niedziela, 9 lutego 2020

PiS vs. PiS, czyli ostatni dupniak


       Zmarł Romuald Lipko, człowiek, który stworzył sukces popularnego zespołu Budka Suflera, a ja sobie myślę, że jeśli polska muzyka popularna dozna jeszcze kiedyś podobnego ciosu, to będzie to śmierć Zenka Martyniuka, czy może jeszcze bardziej Marcina Millera. I od razu proszę uprzejmie tych, którym przyszło czytać ten tekst, by ani im do głowy nie przyszło sądzić, że ja tu ze świętej pamięci Romualda Lipko szydzę. Wręcz przeciwnie, porównując go do autorów tak wielkich przebojów jak „Przez twe oczy zielone”, czy „Wolność”, chciałem powiedzieć, że gdy chodzi o naszą współczesną muzykę popularną nie było kompozytora bardziej uzdolnionego niż śp. Romuald Lipko. Ktoś powie, że to nieprawda, Miller i Martyniuk są więksi. Otóż nic podobnego. Jeśli przyjrzymy się twórczości Budki Suflera, a więc zespołu, za którego sukcesem, jak już wspomnieliśmy, od samego początku stał nieszczęśliwie nam zmarły niedawno Lipko, ani Miller, ani Martyniuk nie są w stanie stawać w konkury. Wystarczy wspomnieć takie przeboje Lipki jak „Bal wszystkich świętych”, „Dmuchawce, latawce, wiatr”, „Jolka, Jolka”, „Bo do tanga trzeba dwojga”, czy „Za ostatni grosz” – a przecież to wcale nie koniec – by zrozumieć, że ani Martyniuk, ani Miller, ani cała ta reszta, co by nie powiedzieć, bardzo zdolnych artystów, nie ma tu nic do gadania.
      A mimo to, że wypadałoby dziś złożyć hołd artyście wybitnemu, uznałem, że nie będę pisał o Lipce, ale, tak jak zawsze, o polityce. Otóż proszę sobie wyobrazić, że komentując odejście Lipki, Wiadomości TVP, ustami Danuty Holeckiej, ogłosiły, że oto zmarł wielki artysta i autor „tysiąca piosenek, które od razu stawały się hitami”. Ktoś powie, że nie ma znaczenia co mówi ten android, bo przede wszystkim on prawdopodobnie nie wie nic poza tym, że trzeba się trzymać tej szmaty i nie puszczać, a poza tym Lipko i wspomnienie tych parunastu może piosenek sobie świetnie radzą. Otóż nie do końca. To na co chciałem zwrócić uwagę, to na sposób – ja to widziałem i właściwie widzę za każdym razem jak owa Holecka pojawia się na ekranie mojego telewizora – w jaki propaganda, z którą od pewnego czasu mamy do czynienia, nas traktuje. Wspomniana Holecka staje przed nami, i ze znanymi nam już do porzygania drżącym głosem oraz dramatycznie ściągniętą twarzą, z najwyższym wysiłkiem powstrzymując łzy, informuje nas, że oto zmarł człowiek, który skomponował „tysiące” przebojów... i proszę zobaczyć, co się dzieje. Czy ktoś może zwrócił na to uwagę? Nikt. Zero. Z tego co widzę, muszę przyjąć, że czy ona by powiedziała „setki”, czy „miliony”, a może „miliardy”, nie miałoby to najmniejszego znaczenia, bo tu wcale nie o to chodzi, by wsłuchiwać się w słowo, ale wyłącznie w przekaz, czy na rzeczy może jeszcze bardziej mamy szlagwort tego cwaniaka McLuhana "medium is the message".
        A więc tu pojawia się ta Holecka i jej również wypadałoby poświęcić parę słów. Oto mamy jednego z czołowych propagandzistów obozu władzy, odczytującego kolejną informację i proszę  zwrócić uwagę na to w jaki sposób ona ową informację przekazuje. Czy na jej twarzy choć przez moment pokazuje się grymas wątpliwości co do tego „tysiąca”? Mowy nie ma. Ona robi wrażenie, jakby autentycznie była poruszona, że ktoś, kto napisał „tysiące” przebojów właśnie odszedł, a nam już tylko pozostaje nic innego jak te „tysiące” piosenek w koło przerabiać. Mało tego, chwilę później oglądamy reportaż o Lipce i tam również jak gdyby nigdy nic pada ów tysiąc”, tyle że tym razem w wykonaniu jakiejś Stepan, czy kogo oni tam mają do wygłaszania tych pełnych wzruszeń komunikatów.
      I w tym momencie zostawiamy śp. Romualda Lipko w wiecznym spokoju, modląc się, by Dobry Bóg, przyjął go do swoich świętych, i zupełnie gładko przechodzimy do tego wszystkiego, co ta śmierć za sobą pozostawia, a więc zwykłą ordynarną politykę. Otóż my wszyscy mamy oczywiście swoją wrażliwość, swoje marzenia, swoje przemyślenia i jestem pewien, że choćby Danuta Holecka wspięła się na najwyższy poziom bezmyślności, to, co ona mam nam do powiedzenia, nie będzie dla nas miało najmniejszego znaczenia. Dlaczego? Dlatego, że my swoje wiemy i to nie tylko gdy chodzi o twórczość Budki Suflera, ale w kwestii tak zwanej „wielkiej polityki”.
     To co mnie natomiast tu zajmuje, to bardzo mocne podejrzenie, że, nie wiem, czy większość, ale znaczna część towarzystwa, które Jarosław Kaczyński w mniej lub bardziej bezpośredni sposób zatrudnił, by w jego imieniu prowadzili politykę prowadzenia Polski do ostatecznego zwycięstwa, to jest w większości po pierwsze  banda idiotów, pod drugie cynicznych karierowiczów, a po trzecie wreszcie ludzi, którzy w momencie gdy tylko zmieni się wiatr, z tym samym zacięciem gotowi są wykonywać każde polecenia każdego z każdej strony.
      I, jak mówię, my sobie poradzimy, ale co z tymi, którzy tego cynizmu nie wytrzymają i uznają, że właściwie czemu tych durni nie wziąć za pysk i wystawić za drzwi? No bo czemu?





sobota, 8 lutego 2020

Czy poseł Michał Szczerba został doradcą pijarowym kandydatki Błońskiej?


