piątek, 21 lutego 2020

Tablica na bezśnieżną zimę


Najnowszy numer „Polski Niepodległej” dopiero wyrusza do drukarni, tu natomiast mamy już moją najnowszą „tablicę”. Gorąco zachęcam.


Czytelnicy „Polski Niepodległej” mogą sobie pomyśleć, że wracanie tu do postaci marszałka Grodzkiego ma w sobie przede wszystkim coś z perwersji, no a poza tym „Niepodległa”, zwłaszcza w swojej nowej szacie, zasługuje na coś naprawdę lepszego, uważam jednak, że ponieważ jest bardzo prawdopodobne, że już za miesiąc ten dziwny człowiek będzie już tylko ponurym wspomnieniem i nie będzie jednego marnego powodu, by o nim pisać, nic nam nie zaszkodzi, by go jednak w jakiś wesoły sposób pożegnać.
Oto, korzystając pewnie z okazji, że na chwilę zrobiło się o nim cicho, a jego łapówkarskie wybryki zostały wyparte przez kolejne popisy Małgorzaty-Kidawy Błońskiej, z gracją spruchniałej deski w wiejskim wychodku, postanowił on włączyć się do bieżącej debaty politycznej i poinformował Naród, że rak to jest taka choroba, gdzie nie wolno czekać ani chwili, bo każda minuta to walka o życie, i jeśli rząd zamiast na walkę z rakiem, przeznacza dwa miliardy na publiczną telewizję, to tym samym wydaje wyrok śmierci na dziesiątki tysięcy ludzi, którzy czekają na ratunek. A ja w tej sytuacji mam dla Grodzkiego propozycję. Niech on może zacznie od tego, że sprzeda swojego Jaguara i uzyskane pieniądze przeznaczy na leczenie jednego chorego na raka dziecka. Chyba że dla niego życie biednego cierpiącego dziecka jest mniej warte od jednego głupiego auta, to wtedy niech to dziecko umiera, a on dalej śmiga po zroszonych dziecięcą krwią szosach.


Ja tu oczywiście, by wykazać idiotyzm postępowania Grodzkiego, ale też wielu jego partyjnych kolegów, skorzystałem z pewnej retorycznej figury i zaryzykowałem ową ponurą ironię. Jest jednak coś, co już zupełnie na poważnie, stawia Grodzkiego do kąta i tam mu pokazuje gdzie raki zimują. Otóż dokładnie w tym samym czasie, jak on się ze swoją irytującą do porzygania lekarską wrażliwością ujął za ludźmi umierającymi z powodu chorób nowotworowych, dowiedzieliśmy się, że wystąpiła kolejna osoba, która osobiście miała okazję sprawdzić, w jaki to sposób dzisiejszy marszałek Grodzki, jeszcze jako lekarz zarabiał na wspomnianego wcześniej Jaguara, a przecież nie tylko. Kiedy Grodzki wyjaśniał nam, jak to rak nie czeka, zabijając kogo popadnie, ów człowiek opowiedział swoją historię, jak to jego żona umierała w szpitalu zawiadywanym przez doktora Grodzkiego, a on, łapiąc się wszelkiej, choćby najmniej szansy ratunku, najpierw wydał na jej opiekę 10 tysięcy złotych, a następnie w odruchu desperacji udał się do samego Cappo di Tutti Capi, a ten zażądał od niego okrągłe 15 patyków. A ja sobie myślę, że właściwie to nie ma się co oburzać. Marszałek Grodzki jest jak najbardziej konsekwentny. Wtedy twierdził – często słusznie – że pieniądze ratują życie, a dziś tę opinię w pełni podtrzymuje.


Oczywiście mam świadomość, że rozmawianie o czymś tak strasznym jak nowotwory w kontekstach czysto politycznych może być uznane za niestosowne, na swoją obronę mam jednak to, że to nie ja zacząłem. Kto zatem stoi na początku tego skandalicznego cyrku? Otóż ni mniej ni więcej jak nasza posłanka Joanna Lichocka. Ja wiem, że ona o glejakach i innych czerniakach nie wypowiedziała jednego marnego słowa, natomiast nie da się ukryć, że gdyby nie jej szczególny rodzaj inteligencji, dziś tematu by nie było. Otóż to ona właśnie, w momencie gdy przyszło do decydowania o przeznaczeniu 2 miliardów złotych na publiczną telewizję, a opozycja – swoją drogą to ciekawe, że udało się im wpaść na coś aż tak skutecznie prostego – zaproponowała, by za te dwa miliardy ratować chorych na raka, Lichocka pokazała im tak zwanego „faka” i w tym momencie oni poszli za ciosem i od ponad tygodnia nie mówią o niczym innym jak o tym, że ludziom którzy umierają w najstraszniejszych cierpieniach PiS pokazał środkowy palec. Ja o naszych posłach i senatorach mam opinię wyjątkowo kiepską, jednak myślę, że wśród nich Joanna Lichocka wyróżnia się bardzo zdecydowanie. Bógu Najwyższemu dzięki, że opozycja jest tak dramatycznie głupia, że nawet ktoś taki jak Lichocka nie jest w stanie im pomóc.


Konkurencja jest naprawdę silna, zwłaszcza od czasu jak dziennikarz telewizji TVP Info Adrian Klarenbach publicznie oświadczył, że on nie rozumie, skąd nagle taki szum, że w RPA prześladuje się białych farmerów, skoro w Afryce nie ma Białych, tylko sami Czarni; stąd zresztą popularna nazwa „Czarny Ląd”. Mimo to, z tego co widzę, totalna opozycja wraz z otoczeniem nie oddają ani centymetra zdobytego terenu. Oto europejska poseł Róża Thun Hohenzollern, czy jakoś tak, obejrzała transmisję z konwencji otwarcia prezydenta Andrzeja Dudy, najpierw się zadławiła z wściekłości, a nastepnie pobiegła do zaprzyjaźnionych mediów i ogłosiła co następuje:
„Widziałam jakieś okropne show, w sytuacji, w której walczymy o pieniądze na onkologię. Wyrzucanie pieniędzy na konfetti, tłumy ludzi, hala, światła, show w takim stylu…
Proszę porównać spotkania pani Kidawy-Błońskiej i to, co się wyrabiało na tym show z konfetti, żoną na czerwono, córką nie wiem w jakim kolorze. To było okropne, przypominało mi najgorsze spędy, jakie można sobie wyobrazić, z jakimiś autorytarnymi szefami państw.
Na to w jakim ona była stanie, kiedy wypowiadała te słowa, wskazuje najlepiej fragment z „żoną na czerwono, córką nie wiem w jakim kolorze”, ale ponieważ nie mamy tu odpowiednich umiejętności, by dokonywać analiz psychologicznych, pragnę zwrócić uwagę na fakt, że każdy – dosłownie każdy – kto miał okazję widzieć ową konwencję, a podziela niechęć Thun do Andrzeja Dudy i jego rodziny, będąc świadkiem takiego poziomu wściekłej bezradności, musi zareagować przynajmniej zniechęceniem. Owi prości ludzie, którzy życzą Dudzie śmierci w stukrotnych mękach, jedyną nadzieję na wsparcie widzą w takich ludziach jak Róża Thun właśnie i zapewne bardzo liczą, że to oni, swoim sprytem i inteligencją, znajdą sposób, by skutecznie zniszczyć wspólnego wroga i doprowadzą do ostatecznego zwycięstwa, a tymczasem otrzymują „córkę nie wiem w jakim kolorze” i wylewającą się z ust czarną ślinę. Ja wiem, że Lichocka, Klarenbach, Holecka, Gowin, Gliński i wielu wielu innych tak zwanych „naszych” mają swoje za uszami, jednak muszę przyznać, że gdyby którykolwiek z nich osiągnął ten poziom zidiocenia, ja już bym dawno machnął ręką na ten cyrk i się zwyczajnie z rozpaczy upił.


