niedziela, 15 stycznia 2017

O tym, jak Lech Wałęsa oberwał bumerangiem

Wczoraj zostało pochowane jedno z dzieci Lecha Wałęsy, Przemysław, a w związku z tym wydaje się, że możemy sobie pozwolić na skromny komentarz. Przed nami tekst, który ukazał się przedwczoraj w kolejnym wydaniu „Warszawskiej Gazety”. Zachęcam.

Umarło jedno z dzieci Lecha Wałęsy, no i tym sposobem doczekał on już nie tylko kierowanego pod jego adresem zwykłego szyderstwa, ale prawdziwego hejtu, gdzie nie zostaje już nic, jak tylko znane nam tak dobrze „życzenie śmierci”. Oczywiście, mimo tego, że przez te wszystkie lata „polskiej wolności”, której prezydent Wałęsa był jak najbardziej jednym z prominentnych budowniczych, znakomita większość mediów posłusznie unikała relacjonowania owej patologii, do jakiej małżeństwo Wałęsów doprowadziło siebie i swoją rodzinę, wszyscy mniej więcej wiemy, jak się przeze minione lata losy tych ludzi układały. Obraz, jaki się przed nami roztacza, jest też więc wystarczająco pełny i wyraźny, byśmy dziś, kiedy czytamy, że Przemysław Wałęsa zmarł z powodu „niezdrowego trybu życia”, nie musieli sobie zadawać niepotrzebnych pytań. Nasza wiedza na temat losu, jaki państwo Wałęsowie sobie przez te wszystkie lata zgotowali, znakomicie pozwala nam zaledwie wzruszyć ramionami na wieść, że dzień po śmierci swojego syna Lech Wałęsa spędził na Facebooku, roztrząsając swoje spory z IPN-em.
I to, moim zdaniem, a nie ów hejt, jaki się wylewa dziś na Lecha Wałęsę i to biedne dziecko – właśnie tak, dziecko – stanowi prawdziwy problem. Mamy bowiem tego Lecha, jego Danuśkę, którą on jeszcze przed laty musiał ganiać po łóżku w królewskich apartamentach Pałacu Buckingham, mamy tych wszystkich Przemków, Bogdanów, Sławków, te wszystkie Victorie i Brygidy i tę straszną zmowę, która w poczuciu pełnej bezkarności pozwalała im karmić tę patologię, a na końcu tego nieszczęścia mamy nieszczęście ostateczne, czyli tego biednego Przemka i jego szkliste, nic nierozumiejące oczy. No i ojca, który siedzi przy tym swoim laptopie i pieprzy coś na temat tego, jak to Sławomir Cenckiewicz się czai, by go zniszczyć.
No ale faktycznie mamy ten hejt, gdzie banda odmóżdżonych internautów pluje na te zwłoki. I cóż ja mogę powiedzieć, poza tym, że cokolwiek powiemy, czy zrobimy, i tak prędzej czy później wróci do nas, jak ten kompletnie ślepy bumerang? Oto przypomnijmy sobie wcale nie tak dawną wypowiedź dziś pogrążonego w bólu ojca, z taką satysfakcją nagłośnioną przez telewizję TVN24, kiedy ten, zachęcony do tego, by skomentować zasługi zmarłego w Smoleńsku prezydenta Kaczyńskiego, zakomunikował co następuje:
„Na pewno zginął i to jest osiągnięcie, że zginął. Natomiast innych osiągnięć nie widzę i nie widziałem. Przykro mi o tym mówić, ale taka jest prawda, a jak jeszcze się sprawy wszystkie wyjaśniają, jak się znajdzie jeszcze telefon z nagraniem tamtej rozmowy, w tych ostatnich momentach, to nie chciałbym być w skórze Jarosława Kaczyńskiego”.
I tak to się właśnie plecie ten nasz los, że już chwilę po tym, jak się śmiejemy, równie dobrze możemy się pobeczeć. Jedyna pociecha jest taka, że dziś Przemek Wałęsa, jako dziecko boże jest już po tamtej stronie i spogląda na nas z góry bardzo uważnie.

Gdyby ktoś był zainteresowany, moje książki są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam wszystkich.

