środa, 12 lutego 2020

Face value, czyli gdy słowo nie oddaje sprawiedliwości


      

       Dzisiejszy tekst zdecydowałem się zacząć od zdjęcia, by najlepiej jak tylko potrafię pokazać, kto tym razem będzie jego swego rodzaju bohaterem. Oto, proszę sobie wyobrazić, że dziś przed nam staje dr hab. Arkadiusz Stempin „kierownik Katedry Integracji Europejskiej im. Konrada Adenauera, historyk, politolog, watykanista, komentator polityczny portalu TOK FM i telewizji POLSAT NEWS oraz SUPERSTACJA”. Ktoś się zapyta, skąd ja wpadłem na tego freaka, który bardziej przypomina zwycięzcę look-alike contest zorganizowanego w rocznicę śmierci wybitnej polskiej aktorki, śp. Krystyny Feldman, niż poważnego naukowca, a moja odpowiedź będzie taka jak zawsze: to wszystko dzięki pomocy Czytelników, którzy stoją zawsze na straży i zawsze o mnie pamiętają.
      A zatem, od jednego z nich otrzymałem informację o istnieniu tego wybitnego intelektualisty, wraz z towarzyszącym jej linkiem do wywiadu jakiego udzielił ów portalowi onet.pl na temat kondycji Kościoła Katolickiego w Polsce, wysłuchałem uważnie owej rozmowy –  zwracając przy okazji uwagę na redaktor prowadzącą, niejaką Odetę Moro, gdy chodzi o prezencję, osobę wprawdzie od Stempina znacznie bardziej w standardzie, ale za to jeszcze głupszą – i pomyślałem, że może przyjdzie taki moment, że uda mi się coś kiedyś na jego – a kto wie, czy również nie na jej – temat napisać. I oto, kiedy wydawało się, że nic już z tego nie wyjdzie, do Hollywood zawitała nasza trupa aktorska, prowadzona przez dziennikarkę telewizji TVN Kingę Rusin i pojawił się temat jak złoto, w postaci niezgłębionej dotychczas do końca przez nikogo zagadki, jak to się dzieje, że Polska, wydawałoby się, że kraj skazany na wielkość, upadła tak nisko we wszystkich możliwych rankingach, poczynając od piłki nożnej, przez muzykę i film, aż na literaturze kończąc, by o nauce nawet nie wspominać, wszystko to co nasz naród z tak wielkim zaangażowaniem usiłuje odbudowywać, jest systematycznie przez jego elity kompromitowane i bezlitośnie niszczone.
        Mieliśmy wczoraj okazję poszydzić z Kingi Rusin i w międzyczasie wyciągnąć z tego co się właśnie stało parę cennych wniosków, kiedy nagle w mojej świadomości pojawił się na nowo ów Stempin i w jednym momencie uświadomiłem sobie, że podczas gdy my się zajmujemy Kingą Rusin, czy reżyserem Komasą i jego branżą, cała Polska jest tak naprawdę opanowana przez towarzystwo znacznie jeszcze gorsze, którego czas nadejdzie dopiero wtedy, gdy więksi cwaniacy zrobią nieopatrznie jakiś błąd i otworzą ów kurek z autentycznym intelektualnym i cywilizacyjnym ściekiem. Czemu tak? Rzecz w tym, że pojawia się ni stąd ni zowąd taki Stempin – przypominam że kierownik Katedry Integracji Europejskiej im. Konrada Adenauera, a poza tym watykanista –  zaczyna nam opowiadać, jakie możliwości ma dziś Kościół w Polsce, by dorównać pozycji zajmowanej przez lokalne Kościoły w Europie i nie skończyć na śmietniku historii, a my nagle sobie uświadamiamy, że jeśli Kinga Rusin jest przedstawiana przez światowe media jako „rosyjska telewizyjna dziennikarka”, to nie jest przyczyna, ale skutek. Przez te wszystkie lata, najpierw PRL-u, a następnie tak zwanej „trzeciejerpe” robiliśmy wszystko co w naszej mocy, by w charakterze reprezentacji narodowej obstawić ludzi takich jak Stempin właśnie. I to oni w pewnym momencie zjednoczyli siły, wzięli się za nas na całego i w wyniku wewnętrznych rozstrzygnięć zbudowali hierarchię, gdzie prezesem Sądu Najwyższego jest Małgorzata Gersdorf, pierwszą pisarką Olga Tokarczuk, głównym wodzirejem Zenek Martyniuk, a jednym z podstawowych kandydatów na urząd Prezydenta RP Małgorzata Kidawa-Błońska.
       Przyszedł pewnie wreszcie już czas, by powiedzieć, co takiego ów wspomniany i tak dużo za często Stempin tej idiotce naopowiadał, że postanowiłem go umieścić na swojej liście. Proszę sobie wyobrazić, że brakuje mi sił, by wchodzić dziś tu w to aż tak głęboko, a zdjęcie, które otworzyło te dzisiejsze refleksje powinno, jak sądzę, wystarczyć jako inspiracja do wszelkich intelektualnych rozważań. Zapewniam przy tym, że wszystko co sobie możemy o profesoru Stempinu i jego mądrościach pomyśleć, i tak nie jest w stanie oddać mu sprawiedliwości. Mimo to, zachęcam do próbowania. Powinno być wesoło.


wtorek, 11 lutego 2020

Ja długo piechotą na Ruś?