A wygląda na to, że metoda zastosowana przez posłankę Hohenzollern przyjęła się tam w znacznie szerszych kręgach. Oto, jak głosi plotka, obstawiana jako kandydat na szefa kampanii prezydenta Dudy Joanna Lichocka, po swoim żałosnym wybryku, została przez partyjną egzekutywę spuszczona na poziom zero – co swoją drogą może świadczyć, że owym środkowym palcem mógł kierować sam Dobry Bóg – szefową kampanii została Jolanta Turczynowicz-Kieryłło. Powiem szczerze, że dotychczas – podobnie z pewnością jak większość z nas – nie zwróciłem na ową damę uwagi na tyle, by choćby zarejestrować jej nazwisko. W rzeczy samej jest to ktoś, o czyim istnieniu zdecydowana większość wyborców jednych, drugich i trzecich, dotychczas nie miała bladego pojęcia. Tym bardziej już po paru dniach od czasu jak ona się pokazała publicznie i wypowiedziała zaledwie kilka słów, cała Polska jest pod wrażeniem jej urody oraz osobistego uroku. Osobiście nie przypominam sobie nikogo – od czasu publicznego debiutu samego Andrzeja Dudy – kto by robił wrażenie aż takiego politycznego odkrycia. A wszystko to na dodatek jeszcze przypieczętowane jest wiadomością, że owa Kieryłło od 15 lat prowadzi w Warszawie kancelarię po śmierci jednego z najwybitniejszych polskich adwokatów Tadeusza de Virion, kieruje fundacją jego imienia, prowadząc pro bono wiele spraw społecznych, że już jako dziecko dała się poznać jako szachowy mistrz kraju, posiada licencję pilota śmigłowców, i na końcu, choć nie na ostatku, jest córką Edwarda Turczynowicza, legendarnego pełnomocnika i obrońcy Jana Rulewskiego, Michała Bartoszcze, Mariusza Łabentowicza w tak zwanych „wydarzeniach marcowych” roku 1981, kiedy to oddziały milicji i SB brutalnie pobiły delegatów Związku, biorących udział w sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy. Krótko mówiąc, pojawia się ktoś o takim formacie i w tym momencie wszyscy opozycyjni politycy wspierani przez zaprzyjaźnione media rzucają się na nią z wściekłym atakiem, w którym powtarza się niezmiennie jedno – jakże merytorycznie mocne – słowo „skandal”.
A ja już tylko czekam aż kampania się rozkręci i poparcie Andrzejowi Dudzie zacznie błyskawicznie rosnąć i to wcale nie ze względu na jego polityczne i osobiste talenty, lecz dzięki temu nieprawdopodobnie celnemu wyborowi. I tym bardziej nie zdziwię się, kiedy za pięć lat to Tarczynowicz zostanie kolejnym Prezydentem RP, a ci biedni głupcy zostaną z przysłowiową ręką w nocniku.


środa, 19 lutego 2020

Jak jednym splunięciem rozwalić mur z betonu


      Plan miałem taki, by dziś zostawić ten blog w spokoju, no a już na pewno zadbać o to, by nie pojawiło się tu nazwisko ojca Adama Szustaka. No i kiedy wszystko szło w dobrym kierunku, żona mnie poinformowała, że na Twitterze wpadła na czyjś apel do pobożnych katolików, by któryś z nich zechciał wyjaśnić, dlaczego 10 maja w polskich kościołach będzie śpiewany psalm z Prawem i Sprawiedliwością w roli głównej, podczas gdy na całym świecie pobożni ludzie śpiewają coś zupełnie innego. I to mnie zainspirowało do tego, by jednak coś napisać i to w kwestii, która nie tylko od tygodnia mnie prześladuje, a mianowicie, czemu ludzie potrafią być tak zawzięci w swoich kompleksach, że od czasu do czasu wyłączają rozum –  just like that.
      Otóż przychodzi ktoś, jak się domyślam osoba na co dzień inteligentna i życiowo doświadczona, dowiaduje się od kogoś, że w dniu wyborów prezydenckich w polskich kościołach księża będą wielbić Prawo i Sprawiedliwość i ani jej przez myśl nie przejdzie, że to jest tak beznadziejny absurd, więc wypadałoby może zwyczajnie sprawdzić, czy rzeczywiście Episkopat zaordynował, by w niedzielę 10 maja porządek liturgiczny zmienić zgodnie z życzeniem Kota Prezesa. Woli więc ów zahukany człowiek kierować na Twitterze pytanie do nas, a przy okazji głupią plotkę do takich jak on, zamiast zwyczajnie wpisać sobie proste hasło w wyszukiwarkę i mieć jasność, że to nie Kościół przejął nazwę od PiS-u, ale PiS – tu akurat w osobie Ludwika Dorna – sprytnie przejął owo „prawo i sprawiedliwość” od Kościoła.
       Ale też nie o tę gnuśność chodzi tu najbardziej, lecz, jak już mówiłem, o ową wiarę, że jeśli kogoś lub czegoś nie lubimy, to każdy przyklejony do tego czegoś idiotyzm będziemy traktować z najwyższą powagą. Mamy więc oto tego nieszczęsnego Szustaka. Podczas wielodniowej dyskusji na jego temat na blogu Gabriela, pojawiło się tak wiele ciężkich absurdów, że normalnie starczyłoby chyba na cały boży rok. Przychodzi ktoś i informuje nas, że ojciec Szustak w swoim internetowym nauczaniu powiedział, że seks analny jest jak najbardziej w porządku, ktoś inny z kolei twierdzi, że ojciec Szustak naucza, że w porządku jest zdrada i nieuczciwość małżeńska, ktoś jeszcze inny, że zdaniem Szustaka w ogóle dobra jest nieczystość, po nim pojawiają się kolejni internauci i dostarczają dowody w postaci odpowiednich linków, że ksiądz Szustak powiedział iż należy się tatuować, a jeśli egzorcyści twierdzą inaczej, to jest to problem egzorcystów. Sam Gabriel w pewnym momencie uwierzył, że ojciec Szustak wystąpił w filmie „Kler”... . I tak dalej i tak dalej. Każdy przytomny człowiek wiedziałby, że żadne z powyższych nie mogło – zwyczajnie nie mogło – się wydarzyć, a mimo to powtarza te ploty nie dlatego, żeby wyrządzić komukolwiek krzywdę, ale z dobrego serca i w głębokim przekonaniu, że ratuje świat przed zepsuciem. Czemu tak? Najprościej byłoby powiedzieć, że przez to, że Szustak nie stąd ni zowąd zadeklarował się, że będzie głosował na tego satanistę Hołownię, a to przecież musi oznaczać, że wszystko zło, które o nim powiemy musi być prawdziwe, a nawet gdyby nie było, to przecież być mogło.
       I to w tym momencie kieruje mnie na szersze wody Internetu, a więc i wspomnianego Twittera. Każdy kto tam bywa, a choćby i od czasu do czasu, z pewnością miał okazję zauważyć wszystkie te memy, na których widzimy na przykład Julię Piterę i jej rzekomą opinię, że Polska powinna zrezygnować z własnego rządu i scedować swoje sprawy na Komisję Europejską oraz europejskie sądownictwo; możemy tam też zobaczyć jakąś Sylwię Spurek, która z kolei powie, że powinno się mordować małe dzieci, jeśli są dziećmi pobożnych rodziców; kto inny wrzuci zdjęcie powiedzmy Mariusza Kamińskiego z rzekomym cytatem, że pary popierające Koalicję Obywatelską powinny być sterylizowane; niedawno ogromną popularność na wspomnianym Twitterze zdobył tweet, w którym poinformowano masy, że premier Morawiecki zdecydował o wprowadzeniu Karty Wyborcy PiS, dzięki której której będzie można korzystać z wszelkich możliwych usług, no i oczywiście z tańszych zakupów. Ten ostatni idiotyzm był podawany dalej nawet przez pierwszoplanowych polityków Koalicji Obywatelskiej i nikt z nich nawet nie zadał sobie pytania, w jaki sposób oni planują sprawdzić, kto głosował na kogo i czy ktoś tu – jakiś czytelnik „Faktów i Mitów” –  nie spróbuje się wkraść w owo wybrane towarzystwo na waleta. A po co się zastanawiać nad tego typu rzeczami, skoro wiadomo, z kim mamy do czynienia? Przecież oni są źli, a skoro tak, to na pewno stać ich na wszystko; no a poza tym nic nie zaszkodzi, jeśli się im tam coś dodatkowego dokroi. W końcu i oni zasłużyli, no i zasłużyliśmy i my.
       Myślę o tym wszystkim i po raz kolejny dochodzę do smutnego przekonania, że to jest droga bez powrotu i nawet jeśli na końcu pojawi się ściana, to my, z naszą zapiekłością i przekonaniem o własnej nieskończonej przenikliwości, rozwalimy ją jednym splunięciem i pójdziemy dalej i dalej.
       Niedawno, również na Twitterze, pewna nauczycielka wrzuciła zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego podczas jednego z ostatnich wystąpień, tyle że w bardzo mocnym zbliżeniu, tak by udowodnić, że on miał zdekompletowany garnitur, a w dodatku spodnie były brudne. Powiem szczerze, że nawet mi się nie chciało temu zdjęciu przyglądać, natomiast biorę pod uwagę, że faktycznie spodnie i marynarka Jarosława Kaczyńskiego były nie od pary, no i że na spodniach była plama, a kto wie, czy nawet nie dwie. To co mnie natomiast tu interesuje najbardziej, to stan umysłu owej kobiety i bardzo mocne podejrzenie, że w sumie my tutaj nie jesteśmy bardzo inni od niej. A przed nami oczywiście ściana. Ciekawe co się stanie za chwilę.



