wtorek, 7 września 2010

O moźliwych pożytkach z Wietnamu

Do pisania tego co poniżej, zachęcił mnie nasz kolega Orjan swoim komentarzem na temat rzekomo niezwykłej przewagi, jaką strona patriotyczna uzyskuje w sieci. Poszło o to, że inny nasz kolega, Rolex, umieścił w Salonie24 swój kolejny wpis, w którym z należytą i charakterystyczną dla siebie swadą podsumował ostatnie wyczyny Donalda Tuska, i w tym momencie uzyskał całą masę komentarzy od ludzi, którzy wiedzą kim jest Tusk, co sobą reprezentuje i na co zasługuje. Orjana uderzyło, a poniekąd chyba też ucieszyło to, że fakt iż pod tekstem Roleksa pojawiły się głosy osób wyłącznie Premierowi niechętnych, i to w dodatku głosy wyjątkowo agresywne, podczas gdy dotychczasowi zwolennicy projektu o nazwie Platforma Obywatelska, najwyraźniej położyli po sobie uszy, musi świadczyć o czymś co w swoim komentarzu Orjan nazwał „przetasowaniem w opinii publicznej”.
Odpisałem Orjanowi, nawet nie jednym, a dwoma komentarzami, jednak ponieważ uważam, że temat jest niezwykle ciekawy i wcale nie tak prosty, jakby się mogło wydawać, zasługuje on na coś znacznie więcej niż przypadkowa wymiana myśli między dwoma przyjaciółmi. W mojej sytuacji i w sytuacji tego bloga, to więcej może tylko oznaczać osobny wpis. O co więc chodzi? Otóż wpis Roleksa i dyskusja pod nim, to nie jest pierwszy przypadek, jak zwróciłem uwagę na zjawisko, które Orjan nazywa przetasowaniem. Parę tygodni temu zajrzałem na Salon24 i tam, na samej górze strony głównej znalazłem wpis jednego z najświeższych faworytów pana Janke i jego drużyny, niejakiego ‘obserwatora z daleka’. Wpis jak wpis, bardzo pod każdym względem dla owego autora charakterystyczny, natomiast to co mnie zdumiało, to ponad dwieście komentarzy pod spodem, a wszystkie w sposób wręcz brutalny atakujące tego – przyznaję – dziwnego człowieka, i niemal wszystkie – co akurat w tym wypadku najbardziej istotne – na poziomie bardzo, ale to bardzo zbliżonym do Onetu.
Wrażenie, jakie na mnie zrobił ten wypływ kompletnego debilizmu, przypomniał mi pewien dzień, kiedy jeszcze dość dawno temu, jako młody nauczyciel języka angielskiego udałem się na jakieś metodyczne spotkanie anglistów, i nagle, w jednej porażającej chwili, ujrzałem stado kompletnych, niepodobnych do niczego co wcześniej widziałem durniów. Ich widok i dźwięk ich głosów zrobił na mnie takie wrażenie, że przez chwilę, jedyne co mi przychodziło do głowy, to myśl: „Co ja tu, kurwa, robię?” I podobnie teraz. Kiedy przeglądałem komentarze naszych domorosłych patriotów, próbujących zębami, pazurami i łokciami – ku zresztą jego kompletnej uciesze – wyprowadzić z równowag autora wspomnianego tekstu, ani przecież mądrego, ani też dobrze napisanego, ani w ogóle w żaden sposób interesującego, z jednej strony przypomniały mi tamten dzień w tak zwanym WOM-ie, a jednocześnie kazały mi powtórzyć to stare pytanie: „Co ja tu robię?” Bo, bardzo przepraszam, ale jeśli to ma być towarzystwo, z którym ja mam zdobywać kolejne pozycje Systemu, to wolę walczyć sam i, jeśli przegrać, to przynajmniej w poczuciu, że ani nie zrobiłem, ani nie powiedziałem nic co by mnie miało zawstydzić. A więc, jeśli wygram, albo przegram z tym pieprzonym nieszczęściem, to będę wiedział, że to z pewnością nie dlatego, że pisałem o Tusku, że to rudy Niemiec i nie publikowałem tu zdjęć o dowcipie rodem z ruskiego Krokodiła.
Jak jednak słusznie zauważył Orjan, problem jest znacznie szerszy. Bo to że ta nienawiść, którą się od tylu już lat karmi System wykreowała dokładnie ten sam zbydlęcenia po naszej stronie, nie jest jeszcze największym problemem. Zawsze bowiem można sobie powiedzieć, że podobnie jak ta banda onetowców plująca od rana do wieczora sama już nie wie na co, czy ta grupka nawiedzonych starszych pań dzwoniących każdego wieczora do Szkła Kontaktowego, żeby powiedzieć, że to Jarosław Kaczyński zamordował swojego brata, ci dzielni bojownicy zgłaszający do Tuska pretensje, że jest rudy i śmierdzi, to jednak margines. Natomiast faktem niezbitym, a słusznie zauważonym przez Orjana, jest to, że faktycznie dotychczasowi przyjaciele Platformy najwyraźniej się kompletnie zamknęli. Ich nie ma, gdzieś się pochowali, i tylko już niektórzy dzielnie prowadzą swoje blogi, by powiedzieć, że Macierewicz to „Antoś”, a Kaczyński to „Jareczek”. Dlaczego? W pierwszym odruchu, kiedy zapoznałem się choćby z serią tych zdjęć spod tekstu Roleksa, pomyślałem sobie, że oni zwyczajnie nie chcą zawyżać poziomu, który na nich świetnie pracuje. Po zastanowieniu się jednak doszedłem do wniosku, że tam jest coś znacznie poważniejszego. Oni najwyraźniej zaczęli mieć tę całą Platformę w nosie. Oni, jak mi się coraz bardziej zdaje, doszli do wniosku, że i Tusk i Komorowski i Schetyna i każdy pojedynczy poseł, polityk, czy dziennikarz reprezentujący