sobota, 14 stycznia 2017

San Escobar, czyli do czego służy gwizdek

      Zanim przejdę do rzeczy, pragnę wszystkich uprzedzić, że ani nie mam najmniejszego zamiaru zajmować się tu ministrem Waszczykowskim, ani, co ważniejsze, sam Waszczykowski mnie nigdy i w jakikolwiek sposób nie interesował, i, pomijając jego zdecydowanie niedobry ostatnio wygląd, nadal nie interesuje. A zatem, uprzedzam, że jeśli ktoś zacznie mnie nagle przekonywać, że Waszczykowski to bałwan, który dla dobra PiS-u powinien wylecieć z rządu w trybie natychmiastowym, dostanę cholery.
      Dlaczego zatem, ktoś zapyta, skoro ja nie chcę pisać o Waszczykowskim, użyłem już jego nazwiska czterokrotnie? Otóż chodzi o to, że Waszczykowski pełni tu funkcję wyłącznie niezbędnego pretekstu do tego, byśmy mogli zająć się czymś, co go zdecydowanie przewyższa, a mianowicie owym grepsem pod nazwą „San Escobar” i karierą medialną, jaką ta nazwa ostatnio robi.
      Jestem pewien, że wszyscy doskonale wiemy, w czym rzecz – w tym też zresztą tkwi część problemu – więc nie będę powtarzał całej historii. Natomiast chętnie opowiem o czymś, czego się dowiedziałem ledwo co wczoraj, a co – w przeciwieństwie do głównej anegdoty – już tak naprawdę mało kogo zainteresowało. Otóż, jak donosi Onet, amerykańska publiczna stacja telewizyjna C-SPAN padła w miniony czwartek ofiarą ataku hakerskiego, skutkiem czego na ok. 10 minut została przerwana transmisja debaty w Izbie Reprezentantów, a zamiast niej Amerykanie mogli oglądać rosyjską telewizję Russia Today, jak ta szydzi z polskiego ministra i jego omyłki.
      Ja nie twierdzę oczywiście, że gdyby coś takiego się przydarzyło Polsce jeszcze w latach rządów Platformy i podobnemu atakowi został poddany na przykład minister Rostowski i jego chęć zamieszkania w „Bydgoszczu”, ja bym natychmiast uznał, że skoro Rosja postanowiła aż tak bardzo zaangażować się w skompromitowanie Rostowskiego, to ja bym natychmiast zaczął popierać rządy Platformy Obywatelskiej. Aż tak, to pewnie by nie było. Natomiast z całą pewnością bym się zastanowił, czy przypadkiem czegoś po drodze nie przegapiłem.
       Dziś mamy tak, że przez tę tak naprawdę kompletnie nieistotną omyłkę – pomyślmy tylko, ile o podobnej, lub nawet większej skali, przydarza się codziennie ministrom w dziesiątkach państw na całym świecie – polski minister jest wyszydzany przez najpierw całą Polskę, od lewej do prawej, następnie przez już cały świat, a na końcu tej kolejki nagle pojawia się telewizja Russia Today, i z absolutnie niespotykanym zacięciem, zaczyna to wszystko, co było wcześniej, przedstawiać w formie obrazkowej. I z jakiej to wszystko okazji? Bo Waszczykowski zamiast Cristóbal, powiedział Escobar?
     Wiemy wszyscy, co to są Karaiby i jaką same w sobie tworzą egzotykę. W ich skład wchodzi cały szereg państw, terytoriów zależnych, zamorskich departamentów, oraz specjalnych gmin. Wymieńmy je wszystkie po kolei: Belize, Wenezuela, Gujana, Surinam i Gujana Francuska, Trynidad i Tobago, Haiti, Grenada, Anguilla, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych, Antigua i Barbuda, Montserrat, Jamajka, Aruba, Kajmany, Bahamy, Turks i Caicos, Kuba, Barbados, Martynika, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Dominika, Dominikana, Gwadelupa, Portoryko, no i wreszcie Saint-Barthélemy, Saint-Martin, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadyny. Do 2010 roku, do Karaibów było również zaliczane niderlandzkie terytorium autonomiczne obejmujące 5 wysp, a więc Bonaire, Curaçao, Saba, Sint Eustatius i Sint Maarten, z których w wyniku referendum Bonaire, Saba i Sint Eustatius stały się holenderskimi gminami zamorskimi, natomiast Curaçao oraz Sint Maarten stały się autonomicznymi krajami wchodzącymi w skład Królestwa Niderlandów (przy okazji polecam swój tekst w najnowszym numerze „Szkoły Nawigatorów”).
       I oto w tej sytuacji, dowiadujemy się, że jeśli ktoś, a w dodatku minister w polskim rządzie, nie jest w stanie zapamiętać, że oficjalna nazwa jednego z tych państw, a mianowicie Saint Kitts i Nevis już od dawna nie nosi swojej tradycyjnej nazwy, czyli San Cristobal y Nieves, a w dodatku owo Cristóbal pomyliło mu się z Escobar, to mamy śmiech na cały świat, od Londynu aż po Pietuszki pod Moskwą. A przede wszystkim przewracają się na plecy i klepią po brzuchach ci, którzy nie dość, że nie mają pojęcia, z czym powszechnie kojarzy się nazwisko Escobar, to do niedawna nie mieli nawet pojęcia, co to są te jakieś Karaiby.
       Oto siła propagandy opartej na tym, by w zwykłym człowieku zaktywizować to, co mu pozwala reagować na świat w sposób maksymalnie prymitywny. Pisałem tu już o tym kiedyś przed laty, że cała współczesna propaganda, jeśli tylko ma być skuteczna, musi w pewnym momencie zostać przepuszczona przez kulturę pop. W praktyce sprowadza się to do tego, by doprowadzić ludzi do takiego stanu intelektualnego, w którym na dźwięk nazwiska Kaczyński, będą krzyczeć „Fuhrer”, na dźwięk nazwiska Kwaśniewski – „wóda”, na dźwięk nazwiska Wałęsa – „Bolek” a na hasło „Waszczykowski” wszyscy wstaną i krzykną: „San Escobar”.
      Spędziłem wczoraj nieco czasu na Facebooku i nie mogłem się nadziwić, jak ludzie, których dotychczas uważałem za myślących, by nie powiedzieć, że wręcz refleksyjnych, nagle dali się w tak głupi sposób porwać temu szaleństwu. Próbowałem się dowiedzieć, dlaczego coś tak nieistotnego, jak ten cały „San Escobar”, kazał im się aż tak mocno zaangażować w ten przekręt, i w pewnym momencie jeden z kolegów wyjaśnił mi, że to całe San Escobar go „po prostu bawi”. Przepraszam bardzo, ale co się Wam w głowach porobiło? Powiedzcie mi, na czym polega śmieszność nazwy San Escobar? W jaki sposób ona jest śmieszniejsza od San Cristóbal? I zastanówcie się proszę, co byście sobie pomyśleli, gdyby Waszczykowski rzeczywiście okazał się durniem i wspominając to całe Saint Kitts i Nevis powiedział, że się spotkał z przedstawicielami państwa El Dupa? Starczyło by Wam wtedy owego kulturalnego humoru, który Was tak w tych dniach obezwładnił, czy już by Wam tylko pozostało się ze śmiechu posrać?
      Zadaję to pytanie, ale przyznam szczerze, że odpowiedź na nie znam bardzo dobrze. Gdyby Waszczykowski, zamiast Saint Kitts i Nevis, powiedział El Dupa, Wy byście się śmiali dokładnie tak samo głośno i przeciągle. Ani trochę bardziej, ani też mniej. Bo tu wcale nie chodzi o Wasz humor, ale o ten gwizdek, którego dźwięk w odpowiednich momentach każe Wam się uaktywnić.

