poniedziałek, 17 lutego 2020

Jak oszaleć na widok zielonej cebulki


Ponieważ temat ojca Adama Szustaka po raz kolejny wywołał nadzwyczaj dramatyczne spory – nie tu akurat, ale choćby na blogu Coryllusa – i nie widzę żadnego sposobu, by prowadzić tę debatę dalej i jednocześnie przedstawiać nowe argumenty, chciałbym tylko przypomnieć, że w grudniu 2016 roku, na swoim blogu jeszcze w Salonie 24, wspomniany Coryllus zamieścił tekst , w którym opisał występną działalność jakiegoś Grzegorczyka, a tekst ów został przez czytelników natychmiast strollowany w stronę dyskusji na temat – tak, tak – ojca Szustaka.
Ponieważ to co się tam działo, wzburzyło mnie niezmiernie, najpierw w ową debatę się zaangażowałem, a następnie, w poczuciu całkowitej bezradności, poświęciłem „sprawie Szustaka” osobny tekst na swoim blogu. Ponieważ, jak pisał stary Marx, historia wraca w postaci żartu, nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać się pionu i jeszcze raz tu wrzucić ów stary tekst. I powtarzam po raz kolejny, ojciec Szustak nie jest moim księdzem, mam innych i znacznie bardziej mi bliskich, poza tym nigdy nie przyszło mi do głowy, by oszczędzać kogokolwiek wobec jego bezeceństw, tylko dlatego, że jest księdzem. Uważam natomiast, że jeśli już postanowiliśmy się na Szustaka rzucić, róbmy to bez ograniczeń, jednak przy tym celujmy prosto w skroń, a nie w wymyślone przez nas fantomy.