ten projekt, to gówno, którym nie ma się co zajmować. Mam bardzo silne przekonanie, dziś już niemal graniczące z pewnością, że ogromna większość osób, które dotychczas popierały Platformę, świetnie wiedzą, że to kompletna ruina, z której nic już nigdy ciekawego nie powstanie. Odnoszę wrażenie, że wszystko to co się w Platformie Obywatelskiej dzieje od mniej więcej początku roku, a szczególnie już od 10 kwietnia, i jeszcze może bardziej od zakończenia kampanii, w której oni udowodnili na co ich stać, jeśli idzie o Prezydenta RP, sprawiło, że znaczna część ich wyborców pomyślała sobie, że to jest wszystko gówno warte. I dziś, jedyna rzecz jaka ich podtrzymuje w ich obywatelskim zaangażowaniu, to nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego. Zostało już tylko to. Jakimś niezwykłym cudem, kiedy i Prezydent i Premier i Posłowie i Ministrowie, a nawet chyba już i sam mistrz Palikot, okazali się kupą nicnieznaczących dupków, cała publiczna uwaga skupiła się na tej jednej osobie – na Jarosławie Kaczyńskim. To on dziś już będzie wszystkim. I niczym.
Obawiać się więc należy, że już niedługo, wszystkie dotychczasowe informacje o tym, co robi Prezydent, co robi Kaszalot, czym zajmuje się Donald Tusk, jakie zajęcia mają ministrowie, i jaki kolejny program dla Polski na kolejne 197 lat wypichcił Michał Boni, zostaną wyparte przez tę jedną – co słychać u Jarosława Kaczyńskiego? A jeśli przy jakieś szczególnej okazji Monika Olejnik zaprosi do swojego programu na przykład Hannę Gronkiewicz Waltz – dożywotniego prezydenta Warszawy – obie panie będą gadały wyłącznie albo o tym, gdzie Jarosław Kaczyński ostatnio składał kwiaty i czemu nie na Wawelu.
Bo tak to się najwidoczniej ostatnio układa. Ostatni wariaci, którzy dotychczas wierzyli w to, że rząd Platformy Obywatelskiej to pełna kompetencji i pomysłowości ekipa, która naszą Polskę poprowadzi ku choćby minimalnemu postępowi, machnęli na to wszystko ręką. Niedługo wręcz zapomną, że coś takiego kiedykolwiek nasz kraj zaatakowało, i będą sobie o tym czymś przypominali tylko przy okazji kolejnych wyborów. Popatrzmy, skoro już jej nazwisko tu się pojawiło, na Hannę Gronkiewicz Waltz. Ona na 100% wygra zbliżające się wybory w Warszawie i na kolejne 4 lata zostanie prezydentem Stolicy. Czy to się stanie dlatego, że przez te minioną kadencję ona wzbudziła takie uznanie mieszkańców Warszawy, że oni nikogo innego nie chcą? A może ona wprawdzie nie jest szczególnie sprawna i fachowa, ale wszyscy ją kochają, bo to mila osoba? A może ona, jak prezydent Katowic, wprawdzie nie jest wybitna, ale jakoś tam ciągnie i lepiej nie ryzykować? A może chodzi o to, że ona jest wprawdzie do bani, ale każdy inny jest od niej jeszcze gorszy? Nic podobnego. Żadna z tych rzeczy nie wchodzi w grę. Ona jest niesympatyczna, tępa, niekompetentna, i od niej lepszy jest każdy… z wyjątkiem może Olejniczaka. I jestem pewien, że z tej prawdy zdają sobie sprawę również ci wszyscy, którzy w listopadzie tego roku ją wybiorą, by im prezydentowała. Oni świetnie wiedzą, że od Gronkiewicz Waltz lepszy będzie i Poncyliusz i Korwin Mikke i Kowal i Ołdakowski i Kluzik i Jakubiak, i z nich wszystkich tylko Korwin nie zostanie wybrany, bo on jest po prostu niewybieralny, natomiast cała reszta przegra, bo nie można pozwolić, żeby ten bydlak Kaczyński wrócił do władzy! I każdy z tych, którzy pojdą na Gronkiewicz glosować, przez te wszystkie lata został już tak wytresowany, że nawet jeśli na co dzień on jej autentycznie nie znosi, śmieje się z niej i nią pogardza, w momencie jak słyszy nazwisko Kaczyński, dostaje takich emocji, że jedyne co potrafi to kląć.
I oto wreszcie nadeszła pora na odrobinę optymizmu. Otóż wspomniana na początku obserwacja Orjana na temat owego interesującego „przetasowania”, ma w sobie pewną siłę. Może się bowiem niedługo okazać, że liczba tych, którzy szczerze, serdecznie i ostatecznie nie znoszą Donalda Tuska jako symbolu i jako osoby, znacznie przekroczy wielkością i zaangażowaniem grupę osób, dla których symbolem wszelkiego paskudztwa jest Jarosław Kaczyński. I stanie się to po cichu, bez udziału mediów, bez specjalnych instrukcji ze strony przedstawicieli kultury popularnej, w sposób naturalny i jak najbardziej czysty. Ludzie spojrzą na – jak mówię, chodzi mi tu wyłącznie o symbol – Donalda Tuska i zapytają: „Co ja tu, kurwa, robię” I nie będzie miało znaczenia, czy większość z nich to mądrale tacy jak my, czy to będą akurat ci biedni, ogłupiali miłośnicy tak zwanego „jedzenia nożem i widelcem”, czy nawet cała ta banda przygłupów, którzy dotychczas nienawidzili Tuska dlatego tylko, że był rudy i miał za dziadka Niemca – oni wszyscy najpierw się zbiorą do kupy, a później całe to beznadziejne towarzystwo wystrzelą na księżyc. Albo – ukłony dla Roleksa! – do Wietnamu.

