość że na co dzień o żadnych modlitwach nie chcą słyszeć, to jeszcze tych co się modlą wyszydzają i każą im się zamknąć, to gdy przyjdzie co do czego, nie znają żadnego innego sposobu reagowania, jak tylko przy pomocy westchnień do Absolutu. I to jest coś co mnie osobiście najpierw zadziwia, a potem doprowadza do ciężkiej cholery, szczególenie w takich przypadkach jak opisany.

        Pamiętam transmitowany przez wszystkie telewizje pogrzeb Wisławy Szymborskiej – zgodnie z życzeniem najbardziej zainteresowanej, uroczystość całkowicie świecką, bez księdza i bez choćby pozorów modlitwy – kiedy to któryś z jej bliskich przyjaciół nagle wyskoczył z przemówieniem, w którym padły mniej więcej takie słowa:

        Jestem pewien że dziś, gdy Wisława jest już na tamtym, drugim, lepszym świecie, spędza tam czas z Ellą Fitzgerald, której śpiewu tak bardzo lubiła słuchać tutaj, a dziś słucha jej piosenek tam”.

        Czy któremuś z zebranych to przeszkadzało? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie, na ich twarzach widać było jedynie czyste wzruszenie. Dziś słucham tych głosów oburzenia na owo „W imię Ojca i Syna...”, staram się wyobrazić sobie te twarze i szczerze powiedziawszy przychodzi mi to nadzwyczaj łatwo.



sobota, 19 czerwca 2021

On się nazywa się Krutul, Paweł Krutul

 

      Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale od dłuższego już czasu Ziemia nosi człowieka nazwiskiem Paweł Krutul. I pewnie nie byłaby to informacja godna naszej uwagi – w końcu, jak wiemy z historii, Ziemia ma mocne barki – gdyby nie fakt, że ów Krutul nie jest takim pierwszym lepszym ścierwem, ale posłem do Sejmu RP. No a to już jest coś. Ktoś się już pewnie zastanawia, cóż takiego Krutul zrobił, że został przez mnie zaszczycony tą poświęconą mu w piękny sobotni poranek chwilą czasu. Otóż on wczoraj, chcąc zaznaczyć swoją obecność przy okazji 72 urodzin prezesa Jarosława Kaczyńskiego, zamieścił na Twitterze następujący anons:

Jakie życzenia chcecie złożyć , w dniu 72 urodzin Jarosława Kaczyńskiego ?

      Oczywiście już sam sposób edycji tego czegoś świadczy o tym, że Krutul ma swoje problemy, niemniej to co nas interesuje, to fakt że on stawiając to pytanie publicznie miał w głowie bardzo ściśle określony cel i to cel czarny jak wspomniana już święta ziemia, która go cierpliwie nosi. Ponieważ jednak, jak się okazało, Twitter Krutulem się szczególnie nie zainteresował, a jeśli już, to zareagował życzeniami, które mu nie były w smak, dokładnie to samo pytanie zadał na Facebooku, no i dopiero tam doczekał się pełnej realizacji swojego planu.

       Oto, proszę sobie wyobrazić, internauci zalali Krutula propozycjami, że tak to określę, w punkt. Posłuchajmy:

Jerzy Cąpała: „Żeby jak najszybciej spotkał się z ukochanym bratem bliźniakiem”;

Katarzyna Kuś: „Obyś zdechł skurwielu”;

Marek Regeńczuk: „Żeby się zesrał w trumnie”;

Sabina Kisio: „Temu chujowi życzę żeby jutra nie doczekał żeby poszedł do mamusi”;

Ryszard Gwiazdowski: „Jarosławie życzę ci ostatnich urodzin”;

Elżbieta Cukierska: „Szybkiego spotkania z bratem. i matką”;

Teresa Wardziak: „Żeby zaszył się w wilii na Żoliborzu bez ochrony”;

Elżbieta Litarowicz: „Życzenie żeby skończył jak Ceausescu”;

Radosław Lepek: „Nie ma człowieka na tym świecie którego bardziej bym nienawidził od tego skurwysyna.Ogólnie peace and love ale jemu życzę by zdychał w cierpieniach”;

Wiktoria Howorucha: „Żeby się zesrał kolczastym drutem za to co zrobił parszywy gnuj”...