      Pojawił się nam w minioną niedzielę na blogu Coryllusa temat ojca dominikanina Adama Szustaka i pewnie, gdyby nie to, że w pewnym momencie udało mi się włączyć w wymianę komentarzy, Szustak zostałby przez pobożną stronę Internetu rozwałkowany na czysto i przerobiony na niedzielny rosół. O co poszło? Niestety o to co zawsze, szczególnie ostatnio, gdy część z nas, prowokowana kolejnymi wypowiedziami papieża Franciszka, za swój podstawowy obowiązek uznała walkę o czystość Doktryny i tylko patrzy, gdzie by tu można było wytropić jakiegoś kolejnego niewiernego. A o to mianowicie, że o. Szustak to wilk w owczej skórze, który na zamówienie światowego protestantyzmu gorszy nam młodzież. Dyskusja, jaką swoim wejściem sprowokowałem, była długa i, tak jak to często bywa, gdy nikt nikogo nie słucha, tylko w kółko powtarza to co już wie, kompletnie bezużyteczna. Oburzeni na Szustaka katolicy podsyłali mi kolejne linki z jego rekolekcjami, aby mi pokazać, jaka to z Szustaka bestia, ja ich uważnie wysłuchiwałem, zachwycony wracałem i potwierdzałem, że Szustak jest bez zarzutu, na co podnosił się nowy zgiełk, a  z nim nowe wystąpienia, których ja znowu wysłuchiwałem, z tym samym co poprzednio efektem i jeśli z jakąś różnicą w ocenie, to wyłącznie na korzyść Szustaka.
      Ja nie mam ani zamiaru, ani ochoty, by tu wchodzić w ponowną dyskusję na temat racji, czy ewentualnych herezji o. Szustaka, z tego przede wszystkim powodu, że moim zdaniem każdy z nas, kto zechce z otwartym sercem i odpowiednią uwagą wsłuchać się w jego słowa, czy to dotyczące kwestii zbawienia, małżeństwa, samotności, seksu, czy wreszcie tatuaży i diabła, musi sam dojść do tego przynajmniej wniosku, że to co Szustak mówi, w najmniejszym stopniu nie stanowi doktrynalnej rewolucji. Tak naprawdę, nie stanowi żadnej rewolucji, natomiast, owszem, podane jest z takim talentem i takim wyczuciem, że niech mu ich zazdrości większość księży.
     Nie będę więc się tu popisywał za niego i dyskutował z ludźmi, którzy tak naprawdę nie chcą nawet wiedzieć, co jest tematem rozmowy, natomiast spróbuję zwrócić uwagę na to, co jest przekleństwem wielu z nas i o czym też parę razy wspominał sam Szustak, a mianowicie o dramatycznym po naszej stronie braku umiejętności słuchania i refleksji. Wygłosił o. Szustak swoją naukę na temat zbawienia, a ponieważ on jest w znacznej części kaznodzieją internetowym, natychmiast został zasypany takimi czy innymi zarzutami ze strony internautów właśnie. W odpowiedzi na nie, wystąpił ponownie, oświadczył, że prawie wszystkie z tysięcy przeróżnych pretensji, jakie zostały do niego skierowane, nie dotyczyły tego, co on powiedział, ale tego, co chciano usłyszeć, no a następnie zaczął wyliczać: „Nie powiedziałem, że wszyscy zostaną zbawieni, nie powiedziałem, że poza Jezusem istnieje jakiekolwiek zbawienie, nie powiedziałem, że nie ma znaczenia, czy się jest w Kościele, czy nie, nie powiedziałem, że nie trzeba głosić Jezusa i wzywać do nawrócenia, nie powiedziałem, że nie trzeba przestrzegać ludzi przed piekłem, nie powiedziałem też, że nie ma piekła, nie powiedziałem, że nie trzeba się bać i można żyć, jak się chce”.  Jednocześnie przyznał się o. Szustak to jednej omyłki, kiedy to wszystkich ludzi dobrej woli zamieszkujących Ziemię nazwał „członkami Kościoła”, podczas gdy precyzyjniej byłoby określić ich „Bożymi Dziećmi”. I co na to internauci? To co zawsze: „O! Wycofał się. Przynajmniej częściowo. Niech się stara dalej”.
     Powtórzę. Bardzo uważnie wysłuchałem wszystkich wystąpień o. Szustaka i  potwierdzam, że on rzeczywiście w żadnym z nich nie powiedział tego, co mu się zarzuca. Ani nie zachęcał do wyuzdanego seksu, ani nie mówił, że tatuaże są dobre, nie mówił, że piekła nie ma, nie mówił, że egzorcyści są zbędni. To wszystko stanowiło wyłącznie wymysł gnuśnych umysłów i nic więcej.
       Otóż to – gnuśne umysły. Jeśli piekło faktycznie istnieje, to jestem pewien, że one będą stanowić jeden z głównych argumentów dla Pana Boga, żeby nas tam wsadzić. W pewnym momencie owej niedzielnej dyskusji komentator Unukalhai, w końcu uchodzący tu w sieci za osobę jedną z bardziej przytomnych, komentując, jak mu się najwidoczniej zdawało, słowa o. Szustaka, napisał co następuje: „To czysta herezja, iż każdy BĘDZIE zbawiony. Zbawienie jest bowiem nagrodą za życie zgodne z Dekalogiem. Jak wiadomo w każdych zawodach nagrodę otrzymują tylko nieliczni”, czym w mojej opinii obsunął się do pozycji prezentowanej przez Świadków Jehowy, głoszących zbawienie dla wybranych 144 tysięcy.
      Ów rodzaj owej głupiej, moralnej zawziętości – tak dobrze znany i nam choćby i przy okazji niedawnej dyskusji na temat romansów Roalda Dahla – prezentowany we wspomnianej dyskusji wcale nie tylko przez Unukalhai i nawet nie najbardziej przez niego, przypomniał mi niedawny program w TVP Info pod tytułem „Studio Polska”, gdzie Maciej Pawlicki z Katarzyną Matuszewską regularnie każą się kłócić bandzie przypadkowo skojarzonych ze sobą tak zwanych „zwykłych ludzi” z osobami w ten czy inny sposób publicznymi. Sam program oczywiście jest pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia i jakikolwiek udział w nim stanowi oczywistą stratę czasu, to co natomiast zastanawia, to to, że tam – przez to właśnie, że pomysł programu opiera się w części na oddaniu głosu prostemu wariactwu –  bardzo niebezpiecznie powraca atmosfera, jaką coraz częściej znajdujemy w Internecie. Patrzymy więc na zagoniony do telewizyjnego studia tłum, a tam, wśród zwykłej Bogu ducha winnej publiczność, której zadaniem jest jedynie bić brawo w odpowiednich momentach, siedzą jakieś freaki, przy których Adam Słomka w czapce Związku Strzeleckiego, czy właśnie na okoliczność występu w programie wypuszczony z więzienia na przepustkę Zygmunt Miernik, wyglądają jak dziennikarze telewizji Sky News, a wszyscy są nakręceni, jak nie przymierzając – tak, tak –  uczestnicy bezmyślnego kompletnie kamienowania ojca Szustaka. I to jest myśl, która mi tu ostatnio coraz częściej towarzyszy, że gdybyśmy nagle tu w Internecie dostali możliwość ujrzenia naszych twarzy, poznania naszych imion, gdybyśmy nagle zostali obdarci z tej okropnej anonimowości, mogłoby być równie ciekawie, jak w przypadku programu „Studio Polska”.
      Nam więc właśnie chciałbym zadedykować pewną przywoływaną tu już raz opowiastkę. Była sobie mianowicie kiedyś kobieta wyjątkowo zła i podła, która w całym swoim życiu nie zrobiła jednej dobrej rzeczy, i która, kiedy zmarła poszła naturalnie prosto do piekła. No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy ona już tam przez jakiś czas cierpiała, Pan Bóg nagle sobie przypomniał, że pewnego dnia, raz w życiu, ona właśnie wracając z targu zobaczyła jakieś biedne dziecko i dała mu zieloną cebulkę, i za ten jeden dobry gest postanowił ją z piekła wyciągnąć. Wysłał więc nad tę otchłań swoje anioły, które spuściły do owej kobiety tę samą zieloną cebulkę i powiedziały jej, że w niej było tyle miłości, że wystarczy, że ona się jej złapie i zostanie zbawiona. Czepiła się więc kobieta cebuli, a aniołowie zaczęli ja z piekła wyciągać. W tym momencie jednak inni też postanowili się cebuli złapać, licząc na to, że i im się uda w ten sposób wyjść z piekła. Kobieta jednak, zła, jak wiemy, jak jasna cholera, zaczęła ich zrzucać ze swojej cebuli. Oni czepiali się jej nóg i rąk, ta ich kopała i mimo że sami aniołowie prosili wszystkich, by się opamiętali i spokojnie wisieli na tej cebuli, w której miało być tyle miłości, by starczyć dla wszystkich, wywiązała się straszna bitwa i ostatecznie wszyscy pospadali w ten ogień, oczywiście razem z cebulą.
       I to już jest koniec tej historii i całej notki. Bardzo bym chciał, żeby jednak dotarło, bo inaczej już niedługo, kiedy na Krakowskim Przedmieściu co miesiąc będzie demonstrowało 60 różnych grup, my się doskonale zgubimy w tym tłumie i, jak u Orwella, nikt już nie będzie wiedział, kto świnia, a kto człowiek.