poniedziałek, 6 września 2010

O Solidarności wieku dojrzałego

Cykl wydawniczy Warszawskiej Gazety i pewne dodatkowe kwestie techniczne sprawiają, że kiedy ten tekst będzie czytany, najpierw przez czytelników Gazety, a tym bardziej już później, na blogu, rocznicowe uroczystości Solidarności staną się już – szczęśliwie dla wielu – przeszłością, a i tego tekstu bohaterowie wyjdą skutecznie z tego strasznego chaosu, i zajmą należne sobie miejsca. Weźmy takiego Waldemara Kuczyńskiego. Oto człowiek, dla którego jedyny powód by wciąż funkcjonować publicznie jest taki, że od czasu do czasu System poprosi go, by powiedział coś, czego ze względu na wciąż obowiązujące bariery cywilizacyjne nie zgodzi się powiedzieć nikt inny – nawet Janusz Palikot. O ile bowiem Janusz Palikot wypowiada się niemal codziennie, pod rękę ze śmiercią złorzecząc wybranym ludziom, a czasem i Bogu – a więc czemuś co jest mu doskonale obojętne – Waldemar Kuczyński modli się nie o pojedyncze nieszczęście, lecz o katastrofę dla świata, a więc dla nas wszystkich, a tym samym i dla siebie. A wszystko to wyłącznie dlatego, że został przez ten świat pokrzywdzony. W tym momencie nie jest zwykłym już pełnym złości cynikiem, lecz zdesperowanym szaleńcem, o jakich od czasu do czasu informują nas media.
To jest trochę tak jak z tą piosenką Morrisseya, gdzie on przychodzi życzyć swojej dziewczynie wszystkiego najgorszego z okazji urodzin, bo okazała się pełna zła i kłamstwa. Ten rodzaj rozgoryczenia jest nam wszystkim znany. Chodzi o usunięcie tej jednej jedynej osoby, żeby dalej już było tylko lepiej. W momencie jak zaczynamy złorzeczyć światu, to nigdy nie będzie lepiej. Bo dalej jest już tylko obłęd.
Pojawił się więc z sukcesem Kuczyński w ciągu ostatnich lat dwa razy, i to za każdym razem w podobnym celu. Pierwszy raz, jeszcze za rządów Jarosława Kaczyńskiego, by powiedzieć, że życzy Polsce jak najgorzej, bo sukces Polski to sukces Kaczyńskiego, a drugi dopiero co – właśnie przy okazji rocznicy – by powtórzyć te życzenia, tyle że w stosunku do Solidarności. Że ma nadzieję, że Solidarności będzie się wiodło jak najgorzej, że będzie słaba i chora i że w końcu zdechnie. Ciekawe jest to, że po to by on mówił o Solidarności, zaprosiła go telewizja właśnie jako człowieka Solidarności. Zupełnie tak samo zresztą, jak przed laty, Rzeczpospolita poprosiła go o opinię na temat Polski, jako przedstawiciela tego narodu, a więc kogoś kto wydawałoby się jest tu naturalnie zainteresowany.
A zatem, kiedy mówię o chaosie, który już niedługo powinien opaść, a wszyscy jego uczestnicy wylądować na swoich dotychczasowych miejscach, myślę o Kuczyńskim, Wujcu, Lityńskim i całej tej bandzie tzw. „ludzi Solidarności” z jednej strony, ale także o tych wszystkich ludziach, którzy Solidarnością nie przestali być nigdy, ani na jedną chwilę przez te trzydzieści dziś już lat. I jeśli nie wymieniam ich nazwisk, to trochę dlatego, że ich jest dużo za dużo, ale też może przede wszystkim dlatego, że Solidarność była zawsze ruchem szczerze demokratycznym, gdzie nie było większych i mniejszych, ważniejszych i mniej ważnych. A zatem, nawet gdybym chciał wspomnieć jakieś nazwiska, to nawet nie wiedziałbym, od kogo zacząć.
Wiele dziś osob, szczególnie tych młodszych, obserwując to co się dzieje wokół nas, lubi myśleć, że ta wojna, ta nienawiść, to zło zaczęło się dopiero około roku 2005. Że w momencie gdy Lech Kaczyński został prezydentem, a Prawo i Sprawiedliwość pokonało Platformę Obywatelską w wyborach parlamentarnych, System uruchomił ową społeczną operację, która musiała doprowadzić do tego, co mamy dziś. W pewnym stopniu to prawda. Dwadzieścia lat to wystarczająco dużo czasu, by z jednej strony wychować nowe pokolenie ludzi gotowych na wszystko, a z drugiej strony wypracować nowoczesne metody sterowania tymi ludźmi. Jest to też wystarczająco długi czas, by wszystko to co zawsze działało świetnie udoskonalić tak, by działało jeszcze lepiej, jeszcze skuteczniej i żeby robiło o wiele bardziej spektakularne wrażenie. A więc pewnie to też dlatego wydaje się nam, że to z czym dziś mamy do czynienia, to coś zupełnie nowego i wyjątkowego. Choćby to plucie na Solidarność.
Otóż prawda jest taka, że to wszystko zaczęło się – i właściwie skończyło – w roku 1990. W ciągu pierwszego, i tak naprawdę jedynego roku rządów Tadeusza Mazowieckiego. Każdy kto pamięta te czasy w miarę dobrze, pamięta też, jak od niemal pierwszych dni, niesieni owym zwycięskim powiewem Solidarności, autorzy tamtego projektu mieli jeden cel – zmarginalizować Solidarność jako związek i ruch obywatelski, pozbawić Lecha Wałęsę jego pozycji, przejąć nazwę i utworzyć partię nowego typu, właśnie o nazwie ‘Solidarność’, która będzie dla nich przez dziesiątki lat wygrywała każde kolejne wybory. Teoretyczne podstawy tego projektu oparte były na przekonaniu, że Polacy, po ponad czterdziestu latach komunizmu, są narodem, któremu nie można powierzyć budowy nowego ładu. Że jeśli Polska ma się stać nowoczesnym europejskim państwem, odpowiedzialność za nią mogą wziąć tylko nowocześni europejczycy i ci wszyscy, których oni wskażą, a jedynym sposobem na skuteczne utrzymanie władzy, jest z jednej strony przejęcie nazwy ‘Solidarność’, a z drugiej uniemożliwienie rozwoju normalnego systemu partyjnego. Solidarność na to nie pozwoliła, stanęła do walki, i tę walkę wygrała. I to właśnie wtedy rozpoczęła się nowa, prawdziwa już wojna, wojna która trwa do dzisiaj. Wojna, jaką rozjuszony System, zmuszony do rezygnacji z marzeń o wieloletniej, niezagrożonej władzy, wypowiedział zwycięskiej Solidarności.
Dziś, kiedy przy okazji kolejnych rocznic, na ekranach naszych telewizorów, lub na okładkach gazet, oglądamy twarze takich ludzi jak Zbigniew Janas, Jan Rulewski, Henryk Wujec, Władysław Frasyniuk, Adam Michnik, Andrzej Celiński, Waldemar Kuczyński, Małgorzata Niezabitowska, Tadeusz Mazowiecki, kiedy każdego roku, pod Pomnikiem Sierpnia w Gdańsku widzimy Lecha Wałęsę, Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego, jak składają kwiaty i opowiadają swoje refleksje na temat Solidarności, powinniśmy wiedzieć jedno – oni nie są Solidarnością od 20 już lat. I to nie jest tak, ze ktoś ich stamtąd wyrzucił, a na ich miejsce wstawił jakichś nieznanych nikomu działaczy. Dwadzieścia lat temu, wraz z wieloma innymi ambitnymi politykami, oni próbowali zniszczyć Związek i ta próba im nie wyszła. Ale nawet wtedy, nie zostali z Solidarności wyrzuceni. Oni wpadli w taką wściekłość, że obrażeni z Solidarności odeszli, przysięgając sobie, że nie spoczną, dopóki nie zobaczą jak ona płonie.
Dziś, kiedy dziennikarz telewizyjny pyta Jana Lityńskiego, gdzie jest jego związkowa legitymacja, a ten z pogardliwym uśmiechem mówi, że nie wie, to jest to nie tylko dowód na to, że Solidarność już od dawna nie jest jego związkiem, ale przede wszystkim symbol tej właśnie przegranej wojny. Kiedy dziś Lech Wałęsa zapytany, czy weźmie udział w obchodach, zaczyna śpiewać szyderczą piosenkę o tym, że „Zurych da się lubić”, to oczywiście jest to głównie dowód jego szaleństwa, ale też potwierdzenie przegranej wojny. Co ciekawe, wojny przegranej według najbardziej demokratycznych zasad. Nie na zasadzie puczu, przejęcia, czy zamachu, lecz w ramach demokratycznego systemu, który Solidarność sobie i nam wywalczyła. Dziś, ludzie którzy kierują Związkiem i którzy w jego ramach walczą w mediach, zakładach pracy i na ulicach, nie zostali tam przyniesieni w teczkach polityków. Oni przez dwadzieścia lat stali tam dzielnie w walce i w pracy i każdy swój najmniejszy sukces zawdzięczają uczciwej i wiernej walce o to, w co zawsze wierzyli. System to świetnie wie. System wie, że zarówno przewodniczący Śniadek, jak i szef najmniejszego regionu nosi znaczek Solidarności nie dlatego, że mu go nagle przypiął Jarosław Kaczyński, ale dlatego że go w pierwszej kolejności nigdy nie zdejmował. I że każdy z nich, jeśli go zapytać, gdzie ma swoją legitymację, nie będzie musiał nerwowo myśleć co odpowiedzieć, bo tę legitymacje najpewniej zawsze nosi prze sobie, dokładnie pod tym znaczkiem. A każdy przeciętny członek Związku, jeśli ktoś się go spyta, kim jest, nie musi zwracać się o poradę ani do Waldemara Kuczyńskiego, ani do Daniela Olbrychskiego. Bo odpowiedź na to pytanie świetnie zna bez ich łaskawego wsparcia.

Powyższy wpis ukazał się w miniony piątek w Warszawskiej Gazecie.