      Wręczono Oscary i wśród wielu wrażeń, które zwykle nam towarzyszą przy tej okazji, niemal największych wzruszeń dostarczyły rozpowszechnione niemal natychmiast przez wszystkie nasze media zdjęcia obecnych tam naszych artystów, którzy niestety, jak zawsze, nie mogli się powstrzymać, i zamiast rozsądnie przystosować się do chyba dla wszystkich jasnych standardów, postanowili się powygłupiać, w stylu znanych nam jeszcze z dawno minionych szkolnych wycieczek. Reżyser filmu „Boże Ciało”, oraz towarzyszący mu aktorzy, jak wiele na to wskazuje, gdziekolwiek się pojawili, albo udawali że biegną, albo niespodziewanie kucali, albo zasłaniali sobie jedno oko, albo wymyślali coraz to zabawniejsze w ich mniemaniu gesty, zupełnie jakby chcieli pokazać, jacy są wyluzowani i jak się fantastycznie komponują w tych światłach Hollywoodu. Wprawdzie tym razem nikt chyba nie pluł gumą do żucia w kamerę, jak przed rokiem Borys Szyc, ani przewracał się ze śmiechu, jak jego filmowa koleżanka Kulig, ale owszem, pytanie, czemu oni to robią, wracało.
      I oto nagle, odpowiedź na tę zagadkę przyszła przede wszystkim z zupełnie niespodziewanej strony, a w dodatku jeszcze w formie tak zawstydzającej, i jednocześnie perwersyjnie pokrętnej, że chyba od dziś będziemy musieli kwestię polskiej sztuki rozrywkowej zamknąć w sposób ostateczny, przyczepić na niej kartkę z trupią czaszką i napisem „Uwaga! Wysokie napięcie, nie dotykać!” i wiać gdzie pieprz rośnie. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że chyba nigdy dotychczas tu na tym blogu nie widziana, Kinga Rusin zamieściła na swoim Instagramie coś takiego. (Tak na marginesie, proszę mnie nie pytać, kto to jest Kinga Rusin. Jeśli ktoś nie wie, może sobie wyguglować). A teraz proszę się przygotować na serię wstrząsów. Nic nie zmyślam:
Na wczorajszej prywatnej imprezie Beyonce i Jaya Z rozmawiałam z Adele... o butach, a Jay Z uczył mnie imprezowego układu tanecznego. Wiem, że brzmi to surrealistycznie. Ale posłuchajcie od początku... Tylko ok. 200 osób na małej klubowej przestrzeni, z najlepszą muzyką, z zakazem robienia zdjęć (powyższe to wyjątek poimprezowy). Ulica zamknięta i pilnie strzeżona, wejście kuchennymi drzwiami, żeby nie dało się nikogo sfotografować. Impreza, na której wszyscy mogą się wyluzować i zaszaleć! Każdy dostaje na wejściu... kapcie (nie weszłam w tę opcję) i bawi się bez skrępowania do białego rana. Zaczęło się od rozmowy z Adele o moich szpilkach (namawiała mnie na kapcie, które sama miała na nogach). Szczerze, nie poznałam jej, bo jest teraz szczupła jak przecinek. Gadałyśmy zaśmiewając się do momentu kiedy powiedziała, jak się nazywa. Rozmowa z Adele była przepustką do miłej konwersacji z Rihanną. A później już było totalne szaleństwo! Jay Z uczył mnie układu tanecznego (bezskutecznie bo skomplikowany, ale za to było śmiesznie). Beyonce patrząc na mój brokatowy, świecący garnitur stwierdziła ze śmiechem, że ją przyćmiłam (miała na sobie ciemnogranatową, welurową suknię), z Leo DiCaprio tańczyłam przez chwilę za rękę (taka była konwencja, a ja stałam z boku), otoczony wianuszkiem dziewczyn Bradley Cooper posyłał mi uśmiechy, ale chyba dlatego, że jego też rozśmieszył mój taniec z Jayem Z. Klan Kardashianek (Kim, Kourtney, Khloe) bawił się we własnym gronie. Kanye West i Travis Scott wzięli udział w radosnym jam session gospodarzy. Popis na scenie dał Puff Daddy, a pod sceną parkietem zawładnęli jego synowie. Charlize Theron zaproponowała mi kawałek pizzy, kiedy z ciekawości zajrzałam do pudełka, które niosła (do jedzenia do wyboru była pizza, kawior, ostrygi lub homary). W towarzystwie Lany del Rey był reżyser JoJo Rabbit -Taika Waititi, z nim rozmawiałam najdłużej, o jego filmie, który uwielbiam.
Zapomniałam o paru osobach: Margot Robbie, Adriana Lima, Jessica Alba, Reese Whiterspoon, Jeff Bezos, Timothe Chalamet, Spike Lee... Ot, takie zwykłe przyjęcie. Do hotelu wróciłam o 7:00.
     Wystarczy? Nic z tego. Oto coś, co przyćmiewa wszystko, niemal jak święcący garnitur Kingi Rusin welurową sukienkę Beyonce.



I tak się kończy świat, nie hukiem, lecz skomleniem”.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Matczak syn Matczaka, czyli o krętych ścieżkach, po których chodzą talenty