wtorek, 18 lutego 2020

To Be Like Will


     Kiedy przez długie lata Czytelnicy zachęcali mnie bym wydał kolejną część „Listonosza”, tak by do tej części językowych refleksji dodać jeszcze coś nowego, niezmiennie powtarzałem, że ja naprawdę wszystko co miałem do powiedzenia na temat owych najbardziej interesujących kwestii związanych z językiem angielskim, powiedziałem w „Listonoszu” i nie przychodzi mi nic innego do głowy. Kiedy jednak pisałem książkę o Imperium, na marginesie tego, co stanowi jej podstawę, pomyślałem sobie o paru sprawach i, owszem, udało mi się ów wykład nieco poszerzyć. Proszę sobie jednak wyobrazić, że człowiek, nawet wtedy, gdy już uzna, że nic go interesującego nie spotka, wciąż się jednak uczy i oto wczoraj właśnie uświadomiłem sobie, że jest coś, co zdecydowanie uchodziło dotychczas mojej uwadze i to coś na tyle interesującego, że gdyby Coryllus uznał za stosowne wznowić tę książkę w wersji uzupełnionej, to z najwyższą radością dokleiłbym tam jeszcze jeden rozdział, dotyczący mianowicie wyłącznie jednego czasownika, a mianowicie modalnego operatora will.
      Pamiętam, że parokrotnie już miałem tu i ówdzie okazję zwrócić uwagę na fakt, że owo will, podobnie zresztą jak jego słaba forma would, jest praktycznie jedynym angielskim czasownikiem, który nie ma swojego odpowiednika, ani choćby i zamiennika, w języku polskim. Dobrze to widać choćby na przykładzie pięknej piosenki Beatlesów zatytułowanej „I Will”, którego to tytułu nie jesteśmy w stanie ani przetłumaczyć na język polski, ani nawet odpowiednio zrozumieć, ponieważ w tym stanie rzeczy, dla nas jest on pozbawiony jakiejkolwiek treści. Wiele razy zresztą byłem świadkiem sytuacji, kiedy uczniowie, pytani o to, co oznacza słówko will, jeśli tylko poczynimy zastrzeżenie, że nie chodzi nam o „testament”, czy o „wolę”, czy wreszcie o pospolity przymiotnik willing, oznaczający bycie chętnym, jak to ma miejsce w przypadku na przykład zdania I am willing to send a deposit, niemal wszyscy bez mrugnięcia okiem odpowiadali, że will oznacza „będę”.
      Za każdym razem bardzo mnie to intrygowało, ale składałem to na karb wspomnianego zmartwienia, że tak naprawdę to niekiedy jest jedyny w miarę sensowny sposób, by sobie  z całym tym will jakoś poradzić. Problem dopiero pojawiał się, kiedy zwracałem się z prośbą, by mi przetłumaczyć na język polski na przykład zdanie „Przyjadę jutro”, a uczniowie wpadali w stupor i albo drapali się bezradnie po głowie, albo sprytnie decydowali się na I can come tomorrow, co oczywiście nie oznaczało nic innego jak zaledwie to, że mogę przyjechać jutro, a nie że przyjadę. Ewentualnie, jeśli ktoś był bardziej dociekliwy, wybierał rozwiązanie jeszcze gorsze i wyskakiwał z czymś w rodzaju I will be come tomorrow. No ale proszę spojrzeć, do jak przedziwnych sytuacji dochodziło, kiedy na tapecie pojawiało się zdanie „Będę wiedział”, względnie „Będę miał”. Dobrze by oczywiście było, gdyby, sądząc, że will oznacza „będę”, uczeń – niechcąco, ale jak najbardziej poprawnie – przekładał owo zdanie na I will know, czy I will have. No ale co zrobić z kimś, kto już zdążył sobie wbić do głowy, że will wcale nie oznacza „będę”, bo „będę” po angielsku brzmi I will be, i znów, kompletnie bez sensu, budował zdanie I will be have, względnie I will be know, no bo myśląc logicznie, skoro I will nie oznacza „będę”, natomiast „będę” po angielsku brzmi I will be, to chyba czymś zupełnie naturalnym jest powiedzieć I will be know all about it tomorrow, prawda?
      Na czym zatem polega pułapka i gdzie ona leży? Otóż – i ja to sobie ledwie co wczoraj uświadomiłem – musimy zrozumieć, że polski czasownik „będę”, „będziesz”, „będzie”, „będziemy”, „będą” pełni dwie – a kto wie, czy nawet nie trzy – niezależne funkcje. Pierwsza z nich to ta podstawowa, a więc forma przyszła od bezokolicznika „być”, jak to się dzieje choćby w zdaniu „Będę w domu po północy”, czy „Będę jasny i gotowy”, druga to coś właśnie na wzór angielskiego modalnego operatora will, jak we wspomnianym wcześniej zdaniu zdaniu „Będę wiedział”, ale również, jak sądzę, owo „będę”, które występuje w tak zwanym trybie niedokonanym, w języku angielskim częściowo reprezentowanym przez „czas” Future Continuous, a w języku polskim realizuje się na przykład w zdaniach takich jak „Będę czekał”, czy „Będę spał” – po angielsku I will be waiting i I will be sleeping.
     No ale bardziej dociekliwy uczeń znów tu wpadnie w kolejną pułapkę. No bo skoro można powiedzieć I will be waiting, to z jakiej racji nie wolno nam mówić I will be know? W końcu skoro jedno z nich tłumaczymy „Będę czekał”, drugie „Będę wiedział”, to jaka to na dobrą sprawę różnica? Proszę więc bardzo, mój drogi, skoro tak ci na tym zależy, to nie ma problemu, tyle że wal już śmiało i konsekwentnie: I will be knowing, ewentualnie I will be remembering, a nie I will be remember. Nie da się? No właśnie. Ciekawe dlaczego?
     I tu znów musimy wrócić do samego początku, czyli owego niezwykłego modalnego czasownika will i do tej jednej i podstawowej informacji, że will nie ma jakiegokolwiek odpowiednika w języku polskim, a nie jest nim nawet owo „będę” w zdaniu „Będę wiedział”. Owszem tak nawet nam to dobrze brzmi, ale polskie „będę” i angielskie will to dwie kompletnie różne rzeczy, dlatego też czy chcemy powiedzieć „Zostanę na noc”, czy „Będę pamiętał”, to tak czy inaczej będziemy mieli I will stay overnight i I will remember. I o żadnym be mowy tu być nie może. Co innego oczywiście gdy chcemy powiedzieć „Będę na ciebie czekał pod zegarem” i wtedy powiemy I will be waiting for you under the clock, z tą różnicą, że tu polskie „będę” nie jest tym samym „będę”, które widzimy w przypadku zdania „Będę wiedział” i które, jeśli się tak naprawdę mocno uprzemy, możemy użyć do bardzo ryzykownej i zdecydowanie odradzanej konstrukcji „Będę czekający na ciebie pod zegarem”...
      No ale tu już może się zamknę, bo ktoś mi zarzuci, że postępuję bardzo nie jak porządny nauczyciel i w dodatku mieszam w głowach. A ja, co mam robić? To w końcu nie ja wymyśliłem modalny posiłkowy czasownik will , tak zwany operator czasu przyszłego. I cieszmy się, że nie przechodzę w tym momencie do czasownika would, bo jak nam nagle wyskoczy zdanie „Co by to było?”, to zwyczajnie oszalejemy.