niedziela, 16 lutego 2020

O księżach, którzy potrafią się fajnie mylić i jeszcze fajniej przepraszać


        Zanim w ogóle przejdę do rzeczy, muszę oświadczyć, że o ojcu Adamie Szustaku piszę dziś nadzwyczaj niechętnie. Przede wszystkim, gdy chodzi o jego dotychczasową działalność stricte duszpasterską, po pierwsze nie mam zastrzeżeń, a poza tym, konkretnie na jej temat wypowiedziałem się już jakiś czas temu i uważam, że to zupełnie wystarczy. Po drugie, jeśli miałem co do niego jakieś wątpliwości, to swego czasu zainspirował mnie tu odpowiednio nasz duszpasterz, ksiądz Krakowiak, tłumacząc mi, że jest czymś kompletnie niezrozumiałym, że uwzględniając fakt, jak to się swego czasu ojciec Szustak prowadzał, władze kościelne pozwoliły ojcu Szustakowi działać w ramach Kościoła, i wydaje mi się, że o tym też już tu wspominałem. W kwestii natomiast jego ostatniego wystąpienia, kiedy to najpierw ogłosił, że w majowych wyborach prezydenckich będzie głosował na Szymona Hołownię, by już chwilę potem przeprosić za ową niefortunną agitację, powstała sytuacja tak jednoznacznie zawstydzająca, że ten blog mógłby nie znieść choćby jednego słowa skierowanego w ten dół, a tego nikt z nas chyba by nie chciał.
       Jeśli jednak mimo tego wszystkiego, uznałem za stosowne po raz kolejny uczynić z ojca Szustaka bohatera tego bloga, to wyłącznie z tego powodu, że część czytelników mogłaby mieć w stosunku do mnie pretensje, że jako znanemu dotychczas obrońcy jego kaznodziejskiej działalności, w sytuacji owej ostatecznej kompromitacji, nie wypada mi siedzieć cicho, ale, wręcz przeciwnie, powinienem się najpierw wytłumaczyć, a potem najlepiej jeszcze posypać głowę popiołem. Cicho więc nie będę, choć nie jestem pewien, czy dla powszechnej satysfakcji. W dalszym ciągu bowiem podtrzymuję, że przede wszystkim w tej części nauk głoszonych przez ojca Szustaka, która jest mi znana, nie ma nic zdrożnego, a wręcz przeciwnie to co on robi, jeżdząc po świecie i kręcąc te swoje filmy, jest z pożytkiem dla Kościoła. I nie sądzę, by to się miało zmienić. Natomiast, owszem, numer który on właśnie odstawił, wyrażając w tak otwartej i jednoznacznej formie poparcie dla kandydatury Hołowni, woła o pomstę do nieba. Mało tego, sposób, w jaki on to zrobił, najpierw przyznając, że nie brał udziału w żadnych dotychczasowych wyborach, a więc nie głosował ani na Jana Olszewskiego, ani na Lecha Kaczyńskiego, ani na Jarosława Kaczyńskiego, ani wreszcie ostatnio na Andrzeja Dudę, i dopiero dziś za nadzieję dla Polski i, jak rozumiem, również Kościoła, uznał prezydenturę Szymona Hołowni, skreśla go całkowicie, a tym samym unieważnia całą jego dotychczasową działalność, każac nam podejrzewać, że może on nigdy nie mówił z głowy, ale, podobnie jak przedstawiony tu niedawno Radosław Kotarski – czytał z promptera i nie głosił Słowa Bożego, ale uprawiał zwykły coaching.
        Ale to nie wszystko. Kiedy ojciec Szustak oświadczył, że będzie głosował na „Szymona”, w sposób bardzo elokwentny przekazał swoim fanom, że jeśli którykolwiek z nich ma mu coś w tej sprawie do powiedzenia, to niech się zamknie, bo przede wszystkim, kogo on popiera, to jego prywatna sprawa i obywatelskie prawo, a poza tym on nikogo do niczego nie namawia, tylko tak sobie gada. I to – choć wydawałoby się, że już nic go bardziej pogrążyć nie zdoła – okazało się jeszcze jednym gwoździem do tej trumny. Ów święty mąż ma przed sobą, z tego co nam wiadomo, setki tysięcy młodych ludzi, zapatrzonych w niego, jak w święty obrazek, często ludzi, którzy podobnie jak on na wybory nie chodzą, bo ich to ani nie interesuje, ani się na tej całej polityce nie znają, ogłasza im, że przynajmniej dla niego nadszedł czas, by się zaangażować, że ów czas nazywa się „Szymon Hołownia” i niech się wszyscy od niego odpieprzą, bo on do niczego nie namawia, tylko tak sobie pod nosem mruczy. Przepraszam bardzo, ale nawet jeśli Diabeł nie istnieje, to uważam, że tu akurat kręci się przynajmniej jego ogon.
        No i teraz z tego wszystkiego najlepsze. Nie wiem, co się stało, że ojciec Szustak walnął się dość szybko w niesławną czaszkę. Czy mu zwrócili uwagę przełożeni, czy odezwała się któraś z jego byłych, lub aktualnych kochanek i mu powiedziała, żeby się opamiętał, bo będą problemy, czy zareagował sam sztab Hołowni, czy może po prostu normalnie wytrzeźwiał, faktem jest, że już na drugi dzień ukazało się oświadczenie, które tu przedstawię w formie, jaka została przedstawiona w mediach:
„Wiem i tak niektórzy powiedzą: mleko się rozlało, powiedziałeś, co powiedziałeś. Tak, tylko krowa się nie myli. Popełniłem błąd. Nie powinienem wyrażać publicznie jako ksiądz, jako reprezentant Kościoła katolickiego, swoich preferencji politycznych, które są, jakie są. Mogę o nich dyskutować w prywatnych rozmowach bardzo chętnie, ale nie powinienem tego robić publicznie, i tutaj popełniłem błąd, za który bardzo przepraszam.
Dziękuję tym, którzy potrafili się do mnie odezwać z szacunkiem, z miłością, żeby mi po prostu przekazać: ‘nie przemyślałeś tego’. Taka prawda, nie przemyślałem. Popełniam błędy jak każdy inny człowiek. Mam nadzieję, że ci, którzy mają dobrą wolę zrozumieją, co próbuję powiedzieć. Bardzo przepraszam, że upolityczniłem kanał 'Langusty…'. Zamierzam dotrzymać obietnicy, którą złożyłem jakiś czas temu, że tak nie będzie. Udało się przez 3 tysiące odcinków, więc mam nadzieję, że tak będzie znowu.
To jest fajne, że jesteśmy omylni, i to jest fajne, że mamy ludzi, którzy kochają i którzy potrafią zwracać uwagę w dobry i mądry sposób, okazując miłość. To jest piękno Kościoła”.
      Tu akurat aż mnie korci, by zauważyć, że tu nie ma mowy o jakichkolwiek preferencjach politycznych, ponieważ Szymon Hołownia to nie jest wybór polityczny, lecz czysto estetyczny, a w związku z tym, do zdania „To jest piękno Kościoła”, bardzo by pasowało, by Szustak dodał jeszcze jedno: „I to jest piękno Szymona Hołowni”, no ale postanowiłem, że będę się ograniczał, więc oświadczam, że się z tym swoim szyderstwem pomyliłem, a jest oczywiście strasznie fajne, że jesteśmy omylni, no i zakończę te refleksję już bardziej elegancko. Otóż wspomniałem tu księdza Krakowiaka, człowieka, który pojawił się na tym blogu niemal na samym początku i ogłosił się jego duszpasterzem. Dziś ksiądz Krakowiak już nie komentuje, ale był czas, kiedy to robił regularnie i stanowił tego miejsca autentyczną ozdobę. Był czas – podkreślę to bardzo mocno – kiedy jego komentarze, a często i osobne teksty, które tu z prawdziwą satysfakcja i dumą zamieszczałem, tworzyły jakość wręcz nadzwyczajną. Ponieważ jednak codzienna praca duszpasterska w parafii zaabsorbowała księdza Krakowiaka tak, że poza snem na nic już nie miał za bardzo czasu, komentarze, a tym bardziej osobne refleksje, stopniowo przeszły do historii, a ja mam już tylko nadzieję, że może nie na zawsze. Chciałbym jednak opowiedzieć o czymś innym. Otóż któregoś dnia, w tamtych pięknych czasach, doszło do tego, że spotkałem się z księdzem Krakowiakiem i ze wstydem przyznaję, że kiedy jechałem z tą wizytą, byłem pewien, że ujrzę kogoś, kto będzie wyglądał i gadał w równie spektakularny sposób, jak nie przymierzając, ojciec Szustak. Potem zresztą nasi wspólni znajomi z bloga pytali mnie: „No i co? Mów, jak on wygląda? Jaki on jest?” A ja odpowiadałem niezmiennie: „W ogóle nie tak, jak byśmy sobie życzyli. On wygląda, jak ty, czy ja, i to jeszcze w najlepszym wypadku”.
       Mam już zatem na sam koniec dwie kwestie już tylko do księdza Krakowiaka – znanego niektórym z nas jako Don Paddington. Przede wszystkim chciałem przeprosić za to, że mówię to księdzu dopiero dziś, ale do ojca Szustaka Ksiądz nie ma, i nigdy nie będzie miał tak zwanego startu. Krótko mówiąc, jest Ksiądz do niczego. Poza tym chciałem prosić o poradę duszpasterską: czy to możliwe co powiedział pewien bardzo mądry duszpasterz, że ksiądz, którego parafianie kochają, jest bardzo często wysłany przez samego Szatana?