Wszystkich zapraszam do księgarni na stronie www.coryllus.pl, gdzie niezmiennie są do kupienia moje książki. Serdecznie polecam.



piątek, 13 stycznia 2017

Experty z filtrem, czyli być jak ksiądz Sowa i jego ferajna

        Każdy z nas, kto w miarę uważnie śledzi życie polityczne w Internecie, zwrócił zapewne uwagę na fakt, że ostatnio jak grzyby po deszczu zaczęły się wysypywać analizy, których autorzy postanowili dać wyraz swojej trosce o poziom prezentowany przez Wiadomości TVP, oraz publicystykę telewizji TVP Info. Krótko mówiąc chodzi o to, że, zdaniem komentatorów, publiczna telewizja, gdy chodzi o bezczelność propagandy pisowskiej, przekroczyła wszelkie granice, wytyczane dotychczas przez stację TVN24, no i że to jest bardzo źle, bo my powinniśmy być ponad to całe zło. Otóż, moim zdaniem, owej fali krytyki płynącej ze strony prawicowej opinii publicznej pod adresem TVP należy się komentarz, że tak to ujmę, trójstopniowy.
      Przede wszystkim, jak wiemy, od czasu gdy Jacek Kurski z tym całym swoim patriotyczno-prawicowym towarzystwem spod znaku „Gazety Polskiej” i „TV Republika”, zaczął decydować o tym, jak będzie wyglądać publiczna telewizja, mija grubo już ponad rok i daję słowo, że to iż w pewnym momencie Samuel Pereira oraz Jerzy Targalski zostali tam wyparci przez Piotra Semkę i Witolda Gadowskiego, nie zmienia faktu, że to jest wciąż dokładnie ta sama nędza, z jaką mieliśmy do czynienia na początku tej drogi. A i to też wcale nie tylko dlatego, że tam wciąż pierwsze skrzypce gra Michał Rachoń. A skoro jest jak jest, to ja naprawdę się dziwię, że to dopiero dzisiaj kwestia poziomu propagandy dostarczanej przez TVP zainteresowała znaczną część internetowej opinii publicznej. My tu na tym blogu załamywaliśmy ręce nad owym nieszczęściem już wiele miesięcy temu, i to na przykład jest powodem, dlaczego podana wczoraj wieczorem na Twitterze wiadomość, że do programu „Z tyłu wizji” zadzwoniła jakaś polska patriotka i oświadczyła, że „lepiej by było, gdyby matka posła Szczerby urodziła barana na wełnę”, a prowadzący program red. Wolski ów żart skomentował wdzięcznym rechotem, nie robi na nas najmniejszego wrażenia. My bowiem od lat wiemy, z kim mamy do czynienia i nie musimy się dziś, w dodatku z tak fatalnym opóźnieniem, napinać.
     Druga kwestia, związana z coraz bardziej powszechną krytyką uprawianej przez TVP polityki informacyjnej, wiąże się z czymś znacznie już ciekawszym. Otóż ja dość uważnie śledzę proces rozwoju, z jednej strony antypisowskiej, a z drugiej, patriotycznej propagandy i nie ulega dla mnie wątpliwości, że zarówno jej kierunek, metoda, a może przede wszystkim tempo, wyznaczane są nie przez TVP, lecz przez telewizję TVN24. Jeśli to co się wyprawia we wspomnianym TVN24 porównamy z popisami Wolskiego i jego ferajny, zobaczymy w jednej chwili, że Amerykanie, jak zawsze, są mocno do przodu. O ile bowiem Rachoń niekiedy, fakt że niezdarnie, ale przynajmniej stara się udawać, że jest obiektywny, tam się już nikt nie oszczędza. Oni są na wojnie i mają tego pełną świadomość. Podczas gdy Wiadomości TVP spokojnie odtwarzają stary dobry gierkowski PRL, w TVN-ie zakładają wojskowe mundury. A zatem, przepraszam bardzo, ale jeśli ja mam pretensje do TVP, to wcale nie o to, że oni są tendencyjni, bo w dzisiejszej sytuacji zachowanie pełnej tendencyjności jest ich patriotycznym obowiązkiem, ale o to, że to wszystko jest tak okropnie słabe. Przepraszam bardzo, my tu na tym blogu też przecież uprawiamy jakąś tam propagandę, no ale jednak mamy świadomość granic kompromitacji i przynajmniej nie pozwalamy się tu panoszyć jakiemuś Gadowskiemu, czy temu kolesiowi w „Gazety Polskiej” o uroku esesmana.
