sobota, 10 marca 2012

I jeszcze krok bliżej

Myślę, że niektórzy z nas jeszcze pamiętają, jak jakiś czas temu, pisząc po raz nie wiem który, o tym co i z jak bezkarną perfidią robią z nami banki, przedstawiłem pewne wyliczenie, z którego wynikało, że w mojej okolicy właściwie poza bankami nie ma już nic. Oczywiście, jak zwykle, była to pewna przesada, bo przecież oprócz banków, są też i inne punkty świadczące nam odpowiednie usługi. A więc mamy dwie „Żabki”, dwa sklepy mięsne, dwie restauracje, parę aptek, punkt fryzjerski, no i parę kiosków z gazetami. Poza tym, jest też niemal tuż obok targ warzywno-spożywczy i naprawdę fantastyczny mini-market o nazwie „Simply”.
Kiedy zastanawiam się, czy od czasu, jak ostatnio liczyłem banki, coś się w tej kwestii zmieniło, wydało mi się, że tak, choć już może niekoniecznie na poziomie samych banków. Jak idzie o nie akurat, to owszem, coś tam nowego otwarto i teraz mamy ich już pod samym nosem okrągły tuzin, nie licząc dwóch „Skoków”. Natomiast to co zdecydowanie się już rzuca w oczy, to fakt, że przede wszystkim system organizacji naszej domowych budżetów przesunął się z instytucji mniej lub bardziej oficjalnych na punkty istniejące pozornie tylko na nalepionych na elewacjach kamienic ogłoszeniach, a ograniczających się do informacji, że nie jesteśmy bankiem i że numer telefonu jest taki i taki.
I myślę sobie, że to jest szalenie ciekawe, że właściciele tych firm, które oferują nam owe finansowe wsparcie, z taką otwartością zapewniają nas, że nie są bankami. Wygląda to trochę tak, jakby w międzyczasie słowo bank stało się słowem wulgarnym. Trochę tak, jak bym ja, powiedzmy, oferował usługi w zakresie nauczania języka angielskiego i podstawową informacją byłaby ta, że ja nie jestem broń Boże nauczycielem. Lub może bardziej adekwatnie, gdyby jakaś dziewczyna ustawiła się przy drodze, a obok postawiła tabliczkę z napisem informującym, że ona w żadnym wypadku nie jest kurwą.
Ale jest tu jeszcze coś znacznie bardziej intrygującego. Ja oczywiście mam bardzo poważne postanowienie, by już do końca swojego życia nie wziąć od nikogo jakiegokolwiek kredytu, natomiast nawet gdybym miał przez to już tylko zgnić pod płotem, nie poszedłbym po pieniądze do któregoś z tych zapewne łysych, wytatuowanych od stóp do głów, z kolczykami w nosach byków. A to z tej prostej przyczyny, że ludzie z windykacji takiego Eurobanku jedyne co mi mogą zrobić, to mnie pod ten płot za drobną opłatą podrzucić, natomiast zanim to zrobią, raczej nie poobcinają mi palców. Tymczasem wygląda na to, że oto właśnie nastroje społeczne poszły w tę stronę, że już nawet ten byk z nożem gwarantuje niektórym z nas większy spokój. Czyżbym więc czegoś nie wiedział?
Podczas swojego wystąpienia w Katowicach, o którym też swego czasu miałem przyjemność tu pisać, Zyta Gilowska w bardzo obrazowy sposób przekazała nam informację o stanie zadłużenia, jakie aktualnie przypada w Polsce na jednego obywatela. Z tym, że do tych 800 miliardów, dodała jeszcze przy tym wszystko to – prawdopodobnie po to, by nas nie za bardzo przestraszyć, bez odpowiednich szczegółów – cośmy mieli okazję przez minione lata włożyć sobie na głowy w ramach udzielanych nam zwanych kredytów konsumpcyjnych. I, kiedy próbuję dziś dojść do tego, o co chodzi z tym wysypem ofert pod hasłem „nie jesteśmy bankiem”, czy „ostatnia deska ratunku”, wspominam sobie tamto wystąpienie prof. Gilowskiej, i zastanawiam się, czy przypadkiem może nie tu leży właśnie odpowiedź? Myślę jednak, że tu jest jeszcze coś, i że aby to coś dostrzec, musimy zrobić kolejny krok. Jeszcze jeden krok zarówno poza te banki i też poza te wszystkie firmy. Myślę że przydałoby się nam zajrzeć do Łodzi, Wałbrzycha, czy może tu bliżej na Śląsk, do Szopienic choćby.
Otóż tak się składa, że ja do niedawna jeszcze, parę razy w tygodniu, jeździłem do wspomnianych Szopienic, gdzie prowadziłem kurs dla bardzo ważnych i eleganckich pracowników bardzo ważnej i eleganckiej instytucji. I tak jak kiedyś liczyłem te banki na pobliskim kwartale, tak samo zrobiłem z szopienickim rynkiem, i policzyłem, co się tam, i w jakiej ilości, znajduje. Otóż tam, przy szopienickim rynku, znajdują się dwa banki, dwie apteki, jedna piekarnia, jedna „Żabka”, jeden punkt produkcji i sprzedaży kebabu, dwie budki „Ruchu” i jedna „Biedronka” i aż cztery sklepy mięsne. Co ciekawe, nie zauważyłem tzw. „starej szmaty”. Natomiast stoi też jeszcze przy rynku w Szopienicach kościół. Przez ostatnie miesiące bywałem tam stosunkowo często, a że głównie rano, to praktycznie ile razy tamtędy przechodziłem, nie mogłem nie zauważyć stojącego przed kościołem karawanu, podczas gdy w środku odbywało się nabożeństwo pogrzebowe. A więc, wiele wskazuje na to, że Szopienice to taka wioska, gdzie niemal każdego dnia ktoś tam umiera. Kilka razy udało mi się nawet zobaczyć, jak z kościoła wyrusza uroczysty, pogrzebowy orszak. Piękne są te śląskie pogrzeby!
Skoro już mowa o pogrzebach, trochę dalej od rynku jest ogrodzenie z siatki, na tej siatce wisi szalik Ruchu Chorzów i kwiaty, pod siatką palą się świeczki, a pomiędzy tymi kwiatami i świeczkami jest klepsydra z nazwiskiem jakiegoś dwudziestolatka. Pytałem moich uczniów, w jakiej sprawie ta dekoracja, a oni mi powiedzieli, że któregoś dnia chodnikiem szli jacyś miejscowi kibole, podczas gdy drogą jakiś pijany prowadził samochód. No i tak się nieszczęśliwie stało, że samochód wyjechał na chodnik i jednego z tych kiboli zabił, więc jego koledzy zorganizowali mu tę wystawę.
Moje miasto, miasto w którym mieszkam, stanowi część wielkiej aglomeracji, i oprócz Szopienic mamy tu jeszcze inne fascynujące miejsca, takie jak Chorzów, Zabrze, Bytom, Gliwice, Świętochłowice, Siemianowice… Można by wymieniać. No ale właśnie – Siemianowice i Świętochłowice. Otóż niedawno miałem okazję też rozmawiać z pewnym policjantem, którego uczę angielskiego, i który akurat pracuje w Siemianowicach jako tzw. CSI, po polsku „technik policyjny”. No i w pewnym momencie musiało się tak stać, że zeszliśmy na tematy zawodowe. No i opowiedział mi mój uczeń-policjant o swojej rozmowie z pewnym kolegą, który kiedyś pracował w Siemianowicach, ale dziś rzuciło go do Świętochłowic. Rozmawiali więc sobie panowie o ogólnej sytuacji na mieście, i „mój” gliniarz spytał tego swojego kolegę gliniarza, czy w Świętochłowicach jest też tak ciężko jak w Siemianowicach? No i tamten mu powiedział, że tam jest prawie tak samo. Z tą może różnicą, że jak idzie o mieszkańców Siemianowic, oni jeszcze mają za co pić.
No i jak? Wciąż o jeden krok z tyłu, Redaktorze. Wciąż ten jeden pieprzony krok z tyłu. Prawda, Redaktorze?