Jak pewnie część z nas zauważyła, dziś tekstu nie ma, bo ani mi nic szczególnego nie przyszło do głowy, ani też nie miałem za bardzo chwili, by się za coś wziąć. Teraz wprawdzie by się coś znalazło, ale ponieważ jest już za późno, pomyślałem, że wrzucę piosenkę, które przede wszystkim bardzo mi się podoba, a poza tym związana jest bezpośrednio z pewnym odkryciem, jakiego niedawno dokonałem, a o którym tu już wcześniej miałem okazję wspominać. Otóż, jak może niektórzy wiedzą, wśród najbardziej opętanych głosicieli demokracji w wydaniu ekstremalnym jedno z czołowych miejsc okupuje niejaki Marcin Matczak. Ja o tym Matczaku nie wiem nic, poza tym, że jest on towarzysko umocowanym prawnikiem z Warszawy, mocno aktywnym na Twitterze, publikując tam komentarze dokładnie tak samo chore, jak całe to towarzystwo, którego przedstawicielem sam się ogłosił, no ale i to jeszcze, że ma syna, który oto właśnie rozbił polską scenę hip-hopową, najpierw piosenką „Patointeligencja”, a ostatnio swoją płytą, która moim zdaniem stanowi najwybitniejsze osiągnięcie gatunku, nie wykluczone, że nie tylko tu w Polsce. Ze względu na fakt, że Mata – bo taki pseudonim nosi ten chłopaczek – to dziecko z najwyższej towarzyskiej półki, od razu pojawiły się podejrzenia, że to stary Matczak ze swoimi pieniędzmi i układami mu ten sukces zorganizował, i to jest oczywiście całkiem prawdopodobne, jednak biorąc pod uwagę fakt, że ów rynek – i to nie tylko tu w Polsce – jest tak zbudowany, że w ostatecznym rachunku zawsze ktoś komuś, czy to mówimy o Bobie Dylanie, czy Kasi Nosowskiej, musi coś za coś załatwić, ja nie mam innego wyjścia, jak albo próbować szukać owego ewangelicznego talentu, albo machnąć na to wszystko ręką. A ponieważ akurat ręce mam zajęte, to zakładam, że Mata, syn starego Matczaka, to nadzwyczajny talent i jedyne co mi mądrego przychodzi do głowy, to stwierdzić, że z tymi genami to chyba jednak nie taka prosta sprawa.
Jeśli ktoś nie lubi popu, do zobaczenia do jutra, w przeciwnym wypadku polecam piosenkę pod zabawnym tytułem „Żółte flamastry i grube katechetki”. Swoją drogą to bardzo charakterystyczne, że stary Matczak posłał swoje dziecko do katolickiego przedszkola.



Kiedyś nie byłem tak durny, miałem i kredki i piórnik
Miałem plan lekcji z Lionelem Messim, uczyłem się w domu do każdej kartkówki
Kiedyś nie byłem tak durny, grube katechetki, przynosiły nam mleko i marchewki
I każdy je pił i każdy je jadł i każdemu uszy się trzęsły
Nie ma dobra i zła, są tylko ci grzeczni i ci niegrzeczni
I wymieniają figurki z Lego na naklejki
Codziennie o 7:30 był apel, a potem różaniec
Najpierw uczyli nas musztry, a później mówiliśmy amen
Codziennie czytaliśmy Stary Testament i Nowy Testament
I słowo stawało się ciałem
I taki łysy ksiądz w okularach i dawał nam fajne kazania
W pierwsze piątki chodziliśmy na msze, w czwartki były zebrania
Ale takie dla rodziców, a nie dla nas, robili nam kanapki na śniadania
A siostry dawały je bezdomnym, kiedy ktoś z nas nie dojadał
A siostry robiły nam tosty i kazały całować nam chleb, gdy upadał i całowaliśmy ten chleb, gdy upadał
A teraz błagam, ty też mnie pocałuj, bo czekam na sygnał by wstawać
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był
Kiedyś miałem piękną żonę i plastikowy zegarek
Myślę o tym gdy w telewizorze widzę śpiącą rybkę o czwartej nad ranem
I doceniam po latach leżakowanie chociaż ani razu wtedy nie spałem
I tak sobie myślę co jest z tym leżakowaniem teraz
A pamiętasz jak nieraz przed spaniem rozmawialiśmy o przeróżnych rzeczach
I czasem głupich nawet
Ale kładłem w tobie nadzieję i wiarę jak łokcie na parapet
Albo tę herbatę z granulek na ławie
Bo są rzeczy których nie wolno nam pić
I których nie wolno nam jeść jak na przykład jarzębiny
A gdy jemy ryby to musimy uważać na ości ale za to nie musimy aż tak bardzo pościć jak dorośli
A teraz dotknij mnie, tylko trochę wystarczy
Nie chcę wracać już do naszych wspomnień na tarczy
A teraz dotknij mnie, jeśli mnie słyszysz, bo tak bardzo chciałbym wiedzieć że patrzysz
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był
I choć gołym okiem widzę, że gdzieś łączy się niebo i ziemia
To wciąż jest daleko i bardzo się boję że w końcu opadnę z sił
I choć w sumie znam więcej dowodów na to że wcale cię nie ma
To postaram się żyć tak jakbyś był