Myślę, że nie zaszkodzi jeśli na ten piękny początek weekendu przedstawię swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Powinno wręcz być w sam raz. Zapraszam.

       Mimo upływu lat, wciąż pamiętam, jak jeszcze w głębokim PRL-u oglądałem z Ojcem „Dziennik Telewizyjny” i padła kwestia, którą do dziś traktuję jako nadzwyczaj głęboką refleksję na temat tego wszystkiego, co nas od lat, mimo ciągle zmieniających się dekoracji, dręczy i nie daje upragnionego spokoju. Otóż siedzieliśmy z Ojcem przed telewizorem, a on w pewnym momencie zwrócił się do mnie tymi słowami: „Powiedz mi, czy on wie, że on kłamie?” Ktoś powie, że tego rodzaju refleksja nie jest niczym szczególnym, nawet w ustach człowieka prostego, jeśli choćby przypomnimy sobie kwestię wypowiedzianą przed setkami lat przez tego biednego głupca, Poloniusza: „W tym szaleństwie jest metoda”. I choć gotów jestem przyjąć tę perspektywę, wciąż uważam, że do czasu gdy śp. siostra mojej mamy po wielu już latach scharakteryzowała Donalda Tuska słowami: „Popatrz na niego. On stawia te oczy jak złodziej”, nie spotkało mnie nic równie przenikliwego.
       Przypomniała mi się niegdysiejsza myśl mojego taty, kiedy usłyszałem, że poseł Platformy Obywatelskiej Michał Szczerba zamieścił na Twitterze tekst, którego charakter jako żywo przypominał znaną nam skądinąd frazę: „Wielmożny Panie Gestapo”, a który dokładnie brzmiał tak:
„Wiadomości TVP o tym, że Lufthansa celowo wprowadziła nowe logo nawiązujące wprost do loga polskiego przewoźnika, żeby wprowadzać w błąd pasażerów. Bo panicznie boi się konkurencji LOT, który rośnie w siłę. Czy Lufthansa skomentuje te oskarżenia naruszające dobre imię firmy?
      Gdy chodzi akurat o posła Szczerbę, jak większość czytelników „Warszawskiej” się zapewne orientuje, podejrzenia, że z nim jest coś nie tak, rosną w siłę z każdym jego kolejnym występem w telewizorze. I wcale nie najbardziej chodzi o to, co on mówi, ale o jego oczy. Sposób w jaki poseł Szczerba – tu znów zacytuję moją śp. Ciocię – „stawia oczy” świadczy tym razem już nie tyle o tym, że on kombinuje, jak by tu można było coś ukraść, ale jakby on cały swój wysiłek kierował na to, by dojrzeć ów obłęd, który zżera mu mózg. W dzisiejszej polityce konkurencja jest naprawdę mocna. Jednak przy całej tej plejadzie różnej wielkości wariatów, zawsze można tam próbować dopatrzyć się śladu metody. W przypadku posła Szczerby od pewnego czasu o metodzie mówić jest nie sposób, a od kiedy on opublikował swój donos do Niemców na LOT, wątpliwości przestały ostatecznie istnieć.
      Ktoś powie, że Szczerba w ten sposób aplikuje do Lutfhansy, by na trudne czasy dano mu jakąś fuchę i to jest właśnie owa metoda, której szukamy. Otóż nie. Jeśli to ma być metoda, to on równie dobrze mógłby się rozebrać do naga, stanąć pod słynną warszawską palmą i machając rękami udawać samolot, i krzyczeć „Jestem Lufthansa”. To już prędzej uwierzę, że oni mu kazali tego twita zamieścić, żeby odwrócić publiczną uwagę od kandydatki Kidawy-Błońskiej i próbować uratować tę ponurą kampanię.



Przypominam tym wszystkim uczestnikom tego bloga, których z jednej strony nawet nie znam, a którzy zgłosili chęć komentowania i póki co wygląda na to, że nie wiadomo w jakim celu, że nie podoba mi się to za bardzo. Ja rozumiem, że często jest tak, że komentować się nie chce, albo nie potrafi, ale po co zajmować miejsce? No po co?