No a my staramy się jakoś w tym poruszać. Jeśli komuś się te teksty wciąż podobają, bardzo proszę o ewentualne wpłaty na podany obok numer konta. No i przypominam o książce, która jest do kupienia tuż obok w księgarni Coryllusa, ale też w Poznaniu u Ojców Karmelitów, czy w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3 maja. Dziękuję.

piątek, 9 marca 2012

Idą na nas z nożami

W jednym z niedawnych wpisów zwróciłem uwagę na pewną, obserwowaną już od wielu lat, tendencję, sprowadzającą się do propagandowego obniżania znaczenia polskiego państwa. We wspomnianym wymiarze propagandowym, polega ona na uporczywym wmawianiu nam Polakom, że tak naprawdę państwo jest bytem w najlepszym wypadku bezużytecznym, a w rzeczywistości wręcz szkodliwym, i że wszystko dobre, co się w Polsce dzieje, dzieje się na szczeblu lokalnym. Jak idzie o natomiast o praktykę, sprowadza się ona przede wszystkim do tego, że polityka budżetowa rządu stopniowo i bardzo konsekwentnie prowadzi polskie państwo do bankructwa.
Kto czyta gazety, ogląda telewizję i śledzi wystapienia ludzi związanych bezpośrednio z władzą, wie świetnie, jak ta propaganda wygląda. Ale przecież nie trzeba w ogóle nic czytać, ani nasłuchiwać tego szumu, by widzieć świetnie, co się dzieje. Służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, transport, szkoła, uniwersytety, kultura, tak zwane narodowe dziedzictwo – to wszystko powoli umiera i wszystko wskazuje na to, że nikomu już nie zależy, by ten proces cofnąć, czy choćby tylko powstrzymać. I na każdym kroku słychać tę czarną gadkę, że kiedy cała władza zostanie skutecznie przesunięta na poziom lokalny, no i tam wszystko już zostanie sprywatyzowane, wtedy dopiero poczujemy cały splendor cywilizowanego świata.
Pisałem o tym dopiero co, przy okazji kolejnej katastrofy kolejowej, i nie mam powodu, by się tu powtarzać. Nie mam też ochoty wskazywać na to, w jak wyrachowany, a jednocześnie żenująco prymitywny sposób władza próbuje zrzucić winę na ludzi operujących na szczeblu lokalnym, którzy wciąż nie chcą zrozumieć, że tak naprawdę wszystko od nich zależy. Że nie mogą wciąż liczyć na państwo, bo państwo nie jest w stanie się zajmować ich brakiem odpowiedzialności i kompetencji. Bo państwo powoli przekazuje swoje uprawnienia ludziom. Świadomym swego miejsca postępowym obywatelom w postępowej Europie. Co chciałem powiedzieć, to powiedziałem, a resztę, mam smutną nadzieję, doskonale widać i bez mojej pomocy.
Trafiłem dziś jednak na coś, co nawet mną wstrząsnęło, bo nagle zrozumiałem, że ten cały projekt to jednak najczystszej wody komunizm, dokładnie taki jak go pamiętamy sprzed ponad dwudziestu lat. Że oczywiście na poziomie praktycznym wprawdzie nie ma już tych sekretarzy, tych brygad robotniczo-chłopskich pilnujących, by wszystko szło zgodnie z planem, a nad tym owej propagandowej gadki o pracującym ludzie miast i wsi, o tym obowiązku wytężonej pracy każdego z nas, natomiast jest coś, co w gruncie rzeczy, dokładnie słowo w słowo, powtarza tamten zamysł, tyle że w wymiarze że tak powiem poetyckim. A to właśnie sprawia, że można nabrać podejrzeń, że jeśli oni będą chcieli nas zniszczyć, to wyłącznie przy pomocy tamtego języka, a więc też i tamtego, świetnie już sprawdzonego sposobu.
Na internetowej stronie TVN24 pojawił się mianowicie najpierw tytuł „Ona pierwsza wezwała ratowników i policję”, niżej podtytuł: „Za sołtys Chałupek stoi cała wieś”, a jeszcze niżej coś, co przez to, że wydawać by się mogło już tylko dawnym peerelowskim koszmarem, autentycznie i dziś straszy. Nie śmieszy. Straszy. Oto całość:
„To ona pierwsza zaalarmowała ratowników, pierwsza wykonała telefon na policję. Potem z sąsiadami i mieszkańcami pobiegła, by ratować ludzi na miejscu kolejowej tragedii pod Szczekocinami. Anna Kwiecień, sołtys Chałupek rządząca od roku, ciągle ma jednak wrażenie, że nie zrobiła wszystkiego, co mogła. - Przewija mi się film i mam wrażenie, że można było zrobić jeszcze więcej - przyznaje, choć mieszkańcy wsi mówią o niej same dobre rzeczy.
Okno domu Anny Kwiecień wychodzi wprost na tory kolejowe. Sołtys zobaczyła więc sekundy po katastrofie wszystko to, co stało się w efekcie zderzenia dwóch pociągów jadących Centralną Magistralą Kolejową. Chwyciła za słuchawkę i po telefonie na policję, od razu ‘skrzyknęła’ mieszkańców.
O tym, że sołtysowa ma ‘głowę na karku’ od dawna wiedzą mieszkańcy Chałupek. - Ona mądrze myśli, to równa dziewczyna - mówi jeden z nich, a burmistrz Szczekocin, Krzysztof Dobrzyniewicz dodaje: - Bardzo charyzmatyczna. To kobieta, która docenia też to, co się dzieje wokół niej.
Sama Kwiecień przyznaje, że czasami poza samą wsią jest jej trudno, bo bywa, że w regionie się śmieją z kobiety rządzącej we wsi, ale wszyscy w okolicy doceniają jej wysiłki. Ostatnio sami załatali na jej prośbę lokalną drogę. Tę samą, po której na miejsce wypadku kolejowego jechały karetki pogotowia, straż pożarna, a także prezydent i premier.
- Mam nadzieję, że zbyt wygodnie im się nie jechało. Może pomyślą, że warto nam pomóc w wyremontowaniu tej drogi - kwituje Anna Kwiecień”
A ja się już tylko zastanawiam, kto ten tekst pisał? Czy może jakiś młody dziennikarz zatrudniony na godziny przez ITI, którego twarzy i nazwiska nie znamy? Czy może któryś z tych tefauenowskich reporterów, których mamy od czasu do czasu okazję oglądać na ekranach naszych telewizorów, jak stoją z tymi swoimi mikrofonami i coś tam do nas dukają? A może oni mają jakichś umyślnych absolwentów polonistyki, którzy piszą te teksty od tak, od ręki, na zamówienie z dnia na dzień? Nie sądzę. Żeby coś takiego napisać, trzeba mieć doświadczenie, którego się nie wynosi nawet ze studiów na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Te wszystkie: „pobiegła by ratować”, „mieszkańcy wsi mówią o niej same dobre rzeczy”, „chwyciła za słuchawkę”, „skrzyknęła sąsiadów”, „sołtysowa ma głowę na karku”, „to równa dziewczyna”, „w regionie się śmieją z kobiety rządzącej we wsi”, „ostatnio sami załatali lokalną drogę” – przecież tego się nie można nauczyć. To trzeba znać z autopsji. Żeby ten język umieć sparodiować, trzeba mieć swoje lata. A żeby go chcieć parodiować, trzeba być kimś bardzo, ale to bardzo cynicznym. A więc nie mam żadnych wątpliwości, że oni przede wszystkim to robią specjalnie, i że tym się zajmują jacyś lepsi państwo. Kto? Diabli wiedzą. Mógłbym pomyśleć, że Miecugow, albo Sianecki, ale oni chyba są jednak za ważni. Z drugiej strony, taki Knapik na przykład jest za młody. On nawet gdyby umiał odpowiednio rozpoznać wspominane tu niedawno minimum paremiologiczne, a pewnie jednak nie umie, też by sam napisać czegoś takiego nie dalby rady. Ewentualnie musiałby mu pomagać ojciec.
I chodzi mi już tylko po głowie Jacek Pałasiński. Wprawdzie ostatnio mało oglądam telewizję, i mogłem cos przegapić, ale mam wrażenie, że on się dziwnie stracił. A więc musiał zaliczyć jakąś wpadkę i został odsunięty. I ja bym się nie zdziwił, jakby w dowód uznania za wszystko, co przez całe lata zrobił dla Systemu, oni mu przynajmniej pozwolili redagować tego typu teksty. Ale, jak mówię, nie wiem. Natomiast jestem pewien podziwu i proponuję, byśmy jednak nie spuszczali z nich oczu. Bo oni się za nas z całą pewnością postanowili wziąć od bardzo niebezpiecznej strony. Dopiero co Janusz Palikot powiedział, że nie potrzebujemy Matki Boskiej, lecz więcej seksu. Dokładnie tak. Rzecz w tym, że czegoś takiego nawet nie pamięta wspomniany Miecugow, a z kolei nasi biskupi wpadli już w kompletny letarg. Myślę że idzie już normalnie na noże. Ci z nas co wiedzą, wiedzą też, o czym mówię.

Wprawdzie ostatnio na tym blogu zrobiła się taka atmosfera, że ja nie bardzo wiem, z kim mam dziś przyjemność. Niemniej jednak – czy mam jakieś inne wyjście? – zakładam, że jest tak jak było dotychczas. Że nic się nie zmieniło. A więc dziękuję wszystkim za dotychczasową solidarność i proszę o pamięć. Obok jest ten numer konta. Kto uważa, że warto, proszę, niech łaskawie wspiera ten blog. Kto wciąż nie ma książki, albo zna kogoś kto nie ma, serdecznie polecam. Jest do kupienia tuż obok. Jeszcze raz dziękuję.