niedziela, 9 lutego 2020

PiS vs. PiS, czyli ostatni dupniak


       Zmarł Romuald Lipko, człowiek, który stworzył sukces popularnego zespołu Budka Suflera, a ja sobie myślę, że jeśli polska muzyka popularna dozna jeszcze kiedyś podobnego ciosu, to będzie to śmierć Zenka Martyniuka, czy może jeszcze bardziej Marcina Millera. I od razu proszę uprzejmie tych, którym przyszło czytać ten tekst, by ani im do głowy nie przyszło sądzić, że ja tu ze świętej pamięci Romualda Lipko szydzę. Wręcz przeciwnie, porównując go do autorów tak wielkich przebojów jak „Przez twe oczy zielone”, czy „Wolność”, chciałem powiedzieć, że gdy chodzi o naszą współczesną muzykę popularną nie było kompozytora bardziej uzdolnionego niż śp. Romuald Lipko. Ktoś powie, że to nieprawda, Miller i Martyniuk są więksi. Otóż nic podobnego. Jeśli przyjrzymy się twórczości Budki Suflera, a więc zespołu, za którego sukcesem, jak już wspomnieliśmy, od samego początku stał nieszczęśliwie nam zmarły niedawno Lipko, ani Miller, ani Martyniuk nie są w stanie stawać w konkury. Wystarczy wspomnieć takie przeboje Lipki jak „Bal wszystkich świętych”, „Dmuchawce, latawce, wiatr”, „Jolka, Jolka”, „Bo do tanga trzeba dwojga”, czy „Za ostatni grosz” – a przecież to wcale nie koniec – by zrozumieć, że ani Martyniuk, ani Miller, ani cała ta reszta, co by nie powiedzieć, bardzo zdolnych artystów, nie ma tu nic do gadania.
      A mimo to, że wypadałoby dziś złożyć hołd artyście wybitnemu, uznałem, że nie będę pisał o Lipce, ale, tak jak zawsze, o polityce. Otóż proszę sobie wyobrazić, że komentując odejście Lipki, Wiadomości TVP, ustami Danuty Holeckiej, ogłosiły, że oto zmarł wielki artysta i autor „tysiąca piosenek, które od razu stawały się hitami”. Ktoś powie, że nie ma znaczenia co mówi ten android, bo przede wszystkim on prawdopodobnie nie wie nic poza tym, że trzeba się trzymać tej szmaty i nie puszczać, a poza tym Lipko i wspomnienie tych parunastu może piosenek sobie świetnie radzą. Otóż nie do końca. To na co chciałem zwrócić uwagę, to na sposób – ja to widziałem i właściwie widzę za każdym razem jak owa Holecka pojawia się na ekranie mojego telewizora – w jaki propaganda, z którą od pewnego czasu mamy do czynienia, nas traktuje. Wspomniana Holecka staje przed nami, i ze znanymi nam już do porzygania drżącym głosem oraz dramatycznie ściągniętą twarzą, z najwyższym wysiłkiem powstrzymując łzy, informuje nas, że oto zmarł człowiek, który skomponował „tysiące” przebojów... i proszę zobaczyć, co się dzieje. Czy ktoś może zwrócił na to uwagę? Nikt. Zero. Z tego co widzę, muszę przyjąć, że czy ona by powiedziała „setki”, czy „miliony”, a może „miliardy”, nie miałoby to najmniejszego znaczenia, bo tu wcale nie o to chodzi, by wsłuchiwać się w słowo, ale wyłącznie w przekaz, czy na rzeczy może jeszcze bardziej mamy szlagwort tego cwaniaka McLuhana "medium is the message".
        A więc tu pojawia się ta Holecka i jej również wypadałoby poświęcić parę słów. Oto mamy jednego z czołowych propagandzistów obozu władzy, odczytującego kolejną informację i proszę  zwrócić uwagę na to w jaki sposób ona ową informację przekazuje. Czy na jej twarzy choć przez moment pokazuje się grymas wątpliwości co do tego „tysiąca”? Mowy nie ma. Ona robi wrażenie, jakby autentycznie była poruszona, że ktoś, kto napisał „tysiące” przebojów właśnie odszedł, a nam już tylko pozostaje nic innego jak te „tysiące” piosenek w koło przerabiać. Mało tego, chwilę później oglądamy reportaż o Lipce i tam również jak gdyby nigdy nic pada ów tysiąc”, tyle że tym razem w wykonaniu jakiejś Stepan, czy kogo oni tam mają do wygłaszania tych pełnych wzruszeń komunikatów.
      I w tym momencie zostawiamy śp. Romualda Lipko w wiecznym spokoju, modląc się, by Dobry Bóg, przyjął go do swoich świętych, i zupełnie gładko przechodzimy do tego wszystkiego, co ta śmierć za sobą pozostawia, a więc zwykłą ordynarną politykę. Otóż my wszyscy mamy oczywiście swoją wrażliwość, swoje marzenia, swoje przemyślenia i jestem pewien, że choćby Danuta Holecka wspięła się na najwyższy poziom bezmyślności, to, co ona mam nam do powiedzenia, nie będzie dla nas miało najmniejszego znaczenia. Dlaczego? Dlatego, że my swoje wiemy i to nie tylko gdy chodzi o twórczość Budki Suflera, ale w kwestii tak zwanej „wielkiej polityki”.
     To co mnie natomiast tu zajmuje, to bardzo mocne podejrzenie, że, nie wiem, czy większość, ale znaczna część towarzystwa, które Jarosław Kaczyński w mniej lub bardziej bezpośredni sposób zatrudnił, by w jego imieniu prowadzili politykę prowadzenia Polski do ostatecznego zwycięstwa, to jest w większości po pierwsze  banda idiotów, pod drugie cynicznych karierowiczów, a po trzecie wreszcie ludzi, którzy w momencie gdy tylko zmieni się wiatr, z tym samym zacięciem gotowi są wykonywać każde polecenia każdego z każdej strony.
      I, jak mówię, my sobie poradzimy, ale co z tymi, którzy tego cynizmu nie wytrzymają i uznają, że właściwie czemu tych durni nie wziąć za pysk i wystawić za drzwi? No bo czemu?





sobota, 8 lutego 2020

Czy poseł Michał Szczerba został doradcą pijarowym kandydatki Błońskiej?


Myślę, że nie zaszkodzi jeśli na ten piękny początek weekendu przedstawię swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Powinno wręcz być w sam raz. Zapraszam.