piątek, 7 lutego 2020

Cukierkiem w skroń, czyli powrót do przyszłości


Dziś postanowiłem zrobić coś, na co nigdy wcześniej się nie poważyłem, a mianowicie pwtórzyć swój tekst zaledwie sprzed kilku miesięcy. Jak wiemy, powtarzanie wcześniejszych notek weszło mi już w krew, jednak zawsze były to refleksje bardzo dawne, co do których choćby nie mogłem mieć pewności, czy większość dzisiejszych czytelników tego bloga je w ogóle zna, czy choćby pamięta, no ale żeby wracać do czegoś, co własciwie jeszcze nie ostygło, to już przesada. Stało sie jednak tak, że wczoraj telewizja TVP Info, w ramach propagandowej akcji zohydzania nam tak zwanej „kasty”, kilkakrotnie poinformowała o tym, że człowiek, który swego czasu zeżarł w „Biedronce” cukierek za 40 groszy został w procesie odwoławczym skazany na 20 złotych grzywny plus stówę kosztów sądowych, no i oczywiście nie omieszkała zauważyć, że ci sędziowi to już zupełnie oszaleli, skoro ciągają człowieka, w dodatku biednego emeryta, po sądach za głupi cukierek. Przypomniano nam tamtą sprawę, a ja oczywiście w jednej chwili dostałem starej cholery, tyle że tym razem jeszcze bardziej powiększonej przez to, że już nie dowiedzieliśmy się, że problem polegał na tym, że ów wygłodniały biedaczek mógłby spokojnie sobie dalej żyć, gdyby za tego cukierka zapłacił, o co obsługa sklepu go grzecznie prosiła, tyle że on się zaparł i zamiast tego pierwsze co zrobił, to popędził na skargę do TVN-u, a oni zrobili resztę.
W czym rzecz. Oto proszę sobie wyobrazić, że ja wchodzę tu do swojej „Żabki”, żeby kupić piwo, a ponieważ akurat wpada mi pod rękę jakiś Snickers, czy Mars, zjadam go i próbuję wyjść jak gdyby nigdy nic. Dziewczyna przy kasie mówi mi, żebym za ten batonik zapłacił, a ja jej na to, że nie zapłacę, bo po pierwsze on mi w ogóle nie smakował, a poza tym niech ona się nie wygłupia i nie robi awantur o głupie parę złotych. Na to ona, że w tej sytuacji ona będzie musiała za niego zapłacić, bo właściciel uzna, że to ona mu te batoniki podjada, zwłaszcza że takich jak ja, ona ma tu dziesiątki dziennie. No to ja jej na to, że to jest jej problem. Ona zatem zamyka sklep, wzywa psy, psy przyjeżdżają, a ja im mówię, że nie zapłacę, bo nie będę brał udziału w jakimś teatrze absurdu, no a na końcu powiadamiam o tym co mnie spotkało media i zostaję bohaterem walki z bezdusznym wymiarem sprawiedliwości.
Przepraszam bardzo, ale po czymś takim, ilu z nas miałoby jeszcze ochotę przychodzić tu i czytać te moje wypociny? Po co komu jeszcze jeden idiota? Tymczasem emeryt ze Szczecina wraca ponownie na czołówki portali informacyjnych, znów w glorii męczennika w wojnie o rozsądek.
Przepraszam wszystkich bardzo, ale tu nie daję rady i kiedy słucham tych wszystkich mądrali tłumaczących mi, że 40 groszy to nic takiego, a poza tym przecież oni w tych sieciówkach cały czas coś rozdają ludziom na zachętę, to aż mnie skręca. W tej sytuacji zatem, skoro temat wrócił, to i ja wracam ze swoim tekstem sprzed zaledwie 4 miesięcy wyłącznie po to by sobie ulżyć. Kto chce, niech sobie poczyta, albo kolejny raz, albo – kto wie – może po raz pierwszy. A kto nie, to do widzenia, do jutra.


      Przed wielu już dziś laty miałem okazję uczyć pewnego dyrektora pracującego dla sieci Carrefour. Powiedział mi ów człowiek, że jednym z największych nieszczęść na jakie natrafia sieć, jest to, że liczba drobnych kradzieży dokonywanych każdego dnia w prowadzonych przez nią sklepach, w końcowym rozrachunku sprawia, że firma operuje na granicy opłacalności. Czy z tą opłacalnością było tak jak on mówił, to raczej wątpię, faktem jest jednak, że ja tych lekcji udzielałem w biurze umieszczonym nad tą halą, odgrodzoną od kupujących wielką szybą, i przez tę szybę mogliśmy obserwować bieżący ruch, i mój dyrektor zapewnił mnie, że w momencie, gdy my tu sobie miło spędzamy czas, któryś z ludzi, których widzimy, coś kradnie, a odpowiednie systemy najczęściej nie są w stanie nawet tego zauważyć.
         Przyznaję, że choć byłem pod wrażeniem, to nie poczułem szczególnego dreszczu. W końcu, co mnie obchodzi jakiś Carrefour? Nie podoba im się, niech spieprzają do Francji; tam z całą pewnością nikt ich nie będzie okradał. Któregoś dnia jednak rozmawiałem z dziewczyną z sąsiedniej „Żabki” i powiedziała mi ona, że prawdziwą plagą są nie tylko ci kupujący, którzy przy okazji zakupów, coś tam sobie lewą ręką ściągną z półki, ale ci już najbardziej bezczelni, co wejdą do sklepu, zdejmą z półki zgrzewkę piwa i jak gdyby nigdy nic wyjdą, a ona nie jest w stanie się nawet ruszyć, bo diabli wiedzą, co oni mają w kieszeni, lub choćby w pięści. No a te kradzieże idą oczywiście na jej konto, bo jak ona jest w stanie udowodnić, że to nie ona, lub jej chłopak, to piwo zwędził?
