niedziela, 21 marca 2021

Czy Janusz Palikot zostanie ministrem propagandy w nowym Gabinecie Cieni

 

Dziś, mój najnowszy tekst przedstawiony w „Warszawskiej Gazecie”, który, jak sądzę, znakomicie uzupełnia to czym się tu w tych dniach zajmujemy. Zapraszam więc.

 

 

      Nie wiem jak czytelnicy „Warszawskiej Gazety”, ale gdy chodzi o mnie, to ostatnio odnoszę wrażenie, że cały atak opozycji koncentruje się już nie, jak dotychczas, na przedstawianiu kolejnych dowodów na to, że Prawo i Sprawiedliwość prowadzi Polskę do gospodarczego, kulturowego i cywilizacyjnego upadku, z którego nie będziemy już mieli możliwości się wydobyć, ale kolportowaniu drobnych, pozornie nieistotnych kłamstw, których liczba w pewnym momencie osiągnie taki poziom, że wyborcy prawicy zaczną wreszcie się zastanawiać, czy przypadkiem, nie popełnili oni w pewnym momencie jakiegoś błędu. Odnoszę wrażenie, że ktoś po tamtej stronie nagle uznał, że merytoryczna krytyka kolejnych działań rządu nie ma najmniejszego sensu, bo ona już dawno przestała na ludziach robić wrażenie, jako zbyt skomplikowana publicystycznie i tym samym zwyczajnie nieciekawa, i czymś znacznie skuteczniejszym będzie zarzucenie mediów serią dowolnie fałszywych informacji, które nawet jeśli zostaną natychmiast zweryfikowane, zaczną żyć własnym życiem, w głowach części obywateli się zalęgną i takie już tam zostaną.

     Stąd, mam wrażenie, zalew najpierw głównie internetowych plotek, powtarzanych, również w Internecie, przez aktywnych polityków opozycji, a następnie przenoszonych na oficjalne wystąpienia, gdzie jakiś Budka, czy Nitras zażądają zwołania specjalnego posiedzenia Sejmu. O jakich plotkach mówię? Otóż najróżniejszych: a to że ktoś na ręku Daniela Obajtka zauważył zegarek za pół miliona złotych, albo że właśnie się okazało, że Mateusz Morawiecki posiada kilka pałaców, których istnienie dotychczas utrzymywał w głębokiej tajemnicy, czy też że najnowsza kampania billboardowa na rzecz ochrony życia poczętego jest finansowana z budżetu państwa. To są jednak hity. Oni w zanadrzu mają też sprawy drobniejsze. Oto niedawno na swoim profilu na Twitterze senator Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza zamieścił następującą informację:

W ostatnim czasie na terenie Warszawy DZIEŃ W DZIEŃ kradzionych jest 20-30 samochodów (głównie marki japońskie). To największy wzrost kradzieży aut od wielu lat. Stołeczna policja zupełnie nie radzi sobie z tym problemem. No ale priorytetem-Żoliborz i pacyfikacja kobiet”.

Kłamstwo to niemal w jednej chwili zostało ujawnione przez dane Policji, która poinformowała, że wedle danych z tego roku, liczba kradzieży samochodów w Warszawie nigdy nie była tak niska, a dziś wynosi średnio 7 aut dziennie, co oczywiście nie zmienia faktu, że ów Brejza informacji tej ani nie usunął, ani nie sprostował i dziś ona żyje sobie własnych życiem ku uciesze przeciwników władzy.

A ja się wciąż zastanawiam, skąd ta nowa strategia i kto jest jej autorem. I oto, proszę sobie wyobrazić, właśnie usłyszałem, że owym pomysłodawcą jest dawno tu nie oglądany Janusz Palikot. To on przedstawił ów plan oparty na założeniu, że nic nie zadziała jak duże kolorowe zdjęcie i krótkie celne kłamstwo. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli oni osiągnęli ten poziom desperacji, że do propagandowej roboty postanowili wynająć Palikota, to możemy naprawdę patrzeć w przyszłość z nadzieją.




sobota, 20 marca 2021

O państwie nie z dykty

 

       Pewnie już o tym tu na blogu wspominałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Otóż dzięki zarówno swoim własnym obserwacjom, ale również informacjom otrzymanym od osób z jednej strony zaprzyjaźnionych, a z drugiej nadzwyczaj dobrze poinformowanych, od kilku już dobrych lat wiedziałem, że kwestia tak zwanego „wyjaśnienia przyczyn Katastrofy Smoleńskiej”, to marzenia ściętej głowy, a ostatnim organem, który nam owo wyjaśnienie jest w stanie przedstawić, to zespół Antoniego Macierewicza. Mało tego. W ostatnich miesiącach dotarły do mnie słuchy, że jeśli tylko sprawa prac owego zespołu stanie się kwestią publiczną – tak jak na przykład kwestią publiczną stały się „przekręty” Daniela Obajtka, czy folie syna premier Szydło – zarówno sam Antoni Macierewicz, jak i osoby bezpośrednio z nim współpracujące, staną wobec groźby zarzutów kryminalnych, w tym sensie, że staną przed sądem i zostaną oskarżeni choćby o zwykły finansowy przekręt.

      I powiem szczerze, że pewnie to, że kwestia wspomnianej komisji i jej prac pozostaje w sferze, do której nie życzą mieć dostępu nawet najbardziej politycznie zaangażowani opozycyjni politycy i dziennikarze, stanowiłoby dla mnie ciężką zagadkę, gdyby nie fakt, że ja akurat znam całe mnóstwo różnego rodzaju sytuacji, który wydawałoby się, że tylko czekają, by rozwalić polityczną scenę na strzępy, a tymczasem zwyczajnie śpią sobie gdzieś po kątach, nie niepokojone przez nikogo. Czemu? Diabeł jeden wie.

      A zatem to, że mija ponad dziesięć lat jak Antoni Macierewicz, wraz z zespołem swoich międzynarodowych ekspertów, za ciężkie pieniądze bada przyczyny Smoleńskiej Katastrofy, a my przez cały ten czas wiemy tylko tyle, że był wybuch i ów wybuch sprokurowali Ruscy, doprowadziło mnie wreszcie do jednego i tylko jednego pytania: Czemu mimo wydawałoby się sytuacji aż błagającej o to, by wszystkie siły antypisowskiej opozycji się zjednoczyły i zażądały od czy to Jarosława Kaczyńskiego, czy bezpośrednio od Antoniego Macierewicza, jakiejś w miarę choćby sensownej odpowiedzi, siedzą cicho jak mysz pod miotłą i zajmują się rozwiązywaniem zagadki, kto ostatecznie zostanie nowym Rzecznikiem Praw Obywatelskich?