     No ale jest jeszcze trzecia refleksja, która mi przyszła do głowy, kiedy czytałem teksty oburzające się na publiczną telewizję, że ona nie jest jak…no właśnie, co? BBC? Nie żartujmy. Otóż ja z prawdziwą satysfakcją zauważyłem, że oni w sposób absolutnie mistrzowski powtórzyli coś, co, moim zdaniem, od samego początku stanowiło podstawowy argument TVN-u w walce z Prawem i Sprawiedliwością, a więc tak zwanych ekspertów. Mam tu na myśli tych wszystkich – w rzeczywistości całkowicie anonimowych i pozbawionych znaczenia – doktorów, profesorów, docentów, reprezentujących jakieś uniwersytety, centra jakiegoś dialogu, szkoły wyższe czegoś tam i czyjegoś tam imienia, fundacje na rzecz tego lub tamtego, których jedynym zadaniem było udowodnienie, że System po swojej stronie zgromadził świat kultury i nauki, podczas gdy PiS to wyłącznie Ziutki w beretach. I oto dziś nagle widzę niemal identyczną pod względem znaczenia i kompetencji grupę ekspertów, tyle że nagle oni się okazują popierać PiS. Parę dni temu oglądam sobie telewizje TVP Info i widzę, jak redaktor prowadzący rozmawia z dwoma okropnie poważnymi panami. Nie widziałem ich nigdy wcześniej, nie mam pojęcia, kim są, jak się nazywają, no ale atmosfera rozmowy jest taka, że oni są niezależnymi ekspertami od komentowania bieżącej polityki. I nagle się okazuje, że jeden z nich – a ja nigdy w życiu bym się tego nie spodziewał – to niejaki Roman Mańka, bloger Salonu24 i człowiek Piotra Bachurskiego. W tym momencie przerzucam kanał na TVN24, a tam obecną sytuację komentują jakaś pani i pan, i nagle się okazuje, że pani jest dziennikarką „Newsweeka”, a pan przedstawicielem środowiska znanego pod nazwą „Liberte”, czyli człowiek prosto od Hartmana. A to co w tym jest naprawdę zabawne, to fakt, że oni oboje, jak tak siedzą i opowiadają nam, jak to w Polsce zapanował faszyzm, nie są ani trochę bardziej wiarygodni niż nasz Mańka.
      Ktoś pewnie mnie zapyta, czy mi to nie przeszkadza. A ja chętnie odpowiem, że oczywiście, że nie. Wręcz przeciwnie. Ja uważam, że to jest coś absolutnie fantastycznego. Fakt, że telewizja publiczna pokazała całej Polsce, że są tacy profesorowie, doktorzy, docenci, redaktorzy i analitycy, którzy noszą moherowe berety, jest czymś nie do przecenienia. Zaglądam na TVN24, widzę, jak siedzą pan i pani i robiąc mądre miny, mówią, że Kaczyński powinien stanąć co najmniej przed Trybunałem Stanu. Przełączam na TVP Info, a tam też strasznie mądry pan i równie mądra pani, tyle że ci tym razem nam tłumaczą, dlaczego Donald Tusk to zdrajca i lepiej żeby nie wracał do Polski. Czyż to nie piękne? I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno mieliśmy do wyboru jedynie między księdzem Sową i prof. Śpiewakiem z jednej strony, a red. Sakiewiczem i tak zwanym „profesorem” Zaradkiewiczem z drugiej.
       A zatem, zachowując cały czas swoje prawo do tego, by to całe „eksperctwo” wraz z ich protektoratem w dowolnym momencie, kopnąć w te ich opasłe tyłki, chciałbym zaapelować do moim kolegów internautów, którzy nagle uznali, że coś jest w tym wszystkim nie tak, żeby się może puknęli w czoło, bo nie ma nic gorszego, jak przyjść na imprezę, gdzie już wszystko zostało zjedzone, wszyscy przenieśli się w inne miejsce i nie została nawet jedna niedopita flaszka.

Wszystkich tych, którzy lubią tu przychodzić i czytać te refleksje, zapraszam niezmiennie do księgarni na stronie www.coryllus.pl. Tam tego wszystkiego jest znacznie, znacznie więcej.

      

czwartek, 12 stycznia 2017

Cośmy im zrobili, że traktują nas jak ciemny lud?