czwartek, 8 marca 2012

Bardzo lekki felieton na Dzień Kobiet

Może niektórzy, ci starsi z nas, pamiętają, jak kiedyś, jeszcze w okresie prawdziwego – a nie tego owsiakowego ersatzu – Woodstocku, święciła tryumfy piosenka zespołu Ten Years After zatytułowana „Going Home”. I stało się któregoś dnia tak, że jeden z radiowych prezenterów – mógł to być Marek Niedźwiecki, albo któryś z jego ówczesnych kolegów – zapowiedział tę piosenkę w następujący sposób: „A teraz Ten Years After i słynny ‘Ruszający się dom’”.
Ja oczywiście mogę brać pod uwagę, że to był żart. W tym wypadku bardzo dobry. Jednak, uwzględniając to co wówczas się działo na poziomie tytułów piosenek i tego, jak one były w „Trójce” standardowo tłumaczone, obawiam się, że niekoniecznie. Że ten ktoś autentycznie pomyślał, że „Going Home” powinno zostać przetłumaczone, jako „Ruszający się dom”, no i powiedział co powiedział. Ponieważ wiem, że są tu osoby, które języka nie znają, albo znają go słabo, wyjaśnię o co chodzi. Otóż, to co dość powszechnie znane jest jako doczepiony do czasownika przyrostek „-ing”, pozwala nam uzyskać dwie, a może nawet i trzy, formy gramatyczne. Pierwsza, to tzw. imiesłów czynny, druga, to, znów tak zwane, gerundium, no i ewentualnie coś, co można by było nazwać imiesłowem przymiotnikowym. A zatem, jak idzie o wspomniane „going home”, można by je było przetłumaczyć na trzy sposoby, jako mianowicie „idąc do domu”, ewentualnie „droga do domu”, i wreszcie ów kompletnie niedorzeczny „ruszający się dom”.
Problem tego „-ing” pojawił się na tym blogu raz, zupełnie przypadkiem, trochę z powodu pewnego mojego kaprysu, a trochę przez to, że wokół zawsze się kreci pełno mądrali, którym się wydaje, że zjedli wszystkie rozumy, i muszą się tym swoim odkryciem wszędzie i wciąż chwalić. Poszło o to, że ja w pewnym momencie, przy jakiejś zapewne kompletnie nie związanej z tematem okazji, wspomniałem coś o gatunku rozrywkowym, po angielsku zwanym „stand up comedy”, ale przyszło mi do głowy określić go nie przy pomocy formy „stand up”, lecz formy gerundialnej „standing up”. Czemu? Bo tak. Zwyczajnie. Tak mi się spodobało. I na to zjawił się sam mistrz profesor Sadurski i mnie wyśmiał, że ze mnie jest dupa, a nie anglista, bo każdy wie, że „standing up comedy” to znaczy „wstająca komedia”, co – powinienem wiedzieć – nie ma sensu. Odpowiedziałem Sadurskiemu, że się myli, i na tym się wszystko w tym temacie skończyło.
Dziś przypomniałem sobie o tym komediancie, o tych komediantach, i o wielkim Ten Years After, przy okazji zdarzenia, wbrew pozorom, zupełnie odległego i bez jakichkolwiek związków i podobieństw do tego, o czym tu piszę. Ale znów muszę zrobić pewien wstęp. Otóż moje dzieci mają kompletnego fioła na punkcie współczesnego popu – o którym oczywiście, one nie mówią „pop”, lecz „rock” – muzycznych festiwali i takich tam. W związku z tym swoim fiołem, one wciąż słuchają jakichś współczesnych, mnie osobiście kompletnie nieznanych, artystów, a przez to, że i ja sam słucham dużo muzyki, a z moimi dziećmi staram się utrzymywać stały, nie tylko wzrokowy, kontakt, one co chwilę do mnie przychodzą i zachęcają mnie, bym sobie posłuchał czegoś „absolutnie fantastycznego”. Czegoś tym razem „najlepszego”. No i robią to, mimo że z samego doświadczenia powinny wiedzieć, że ja się tym czymś nawet nie zainteresuję. Że to coś nawet nie to, że mi się nie spodoba, ale zwyczajnie spłynie po mnie jak po kaczce. Że to coś będzie dla mnie zaledwie jeszcze jedną piosenką, jeszcze jednego artysty, ani lepszą, ani gorszą od tego, co słyszałem poprzednio. Bo tak to już jakoś jest, że tego wszystkiego zrobiło się ostatnio tak okropnie dużo, i to wszystko jest tak okropnie wtórne i przy tym takie samo, że, gdyby nie fakt, że któremuś z moich dzieci się to nagle spodobało, ja bym tego czegoś nawet nie zauważył. Mam wrażenie, że z jakiegoś nie do końca przez mnie zbadanego powodu, współczesny rynek muzyki popularnej osiągnął poziom, gdzie każdy kolejny klip z piosenką jest lepszy od tej piosenki. To akurat muszę przyznać. Pojawia się jakiś kompletny debiutant, wyciągnięty z tego śmietniska o nazwie „współczesna scena pop”, jak królik z kapelusza, prezentuje coś co nie jest ani ciekawie zaśpiewane, ani nie ma oryginalnej melodii, natomiast od razu widać, że udało mu się znaleźć kogoś, kto mu do tej piosenki nakręcił naprawdę interesujący, czasem wręcz fascynujący klip. A więc sytuacja zrobiła się całkowicie odwrotna w stosunku do tego, co mieliśmy kiedyś. Klipy w moich czasach były raz lepsze, raz gorsze, ale te lepsze niemal nigdy nie były lepsze od piosenki, którą miały promować. Weźmy „Losing My Religion” REM. Oni do tego zrobili przecudowny teledysk, jednak on nie jest lepszy od samej piosenki. Dziś wychodzi na to, że gdyby nie te klipy, pies z kulawą nogą tego by nie chciał słuchać, i zostawałoby tylko owo Ten Years After, Doorsi, Hendrix, Led Zeppelin, jakieś stare punki, PIL, Sonic Youth, Pearl Jam, Nirvana, czy The Smiths, REM, Radiohead, no i może jeszcze coś, o czym akurat zapomniałem. No i oczywiście czarni.
Właśnie – czarni. Oto temat. Przyszedł mianowicie dziś rano do mnie mój syn i zaczął tradycyjnie; „Tatusiu, muszę ci coś puścić. To jest tak dobre, że jak wczoraj tego posłuchałem, to nie potrafiłem zasnąć”. Odpowiedziałem mu też tradycyjnie, żeby mi dał spokój, bo dobrze wie, jak to się skończy. Że ja bez słuchania wiem, co mnie czeka. Na to on, że nie, że to naprawdę jest coś specjalnego, że i ten klip i ta piosenka są naprawdę przejmujące. I że to śpiewa jedna czarna… I w tym momencie, nie wiem, co mnie tknęło, ale pomyślałem sobie – chyba pierwszy raz w życiu tak intensywnie – że skoro czarna, to to coś musi być lepsze niż wszystko inne, co on mi normalnie proponuje. Dlaczego? No właśnie dlatego, że skoro czarne, to nie może być byle jakie,. Bo gdyby było czarne i byle jakie, biali właściciele przemysłu rozrywkowego nie daliby temu czemuś nawet pierwszej szansy. Skąd ja to wiem? Oczywiście, tak jak to jest zawsze, głównie z doświadczenia, ale też z pewnych bardzo świeżych przeczuć. I trochę jeszcze z czegoś. Mianowicie z moich ostatnich kontaktów z naszym kolegą redpillem, który chyba ma tu bardzo konkretne i dość radykalne przemyślenia, które robią na mnie pewne wrażenie.
I teraz wrócę do mojego ulubionego „standing up show”. Miałem jakiś czas temu okazję obejrzeć sobie występ czarnego amerykańskiego aktora nazwiskiem Chris Rock i byłem zachwycony pod każdym względem. Przede wszystkim, wrażenie na mnie zrobiło to, że program o którym mówię był sfilmowany w taki sposób, że on stanowi całość złożoną z fragmentów trzech różnych występów, w trzech różnych miejscach. Chodzi o to, że to wyglądało jak jeden występ, podczas gdy nagle okazywało się, że ponieważ Chris Rock w jednej sekundzie jest inaczej ubrany i na innej scenie, musiało dojść do montażu, którego jednak nie daje się zauważyć. A zatem, że jego maestria jest tak wielka, że on każde słowo, każdy gest, każdy ruch ma dopracowany do tego stopnia, że nie ma mowy o jakimkolwiek przypadku. On chodzi po tej scenie tam i z powrotem, przedstawia tę swoją gadkę, i nie ma takiej możliwości, żeby tam doszło do jakiejkolwiek improwizacji. A to z kolei świadczy o tym, jak bardzo to wszystko jest starannie i precyzyjnie przygotowane. Jak bardzo to jest robione tak, by było zawsze najlepsze. I żeby ci, którzy za to płacą, wiedzieli, że to będzie najlepsze. A nasz Cezary Pazura myśli, że to jest takie dobre, bo oni mogą bezkarnie używać słowa „kurwa”, podczas gdy on się musi ograniczać!
Otóż w pewnym momencie Chris Rock opowiada taką anegdotę. Jak wiadomo, jest on bardzo popularnym, czarnym i niezwykle bogatym aktorem. I choćby przez to, że, jak sam opowiada, raz zdarzyło mu się prowadzić rozdanie Oscarów, ma kupę pieniędzy i mieszka w bardzo drogim domu, w bardzo bogatej dzielnicy dla bogatych ludzi. Mówi dalej Chris Rock, że wśród tych wszystkich bogatych ludzi, jest zaledwie czterech czarnych, a więc on – wiadomo, Eddie Murphy – jeden z największych komediowych aktorów w historii kina, Mary J. Blige – jedna z najwybitniejszych piosenkarek r&b, i Jay-Z – słynny rapper. I jest też tak, że sąsiadem Chrisa Rocka okazuje się być biały dentysta. Chris Rock słusznie zauważa, że ów dentysta nie jest największym dentystą na świecie. Nie jest nawet członkiem stowarzyszenia grupującego najwybitniejszych dentystów. Jest po prostu dentystą. I pyta dowcipnie Chris Rock: Co by musiał zrobić czarny dentysta, żeby zamieszkać w tej dzielnicy? I odpowiada: Pewnie wymyślić zęby.
Oczywiście zdaję sobie, że to jest trochę demagogiczne. No bo prawdopodobnie jednak bogatych czarnych dentystów też jest w Stanach, i w ogóle na świecie, dość dużo. I to wcale nie jakoś szczególnie wybitnych. No ale, jak wiemy, żart ma swoje prawa, a poza tym mam bardzo mocne wrażenie, że nawet jeśli ci czarni dentyści, którzy nie wynaleźli zębów, mają wille za miliony dolarów, to i tak są statystycznie znacznie wybitniejsi od swoich białych kolegów. Podobnie jak czarni muzycy, czarni piosenkarze i czarni aktorzy. Mam wrażenie, że czarny, który nie jest na tyle wybitny, by to się rzucało w oczy, ma już na samym starcie mniejsze szanse, niż biały z talentem. Wiem, że to brzmi trochę niebezpiecznie, ale takie też mam własnie wrażenie, kiedy słucham współczesnego popu. Jak mówię, przyszedł mój syn i zaproponował, bym posłuchał tej piosenki na youtubie. I jest rzeczą absolutnie bezdyskusyjną, że ona była lepsza od niemal wszystkiego, co on mi ostatnio puszczał. Ale też kilka dni temu oglądaliśmy w telewizji program BBC zatytułowany „Jools Holland: Later”, gdzie przedstawiane są aktualne gwiazdy światowej muzyki popularnej. I to wszystko było tak beznadziejne, że aż głupio było się męczyć. Z wyjątkiem jednej, kompletnie mi nieznanej, czarnej piosenkarki. Ktoś powie, że czarni są zdolniejsi. Możliwe. Jednak nie sądzę, żeby to stanowiło problem. Gdyby oni byli zdolniejsi, to przede wszystkim od razy byśmy to zobaczyli w proporcjach. Czarnych artystów zwyczajnie byłoby więcej. Tak jak w branży filmowej na przykład więcej jest Żydów. A zatem, nawet jeśli oni i są zdolniejsi, to przede wszystkim nie wydaje mi się bardzo prawdopodobne, by jakakolwiek czarna gwiazda została zaproszona do programu Joolsa Hollanda, gdyby nie gwarantowała, że to co pokaże będzie zupełnie wyjątkowe.
Zapyta mnie ktoś, co mnie to nagle obchodzi? Jaki to jest mój problem, że czarni mają gorsze szanse? Otóż żaden. Los czarnych nie obchodzi mnie bardziej, niż obchodził mnie kiedykolwiek wcześniej. Natomiast jest Dzień Kobiet, a że jak śpiewał John Lennon, kobieta to Murzyn współczesnego świata, pomyślałem sobie, że temat będzie jak znalazł. ALe też bardzo lubię słuchać muzyki i nie podoba mi się, że jest tak, że jeśli chcę mieć pewność, że trafię na coś muzycznie interesującego, to mam zapomnieć o białych muzykach, bo tam akurat doszło ostatnio do kompletnej pauperyzacji. I że wszystko wskazuje na to, że jak idzie o muzykę popularną, niedługo nie będzie już czego słuchać, poza nieśmiertelnym Led Zeppelin i jakimiś czarnymi gwiazdkami jednego przeboju, czy jednego krążka (oczywiście, że jednego, bo rynek ich na dłużej nie wpuści). To po pierwsze. Drugi powód jest już zupełnie niepoważny. Otóż ostatnio napisałem trzy bardzo poważne teksty, na bardzo poważne tematy, które nie wzbudziły większego zainteresowania, więc pomyślałem sobie, że może przyda się zaczerpnąć oddechu i zanurzyć się w czymś całkowicie lekkim, a jednocześnie tak zróżnicowanym, by każdy znalazł coś dla siebie. Mam nadzieję, że mi się udało.
Ale jest jeszcze jedna przyczyna, dla której postanowiłem się tak zabawić. Otóż okazało się, że Rafał Ziemkiewicz faktycznie zrzyna ode mnie te teksty. A ja tylko chce spróbować sprawdzić, czy on bierze tematy jak leci, czy jednak stara się w nich przebierać. Jak w swoim następnym felietonie napisze, że w najnowszym popie jest straszna nędza i tylko można liczyć na Murzynów, już się nie wykręci.