poniedziałek, 17 lutego 2020

Jak oszaleć na widok zielonej cebulki


Ponieważ temat ojca Adama Szustaka po raz kolejny wywołał nadzwyczaj dramatyczne spory – nie tu akurat, ale choćby na blogu Coryllusa – i nie widzę żadnego sposobu, by prowadzić tę debatę dalej i jednocześnie przedstawiać nowe argumenty, chciałbym tylko przypomnieć, że w grudniu 2016 roku, na swoim blogu jeszcze w Salonie 24, wspomniany Coryllus zamieścił tekst , w którym opisał występną działalność jakiegoś Grzegorczyka, a tekst ów został przez czytelników natychmiast strollowany w stronę dyskusji na temat – tak, tak – ojca Szustaka.
Ponieważ to co się tam działo, wzburzyło mnie niezmiernie, najpierw w ową debatę się zaangażowałem, a następnie, w poczuciu całkowitej bezradności, poświęciłem „sprawie Szustaka” osobny tekst na swoim blogu. Ponieważ, jak pisał stary Marx, historia wraca w postaci żartu, nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać się pionu i jeszcze raz tu wrzucić ów stary tekst. I powtarzam po raz kolejny, ojciec Szustak nie jest moim księdzem, mam innych i znacznie bardziej mi bliskich, poza tym nigdy nie przyszło mi do głowy, by oszczędzać kogokolwiek wobec jego bezeceństw, tylko dlatego, że jest księdzem. Uważam natomiast, że jeśli już postanowiliśmy się na Szustaka rzucić, róbmy to bez ograniczeń, jednak przy tym celujmy prosto w skroń, a nie w wymyślone przez nas fantomy.