        Przyglądałem się ostatnio nieco sytuacji w kraju i przypomniałem sobie wypowiedź sprzed wielu już dziś lat Margaret Thatcher, która komentując swoje pierwsze miesiące u władzy, gdy mając przeciwko sobie całą możliwą systemową opozycję, próbowała przeprowadzić wszystkie zaplanowane przez siebie reformy i wiedziała że każdy dzień może przynieść ostateczną porażkę oraz dymisję rządu, powiedziała, że to co pozwalało jej zachować siłę i determinację i w ostateczności władzę, to świadomość społecznego poparcia. Przypomniałem sobie tamtą wypowiedź, gdy uświadomiłem sobie, że jeśli władza państwowa ma odpowiednie społeczne poparcie, to nie ma ludzkiej i nieludzkiej siły, która by ją była w stanie pokonać. W jaki sposób? A to w taki mianowicie, że nie ma realnej siły, która by była w stanie postawić wyzwanie państwu i jego potędze. I dziś, gdy patrzę na to co robi Prawo i Sprawiedliwość, wiem że za nimi stoi zwyczajnie owa moc. Jeśli rząd, zachowując odpowiednią przewagę społecznego poparcia, zachowuje kontrolę nad państwem jako takim, to opozycji faktycznie pozostaje już tylko walczyć o to, by Jan Filip Libicki nie poparł jednak kandydata Prawa i Sprawiedliwości na Rzecznika Praw Obywatelskich.

       A skoro tak, to nie ma się naprawdę czemu dziwić, że w momencie gdy tylko to tu to tam pojawiły się głosy żądające od władzy wyjaśnienia tego, co Antoni Macierewicz i jego komisja zrobiły przez dziesięć lat, wysysając z budżetu kolejne miliony złotych nie wiadomo po cholerę i dla kogo, w jednej chwili zawsze gotowa Anita Gargas przedstawiła swój śledczy materiał specjalny, z którego wynika jednoznacznie, że jedyną osobą odpowiedzialną za to, z czym mamy do czynienia nie jest żaden Macierewicz, ale oczywiście Donald Tusk. I co ciekawe, to nie jest tak, że biednemu byłemu premierowi nagle ni stąd ni z owąd spadły na głowę jakieś nieuzasadnione oskarżenia, wyciągnięte przez nie wiadomo kogo nie wiadomo skąd. Nic podobnego. Oto nagle się dowiadujemy, że jedenaście lat temu ów Tusk najzwyczajniej w świecie sprzedał Polskę za swoją gnuśność i tępotę. Nagle po dziesięciu latach otrzymujemy ledwo co odnalezione dowody, że gdy wszystko się rozstrzygało, nie kto inny jak Donald Tusk zachował się nie jak premier rządu, ale jak zwykły cieć, który uznał, że jego jedynym obowiązkiem wobec polskiego państwa jest pilnowanie, by nikt się nie kręcił przy furtce.

      Zbliża się jedenasta rocznica Smoleńskiej Katastrofy i proszę zwrócić uwagę, z czym mamy dziś do czynienia. Ze Sławomirem Neumannem wrzucającym swoje nieszczęsne tweety o tym, że Obajtek to złodziej, z portalem OKO Press ujawniającym nowe ścieżki syna Beaty Szydło i Janem Hartmanem dorzucającym do tego jego nowe nazwisko, z Rafałem Trzaskowskim wreszcie, próbującym jak rozumiem złapać oddech w tymczasowym szpitalu na Stadionie Narodowym, no i... właściwie nie wiem, co jeszcze dodać. W sumie chętnie bym wspomniał wielkanocny występ Andrea Bocelliego dla TVP, no ale skoro już pojawił się nam Donald Tusk, niech i będzie on. Donald Tusk w rozmowie z Edmundem Klichem.        



piątek, 19 marca 2021

Bronisław Komorowski, czyli to żyje!

 

Czas jaki minął od poprzedniego odcinka „Wezwanych do tablicy”, czyli serii krótkich komentarzy na tematy w miarę bieżące, jakie każdego miesiąca przedstawiam czytelnikom „Polski Niepodległej”, spędziłem w znacznej części na chorowaniu, ale ponieważ powoli się już zbieram, myślę że mamy dobry czas, bym mógł Państwu przedstawić to co się powinno już niedługo ukazać w kolejnym wydaniu wspomnianego miesięcznika. Dziś właściwie wyłącznie o dwóch tak zwanych „prezydentach”. Polecam.

 

 

Zmarł Jan Lityński, z tej okazji w jednym z warszawskich kościołów odbyła się Msza Święta, a skoro Msza Święta, to ze swoich norek wygrzebali się tak zasłużeni ludzie Kościoła jak Adam Michnik, Rafał Trzaskowski, czy Bronisław Komorowski. Ten ostatni, skorzystał z okazji, by po latach dać o sobie publicznie przypomnieć, dał się zawieźć do telewizji TVN24 i tam wyrzucił z siebie wszystko co mu w ostatnich miesiącach leżało na sercu, a nikt go za bardzo nie chciał słuchać. Z tego co do nas dotarło, warto zwrócić uwagę na trzy kwestie. Przede wszystkim, zabrał ów wesoły człowiek głos na temat tabliczek, jakie w kilku miejscach kraju z porozwieszał pewien homoseksualny prowokator, w ten sposób uruchomiając falę hejtu pod adresem Polski i ogłosił co następuje:
To jest więcej niż wstyd. To jest gigantyczna strata wizerunkowa dla Polski. Tutaj dostarcza to obecna ekipa władzy, bo przecież to z jej podpuszczenia były te decyzje gminne. Dzisiaj każdy będzie raczej pamiętał Polsce tego rodzaju ekscesy, jak te decyzje gminne w Polsce. To się nie mieści w kategoriach współczesnej cywilizacji”.