       Mimo upływu lat, wciąż pamiętam, jak jeszcze w głębokim PRL-u oglądałem z Ojcem „Dziennik Telewizyjny” i padła kwestia, którą do dziś traktuję jako nadzwyczaj głęboką refleksję na temat tego wszystkiego, co nas od lat, mimo ciągle zmieniających się dekoracji, dręczy i nie daje upragnionego spokoju. Otóż siedzieliśmy z Ojcem przed telewizorem, a on w pewnym momencie zwrócił się do mnie tymi słowami: „Powiedz mi, czy on wie, że on kłamie?” Ktoś powie, że tego rodzaju refleksja nie jest niczym szczególnym, nawet w ustach człowieka prostego, jeśli choćby przypomnimy sobie kwestię wypowiedzianą przed setkami lat przez tego biednego głupca, Poloniusza: „W tym szaleństwie jest metoda”. I choć gotów jestem przyjąć tę perspektywę, wciąż uważam, że do czasu gdy śp. siostra mojej mamy po wielu już latach scharakteryzowała Donalda Tuska słowami: „Popatrz na niego. On stawia te oczy jak złodziej”, nie spotkało mnie nic równie przenikliwego.
       Przypomniała mi się niegdysiejsza myśl mojego taty, kiedy usłyszałem, że poseł Platformy Obywatelskiej Michał Szczerba zamieścił na Twitterze tekst, którego charakter jako żywo przypominał znaną nam skądinąd frazę: „Wielmożny Panie Gestapo”, a który dokładnie brzmiał tak:
„Wiadomości TVP o tym, że Lufthansa celowo wprowadziła nowe logo nawiązujące wprost do loga polskiego przewoźnika, żeby wprowadzać w błąd pasażerów. Bo panicznie boi się konkurencji LOT, który rośnie w siłę. Czy Lufthansa skomentuje te oskarżenia naruszające dobre imię firmy?
      Gdy chodzi akurat o posła Szczerbę, jak większość czytelników „Warszawskiej” się zapewne orientuje, podejrzenia, że z nim jest coś nie tak, rosną w siłę z każdym jego kolejnym występem w telewizorze. I wcale nie najbardziej chodzi o to, co on mówi, ale o jego oczy. Sposób w jaki poseł Szczerba – tu znów zacytuję moją śp. Ciocię – „stawia oczy” świadczy tym razem już nie tyle o tym, że on kombinuje, jak by tu można było coś ukraść, ale jakby on cały swój wysiłek kierował na to, by dojrzeć ów obłęd, który zżera mu mózg. W dzisiejszej polityce konkurencja jest naprawdę mocna. Jednak przy całej tej plejadzie różnej wielkości wariatów, zawsze można tam próbować dopatrzyć się śladu metody. W przypadku posła Szczerby od pewnego czasu o metodzie mówić jest nie sposób, a od kiedy on opublikował swój donos do Niemców na LOT, wątpliwości przestały ostatecznie istnieć.
      Ktoś powie, że Szczerba w ten sposób aplikuje do Lutfhansy, by na trudne czasy dano mu jakąś fuchę i to jest właśnie owa metoda, której szukamy. Otóż nie. Jeśli to ma być metoda, to on równie dobrze mógłby się rozebrać do naga, stanąć pod słynną warszawską palmą i machając rękami udawać samolot, i krzyczeć „Jestem Lufthansa”. To już prędzej uwierzę, że oni mu kazali tego twita zamieścić, żeby odwrócić publiczną uwagę od kandydatki Kidawy-Błońskiej i próbować uratować tę ponurą kampanię.



Przypominam tym wszystkim uczestnikom tego bloga, których z jednej strony nawet nie znam, a którzy zgłosili chęć komentowania i póki co wygląda na to, że nie wiadomo w jakim celu, że nie podoba mi się to za bardzo. Ja rozumiem, że często jest tak, że komentować się nie chce, albo nie potrafi, ale po co zajmować miejsce? No po co?


piątek, 7 lutego 2020

Cukierkiem w skroń, czyli powrót do przyszłości


Dziś postanowiłem zrobić coś, na co nigdy wcześniej się nie poważyłem, a mianowicie pwtórzyć swój tekst zaledwie sprzed kilku miesięcy. Jak wiemy, powtarzanie wcześniejszych notek weszło mi już w krew, jednak zawsze były to refleksje bardzo dawne, co do których choćby nie mogłem mieć pewności, czy większość dzisiejszych czytelników tego bloga je w ogóle zna, czy choćby pamięta, no ale żeby wracać do czegoś, co własciwie jeszcze nie ostygło, to już przesada. Stało sie jednak tak, że wczoraj telewizja TVP Info, w ramach propagandowej akcji zohydzania nam tak zwanej „kasty”, kilkakrotnie poinformowała o tym, że człowiek, który swego czasu zeżarł w „Biedronce” cukierek za 40 groszy został w procesie odwoławczym skazany na 20 złotych grzywny plus stówę kosztów sądowych, no i oczywiście nie omieszkała zauważyć, że ci sędziowi to już zupełnie oszaleli, skoro ciągają człowieka, w dodatku biednego emeryta, po sądach za głupi cukierek. Przypomniano nam tamtą sprawę, a ja oczywiście w jednej chwili dostałem starej cholery, tyle że tym razem jeszcze bardziej powiększonej przez to, że już nie dowiedzieliśmy się, że problem polegał na tym, że ów wygłodniały biedaczek mógłby spokojnie sobie dalej żyć, gdyby za tego cukierka zapłacił, o co obsługa sklepu go grzecznie prosiła, tyle że on się zaparł i zamiast tego pierwsze co zrobił, to popędził na skargę do TVN-u, a oni zrobili resztę.
W czym rzecz. Oto proszę sobie wyobrazić, że ja wchodzę tu do swojej „Żabki”, żeby kupić piwo, a ponieważ akurat wpada mi pod rękę jakiś Snickers, czy Mars, zjadam go i próbuję wyjść jak gdyby nigdy nic. Dziewczyna przy kasie mówi mi, żebym za ten batonik zapłacił, a ja jej na to, że nie zapłacę, bo po pierwsze on mi w ogóle nie smakował, a poza tym niech ona się nie wygłupia i nie robi awantur o głupie parę złotych. Na to ona, że w tej sytuacji ona będzie musiała za niego zapłacić, bo właściciel uzna, że to ona mu te batoniki podjada, zwłaszcza że takich jak ja, ona ma tu dziesiątki dziennie. No to ja jej na to, że to jest jej problem. Ona zatem zamyka sklep, wzywa psy, psy przyjeżdżają, a ja im mówię, że nie zapłacę, bo nie będę brał udziału w jakimś teatrze absurdu, no a na końcu powiadamiam o tym co mnie spotkało media i zostaję bohaterem walki z bezdusznym wymiarem sprawiedliwości.
Przepraszam bardzo, ale po czymś takim, ilu z nas miałoby jeszcze ochotę przychodzić tu i czytać te moje wypociny? Po co komu jeszcze jeden idiota? Tymczasem emeryt ze Szczecina wraca ponownie na czołówki portali informacyjnych, znów w glorii męczennika w wojnie o rozsądek.
Przepraszam wszystkich bardzo, ale tu nie daję rady i kiedy słucham tych wszystkich mądrali tłumaczących mi, że 40 groszy to nic takiego, a poza tym przecież oni w tych sieciówkach cały czas coś rozdają ludziom na zachętę, to aż mnie skręca. W tej sytuacji zatem, skoro temat wrócił, to i ja wracam ze swoim tekstem sprzed zaledwie 4 miesięcy wyłącznie po to by sobie ulżyć. Kto chce, niech sobie poczyta, albo kolejny raz, albo – kto wie – może po raz pierwszy. A kto nie, to do widzenia, do jutra.