         I tak to leci do dziś przez 380 komentarzy na profilu  Krutula, a Diabeł jednen wie, jak wielu innych na dziesiątkach profili, które pytanie Krutula podały dalej.

         Czy ktoś może myśli, że, widząc co się dzieje, Krutul usunął swój wpis? Ależ gdzie tam! A może pouusuwał te czarne komentarze? Skąd! To może zwrócił tej ludzkiej mierzwie uwagę na niestosowność tego co oni wyprawiają? W życiu! To możę przynajmniej przeprosił za swój brak wyobraźni? Nic z tego. Krutul zachował się dokładnie tak jak zachowują się ci niesławni żartownisie na drodze, gdy przeciągają w poprzek drogi drut, a następnie chowają się za najbliższym drzewem i  z dreszczykiem emocji czekają aż nadzieje się na niego najlepiej jakiś motocyklista.

       Paweł. Tak mu dali na imię jego rodzice. Ciekawe, czy on z okazji urodzin swojego taty, lub mamy, też zamieści na Facebooku prośbę o życzenia dla nich.



piątek, 18 czerwca 2021

Jak dziki zwierz przyszli do człowieka

 

      Kiedy na to trafiłem, w pierwszej chwili pomyślałem, że to jest jedna z tych fejkowych informacji rozsiewanych niemal każdego dnia przez jakieś bardzo podejrzane, a przy tym mocno konserwatywne portale, ewentualnie też że mogło dość do zwykłej manipulacji, których też jest wokół niemało. Ponieważ jednak zrobiła ona na mnie duże wrażenie, postanowiłem sprawę zbadać i proszę sobie wyobrazić, że nie ma mowy o nieporozumieniu. Rzeczy mają się dokładnie tak jak zostały przedstawione. A chodzi mianowicie o to, że niemiecka minister rolnictwa, niejaka Julia Klöckner, powołując się na ekspertyzy zaprzyjaźnionych ośrodków badawczych, stwierdziła że w niemieckich wylęgarniach kurcząt niszczy się 40 mln jaj (rozumiem że rocznie?) wraz ze znajdującymi się w nich kogucikami. Dlaczego kogucikami, a nie kurkami? Sprawa jest prosta: nadmierna liczba kogutów, ze względu na to że one ani nie znoszą jaj, ani też ich mięso nie jest szczególnie wartościowe, stanowi dla niemieckich kurzych farm niepotrzebny kłopot. A zatem polityka biznesowa niemieckich hodowców – podobnie, jak sądzę, wszystkich hodowców na świecie – jest taka, że w momencie gdy stwierdzą że w jajku rozwija się kogut, owo jajko ulega zniszczeniu.

       I oto w tym momencie pojawiła się owa Julia Klöckner i zgłosiła do Bundestagu projekt ustawy, zgodnie z którą już w roku 2022 hodowcy będą musieli znaleźć sposób by już w bardzo wczesnej, bo już embrionalnej, fazie rozwoju kurczęcia, byli w stanie ustalić, czy w jajku znajduje się kura czy kogut. A jeśli okaze się że kogut, będą mieli prawo zniszczyć jajko i tak maksymalnie do siódmego dnia rozwoju. Dlaczego tak? Otóż tu pojawia się informacja, która z mojego punktu widzenia, stanowi absolutny przełom w cywilizacyjnym rozwoju człowieka, a głosi ona, że od siódmego dnia życia kogut odczuwa ból, a nasza ludzka wrażliwość nie moze dopuścic do tego by ów kurzy holocaust trwał nadal...

       Jak się dowiadujemy z dalszej części wspomnianej informacji, Bundestag obradował w tej sprawie w maju tego roku i  mimo że pani minister Klöckner zapewniała, że mamy do czynienia z „kamieniem milowym w w cywilizacyjnym rozwoju świata”, to podczas dyskusji Zieloni wraz z socjalistami mocno skrytykowali pewne elementy ustawy, zauważając że ustawa wciąż dopuszcza zabijanie kurzych płodów. Ostatecznie jednak uchwalono kompromis i ustawa, głosami lewicy przeszła.