      Pojawił się nam w minioną niedzielę na blogu Coryllusa temat ojca dominikanina Adama Szustaka i pewnie, gdyby nie to, że w pewnym momencie udało mi się włączyć w wymianę komentarzy, Szustak zostałby przez pobożną stronę Internetu rozwałkowany na czysto i przerobiony na niedzielny rosół. O co poszło? Niestety o to co zawsze, szczególnie ostatnio, gdy część z nas, prowokowana kolejnymi wypowiedziami papieża Franciszka, za swój podstawowy obowiązek uznała walkę o czystość Doktryny i tylko patrzy, gdzie by tu można było wytropić jakiegoś kolejnego niewiernego. A o to mianowicie, że o. Szustak to wilk w owczej skórze, który na zamówienie światowego protestantyzmu gorszy nam młodzież. Dyskusja, jaką swoim wejściem sprowokowałem, była długa i, tak jak to często bywa, gdy nikt nikogo nie słucha, tylko w kółko powtarza to co już wie, kompletnie bezużyteczna. Oburzeni na Szustaka katolicy podsyłali mi kolejne linki z jego rekolekcjami, aby mi pokazać, jaka to z Szustaka bestia, ja ich uważnie wysłuchiwałem, zachwycony wracałem i potwierdzałem, że Szustak jest bez zarzutu, na co podnosił się nowy zgiełk, a  z nim nowe wystąpienia, których ja znowu wysłuchiwałem, z tym samym co poprzednio efektem i jeśli z jakąś różnicą w ocenie, to wyłącznie na korzyść Szustaka.
      Ja nie mam ani zamiaru, ani ochoty, by tu wchodzić w ponowną dyskusję na temat racji, czy ewentualnych herezji o. Szustaka, z tego przede wszystkim powodu, że moim zdaniem każdy z nas, kto zechce z otwartym sercem i odpowiednią uwagą wsłuchać się w jego słowa, czy to dotyczące kwestii zbawienia, małżeństwa, samotności, seksu, czy wreszcie tatuaży i diabła, musi sam dojść do tego przynajmniej wniosku, że to co Szustak mówi, w najmniejszym stopniu nie stanowi doktrynalnej rewolucji. Tak naprawdę, nie stanowi żadnej rewolucji, natomiast, owszem, podane jest z takim talentem i takim wyczuciem, że niech mu ich zazdrości większość księży.
     Nie będę więc się tu popisywał za niego i dyskutował z ludźmi, którzy tak naprawdę nie chcą nawet wiedzieć, co jest tematem rozmowy, natomiast spróbuję zwrócić uwagę na to, co jest przekleństwem wielu z nas i o czym też parę razy wspominał sam Szustak, a mianowicie o dramatycznym po naszej stronie braku umiejętności słuchania i refleksji. Wygłosił o. Szustak swoją naukę na temat zbawienia, a ponieważ on jest w znacznej części kaznodzieją internetowym, natychmiast został zasypany takimi czy innymi zarzutami ze strony internautów właśnie. W odpowiedzi na nie, wystąpił ponownie, oświadczył, że prawie wszystkie z tysięcy przeróżnych pretensji, jakie zostały do niego skierowane, nie dotyczyły tego, co on powiedział, ale tego, co chciano usłyszeć, no a następnie zaczął wyliczać: „Nie powiedziałem, że wszyscy zostaną zbawieni, nie powiedziałem, że poza Jezusem istnieje jakiekolwiek zbawienie, nie powiedziałem, że nie ma znaczenia, czy się jest w Kościele, czy nie, nie powiedziałem, że nie trzeba głosić Jezusa i wzywać do nawrócenia, nie powiedziałem, że nie trzeba przestrzegać ludzi przed piekłem, nie powiedziałem też, że nie ma piekła, nie powiedziałem, że nie trzeba się bać i można żyć, jak się chce”.  Jednocześnie przyznał się o. Szustak to jednej omyłki, kiedy to wszystkich ludzi dobrej woli zamieszkujących Ziemię nazwał „członkami Kościoła”, podczas gdy precyzyjniej byłoby określić ich „Bożymi Dziećmi”. I co na to internauci? To co zawsze: „O! Wycofał się. Przynajmniej częściowo. Niech się stara dalej”.
     Powtórzę. Bardzo uważnie wysłuchałem wszystkich wystąpień o. Szustaka i  potwierdzam, że on rzeczywiście w żadnym z nich nie powiedział tego, co mu się zarzuca. Ani nie zachęcał do wyuzdanego seksu, ani nie mówił, że tatuaże są dobre, nie mówił, że piekła nie ma, nie mówił, że egzorcyści są zbędni. To wszystko stanowiło wyłącznie wymysł gnuśnych umysłów i nic więcej.
       Otóż to – gnuśne umysły. Jeśli piekło faktycznie istnieje, to jestem pewien, że one będą stanowić jeden z głównych argumentów dla Pana Boga, żeby nas tam wsadzić. W pewnym momencie owej niedzielnej dyskusji komentator Unukalhai, w końcu uchodzący tu w sieci za osobę jedną z bardziej przytomnych, komentując, jak mu się najwidoczniej zdawało, słowa o. Szustaka, napisał co następuje: „To czysta herezja, iż każdy BĘDZIE zbawiony. Zbawienie jest bowiem nagrodą za życie zgodne z Dekalogiem. Jak wiadomo w każdych zawodach nagrodę otrzymują tylko nieliczni”, czym w mojej opinii obsunął się do pozycji prezentowanej przez Świadków Jehowy, głoszących zbawienie dla wybranych 144 tysięcy.
      Ów rodzaj owej głupiej, moralnej zawziętości – tak dobrze znany i nam choćby i przy okazji niedawnej dyskusji na temat romansów Roalda Dahla – prezentowany we wspomnianej dyskusji wcale nie tylko przez Unukalhai i nawet nie najbardziej przez niego, przypomniał mi niedawny program w TVP Info pod tytułem „Studio Polska”, gdzie Maciej Pawlicki z Katarzyną Matuszewską regularnie każą się kłócić bandzie przypadkowo skojarzonych ze sobą tak zwanych „zwykłych ludzi” z osobami w ten czy inny sposób publicznymi. Sam program oczywiście jest pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia i jakikolwiek udział w nim stanowi oczywistą stratę czasu, to co natomiast zastanawia, to to, że tam – przez to właśnie, że pomysł programu opiera się w części na oddaniu głosu prostemu wariactwu –  bardzo niebezpiecznie powraca atmosfera, jaką coraz częściej znajdujemy w Internecie. Patrzymy więc na zagoniony do telewizyjnego studia tłum, a tam, wśród zwykłej Bogu ducha winnej publiczność, której zadaniem jest jedynie bić brawo w odpowiednich momentach, siedzą jakieś freaki, przy których Adam Słomka w czapce Związku Strzeleckiego, czy właśnie na okoliczność występu w programie wypuszczony z więzienia na przepustkę Zygmunt Miernik, wyglądają jak dziennikarze telewizji Sky News, a wszyscy są nakręceni, jak nie przymierzając – tak, tak –  uczestnicy bezmyślnego kompletnie kamienowania ojca Szustaka. I to jest myśl, która mi tu ostatnio coraz częściej towarzyszy, że gdybyśmy nagle tu w Internecie dostali możliwość ujrzenia naszych twarzy, poznania naszych imion, gdybyśmy nagle zostali obdarci z tej okropnej anonimowości, mogłoby być równie ciekawie, jak w przypadku programu „Studio Polska”.
      Nam więc właśnie chciałbym zadedykować pewną przywoływaną tu już raz opowiastkę. Była sobie mianowicie kiedyś kobieta wyjątkowo zła i podła, która w całym swoim życiu nie zrobiła jednej dobrej rzeczy, i która, kiedy zmarła poszła naturalnie prosto do piekła. No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy ona już tam przez jakiś czas cierpiała, Pan Bóg nagle sobie przypomniał, że pewnego dnia, raz w życiu, ona właśnie wracając z targu zobaczyła jakieś biedne dziecko i dała mu zieloną cebulkę, i za ten jeden dobry gest postanowił ją z piekła wyciągnąć. Wysłał więc nad tę otchłań swoje anioły, które spuściły do owej kobiety tę samą zieloną cebulkę i powiedziały jej, że w niej było tyle miłości, że wystarczy, że ona się jej złapie i zostanie zbawiona. Czepiła się więc kobieta cebuli, a aniołowie zaczęli ja z piekła wyciągać. W tym momencie jednak inni też postanowili się cebuli złapać, licząc na to, że i im się uda w ten sposób wyjść z piekła. Kobieta jednak, zła, jak wiemy, jak jasna cholera, zaczęła ich zrzucać ze swojej cebuli. Oni czepiali się jej nóg i rąk, ta ich kopała i mimo że sami aniołowie prosili wszystkich, by się opamiętali i spokojnie wisieli na tej cebuli, w której miało być tyle miłości, by starczyć dla wszystkich, wywiązała się straszna bitwa i ostatecznie wszyscy pospadali w ten ogień, oczywiście razem z cebulą.
       I to już jest koniec tej historii i całej notki. Bardzo bym chciał, żeby jednak dotarło, bo inaczej już niedługo, kiedy na Krakowskim Przedmieściu co miesiąc będzie demonstrowało 60 różnych grup, my się doskonale zgubimy w tym tłumie i, jak u Orwella, nikt już nie będzie wiedział, kto świnia, a kto człowiek.