      Przed wielu już dziś laty miałem okazję uczyć pewnego dyrektora pracującego dla sieci Carrefour. Powiedział mi ów człowiek, że jednym z największych nieszczęść na jakie natrafia sieć, jest to, że liczba drobnych kradzieży dokonywanych każdego dnia w prowadzonych przez nią sklepach, w końcowym rozrachunku sprawia, że firma operuje na granicy opłacalności. Czy z tą opłacalnością było tak jak on mówił, to raczej wątpię, faktem jest jednak, że ja tych lekcji udzielałem w biurze umieszczonym nad tą halą, odgrodzoną od kupujących wielką szybą, i przez tę szybę mogliśmy obserwować bieżący ruch, i mój dyrektor zapewnił mnie, że w momencie, gdy my tu sobie miło spędzamy czas, któryś z ludzi, których widzimy, coś kradnie, a odpowiednie systemy najczęściej nie są w stanie nawet tego zauważyć.
         Przyznaję, że choć byłem pod wrażeniem, to nie poczułem szczególnego dreszczu. W końcu, co mnie obchodzi jakiś Carrefour? Nie podoba im się, niech spieprzają do Francji; tam z całą pewnością nikt ich nie będzie okradał. Któregoś dnia jednak rozmawiałem z dziewczyną z sąsiedniej „Żabki” i powiedziała mi ona, że prawdziwą plagą są nie tylko ci kupujący, którzy przy okazji zakupów, coś tam sobie lewą ręką ściągną z półki, ale ci już najbardziej bezczelni, co wejdą do sklepu, zdejmą z półki zgrzewkę piwa i jak gdyby nigdy nic wyjdą, a ona nie jest w stanie się nawet ruszyć, bo diabli wiedzą, co oni mają w kieszeni, lub choćby w pięści. No a te kradzieże idą oczywiście na jej konto, bo jak ona jest w stanie udowodnić, że to nie ona, lub jej chłopak, to piwo zwędził?
       Przypomniało mi się to moje doświadczenie, gdy wczoraj wszystkie – ich i nasze – portale poinformowały o nieszczęściu, jakie spotkało „pana Romana, emeryta ze Szczecina”, który tylko z tego powodu, że w sklepie „Biedronka” najpierw ściągnął z półki, a następnie zeżarł śliwkę w czekoladzie, by potem bez płacenia udać się na dalsze zakupy, został skazany przez sąd na 20 dni prac społecznych. Portal tvn24.pl posunął się wręcz do tego, by odwiedzić wspomnianego emeryta u niego w domu i nakręcić odpowiedni reportaż w wersji HD, gdzie ów biedaczek opowiada:
      „Byłem w Kołobrzegu na wypoczynku. W dniu 4 lipca udałem się do sklepu ‘Biedronka’ na ulicy Tarnowskiego 3, dokonałem tam zakupu kilku produktów, włożyłem te produkty do koszyka i przechodząc między półkami, odruchowo sięgnąłem po cukierka, sądziłem że sprawa się zakończyła, tymczasem 11 października otrzymałem wyrok nakazowy”. I tu stacja pozwala najpierw emerytowi odczytać całe orzeczenie, a następnie oświadczenie, że ponieważ on nie wyniósł nic poza sklep, tylko „skonsumował na miejscu”, to zarzut kradzieży jest absurdalny.
       W opisie przedstawionym przez portal sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca:
       „Pan Roman to 69-letni emeryt ze Szczecina. Wcześniej pływał jako marynarz w Polskiej Żegludze Morskiej. Jak sam mówi – opłynął cały świat. Jednak dopiero w Polsce spotkała go taka - w jego ocenie - absurdalna sytuacja. W wakacje wybrał się do Kołobrzegu. Jak relacjonuje, 4 lipca poszedł na zakupy do samoobsługowego sklepu jednej z sieci marketów. Znajduje się on przy ul. Tarnowskiego. W trakcie zakupów zauważył śliwki w czekoladzie sprzedawane na wagę. Jak tłumaczy, odruchowo wziął jednego cukierka i spróbował. Nie posmakował mu, więc zrezygnował z ich kupna. Po chwili jeden z pracowników sklepu zwrócił mu uwagę, że to kradzież. Pan Roman uznał to za nadinterpretację i kontynuował sprawunki”.
     Przepraszam bardzo, ale co to się do ciężkiej cholery dzieje? Ów były marynarz, co „opłynął cały świat” podpieprza z półki w „Biedronce” cukierka, pracownik sklepu, widząc, co się dzieje, każe mu za tego cukierka zapłacić 40 groszy, na co ten się stawia, bo on go nie ukradł, tylko zeżarł na miejscu, i wychodzi z godnością, a potem stacja TVN24 robi aferę na cała Polskę, że za jeden głupi cukierek, „Biedronka” ściga jakiegoś marynarza, który opłynął cały świat.
     Powiem zupełnie szczerze, że gdy chodzi o TVN24, ja jestem gotowy na wszystko i jestem już naprawdę bardzo blisko, by ich przestać zauważać. Podobnie problem z tym idiotą, który nie dość, że nie potrafił się opanować przed tym, by zwędzić ze sklepowej półki głupiego cukierka, to potem nawet nie chciał zapłacić za niego tych głupich 40 groszy, jest dla nas kompletnie nieinteresujący. Czerwona linia między zidioceniem a kłamstwem jest naprawdę cienka. To co mnie natomiast bardzo zastanawia, to to że ów news nie dość że zrobił wrażenie na telewizji TVP Info, która ową wiadomość zdecydowała się podać na swoim internetowym profilu, to jeszcze sprowokował do działania nadzorowaną przez Zbigniewa Ziobro prokuraturę, która postanowiła zaskarżyć wspomniany wyrok na korzyść naszego miłośnika słodyczy. Mam nadzieję, że wszyscy to widzimy: prokuratura wnioskuje o to, by oskarżonemu odpuścić wszystkie grzechy. Bo ten nie wyniósł, tylko zjadł na miejscu.
      Wszyscy dziś się przejmujemy oczywiście sytuacją po wyborach, zastanawiamy się, jak się sprawy potoczą zanim przyjdzie nam wybierać w wyborach prezydenckich. Niektórzy z nas koncentrują się na sprawach bardziej bieżących, takich jak choćby na wybrykach działaczy LGBT pod papieskim oknem w Krakowie. Tymczasem tu mamy tego złodziejaszka i potężną medialną organizację, która angażuje niewyobrażalne siły i środki, by go bronić przed... no właśnie, przed kim i przed czym? Czyżby przez to całe zamieszanie nawet oni stracili panowanie nad rzeczywistością, czy może w tym obłędzie jest jakaś metoda?