       A ja właściwie jestem w stanie ze szczęśliwie nam minionym prezydentem częściowo się zgodzić. W końcu te tabliczki faktycznie narobiły Polsce wstydu – w końcu taki był ich cel – tyle że nie bardzo wierzę w to, żeby ów wstyd to coś co przyprawia kogokolwiek z tej bandy zdrajców, a już zwłaszcza kogoś takiego jak Bronisław Komorowski, o ból serca. Wszyscy pamiętamy cztery lata tamtej prezydentury i  gdy chodzi o wstyd, to trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek był w stanie skompromitować Polskę bardziej niż on wtedy. I to bez jednego słowa, bez jednego gestu, bez jednego oddechu. Jemu akurat wystarczyło być.

 

***

 

I pewnie jakoś byśmy to wystąpienie Komorowskiego przeżyli, gdyby on nie wychodził poza te tabliczki, no ale niestety na tym seria wystąpień się nie zakończyła. Otóż, kiedy już ów dzielny mąż wypowiedział się na temat wstydu, postanowił się wziąć za konkretne osoby i tak jak to on, wybigosował Daniela Obajtka. Posłuchajmy:

To jest jednak sygnał świadczący o tym, że jeśli tacy ludzie, jak pan Obajtek, robią kariery, z takimi wątpliwościami co do ich uczciwości. Każda przyzwoita partia powinna się zastanowić, czy to nie jest sygnał ostrzegawczy, że w naszych własnych szeregach do głosu dochodzą cwaniacy, kombinatorzy, złodzieje, łobuzy i różnego rodzaju męty polityczne. Według mnie PiS stoi już w obliczu zorganizowanego procederu łupienia na różny sposób Polski przez ich działaczy na szczeblu centralnym, powiatowym, gminnym. To jest sygnał dla przyzwoitych ludzi, także w ich partii”.

Oto dwie wypowiedzi, które w normalnych czasach pewnie zrobiłyby jakieś tam publiczne wrażenie, ponieważ jednak nie żyjemy w czasach normalnych, granice naszej tolerancji zostały przez minione lata znacznie przesunięte. Co więcej, wydaje się że nie ma takich słów, których nie można by potraktować jako elementu języka polityki, gdzie cel jednak uświęca środki, a skoro tak, to o jednej z najważniejszych publicznych postaci można zupełnie bezkarnie powiedzieć, że to „cwaniak, kombinator, złodziej, łobuz i różnego rodzaju męt polityczny”. W końcu nie da się ukryć, że jest wiele osób, którym wypowiedź Komorowskiego przypadnie do gustu, a przecież o to tu tylko chodziło.

 

***

 

Jest jednak trzeci fragment wystąpienia Bronisława Komorowskiego, bezpośrednio już nawiązujący do pierwszego powodu, dla którego uznano za stosowne go w ogóle przypomnieć, czyli do śmierci Jana Lityńskiego. Otóż, jak wiemy, do kościoła, w którym miała miejsce Msza za duszę Zmarłego nie została wpuszczona Zofia Romaszewska, która została tam wydelegowana z wieńcem od Prezydenta RP. I tu już naprawdę Komorowski miał wszelkie powody, by się nie odzywać, a jeśli już, to żeby rzucić tam jakiś bon mot w swoim stylu i w ten sposób pokazać, to co o nim i tak już wszyscy wiemy, czyli że to bałwan. Tymczasem najwidoczniej uznał on, że nadszedł czas na to, by zilustrować swoim własnym przykładem to co miał na myśli, wspominając o „cwaniakach, kombinatorach, łobuzach i różnego rodzaju mętach politycznych” i w ten oto sposób przedstawił swoje zdanie na temat tego co się stało:

Na szczęście nie popsuła ona atmosfery pogrzebu i w kościele Mszy żałobnej za duszę Janka Lityńskiego i uroczystości pogrzebowych. Myślę, że pani Zofia Romaszewska jednak odczuła również absolutny brak akceptacji dla jej zachowań, jej słów, ze strony opinii publicznej. W internecie to było widać – została bardzo ostro postawiona do pionu. I słusznie, bo w moim przekonaniu złamała dobry zwyczaj cywilizacji zachodniej, a także wynikające z kultury polskiej – nie sposób w dniu pogrzebu zgłaszać pretensji do rodziny zmarłego o to, że jest za mało miejsc w kościele.

O co tu się obrażać? I jeszcze robić przykrość rodzinie z tego tytułu. Co, mieć pretensje, że w ogóle pogrzeb organizuje? Zamiast grzecznie postać sobie albo zgłosić się odpowiednio wcześnie, żeby być zapisaną na listę. Przychodzi pani Zofia Romaszewska za 5 minut przed rozpoczęciem Mszy i dziwi się, że jej nie traktują w sposób ekstra nadzwyczajny. To jest jakiś przerost egotyczny absolutnie”.

I tu faktycznie pojawia się pytanie, czemu on zdecydował się powiedzieć to co powiedział? Tu z całą pewnością nie mogło chodzić ani o politykę, a więc przekonanie, że jeśli on w ten sposób zareaguje, to pewien rodzaj umysłów te słowa przyjmie z uznaniem. Oczywiście, wiemy  że po stronie opozycji są ludzie, którzy zaakceptowaliby gdyby nawet Komorowski powiedział o Romaszewskiej, że ma „wypierdalać”, no ale to jednak nie to. A więc może on tak z tej swojej głupoty uznał, że  w ten sposób filozoficznie rozwinie chamstwo do jakiego doszło? Otóż moim zdaniem też nie. Taka głupota w naturze nie istnieje. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to to, że Bronisław Komorowski postąpił tu w sposób całkowicie dla siebie naturalny, łamiąc wszelkie bariery już nie intelektualne, ale cywilizacyjne. On, zachęcając Zofię Romaszewską, by zamiast marudzić, „grzecznie” postała przed kościołem, a potem poszła w cholerę, zachował się jak ten pies, który, gdy mu się chce siknąć, to sika. Ani rozum, ani polityka, ani nawet cywilizacja nie mają tu nic do rzeczy. Pozostaje, jak już wspomniałem, czysta natura.