        Ja wiem, że już za chwilę ktoś mi zwróci uwagę, że ja na punkcie tygodnika „W Sieci” mam niezrozumiałą obsesję, ja jednak przeciwko tego typu oskarżeniom gotów jestem się bronić jak lew. Zgadzam się oczywiście, że przynajmniej od czasu jak Jarosław Kaczyński zgodził się swoim autorytetem wspierać medialną działalność braci Karnowskich, ja nie mam zamiaru udawać, że tego, co wyprawia prowadzony przez nich tygodnik, nie zauważam. Choć przyznaję, że ostatnio coraz rzadziej, to oczywiście staram się mieć na nich oko. Jednak, w rzeczywistości, moim zmartwieniem nie jest poziom prezentowany przez zatrudnianych przez nich redaktorów, i w ogóle poziom tej jednej gazety, lecz poziom do jakiego oni wszyscy spychają to, co ja osobiście mam ochotę określać, jako rynek prawicowej treści i opinii. Ale nie tylko to. Rzecz bowiem w tym, że to, jak ów rynek się prezentuje, równie mocno świadczy o nim, jak i o nas. A to mnie już dotyka jak najbardziej osobiście.
      Ponieważ, jak już wspomniałem, ostatnio tygodnik „W Sieci” coraz rzadziej wpada mi w rękę, nie zauważyłem, że do grona jego autorów dołączył sam Wojciech Reszczyński. Czemu ten fakt mnie aż tak poruszył? Otóż rzecz w tym, że Reszczyński to nie jest ani Feusette, ani Fijołek, ani Adamski, ani Nykiel, ani Korsun, ani nawet Wolski z Pietrzakiem, a to w tym mianowicie sensie, że za nim stoi autentyczna historia. Ja mam świadomość, że zarówno Pietrzak jak i Wolski to również „dzieci PRL-u”, jednak w ich wypadku mamy do czynienia zaledwie z kabaretem, podczas gdy Reszczyński to jednak poważna marka, a więc najpierw „Sygnały Dnia”, potem „Trójka” i w końcu żadne byle co, ale sam „Teleexpress”, by już nie wspominać o „Wiadomościach”  w niezapomnianych latach 1989-1991.  A zatem, jeśli nagle w pierwszym prawicowym tygodniku, jak mówię, autoryzowanym przez samego Jarosława Kaczyńskiego, pojawia się ktoś taki, jak Reszczyński, to możemy się spodziewać, że za tym pójdzie coś, co będziemy mogli uznać za odpowiadający naszym aspiracjom poziom. 
      Tymczasem jednak, proszę sobie wyobrazić, Reszczyński w owym „niepokornym” środowisku zachowuje się tak, jakby uznał, że po jednej i drugiej stronie ma do czynienia wyłącznie z bandą głupków, którzy, jeśli zasługują na uwagę, to wyłącznie przez to, że dobrze płacą, no a swoje przekonanie demonstruje tak jak tylko on potrafi. Przed nami zatem tekst pod tytułem, który sam w sobie robi odpowiednio duże wrażenie: „Paroksyzmy III RP”, jednak to co pojawia się dalej, to już prawdziwy hit. Oto Wojciech Reszczyński i jego publicystyka w postaci zaledwie jednego, ale za to głównego akapitu wspomnianego felietonu:
     
      „O ile jednak wykreowane przez Platformę Obywatelską nihilistyczne, wręcz bolszewickie, jej skrzydło do walki z narodem, czyli Ruch Palikota, występowało przeciwko ówczesnej opozycji, to dziś jest to walka z legalnie demokratycznie wybraną władzą i konstytucyjnym porządkiem prawnym. Ludzie z myślowego kręgu Palikota, wszyscy wyznawcy jego destrukcyjnej mentalności, mogą liczyć na Platformę, Nowoczesną i Bronisława Komorowskiego, przyjaciela Palikota. Ci którzy opluwali modlących się przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu, nienawidzą polskości, Kościoła katolickiego, wszystkiego, co kojarzy im się z polską prawicą konserwatywną i narodową. Wychowani na ‘Gazecie Wyborczej’, pogardzie dla narodu, przekonani od lat, jak ich polityczny guru, że ‘Polska to nienormalność’, chcą ją uczynić podobną do siebie. Temu też służą liczne organizacje pozarządowe, różne ‘krytyki polityczne’ i antify wyrosłe w III RP jak grzyby po deszczu. Wiele z nich finansuje George Soros, giełdowy spekulant, zwolennik zniszczenia wszystkiego, co w wolnym demokratycznym państwie jest narodowe, katolickie, tradycyjne”.
      Ktoś pewnie zapyta, o czym jest felieton Reszczyńskiego? Jakiż to fantastyczny temat zapragnął objąć swoją refleksją ów wybitny publicysta? Cóż takiego on chciał nam powiedzieć, czegośmy sobie dotychczas nie uświadamiali, a co wiedzieć bezwzględnie powinniśmy? Otóż odpowiedź jest prosta. Ów felieton jest właśnie o tym. O tym, co zacytowałem powyżej. Tam nie ma nic więcej. To jest wszystko, co Reszczyński uznał, że powinien nam za te kilka kawałków zakomunikować. A przy okazji poinformować nas, że osobiście uważa nas za idiotów, którym tak naprawdę do szczęścia wystarczy parę gładkich komunałów, wypowiedzianych przez kogoś, kogo oni uważają za autorytet.
      Czytelnicy tego bloga świetnie wiedzą, co ja sądzę o takich redaktorach tygodnika „W Sieci”, jak wspomniani Feusette, Adamski, czy Nykiel. Co by jednak o nich nie powiedzieć, oni się mniej lub bardziej w ten cały bałagan autentycznie angażują. Cwaniacy tacy jak Wolski, Pietrzak, czy teraz właśnie Reszczyński, to jest jednak chamstwo, jakie ja osobiście, gdybym tylko mógł, wypalałbym rozżarzonym żelazem. Bo nie mogę przestać myśleć, że gdyby jakimś cudem to nie oni zostali tymi autorami niepokornymi, lecz jakiś Ernest Skalski, czy Stefan Bratkowski, że już nie wspomnę o jakimś Passencie, to jeden i drugi działaliby dokładnie według tego samego schematu, który nam właśnie zaprezentował Wojciech Reszczyński. I kiedy czytam wspomniany tekst, nie mam pretensji o to, że on mnie uważa za głupka, któremu wystarczy parę gładkich patriotycznych bon motów. Mnie akurat Reszczyński dotknąć nie jest w stanie. To co natomiast boli, to sposób, w jaki oni nas traktują, no i fakt, że tygodnik, który nam poleca sam Jarosław Kaczyński, jest z nimi w zmowie i porozumieniu, i że owa sytuacja nie pozostawia nam wiele miejsca na złudzenia. Bo na tośmy sobie jednak nie zasłużyli.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki. Naprawdę warto.