niedziela, 16 lutego 2020

O księżach, którzy potrafią się fajnie mylić i jeszcze fajniej przepraszać


        Zanim w ogóle przejdę do rzeczy, muszę oświadczyć, że o ojcu Adamie Szustaku piszę dziś nadzwyczaj niechętnie. Przede wszystkim, gdy chodzi o jego dotychczasową działalność stricte duszpasterską, po pierwsze nie mam zastrzeżeń, a poza tym, konkretnie na jej temat wypowiedziałem się już jakiś czas temu i uważam, że to zupełnie wystarczy. Po drugie, jeśli miałem co do niego jakieś wątpliwości, to swego czasu zainspirował mnie tu odpowiednio nasz duszpasterz, ksiądz Krakowiak, tłumacząc mi, że jest czymś kompletnie niezrozumiałym, że uwzględniając fakt, jak to się swego czasu ojciec Szustak prowadzał, władze kościelne pozwoliły ojcu Szustakowi działać w ramach Kościoła, i wydaje mi się, że o tym też już tu wspominałem. W kwestii natomiast jego ostatniego wystąpienia, kiedy to najpierw ogłosił, że w majowych wyborach prezydenckich będzie głosował na Szymona Hołownię, by już chwilę potem przeprosić za ową niefortunną agitację, powstała sytuacja tak jednoznacznie zawstydzająca, że ten blog mógłby nie znieść choćby jednego słowa skierowanego w ten dół, a tego nikt z nas chyba by nie chciał.
       Jeśli jednak mimo tego wszystkiego, uznałem za stosowne po raz kolejny uczynić z ojca Szustaka bohatera tego bloga, to wyłącznie z tego powodu, że część czytelników mogłaby mieć w stosunku do mnie pretensje, że jako znanemu dotychczas obrońcy jego kaznodziejskiej działalności, w sytuacji owej ostatecznej kompromitacji, nie wypada mi siedzieć cicho, ale, wręcz przeciwnie, powinienem się najpierw wytłumaczyć, a potem najlepiej jeszcze posypać głowę popiołem. Cicho więc nie będę, choć nie jestem pewien, czy dla powszechnej satysfakcji. W dalszym ciągu bowiem podtrzymuję, że przede wszystkim w tej części nauk głoszonych przez ojca Szustaka, która jest mi znana, nie ma nic zdrożnego, a wręcz przeciwnie to co on robi, jeżdząc po świecie i kręcąc te swoje filmy, jest z pożytkiem dla Kościoła. I nie sądzę, by to się miało zmienić. Natomiast, owszem, numer który on właśnie odstawił, wyrażając w tak otwartej i jednoznacznej formie poparcie dla kandydatury Hołowni, woła o pomstę do nieba. Mało tego, sposób, w jaki on to zrobił, najpierw przyznając, że nie brał udziału w żadnych dotychczasowych wyborach, a więc nie głosował ani na Jana Olszewskiego, ani na Lecha Kaczyńskiego, ani na Jarosława Kaczyńskiego, ani wreszcie ostatnio na Andrzeja Dudę, i dopiero dziś za nadzieję dla Polski i, jak rozumiem, również Kościoła, uznał prezydenturę Szymona Hołowni, skreśla go całkowicie, a tym samym unieważnia całą jego dotychczasową działalność, każac nam podejrzewać, że może on nigdy nie mówił z głowy, ale, podobnie jak przedstawiony tu niedawno Radosław Kotarski – czytał z promptera i nie głosił Słowa Bożego, ale uprawiał zwykły coaching.
        Ale to nie wszystko. Kiedy ojciec Szustak oświadczył, że będzie głosował na „Szymona”, w sposób bardzo elokwentny przekazał swoim fanom, że jeśli którykolwiek z nich ma mu coś w tej sprawie do powiedzenia, to niech się zamknie, bo przede wszystkim, kogo on popiera, to jego prywatna sprawa i obywatelskie prawo, a poza tym on nikogo do niczego nie namawia, tylko tak sobie gada. I to – choć wydawałoby się, że już nic go bardziej pogrążyć nie zdoła – okazało się jeszcze jednym gwoździem do tej trumny. Ów święty mąż ma przed sobą, z tego co nam wiadomo, setki tysięcy młodych ludzi, zapatrzonych w niego, jak w święty obrazek, często ludzi, którzy podobnie jak on na wybory nie chodzą, bo ich to ani nie interesuje, ani się na tej całej polityce nie znają, ogłasza im, że przynajmniej dla niego nadszedł czas, by się zaangażować, że ów czas nazywa się „Szymon Hołownia” i niech się wszyscy od niego odpieprzą, bo on do niczego nie namawia, tylko tak sobie pod nosem mruczy. Przepraszam bardzo, ale nawet jeśli Diabeł nie istnieje, to uważam, że tu akurat kręci się przynajmniej jego ogon.
        No i teraz z tego wszystkiego najlepsze. Nie wiem, co się stało, że ojciec Szustak walnął się dość szybko w niesławną czaszkę. Czy mu zwrócili uwagę przełożeni, czy odezwała się któraś z jego byłych, lub aktualnych kochanek i mu powiedziała, żeby się opamiętał, bo będą problemy, czy zareagował sam sztab Hołowni, czy może po prostu normalnie wytrzeźwiał, faktem jest, że już na drugi dzień ukazało się oświadczenie, które tu przedstawię w formie, jaka została przedstawiona w mediach:
„Wiem i tak niektórzy powiedzą: mleko się rozlało, powiedziałeś, co powiedziałeś. Tak, tylko krowa się nie myli. Popełniłem błąd. Nie powinienem wyrażać publicznie jako ksiądz, jako reprezentant Kościoła katolickiego, swoich preferencji politycznych, które są, jakie są. Mogę o nich dyskutować w prywatnych rozmowach bardzo chętnie, ale nie powinienem tego robić publicznie, i tutaj popełniłem błąd, za który bardzo przepraszam.
Dziękuję tym, którzy potrafili się do mnie odezwać z szacunkiem, z miłością, żeby mi po prostu przekazać: ‘nie przemyślałeś tego’. Taka prawda, nie przemyślałem. Popełniam błędy jak każdy inny człowiek. Mam nadzieję, że ci, którzy mają dobrą wolę zrozumieją, co próbuję powiedzieć. Bardzo przepraszam, że upolityczniłem kanał 'Langusty…'. Zamierzam dotrzymać obietnicy, którą złożyłem jakiś czas temu, że tak nie będzie. Udało się przez 3 tysiące odcinków, więc mam nadzieję, że tak będzie znowu.
To jest fajne, że jesteśmy omylni, i to jest fajne, że mamy ludzi, którzy kochają i którzy potrafią zwracać uwagę w dobry i mądry sposób, okazując miłość. To jest piękno Kościoła”.
      Tu akurat aż mnie korci, by zauważyć, że tu nie ma mowy o jakichkolwiek preferencjach politycznych, ponieważ Szymon Hołownia to nie jest wybór polityczny, lecz czysto estetyczny, a w związku z tym, do zdania „To jest piękno Kościoła”, bardzo by pasowało, by Szustak dodał jeszcze jedno: „I to jest piękno Szymona Hołowni”, no ale postanowiłem, że będę się ograniczał, więc oświadczam, że się z tym swoim szyderstwem pomyliłem, a jest oczywiście strasznie fajne, że jesteśmy omylni, no i zakończę te refleksję już bardziej elegancko. Otóż wspomniałem tu księdza Krakowiaka, człowieka, który pojawił się na tym blogu niemal na samym początku i ogłosił się jego duszpasterzem. Dziś ksiądz Krakowiak już nie komentuje, ale był czas, kiedy to robił regularnie i stanowił tego miejsca autentyczną ozdobę. Był czas – podkreślę to bardzo mocno – kiedy jego komentarze, a często i osobne teksty, które tu z prawdziwą satysfakcja i dumą zamieszczałem, tworzyły jakość wręcz nadzwyczajną. Ponieważ jednak codzienna praca duszpasterska w parafii zaabsorbowała księdza Krakowiaka tak, że poza snem na nic już nie miał za bardzo czasu, komentarze, a tym bardziej osobne refleksje, stopniowo przeszły do historii, a ja mam już tylko nadzieję, że może nie na zawsze. Chciałbym jednak opowiedzieć o czymś innym. Otóż któregoś dnia, w tamtych pięknych czasach, doszło do tego, że spotkałem się z księdzem Krakowiakiem i ze wstydem przyznaję, że kiedy jechałem z tą wizytą, byłem pewien, że ujrzę kogoś, kto będzie wyglądał i gadał w równie spektakularny sposób, jak nie przymierzając, ojciec Szustak. Potem zresztą nasi wspólni znajomi z bloga pytali mnie: „No i co? Mów, jak on wygląda? Jaki on jest?” A ja odpowiadałem niezmiennie: „W ogóle nie tak, jak byśmy sobie życzyli. On wygląda, jak ty, czy ja, i to jeszcze w najlepszym wypadku”.
       Mam już zatem na sam koniec dwie kwestie już tylko do księdza Krakowiaka – znanego niektórym z nas jako Don Paddington. Przede wszystkim chciałem przeprosić za to, że mówię to księdzu dopiero dziś, ale do ojca Szustaka Ksiądz nie ma, i nigdy nie będzie miał tak zwanego startu. Krótko mówiąc, jest Ksiądz do niczego. Poza tym chciałem prosić o poradę duszpasterską: czy to możliwe co powiedział pewien bardzo mądry duszpasterz, że ksiądz, którego parafianie kochają, jest bardzo często wysłany przez samego Szatana?