niedziela, 5 września 2010

Gdy kłamstwo się sfajdało

Jechał sobie samochód, urwało mu się koło, wpadł do rowu, przekoziołkował, rozpadł się na tysiące drobnych kawałeczków, a z pasażerów którzy nim podróżowali zostały wyłącznie nierozpoznawalne strzępy. Że co? Że to niemożliwe? Że on by się aż tak nie rozpadł? Że ciała ludzi jadących w tym samochodzie nie mogły ulec aż takiemu zniszczeniu? Co za bzdura! Skoro to ma być aż tak bezpieczne, to samochody można zacząć produkować z trzema tylko kołami. Prawda?
Rodzice weszli do pokoju swojego malutkiego dziecka i znaleźli je w okolicy łóżeczka całkowicie zmasakrowane. Co się stało? Jak to co? Okazuje się, że przelazło przez drabinkę i wypadło. Zdarza się. Że niemożliwe? Że ciało tego dziecka nie byłoby aż tak sponiewierane? A więc skoro tak, to po co produkować łóżka z barierkami?
Kiedy wczoraj wychodziłem z domu, zapomniałem założyć okulary. No i stało się tak, że wszedłem prosto na ulicę pod samochód. Tak mi przynajmniej mówią, bo sam nie bardzo pamiętam, co się tam działo. Wydaje mi się jednak, że nawet bez okularów wiedziałbym, gdzie chodnik, gdzie ulica, gdzie samochód. Ale pewnie się mylę. W końcu, jak słusznie mi ktoś mówi, skoro rzekomo tak świetnie widzę, to po co w ogóle noszę okulary?
Jarosław Kaczyński wyraził opinię, że taki samolot jak tupolew, po uderzeniu w czterdziestocentymetrową brzozę, nie mógł stracić skrzydła. Samolot tak potężny jak tupolew, czterdziestocentymetrową brzozę najzwyczajniej w świecie by ściął. Co na ten temat sądzą eksperci? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, co sądzi jeden z nich – człowiek o nazwisku, którego nie mam ochoty nawet pamiętać. Otóż on bez cienia wstydu na swojej niezwykłej twarzy informuje, że gdyby rzeczywiście uderzenie skrzydłem w drzewo było tak bezpieczne, to na lotniskach rosłyby drzewa, a startujące i lądujące samoloty, by je sobie wesoło ścinały…
Od 10 kwietnia tego roku, a więc od dnia, kiedy smoleńska mgła zanihilowala biedne ciało Przemysława Gosiewskiego, jesteśmy świadkami propagandowego szaleństwa, jakiego współczesna Polska chyba jednak dotychczas nie znała. Mówiąc o wyjątkowości tego z czym mamy do czynienia, sięgam pamięcią do morderstwa sprzed ponad dziś już trzydziestu lat, mianowicie do owej krakowskiej masakry, której ofiarą padł Stanisław Pyjas. Jak wielu z nas pamięta, oficjalna wersja tłumacząca to co się stało z Pyjasem, była taka, że Pyjas pijany spadł ze schodów, potłukł się, zadławił krwią i umarł. Wszyscyśmy wówczas wiedzieli, że to niemożliwe, przede wszystkim dlatego, że nasze PRL-owskie doświadczenie kazało nam przyjmować odpowiedź daleko różną od tej, dostarczanej nam przez władzę i jej służby, ale również z tego powodu, że wciąż docierały do nas informacje, które czyniły wersję oficjalną zwyczajnie nieprawdopodobną. Natomiast nikt – o ile mi wiadomo – nie twierdził, że człowiek, który po pijanemu spadnie ze schodów, nie może się zadławić krwią, albo wymiotami i umrzeć. A nawet jeśli ktoś się taki znalazł, to władza na taki argument potrafiła znaleźć na to kontrargument znacznie lepszy, niż ten, że skoro schody sa takie bezpieczne, to po co je w ogóle budować? Niech ludzie, zamiast schodzić, zwyczajnie skaczą. Dlaczego nikt wówczas nie poważył się na tego typu idiotyzm? To jest właśnie pytanie.
Jeśli się nad tym wszystkim zastanowić, przychodzą do głowy dwie odpowiedzi. Jedna jest taka, że władza komunistyczna miała jednak do ludzi większy szacunek, a druga, że ludzie żyjący pod ruskim butem wykazywali jednak znacznie więcej rozumu, niż my dziś, pod butem potwora o nazwie Cywilizacja. Co w sumie i tak wynika jedno z drugiego. A zatem, jeśli to pytanie troszeczkę przesuniemy, i zastanowimy się dlaczego dziś System traktuje nas jak bezmyślne bydło, odpowiedź powinna być podobna. Najpewniej my dziś jesteśmy znacznie bardziej otwarci na najbardziej idiotyczny rodzaj kłamstwa, niż nasi rodzice, czy starsi bracia, a ci, którzy nas tak traktują, świetnie sobie z tego zdają sprawę. Może być tak, że widząc, jak przez trzydzieści już lat, bardzo znaczna część społeczeństwa, wbrew podstawowemu zdrowemu rozsądkowi, gotowa jest wierzyć, że Lech Wałęsa przeskoczył przez mur, i w ten sposób dostał się do otoczonej przez wojsko i policję Stoczni, System doszedł do przekonania, że oto wszelkie bariery zostały zniesione, i można sobie już pozwolić na wszystko. Stąd by się więc brały te wszystkie idiotyzmy na temat Henryki Krzywonos zatrzymującej tramwaj, czy słowa jakiegoś Frasyniuka, tłumaczącego, że Lech Kaczyński w sierpniu 1980 roku przebywał w Stoczni zaledwie pięć minut.
W tym miejscu muszę pozwolić sobie na małą dygresję. Oto właśnie Lech Wałęsa przyznał, że Lech Kaczyński rzeczywiście przebywał w Stoczni podczas strajku w sierpniu 1980 roku, i że pełnił tam rolę łącznika między robotnikami, a doradcami. Tym samym potwierdził słowa Jarosława Kaczyńskiego, które uruchomiły całą tę bezsensowną lawinę łgarstw, poczynając od inauguracyjnej mowy Krzywonos w roli nowej legendy, a kończąc na słynnym „Jarek, pierdolisz” Frasyniuka. I czym unieważnił całe to kłamstwo minionego tygodnia, a przy okazji tak naprawdę udowodnił, jak straszne ono potrafi być, kiedy dostanie pełny patent na bezkarność. Ale i jeszcze coś – jak prawda potrafi nie mieć jakiegokolwiek znaczenia, gdy z jednej strony stoi bezwzględna i bezczelna władza, a z drugiej otumanione społeczeństwo.
Wracajmy więc do samej propagandy. Otóż można odnieść wrażenie, że, czy to jeśli idzie o sprawę katastrofy, czy teraz Solidarności i jej historii, System przekazał opiekę nad tym fragmentem naszej rzeczywistości kompletnym amatorom, by nie powiedzieć – idiotom chętnym zarobić parę groszy. Świadczyć to może albo o tym, że ci, którzy tworzą jego obsługę uznali, że wszystko idzie tak dobrze, że można spokojnie zacząć inwestować w inne dziedziny, albo odwrotnie – że sytuacja jest tak beznadziejna, że choćby oni zatrudnili do tej roboty już wyłącznie najwybitniejszych specjalistów z KGB od społecznej manipulacji, to pewne rzeczy są nie do zrobienia. Że to co oni robią i to czego jesteśmy świadkami każdego dnia, to już wyłącznie czysta desperacja i przekonanie, że będzie jak będzie i módlmy się tylko, by rozstrzygnięcie jeszcze nie pojawiło się już jutro. Że prawda o katastrofie, a za nią prawda o całej reszcie, o wszystkim, o każdym z nich, teraz już prędzej czy później na wierzch wyjść musi. I że ona będzie tak przejrzysta i tak fascynująca, że nawet najwięksi obłąkańcy ją dostrzegą. I że to będzie zakręt, którego wszyscy dobrzy ludzie bezskutecznie wypatrują od tak dawna. I że ów zakręt jest już tuż-tuż.