środa, 11 stycznia 2017

Koniec balu, panno Lalu - część druga i ostatnia

      No i wreszcie nadszedł ów z dawna wyczekiwany dzień 11 stycznia, i ja oczywiście chętnie przyznaję, że nie mam sposobu, by przewidzieć z całą pewnością, jak on się skończy, natomiast mam parę uwag, którymi chciałbym się podzielić i które, jak sądzę, wcale nie najgorzej można będzie zakwalifikować, jako antycypujące to, co się moim zdaniem stać musi. Moim mianowicie zdaniem, decydującą dla przyszłych losów opozycji w Polsce była reakcja Grzegorza Schetyny na tak zwaną „portugalska aferę” Ryszarda Petru, który zamiast chwycić się jak tonący brzytwy i tę chwilę bólu wytrzymać, postanowił nadal kluczyć i w efekcie znalazł się tu, gdzie jest dziś, czyli na obrzeżach polityki.
      No ale zanim pójdziemy nieco dalej w naszych analizach, przypomnijmy sobie to, co już na tym blogu zostało parokrotnie powiedziane. Otóż wydaje się, że ostatecznie nierozwiązywalnym problemem opozycji w Polsce jest to, że w jakikolwiek sposób oni będą prowadzić okupację sali plenarnej Sejmu – a jakoś ją prowadzić będą musieli – poniosą spektakularną porażkę. Zostaną tam przez jakiś jeszcze czas – ludzie ich autentycznie znienawidzą; ogłoszą koniec tego cyrku – psa z kulawą nogą nie będzie obchodziło, dokąd oni się następnie wybiorą. Dlaczego? Dlatego, że jedno i drugie będzie dowodem wyłącznie ich ciężkiej porażki.
      I oto w tym, wydawałoby się, beznadziejnym stanie rzeczy, Petru pojechał z tą swoją cizią na Maderę, a Schetyna otrzymał od losu prezent, na który sobie absolutnie nie zasłużył, ale który jednocześnie był zdecydowanie nie do pogardzenia i umożliwiał mu względnie honorową ucieczkę z tej matni. On mógł natychmiast zwołać Halickiego i jeszcze któregoś ze swoich kumpli, urządzić wspólną konferencję prasową i ogłosić, że ponieważ właśnie jego kolega Ryszard Petru przez swój brak opanowania skompromitował wspaniałą ideę sejmowego protestu, on ów protest przerywa i wzywa Jarosława Kaczyńskiego do poważnych rozmów na temat sposobów rozwiązania politycznego kryzysu. Oczywiście Kaczyński natychmiast by na te rozmowy przystał, Schetyna zostałby okrzyknięty faktycznym przywódcą opozycji, a Petru z tymi swoimi paniusiami i słodkimi wspomnieniami z Madery, zostałby na tej sali jak ostatnia fujara.
      Ktoś powie, że z tego by nic nie wyszło, bo Szczerba, Mucha i cała reszta tej menażerii natychmiast wskoczyłaby na sejmową trybunę i zaczęła śpiewać piosenki, a ponieważ ich by się nagle znalazło znacznie więcej, w sposób oczywisty Schetyna by to starcie przegrał. Otóż nie. To co by się liczyło, to wyłącznie portugalska afera Petru, mocny przekaz w postaci owej konferencji prasowej i wsparcie mediów, które na sto procent stanęłyby po jego stronie i ta banda durniów musiałaby w końcu uznać swoje miejsce w szyku. Oczywiście, sytuacja Platformy wobec PiS-u by się nie zmieniła, ale sam Schetyna przynajmniej zostałby uznany za faktycznego przywódcę całej opozycji.
      Zamiast więc wybrać jedyne sensowne rozwiązanie, Schetyna wystraszył się i postanowił poczekać aż to zamiast niego pisowskie media  zniszczą Petru i on przyjdzie na gotowe.  Przez chwilę wydawało się, że w błędzie Schetyny swoją szansę dostrzeże Petru i to właśnie on – oczywiście w odpowiedzi na skierowane pod jego adresem błagania Kaczyńskiego – zacznie negocjować z PiS-em zakończenie protestu i jakieś tam rozwiązanie kryzysu, a przez to zostawi Schetynę z palcem w nosie, no ale i on też, czy to przez naciski z wewnątrz partii, czy przez osobisty brak umiejętności rozeznania sytuacji, zrobił coś absolutnie najgłupszego i postanowił sprawdzić Prawo i Sprawiedliwość. Żeby chociaż przy tym zdzwonił się ze Schetyną i ustalił jakiś wspólny ruch, ale nie. Dziś oni są oczywiście na siebie ciężko obrażeni i każdy z nich już tylko pilnuje, by nikt nie uznał, że to on jest ten słaby, a co słychać u Szczerby, czy Pihowicz, nie wiedzą nawet ponownie kręcący się bez sensu, jak przez wszystkie poprzednie lata, po Sejmie dziennikarze.
      Już za chwilę rozpocznie się pierwszy po świątecznej przerwie dzień pracy w Parlamencie, wszyscy zapowiadają, że politycy szykują dla nas prawdziwe fajerwerki, a ja podejrzewam, że minionej nocy jedynie ludzie z Prawa i Sprawiedliwości spali naprawdę słodko. Dlaczego? Bo mają jak najbardziej słuszne poczucie, że cokolwiek się stanie, to oni właśnie wyjdą z tego starcia zwycięsko. W dodatku jeszcze bardziej wzmocnieni przez ostateczną anihilację opozycji, jako siły, która jest w stanie choćby teoretycznie wpływać na bieg wydarzeń. Poczekamy jeszcze parę dni i zobaczymy, jak do Prawa i Sprawiedliwości zaczną aplikować pojedynczy politycy PSL-u i Kukiz 16 i wtedy nagle zdamy sobie sprawę z tego, co potrafi władza, dla której tak naprawdę istnieje wyłącznie prawo, sprawiedliwość i mocne przywództwo.