sobota, 15 lutego 2020

Czy Zjednoczona Opozycja w drugiej rundzie wyborów prezydenckich wystawi psa?


Dziś proponuję swój kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Powinno byc w sam raz.

      Jak wiemy, nie ma ostatnio dnia, kiedy jeżdżąc po Polsce ze swoją kampanią, Małgorzata Kidawa-Błońska wypowiada kwestie, które na skali kompromitacji przesuwają ją systematycznie i coraz głębiej poza jej granice. Kiedy piszę te słowa, pojawiły się dwie kolejne wesołe wypowiedzi owej kobiety. Pierwsza, że Polska może wystąpić z Unii Europejskiej na mocy zwykłej sejmowej ustawy, druga natomiast, że program 500+ nie poprawił finansowej pozycji polskich rodzin. A trzeba nam wiedzieć, że to nie była tylko taka wiecowa gadka. W wypadku Błońskiej mamy do czynienia z nową jakością, gdzie owa teza otrzymała uzasadnienie logiczne. Posłuchajmy:
      Te 500+ poszło do portfela i ta osoba zobaczyła te pieniądze u siebie w ręku i to była ta różnica, bo jakość życia z tego powodu specjalnie się nie poprawiła”.
      Jeśli któryś z Czytelników powie, że to zbyt trudne, obiecuję, że wszystko gra jak trzeba. Osobiście jestem pewien, że sama Kidawa też tego co powiedziała do dziś nie rozumie, to jednak nie jest nasz problem. Problem realny jest taki, że, co widać bardzo wyraźnie choćby w sondażach, społeczne poparcie dla Małgorzaty Kidawy-Błońskiej wobec nadchodzących wyborów, jeśli w ogóle spada, to bardzo nieznacznie. Co gorsza, nawet jeśli machniemy ręką na sondaże i zdamy sie wyłącznie na to co słyszymy wokół siebie, to reakcja tłumu pozostaje niemal taka sama. Kidawa-Błońska jest przez wielu traktowana jako solidna polityczna propozycja, a już zwłaszcza na tle kogoś tak rzekomo skompromitowanego, jak Andrzej Duda.
      I to jest zagadka, którą zadręczamy się dziś niemal wszyscy, nieustannie zadając sobie pytanie, co by musiało się stać, żeby ludzie, którzy z różnych powodów nie znoszą prezydenta Dudy, uznali że sytuacja, w jakiej zostali postawieni przez swoją kandydatkę, zwyczajnie wiąże im ręce? Otóż mam bardzo silne przekonanie, że – jeśli wolno mi pociągnąć nieco dalej niesławny greps – nawet jeśli Kidawa-Błońska, jadąc po pijanemu samochodem zabije na przejściu dla pieszych zakonnicę w ciąży, poparcie dla niej nawet nie drgnie. Dlaczego? Dlatego, że ów rodzaj z idiocenia sprawdza się od dawna, a po raz pierwszy został opisany pod koniec XIX wieku na głębokim amerykańskim Południu, kiedy to miejscowi Demokraci darzyli Republikanów taką nienawiścią, że byli gotowi zagłosować nawet na, jak mówiono, zbłąkanego „żółtego psa”, byle by nie zdradzić swojej nienawiści. Doszło do tego, że podczas prezydenckiego starcia między Demokratą Alem Smithem i Republikaninem Herbertem Hooverem, mimo faktu, że Smith był znanym liberałem i w dodatku gorliwym katolikiem, których amerykańskie Południe tępiło jak zarazę, większość Południa zagłosowało na Smitha właśnie i nie było ani ludzkiej ani boskiej siły, która by ich od tego odwiodła.
      Od tego też czasu o demokratycznych wyborcach w Stanach Zjednoczonych mówi się, że to są wyborcy Partii Żółtego Psa. A ja się tylko zastanawiam, czy to nie jest już ogólnoświatowa pandemia.  