sobota, 4 września 2010

O głupocie i głupocie

Syn mój przyniósł mi dziś link do fragmentu jakiegoś nieznanego mi zupełnie teleturnieju z amerykańskiej telewizji, gdzie pewna równie nieznana mi kobieta nie umie zgadnąć, czego stolicą jest Budapeszt. Kłopot jest jeszcze większy, bo ona robi wrażenie, jakby nie wiedziała w ogóle nic. Co ja zresztą będę gadał. Proszę sobie obejrzeć: Budapeszt. Jak wszyscyśmy z pewnością zauważyli, filmik zatytułowany jest „Tępa i głupia blondynka” i zdecydowanie ma na celu ośmieszenie tej kobiety. Ale nie tylko to jest ciekawe. Otóż jeśli ktoś oprócz tego co wie sam z siebie, wie też, że ona jest najprawdopodobniej jakąś wiejską dziewczyną z okolic Tennessee, albo z jakiejś jeszcze głębszej amerykańskiej prowincji, gdzie Europa może być czymś równie egzotycznym, jak dla pierwszego lepszego polskiego prowincjusza powiedzmy… Sri Lanka, może dojść do wniosku, że w tym rzeczywiście zabawnym filmiku nie ma nic szczególnie szokującego. Jeszcze kiedy byłem bardzo młody, mieliśmy zwyczaj sobie żartować na temat Amerykanów, że oni są tak ogromni i tak z boku, tak samowystarczający, że dla wielu z nich świat to Ameryka, Rosja, Europa i Afryka. I na tym koniec. Reszty nie ma, a to co jest, to…. Tak naprawdę nie wiadomo co. No, po prostu – Europa, Afryka i Rosja. I że jeśli któremuś z nich zadać zagadkę, co to jest Warszawa, to jest bardziej prawdopodobne, że wskaże którąś z kilku amerykańskich Warszaw, niż tę naszą, polską, kochaną.
No ale, nie ma co się oszukiwać. Owa kobieta męcząca się z tą Europą, tym Budapesztem i tą Francją jest śmieszna jak nie wiem co. Pozostaje tylko pytanie – czy ona jest głupia? Czy ona jest głupią blondynką? Czy ona jest tą głupią blondynką, która robiąc sobie drugie dziecko na boku, ma pretensje do swojego męża, że ją zdradza. Czy ona jest tępa. Otóż w tej sprawie doszło u nas w domu w tej sprawie niemal do awantury. Ja i młody Toyah uznaliśmy, że ona nam się podoba. Że jest fajna, wesoła, sympatyczna i wcale niekoniecznie głupia. Na to pani Toyahowa ze zwykłą dla siebie wyższością, stwierdziła, że to jest z naszej strony coś absolutnie typowego, natomiast starsza Toyahówna dostała niemal szału. Ona przede wszystkim wie, że ta pani jest durna w sposób modelowy, a my jej bronimy, bo ona nam się po prostu podoba jako kobieta. Że gdyby ona wyglądała jak pani Kaszalotowa, to nawet jednym słowem byśmy jej nie bronili. Wręcz przeciwnie. Tego niestety sprawdzić nie możemy, choćby z tego względu, że ona istotnie wygląda jak wygląda. Ale i tak, problem wciąż pozostaje ten sam. Czy ona naprawdę jest głupia?
Kiedy byłem jeszcze na studiach, mieliśmy taką koleżankę – bardzo dobrą, milą koleżankę – która nie mogła uwierzyć, że jeśli ona buty, które sobie kupiła wyjmie z pudelka, to one się w torbie zmieszczą, a jeśli nie, to nie. Tłumaczyliśmy jej to pięćdziesiąt razy, a ona swoje. Buty to buty. Jeśli pudełko się nie zmieści, to i same buty się nie zmieszczą. Czy ona była głupia? Nikomu z nas nigdy nie przyszło do głowy, żeby tak o niej myśleć. Co więc z tymi butami? Nikt się za bardzo nie zastanawiał. Myśleliśmy sobie, że może ona nie ma wyobraźni geometrycznej, albo że się zagapiła, albo że coś się jej po prostu pomieszało. Ale że głupia? Nigdy. Dlaczego? Bo ją znaliśmy i ona głupia z całą pewnością nie była. A może to znaczy, że głupców w ogóle nie ma? Że każdy ma jakieś swoje kłopoty i ograniczenia i w jednym miejscu jest wybitny, a w innym nagle już wręcz odwrotnie? Tyle że to nieprawda. Każdy z nas niejednokrotnie spotkał przynajmniej kilka osób w swoim zyciu, o których nie można było powiedzieć nic więcej, jak tylko to, że ten ktoś to dureń. Dlaczego więc ten ktoś tak, a ten inny już nie?
Spójrzmy zatem jeszcze raz na tę Amerykankę, która myśli, że Europa to na pewno kraj, natomiast co do Francji, to już nie ma takiej pewności. Czemu ona taka jest? Pisałem już o tym troszeczkę wcześniej, ale nic nie zaszkodzi powtórzyć. Ona mieszka gdzieś na wsi, na południu Stanów i ani nikt nigdy jej o tym nie powiedział, ani ona też nie pytała. Dlaczego? Bo ją to zwyczajnie nie zainteresowało. Prawdopodobnie tak samo, jak to, kim był Shakespeare, albo co to znaczy de Gaulle. A zatem, problem jest taki, że jej nie brakuje rozumu, ale wiedzy. Oczywiście, można się kłócić, czy to, że ona nie znalazła w sobie wystarczająco dużo otwartości, ambicji i ciekawości świata nie świadczy o tym, że jest głupia. No ale to już jest problem do dalszej dyskusji, bo nawet jeśli przyjmiemy, że to lenistwo świadczy o niej jak najgorzej, to może się okazać, że ona jest zwyczajnie zadowolona ze swojego życia i na tyle na ile jest jej to potrzebne, świetnie sobie radzi i zawodowo i towarzysko, a nikt z jej znajomych w życiu by o niej nie powiedział, że jest leniwa. Choćby i umysłowo. No i co zrobimy, jeśli pójdziemy do niej i jej zaczniemy tłumaczyć, że to skandal, że ona nie wie, co znaczy Francja, a ona nas w jednej chwili najzwyczajniej w świecie rozłoży na łopatki?
Doszedłem już tak daleko w tej notce i zaczynam się obawiać, że skoro dotychczas z niej nic nie wynika, może w ogóle nie warto było tego tematu zaczynać? Spokojna głowa. Nie z takimi sobie problemami radziliśmy, czyż nie? Otóż myślę sobie, że z całą pewnością tytuł tego filmiku, „Tępa i głupia blondynka” ktoś musiał wymyślić. Ktoś musiał ten filmik wkleić i go tak zatytułować. To jest z całą pewnością żywa i realna postać. I ja bardzo bym chciał wiedzieć, kto to taki. Czy to ktoś wykształcony bardzo, czy tylko trochę? Czy to ktoś wesoły i sympatyczny, czy wręcz przeciwnie – ponury i nadęty? Czy to ktoś, z kim chcielibyśmy się zaprzyjaźnić, czy wręcz przeciwnie? Czy to wreszcie ktoś mądry, czy głupi? O! Właśnie to by mnie bardzo interesowało – czy on jest mądry, czy głupi? Nie, czy wie, czego jest stolicą Albuquerque i czy Boliwia to państwo czy miasto. Chodzi mi o nieco inny wymiar mądrości. A więc o to, czy on – ten ktoś, kto napisał, że tamta kobieta jest idiotką – kiedy słyszy na przykład, jak Bogdan Borusewicz na zarzut, że obraził pamięć Lecha Kaczyńskiego, człowieka, który zanim poległ w tamtej katastrofie, chciał dla Polski tylko dobrze, a który przy okazji zrobił tyle dobrego dla samego Borusewicza, odpowiada, że on na takim poziomie rozmawiać nie będzie, myśli sobie, że ten Borusewicz to dureń i skurwysyn, czy wręcz przeciwnie – że to prawdziwy artysta.
Ja wiem, co mi powiedzą za chwilę jacyś studenci, jak to ostatnio się przyjęło tu symbolicznie określać. Że ja mam obsesję i że nie umiem rozdzielić życia od polityki. Otóż na ten zarzut mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób. Ja życie od polityki oddzielam bez najmniejszego problemu. Tyle tylko, że robię to wyłącznie wtedy, kiedy to oddzielanie ma sens. Natomiast to, że weszliśmy w czasy, gdzie – nie naszej zresztą winy, i nie w naszym absolutnie interesie – życie i polityka stały się często nie do odróżnienia, to już nie moja robota. Podobnie jak nie mój to grzech, że nagle, ni stąd ni z owąd okazuje się, że znacznie większe trudności ze zdaniem egzaminu na człowieczeństwo mają ci, którzy wszystko wiedzą, ale za to nic już nie czują, i w tym swoim skretynieniu mieliby się jak w siódmym niebie, gdyby nie to, że wciąż ich dręczą ci, co nawet jeśli gówno wiedzą, to przynajmniej wszystko świetnie czują. I jeśli ich przedstawicielem ma być ta dziewczyna z głębokiego amerykańskiego zadupia – jestem za tym.