Zapraszam wszystkich do korzystania z księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można 24 godziny na dobę kupować moje książki. Polecam z całego serca.

wtorek, 10 stycznia 2017

Smog, czyli Jarosław Kaczyński robi nam drugą Japonię

Żona moja wróciła wczoraj z pracy i zanim zdążyła zwrócić mi uwagę na to, do jakiego stanu doprowadziłem mieszkanie pod jej nieobecność, zapytała mnie, czy jest mi coś wiadomo na temat tego, że Polska w ostatnich dniach została pokryta zabójczym smogiem, którego wielkość oraz intensywność przekracza wszelkie dopuszczalne w cywilizowanym świecie normy. Ponieważ mój dzień zorganizowany jest w taki sposób, że ja przez jego większość siedzę w domu i pracuję wyłącznie z doskoku, a w międzyczasie uważnie śledzę wszystko, co się dzieje dookoła, byłem oczywiście w stanie natychmiast poinformować ją o tym, że, owszem, przeżywamy ów kataklizm i choć sami albo jeszcze nic nie zauważyliśmy, albo jesteśmy na tyle uparci, by nie zważać na głos ośrodków lepiej zorientowanych, faktem jest, że jeśli przez kilka następnych dni będziemy opuszczać nasze mieszkanie, z całą pewnością natychmiast umrzemy, lub, w najlepszym razie, doznamy ciężkiego zatrucia, które skróci nasze życie o kilka dobrych lat. Na dowód przedstawiłem mojej żonie bieżące wydanie portalu informacyjnego tvn24.pl, gdzie wyświetliły się kolejno następujące tytuły:
„Rekord smogu. Norma przekroczona o 3126 procent”
„Fatalna jakość powietrza. Gdyby mierzyć ją jak w Paryżu, mielibyśmy permanentne alarmy”
„Trujące noce w Poznaniu. Normy pyłu przekroczone o kilkaset procent”
„Smog nadal groźny. Zostaw samochód”
„Smog zostanie z nami do środy”
„Czuć go już po otwarciu okna. Smog i Wasze relacje”
„Kraków: smog wciąż truje. Nie wychodzić z domu”
„Najwyższe stężenie od kilkunastu lat. Dzieci nie wyjdą ze szkół”