 

***

 

Aby jakoś zakończyć te dzisiejsze refleksje, pomyślałem że wspomnę o nikim innym jak Lechu Wałęsie, który ostatnio się czymś zdenerwował i na swoim profilu na Facebooku wrzuca po kilka razy dziennie kilkunastominutowe wykłady na temat tego, jak to on nigdy nie był Bolkiem, a wszystkie dotyczące jego kłamstwa wymyśliła żona Kiszczaka i prof. Cenckiewicz. Siedzi Lech Wałęsa przed kamerą na tle białej firanki, odczytuje kolejne oświadczenia i tak, jak mówię, po kilka razy dziennie. Na mnie zrobiło największe wrażenie to, jak on przy którejś z okazji przyznał, że on wprawdzie każdy z tych tekstów napisał sam osobiście, natomiast, owszem, jak już napisał, to poprosił swojego sekretarza, by ten mu poprawił błędy ortograficzne, które Lechu niestety robi. A zatem, jeśli ktoś się dziwi, że te jego przemówienia są pozbawione błędów ortograficznych, to tylko dzięki korekcie przeprowadzonej przez pana sekretarza. A ja już się tylko zastanawiam, jak to było z Bronisławem Komorowskim. Kiedy on mówił, że Zofia Komorowska miała stać pod kościołem „grzecznie”, to skąd wiedział, że „grzecznie”, a nie „gżecznie”?

 



czwartek, 18 marca 2021

Czego Borys Budka uczy swoją małą córeczkę?

 

      Szczerze powiedziawszy, nie bardzo paliłem się do tego, by to akurat redaktor Michał Rachoń pomagał mi w opisywaniu różnego rodzaju politycznych zjawisk, no ale ponieważ nie umiałem znaleźć odpowiedniej nazwy, która by łączyła media takie jak TVN24, „Gazeta Wyborcza”, czy „Onet”, uznałem, że zaproponowane przez niego określenie „Zjednoczona Korporacja Mediów Trzeciej RP”, choć nieco może za długie, może ostatecznie być, zwłaszcza jest tu parę słów do powiedzenia. Otóż, jak pewnie większość z Państwa wie, wczoraj najpierw agorowy portal OKO Press, a następnie wszystkie inne zaprzyjaźnione media podały informację, że syn premier Szydło, kiedyś bardzo młody, praktycznie niedoszły ksiądz, oraz człowiek przy pomocy strasznego kłamstwa i wyprodukowanej w redakcjach plotki doprowadzony do praktycznego nerwowego załamania, po latach pracuje w jednej z prywatnych firm pod nowym nazwiskiem, jako tak zwany przedstawiciel handlowy. Jak znamy możliwości wspomnianych redaktorów, właściwie sama ta informacja wystarczyłaby do tego, by uruchomić przeciwko byłemu księdzu kolejną falę hejtu, no ale tu jeszcze wisienką na torcie okazało się to, że udziały we wspomnianej firmie ma nadzwyczaj ostatnio popularny Daniel Obajtek, a robotę swojemu synowi najprawdopodobniej załatwiła mama.

       Nowego nazwiska syna pani premier wprawdzie nie ujawniono, wyjaśniając, że zainteresowane osoby prosiły by tego nie robić i zastępując je skróconą formą Tymoteusz X, natomiast oczywiście gdzie się tylko dało poinformowano, że jeśli komuś na tym zależy, to bez problemu znajdzie odpowiednie informacje w Internecie, szukając informacji pod charakterystycznym imieniem.

        Czy były ksiądz Szydło, pracując na swoim nowym stanowisku, coś ukradł, ewentualnie kogoś oszukał? Oczywiście danych na ten temat póki co nie ma. Czy może on tę pracę otrzymał w sposób nielegalny? Tego też akurat nikt nie sugeruje. A może jego tam nikt nie lubi? A może pojawiły się nowe-stare informacje odnośnie jego kochanki i nieślubnego dziecka? Tu też akurat nic się nie nie dzieje. Chodzi tylko o to, że pracuje, ma inne nazwisko, że jak kto chce, może je ustalić, no i że pracę mu prawdopodobnie załatwiła mama. No i o to, że wiadomość jest i jeśli popatrzy się na reakcje w Internecie i poza nim, można już wiedzieć, że jest bardzo dużo osób, których najnowsze losy księdza Tymoteusza zainteresowały na tyle mocno, że część z nich życzy mu nawet śmierci, a sam Borys Budka w Sejmie zasugerował, że „syn byłej premier Szydło specjalnie zmienił nazwisko, by móc w tajemnicy okradać polskie państwo”.

       I tak to się kręci, a jeśli my się wciąż jeszcze czemuś dziwimy, to to już naprawdę jest tylko nasza wina. W końcu mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by na tego typu zachowanie nawet nie specjalnie marszczyć brew. A jeśli ja dziś o tym piszę, to wyłącznie dlatego, że jak ktoś bardzo inteligentnie zauważył, wprawdzie autorstwo owego „dziennikarskiego śledztwa” zostało przypisane portalowi OKO Press oraz osobiście redaktor Biance Mikołajewskiej, jak się okazuje, byłej żonie niesławnego agenta Niemczyka, ale za to sama informacja ukazała się w Internecie niemal dokładnie w tej samej minucie, podana przez wszystkie główne redakcje tworzące wspomniane na początku Zjednoczoną Korporację Mediów Trzeciej RP. I to nie podana tak, jak to się zwykle w Internecie czyni, że ktoś wrzuca wiadomość, a inni podają ją dalej. Redaktorzy „Gazety Wyborczej”, „Onetu”, „Newsweeka”, „Polityki” i wszelkich innych możliwych tytułów podali wiadomość o synu Beaty Szydło jako swoją własną, w wersji jednobrzmiącej, z tą samą sensacyjną nutą. Dokładnie o tej samej co do minuty porze.

       No i jeszcze raz chciałbym wspomnieć Borysa Budkę, który jako pierwszy na tym poziomie skomentował tę wiadomość: Syn Beaty Szydło zmienił nazwisko, by bezkarnie okradać polskie państwo. Mnie osobiście nie potrzeba już nic więcej.