Don Paddington: O edukacji, o umysłach, o przyszłości - a więc o wszystkim

W pięknej, inspirującej i bardzo szerokiej dyskusji, jaka pojawiła się w komentarzach pod poprzednim wpisem, nasze dziewczyny zaproponowały – jak one na to wpadły? – by pogadać o stanie polskiej edukacji. Wprawdzie problem ten tylko pośrednio dotyka tematów, którymi żyjemy, ale za to dotyka jak cholera. Co mam do powiedzenia na ten temat, powiedziałem już tam, w odpowiedzi na tamte komentarze, natomiast uważam, że nie ma sposobu, żeby nie przypomnieć tu wypowiedzi naszego Księdza, sprzed nie tak dawna. Oto jego komentarz, jaki pokazał się pod wpisem „Nie dla Ozziego w moim komitecie honorowym” http://toyah.salon24.pl/188515,nie-dla-ozziego-w-moim-komitecie-honorowym. Ja wiem, że wielu z Was czeka na moje notki, ale jak podrośniecie, to będziecie wiedzieć, że ja nie mam nawet do Don Paddington tak zwanego startu. Proszę się skupić.


Zjawisko, które Pan opisuje [chodziło o pop, który stał się Bogiem – przyp. ja], jest moim zdaniem znakiem cywilizacyjnego upadku (w najlepszym przypadku: przesilenia), który dotyka rozmaitych sfer naszego życia. Ów upadek charakteryzuje się m.in. tym, że to co ważne i życiowo poważne, ze względu na swoje świecidełkowo-celebrytowe opakowanie, jest traktowane jako coś mało istotnego, godnego – co najwyżej – powierzchownego i przelotnego zainteresowania. Być może jest w tym jakiś zamiar tropionego przez nas Systemu. Jeśli bowiem autorytetem w sprawach ważnych i życiowo poważnych, staje się ni stąd ni zowąd ktoś, kto na co dzień jest fachowcem od tego, co być może jest ciekawe, ale niekoniecznie ważne i poważne, to efektem takiego zabiegu wcale nie musi być wzmożony szacunek dla celebrytów, lecz lekceważący stosunek tzw. ludności do polityki, moralności, porządku społecznego itd. A taka sytuacja jest jak sądzę bardzo na rękę tym, którzy przy polityce, moralności i porządku społecznym z wielką pasją i za obywatelskim przyzwoleniem majstrują.
Być może nie ma w tym wszystkim żadnego spisku Systemu. Być może jest tutaj obecna zwykła ludzka głupota i duchowe lenistwo. Być może. Ale głupota i duchowe lenistwo, jeśli przekroczą w społeczeństwie pewien punkt krytyczny, też są świadectwem cywilizacyjnej zapaści.
A propos punktu krytycznego:
Niedawno, podczas wizyty u znajomych, spotkałem pewnego pana, który – jak się okazało – jest nauczycielem akademickim, wykładającym jakieś przetrudne rzeczy na Politechnice Poznańskiej. Ów pan opowiadał o swoich wrażeniach, będących efektem pracy ze studencką młodzieżą, a to co miał do powiedzenia, było w jakiś sposób porażające.
Po pierwsze, pan doktor poruszył kwestię braku umysłowych kompetencji u tych młodych ludzi, który objawia się nie tylko kiepskim obyciem z matematyką, fizyką i zwyczajnym logicznym porządkiem w głowie, ale przede wszystkim brakiem zainteresowania dla rozwiązywania inżynierskich problemów. Nie mając zaś w sobie inżynierskiej pasji, ciężko im wzbudzić w sobie motywację, by wejść w posiadanie tych intelektualnych narzędzi, które inżynierowi są niezbędne. Krótko mówiąc, pan doktor oceniając poziom politechnicznej młodzieży sugeruje, że już dzisiaj powinniśmy się bać o mosty, drogi, domy i maszyny, które owi studenci będą projektować i budować.
Po drugie, pan doktor mówił o całkowitym moralnym zepsuciu tych ludzi, którzy nie tylko, że się nie uczą (bo często przyswojenie koniecznej wiedzy przekracza ich możliwości intelektualne), ale nagminnie oszukują (np. podpisując „lewe” listy obecności, albo korzystając z pomocy tzw. „murzynów” przy pisaniu rozmaitych prac), a podczas egzaminu bez krzyny skrępowania mają czelność zapytać, czy nie dałoby się zdać owego egzaminu bez konieczności odpowiadania na trudne pytania.
Po trzecie, pan doktor mówił jeszcze o tym, że w swej ostrej ocenie powyższej sytuacji czuje się na uczelni osamotniony, ponieważ jego koledzy – wykładowcy, pogodzili się z tym, że tak właśnie ma być i nie ma na to rady.
I na koniec pan doktor powiedział mniej więcej coś takiego: „Gdy patrzę na moich kolegów, którzy przestali się oburzać na to co studenci sobą prezentują, i gdy patrzę na tych studentów, którzy bezwstydnie są dumni ze swej głupoty, a oprócz tego lenią się, kłamią i oszukują, to sobie myślę, że nie potrzeba wojny atomowej, by nasza cywilizacja cofnęła się w rozwoju.”
Być może, że pan doktor w przesadził w ocenie opisywanego przez siebie zjawiska i pewne odosobnione przypadki w sposób nieuprawniony uogólnił. Sądzę jednak, że to zacytowane przeze mnie zdanie ma wartość ponadczasową. I dotyczy – jak już o tym wspomniałem - rozmaitych życiowych dziedzin.