     W tym momencie oczywiście od razu przychodzi do głowy pytanie, czy niemieccy naukowcy, badając poziom cierpień niewyklutego kurczęcia, znaleźli czas na to by zainteresować się analogiczną sytuacją w przypadku nienarodzonego chłopca i dziewczynki. To by jednak było przede wszystkim zbyt proste, ale może też zwyczajnie nieskuteczne. Jestem bowiem pewien, że każdy z nich w jednej chwili znalazłby na to pytanie taką odpowiedź, że byśmy się z wrażenia nie pozbierali. W tej więc sytuacji wydaje mi się rozwiązniem najlepszym przywołanie znanego nam już tutaj dobrze wiersza Cypriana Kamila Norwida, zatytułowanego bardzo adekwatnie „Fatum”:

 

 

 

I

Jak dziki źwierz przyszło Nieszczęście do człowieka

I zatopiło weń fatalne oczy...

- Czeka - -

Czy człowiek zboczy?

 

II

Lecz on odejrzał mu - jak gdy artysta

Mierzy swojego kształt modelu -

I spostrzegło, że on patrzy - co? skorzysta

Na swym nieprzyjacielu:

I zachwiało się całą postaci wagą

- - I nie ma go!

 

       Wydaje mi się, że dziś naszym problem nie jest już owa nigdy nie kończąca się dyskusja z tą nieprzeniknioną plazmą, choćby i przy pomocy najbardziej dźwięcznych argumentów; nie ma też większego sensu zastanawianie się, co takiego porobiło się z niektórymi ludźmi – bo nie chcę w żaden sposób powiedzieć, że ze światem –  że oni są tak bardzo, i tak bardzo też szczerze, zafascynowani tym poziomem obłąkania. Tym bardziej też nie wypada nam wręcz próbować owo obłąkanie wyszydzać, a jego ofiary wyśmiewać. W tym bowiem już naprawdę nie ma nic śmiesznego. To jest bowiem, jak słusznie zresztą stwierdziła niemiecka minister, „kamień milowy w cywilizacyjnym rozwoju świata”, a wszelkie kamienie milowe, jak wiemy, powinniśmy traktować z niewzruszoną powagą. Bo Diabeł jeden wie, jaki to tak naprawdę kamień i jaka mila.

       A zatem, czytajmy Norwida, i nie spuszczajmy z nich wzroku. Patrzmy im prosto w oczy, licząc na to, że oni w końcu to nasze spojrzenie zauważą i zadrżą.



czwartek, 17 czerwca 2021

O tym jak śluz Małgorzaty Terlikowskiej nie zdołał uchronić Polski pred dechrystianizacją

      Bóg mi świadkiem, że wśród osób i tematów, których staram się unikać jak ognia i uważam że każde inne zachowanie, człowieka zwyczajnie kompromituje, na jednym z pierwszych miejsc znajduje się od wielu już lat Tomasz Terlikowski i to co on od czasu do czasu ma nam do powiedzenia. Kiedyś tak nie było i on tu się pokazywał częściej chyba nawet niż Jerzy Urban czy Lech Wałęsa. Od momentu jednak gdy wraz ze swoją żoną zaczął ów robić medialną karierę, opowiadając na lewo, prawo i na okrągło o tym jak to oni –  prowadząc surowe katolickie życie – uprawiają bardzo zróżnicowany seks, kontrolują płodne i niepłodne dni pani Terlikowskiej, jak to Terlikowski potrafi pokonać swoją wydawałoby się nie do powstrzymania chuć, kiedy pani Terlikowska pokaże mu swój śluz i poinformuje że dziś nie, pomyślałem sobie, że dość już z nimi. Koniec. A gwoździem do tej trumny stała się parokrotnie powtórzona przez Terlikowskiego sugestia, że on już ma powoli dość pedofilii w Kościele, szerzącej się w dodatku pod patronatem tego antychrysta Papieża Franciszka i że gdyby nie Terlikowskiego szczera miłość do Jezusa, to on by już na ten cały zmurszały Kościół dawno machnął ręką.