środa, 17 marca 2021

Andrea Bocelli vs. Korab-Karpowicz - nokaut w trzeciej

 

      Będąc od dłuższego już czasu niejako rozdwojony pomiędzy światem Facebooka i Twittera, a tym, co dzieje się wokół mnie, w tym również tu na naszym blogu, nie bardzo potrafię ocenić do jakiego stopnia to czym żyje Internet się ma do jak by nie było życia realnego. Nie wiem też oczywiście, jakie nastroje panują wśród czytelników tego bloga – a więc ludzi, których nigdy nie traktowałem jako klasycznych internautów – gdy chodzi o stan nastrojów w czasie pandemii, czy – w konsekwencji – emocji ściśle politycznych. Jeśli popatrzeć na politykę z dala od wszelkich medialnych komentarzy, to sytuacja wydaje się dość przejrzysta. Cała seria kolejnych sondaży poparcia zarówno dla partii politycznych, jak i pojedynczych polityków, wskazuje, że po sześciu już latach od objęcia w Polsce władzy, Prawo i Sprawiedliwość zachowuje pozycję zupełnie wyjątkowo mocną, gdzie nawet takie czy inne spadki, nie zmieniają faktu, że nawet na dalszym horyzoncie nie widać zagrożenia. Doszło do tego że wedle dawno nie widzianego CBOS-u, poparcie dla Platformy Obywatelskiej spadło już niemal do 10 procent, a wiele wskazuje na to, że ów wynik jest jak najbardziej realny.

      I tak by to wyglądało z perspektywy, z której przyszło obserwować Polskę nam, ludziom nie specjalnie zaangażowanych w śledzenie tego, co się dzieje w owym medialnym kotle, do którego dorzucać nigdy się nie przestaje. Co więc słychać po tamtej stronie? Otóż proszę sobie wyobrazić, że zaobserwowałem pewne zjawisko, które jest dla mnie dość nowe i nawet jeśli w moim przekonaniu nie ma większego znaczenia, to pewne wrażenie jednak robi. Oto pojawiła się stosunkowo duża grupa internautów właśnie, bardzo aktywnych głównie na Twitterze, i dotychczas identyfikujących się jako  wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, którzy ni stąd ni z owąd PiS-u szczerze nienawidzą. Od pewnego czasu można odnieść wrażenie, że jeśli pragniemy doświadczyć autentycznego antypisowskiego hejtu, to nie powinniśmy go wypatrywać u młodych i starych socjalistów, ani u działaczek Strajku Kobiet, u polityków Lewicy, ani nawet u osób sercem związanych z Konfederacją – tam akurat atak sunie głównie na Kościół, ochronę życia i w ogóle na to wszystko czym jest dla nas chrześcijaństwo. Natomiast to właśnie u części dotychczasowych wyborców Prawa i Sprawiedliwości można zaobserwować autentyczną nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, Andrzeja Dudy, ministrów Dworczyka i Niedzielskiego, prezesa Obajtka.... można wymieniać. To oni stanowią dla części z nas sufit, którego już nie przebije nikt, ani poseł Szczerba, ani Donald Tusk, ani Dariusz Joński, ani nawet Marta Lempart. O co chodzi? Oczywiście o COVID. Zdaniem coraz większej grupy osób, prawo i Sprawiedliwość to banda morderców, która z jednej strony wprowadziła w społeczeństwie terror pandemii, a z drugiej doprowadziła do śmierci tysięcy niewinnych ludzi, którzy przy innej polityce żyli by i to żyli szczęśliwie i zdrowo. Naprawdę. Ja nie żartuje. Gdy się czyta wybrane komentarze w Internecie, taki jest podstawowy przekaz ze strony byłych wyborców PiS.

       Zastanawiałem się, skąd to się bierze i nagle trafiłem na tygodnik „Do Rzeczy”, obok „Sieci” i „Gazety Polskiej”, jeden z trzech głównych magazynów prawicowej opinii w Polsce, a w nim najpierw duży tytuł „Ekspert ostrzega. Masowe szczepienia na koronawirusa mogą zakończyć się dla nas tragicznie”, a pod spodem nazwisko autora: Prof. W. Julian Korab-Karpowicz.

        Ja o owym Korabie już nie tak dawno tem pisałem i wystarczy powiedzieć, że ów „ekspert” red. Lisickiego to przede wszystkim żaden profesor, ale zwykły inżynier po Politechnice Gliwickiej, oraz ciułacz różnego rodzaju doktoratów tu i ówdzie, a obecnie pracownik naukowy na Uniwesrytecie Opolskim i – uwaga, uwaga – samozwańczy król Polski, który przy ostatnio dość dużej nadprodukcji owych królów, zwraca na siebie uwagę głównie wysyłaniem pism do polskich władz, w których informuje że nie ma żadnej pandemii i jedyne co polskie państwo może zrobić to machnąć na to wszystko ręką, no a przede wszystkim nie szczepić, bo szczepionki to śmierć. No i okazuje się, że dziś jest on poważnym ekspertem polskiej prawicy od szczepień. Jesteśmy w tygodniku „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego Proszę posłuchać:

Ponieważ na skutek szczepień nasz naturalny układ odpornościowy słabnie, a nowe mutacje stają coraz silniejsze, stajemy w obliczu ludzkiej tragedii w skali globalnej. Grozi nam katastrofa zdrowotna, w której szczepionki okażą się nie tylko bezużyteczne, ale wręcz szkodliwe, a ponadto coraz trudniej będzie uzyskać naturalną zbiorową odporność, która okazuje się jedynym mądrym rozwiązaniem”.

        Normalnie nie czytam ani „Sieci”, ani „Do Rzeczy”, ani „Gazety Polskiej”, ani nawet „Naszego Dziennika”, gdzie jak słyszę, również odbywają się jakieś tego typu ruchy. Nie czytam też internetowych portali w rodzaju „Frondy”, czy „Polonia Christiana”. Nie oglądam programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, gdzie obawiam się, że mogę trafić na Tomasza Terlikowskiego, Grzegorza Górnego, czy nie daj Boże świeżo wysłanego na wcześniejszą emeryturę księża Kneblewskiego. Powiem szczerze, że gdy chodzi o mądrości pojawiających się tam redaktorów, wiem tylko to, co oni muszą mówić w TVP Info, wiedząc, że jeśli zaczną podskakiwać, to zostaną już na zawsze skierowani do Internetu, a odpowiednią robotę za nich wykonają Magda Ogórek z Tomaszem Sakiewiczem. A zatem mogę się tylko domyśleć, że tam gdzie moje oko nie sięga, toczy się wielka akcja propagandowa przeciwko polskiemu rządowi i to tam tworzy się ów hejt. 