czwartek, 2 września 2010

Kaczyński

To że wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego na zjeździe Solidarności będzie wydarzeniem, było oczywiste nawet dla tych, którzy uważają, że jest on tylko bełkoczącym durniem. Nawet dla nich, bo nawet jeśli są przekonani, ze każde odezwanie się Kaczyńskiego nie niesie nic, jak tylko nieistotny szmer, to z jakiegoś powodu, wsłuchują się w każde jego słowo i odbierają je z najwyższą złością, czy choćby tylko niepokojem. A co mówić o tych, którzy świetnie wszystko wiedzą i właśnie dlatego są w nieustannym pogotowiu?
Stanął więc Jarosław Kaczyński przed Solidarnością i wygłosił mowę, która, jeśli wziąć pod uwagę te niezwykłe okoliczności, była mową historyczną. To co nam w niej przekazał, to przede wszystkim to, ze jest nadal przywódcą, że jest przywódcą największym, i że wobec całego tego kłamstwa, które nas oblepia, wobec tej całej agresji, on nie zamierza się poddawać, nie zamierza ustępować, a walcząc, nie zamierza ani o milimetr zmniejszać swoich aspiracji i ograniczać żądań. Było czymś niezwykle znamiennym, że mówiąc o walce, Jarosław Kaczyński nawiązał do początku strajku w Stoczni i do pierwszych decyzji, dotyczących tego, jak daleko można pójść. I że przenosząc to pytanie – jak daleko można pójść – do dni, których jesteśmy świadkami, tak mocno i zdecydowanie odpowiedział, że najdalej. Że nie wolno się bać, nie wolno tracić wiary, nie wolno ustępować nawet w rzeczach pozornie nieistotnych. Że trzeba być odważnym.
W kontekście, w jakim to przemówienie było wygłaszane, w tej naszej pełnej rozpaczy sytuacji po 10 kwietnia, w tej naszej niepewności co do przyszłości, te słowa musiały zabrzmieć tak jak zabrzmiały. A dla tych, dla których były przeznaczone może jeszcze bardziej, niż do zebranych na zjeździe delegatów i do nas, z całą pewnością były dewastujące. I oni to z całą pewnością poczuli. I nie ma znaczenia, jak bardzo dziś cały System stara się to wystąpienie przykryć tworzeniem sztucznych legend, jak bezczelnie i bez cienia wstydu atakuje nas tą kłamliwą propagandą. Bo te słowa padły. I nawet jeśli za chwilę wszyscy je zapomnimy i ponownie zanurzymy się w naszym żalu i bezradności, tego że one padły, nic już nie zmieni. I dopóki on żyje, nic też nie zmieni faktu, że on jest i że walczy i nie planuje jakichkolwiek ustępstw. I oni to już świetnie wiedzą.
Muszę przyznać, że w tym co sobie myślę na temat Jarosława Kaczyńskiego i jego miejscu na naszej politycznej scenie, wszystko właściwie układa mi się gładko i bez szczególnych luk. Jest jednak coś, co mi nie daje spokoju. Otóż jest oczywiste, że otacza nas wielu ludzi – i akurat nie mówię tu o zwykłych zjadaczach chleba, ale o tych co im ten chleb dostarczają – którzy, co bardzo zgrabnie wyraził Janusz Palikot, uznają, że ten rok będzie można dopiero uznać za dobry, jeśli w ciągu tych paru miesięcy zdąży jeszcze umrzeć Jarosław Kaczyński. Z drugiej strony, jestem głęboko przekonany, że usunięcie ze sceny Jarosława wcale nie jest dla Systemu korzystne. Wręcz odwrotnie. W momencie jak już nie będzie nie tylko Lecha ale i jego, oni nie będą mieli jakiegokolwiek już alibi do rządzenia, i jeśli nie znajdzie się nic lepszego, stracą władzę nawet na rzecz Towarzystwa Przyjaciół Nowego Dworu Mazowieckiego, albo czegoś równie potężnego.
A więc w tej sytuacji, zaczynam lekko modyfikować swoje wcześniejsze podejrzenia. Otóż biorę pod uwagę, że to gadanie o śmierci Jarosława Kaczyńskiego jest tylko takim prostym zabiegiem mającym na celu podtrzymanie społecznej nienawiści do jego osoby. Natomiast to na czym Systemowi zależy najbardziej, to doprowadzenie do takiej sytuacji, by Jarosław Kaczyński, nawet jeśli nie stracił zmysłów, jak powiedzmy Wałęsa, to żeby wpadł w niekończącą się i nieogarniętą depresję. Żeby przestało mu na czymkolwiek zależeć, żeby stał się zgorzkniałym byłym już politykiem, plotącym jakieś dziwne rzeczy na temat katastrofy samolotu, w której kiedyś zginął jego brat, i żeby można było nadal bezkarnie w niego walić, a ogłupiałym wyborcom tłumaczyć, że jeśli coś idzie nie tak, to wyłącznie przez niego – przez Kaczora. Taka sytuacja byłaby dla Systemu idealna. Żeby Jarosław Kaczyński był nikim, ale żeby jednocześnie i wciąż był, i żeby był na tyle, żeby można było z niego szydzić, na jego temat żartować, a jednocześnie nim straszyć.
Właśnie dlatego myślę sobie, że rozumiem, co czuli wszyscy oni, i to nawet nie wtedy, gdy Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu na Zjeździe zapowiadał, że nie dość że nie ustąpi, to w dodatku nie ustąpi nawet o cal, że odwaga to wartość bezcenna, a tchórzostwo i utrata nadziei, to grzech, ale już potem, podczas przymówienia Krzywonos, kiedy tak bardzo wyraźnie widać było jego niewzruszoną, czasem lekko rozbawioną, a czasem tylko pobłażliwie obojętną, twarz. Oni musieli się wtedy sfajdać ze strachu, a najgorszym wypadku po prostu wściec. Gdy nagle się okazało, że to na co oni czekali od pierwszej chwili, kiedy zwycięstwo Komorowskiego w wyborach prezydenckich stało się oczywiste, nie nadeszło i już nie nadejdzie. Że Jarosław Kaczyński ani się nie załamał, ani nawet szczególnie nie osłabł. Że te wszystkie plotki o tym, że jego pozycja w PiS-ie już nie jest taka jak była, i że on nawet planuje jesienią wycofać się z polityki, to tylko puste marzenia. Myślę że wiem, co oni wtedy poczuli. Aż czuję ten smród.
Jestem pewien, że to coś dziś obserwujemy zarówno w mediach jak i na ulicy, a więc ową potężną agresję propagandową przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu z jednej strony, a Solidarności, jako tej wielkiej siły, która go w tych dniach nie opuściła ani na moment, z drugiej, a co – jak wspominałem w poprzedniej mojej notce – tak bardzo rozbiło psychicznie mojego syna, to nic innego jak efekt tego zawodu jakiego doznał System w momencie, gdy dowiedział się, że walka nie dość że się nie skończyła, to niewykluczone, że dopiero teraz się zacznie. Młody Toyah zwrócił mi wczoraj uwagę na to, że ta obłąkańcza akcja organizowana wokół Krzywonos nie miałaby przecież jakiegokolwiek uzasadnionego powodu, nawet gdyby ona faktycznie była tym, za kogo się podaje, i nawet gdyby każde jej słowo odnośnie Jarosława Kaczyńskiego było prawdziwe i uzasadnione. No bo jakiż to powód, żeby z dnia na dzień stać się aż taką legendą? Że co? Że ona trzydzieści lat temu rozpoczęła strajk miejskiej komunikacji, a dziś wdarła się dzielnie na trybunę i powiedziała Kaczyńskiemu, że jest idiotą i uzurpatorem? A cóż to za wyczyn?
Bo jest tak że mój syn ma jak najbardziej rację. Krzywonos nie jest tu elementem w jakimkolwiek stopniu pozytywnie zorganizowanym. Złożyło się tak, że ona akurat siedziała za Tuskiem i Komorowskim i w pewnym momencie któryś z nich jej powiedział, że niech idzie i coś powie, więc poszła i powiedziała. A kiedy już na spokojnie przeanalizowano całe zdarzenie, a razem z nim reakcję Jarosława Kaczynskiego na to wszystko, postanowiono skorzystać już z wszystkich możliwych środków i metod, żeby… no właśnie, żeby co? Otóż tego akurat nie bardzo wiadomo. Żeby nabić Krzywonos 50, albo 100 tysięcy wejść na Facebooku? A cóż to za wynik? To już nawet Korwin-Mikke ma więcej. Żeby obrzydzić ludziom Kaczyńskiego? Bardziej i tak się nie da. A więc może po to, żeby Krzywonos zarobiła sobie na książce? Nawet jeśli nie to było celem – a nie było – to pozostanie zapewne jedynym wymiernym efektem całej tej afery.
Bo to o co mogło Systemowi chodzić, a więc doprowadzenie Jarosława Kaczyńskiego do psychicznej i ludzkiej ruiny, jak widać bardzo wyraźnie, się nie udało. Mają wszystko. Mają prezydenta, rząd, służby, media, wymiar sprawiedliwości, opinię publiczną, popkulturę – wszystko. A jego nie złamali. Wręcz przeciwnie. Wystarczy na niego popatrzeć, by widzieć to co tam zwyczajnie jest. To przekonanie, że odwaga to cnota, a rezygnacja to obciach.
Proszę więc się nie martwić. Jeśli on się nie martwi, to nam już naprawdę nie wypada. A co do naszych zwykłych, codziennych spraw, ponownie proszę wszystkich o finansowe wspieranie tego bloga. Przepraszam i dziękuję.