       No i pewnie dalej bym zachowywał ową ślubowaną przez siebie czystość, gdyby nie to że przypadkiem wpadłem na fragment rozmowy, jaki tygodnik „Sieci” przeprowadził z abp. Jędraszewskim, w której ten odniósł się do słów Terlikowskiego właśnie, gdzie pobożny ten mąż zakomunikował Arcybiskupowi, że nadzieje na to iż młodzież zatęskni jeszcze za Kościołem są płonne, bo „aby zatęsknić, trzeba mieć za czym”. Owo zdanie tak mnie zafrapowało, że postanowiłem poszukać całości wspomnianych oświadczyn i w ten sposób dotarłam aż na facebookowy profil Terlikowskiego, a tam następujący tekst (pisownia oryginału zostaje, swoją droigą, nie bez przyczyny, zachowana):

„’Z powodu pandemii wiele więzów zostało naruszonych, m.in. także na skutek katechezy on-line. Myślę, że teraz ci młodzi zatęsknią za swoim katechetą, za swoim kościołem – i powrуcą. Powiem tak: Nie lękajcie się, jest jeszcze Pan Bуg nad nami’ - przekonuje arcybiskup Marek Jędraszewski w wywiadzie dla tygodnika „Niedzieli”. I choć bardzo bym chciał podzielać tę nadzieję, to tak nie jest. Pandemia bowiem nie tyle ‘naruszyła więzy, które dadzą się łatwo - na skutek tęsknoty - odbudować, ile ujawniła, że tych więzów zwyczajnie nie ma. Aby zatęsknić trzeba mieć za czym, trzeba mieć żywe doświadczenie Kościoła i Chrystusa, a jeśli jej nie ma, to nie ma za czym tęsknić. I właśnie dlatego zamiast liczyć na ‘tęsknotę’ trzeba - o czym zresztą arcybiskup mówi – ‘szukać nowych drуg dotarcia do młodych’. Tyle, że powodem nie jest presja na nich wywierana, ale fakt, że instytucjonalny Kościół dla wielu z nich nie jest już zachętą do bycia w nim. Jeśli ludzie pozostają w Kościele to często nie z powodu instytucji, ale wyłącznie dlatego, że rzeczywiście spotkali Jezusa Chrystusa. Instytucja zaś dla części z nich jest przeszkodą, a nie zaletą. I nad tym też warto pomyśleć”.

      Przeczytałem te słowa i powiem szczerze, że tego poziomu bezczelnego zakłamania w życiu chyba nie spotkałem, no i to ono właśnie sprawiło że zdecydowałem się na te kilka słów skierowanych bezpośrednio do Terlikowskiego. Otóż tak się składa ponad już trzydzieści lat temu, gdy chodzi o tak zwane szerzenie Wiary, Kościół – i to się okazało Jego najbardziej poważnym błędem – przekazał Swoje obowiązki tak zwanym katolikom świeckim. Okazało się to błędem z tego prostego powodu, że mimo Swojej wydawałoby się nieskonczonej mądrości, nie przewidział Kościół, że na czoło owej świętej krucjaty wysforuje się banda podobnych do Terlikowskiego cwaniaków, których nazwisk nie mam tu nawet ochoty wymieniać, ale myślę że każdy w miarę zorientowany Czytelnik wie kogo mam na myśli. Wspomniane 30 lat to naprawdę wystarczający okres, by większą część z nich zapamiętać. A gdy chodzi o mnie, to ja pamiętam jakże święte słowa Jarosława Kaczyńskiego na temat niegdysiejszego ZChN-u, że ów ZChN to prosta droga do dechrystianizacji Polski. Dziś już ci, co stamtąd trzęśli naszą pobożnością, gdzieś przepadli, ale cały ten interes w żadnym wypadku się nie zamknął. Tyle może różnicy, że dziś tak jak podzielona jest krajowa scena polityczna, tak samo podzieły się ośrodki starujące naszą religijnością. Z jednej strony bowiem mamy środowisko związane z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Więzią”, „Znakiem” i diabli wiedzą z czym jeszcze, a z drugiej, grupy skupione wokół „Frondy”, „Polonii Christiana” i tu też ci sami diabli wiedzą z czym jeszcze. Podobnie zresztą jest w samym Episkopacie: część czyta „Tygodnik Powszechny” oraz „Wyborczą”, część pozostaje przy Górnym, Terlikowskim, czy Pospieszalskim, a reszta, jak na przykład abp Jędraszewski, z nadzieją czeka aż „młodzież zatęskni”.