       Przypomniało mi się to moje doświadczenie, gdy wczoraj wszystkie – ich i nasze – portale poinformowały o nieszczęściu, jakie spotkało „pana Romana, emeryta ze Szczecina”, który tylko z tego powodu, że w sklepie „Biedronka” najpierw ściągnął z półki, a następnie zeżarł śliwkę w czekoladzie, by potem bez płacenia udać się na dalsze zakupy, został skazany przez sąd na 20 dni prac społecznych. Portal tvn24.pl posunął się wręcz do tego, by odwiedzić wspomnianego emeryta u niego w domu i nakręcić odpowiedni reportaż w wersji HD, gdzie ów biedaczek opowiada:
      „Byłem w Kołobrzegu na wypoczynku. W dniu 4 lipca udałem się do sklepu ‘Biedronka’ na ulicy Tarnowskiego 3, dokonałem tam zakupu kilku produktów, włożyłem te produkty do koszyka i przechodząc między półkami, odruchowo sięgnąłem po cukierka, sądziłem że sprawa się zakończyła, tymczasem 11 października otrzymałem wyrok nakazowy”. I tu stacja pozwala najpierw emerytowi odczytać całe orzeczenie, a następnie oświadczenie, że ponieważ on nie wyniósł nic poza sklep, tylko „skonsumował na miejscu”, to zarzut kradzieży jest absurdalny.
       W opisie przedstawionym przez portal sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca:
       „Pan Roman to 69-letni emeryt ze Szczecina. Wcześniej pływał jako marynarz w Polskiej Żegludze Morskiej. Jak sam mówi – opłynął cały świat. Jednak dopiero w Polsce spotkała go taka - w jego ocenie - absurdalna sytuacja. W wakacje wybrał się do Kołobrzegu. Jak relacjonuje, 4 lipca poszedł na zakupy do samoobsługowego sklepu jednej z sieci marketów. Znajduje się on przy ul. Tarnowskiego. W trakcie zakupów zauważył śliwki w czekoladzie sprzedawane na wagę. Jak tłumaczy, odruchowo wziął jednego cukierka i spróbował. Nie posmakował mu, więc zrezygnował z ich kupna. Po chwili jeden z pracowników sklepu zwrócił mu uwagę, że to kradzież. Pan Roman uznał to za nadinterpretację i kontynuował sprawunki”.
     Przepraszam bardzo, ale co to się do ciężkiej cholery dzieje? Ów były marynarz, co „opłynął cały świat” podpieprza z półki w „Biedronce” cukierka, pracownik sklepu, widząc, co się dzieje, każe mu za tego cukierka zapłacić 40 groszy, na co ten się stawia, bo on go nie ukradł, tylko zeżarł na miejscu, i wychodzi z godnością, a potem stacja TVN24 robi aferę na cała Polskę, że za jeden głupi cukierek, „Biedronka” ściga jakiegoś marynarza, który opłynął cały świat.
     Powiem zupełnie szczerze, że gdy chodzi o TVN24, ja jestem gotowy na wszystko i jestem już naprawdę bardzo blisko, by ich przestać zauważać. Podobnie problem z tym idiotą, który nie dość, że nie potrafił się opanować przed tym, by zwędzić ze sklepowej półki głupiego cukierka, to potem nawet nie chciał zapłacić za niego tych głupich 40 groszy, jest dla nas kompletnie nieinteresujący. Czerwona linia między zidioceniem a kłamstwem jest naprawdę cienka. To co mnie natomiast bardzo zastanawia, to to że ów news nie dość że zrobił wrażenie na telewizji TVP Info, która ową wiadomość zdecydowała się podać na swoim internetowym profilu, to jeszcze sprowokował do działania nadzorowaną przez Zbigniewa Ziobro prokuraturę, która postanowiła zaskarżyć wspomniany wyrok na korzyść naszego miłośnika słodyczy. Mam nadzieję, że wszyscy to widzimy: prokuratura wnioskuje o to, by oskarżonemu odpuścić wszystkie grzechy. Bo ten nie wyniósł, tylko zjadł na miejscu.
      Wszyscy dziś się przejmujemy oczywiście sytuacją po wyborach, zastanawiamy się, jak się sprawy potoczą zanim przyjdzie nam wybierać w wyborach prezydenckich. Niektórzy z nas koncentrują się na sprawach bardziej bieżących, takich jak choćby na wybrykach działaczy LGBT pod papieskim oknem w Krakowie. Tymczasem tu mamy tego złodziejaszka i potężną medialną organizację, która angażuje niewyobrażalne siły i środki, by go bronić przed... no właśnie, przed kim i przed czym? Czyżby przez to całe zamieszanie nawet oni stracili panowanie nad rzeczywistością, czy może w tym obłędzie jest jakaś metoda?