       I już miałem się zacząć martwić, kiedy prezes Jacek Kurski poinformował, że to co się w Sylwestra nie udało Polsatowi, Telewizja Polski da nam bez najmniejszego problemu i na Święta Wielkanocne zawita do nas sam Andrea Bocelli. Coś mi się zdaje, że nawet zdrada Jana Filipa Libickiego gdy chodzi o nowego Rzecznika Praw Obywatelskich tego numeru nie przebije.



 

poniedziałek, 15 marca 2021

Po ile kilogram zajoba?

 

       Kiedy po raz pierwszy poczułem, że coś się dzieje, zadzwoniłem do lekarza, zostałem skierowany na test i okazało się, że i na mnie przyszła kryska, zanim jeszcze miałem siłę, by się zastanawiać na czymkolwiek, próbowaliśmy tu wspólnie dojść do jakiejś wspólnej i w miarę sensownej odpowiedzi, skąd ta cholera dotarła aż tu. No bo sprawa byłaby z pewnością znacznie bardziej jasna, gdybym ja albo lekceważąco podchodził do narzuconych nam zasad na czas pandemii, a więc prowadzał się bez maseczki, ewentualnie pchał się w miejsca, gdzie  zbierają się tłumy, czy utrzymywał jakiekolwiek kontakty z ludźmi, którzy nie uważają się za stosowne epidemicznie ograniczać. Tymczasem nic z tego, a mimo to, jak wiemy, pewnego dnia okazało się, że jakimś dziwnym sposobem wirus ten na mnie usiadł i już tak został.

       Rozmawialiśmy więc o tym trochę, zanim rozmawiać mi się w ogóle na dobre odechciało i uznałem, że za zakażeniem stał ktoś na kogo niechcąco i niezauważenie się natknąłem, a kto albo sam nie nosił maseczki, albo jeśli ją nosił, to tak, by wszyscy wyraźnie widzieli jego nos, albo wręcz w taki sposób, by nikt nie pomyślał, że on ją nosi z innego powodu niż ten, by jakiś zbłąkany policjant nie miał odpowiedniego argumentu, by mu wlepić mandat. Tak to musiało być i innego powodu nie widzę: Ktoś z fantazyjnie założoną maseczką mnie zwyczajnie zaraził, albo kichając, albo kaszląc, albo po prostu dmuchając w moją stronę i stąd musiałem się się przez tę parę tygodni pomęczyć. Inaczej być nie mogło.

      I oto od przedwczoraj wychodzę trochę na zewnątrz i to co robi na mnie wrażenie to to, że od tych paru tygodniu zmieniło się wszystko o tyle, że zdecydowana większość osób, które spotykam, nie nosi maseczek w ogóle. Gdy wydawało się, że gwałtowny wzrost zachorowań spowoduje, że nawet ci co dotychczas niezbyt poważnie podchodzili do kwestii pandemii, przynajmniej na pewien czas spróbują na siebie uważać, wychodzi na to, że efekt jest odwrotny: tępa zawziętość i poczucie lepszości. A to co mnie w tym najbardziej zadziwia to to, że te demonstracje mają miejsce na tle nieustannego powtarzania w kółko jakichś bzdur na temat rzekomego „zajoba”. Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o owego „zajoba”, to jedyny jego przykład jaki mi ktoś podesłał, to zdjęcie kobiety w autobusie gdzieś w Rosji, czy może w Niemczech, z założoną na łeb ogromną butelką po wodzie mineralnej. Gdyby nie to, to ja owego „zajoba” widzę wyłącznie albo w ludziach w maseczkach, albo – jak mówię, ostatnio zdecydowanie częściej niż kiedykolwiek – w tych co chodzą kompletnie bez jakichkolwiek osłony, ewentualnie czytam w informacjach, że gdzieś w Warszawie odbyła się piwna antycovidowa impreza na sto osób, gdzie wszyscy się tarzali we własnej masie, pokazując światu jak im to piwo zrobiło dobrze na nastrój, albo że w tej samej Warszawie grupa młodzieży urządziła sobie domówkę, podczas której, jak rozumiem, bez butelki po wodzie mineralnej na łbie, jeden z nich wypadł z czwartego piętra i się zabił.

        Próbuję trochę się ruszać i przyznaję, że nie jest łatwo. Ten cały koronawirus to okropna choroba. Ja wprawdzie miałem o tyle szczęście, że wszystko skończyło się na kilku dniach ograniczonej przytomności i owym osłabieniu, które, jak słyszę, będzie mi jeszcze przez jakiś czas towarzyszyło. Wiemy jednak, że bywa różnie. Zaszedłem dziś do kościoła na Mszę i podczas ogłoszeń ksiądz proboszcz odczytał komunikat, że ksiądz Adam, nasz wikary, przyjaciel i dobry człowiek, jest bardzo chory, w związku z czym „w sposób szczególny prosimy Wspólnotę Parafialną o dar modlitwy w intencji ks. Adama, którego stan zdrowia w ostatnich dniach się pogorszył. Niech Matka Boża uzdrowicielka chorych i św. Józef mają go w swojej opiece”.

      A ja już mam tylko prośbę do wszystkich, którzy pragnęliby mi opowiedzieć coś o wspominanym wcześniej „zajobie”, żeby może, kiedy się już pomodlą o wyzdrowienie dla tego człowieka, jednak nie szukali tego, czego nie zgubili, tylko wzięli się za siebie i zaczęli, skoro już nie myśleć, to przynajmniej czuć.


     


      

czwartek, 11 marca 2021

O czarnej fasadzie i dobrej materii

 

Trafiłem wczoraj telewizji na zdjęcia trzech nieznanych mi mężczyzn ubranych w dziwne czerwone kombinezony oraz znane nam skądinąd maski Guya Fawkesa, jak pod Pomnikiem Smoleńskim usiłują złożyć wieniec dedykowany „95 ofiarom Kaczyńskich”. Oczywiście sam pomnik otoczony był przez wojsko i policję, a więc zanim się skończyła, trochę ta demonstracja trwała, aż w końcu służby wieniec krasnoludkom skasowały i wśród okrzyków „Złodzieje, złodzieje”, odeszły w siną dal, by po chwili wszystko na placu wróciło do stanu sprzed awantury. A ja sobie pomyślałem, że od Katastrofy w Smoleńsku minęło już ponad 10 lat i wciąż są rzeczy, które nawet jeśli zostały już kiedyś powiedziane, to nic nie zaszkodzi je przypominać. Przedstawiam więc pewien tekst, jeszcze z roku 2010, który napisaliśmy wspólnie z księdzem Rafałem Krakowiakiem i który w tamtym czasie zrobił pewne wrażenie. Cześć Czytelników go oczywiście pamięta, ale myślę, że nawet oni wrócą do niego z przyjemnością. Bardzo proszę.