piątek, 14 lutego 2020

O strasznych skutkach tego, że małego Radka nie przyjęto do drużyny koszykarskiej


       Powiem zupełnie uczciwie, że gdyby nie Coryllus i jego blog, o istnieniu człowieka nazwiskiem Radosław Kotarski być może nie dowiedziałbym się nigdy. Czy to świadczy o moim nieoczytaniu, czy wręcz o oderwaniu od rzeczywistości, tego nie wiem, ale biorę pod uwagę, że ta możliwość jest równie mocna, jak i ta druga, że mianowicie Koterski to w gruncie rzeczy nikt. Stało się jednak tak, że najpierw o Kotarskim usłyszał Coryllus, a po nim ja, no i muszę przyznać, że wiedzę tę sobie jednak cenię, choćby przez to, że mam temat do kolejnej notki. W czym rzecz? Otóż, jak informuje Wikipedia, ów Kotarski to „polski dziennikarz, przedsiębiorca, milioner, twórca kanału Polimaty w serwisie YouTube, w którym prezentuje treści edukacyjne, prowadzący i reżyser programu Podróże z historią tworzonego dla TVP2 i współzałożyciel sieci partnerskiej LifeTube”, a ja na to wszystko od razu przede wszystkim przypominam sobie owego „prywatnie melomana”, o którym tu niedawno pisałem, i podobnie jak w tamtym przypadku, zastanawiam się, czy Kotarskiemu tego „milionera” tam wrzucono na złość, czy może on jest tak głupi, że sam uznał za stosowne się nam w ten sposób przedstawić: „polski dziennikarz, przedsiębiorca, milioner”. Z drugiej strony, kiedy czytam dokładniej, czym się ten ciekawy człowiek zajmuje, myślę sobie, że może on faktycznie, poza dziennikarstwem i przedsiębiorczością, zajmuje również byciem milionerem, a zatem wtedy bym musiał uznać, że owa informacja jest jak najbardziej istotna. I ja dziś własnie o tym, czyli o byciu z zawodu milionerem.
      Jak czytam i u Coryllusa, ale też po okolicach, Radosław Kotarski to w pierwszej kolejności syn Jerzego Kotarskiego „byłego współwłaściciela grupy Vinsar, członka zarządu Organizacji Pracodawców Ziemi Lubuskiej, nowego prezesa Grono SSA, spółki zarządzającej koszykarską drużyną Stelmet Enea BC Zielona Góra”, co już samo w sobie mogłoby świadczyć o tym, że wspomniany „milioner” to w istocie rzeczy zawód, a nie informacja dotycząca społecznego statusu młodego Kotarskiego. No ale przyjrzyjmy się reszcie wyżej przedstawionej prezentacji, a więc dziennikarstwu, przedsiębiorczości, no i tej całej reszcie, która może oznaczać wszystko, ale równie dobrze i nic. Otóż, jak się dowiadujemy, w momencie gdy Kotarski – zwróćmy uwagę na to, że dziś osoba ledwie 34-letnia – postanowił stanąć na własnych nogach, uznał że najlepiej mu to wyjdzie jeśli przede wszystkim zaprezentuje się jak milioner właśnie, a następnie wejdzie w swego rodzaju coaching, gdzie będzie doradzał wszystkim chętnym, jak powinni żyć, by idąc za jego przykładem, najpierw odnaleźli w sobie potrzebne intelektualne bogactwa, a następnie, już przy pomocy owych bogactw, przebijali kolejne sufity. Czego zatem Kotarski uczy? Otóż uczy wszystkiego. Wystarczy przejrzeć zaledwie kilka tytułów jego internetowych pogadanek, by zobaczyć, że on wie wszystko o wszystkim: o piramidach, o życiu na morzu, o zdrowym jedzeniu, o błędach językowych, o śmierci Mony Lisy, o tym jak być śmiesznym, jak się robi kawę, co widzimy na jednodolarówce, o tym jak dożyć stu lat, o średniowieczu... to są grube dziesiątki pogadanek, z których wszystkie łączy jeden przekaz: „Chciałbyś wiedzieć, jak to się stało, że jestem taki ładny, mądry, elokwentny i bogaty? To jest naprawdę bardzo proste. Powiem Ci, tylko proszę, nie odchodź”. No i wreszcie, po tych wszystkich latach, a ich, z tego co widzę, minęło niemało, okazuje się, że nie pozostaje nam nic innego, jak kupić książkę Kotarskiego „Włam się do mózgu”, gdzie on w przystępny bardzo sposób wyjaśnia, jak stać się równie mądrym jak on.
       Nie obejrzałem w całości ani jednej pogadanki Kotarskiego, nawet nie miałem w ręku którejkolwiek z jego dwóch książek, natomiast mam przede wszystkim coś, co się nazywa intuicją oraz doświadczeniem, i wystarczy mi spojrzeć w oczy tego, kto przede mną stoi, i przyjrzeć się sposobowi, w jaki on się nosi, by wiedzieć o nim wszystko. W tej sytuacji naprawdę nic w mojej opinii na temat Kotarskiego nie zmieni nawet podany przez Coryllusa fakt, że ów Kotarski zna rzekomo sposób na to, by nauczyć się w pół roku języka szwedzkiego. Nawet bowiem gdyby Kotarski w swojej książce o włamywaniu się do mózgu przedstawił metodę nauczenia się pięciu języków z angielskim na czele w pięć tygodni, to ja i bez tego bym wiedział, że to jest trzeciej klasy oszust, który poza pieniędzmi swojego ojca i wyszczekaniem nie ma nic. Bo nawet ów pomysł na życie nie jest jego, ale został bezczelnie wyjęty z telewizyjnych reklam, w których ludzie po zażyciu tabletki stają się nagle piękni, zdrowi i szczęśliwi, albo – co jeszcze bardziej prawdopodobne – Koterski podpatrzył zachowanie swojego psychiatry i uznał, że to jest to, co on by też potrafił.
       I to, a nie wbrew pozorom Kotarski, jest przyczyną dla której powstaje ten tekst. Otóż uważam, że czasy mamy takie , że jedynym pewnym towarem, poza oślepiającym światłem galerii handlowych, jest dziś obietnica spełnienia wszystkich naszych aspiracji, wśród których oczywiście na pierwszym miejscu są pieniądze, potem zdrowie, a na końcu to coś, co pomoże nam uwierzyć, że nie jesteśmy gorsi od tych, od których w naszym przekonaniu gorsi jak najbardziej jesteśmy. I tu pojawiają się owi hochsztaplerzy, tacy jak Kotarski właśnie, który nas zapewniają, że przy pomocy łomu, którego oni nam dostarczą, wystarczy się włamać do naszego mózgu i tam już znajdziemy wszystkie odpowiednie kluczyki.
        I to jest, w mojej opinii, jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie przyniosły nam nowe czasy, a mówiąc „nowe”, rozumiem czasy zbudowane na PRL-owskich ruinach. Co by bowiem nie powiedzieć o komunie, to wówczas szczytem naszych aspiracji, był ów kokosowy orzech, który wypadł Rizzo z okna, a pomijając ten szczegół, szanowaliśmy się jak jasna cholera i nie było takiej siły, która by nam była w stanie wmówić, że jesteśmy gorsi od reszty. Były to czasy, w których ktoś taki jak Kotarski nie miałby racji bytu, bo w momencie gdyby on do nas przyszedł i zaproponował, byśmy się włamali do własnego mózgu, uznalibyśmy go za jakiegoś taniego esbeka i powiedzieli mu – zgodnie z instrukcją mojej śp. Cioci – że nas akurat boli głowa i nie rozumiemy, co on do nas mówi. Dziś jest już niestety zupełnie inaczej i wobec metod wszelkiego rodzaju czarowników stoimy kompletnie bezradni.
      Ostatnio w telewizji pokazywana jest reklama, która w sposób naprawdę profesjonalny i, jak sądzę, nie za małe pieniądze, przedstawia nam przyciemnione pomieszczenie, gdzie przy stole siedzi kilku klasycznych, takich bardziej w typie „Chłopców z ferajny” gangsterów, którzy przyciszonymi głosami informują się nawzajem, że kiedy chcą podupczyć, to im nie staje. I wtedy jeden z nich wyciąga sekretne pudełeczko z napisem „Polimaty”, czy jakoś tak, i w tym momencie wszyscy wyciągają spluwy i ruszają do akcji.  
      Przepraszam bardzo, ale nie wiem, ilu wśród osób czytających ten blog jest i takich, którzy gdzieś tam w głębi serca myślą, że może dobrze byłoby kupić książkę Kotarskiego o mózgu, ale chciałbym ich wszystkich zapewnić, że każdy z nich jest na swój sposób nieskończenie bardziej uzdolniony od tego cwaniaka. No a przede wszystkim prawdopodobnie nie musi mówić, że gdyby nie pieniądze taty, to by zbierał niedopałki po ulicach.