czwartek, 6 lutego 2020

Po ile flaszka koronawirusa?


      Przyznam, że już od pewnego czasu miałem ochotę w jakiś sposób przypomnieć tu autora, w środowiskach prawicowych początku lat 90. nadzwyczaj popularnego, i do dziś jak najbardziej aktywnego w swoich Stanach Zjednoczonych, a mianowicie Rusha Limbaugh. Jestem pewien, że starsi czytelnicy mogą mogą go jeszcze pamiętać, tym jednak, którzy nie mają pojęcia o kim mówię, powiem tylko, że Rush Limbaugh to gospodarz autorskiej, nadawnej na żywo na całe Stany audycji radiowej, a jednocześnie ktoś w pewien sposób podobny do naszego Korwina, tyle że znacznie bardziej psychicznie stabilny, czy może jeszcze bardziej do Rafała Ziemkiewicza, tu jednak z tą różnicą, że o wiele bardziej inteligentny, no a przede wszystkim w stosunku do obu panów zwyczajnie oryginalny. Chciałem przypomnieć Rusha Limbaugh z dwóch względów. Pierwszy to taki, że ostatnio czytamy jego teksty na prowadzonych przeze mnie lekcjach i wszyscy natychmiast uznaliśmy, że to jest naprawdę nadzwyczaj ekscytująca lektura, a po drugie jest czymś autentycznie szokującym uświadomić sobie, że to co dręczyło prawicową opinię publiczną w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat 80. i 90. i co w tak inteligentny sposób komentował w swoich tekstach Limbaugh, po tych wszystkich latach dotarło wreszcie i do nas i, co wręcz szokujące, w niemal niezmienionym kształcie. Czy będziemy dyskutować o ekologii, o gender, o prawie i sprawiedliwości, o aborcji, czy o tak zwanych autorytetach, których opiniami jesteśmy nieustannie terroryzowani, wystarczy że zajrzymy do starych audycji Limbaugh, to musimy sobie uświadomić, że, jak to padło w pewnym starym ruskim dowcipie, „lepiej już było”.
       Pierwszy zbiór wykładów Limbaugh został wydany w języku polskim w jak na nowe czasy bardzo dobrym tłumaczeniu Jana Fijora, pod polskim tytułem „Właściwy porządek rzeczy”, i myślę że dziś, jeśli ktoś ma ochotę, może sobie to kupić bardzo tanio na Allegro. To jest naprawdę bardzo dobre, moim zdaniem, znacznie lepsze od wielu ostatnio bardzo aktywnych konserwatywnych amerykańskich autorów, takich choćby jak Jordan Peterson. 
       Jak mówię, od pewnego czasu chodziło mi po głowie, by w charakterze bieżących komentarzy powrzucać tu trochę tekstów Limbaugh, jednak nie umiałem znaleźć do tego dobrego kontekstu i ostatecznie sprawa była wciąż odkładana. I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj wieczorem na pasku TVP Info trafiłem na informację, że Światowa Organizacja Zdrowia zwróciła się do... no, w sumie, nie jest powiedziane do kogo, ale my się możemy domyślić, że do rządu Stanów Zjednoczonych o $675 mln  na badanie i walkę z – a jakże! – koronawirusem, i pomyślałem sobie, że to jest wręcz fantastyczna okazja, by napisać na ten temat parę słów, wykorzystując do tego stary tekst Rusha Limbaugh właśnie, no a przy okazji też wspomnieć krótko, co ja sądzę o tej, nie pierwszy raz zresztą, nakręcanej histerii. A powodów ku temu, zupełnie z innej beczki, jest wcale nie mało. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że stałem sobie niedawno w małej grupce przed przejściem dla pieszych i w pewnym momencie przyszło mi do głowy by kaszlnąć. Stojąca przede mną pani najpierw obróciła się nerwowo, spojrzała na mnie z przerażeniem, by w jednej niemal chwili czmychnąć na bok, jak najdalej ode mnie. Pewnie uznałbym to za niewyjaśniony przypadek, gdyby jakiś czas potem pewien uczeń nie opowiedział mi, że szedł sobie przez miasto z koleżanką z Korei i mijani ludzie w znacznej części robili dokładnie to samo, co „moja” pani na przejściu, czyli wiali od tej dziewczynki gdzie pieprz rośnie. A więc widzimy już chyba wszyscy, jak to działa, a ja jeszcze raz zwracam uwagę na wspomnianą wcześniej informację: w związku z pandemią koronawirusa, WHO zwróciło się z apelem o 675 milionów dolarów dofinansowania na badania.