Wiem, że tym razem wielu z nas może uznać, że się nie postarałem, jednak mimo to, proszę o dalsze wspieranie tego bloga i o kupowanie książki o liściu. Oba adresy są tuż obok, na tym blogu, po prawej stronie. Dziękuję. A ta piosenka niech będzie dla Was. Smutna, ale za to naprawdę piękna. Piosenka też.

środa, 7 marca 2012

O podżelowanych anarchistach

Przyznam uczciwie, że dziś już nie jestem w stanie sobie przypomnieć – a nawet nie wiem, czy kiedykolwiek to wiedziałem – jak to się stało, że Axel Springer postanowił zmienić redakcję gazety „Dziennik” i w ten sposób Robert Krasowski i Cezary Michalski w jednej chwili wylecieli stamtąd na mordę. Możliwe, że poszło o tak zwaną „aferę z Kataryną”, a więc o to, że „Dziennik” ujawnił dane owej Kataryny i zorganizował przeciwko niej coś co mogło robić wrażenie klasycznej nagonki, ale też może być tak, że Kataryna była tu tylko pretekstem, a interesy Axela Springera sięgały znacznie głębiej. Kiedy dziś patrzę na to, jak sobie radzi zarówno sama Kataryna, jak i oba te cyngle, myślę, że pewnie jednak ta druga ewentualność jest znacznie bardziej prawdopodobna. A zatem, jak zwykle, ktoś nas po raz kolejny wystawił za drzwi, żebyśmy się poszli pobawić, podczas gdy to co ważne będzie się działo już poza nami.
Kiedy Cezary Michalski wylatywał z „Dziennika” pomyślałem sobie, że dobra nasza. Facet jest skończony. W końcu, na co może liczyć ktoś z jednej strony tak fatalnie skompromitowany, a jednocześnie praktycznie bez przydziału? Do „Frondy” dawni koledzy go nie wezmą, do „Gazety Wyborczej” tym bardziej, no ewentualnie mógłby, tak jak jego redakcyjni koledzy Reszka i Majewski, trafić do grupy wówczas jeszcze bez nazwy, a dziś określającej się jako „autorzy niepokorni”, no ale to też naprawdę z wielkim trudem i raczej na pozycji tak w środowiskach patologicznych zwanego „cwela”. Pozostawała ewentualnie telewizja TVN24, no ale tu też, podobnie jak w „Rzepie” wszystkie miejsca wydawały się być obsadzone, włącznie z tym jednym, które mogło być może czekać na kogoś takiego jak Michalski, ale zostało już wcześniej przydzielone Tomaszowi Wołkowi. I kiedy wydawało się, że jest dobrze, minął przewidziany prawem czas wypowiedzenia, odprawa została wypłacona, a Michalski nie dość że znalazł sobie odpowiednią redakcję, to jeszcze w TVN-ie ktoś tam się nieco posunął i dostawiono dodatkowy fotel. I dziś, nie dość że jesteśmy nieustannie zagrożeni ryzykiem ujrzenia tego karykaturalnie poskręcanego człowieka na ekranie naszych telewizorów, gdy przedstawia swoje intelektualne analizy, to jeszcze niekiedy w przestrzeni publicznej pojawia się informacja, że redaktor Cezary Michalski, jako prominentny przedstawiciel środowiska „Krytyki Politycznej”, a więc tzw. nowego lewactwa, powiedział albo napisał coś szczególnie kuriozalnego.
I w ten oto sposób wspomnienie o Michalskim trafiło i pod moją strzechę. Jak przeczytałem na blogu Krzysztofa Rybińskiego, publicysty i ekonomisty, Cezary Michalski na łamach właśnie „Krytyki Politycznej” opublikował felieton, w którym najpierw przyznał, że w młodości był zafascynowany działalnością terrorystycznej niemieckiej organizacji o nazwie Rote Armee Fraktion, a następnie w chyba możliwie najbardziej bezpośredni sposób – tak by z jednej strony powiedzieć co się chce, a jednocześnie mieć nadzieję na uniknięcie ewentualnych kłopotów – zaapelował o fizyczną likwidację wspomnianego Rybińskiego. Dla usunięcia wszelkich wątpliwości, przytaczam odpowiedni fragment:
„Jeśli Rybiński rzeczywiście jest dla współczesnego kapitalizmu reprezentatywny (a patrząc wam w oczy nie potrafię skłamać, że na pewno nie jest), wówczas będę musiał powrócić do dziecięcych fascynacji grupą Baader-Meinhof, tyle że pierwszym i na razie jedynym bankierem, którego zamknę w samochodowym bagażniku będzie właśnie Rybiński. Przynosi on bowiem wstyd nie tylko kapitalizmowi (z natury nieco bezwstydnemu), nie tylko kaście ekonomistów i bankierów (jak wyżej), ale właściwie całemu ludzkiemu gatunkowi, do którego ja także należę, więc za Rybińskiego, chcąc nie chcąc, też muszę się wstydzić”.
Kiedy Michalski napisał te słowa, a Rybiński je powtórzył u siebie na blogu, reakcja internautów w dużym stopniu polegała na tym, że niech się Rybiński od Michalskiego odpieprzy, bo tam tak naprawdę niczego nie ma. W końcu, zamykanie kogoś w bagażniku wcale niekoniecznie musi oznaczać pozbawianie tego kogoś życia, a poza tym Rybiński, jak powszechnie wiadomo, jest idiotą, więc akurat zamknięcie go w bagażniku i tak nie jest jeszcze czymś na co on najbardziej zasłużył. Jak idzie natomiast o część związaną z Andreasem Baderem i Urlike Meinhof, komentatorzy nie mieli nic do powiedzenia, zapewne z przyczyn wiekowych. Jak by nie patrzeć, kiedy tych dwoje podobno wieszało się lub strzelało sobie w łeb w swoich celach, większości z dzisiejszych internetowych mądrali nie było jeszcze nawet na świecie, więc z tekstu Michalskiego i z reakcji Rybińskiego mogli zrozumieć tylko tyle, że to Baader-Meinhof to pewnie jakiś heavy metalowy zespół ze swoimi estradowymi happeningami.
Pozwolę sobie więc króciutko opowiedzieć, w czym rzecz, a więc i jednocześnie wyjaśnić, dlaczego Krzysztof Rybiński nie histeryzuje, krzycząc, że Michalski ogłasza potrzebę jego zamordowania, a Salon24 jak najbardziej słusznie ten jego krzyk od wczoraj trzyma bardzo wysoko na głównej stronie. Otóż organizacja o nazwie Rote Armee Fraktion, której czołowymi przedstawicielami była właśnie Meinhof i jej kolega Baader, była bardzo powszechnie znaną, sponsorowaną przez Kreml, grupą młodych niemieckich terrorystów, którzy mieli za zadanie wzniecenie w Niemczech komunistycznej rewolucji, i uznali, że najlepszą do tego drogą będzie systematyczne mordowanie przeróżnych przedstawicieli owego kapitalistycznego porządku. Nie wiem, która ze słynnych egzekucji przeprowadzonych przez niemieckich zabójców zrobiła takie sympatyczne wrażenie na wówczas pewnie jeszcze Czarku Michalskim, ale z tego co on pisze w swoim felietonie, wynika, że mogło chodzić o zastrzelenie szefa niemieckiej konfederacji pracodawców, niejakiego Schleyera. Michalski wprawdzie sam nie do końca pamięta, co i jak, bo z jednej strony wspomina o bagażniku – a więc musi chodzić o Schleyera, którego martwe ciało znaleziono właśnie w porzuconym samochodzie – a z drugiej, jego zdecydowanie łaskocze wspomnienie śmierci jakiegoś bankiera, a więc tu akurat on może mieć na myśli albo jeszcze czternastoletniego Czarka i jednego z dyrektorów Dresdner Bank, Jurgena Ponto, lub już troszkę wyrośniętego Cezarego i Alfreda Herrhausena, tego samego drezdeńskiego banku prezesa. Tak czy inaczej, stoimy tu wobec sytuacji zupełnie jasnej. Coś co dla zwykłego czy to dziecka, czy młodego człowieka, żyjącego w komunie i tę komunę odpowiednio rozpoznającego, było złem w najczystszej postaci, bo pochodzącym prosto z Moskwy, dla Michalskiego było wówczas i, co wynika jasno z jego dzisiejszego felietonu, wciąż jest fascynująca przygodą, wartą nowego wykorzystania.