środa, 12 lutego 2020

Face value, czyli gdy słowo nie oddaje sprawiedliwości


      

       Dzisiejszy tekst zdecydowałem się zacząć od zdjęcia, by najlepiej jak tylko potrafię pokazać, kto tym razem będzie jego swego rodzaju bohaterem. Oto, proszę sobie wyobrazić, że dziś przed nam staje dr hab. Arkadiusz Stempin „kierownik Katedry Integracji Europejskiej im. Konrada Adenauera, historyk, politolog, watykanista, komentator polityczny portalu TOK FM i telewizji POLSAT NEWS oraz SUPERSTACJA”. Ktoś się zapyta, skąd ja wpadłem na tego freaka, który bardziej przypomina zwycięzcę look-alike contest zorganizowanego w rocznicę śmierci wybitnej polskiej aktorki, śp. Krystyny Feldman, niż poważnego naukowca, a moja odpowiedź będzie taka jak zawsze: to wszystko dzięki pomocy Czytelników, którzy stoją zawsze na straży i zawsze o mnie pamiętają.
      A zatem, od jednego z nich otrzymałem informację o istnieniu tego wybitnego intelektualisty, wraz z towarzyszącym jej linkiem do wywiadu jakiego udzielił ów portalowi onet.pl na temat kondycji Kościoła Katolickiego w Polsce, wysłuchałem uważnie owej rozmowy –  zwracając przy okazji uwagę na redaktor prowadzącą, niejaką Odetę Moro, gdy chodzi o prezencję, osobę wprawdzie od Stempina znacznie bardziej w standardzie, ale za to jeszcze głupszą – i pomyślałem, że może przyjdzie taki moment, że uda mi się coś kiedyś na jego – a kto wie, czy również nie na jej – temat napisać. I oto, kiedy wydawało się, że nic już z tego nie wyjdzie, do Hollywood zawitała nasza trupa aktorska, prowadzona przez dziennikarkę telewizji TVN Kingę Rusin i pojawił się temat jak złoto, w postaci niezgłębionej dotychczas do końca przez nikogo zagadki, jak to się dzieje, że Polska, wydawałoby się, że kraj skazany na wielkość, upadła tak nisko we wszystkich możliwych rankingach, poczynając od piłki nożnej, przez muzykę i film, aż na literaturze kończąc, by o nauce nawet nie wspominać, wszystko to co nasz naród z tak wielkim zaangażowaniem usiłuje odbudowywać, jest systematycznie przez jego elity kompromitowane i bezlitośnie niszczone.
        Mieliśmy wczoraj okazję poszydzić z Kingi Rusin i w międzyczasie wyciągnąć z tego co się właśnie stało parę cennych wniosków, kiedy nagle w mojej świadomości pojawił się na nowo ów Stempin i w jednym momencie uświadomiłem sobie, że podczas gdy my się zajmujemy Kingą Rusin, czy reżyserem Komasą i jego branżą, cała Polska jest tak naprawdę opanowana przez towarzystwo znacznie jeszcze gorsze, którego czas nadejdzie dopiero wtedy, gdy więksi cwaniacy zrobią nieopatrznie jakiś błąd i otworzą ów kurek z autentycznym intelektualnym i cywilizacyjnym ściekiem. Czemu tak? Rzecz w tym, że pojawia się ni stąd ni zowąd taki Stempin – przypominam że kierownik Katedry Integracji Europejskiej im. Konrada Adenauera, a poza tym watykanista –  zaczyna nam opowiadać, jakie możliwości ma dziś Kościół w Polsce, by dorównać pozycji zajmowanej przez lokalne Kościoły w Europie i nie skończyć na śmietniku historii, a my nagle sobie uświadamiamy, że jeśli Kinga Rusin jest przedstawiana przez światowe media jako „rosyjska telewizyjna dziennikarka”, to nie jest przyczyna, ale skutek. Przez te wszystkie lata, najpierw PRL-u, a następnie tak zwanej „trzeciejerpe” robiliśmy wszystko co w naszej mocy, by w charakterze reprezentacji narodowej obstawić ludzi takich jak Stempin właśnie. I to oni w pewnym momencie zjednoczyli siły, wzięli się za nas na całego i w wyniku wewnętrznych rozstrzygnięć zbudowali hierarchię, gdzie prezesem Sądu Najwyższego jest Małgorzata Gersdorf, pierwszą pisarką Olga Tokarczuk, głównym wodzirejem Zenek Martyniuk, a jednym z podstawowych kandydatów na urząd Prezydenta RP Małgorzata Kidawa-Błońska.
       Przyszedł pewnie wreszcie już czas, by powiedzieć, co takiego ów wspomniany i tak dużo za często Stempin tej idiotce naopowiadał, że postanowiłem go umieścić na swojej liście. Proszę sobie wyobrazić, że brakuje mi sił, by wchodzić dziś tu w to aż tak głęboko, a zdjęcie, które otworzyło te dzisiejsze refleksje powinno, jak sądzę, wystarczyć jako inspiracja do wszelkich intelektualnych rozważań. Zapewniam przy tym, że wszystko co sobie możemy o profesoru Stempinu i jego mądrościach pomyśleć, i tak nie jest w stanie oddać mu sprawiedliwości. Mimo to, zachęcam do próbowania. Powinno być wesoło.