 

 

      Kończy się ten straszny rok i wypadałoby go jakoś podsumować. Pewne próby, naturalnie już się na tym blogu pojawiły, i jeśli tylko opierać się na tym, co tu zostało powiedziane, wygląda na to, że minione 12 miesięcy, to tak naprawdę tylko ta straszna zbrodnia 10 kwietnia i wszystko, co w związku z nią nastąpiło. Nie ma znaczenia ani rząd, ani prezydent, ani zima, ani powodzie, ani pociągi… Nic. Wszystko, cokolwiek się przez ten rok zdarzyło, traci swoje znaczenie wobec tego nieszczęścia z 10 kwietnia, i tej straszliwej profanacji, jaka nastąpiła w kolejnych miesiącach.

       Są tacy, którzy mówią, że poza wyeliminowaniem Lecha Kaczyńskiego z podstawowej rozgrywki, System zanotował na swoim koncie jeszcze jedno osiągnięcie. Otóż – pomijając sprzyjającą pogodę, a więc powodzie i śnieżyce – udało się osiągnąć stan, kiedy to całą uwagę opinii publicznej skutecznie odwrócono od dramatycznego i zawstydzającego stanu rządów, koncentrując publiczną uwagę albo na samej katastrofie, ewentualnie na przepychankach o pamięć po pomordowanych w tamtej mgle.

      Stoimy w obliczu końca roku – tego strasznego, bezprecedensowego roku – i nawet jeśli na moment w świadomości publicznej pojawia się nazwisko jednego z ministrów, z sugestią, że jego los pozostaje wielką narodową zagadką, nikomu nic nie grozi. Ani mordercom, ani idiotom. Jest tylko ten krzyż i ta pamięć przerzucana z rąk do rąk, jak gorący – nomen omen – kartofel.

      Niedawno cytowałem tu Jadwigę Staniszkis, która twierdzi, że sytuacja , w jakiej znalazła się Polska jest w pewnym sensie wyjątkowa nawet nie przez to, ze ktoś jednym gestem zamordował nam prezydenta plus dziesiątki czołowych postaci życia publicznego, a Polska nawet nie drgnęła, ale przez to, że jej losy są od paru lat w rękach bandy fuszerów, ludzi modelowo niekompetentnych i skorumpowanych do szpiku kości,. a społeczeństwo robi wrażenie, jakby całe to nieszczęście ich nie dotyczyło. Staniszkis tłumaczy, że jeśli nie ma pewnych mechanizmów społecznej samokontroli, to dopóki nie wydarzy się katastrofa, ludzi można oszukiwać w nieskończoność. Przy ich bardzo aktywnej zresztą współpracy.

      Dziś cały dzień krąży po publicznej przestrzeni wiadomość, której prawdziwości, jak się zdaje, zaprzecza już tylko wyłącznie sam zainteresowany, a więc rząd, że za kilka lat w Polsce dojdzie do takiego krachu systemu emerytalnego, że znaczna część społeczeństwa zostanie wręcz fizycznie unicestwiona. Sytuacja ta, według nadchodzących do nas informacji, jest bezpośrednim wynikiem, z jednej strony realnej nieudolności rządu, a z drugiej oczywistego już dla wszystkich koncentrowania całego procesu rządzenia krajem na walce o, z jednej strony wyeliminowanie ze sceny politycznej wszelkiej liczącej się opozycji, a z drugiej o doraźne utrzymanie sondażowego poparcia, a więc tak naprawdę o nieoddanie władzy.      Oglądam dzisiejsze wydanie sztandarowego programu wysłanego przez System na odcinek codziennej propagandy, i wśród żartobliwych komentarzy na temat tego, jak to premier Tusk sobie nie radzi z materią, uderza mnie wysłany przez jednego z obywateli esemes o następującej treści: „Pozdrowienia dla mojej Gosi – rozkoszosi”. Czy jakoś tak. Straszne. Jeśli się nad tym zastanowić, to mamy do czynienia z autentycznym horrorem.

      Ktoś kiedyś – jestem pewien, że nawet nie przeczuwając trafności tego wynalazku – ukuł epitet ‘lemingi’, kierując go w stronę ludzi, którzy dali się zwieść najbardziej prymitywnej propagandzie i którzy oddali swoje wszystkie emocje i całe serca projektowi z gruntu fałszywemu, czy wręcz, jak się okazuje dziś, zbrodniczemu. Dlaczego lemingi? Nie wiem. Nie ja byłem autorem tego żartu, ale domyślam się, że chodziło ów symboliczny wręcz pęd owych zwierząt do samounicestwienia.

      Myślę, że ten moment jest równie dobry jak każdy inny, by przedstawić tu pewną historię, jak najbardziej autentyczną. Otóż w mieście Łodzi opowiada się anegdotę o jednym ze słynnych Lodzermenschów, XIX-wiecznym królu bawełny, bajecznie bogatym Izraelu Kalmanowiczu Poznańskim. Ówże Poznański wybudował sobie pałac, który w zamyśle miał swoim przepychem przewyższać wszystko, co inni łódzcy przemysłowcy wybudowali, bądź mieli wybudować. Ostateczny efekt choć imponujący – dzięki m.in. nasyceniu obiektu dużą ilością żyrandoli i dywanów – nie do końca zadowolił Izraela, ponieważ pałacowi brakowało tego czegoś, co jest nie tylko bogate, ale przede wszystkim niepowtarzalne, jedyne w świecie, ekstrawaganckie i z nóg powalające.