Proszę zwrócić uwagę na słowa Michalskiego, jakie zostały opublikowane w „Krytyce Politycznej”. Przede wszystkim, dlaczego on uważa, że Rybiński zasługuje na śmierć? Otóż jemu się ten bagażnik należy z tego powodu, że jako typowy przedstawiciel dzisiejszego kapitalizmu, sprawia, że Michalski musi się wstydzić nie tylko za niego, ale za cały gatunek ludzki. Więc to jest powód. Co wiemy na temat wykonania? Oczywiście mamy ten bagażnik, który w podanym przez Michalskiego kontekście musi oznaczać trumnę, ale jest coś znacznie ciekawszego. Michalski nie modli się o to, by Rybiński znalazł się w tym bagażniku, on nie cytuje starego, złorzeczącego Psalmisty, oni nawet nie pisze, że osobiście nie będzie płakał po Rybińskim, lecz, wręcz odwrotnie, on na informację, że Rybiński umarł, upije się z radości. Michalski wyznaje całkowicie otwarcie, że jeśli on uzna, że Rybiński jest owym typowym przedstawicielem współczesnego kapitalizmu, „będzie musiał” wrócić do swoich starych fascynacji, i osobiście Rybińskiego „zamknąć” w tym bagażniku. Ktoś powie, że to taka licentia poetica. Taka zabawa w słowa. Zwykła lewicowa, pusta i nicnieznacząca gadka. I okay. Niech i tak nawet będzie. Tyle że co z tego? Sytuacja jest prosta. Michalski nie lubi Rybińskiego bardziej niż dziś akurat kogokolwiek innego – bardziej niż Ziemkiewicza, czy Gadomskiego – i ta jego złość jest tak duża, że on stwierdza jednoznacznie: jak tak dalej pójdzie, on Rybińskiego najzwyczajniej w świecie ukatrupi. Za to, że jest okropnym kapitalistą.
Przyjrzyjmy się więc Michalskiemu. On dziś jest czołowym publicystą „Krytyki Politycznej”, a więc lewackiego pisma wydawanego przez lewackie środowiska za pieniądze, które dostały one od rządu Platformy Obywatelskiej, a więc, krótko mówiąc, od władzy. Oprócz tego jest stałym politycznym komentatorem wynajmowanym przez być może największą prywatną grupę medialną w Polsce – ITI. Wcześniej, przez wiele lat był zastępcą redaktora naczelnego jednego z największych polskich dzienników, wydawanych przez niemiecki koncern Axel Springer. Nie wiem, ile Michalski zarabiał jako ten vice-naczelny, ani jaką dostał odprawę kiedy tam doszło do wewnętrznych przesunięć, ale z informacji, jakie znalazłem to tu, to tam, wynika że Jan Maria Rokita, jako stały felietonista „Dziennika”, miesięcznie dostawał za swój cotygodniowy tekst jakieś 40 tys. zł. Domyślam się więc, że Axel Springer Michalskiemu płacił też nie tak mało. Wiadomo powszechnie, że przez jakiś czas Michalski pisał duże teksty dla „Newsweeka”, również wydawanego przez Springera. A zatem, można zupełnie uczciwie stwierdzić, że Cezary Michalski jest od lat członkiem najbardziej jednoznacznego medialno-politycznego establishmentu, który to establishment go opłaca i awansuje. I oto nagle ten właśnie Cezary Michalski przychodzi do nas, jako przedstawiciel nowej, kontestującej tradycyjny porządek lewicy, i powołując się na dokonania, czerwonej rewolucji grozi innemu przedstawicielowi establishmentu, że go zabije. Zwyczajnie, jak burżuazyjną świnię.
Pamiętam, jak kiedyś miałem okazję spędzić tydzień zimowych ferii w Zakopanem z grupą prawdziwych komunistów z wówczas jeszcze tak zwanego Zachodniego Berlina. I to byli ludzie, którzy darzyli dużą sympatią zarówno Ericę Meinhof jak i Andreasa Baadera. I kiedy ja im mówiłem, że oni zamordowali tego Schleyera, słyszałem, że „Schleyer to burżuazyjna świnia”. Właśnie tak – „bourgeois pig”. Trzeba jednak nam wiedzieć, że ci moi Niemcy robili szczere wrażenie autentycznych. Chodzili w podartych ubraniach, byli zarośnięci, jeździli starym uświnionym vanem, w tym swoim Berlinie mieszkali w jakiejś komunie, no a tu w Polsce, na każdym kroku starali się trzymać odpowiedni fason. I jestem pewien, że gdyby do nich nagle przyszedł Cezary Michalski i poinformował ich, że on też walczy z kapitalizmem, i by też chętnie zabił jakiegoś bankiera, to by go albo zwyczajnie wyśmiali, albo uznali za półprzytomnego prowokatora służb.
Jak mówię, jeśli Cezary Michalski jakimś cudem przeczyta ten mój dzisiejszy tekst, może się oburzyć i powiedzieć, że ależ skąd, jemu w ogóle nie chodziło o żadne zabijanie. Że on ten bagażnik wyciągnął ot tak sobie, że równie dobrze mógł coś wspomnieć o tym jakimś Popiełuszce, czy innym pechowcu. A Baader i Meinhof? To też jest bez znaczenia. Dziś Baader, jutro kto inny, a poza tym, on się pomylił i jemu w ogóle nie chodziło o niemiecki RAF, tylko o coś innego, tyle że on akurat już nie bardzo pamięta, o co. W każdym razie, on ani jednym słowem nie sugeruje, że Rybińskiego trzeba zabić.
Trudno. Ja widzę coś innego. Ja widzę tę sekwencję zaczynającą się od „jeśli”, następnie przechodzącą w smutną konstatację, że to „jeśli” jest jak najbardziej realne, i kończącą się deklaracją „będę musiał”. A więc, cokolwiek powie ewentualny sąd – a z sądami, jak wiemy, sytuacja bywa bardzo skomplikowana – przekaz jest jasny.
I wydaje mi się, że najlepiej by było, gdyby Krzysztof Rybiński zgłosił Michalskiego i jego tekst zwyczajnie na policję i pozwolił, by już prawo się sprawą zajęło. Uważam też, że byłoby bardzo dobrze, gdyby sprawa trafiła do sądu, i by Michalski dostał za swoje. Bo wbrew pozorom, to wcale nie jest zabawa. Nawet jeśli Michalski i jemu podobni intelektualiści uważają, że słowa są po to, by ich używać, wolność po to, by z niej korzystać, a wykształcenie po to, by dawało odpowiednim osobom umiejętność używania jednego i drugiego na poziomie, gdzie wszystko może w każdej chwili ulec dekonstrukcji, za pewien rodzaj bezczelności i głupoty należy się przynajmniej lekkie szturchnięcie. Jak idzie natomiast już o Michalskiego, jako przypadek osobny, on z tym wszystkim co w sobie ma, myślę, że to szturchnięcie doceni. Niektórych bowiem, jak wiemy, może faktycznie można już tylko zabić. Michalski jednak to taki typ, który dostanie fangę w noc, przewróci się, pobeczy i od razu się uspokoi. Dla dobra wspólnego. I wystarczy.