sobota, 15 lutego 2020

Czy Zjednoczona Opozycja w drugiej rundzie wyborów prezydenckich wystawi psa?


Dziś proponuję swój kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Powinno byc w sam raz.

      Jak wiemy, nie ma ostatnio dnia, kiedy jeżdżąc po Polsce ze swoją kampanią, Małgorzata Kidawa-Błońska wypowiada kwestie, które na skali kompromitacji przesuwają ją systematycznie i coraz głębiej poza jej granice. Kiedy piszę te słowa, pojawiły się dwie kolejne wesołe wypowiedzi owej kobiety. Pierwsza, że Polska może wystąpić z Unii Europejskiej na mocy zwykłej sejmowej ustawy, druga natomiast, że program 500+ nie poprawił finansowej pozycji polskich rodzin. A trzeba nam wiedzieć, że to nie była tylko taka wiecowa gadka. W wypadku Błońskiej mamy do czynienia z nową jakością, gdzie owa teza otrzymała uzasadnienie logiczne. Posłuchajmy:
      Te 500+ poszło do portfela i ta osoba zobaczyła te pieniądze u siebie w ręku i to była ta różnica, bo jakość życia z tego powodu specjalnie się nie poprawiła”.
      Jeśli któryś z Czytelników powie, że to zbyt trudne, obiecuję, że wszystko gra jak trzeba. Osobiście jestem pewien, że sama Kidawa też tego co powiedziała do dziś nie rozumie, to jednak nie jest nasz problem. Problem realny jest taki, że, co widać bardzo wyraźnie choćby w sondażach, społeczne poparcie dla Małgorzaty Kidawy-Błońskiej wobec nadchodzących wyborów, jeśli w ogóle spada, to bardzo nieznacznie. Co gorsza, nawet jeśli machniemy ręką na sondaże i zdamy sie wyłącznie na to co słyszymy wokół siebie, to reakcja tłumu pozostaje niemal taka sama. Kidawa-Błońska jest przez wielu traktowana jako solidna polityczna propozycja, a już zwłaszcza na tle kogoś tak rzekomo skompromitowanego, jak Andrzej Duda.
      I to jest zagadka, którą zadręczamy się dziś niemal wszyscy, nieustannie zadając sobie pytanie, co by musiało się stać, żeby ludzie, którzy z różnych powodów nie znoszą prezydenta Dudy, uznali że sytuacja, w jakiej zostali postawieni przez swoją kandydatkę, zwyczajnie wiąże im ręce? Otóż mam bardzo silne przekonanie, że – jeśli wolno mi pociągnąć nieco dalej niesławny greps – nawet jeśli Kidawa-Błońska, jadąc po pijanemu samochodem zabije na przejściu dla pieszych zakonnicę w ciąży, poparcie dla niej nawet nie drgnie. Dlaczego? Dlatego, że ów rodzaj z idiocenia sprawdza się od dawna, a po raz pierwszy został opisany pod koniec XIX wieku na głębokim amerykańskim Południu, kiedy to miejscowi Demokraci darzyli Republikanów taką nienawiścią, że byli gotowi zagłosować nawet na, jak mówiono, zbłąkanego „żółtego psa”, byle by nie zdradzić swojej nienawiści. Doszło do tego, że podczas prezydenckiego starcia między Demokratą Alem Smithem i Republikaninem Herbertem Hooverem, mimo faktu, że Smith był znanym liberałem i w dodatku gorliwym katolikiem, których amerykańskie Południe tępiło jak zarazę, większość Południa zagłosowało na Smitha właśnie i nie było ani ludzkiej ani boskiej siły, która by ich od tego odwiodła.
      Od tego też czasu o demokratycznych wyborcach w Stanach Zjednoczonych mówi się, że to są wyborcy Partii Żółtego Psa. A ja się tylko zastanawiam, czy to nie jest już ogólnoświatowa pandemia.  



piątek, 14 lutego 2020

O strasznych skutkach tego, że małego Radka nie przyjęto do drużyny koszykarskiej