czwartek, 6 lutego 2020

Po ile flaszka koronawirusa?


      Przyznam, że już od pewnego czasu miałem ochotę w jakiś sposób przypomnieć tu autora, w środowiskach prawicowych początku lat 90. nadzwyczaj popularnego, i do dziś jak najbardziej aktywnego w swoich Stanach Zjednoczonych, a mianowicie Rusha Limbaugh. Jestem pewien, że starsi czytelnicy mogą mogą go jeszcze pamiętać, tym jednak, którzy nie mają pojęcia o kim mówię, powiem tylko, że Rush Limbaugh to gospodarz autorskiej, nadawnej na żywo na całe Stany audycji radiowej, a jednocześnie ktoś w pewien sposób podobny do naszego Korwina, tyle że znacznie bardziej psychicznie stabilny, czy może jeszcze bardziej do Rafała Ziemkiewicza, tu jednak z tą różnicą, że o wiele bardziej inteligentny, no a przede wszystkim w stosunku do obu panów zwyczajnie oryginalny. Chciałem przypomnieć Rusha Limbaugh z dwóch względów. Pierwszy to taki, że ostatnio czytamy jego teksty na prowadzonych przeze mnie lekcjach i wszyscy natychmiast uznaliśmy, że to jest naprawdę nadzwyczaj ekscytująca lektura, a po drugie jest czymś autentycznie szokującym uświadomić sobie, że to co dręczyło prawicową opinię publiczną w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat 80. i 90. i co w tak inteligentny sposób komentował w swoich tekstach Limbaugh, po tych wszystkich latach dotarło wreszcie i do nas i, co wręcz szokujące, w niemal niezmienionym kształcie. Czy będziemy dyskutować o ekologii, o gender, o prawie i sprawiedliwości, o aborcji, czy o tak zwanych autorytetach, których opiniami jesteśmy nieustannie terroryzowani, wystarczy że zajrzymy do starych audycji Limbaugh, to musimy sobie uświadomić, że, jak to padło w pewnym starym ruskim dowcipie, „lepiej już było”.
       Pierwszy zbiór wykładów Limbaugh został wydany w języku polskim w jak na nowe czasy bardzo dobrym tłumaczeniu Jana Fijora, pod polskim tytułem „Właściwy porządek rzeczy”, i myślę że dziś, jeśli ktoś ma ochotę, może sobie to kupić bardzo tanio na Allegro. To jest naprawdę bardzo dobre, moim zdaniem, znacznie lepsze od wielu ostatnio bardzo aktywnych konserwatywnych amerykańskich autorów, takich choćby jak Jordan Peterson. 
       Jak mówię, od pewnego czasu chodziło mi po głowie, by w charakterze bieżących komentarzy powrzucać tu trochę tekstów Limbaugh, jednak nie umiałem znaleźć do tego dobrego kontekstu i ostatecznie sprawa była wciąż odkładana. I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj wieczorem na pasku TVP Info trafiłem na informację, że Światowa Organizacja Zdrowia zwróciła się do... no, w sumie, nie jest powiedziane do kogo, ale my się możemy domyślić, że do rządu Stanów Zjednoczonych o $675 mln  na badanie i walkę z – a jakże! – koronawirusem, i pomyślałem sobie, że to jest wręcz fantastyczna okazja, by napisać na ten temat parę słów, wykorzystując do tego stary tekst Rusha Limbaugh właśnie, no a przy okazji też wspomnieć krótko, co ja sądzę o tej, nie pierwszy raz zresztą, nakręcanej histerii. A powodów ku temu, zupełnie z innej beczki, jest wcale nie mało. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że stałem sobie niedawno w małej grupce przed przejściem dla pieszych i w pewnym momencie przyszło mi do głowy by kaszlnąć. Stojąca przede mną pani najpierw obróciła się nerwowo, spojrzała na mnie z przerażeniem, by w jednej niemal chwili czmychnąć na bok, jak najdalej ode mnie. Pewnie uznałbym to za niewyjaśniony przypadek, gdyby jakiś czas potem pewien uczeń nie opowiedział mi, że szedł sobie przez miasto z koleżanką z Korei i mijani ludzie w znacznej części robili dokładnie to samo, co „moja” pani na przejściu, czyli wiali od tej dziewczynki gdzie pieprz rośnie. A więc widzimy już chyba wszyscy, jak to działa, a ja jeszcze raz zwracam uwagę na wspomnianą wcześniej informację: w związku z pandemią koronawirusa, WHO zwróciło się z apelem o 675 milionów dolarów dofinansowania na badania.
        I oto przyszła chwila na Rusha Limbaugh sprzed lat, który najlepiej jak tylko można to co się dzieje skomentuje. Mógłbym skorzystać z tłumaczenia Fijora, ale wolę sam, a zatem proszę uprzejmie:
Pewnego styczniowego dnia NASA dokonała pomiarów stężenia chloru i innych szkodliwych gazów w atmosferze na północnej półkuli i odkryła, że ich poziom jest znacznie powyżej normy. Nie poczekano na rzetelną analizę danych; nie poczekano dwa, trzy miesiące, aby pomiary powtórzyć; po prostu opublikowano komunikat utrzymany w alarmistycznym tonie, który od pewnego już czasu stanowi cechę osób ogarniętych ekologiczną obsesją. Dzień po dniu w mediach ukazywały się nagłówki informujące o tym, że w atmosferze nad Północną Ameryką pojawiła się dziura ozonowa. Doszło do tego, że senator Al Gore, autor histerycznej książki na temat tego, jak to znaleźliśmy się na drodze do zniszczenia naszego ekosystemu, zapowiedział, że niedługo prezydent Bush zrozumie co się dzieje, kiedy sam, wypoczywając w Kennenbunkport, zauważy nad głową ozonową dziurę. Tyle że ani nic tego typu się nie wydarzyło, ani też nawet dane NASA na to nie wskazywały. W rzeczywistości nie nastąpił jakikolwiek ubytek ozonu, jedynie dość mocno podwyższony poziom chloru, spowodowany, jak się już wkrótce okazało, erupcją wulkanu Pinatubo, a więc faktem, który ekologiczna agenda z rozmysłem usiłowała zignorować. Chcecie wiedzieć coś jeszcze? Podobne wyniki uzyskano w roku 1989 i im również towarzyszyły apokaliptyczne prognozy dotyczące dziury ozonowej nad Stanami. I one również się nie sprawdziły.
Czemu część naukowców dostaje w tych kwestiach małpiego rozumu? Otóż nie da się oddzielić nauki od polityki. Naukowcy twierdzą, że nie realizują jakiejkolwiek agendy, jednak robią to jak najbardziej. Oni wciąż poszukują funduszy, a to dziś oznacza przede wszystkim finansowanie państwowe. Cóż może być bardziej naturalnego w przypadku NASA, której kosmiczne programy z każdym rokiem zwijają się coraz bardziej, niż ogłosić, że ze względu na wzrost chloru w atmosferze potrzebne są dodatkowe pieniądze? Przecież to wszystko trzeba zbadać, prawda? No ale oczywiście najpierw należy ‘poinformować’ opinię publiczną. To jest dopiero przekręt!
      Jak wiemy, od dawna już o rzekomej dziurze ozonowej nie słyszymy, choćby dlatego, że w pewnym momencie ktoś się walnął w czółko, uświadomił sobie, że aby zniszczyć ozon należałoby najpierw zniszczyć Słońce, które ów ozon nieustannie produkuje i że nawet prości ludzie prędzej czy później muszą sobie ów fakt uświadomić, natomiast od czasu do czasu pojawiają się kolejne apokaliptyczne proroctwa, jak choćby to całkiem ostatnie, o ostatecznym rzekomo wyschnięciu Wodospadów Wiktorii w Afryce, i nikt nie wspomni o tym, że owe wodospady tak wysychają od zawsze, mniej więcej co 25 lat. Ale oczywiście specjaliści od wyciągania ręki po cudze nie działają wyłącznie w ekologii. Wszędzie gdzie są do wyciągnięcia jakieś pieniądze, oni są zawsze gotowi do akcji i zawsze z odpowiednim medialnym wsparciem. Numer z koronawirusem robi tu wrażenie szczególne. Pierwsi cwaniacy już się zgłosili. Na początek ostrożnie po 675 baniek. Jeśli się uda to jeszcze trochę pociągnąć, może przekroczą okrągły miliard.





wtorek, 4 lutego 2020

Przy jakiej muzyce lubią imprezować sędziowie Sądu Najwyższego?