Wszystkich, którzy czerpią satysfakcję z czytania tych tekstów i uważają, że nie zaszkodziłoby za nie płacić, proszę o skorzystanie z podanego obok numeru konta i wsparcie tego bloga. Poza tym, jeśli ktoś jeszcze nie wie, jest do kupienia książka z tu publikowanymi wybranymi felietonami. Też obok. Dziękuję.

poniedziałek, 5 marca 2012

Niszcz faszyzm i bumelanctwo!

Nie umiem dokładnie wskazać momentu, kiedy to zapanował w naszej Polsce ten obyczaj, że w dobrym tonie stało się podkreślać, że im mniej państwa, tym lepiej. Że państwo z natury rzeczy jest bytem szkodliwym i że nawet coś takiego jak rząd, skoro już musi być, najlepiej by było, gdyby się za bardzo nie eksponował. Wydaje mi się, że ten proces zaczął się wraz z nadejściem tak zwanej „wolności”, a więc już w roku 1990, a jego głównymi animatorami byli ci wszyscy, których peerelowskie doświadczenia, do państwa jako takiego, nastroiły tak wrogo, że w efekcie uznali oni, że na wszelki wypadek, najlepiej będzie, jeśli rozwój społeczeństw pójdzie w kierunku ostatecznej likwidacji państwa.
Oczywiście, każdy z nas, ludzi jak by nie było rozumnych, wie, że ten rodzaj myślenia jest całkowicie chory, i tak naprawdę nie jest wynikiem jakiegokolwiek postępu, lecz jedynie powtarza dokładnie te same argumenty, które stały za powstaniem owego peerelu, i że to właśnie istnienie państwa, czy choćby czegoś co choćby to państwo udawało, pozwoliło nam przeżyć komunę, a więc projektu, na którego końcu mogła się znaleźć tylko Kambodża Czerwonych Khmerów, lub coś mniej lub bardziej do Kambodży podobnego. Mimo to, propagandowy nacisk, by na państwo patrzeć jak na coś co najmniej podejrzanego, przez te wszystkie lata wyłącznie się nasilał. I wielu tak bardzo się zaczęło z nim identyfikować, że ostatecznie zgodziło się tę propagandę firmować już samodzielnie.
Jak mówię, nie umiem wskazać jednego momentu, kiedy to co mamy dziś, a więc dość powszechne przekonanie, że wszystko co dobre, lub wszystko co złe, wynika wyłącznie z ludzkiego sprytu, lub gapstwa, a nie ze złej lub dobrej organizacji na poziomie systemowym, natomiast dobrze pamiętam, kiedy w obiegu publicznym pojawiła się myśl, że wręcz idealnie byłoby wtedy, gdyby przeciętny obywatel nawet nie wiedział, jak ma na nazwisko premier. Gdyby normalny człowiek znał co najwyżej nazwiska swoich lokalnych burmistrzów, prezydentów, lub najlepiej, bezpośrednio go reprezentujących radnych, natomiast ci wszyscy ministrowie zajmowaliby się swoimi sprawami i trzymali się jak najdalej od kwestii naprawdę istotnych, a więc, czy lokalna droga będzie miała położony asfalt i czy miejska komunikacja będzie ludzi punktualnie dowoziła do pracy. Otóż tego typu koncepcja pojawiła się wraz z przejęciem władzy w Polsce przez Platformę Obywatelską. Wystarczyło zaledwie parę miesięcy owego dramatycznego, i chyba w polskiej historii bezprzykładnego, zalewu niekompetencji, lenistwa, lekceważenia dla spraw publicznych, i zwykłej prywaty, by właśnie z tamtej strony zaczął płynąć ów niezwykły przekaz: tak jak jest, jest bardzo dobrze, a będzie jeszcze lepiej, gdy przeciętny człowiek ostatecznie straci zainteresowanie dla tak zwanej wysokiej polityki. Gdy przeciętny człowiek nawet nie będzie musiał wiedzieć, jak ma na nazwisko premier rządu. Bo po co mu ta wiedza? Czy coś sobie za nią kupi?
To właśnie jednocześnie z przejęciem władzy przez Platformę Obywatelską, pojawiły się te wszystkie pomysły na to, by władza przesuwała się stopniowo do regionów, a z regionów jeszcze niżej, do już najbardziej lokalnych środowisk, bo tam na dole wszyscy najlepiej wiedzą, co trzeba robić, żeby było dobrze, zwłaszcza oczywiście, gdy cały lokalny majątek przejdzie w ręce prywatne. A na końcu tego procesu, wszystko stanie się niezależne od państwa, i wtedy wreszcie ono ulegnie ostatecznej likwidacji. Nie będzie państwowej służby zdrowia, lecz prywatne, służące lokalnym społecznościom szpitale i przychodnie. Nie będzie policji państwowej, lecz zorganizowana lokalnie prywatna ochrona. Nie będzie publicznej edukacji, lecz prywatne szkoły zarządzane przez uczniów i rodziców. Nawet armia, jak trzeba będzię, zostanie zorganizowana na poziomie wyłącznie lokalnym, bo kiedy zamiast państwa, będą już tylko regiony, przestanie istnieć coś takiego jak obrona narodowa.
Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to wszystko co tu napisałem, to w dużym stopniu coś, co brzmi jak fikcja, która nigdy nawet nie została przez nikogo w tak konkretny sposób sformułowana. Że nawet zakładając, że ten obraz robi jakieś wrażenie, to do niego wciąż jest jeszcze bardzo daleka droga od zwykłej ludzkiej satysfakcji, że jest tak spokojnie, że nie musimy już nawet wiedzieć, jak ma na nazwisko premier rządu, a tym bardziej, ilu jest ministrów, czym się oni zajmują, i jak się tym czymś zajmują. Jednak, nawet jeśli założyć, że to wszystko stanowi pewnego rodzaju nadużycie, to nie mam zamiaru wycofywać się z tego, co napisałem. A to z tej prostej przyczyny, że mam głęboką pewność, że jakkolwiek ta droga byłaby daleka i kręta, to ona musi prowadzić właśnie do tego, co w tak dramatyczny sposób przedstawiłem. Od postulatu, by państwo było tak dyskretne, że dla przeciętnego człowieka zmieni się w jakąś abstrakcję, do czegoś co przyjęliśmy nazywać czystą komuną, nie ma innej drogi.
Myślę o tym z przerwami od wielu już lat, a szczególnie ostatnio, gdy pojawiły się pierwsze komentarze odnośnie katastrofy kolejowej w Szczekocinach, a z nimi wróciła ta stara bardzo już teoria, że cokolwiek się stało, to na samym początku tego nieszczęścia i tak musi leżeć błąd jednego człowieka. Że nawet jeśli zawinił ów mityczny system, to naszym zadaniem jest wytropić tego jednego winnego i zaapelować do pozostałych, by na przyszłość bardziej uważali i znacznie bardziej się starali. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku, wszystko jest w naszych rękach. Czy ktoś jest w stanie temu zaprzeczyć? I kiedy słucham kolejnych wypowiedzi, czy to zwykłych ludzi, czy tych, którzy ów system formalnie już bardzo tworzą, nie mogę nie pomyśleć, że ich cel jest jeden – zrzucić winę na innych. Wszystko jedno kogo. Byle na innych. Znaleźć tego jednego lenia, pijaka, gapę – obojętne – postawić go na środku, przed całą klasą i pokazać palcem: „To on to zrobił. Nie bierzcie z niego przykładu”.
W Wikipedii znajduje się pozycja zatytułowana „Katastrofy kolejowe w Polsce”. Bardzo ciekawa to lektura. Wynika z niej, że w powojennej Polsce były dwa okresy, kiedy w pociągach ludzie ginęli częściej niż kiedykolwiek. W gierkowskim dziesięcioleciu tego typu tragedii było 11, a lata 80, to jeszcze większa ich liczba, bo aż 13. Ciekawe przy tym jest to, że końcówka Gierka i ostatnie lata PRL-u, to regularnie po dwie katastrofy rocznie. Po upadku PRL-u, sytuacja na kolei uspokoiła się do tego stopnia, że od roku 1994 do 2006, a więc przez 12 lat, miały miejsce zaledwie trzy. A później wszystko zaczęło się od nowa, najpierw powoli, kiedy to w roku 2006 w Gołaszynie zginęły cztery osoby, rok później, w Polednie, dwie, a później nastąpiło wręcz oberwanie chmury. Od owego 2007 roku właśnie, a więc od czasu gdy Platforma Obywatelska przejęła rządy, miał miejsce autentyczny wysyp tych wypadków, a więc osiem katastrof – w tym sześć śmiertelnych – w ciągu niecałych pięciu lat, z czego cztery w ciągu minionego roku. Wśród komentarzy na jakie natrafiłem przez cały wczorajszy dzień, znalazł się i taki, że to wszystko przez postęp. Że kiedyś, kiedy kolej nie była taka nowoczesna jak dziś, wszystko było zawiadywanie ręcznie, więc siłą rzeczy katastrof na kolei nie było tak dużo, a teraz, czym jest bardziej nowocześnie, tym jest oczywiście gorzej, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą, i takie tam. A więc nie będę sięgał głębiej w PRL-owską przeszłość i powiem tylko, że od 1970 roku w Polsce nie było takiego roku, by miały miejsce aż cztery katastrofy, w których ginęli ludzie. Ani za Gierka, ani za Jaruzelskiego, ani za Oleksego, ani za Buzka, ani za Millera. Dopiero Donald Tusk pokazał, jak może być, kiedy państwo zajmuje się sobą, a ludzie sobą. Kiedy wolność zaczyna znaczyć to, co ma znaczyć.
No i naturalnie, na to wszystko przychodzą ci wszyscy, którzy w życiu nie przyznają, że mógł zawinić system. W końcu coś takiego jak system od kilku lat szczęśliwie nie istnieje. Bo kto niby miałby ten system budować, skoro każdy pracuje dla siebie i na siebie? W końcu nawet jeśli coś się zepsuło, to nie dlatego, ze to akurat Donald Tusk zapomniał przykręcić jakąś śrubkę, lub inną nieopatrznie odkręcił. Że kiedy on jest przy władzy, to tych niedokręconych śrubek jest więcej? No i co z tego? O czym to niby ma świadczyć? Czy to on ma nas wszystkich pilnować? On jedyne co zrobił, to powiedział ludziom, że są samodzielni, odpowiedzialni za to co robią i za co biorą pieniądze, a reszta już nie należy do niego. Przecież on nie może nad każdym z nas stać i patrzeć nam na ręce. A minister Nowak też się przecież nie rozdwoi. Cała władza jest w rękach ludu. Czyż nie o to właśnie o to chodziło? Żeby ten dróżnik, ten kolejarz, ten lokalny dyrektor lokalnej dyrekcji kolejnictwa, czy czegoś tam, nawet nie wiedział, że ktoś taki jak Donald Tusk gdzieś istnieje. A przecież, choć wiele już można, to trudno by Premier z rodziną wciąż siedział w Alpach.
Poza bardziej świadomymi nowych zadań obywatelami, głos wczoraj zabrał też sam prezydent Komorowski i jeszcze dobitniej, bo powołując się na statystyki, zakomunikował, że 99 procent wszystkich katastrof spowodowanych jest wyłącznie przez błąd człowieka. A ja sobie myślę, że to już faktycznie jest jakaś pętla, gdzie realizuje się zapowiedź starego Marksa, że wszystko się powtarza, tyle że w postaci groteski. Powinniśmy się przygotować na najgorsze, kiedy to zaczną się walić nowowybudowane domy, nowopostawione mosty, zapadną się świeżowylane autostrady, z nieba zaczną spadać samoloty, każdy mniejszy deszcz będzie zalewał całe wioski, a każda wichura niszczyła całe osiedla, i już nie będzie się mówiło, że błąd pilotów, złe materiały, czy nieuwaga dróżnika, ale zwyczajnie, że trzeba zwalczać bumelanctwo. Że bez indywidualnego wysiłku pojedynczego obywatela nie ma mowy o sukcesie całej komuny… przepraszam Unii. Że bez pracy nie ma kołaczy, jedność Partii jednością Narodu, no i, oczywiście, że kto nie pracuje ten nie je, tylko spłaca kredyty. A jak nie chce, niech zdycha. No i niech nie próbuje szukać winnych wśród tych co zostali skierowani na odcinek likwidacji państwa. Bo oni akurat pracują bardzo rzetelnie.