       Powiem zupełnie uczciwie, że gdyby nie Coryllus i jego blog, o istnieniu człowieka nazwiskiem Radosław Kotarski być może nie dowiedziałbym się nigdy. Czy to świadczy o moim nieoczytaniu, czy wręcz o oderwaniu od rzeczywistości, tego nie wiem, ale biorę pod uwagę, że ta możliwość jest równie mocna, jak i ta druga, że mianowicie Koterski to w gruncie rzeczy nikt. Stało się jednak tak, że najpierw o Kotarskim usłyszał Coryllus, a po nim ja, no i muszę przyznać, że wiedzę tę sobie jednak cenię, choćby przez to, że mam temat do kolejnej notki. W czym rzecz? Otóż, jak informuje Wikipedia, ów Kotarski to „polski dziennikarz, przedsiębiorca, milioner, twórca kanału Polimaty w serwisie YouTube, w którym prezentuje treści edukacyjne, prowadzący i reżyser programu Podróże z historią tworzonego dla TVP2 i współzałożyciel sieci partnerskiej LifeTube”, a ja na to wszystko od razu przede wszystkim przypominam sobie owego „prywatnie melomana”, o którym tu niedawno pisałem, i podobnie jak w tamtym przypadku, zastanawiam się, czy Kotarskiemu tego „milionera” tam wrzucono na złość, czy może on jest tak głupi, że sam uznał za stosowne się nam w ten sposób przedstawić: „polski dziennikarz, przedsiębiorca, milioner”. Z drugiej strony, kiedy czytam dokładniej, czym się ten ciekawy człowiek zajmuje, myślę sobie, że może on faktycznie, poza dziennikarstwem i przedsiębiorczością, zajmuje również byciem milionerem, a zatem wtedy bym musiał uznać, że owa informacja jest jak najbardziej istotna. I ja dziś własnie o tym, czyli o byciu z zawodu milionerem.
      Jak czytam i u Coryllusa, ale też po okolicach, Radosław Kotarski to w pierwszej kolejności syn Jerzego Kotarskiego „byłego współwłaściciela grupy Vinsar, członka zarządu Organizacji Pracodawców Ziemi Lubuskiej, nowego prezesa Grono SSA, spółki zarządzającej koszykarską drużyną Stelmet Enea BC Zielona Góra”, co już samo w sobie mogłoby świadczyć o tym, że wspomniany „milioner” to w istocie rzeczy zawód, a nie informacja dotycząca społecznego statusu młodego Kotarskiego. No ale przyjrzyjmy się reszcie wyżej przedstawionej prezentacji, a więc dziennikarstwu, przedsiębiorczości, no i tej całej reszcie, która może oznaczać wszystko, ale równie dobrze i nic. Otóż, jak się dowiadujemy, w momencie gdy Kotarski – zwróćmy uwagę na to, że dziś osoba ledwie 34-letnia – postanowił stanąć na własnych nogach, uznał że najlepiej mu to wyjdzie jeśli przede wszystkim zaprezentuje się jak milioner właśnie, a następnie wejdzie w swego rodzaju coaching, gdzie będzie doradzał wszystkim chętnym, jak powinni żyć, by idąc za jego przykładem, najpierw odnaleźli w sobie potrzebne intelektualne bogactwa, a następnie, już przy pomocy owych bogactw, przebijali kolejne sufity. Czego zatem Kotarski uczy? Otóż uczy wszystkiego. Wystarczy przejrzeć zaledwie kilka tytułów jego internetowych pogadanek, by zobaczyć, że on wie wszystko o wszystkim: o piramidach, o życiu na morzu, o zdrowym jedzeniu, o błędach językowych, o śmierci Mony Lisy, o tym jak być śmiesznym, jak się robi kawę, co widzimy na jednodolarówce, o tym jak dożyć stu lat, o średniowieczu... to są grube dziesiątki pogadanek, z których wszystkie łączy jeden przekaz: „Chciałbyś wiedzieć, jak to się stało, że jestem taki ładny, mądry, elokwentny i bogaty? To jest naprawdę bardzo proste. Powiem Ci, tylko proszę, nie odchodź”. No i wreszcie, po tych wszystkich latach, a ich, z tego co widzę, minęło niemało, okazuje się, że nie pozostaje nam nic innego, jak kupić książkę Kotarskiego „Włam się do mózgu”, gdzie on w przystępny bardzo sposób wyjaśnia, jak stać się równie mądrym jak on.
       Nie obejrzałem w całości ani jednej pogadanki Kotarskiego, nawet nie miałem w ręku którejkolwiek z jego dwóch książek, natomiast mam przede wszystkim coś, co się nazywa intuicją oraz doświadczeniem, i wystarczy mi spojrzeć w oczy tego, kto przede mną stoi, i przyjrzeć się sposobowi, w jaki on się nosi, by wiedzieć o nim wszystko. W tej sytuacji naprawdę nic w mojej opinii na temat Kotarskiego nie zmieni nawet podany przez Coryllusa fakt, że ów Kotarski zna rzekomo sposób na to, by nauczyć się w pół roku języka szwedzkiego. Nawet bowiem gdyby Kotarski w swojej książce o włamywaniu się do mózgu przedstawił metodę nauczenia się pięciu języków z angielskim na czele w pięć tygodni, to ja i bez tego bym wiedział, że to jest trzeciej klasy oszust, który poza pieniędzmi swojego ojca i wyszczekaniem nie ma nic. Bo nawet ów pomysł na życie nie jest jego, ale został bezczelnie wyjęty z telewizyjnych reklam, w których ludzie po zażyciu tabletki stają się nagle piękni, zdrowi i szczęśliwi, albo – co jeszcze bardziej prawdopodobne – Koterski podpatrzył zachowanie swojego psychiatry i uznał, że to jest to, co on by też potrafił.
       I to, a nie wbrew pozorom Kotarski, jest przyczyną dla której powstaje ten tekst. Otóż uważam, że czasy mamy takie , że jedynym pewnym towarem, poza oślepiającym światłem galerii handlowych, jest dziś obietnica spełnienia wszystkich naszych aspiracji, wśród których oczywiście na pierwszym miejscu są pieniądze, potem zdrowie, a na końcu to coś, co pomoże nam uwierzyć, że nie jesteśmy gorsi od tych, od których w naszym przekonaniu gorsi jak najbardziej jesteśmy. I tu pojawiają się owi hochsztaplerzy, tacy jak Kotarski właśnie, który nas zapewniają, że przy pomocy łomu, którego oni nam dostarczą, wystarczy się włamać do naszego mózgu i tam już znajdziemy wszystkie odpowiednie kluczyki.
        I to jest, w mojej opinii, jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie przyniosły nam nowe czasy, a mówiąc „nowe”, rozumiem czasy zbudowane na PRL-owskich ruinach. Co by bowiem nie powiedzieć o komunie, to wówczas szczytem naszych aspiracji, był ów kokosowy orzech, który wypadł Rizzo z okna, a pomijając ten szczegół, szanowaliśmy się jak jasna cholera i nie było takiej siły, która by nam była w stanie wmówić, że jesteśmy gorsi od reszty. Były to czasy, w których ktoś taki jak Kotarski nie miałby racji bytu, bo w momencie gdyby on do nas przyszedł i zaproponował, byśmy się włamali do własnego mózgu, uznalibyśmy go za jakiegoś taniego esbeka i powiedzieli mu – zgodnie z instrukcją mojej śp. Cioci – że nas akurat boli głowa i nie rozumiemy, co on do nas mówi. Dziś jest już niestety zupełnie inaczej i wobec metod wszelkiego rodzaju czarowników stoimy kompletnie bezradni.
      Ostatnio w telewizji pokazywana jest reklama, która w sposób naprawdę profesjonalny i, jak sądzę, nie za małe pieniądze, przedstawia nam przyciemnione pomieszczenie, gdzie przy stole siedzi kilku klasycznych, takich bardziej w typie „Chłopców z ferajny” gangsterów, którzy przyciszonymi głosami informują się nawzajem, że kiedy chcą podupczyć, to im nie staje. I wtedy jeden z nich wyciąga sekretne pudełeczko z napisem „Polimaty”, czy jakoś tak, i w tym momencie wszyscy wyciągają spluwy i ruszają do akcji.  
      Przepraszam bardzo, ale nie wiem, ilu wśród osób czytających ten blog jest i takich, którzy gdzieś tam w głębi serca myślą, że może dobrze byłoby kupić książkę Kotarskiego o mózgu, ale chciałbym ich wszystkich zapewnić, że każdy z nich jest na swój sposób nieskończenie bardziej uzdolniony od tego cwaniaka. No a przede wszystkim prawdopodobnie nie musi mówić, że gdyby nie pieniądze taty, to by zbierał niedopałki po ulicach.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...