       A ja tu, mimo że bardzo ubolewam nad tym, że Kosciół hierarchiczny delegował Swoje obowiązki na tych wariatów, trzymam sztamę z Arcybiskupem i podobnie jak on jestem przekonany, że faktycznie „młodzież”, a tak naprawdę ludzie w ogóle – bo tu akurat o nich najbardziej chodzi –  zatęsknią. A jeszcze bardziej jestem pewien, że jeśli tak się stanie to właśnie dzięki Kościołowi, a nie Terlikowskiemu i jego pobożnym kumplom.  Dlaczego tak myślę? Dlatego mianowicie, że nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że nawet najbardziej słabe na umyśle osoby muszą w końcu dojść do wniosku, że w tym wszystkim jedyną poważną ofertę na życie można znaleźć w, jak najbardziej instytucjonalnym, Kościele, a przy tej okazji, jak najbardziej w konkretnym kościele parafialnym. I że to właśnie ów instytucjonalny Kościół i reprezentująca Go parafia, a nie jakaś banda pajaców opowiadająca o śluzie, małżeńskich stosunkach analnych, oraz o satanizmie książek o Harrym Potterze, głosi Prawdę. I wreszcie, mam głęboką nadzieję, że sam Kościół zorientuje się jaką w destrukcji Kościoła rolę odgrywają tak zwane „organizacje świeckie”. Ja myślę, że On już i tak to widzi, choćby na przykładzie tego, jak owe organizacje, wraz ze zwerbowanymi przez nich ksieżmi i biskupami, się rozpanoszyły w takich Niemczech. A więc zorientuje się, tupnie swoją odpowiednio podkutą nogą i rozpędzi to bezczelne towarzystwo na cztery wiatry. I wtedy też sam abp Jędraszewski zobaczy tę swoją młodzież, jak ona potrafi tęsknić.




wtorek, 15 czerwca 2021

Czy Diabeł wie że należy spłukiwać toaletę?

 

      Wczoraj przyniósł nam Internet pewną naukę, moim zdaniem, nadzwyczaj interesującą, a ponieważ, jak mi wiadomo, znaczna część z nas trzyma się bardzo z dala od tego akurat źródła swojej codziennej wiedzy, pomyślałem że się nią tu podzielę, choćby po to by żadnego z nas nie ominęła szansa poznania czegoś, co wiedzieć jak najbardziej warto. A zaczęło się od tego, że media tak zwane oficjalne poinfomowały nas o tym że w oczyszczalni ścieków w Ząbkowicach Śląskich, podczas czyszczenia jednego ze zbiorników, pracownik trafił na zwłoki płodu, i to płodu na tyle już dużego, że postanowił o swoim odkryciu powiadomić policję. Ta z kolei widząc to co widzi, uznała sprawę za na tyle poważną, że zdecydowała się powiadomić o niej służby medyczne, oraz oczywiście prokuratora. Wstępnie stwierdzono tylko tyle, że w chwili śmierci wspomniany płód miał grubo ponad cztery miesiące, natomiast cała reszta, a więc to, kim jest matka i co lub kto sprawił że doszło do tego nieszczęścia pozostaje do dziś tajemnicą.

       I pewnie na tym moglibyśmy te nasze smutki zawiesić do czasu uzyskania bardziej szczegółowej w tym temacie wiedzy, gdyby nie fakt, że owo zdarzenie – i tu wkracza do akcji Twitter – wywołało histeryczną wręcz reakcję wszelkiego możliwego lewactwa, spod wszelkich możliwych symboli, w postaci tłumaczenia każdemu kto ma tylko ochotę słuchać, że w końcu nie stało się nic takiego, poza zwykłym poronieniem. W końcu kobiety na całym świecie niemal od zawsze tracą ciąże każdego dnia i nigdy dotychczas nie było tak, by z tej okazji były one prześladowane przez policję i prokuraturę. I że jeśli tak dalej pójdzie, to już wkrótce policja będzie przyszukiwała wszystkie oczyszczalnie ścieków w kraju i wzywała polskie kobiety, by przedstawiały zużyte podpaski jako dowody w tym czy innym śledztwie.