Jak poinformowała władza, pierwszego winnego już ujęto. Jeśli dziś dla kogoś ten tekst stanowi źródło jakiegoś pocieszenia, czy choćby skromnej satysfakcji, proszę wpłacić coś na podany tuż obok numer konta. No i zachęcam do kupowania książki. Nie ma lepszej terapii. Dziękuję.

niedziela, 4 marca 2012

Toyahowa: Komu potrzebna jest polska szkoła?

Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu, nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować, powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.
No i oczywiście „Rzeczpospolita”, dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje, kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w ramach późniejszych specjalizacji?
I tak się toczy ta niby-debata, a tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień, przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli, ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.
A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3 mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew, jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między podstawówką dla małych i liceum dla dużych. Skracać pobyt w szkole dla małych – do 13 roku życia, i przygotować do pobytu w szkole dla dużych – od 16 roku życia.
Gimnazja przy liceach – tyle że niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej podlegają 18- latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.
Oczywiście, może też być tak, że kiedy postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem tej swojej nazwy. A może któryś z tych bałwanów pomyślał, że kiedyś były gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.
Nieważne. To co się liczy, to fakt, że one generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły gimnazja żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie – niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka, tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste. Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.
Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich „podstawówkowe’ nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.
I teraz wchodzimy w coś, co zostało nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów, prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach, natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców. I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację. A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na przebudowanie szkół, zmniejszenie ich itd., a więc czegoś, co było pierwszym i być może podstawowym warunkiem sukcesu.
A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umieli liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuć po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest bardzo źle. Niedawno w tej samej „Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?
Oto prawdziwy problem. Pewnie, że nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część etatów. Może akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, ze swoimi antyspołecznymi pretensjami. Że polskie państwo stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę. Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.
Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić, przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego – co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do 18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w 13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć, po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.
No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.

Powyższy tekst właściwie napisała pani Toyahowa. To znaczy, najpierw go napisała, a następnie powiedziała, że on jest tak beznadziejny, że ona nie życzy sobie bym go publikował i ją kompromitował. I że mam go tak przepisać, by się go przynajmniej dało normalnie czytać. No więc napisałem go jeszcze raz, najlepiej jak potrafię. Nie zmienia to jednak faktu, że to przede wszystkim jest jej robota. Jeśli komuś się podobało, proszę uprzejmie wesprzeć ten blog, korzystając z podanego obok numeru konta. Ono i tak jest wspólne. Dziękuję.

piątek, 2 marca 2012

O niezmierzonym grzechu, niezmierzonym miłosierdziu i równie niezmierzonej sprawiedliwości