      Dla pognębienia swoich konkurentów i ku podziwowi gawiedzi, postanowił więc Poznański, by podłogę pałacowej sali balowej (ok. 500 m. kw.) wyłożyć złotymi rublówkami. W tym momencie, w życiu tego, zdawało się, wszechmocnego człowieka, pojawił się problem. Problem ów nie dotyczył oczywiście kwestii finansowych, lecz był jak najbardziej natury politycznej. Jeśli bowiem wyłoży się posadzkę rublowymi monetami, to tym samym albo będzie się deptać, obecne na owych monetach oblicze miłościwie panującego cara, albo też w tak niecny sposób potraktuje się wizerunek rosyjskiego orła z dwiema głowami. Izrael Kalmanowicz obawiał się, że ta niezręczna sytuacja może doprowadzić do oskarżenia go o obrazę majestatu, oraz niekorzystnie wpłynąć na jego handlowe stosunki z olbrzymim rosyjskim rynkiem. Dlatego też, nie chcąc porzucać swego wspaniałego pomysłu, i nie chcąc też narażać się na wyżej wymienione nieprzyjemności, zapytał rosyjskich urzędników – niektórzy mówią, że zapytał listownie samego cara – w jaki sposób posadzkarze mają owe monety układać: awersem do góry, czy może rewersem?

      Uzyskał odpowiedź, której Salomon by się nie powstydził: ani awersem, ani rewersem, lecz na sztorc. Poznański z odpowiedzi bardzo się ucieszył i swój projekt wprowadził w fazę realizacji. Niestety natrafił nagle na opór materii, lub inaczej mówiąc, praktyczne wymogi życia, które były tak wielkie, że musiał ze swego pomysłu zrezygnować. Okazało się bowiem – być może powiedział mu to jeden z tych prostych posadzkarzy – że ustawione na sztorc rublówki spowodują na tyle duże nierówności podłogi, iż kłopot będzie nawet z chodzeniem po niej, nie mówiąc już o tańczeniu. Oprócz tego, owych ustawionych na sztorc monet będzie trzeba zorganizować tak wiele, że wszystko wskazuje na to, iż pod ich ciężarem podłoga zbudowanej na piętrze sali, po prostu się zarwie.

      Przytaczam tę anegdotę, ponieważ jest ona – jak sądzę – niezłą ilustracją tych wszystkich zjawisk, z którymi ostatnio mamy wielokrotnie do czynienia, a o których fragmencie wspomniałem wyżej. Owe zjawiska dotyczą ludzi z tzw. sfery publicznej, którzy coś w Polsce znaczą, albo wydaje im się, że coś znaczą. Ludzie ci mają dość duży potencjał, który zawdzięczają swoim rzeczywistym zaletom, bądź też – delikatnie rzecz ujmując – „sprzyjającemu splotowi okoliczności”, gdzie być może słowo „splot” jest najważniejsze. Owi ludzie mogą być bardzo bądź średnio utalentowanymi artystami, zatroskanymi o bezpieczeństwo obywateli, oraz o los chorych i emerytów państwowymi urzędnikami, bardzo niezależnymi i wnikliwymi ekspertami, oddającymi hołd bohaterom parlamentarzystami i samorządowcami, a nawet twardymi, zdecydowanymi, trzymającymi krótko podwładnych przywódcami. Ci wszyscy ludzie – podobnie jak ongiś Izrael Poznański – mają lepsze bądź gorsze pomysły na siebie samych, tzn. na to jak się zaprezentować, jak się sprzedać, a nawet na to, jak być pożytecznym.

      Niestety, tym wszystkim dobrym ludziom towarzyszy świadomość, że choć wiele znaczą, to jednak istnieją w świecie tacy – jak ongiś car, czy ruski urzędnik – którzy znaczą jeszcze więcej i z tego powodu warto zdobyć ich przychylność, albo przynajmniej dołożyć wszelkich starań, by się im nie narazić. Owi „znaczący więcej”, są po prostu silniejsi – co nie znaczy, że mądrzejsi – i z tej właśnie racji oni decydują, czy wspomniane wyżej pomysły dobrych ludzi na siebie samych będą zaakceptowane, czy też – nazwijmy to tak – wyśmiane.
Ci, którzy „znaczą więcej” to dysponenci kija i marchewki, z którymi (z ich interesami, znajomościami, powiązaniami, wrażliwością, upodobaniami itp.) trzeba się liczyć jeśli się chce zaistnieć, a po zaistnieniu marchewkę konsumować.

      Z jednej strony, w życiu publicznym mamy więc do czynienia z agresywną prezentacją rzeczywistych, bądź domniemanych, rokujących nadzieję na społeczny aplauz cech, prezentacją dokonywana przez ludzi, których znaczenie jest tak naprawdę fasadowe, a z drugiej strony są rzeczywiste, nie-fasadowe interesy, znajomości, powiązania, wrażliwość i upodobania tych „znaczących więcej”, oraz wytyczona przez nich dość płynna granica, której z tych czy innych względów (znanych niektórym, a może i krewnym i znajomym owych ‘niektórych’) nie może przekroczyć nawet najbardziej społecznie wrażliwy urzędnik, niezależny ekspert, czy twardy przywódca.

      W ciągu minionych kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu lat mogliśmy się przekonać, że pomysły ludzi, którzy wiele znaczą, oraz tych, którzy znaczą jeszcze więcej, dały efekt dla Polski dość opłakany. Nagromadzenie głupoty, marnotrawstwa, niesprawiedliwości i zwykłej złej woli jest niekiedy tak duże, że albo „chodzić się już nie daje”, albo wręcz wszystko „grozi zawaleniem”.

      Oczywiście, fasada – nie bacząc na opór materii - mówi, że wszystko jest super, a ci, którzy „znaczą więcej” z zasady nic nie mówią (chyba, że się zdenerwują, bo wtedy gadają o dzikim kraju i o tym, by odpieprzyć się od ich pieniędzy i ich znajomych), bo też z zasady opłakany stan TEGO KRAJU niewiele ich obchodzi.

      Gdzieś w tym wszystkim zniknęli nam posadzkarze. Oni na razie dość posłusznie wykonują najgłupsze nawet projekty. Ale rozsądek w nich zwycięży. I wcześniej czy później powiedzą:    Tak nie można! To jest głupie! To jest niesprawiedliwe! To jest złe! I choć podobno – jak niedawno sugerowała prof. Staniszkis – ludzie postępują w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem dopiero wówczas, gdy wyczerpią już wszelkie inne możliwości, to jednak mimo wszystko mam mocną nadzieję, że już wkrótce skończy się czas fasady, ale także tego, co znajduje się poza fasadą.




 

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...