      Najpierw może zobaczmy, z kim się będziemy musieli dzisiaj użerać. Oto przed nami Tomasz Kozłowski, „socjolog kultury, eseista, szkoleniowiec, nauczyciel akademicki. Wykłada na Uniwersytecie SWPS. Autor esejów i książek, w tym ‘Samotnego hulaki’, poświęconej kierunkom rozwoju popkultury. Prywatnie meloman”. Ja nie wiem oczywiście, czy powyższa notka biograficzna została ułożona przez „Gazetę Wyborczą”, która zdecydowała się nam owego Kozłowskiego przedstawić, czy to on sam zadecydował, że w ten sposób najlepiej się będzie zaprezentować, jednak wystarczą te dwa epitety „szkoleniowiec” i „prywatnie meloman”, bym mógł już na spokojnie założyć, że mamy do czynienia z kolejnym kompletnym i pełnym idiotą, a treść rozmowy z tym kimś wyłącznie moje podejrzenia potwierdza.
      Do czego „Wyborczej” ów Kozłowski był potrzebny? Jak wynika z wypowiedzi, jakiej redakcji ten dureń udzielił, wynika, że możliwości są tylko dwie. Pierwsza to taka, że Kozłowski, jako „meloman” chciał nam koniecznie udowodnić, że muzyka „to nagromadzenie bodźców idealnych, stworzonych po to, byśmy odczuwali przyjemność” i że są sposoby – a on je zna – by owe „bodźce idealne” w sposób obiektywny oddzielić od plew, druga natomiast, to ta, że „Wyborcza” ma głęboko w nosie to, czym się muzycznie fascynuje Kozłowski, ale chodziło wyłącznie o to, by on publicznie mógł wygłosić następującą kwestię:
Dziś [disco polo] przestało być utożsamiane wyłącznie z zabawą w remizie, stała się pewnym znakiem czasu. Sądzę, że jest to związane z jakimś ogólniejszym, zupełnie unikalnym procesem samoponiżania się Polaków. Zwróćmy uwagę, że rozmiłowaliśmy się w wizerunku Polaka przeciętniaka. Emanacją tego nurtu jest nosacz sundajski, czyli małpa z wielkim nosem, [czyli tak zwany ‘Janusz’]. Janusz wyobraża typowego Polaka w nie najlepszym znaczeniu tego słowa. Jest Polakiem prostakiem. Podobnie jak jego żona Grażyna, dzieci Seba i Karyna, wnuczęta Brajanek i Dżesika. Janusze mówią w sposób niechlujny i wulgarny, kopią dołki pod sąsiadem, chodzą w skarpetach i klapkach, piją „kapuczynę” i tak dalej. Nosacze zagościły na koszulkach i kubkach. Z jakichś powodów pieścimy się wizją schamiałego Polaka. Nie inaczej jest w popularnych kabaretach, które nieustannie naigrywają się z naszych przywar. W Polsce stworzono patostreamy, czyli internetową transmisję na żywo z form bytowania patologii. Ten pomysł zdobył szczyty popularności. Myślę, że moda na disco polo wpisuje się w ten dziwaczny nurt uwielbienia prostactwa”.
      Ponieważ osobiście uważam, że ta druga opcja wydaje się być znacznie bardziej prawdopodobna, o rzekomo obiektywnych sposobach wartościowania muzyki pod kątem estetycznym powiem tylko tyle, że jeśli już mamy tu czegokolwiek szukać, to jedyne prawdziwe piękno występuje wyłącznie w muzyce sakralnej, niezależnie od tego, czy są to są chorały gregoriańskie , czy kolęda „Jezus Malusieńki”, a to z tego względu, że jeśli muzyka nie jest pieśnią na chwałę Boga, to pozostaje już tylko zwykły pop, i to znów niezależnie od tego, czy do uszu nam leci Pat Metheny, czy Zenek Martyniuk. To jest właśnie wspomniany przez Kozłowskiego obiektywizm i kropka. Dalej nie mamy o czym gadać. A jeśli Kozłowski uważa się za melomana, to jest to tylko jego problem, więc niech Bogu ducha winnym ludziom nie zawraca swoimi przemyśleniami głowy.
       Oczywiście, gdy chodzi o wspomnianą przez Kozłowskiego przyjemność, to osobiście nie widzę w tym problemu. Ja znajduję przyjemność w słuchaniu różnego rodzaju muzyki, zwłaszcza gdy do tego dochodzi przekonanie, że udało mi się odkryć autentyczny ludzki talent, ale nie zmienia to faktu, że jeśli ja lubię słuchać Billie Eilish, a Kozłowski „doskonałego jazzu” z czasów PRL-u, o którym w pewnym momencie owej rozmowy wspomina, to są też na świecie ludzie – powtarzam nie w Polsce, ale na całym świecie – którzy jedyną przyjemność znajdują w całodziennym szusowaniu na nartach, a pod wieczór w upiciu się ze znajomymi, ewentualnie, jak to w dobrym towarzystwie bywa, podupceniu. A jeśli oni mają ochotę słuchać jakiejkolwiek muzyki, to wyłącznie podczas imprez w rodzaju „Sylwestra Marzeń”, czy Super Bowl, który nam się szczęśliwie właśnie odbył w Miami. I to tyle w kwestii przyjemności.
      No ale, jak wiemy, Kozłowski – coach i meloman – uważa, że nie ma większej przyjemności niż dobra muzyka, i jego strasznie dręczy myśl, że tak zwani „Janusze” opanowali ów rynek, i bezwzględnie niszczą to, co na nim naprawdę wartościowe. Dlaczego Janusze to robią? Powód jest zawsze ten sam. Polityka. Posłuchajmy jeszcze raz Kozłowskiego:
     To kwestia zbijania politycznego kapitału, element szerszej narracji, którą nazwałbym oddawaniem Polakowi, co mu się należy. Sądy, służba zdrowia, kultura, media – te obszary, wedle tej idei, nie służyły wcześniej społeczeństwu, choć powinny. Trzeba Polakom owe instytucje zwrócić na kanwie jakiejś społecznej sprawiedliwości, jakiegoś odwetu. Poprzednia ekipa gardziła zwykłym szarym Polakiem, brzydziła się nim i jego gustem, i dlatego dziś trzeba zburzyć ten porządek. Ponieważ tamte czasy faworyzowały Polskę A, inteligencję, wykształciuchów i zapomniały o przyzwoitym prostym człowieku – trzeba to sobie odpowiednio powetowaćWarstwy niższe ustalają standard, a inteligencję, klasę średnią – należy dochamić. Myślę, że dostrzeżono tutaj miejsce dla spiętrzonych pokładów społecznej zawiści. Polacy są wewnętrznie mocno skłóconym narodem. Biedni pogardzają bogatymi i na odwrót, a przynajmniej wielu z nas dało się omamić podobną wizją. Zresztą taka argumentacja wybija choćby na internetowych forach, gdzie jedne grupy wieszają psy na drugich. PiS zagospodarowuje te frustracje, kompleksy i niepokoje”.
       No i oczywiście, zamiast piosenki Skaldów o zielonych oczach Anny, każe Polakom słuchać piosenki o zielonych oczach koleżanki Zenka Martyniuka.
       To wszystko, co nam opowiada coach i meloman Kozłowski jest tak straszliwie głupie, że ja nie widzę sposobu, by do tych cytatów, które i tak się tu pojawiły w nadmiarze, dodawać coś jeszcze od siebie. Obraz tego zakompleksionego chamstwa, pałającego nienawiścią i rządzą zemsty na elitach za całe lata upokorzeń, jest wystarczająco plastyczny, byśmy się poczuli naprawdę zawstydzeni. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na coś, co pewnie niewielu z nas zauważyło. Otóż kiedy Kozłowski charakteryzuje owego symbolicznego Janusza, wspomina również jego żonę Grażynę, ich dzieci Sebę i Karynę, oraz wnuki Brajanka i Dżesikę. Otóż mam dla Kozłowskiego informację, która by go nie mogła zaskoczyć, gdyby nie był aż tak głupi. Otóż dziś dzieci Janusza i Grażyny nie nazywają się Seba i Karyna, ale Franek i Zosia, a ich z kolei dzieci to już nie Brajanek i Dżesika, ale Antek i Marysia. Ale mam dla tego durnia coś jeszcze na deser, też swoją drogą występujący we wspomnianej tu rozmowie. Dokładnie te same imiona bowiem noszą dziś dzieci osób, o których Kozłowski mówi, że na temat tego co piękne, prawdziwe i wartościowe „mogą mieć więcej do powiedzenia niż inni”. Ciekawe dlaczego? Czyżby terror nowych elit?