wtorek, 11 lutego 2020

Ja długo piechotą na Ruś?


      Wręczono Oscary i wśród wielu wrażeń, które zwykle nam towarzyszą przy tej okazji, niemal największych wzruszeń dostarczyły rozpowszechnione niemal natychmiast przez wszystkie nasze media zdjęcia obecnych tam naszych artystów, którzy niestety, jak zawsze, nie mogli się powstrzymać, i zamiast rozsądnie przystosować się do chyba dla wszystkich jasnych standardów, postanowili się powygłupiać, w stylu znanych nam jeszcze z dawno minionych szkolnych wycieczek. Reżyser filmu „Boże Ciało”, oraz towarzyszący mu aktorzy, jak wiele na to wskazuje, gdziekolwiek się pojawili, albo udawali że biegną, albo niespodziewanie kucali, albo zasłaniali sobie jedno oko, albo wymyślali coraz to zabawniejsze w ich mniemaniu gesty, zupełnie jakby chcieli pokazać, jacy są wyluzowani i jak się fantastycznie komponują w tych światłach Hollywoodu. Wprawdzie tym razem nikt chyba nie pluł gumą do żucia w kamerę, jak przed rokiem Borys Szyc, ani przewracał się ze śmiechu, jak jego filmowa koleżanka Kulig, ale owszem, pytanie, czemu oni to robią, wracało.
      I oto nagle, odpowiedź na tę zagadkę przyszła przede wszystkim z zupełnie niespodziewanej strony, a w dodatku jeszcze w formie tak zawstydzającej, i jednocześnie perwersyjnie pokrętnej, że chyba od dziś będziemy musieli kwestię polskiej sztuki rozrywkowej zamknąć w sposób ostateczny, przyczepić na niej kartkę z trupią czaszką i napisem „Uwaga! Wysokie napięcie, nie dotykać!” i wiać gdzie pieprz rośnie. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że chyba nigdy dotychczas tu na tym blogu nie widziana, Kinga Rusin zamieściła na swoim Instagramie coś takiego. (Tak na marginesie, proszę mnie nie pytać, kto to jest Kinga Rusin. Jeśli ktoś nie wie, może sobie wyguglować). A teraz proszę się przygotować na serię wstrząsów. Nic nie zmyślam:
Na wczorajszej prywatnej imprezie Beyonce i Jaya Z rozmawiałam z Adele... o butach, a Jay Z uczył mnie imprezowego układu tanecznego. Wiem, że brzmi to surrealistycznie. Ale posłuchajcie od początku... Tylko ok. 200 osób na małej klubowej przestrzeni, z najlepszą muzyką, z zakazem robienia zdjęć (powyższe to wyjątek poimprezowy). Ulica zamknięta i pilnie strzeżona, wejście kuchennymi drzwiami, żeby nie dało się nikogo sfotografować. Impreza, na której wszyscy mogą się wyluzować i zaszaleć! Każdy dostaje na wejściu... kapcie (nie weszłam w tę opcję) i bawi się bez skrępowania do białego rana. Zaczęło się od rozmowy z Adele o moich szpilkach (namawiała mnie na kapcie, które sama miała na nogach). Szczerze, nie poznałam jej, bo jest teraz szczupła jak przecinek. Gadałyśmy zaśmiewając się do momentu kiedy powiedziała, jak się nazywa. Rozmowa z Adele była przepustką do miłej konwersacji z Rihanną. A później już było totalne szaleństwo! Jay Z uczył mnie układu tanecznego (bezskutecznie bo skomplikowany, ale za to było śmiesznie). Beyonce patrząc na mój brokatowy, świecący garnitur stwierdziła ze śmiechem, że ją przyćmiłam (miała na sobie ciemnogranatową, welurową suknię), z Leo DiCaprio tańczyłam przez chwilę za rękę (taka była konwencja, a ja stałam z boku), otoczony wianuszkiem dziewczyn Bradley Cooper posyłał mi uśmiechy, ale chyba dlatego, że jego też rozśmieszył mój taniec z Jayem Z. Klan Kardashianek (Kim, Kourtney, Khloe) bawił się we własnym gronie. Kanye West i Travis Scott wzięli udział w radosnym jam session gospodarzy. Popis na scenie dał Puff Daddy, a pod sceną parkietem zawładnęli jego synowie. Charlize Theron zaproponowała mi kawałek pizzy, kiedy z ciekawości zajrzałam do pudełka, które niosła (do jedzenia do wyboru była pizza, kawior, ostrygi lub homary). W towarzystwie Lany del Rey był reżyser JoJo Rabbit -Taika Waititi, z nim rozmawiałam najdłużej, o jego filmie, który uwielbiam.
Zapomniałam o paru osobach: Margot Robbie, Adriana Lima, Jessica Alba, Reese Whiterspoon, Jeff Bezos, Timothe Chalamet, Spike Lee... Ot, takie zwykłe przyjęcie. Do hotelu wróciłam o 7:00.
     Wystarczy? Nic z tego. Oto coś, co przyćmiewa wszystko, niemal jak święcący garnitur Kingi Rusin welurową sukienkę Beyonce.