      To natomiast co mnie w tym wszystkim tak porusza, to wbrew pozorom nie owa demonstracja klasycznego zidiocenia, ale wręcz przeciwnie, swego rodzaju cwaniactwa. Otóż ja nie mam wątpliwości co do tego, że nawet najgłupsi z nich doskonale zdają sobie sprawę z tego, że tym razem stanęli nie wobec zwykłego poronienia, czy choćby najmniej cywilizowanej formy aborcji – bo przeciw tym zjawiskom zdążyli się już uodpornić – ale paradoksalnie właśnie dziecka spłukanego w toalecie. Jestem w stu procentach przekonany, że każdy z nich wie doskonale, że to co odnaleziono w tych ściekach, to nie była kupka zakrwawionych tkanek, ani tym bardziej plamka samej krwi, ale coś co do tego stopnia przypominało człowieka, że ów biedny pracownik oczyszczalni się zaniepokoił. I to akurat – mimo iż udają że jest inaczej – oni wiedzą doskonale, że on zobaczył maleńkie, skutecznie obmyte z krwi, martwe dziecko. I ta pewność moim zdaniem sprawia, że się zdenerwowali do tego stopnia, że postanowili tę prawdę zakrzyczeć, kłamiąc sobie samym prosto w oczy.

      Oni wszyscy, jestem tego pewien, wiedzą tak samo dobrze jak każdy z nas, że tak duże dziecko nie jest w stanie ot tak sobie wyskoczyć z matki, kiedy ona siedzi na toalecie i robi siusiu, i że ona albo była w takiej desperacji, że je sobie z siebie wydłubała przy pomocy jakiegoś narzędzia, albo ktoś – czy to ojciec dziecka, czy może jej rodzice – ją do tego skłonił siłą lub bardzo poważną perswazją, lub ewentualnie ów przedwczesny poród spowodował jakiś wynająty konował. A ponieważ zrobił to całkowicie nielegalnie, to owa zbrodnia została na tyle ukryta, że jedynym lepszym rozwiązaniem było to dziecko zjeść. I oni to wiedzą. A wiedząc to, mają jak najbardziej świadomość, że los owej nieszczęsnej matki pozostaje dramatycznie wręcz dla nas nieznany, nie wykluczając też i takiej możliwosci, że ona również, podobnie jak jej dziecko, została spuszczona do jakiegoś odpowiadającego jej rozmiarom zbiornika.

        A więc oni to wiedzą. A ja sobie myślę, że skoro to wiedzą, a mimo to wciąż coś plotą na temat zygoty, podpasek i wczesnych poronień, to znaczy że coś ich bardzo, ale to bardzo, dręczy. I domyślam się jak najbardziej, co to takiego. Otóż, jak już wspomniałem wcześniej, jest to strach przed tym, że trzeba im będzie zaakceptować fakt, że to o co oni z taką zawziętoscią walczą i co w wielu wypadkach stanowi sens ich życia, to o prawo do bezkarnego unicestwiania tego co bezbronne. Mało tego: chodzi o prawo do otwartego głoszenia owego przekonania, że zabójstwo może być... cool. I oni wszyscy nagle to ujrzeli tak strasznie wyraźnie w obrazie tego dziecka, w tej jego koszmarnej podróży wśród naszych szczyn, gówien i innych nieczystości, do wyboru do koloru.

       Przepraszam bardzo, ale, moim zdaniem, choćby najbardziej okrutna prezentacja poćwiartowanych dziecięcych zwłok, a tym bardziej demonstrowanie owych wymodelowanych w skali 1:1 figurek dwunastotygodniowych dzieci, czy ich stópek i paluszków na przypinkach, to ledwo słyszalny szept wobec dzisiejszych myśli o tym dziecku w oczyszczalni ścieków w Ząbkowicach Śląskich.

       Czy w związku z tym jest coś na co szczególnie liczę? Powiem szczerze, że nie bardzo. Moim zdaniem, mając dzisiaj już tylko ten jeden wybór pomiędzy przyznaniem, że to co znaleziono w owym zbiorniku to człowiek i że ktoś się do jego śmierci przyczynił, a powtarzaniem w kółko zaklęć na temat zygoty, oni wybiorą zygotę. Może z wyjątkiem choćby tego jednego nawróconego... a z mojego punktu widzenia, to już byłby sukces i nadzieja na lepsze.

     


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...