poniedziałek, 3 lutego 2020

Czemu Agnieszka Holland nie chce się napić z Marianem Opanią?


      Szczerze powiedziawszy o tym, o czym dziś chciałem pisać, nie mam bladego pojęcia. To znaczy, chodzą mi po głowie różnego rodzaju myśli, kiedy zastanawiam się niekiedy, jak się prezentuje branża filmowa w Polsce od strony towarzysko-intelektualnej, czy może bardziej precyzyjnie – środowiskowej, jednak, jak mówię, co tam się tak naprawdę wyprawia, nie mam sposobu wiedzieć. Nie wiem na przykład, co stało za decyzją Mariana Opani, by udzielić długiego wywiadu Onetowi i opowiadać w nim o tym, jakim to był on bohaterem antykomunistycznego sprzeciwu w latach Solidarności i jak, dzięki tej swojej przeszłości, może dziś mówić, że „że jeżeli ktoś popiera Prawo i Sprawiedliwość, to albo jest durniem, albo wyrachowanym łajdakiem, sprzedawczykiem”. Jeśli się przyjrzeć dzisiejszej pozycji, jaką Marian Opania zajmuje w branży, to naprawdę nie widać najmniejszego powodu, by on się potrzebował jeszcze szczególnie napinać. Na co on liczy? Że Patryk Vega zatrudni go w którymś ze swoich nowych filmów? Albo że go wezmą do którejś ze współczesnych polskich komedii, by nas tam rozśmieszał obok Czarka Pazury? Przecież to jest wykluczone. Wystarczy choćby sprawdzić listy płac z minionych dziesięciu lat, by zobaczyć, że ani jego, ani Olbrychskiego, ani Jandy, ani starego Stuhra, ani Pszoniaka, ani Nowickiego, ani Gajosa, ani Seweryna, że już nie wspomnę o Dorocie Stalińskiej nikt tam nie wpuści; że tam ostatni casting odbył się lata temu i kolejnego się nie planuje. A więc znów, o co ten staruszek walczy?
      A przecież to nie tylko on. Jeśli się przyjrzeć, to właśnie oni – Janda, Stuhr, Gajos, czy Stalińska najbardziej zadają szyku gdy chodzi przekrzykiwanie się w politycznych deklaracjach. Czy to możliwe, że oni wszyscy nagle uznali, że jeśli się zaprezentują temu towarzystwu jako niemal koledzy Władka Frasyniuka z podziemia, to i im się uda coś przyrobić? Czy to możliwe, że Marian Opania uwierzył, że jeśli on złoży te swoje deklaracje, dotrą one do Agnieszki Holland, a przynajmniej jej homoseksualnej córki i choćby stamtąd przyjdzie jakieś wsparcie na starość? A może skoro wszystkie romantyczne komedie są już zajęte, to chociaż reżyser Pawlikowski coś zaproponuje?
        Dziś wszyscy się ekscytują fragmentem wypowiedzi Opani, gdzie on zarzuca wyborcom PiS-u, że są zakłamanymi durniami, a mnie to jakoś nie rusza. W końcu to jest dokładnie to samo, co każdego dnia piszą o mnie na Facebooku Maria Nurowska, Manuela Gretkowska, czy Wojciech Smarzowski. Natomiast, owszem, bardzo mnie zaciekawiło wspomnienie Opani z lat walki z reżimem Jaruzelskiego. Proszę posłuchać:

Piszą o mnie różne rzeczy czasem. O mnie, który miał potworne kłopoty z bezpieką w stanie wojennym, bo zawsze byłem zaciętym antykomunistą. Straszyli mnie i żonę, przychodzili do domu, wzywali na przesłuchania. Pytali, dlaczego nie występuję w telewizji, tylko w kościołach, dlaczego zbieram pieniądze na więzionych i internowanych. Ja odpowiadałem, że od urodzenia jestem katolikiem, a jeżeli chodzi o telewizję, to jeżeli do ludzi się strzela i bije pałkami, nie będę siedział w jednej ławce ze spikerami w mundurach. Już jako dziecko słuchałem Radia Wolna Europa, a jeśli ktoś należał w mojej rodzinie do ZMP, a nie daj Boże do partii, to był przez nią wyklęty. Były dwa takie przypadki, w ogóle nie znało się tych ludzi. A oni robili kariery”.
      A tymczasem dziś jest co najmniej równie źle:

Z powodu [moich] poglądów czerwone światło zobaczyły już cztery filmowe scenariusze z [moim] udziałem. Plus jeszcze serial kryminalny. Za każdym razem było, że ‘już, już, już, robimy’, a po chwili nie było pieniędzy i ‘przełożymy chyba na przyszły rok’. Ja uważam, że nie wolno na barykadzie stać okrakiem. Nigdy tego nie umiałem. A ci, którzy mi życzą śmierci, mogą się jeszcze rozczarować. Jeszcze pożyję i pomęczę niektórych swoimi wypowiedziami lub też jakimś tam talentem”.

     
      Oczywiście mógłbym się trochę nad Opanią poznęcać i zapytać go, czy ten serial kryminalny to przypadkiem nie produkowała TVP, bo jeśli nie, to nic nie rozumiem, a jeśli tak, to czyżby Opania był gotowy jednak się na barykadzie rozkraczyć, że się dziś tak żali? Ale, skupmy się na kombatanctwie, bo, jak mówię, to jest prawdziwy hit, zwłaszcza gdy się sprawdzi, w jaki sposób rozwijała się kariera aktorska Opani w latach 80. I znów proszę posłuchać:

Matka królów (1982)
Popielec odc. Herod (1982)
Śpiewy po rosie (1982)
Wyłap (1982)
Stan wewnętrzny (1983)
Wedle wyroków twoich... (1983)
Kronika wypadków miłosnych (1985)
Bohater roku (1986)
Maskarada (1986)
Weryfikacja (1986)
Zmiennicy odc. Ceny umowne (1), Dziewczyna do bicia (3), Spotkania z Temidą (13), Pocałuj mnie, Kasiu (14), 
Nasz najdroższy (1986)
Opowiadanie wariackie (1987)
Dekalog VIII (1988)
Dotknięci (1988)
Pięć minut przed gwizdkiem (1988)
Piłkarski poker (1988)
Goryl, czyli ostatnie zadanie (1989)
     
       A wspominając tamtą serię prześladowań aktora przez komunistyczny aparat represji, nie możemy nie pamiętać też o tym, że zarówno tamta dekada, jak i dekada wcześniejsza, wedle relacji samego Opani, to był czas, kiedy on był pogrążony w ciężkim alkoholizmie, co rzekomo powodowało, że jemu wciąż odmawiano ról i on przez to chlał jeszcze bardziej. Pomyślmy więc już tylko jak by ta jego walka z komuną wyglądała, gdyby on był na co dzień bardziej w formie?
       Wróćmy zatem na koniec do poprzednich kwestii, a więc pierwszej, czemu tamto pokolenie zostało tak fatalnie zmarginalizowane przez swoje środowisko, no a przede wszystkim, o co oni dziś walczą, wypluwając z siebie tę żółć? Czego się jeszcze spodziewają? Jak mówię, nie mam pojęcia co się dzieje w tych łbach i w tym całym środowisku, ale myślę, że problemem może być właśnie ów alkoholizm, który z tego co mi wiadomo, nie był tam problemem wyłącznie Opani. Oni wszyscy, z wyjątkiem tych, którym nie udało się przeżyć, oraz Daniela Olbrychskiego, w pewnym momencie jednak przestali chlać i niewykluczone, że w ten sposób w ogóle nie są dziś partnerami dla tych co obecnie branżą rządzą. A nie dość, że nie są partnerami, to przez te swoje alkoholowe kompleksy są zwyczajnie nieznośni i z nimi się nie da wytrzymać jako z ludźmi.
      A co z Olbrychskim? Czemu on zaledwie załapał się na tego posła u Vegi? Nie zdziwiłbym się gdyby on, jak człowiek starszej daty, ciągnął wyłącznie czystą, a kto dziś pije czystą? Chyba już tylko Vega.


    


sobota, 1 lutego 2020

Billie Eilish


Kończy się tydzień w pewnym sensie zdominowany przez K-Pop oraz bandę idiotów, którzy postanowili pokazać, że nie mają pojęcia o niczym. I oto do nich dziś właśnie dołączył nasz nieoceniony głupek Wojciech Wybranowski ze swoim wykładem na Twitterze na temat popu w ogóle, i tym samym pokazał tym dzieciom, że wróg jest już nie tylko po stronie TVN-u, ale i tu u nas. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak zmienić temat i przedstawić Billie Eilish, osiemnastoletnią artystkę, w moim przekonaniu największe muzyczne zjawisko od czasu Adele. I to tyle. A wszystkich durniów, z jednej i z drugiej strony, w tym przede wszystkim Wojciecha Wybranowskiego, zachęcam, by zanim się odezwie na temat jakichś gwiazdek udających koreański pop, odgarnął sobie z czoła grzywkę i puknął się czymś w swoje tłuste czoło i nie musiał się wycofywać rakiem, kiedy w marcu Eilish dostanie Oscara. A że dostanie, jestem pewien. Miłego weekendu.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...