Kiedy słucham piosenki zespołu The Smiths, zatytułowanej “Meat Is Murder” – była już o tym na tym blogu mowa – wpadam w nastrój muzycznego zachwytu, natomiast, jak już idzie o część, że tak powiem, filozoficzną tego przekazu, mam uczucia bardzo ambiwalentne. Z jednej strony bowiem, zdecydowanie nie podzielam opinii, że jedzenie mięsa zwierząt to morderstwo, a z drugiej, nawet mi do głowy nie przychodzi, by z tych, którzy tak własnie sądzą, się śmiać, lub wręcz z nich szydzić. Powiem więcej – ja ten typ emocji rozumiem, a skoro rozumiem, to oczywiście szanuję.
Oczywiście, to że nie mam większego współczucia dla zwierząt, które są zabijane tylko po to, by trafiać na nasze talerze – i nie mam tu na myśli tylko krewetek, które, robią wrażenie szczególnie bezużytecznych – nie znaczy, że w ogóle nie mam w sobie współczucia, i że – idąc śladami tak ostatnio tryumfującej myśli neoliberalnej – wychodzę z założenia, że świat jest po to, by nam służył, a kto z nas nie umie tego stanu rzeczy wykorzystać, jest sam sobie winien. Mowy nie ma! Ja na przykład, wcale nie uważam, skoro już mowa o zwierzętach, to je można traktować tak, jak się w niektórych kulturach traktuje nienarodzone dzieci, a więc wedle naszego kaprysu. Jak wiedzą ci co ten blog czytają regularnie, od ponad już roku mieszka z nami pewien labrador, i powiem szczerze, że ja niekiedy mam bardzo silne przekonanie – naprawdę bardzo silne przekonanie – że, nie wiem jak jest z innymi psami, ale on z całą pewnością ma duszę. A skoro tak, to… no wiadomo. No i tu akurat chciałbym na chwilę wrócić do swoich wcześniejszych uwag o rozumieniu i o szacunku.
Otóż naprawdę nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby wszyscy ci, którzy na przykład uważają, że mięso, to, owszem, jest morderstwo, pod warunkiem, że nie jest to mięso nienarodzonego dziecka, zechcieli łaskawie zrozumieć, i wykazać minimum szacunku dla opinii, że jeśli morderstwem jest mięso zwierząt, to tym bardziej kwalifikuje się tu mięso tych biednych, bezbronnych, niewinnych dzieci. Nie oczekuję od nich naprawdę nic więcej. Chciałbym tylko jednego. By oni zechcieli zrozumieć, dlaczego, ja uważam, że mięso mordowanych w łonie matki dzieci, to morderstwo. I żeby mieli dla tej opinii szacunek.
Był czas, gdy moje myśli na temat aborcji były tak intensywne, że w pewnej chwili ja właściwie myślałem już tylko o tych dzieciach. To właśnie wtedy pomyślałem sobie, że napiszę tekst, w którym, najlepiej jak tylko potrafię, pokażę, o co mi chodzi, kiedy mówię, że aborcja to morderstwo. Wymyśliłem więc wówczas taką dosyć fikcyjną sytuację parlamentarnej debaty, podczas której przedstawiciel czegoś, co nazwałem Partią Odnowy wygłasza płomienne przemówienie na rzecz prawa do swobodnej aborcji do trzeciego roku życia, argumentując, że to naprawdę jest okropne, by zmuszać Bogu ducha winnych ludzi na progu kariery, by zarywali noce, lub nie mogli sobie spokojnie obejrzeć meczu w telewizji, bo muszą się użerać z niegrzecznym dzieckiem.
Dlaczego wymyśliłem tę granicę trzech lat? Trochę dlatego, że wydawało mi się, że to zrobi większe wrażenie, niż, powiedzmy, trzy miesiące. W końcu, pomyślałem, jest to bardzo mało prawdopodobne, ale, kto wie, może gdzieś są jednak ludzie, którzy uważają, że trzy miesiące, to nic takiego. No a poza tym, ta upiorna debata z mojej wyobraźni miała mieć miejsce w roku 2013 i sobie pomyślałem – jak mówię, kiedy pierwszy raz pisałem tamten tekst, to było jeszcze długo, długo przed jakimkolwiek blogowaniem, a ja byłem naprawdę wzruszony – że te trzy miesiące nadejdą znacznie wcześniej, natomiast rok 2013 przyniesie nowe wyzwania. Właśnie takie.
I oto okazuje się, że świat przyspieszył znacznie bardziej, niż można się było tego spodziewać, a ja, nie pierwszy zresztą już raz, okazałem się fatalnie do tego, by w nim żyć, nieprzygotowany. Bo nagle widzimy z całym okrucieństwem chwili, że mamy dopiero rok 2012, a tu nie dość że nie ma mowy o trzech miesiącach, to już nawet te trzy lata uciekły, zanim się w ogóle pojawiły.
Doszła do nas wczoraj informacja – nie jakaś bardzo głośna i spektakularna, ale skromnie przyczajona, jakby wciąż w oczekiwaniu na lepszy moment, by zabłysnąć pełnią swej szarości – że dwoje włoskich doktorów, Alberto Giubilini i Francesca Minerva opublikowało w fachowym piśmie „Journal of Medical Ethics” pracę naukową poświęconą czemuś, co zostało przez nich nazwane „aborcją poporodową”. Właśnie tak. Chodzi o aborcję, którą można będzie przeprowadzić na dzieciach, które już przyszły na świat, że tak powiem, formalnie. Oni zresztą sami w swojej pracy używają tego pojęcia dość często. Że coś jest formalne, lub nieformalne, faktyczne, potencjalne.
Miałem okazję przeczytać cały ten tekst w wersji oryginalnej. Wbrew temu, co się gdzieniegdzie mówi, i co sami autorzy obecnie chętnie podkreślają, nie są to jakieś teoretyczne dywagacje, czy luźne rozważania. Jest to klasyczna praca naukowa, przedstawiona w najbardziej klasyczny dla takich prac sposób, niosąca ze sobą cały bagaż wszystkich tych środków ekspresji, tak charakterystycznych dla czegoś, co w magazynie takim jak „Medical Journal of Ethics” się zwykle może ukazywać. Nie będę przedstawiał treści całego tego wystąpienia, ale ograniczę się do tytułu, do samego jego początku, czyli czegoś, co się fachowo nazywa „streszczeniem”, i tego, co zostało powiedziane na sam koniec, a więc „konkluzji”. Kto ma głowę na karku, środka domyśli się bez problemu.
A zatem, tytuł pracy naukowej Giubiliniego i Minervy, brzmi jak następuje: „Aborcja poporodowa: czemu dziecko miałoby zyć?” No i teraz owo streszczenie:
„Prawo do aborcji jest w dużym stopniu akceptowane nawet z przyczyn w żaden sposób nie związanych ze zdrowiem płodu. Wykazując, że (1) zarówno płód jak i noworodek nie posiadają tego samego moralnego statusu, co osoby istniejące faktyczne, (2) fakt iż oba te byty są potencjalnymi osobami jest z moralnego punktu widzenia nieistotny, i że (3) możliwość adopcji nie zawsze leży w najlepszym interesie osób istniejących faktycznie, autorzy niniejszej pracy dowodzą, że to co nazywamy ‘aborcją poporodową’, a więc zabicie noworodka, powinno być prawnie dopuszczalne w tych samych sytuacjach, w których dopuszczalna jest aborcja tradycyjna, włącznie z przypadkami, gdzie noworodek nie jest uszkodzony.”
Teraz już mamy cały długi tekst pracy obu naukowców, a na końcu, jest wspomniana wcześniej konkluzja:
„W przypadku gdy kryteria takie jak koszta (społeczne, psychologiczne, ekonomiczne), jakie będą musieli ponosić potencjalni rodzice, stanowią wystarczający powód do przeprowadzania aborcji nawet w przypadku zdrowego płodu, jeśli moralny status noworodka sugeruje brak zmiany tego statusu w okresie późniejszym, i jeśli ani jedno ani drugie nie przedstawia jakiejkolwiek moralnej wartości, która mogłaby wynikać z bycia potencjalną osobą, wówczas te same powody, które usprawiedliwiają przeprowadzenie tradycyjnej aborcji winny usprawiedliwiać zabicie potencjalnej osoby, gdy znajduje się ona w fazie wstępnej.
Należy przy tym dodać dwie uwagi. Przede wszystkim, nie proponujemy tu jakichkolwiek ograniczeń odnośnie wieku, w którym aborcja poporodowa może być dopuszczalna, ale też nie sądzimy, by lekarze nie byli w stanie w ciągu kilku dni wykryć u dziecka odpowiednich wad. Również nie sugerujemy wprowadzenia jakiejkolwiek granicy czasowej w przypadkach, gdy pojawi się potrzeba przeprowadzenia aborcji poporodowej ze względów pozamedycznych, jako że sytuacja w dużym stopniu zależy od neurologicznego rozwoju noworodka, a ocena owej sytuacji należeć już będzie do lekarzy neurologów i psychologów.
Po drugie, nie twierdzimy, że aborcja poporodowa stanowi dobrą alternatywę dla aborcji tradycyjnej. Zarówno z przyczyn psychologicznych jak i fizycznych, najlepszym rozwiązaniem wciąż pozostaje aborcja tradycyjna. Niemniej jednak, jeśli choroba nie została wykryta podczas ciąży, lub gdy doszło do jakiegokolwiek uszkodzenia podczas porodu, czy też jeśli ekonomiczne, społeczne, czy psychologiczne okoliczności w życiu potencjalnych rodziców ulegną zmianie do tego stopnia, że opieka nad potomstwem może się dla nich stać obciążeniem nie do zniesienia, nie należy zmuszać człowieka do poświęceń, na które go nie stać”.
A więc, jak widzimy, czas płynie szybciej, niż niektórym z nas się wydawało. Prawne ograniczenia są już niepotrzebne. Wystarczy jeden dobry psycholog.
Cóż więcej? Cóż więcej?
Może tylko to, że informację o tym co się stało, znalazłem w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej”. I od razu muszę zapowiedzieć, że jeśli ktoś liczy na to, że znajdzie tam jakiś szczególny zachwyt nad propozycją pana Giubiliniego i pani Minervy, to się zawiedzie. Autorzy informacji robią wrażenie wstrząśniętych. Trochę. Natomiast to co jest naprawdę ciekawe, to fakt, że niemal połowa tekstu w „Wyborczej” poświęcona jest na opis przykrości, jakie autorzy pracy o prawnej dopuszczalności zabijania niewinnych osób, dziś kiedy już sprawa stała się publiczna, cierpią. Podobno dochodzi do tego, że do pani Minervy przychodzą teraz maile – ona nieopatrznie podała swoje namiary – w których, jak to określa „Gazeta Wyborcza”, różnego rodzaju „fanatycy”, grożą jej tym, że jak ona kiedyś umrze, to „spotka ją kara boska i będzie się smażyć w piekle”, i to sprawia, że czas, który dziś pani Minerva musi przeżywać, to dla niej „najgorsze dni w życiu”.
I to jest wiadomość rzeczywiście okropna. Zwracam się więc z apelem, gdyby ktoś chciał panią Minervę pocieszyć, że z tym piekłem to bujda na kółkach, i że jest tylko niebo, niech pisze do niej na adres: francesca.minerva@unimelb.edu.au

Na koniec dwie uwagi techniczne. Po pierwsze. Tłumaczenie fragmentu tekstu Alberto Giubiliniego i Franceski Minervy należy do mnie, ale jak kto chce, może je wykorzystać. Pod jednym warunkiem. Proszę pod spodem podać adres tego bloga – www.toyah.pl

A jeśli ktoś ma jakąś luźną gotówkę, bardzo proszę wesprzeć ten blog pod podanym obok numerem konta. No i jest oczywiście jeszcze książka, ale tu już, jak się obawiam, możliwości się wyczerpały. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...