Na żonie mojej wrażenie zrobiły wszystkie tytuły, szczególnie gdy jej opowiedziałem o tym, jak to w Warszawie, aby uchronić osoby najmłodsze, a więc najbardziej podatne na trujące składniki smogu, przez najbliższe dni będą zamknięte szkoły, a ludzie starsi, aby nie snuć się po ulicach i ryzykować życiem, będą mogli za darmo pomknąć do domu komunikacja miejską i zamknąć się w bezpiecznych, odgrodzonych od smogu nowoczesnymi oknami, sypialniach. To jednak, co ją w tym wszystkim zaniepokoiło, że aby poczuć, jak śmierdzi smog, wystarczy otworzyć okno. Otóż, jak mi opowiedziała, to samo jej mówiły koleżanki w pracy, a ona biedna, choć bardzo się starała, ciągnęła tym nosem, ciągnęła i nic nie czuła. Pocieszyłem ją oczywiście natychmiast i opowiedziałem, jak to rano ja też poszedłem z psem na spacer, chodziłem z nim po białym jak śnieg śniegu, zasmarkanym z zimna nosem wciągałem zimne zimowe powietrze i również smogu ani nie widziałem, ani nie czułem, ale to prawdopodobnie dlatego, że oboje jesteśmy schamiali od tych wszystkich lat, jakie spędziliśmy w PRL-u, w towarzystwie śląskich kopalń, hut i tego całego syfu, jakie one najpierw produkowały, a następnie emitowały nie tylko do naszych mieszkań, gardeł, ale nawet głęboko pod wszystkie warstwy ubrań, a więc przyjdzie nam pewnie umierać w nieświadomości.
No a skoro już zaczęliśmy wspominać dawne czasy, kiedy to pojęcie „smog” znaliśmy wyłącznie z zagranicznych filmów i wiedzieliśmy, że on występuje głównie w Japonii, to już tak z tymi wspomnieniami zostaliśmy. W końcu, kiedy zrobiło się już naprawdę nerwowo, żona powiedziała mi, żebym zszedł na dół do „Żabki” i kupił jej fajki, bo z tego strachu ona zdążyła wypalić całą paczkę i jeśli nie zapali, to ten smog z całą pewnością ja udusi. A ja, jak zawsze, posłusznie założyłem buty i płaszcz i udałem się przez ten smog po papierosy dla mojej żony, starając się oddychać z umiarem, no i przede wszystkim nie marudzić po drodze i wracać jak najszybciej.
Siedzę teraz tu przy tym komputerze, strach nie pozwala mi nawet spojrzeć na to, co się dzieje za oknem, piszę ten tekst i myślę, że może faktycznie lepiej będzie, jeśli Platforma jak najszybciej wróci do władzy. Cudów nie będzie, ale przynajmniej nie urządzą nam tu drugiej Japonii.



Zachęcam wszystkich do kupowania naszych – i nie tylko naszych – książek. Droga prosta: www.coryllus.pl i dalej już można nie szukać.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Nie pozwólmy zadusić polskiej szkoły

      Jak nam od pewnego czasu donoszą media, dziś prezydent Duda ma podjąć decyzję odnośnie podpisania, ewentualnie zawetowania ustawy o zmianach w systemie edukacji. Z tej oto okazji chciałbym dziś przypomnieć swój stary, bo jeszcze z marca 2012 roku, tekst, w którym pisałem o tym, jak polska edukacja, pod czujnym okiem władzy Platformy Obywatelskiej, umiera. Dziś już nie pamiętam, jaki miałem ogólny nastrój w marcu roku 2012, kiedy jednak dziś na nowo wracam do tamtego tekstu, wydaje mi się, że na ów klimat beznadziei musiały mieć wpływ jakieś dziś już zapomniane przez nas polityczne wydarzenia. W każdym razie, kiedy wygląda na to, że po tych wszystkich ciemnych latach odzyskaliśmy szansę na autentyczną naprawę tego, co III RP zdążyła w tak spektakularny sposób spieprzyć, grzechem byłoby owej naprawie przeszkadzać. Mam nadzieję, że prezydent Duda ma tego świadomość.

      Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu, nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować, powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.
       No i oczywiście „Rzeczpospolita”, dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje, kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w ramach późniejszych specjalizacji?
      I tak się toczy ta niby-debata, a tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień, przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli, ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.
       A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3 mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew, jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między podstawówką dla małych i liceum dla dużych; skracać pobyt w szkole dla małych, do 13 roku życia i przygotować do pobytu w szkole dla dużych, od 16 roku życia.
     Gimnazja działające przy liceach – tyle że niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej podlegają 18-latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.
      Oczywiście, może też być tak, że kiedy postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem tej swojej nazwy. A może któryś z tych urzędników pomyślał, że kiedyś były gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.
      Nieważne. To co się liczy, to fakt, że owe gimnazja generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie – niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka, tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste. Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.
      Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich podstawówkowe nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.
      I teraz wchodzimy w coś, co zostało nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów, prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach, natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców. I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację. A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na przebudowanie szkół, ich zmniejszenie itd., a więc czegoś, co było pierwszym i być może podstawowym warunkiem sukcesu.
      A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie, gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umiały liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuły po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest bardzo źle.      Niedawno w tej samej „Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?
      Oto prawdziwy problem. Pewnie, że nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część godzin. Może akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, z jej antyspołecznymi pretensjami. Że polski rząd stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę. Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.
      Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić, przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego – co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do 18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w 13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć, po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.
       No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.

       Niezmiennie przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl   są do kupienia moje książki. Polecam gorąco.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...