I tak się kończy świat, nie hukiem, lecz skomleniem”.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Matczak syn Matczaka, czyli o krętych ścieżkach, po których chodzą talenty


Jak pewnie część z nas zauważyła, dziś tekstu nie ma, bo ani mi nic szczególnego nie przyszło do głowy, ani też nie miałem za bardzo chwili, by się za coś wziąć. Teraz wprawdzie by się coś znalazło, ale ponieważ jest już za późno, pomyślałem, że wrzucę piosenkę, które przede wszystkim bardzo mi się podoba, a poza tym związana jest bezpośrednio z pewnym odkryciem, jakiego niedawno dokonałem, a o którym tu już wcześniej miałem okazję wspominać. Otóż, jak może niektórzy wiedzą, wśród najbardziej opętanych głosicieli demokracji w wydaniu ekstremalnym jedno z czołowych miejsc okupuje niejaki Marcin Matczak. Ja o tym Matczaku nie wiem nic, poza tym, że jest on towarzysko umocowanym prawnikiem z Warszawy, mocno aktywnym na Twitterze, publikując tam komentarze dokładnie tak samo chore, jak całe to towarzystwo, którego przedstawicielem sam się ogłosił, no ale i to jeszcze, że ma syna, który oto właśnie rozbił polską scenę hip-hopową, najpierw piosenką „Patointeligencja”, a ostatnio swoją płytą, która moim zdaniem stanowi najwybitniejsze osiągnięcie gatunku, nie wykluczone, że nie tylko tu w Polsce. Ze względu na fakt, że Mata – bo taki pseudonim nosi ten chłopaczek – to dziecko z najwyższej towarzyskiej półki, od razu pojawiły się podejrzenia, że to stary Matczak ze swoimi pieniędzmi i układami mu ten sukces zorganizował, i to jest oczywiście całkiem prawdopodobne, jednak biorąc pod uwagę fakt, że ów rynek – i to nie tylko tu w Polsce – jest tak zbudowany, że w ostatecznym rachunku zawsze ktoś komuś, czy to mówimy o Bobie Dylanie, czy Kasi Nosowskiej, musi coś za coś załatwić, ja nie mam innego wyjścia, jak albo próbować szukać owego ewangelicznego talentu, albo machnąć na to wszystko ręką. A ponieważ akurat ręce mam zajęte, to zakładam, że Mata, syn starego Matczaka, to nadzwyczajny talent i jedyne co mi mądrego przychodzi do głowy, to stwierdzić, że z tymi genami to chyba jednak nie taka prosta sprawa.
Jeśli ktoś nie lubi popu, do zobaczenia do jutra, w przeciwnym wypadku polecam piosenkę pod zabawnym tytułem „Żółte flamastry i grube katechetki”. Swoją drogą to bardzo charakterystyczne, że stary Matczak posłał swoje dziecko do katolickiego przedszkola.



Kiedyś nie byłem tak durny, miałem i kredki i piórnik
Miałem plan lekcji z Lionelem Messim, uczyłem się w domu do każdej kartkówki
Kiedyś nie byłem tak durny, grube katechetki, przynosiły nam mleko i marchewki
I każdy je pił i każdy je jadł i każdemu uszy się trzęsły
Nie ma dobra i zła, są tylko ci grzeczni i ci niegrzeczni
I wymieniają figurki z Lego na naklejki
Codziennie o 7:30 był apel, a potem różaniec
Najpierw uczyli nas musztry, a później mówiliśmy amen
Codziennie czytaliśmy Stary Testament i Nowy Testament
I słowo stawało się ciałem
I taki łysy ksiądz w okularach i dawał nam fajne kazania
W pierwsze piątki chodziliśmy na msze, w czwartki były zebrania
Ale takie dla rodziców, a nie dla nas, robili nam kanapki na śniadania
A siostry dawały je bezdomnym, kiedy ktoś z nas nie dojadał
A siostry robiły nam tosty i kazały całować nam chleb, gdy upadał i całowaliśmy ten chleb, gdy upadał
A teraz błagam, ty też mnie pocałuj, bo czekam na sygnał by wstawać
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był
Kiedyś miałem piękną żonę i plastikowy zegarek
Myślę o tym gdy w telewizorze widzę śpiącą rybkę o czwartej nad ranem
I doceniam po latach leżakowanie chociaż ani razu wtedy nie spałem
I tak sobie myślę co jest z tym leżakowaniem teraz
A pamiętasz jak nieraz przed spaniem rozmawialiśmy o przeróżnych rzeczach
I czasem głupich nawet
Ale kładłem w tobie nadzieję i wiarę jak łokcie na parapet
Albo tę herbatę z granulek na ławie
Bo są rzeczy których nie wolno nam pić
I których nie wolno nam jeść jak na przykład jarzębiny
A gdy jemy ryby to musimy uważać na ości ale za to nie musimy aż tak bardzo pościć jak dorośli
A teraz dotknij mnie, tylko trochę wystarczy
Nie chcę wracać już do naszych wspomnień na tarczy
A teraz dotknij mnie, jeśli mnie słyszysz, bo tak bardzo chciałbym wiedzieć że patrzysz
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był





Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...