        I oto przyszła chwila na Rusha Limbaugh sprzed lat, który najlepiej jak tylko można to co się dzieje skomentuje. Mógłbym skorzystać z tłumaczenia Fijora, ale wolę sam, a zatem proszę uprzejmie:
Pewnego styczniowego dnia NASA dokonała pomiarów stężenia chloru i innych szkodliwych gazów w atmosferze na północnej półkuli i odkryła, że ich poziom jest znacznie powyżej normy. Nie poczekano na rzetelną analizę danych; nie poczekano dwa, trzy miesiące, aby pomiary powtórzyć; po prostu opublikowano komunikat utrzymany w alarmistycznym tonie, który od pewnego już czasu stanowi cechę osób ogarniętych ekologiczną obsesją. Dzień po dniu w mediach ukazywały się nagłówki informujące o tym, że w atmosferze nad Północną Ameryką pojawiła się dziura ozonowa. Doszło do tego, że senator Al Gore, autor histerycznej książki na temat tego, jak to znaleźliśmy się na drodze do zniszczenia naszego ekosystemu, zapowiedział, że niedługo prezydent Bush zrozumie co się dzieje, kiedy sam, wypoczywając w Kennenbunkport, zauważy nad głową ozonową dziurę. Tyle że ani nic tego typu się nie wydarzyło, ani też nawet dane NASA na to nie wskazywały. W rzeczywistości nie nastąpił jakikolwiek ubytek ozonu, jedynie dość mocno podwyższony poziom chloru, spowodowany, jak się już wkrótce okazało, erupcją wulkanu Pinatubo, a więc faktem, który ekologiczna agenda z rozmysłem usiłowała zignorować. Chcecie wiedzieć coś jeszcze? Podobne wyniki uzyskano w roku 1989 i im również towarzyszyły apokaliptyczne prognozy dotyczące dziury ozonowej nad Stanami. I one również się nie sprawdziły.
Czemu część naukowców dostaje w tych kwestiach małpiego rozumu? Otóż nie da się oddzielić nauki od polityki. Naukowcy twierdzą, że nie realizują jakiejkolwiek agendy, jednak robią to jak najbardziej. Oni wciąż poszukują funduszy, a to dziś oznacza przede wszystkim finansowanie państwowe. Cóż może być bardziej naturalnego w przypadku NASA, której kosmiczne programy z każdym rokiem zwijają się coraz bardziej, niż ogłosić, że ze względu na wzrost chloru w atmosferze potrzebne są dodatkowe pieniądze? Przecież to wszystko trzeba zbadać, prawda? No ale oczywiście najpierw należy ‘poinformować’ opinię publiczną. To jest dopiero przekręt!
      Jak wiemy, od dawna już o rzekomej dziurze ozonowej nie słyszymy, choćby dlatego, że w pewnym momencie ktoś się walnął w czółko, uświadomił sobie, że aby zniszczyć ozon należałoby najpierw zniszczyć Słońce, które ów ozon nieustannie produkuje i że nawet prości ludzie prędzej czy później muszą sobie ów fakt uświadomić, natomiast od czasu do czasu pojawiają się kolejne apokaliptyczne proroctwa, jak choćby to całkiem ostatnie, o ostatecznym rzekomo wyschnięciu Wodospadów Wiktorii w Afryce, i nikt nie wspomni o tym, że owe wodospady tak wysychają od zawsze, mniej więcej co 25 lat. Ale oczywiście specjaliści od wyciągania ręki po cudze nie działają wyłącznie w ekologii. Wszędzie gdzie są do wyciągnięcia jakieś pieniądze, oni są zawsze gotowi do akcji i zawsze z odpowiednim medialnym wsparciem. Numer z koronawirusem robi tu wrażenie szczególne. Pierwsi cwaniacy już się zgłosili. Na początek ostrożnie po 675 baniek. Jeśli się uda to jeszcze trochę pociągnąć, może przekroczą okrągły miliard.





Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...