Jak
nam od pewnego czasu donoszą media, dziś prezydent Duda ma podjąć decyzję
odnośnie podpisania, ewentualnie zawetowania ustawy o zmianach w systemie edukacji.
Z tej oto okazji chciałbym dziś przypomnieć swój stary, bo jeszcze z marca 2012
roku, tekst, w którym pisałem o tym, jak polska edukacja, pod czujnym okiem
władzy Platformy Obywatelskiej, umiera. Dziś już nie pamiętam, jaki miałem
ogólny nastrój w marcu roku 2012, kiedy jednak dziś na nowo wracam do tamtego
tekstu, wydaje mi się, że na ów klimat beznadziei musiały mieć wpływ jakieś
dziś już zapomniane przez nas polityczne wydarzenia. W każdym razie, kiedy
wygląda na to, że po tych wszystkich ciemnych latach odzyskaliśmy szansę na
autentyczną naprawę tego, co III RP zdążyła w tak spektakularny sposób
spieprzyć, grzechem byłoby owej naprawie przeszkadzać. Mam nadzieję, że
prezydent Duda ma tego świadomość.
Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała
właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu,
nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci
nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować,
powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.
No i oczywiście „Rzeczpospolita”,
dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić
uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor
rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty
środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną
kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek
jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś
oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje,
kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów
anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie
uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą
jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana
programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej
należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa
Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym
liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w
ramach późniejszych specjalizacji?
I tak się toczy ta niby-debata, a
tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się
rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z
dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów
tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był
całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat,
miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by
rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże,
żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień,
przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli,
ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.
A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3
mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby
być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły
podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej
klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew,
jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja
nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między
podstawówką dla małych i liceum dla dużych; skracać pobyt w szkole dla małych,
do 13 roku życia i przygotować do pobytu w szkole dla dużych, od 16 roku życia.
Gimnazja działające przy liceach – tyle że
niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym
skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich
absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a
więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci
przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę
zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej
Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej
podlegają 18-latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.
Oczywiście, może też być tak, że kiedy
postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie
myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś
usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt
nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół
podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem
tej swojej nazwy. A może któryś z tych urzędników pomyślał, że kiedyś były
gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.
Nieważne. To co się liczy, to fakt, że owe
gimnazja generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły
żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie –
niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią
młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z
uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w
takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do
liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi
i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym
gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka,
tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste.
Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i
oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z
identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.
Pamiętam 15 latków przychodzących do
liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal
dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było
potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne
robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania,
lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych
kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy
można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem
latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i
przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym
kierunku. Ich podstawówkowe nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to,
że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie
trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego
nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.
I teraz wchodzimy w coś, co zostało
nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci
gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na
drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu
przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko
wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej
reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak
fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w
nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów,
prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach,
natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców.
I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać
za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia
ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację.
A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne
założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na
przebudowanie szkół, ich zmniejszenie itd., a więc czegoś, co było pierwszym i
być może podstawowym warunkiem sukcesu.
A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co
napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie, gdy te biedne dzieci
nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże
się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy
ani nie będą umiały liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuły po
ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek
perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest
bardzo źle. Niedawno w tej samej
„Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie
wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z
Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w
tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie,
pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie
rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak
„posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są
studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy
wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy
elektroniki są lepiej przygotowani?
Oto prawdziwy problem. Pewnie, że
nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część godzin. Może
akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też
przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie
dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania
rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej
sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak
bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i
ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, z jej antyspołecznymi pretensjami.
Że polski rząd stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej
przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich
prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę.
Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się
jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w
rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o
nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie
mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.
Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest
mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić,
przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja
je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie
będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego
– co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za
chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego
nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata
liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro
koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a
więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do
18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się
mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w
13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić
tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do
gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć,
po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską
szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.
No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się
wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką
akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.
Niezmiennie
przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia moje książki.
Polecam gorąco.