środa, 1 września 2010

O skakaniu przez mury, o zatrzymywaniu tramwajów i o przygnębieniu końca lata

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek nas to spotka, ale kiedy młodszy Toyah wreszcie popadł w przygnębienie, to okazało się nie być to standardowe, znane wszystkim przygnębienie typu ‘Benjamin Braddock’, a zatem – „martwię się swoją przyszłością”, ale to straszne przygnębienie, jakie nas wszystkich od czasu do czasu dotyka, kiedy wiemy, że takie pojęcia jak prawo, sprawiedliwość i prawda to fikcja i bzdura, którą się zajmują już tylko nieliczni pasjonaci. Kiedy więc patrzę na niego, jak autentycznie gaśnie, doskonale wiem, co on czuje. Mnie na przykład zdarzyło się coś podobnego jeszcze w roku 1992, kiedy to Jan Olszewski wygłaszał swoje wielkie, pożegnalne przemówienie, i każdemu przeciętnie wrażliwemu człowiekowi musiało się zdawać, że co jak co, ale to musi ruszyć nawet klozetową deskę, a naprzeciwko siebie miał wyłącznie zarykiwujących się ze śmiechu Wałęsę z Wachowskim i Drzycimskim, a tuż obok wielkich polskich patriotów, syczących przez zaciśnięte zęby „precz!”. Pamiętam swoją z jednej strony bezradność, a z drugiej zdumienie, że jak to możliwe, żeby choćby nawet jeden z nich – choćby jeden – nie przystanął i nie pomyślał, że oto jest ten moment, kiedy trzeba dać świadectwo.
Chodzi więc biedny Toyah, nie wie co z sobą zrobić, i wciąż pyta: „Jak można? Jak można?” A co ja mam powiedzieć? Staram się go więc pocieszać, że to jest trochę taka gra; że niech sobie przypomni minę Jarosława Kaczyńskiego, Marka Kuchcińskiego i Jolanty Szczypińskiej podczas wystąpienia Krzywonos. Niech spróbuje zrozumieć, że skoro oni wiedzą, że to jest wszystko jedynie większe lub mniejsze gówno, to czemu my nie możemy się tym pocieszyć? Że nie trzeba wszystkiego brać aż tak serio. Tylko co zrobię, jak on mi podpowie cytatem, że „dla was to fraszka, nam chodzi o życie”? I oczywiście, będzie miał rację. Bo nam faktycznie chodzi o życie.
Zwłaszcza że wciąż pamiętam poważny, głęboki głos Jana Olszewskiego, kiedy opowiadał, jak wyjdzie na poranny warszawski świt, będzie szedł tymi ulicami, i będzie miał ze sobą tylko tę uczciwość i poczucie, że się nie sprzedał, a wokół niego widać było tylko te zawzięte twarze ludzi niewzruszonych i nie czujących ani żalu, ani wstydu, ani nic, poza głębokim przekonaniem, że to tylko taka gra, gdzie jedni są na górze, a inni na dole. To był czas, kiedy Lech Wałęsa z trudem i mozolnie zaczynał odzyskiwać utracony teren, a myśmy wpatrywali się w to kłamstwo i wciąż pytali – „Jak można?”
Jak informuje bloger leszek.sopot, a obok niego inni świadkowie zdarzeń sprzed 30 lat, a ja, nawet jeśli mam powody by niektórym z nich wierzyć w stopniu ograniczonym, to niekoniecznie w tym wypadku, Henryka Krzywonos nie dość, że nie rozpoczęła strajku tramwajarzy, ale – wręcz przeciwnie – rozpoczynać go nie za bardzo nawet miała ochotę. Potwierdza to Krzysztof Wyszkowski, człowiek, który też był na miejscu, więc musi wiedzieć, co mówi. Wspiera ich w tej wiedzy IPN. Może oni wszyscy kłamią? Może. Kto wie? Mogą kłamać. Nie oni pierwsi, nie ostatni. Tyle że to bardzo łatwo wyjaśnić. Wystarczy zorganizować skromną debatę i problem z głowy. Tu przecież nie chodzi o opinię. To jest kwestia nazwisk, dat, zdarzeń. Tam byli żywi ludzie. Można ich skonfrontować. Ale nie ma debaty. Jest wyłącznie rechot i zaciśnięte zęby. Wyszkowski błaga Borusewicza, apeluje do resztek jego przyzwoitości, by powiedział prawdę, by zaświadczył. Przecież on wie i pamięta. A on nawet nie piśnie. Błaga go Guzikiewicz, niech coś powie, niech tak okropnie nie kłamie. Cisza. I uśmiech. I obłudna oferta zgody i przyjaźni. I zapomnienia.
Co mam powiedzieć młodemu Toyahowi? Żeby się przestał przejmować? Że niech lepiej myśli o tym, że za chwilę pójdzie do dentysty i go będzie bolało, i że niech się tym martwi? Najwyżej nie pójdzie. I tak nie ma pieniędzy.
Spróbujmy więc tak. Minęło właśnie trzydzieści lat, jak Lech Wałęsa niezbadanym cudem, czy może zrządzeniem losu, znalazł się w strajkującej stoczni i wywrzeszczał sobie przywództwo. Minęło trzydzieści lat, jak całe zło tego świata utrzymuje wielki, dumny naród w środku Europy – a z nim cały świat – w idiotycznym przekonaniu, że ów człowiek przeskoczył mur tak wysoki, że się go przeskoczyć zwyczajnie nie da, i że tak oto narodziła się legenda. Trzydzieści lat, kiedy każdy głos tłumaczący fakt tak oczywisty, że nie ma mowy o jakimkolwiek skakaniu, był w jednej chwili uciszany, a jak się jednak mimo to jakoś przebił, to w jeszcze krótszym momencie zostawał wyszydzany. Trzydzieści lat, jak nawet najbardziej rzetelne dokumenty historyków dowodzące, że nie mogło być skaczącego przez mur Wałęsy, były ośmieszane i lekceważone. Kilka tygodni temu, ni stąd ni z owąd, ogólnopolska telewizja TVN24 nadała poważnej długości i równie poważnego kształtu reportaż, w którym właściwie jednoznacznie, bez udawania, że mogą tu być jakieś wątpliwości, wykazała, że Wałęsa nie skakał przez żaden mur, bo to z wielorakich przyczyn było niemożliwe. Później – z niezwykłych zupełnie powodów – przypomniała, że najprawdopodobniej Wałęsa został przywieziony do Stoczni wojskową motorówką. Wreszcie, poproszono samego Wałęsę o wyjaśnienie tej zagadki, a on – z charakterystycznym dla siebie brakiem przytomności – odpowiedział, że to nie jest w ogóle ważne, czy on przeskoczył przez mur, czy został tam przywieziony przez komunistyczne służby, bo to co się liczy, to fakt, że on obalił komunizm…
Czekaliśmy trzydzieści lat, aż wreszcie ot tak, bez wyraźnej przyczyny, bez wyjaśniania powodów tego wieloletniego kłamstwa, a nawet bez jakiejkolwiek dyskusji, System przyznał, że Wałęsa znalazł się w Stoczni wyłącznie decyzją ówczesnych władz, dla im tylko znanych powodów i zamiarów. Piszę, że odbyło się to bez jasno podanej przyczyny, bo za tym ujawnieniem, nie poszły żadne kolejne ruchy. O co więc chodziło? Pewnie System chciał coś Wałęsie powiedzieć. Bo przecież nie nam. W każdym razie, mu to coś powiedział i Wałęsa resztkami sił musiał zrozumieć choćby tylko to co w tym przekazie było najważniejsze. No musiał, skoro Donald Tusk nawet wpiął sobie w klapę odpowiedni znaczek.
Trzydzieści więc lat. To szmat czasu. Nie ma żartów. Młody Toyah zastanawia się, jak długo będzie jeszcze trwała ta histeria z Krzywonos. Bóg jeden wie. Czasy stają się coraz ciekawsze. Metody stały się jeszcze bardziej wymyślne, a przy tym skuteczne ja sto szatanów, więc może być różnie. Jedno już jednak wiemy na pewno. Nie ma takiego kłamstwa, które by się obiło o mur bezczelności. To już jest stan nie do odtworzenia. W jednym z poprzednich wpisów zasugerowałem nieco żartobliwie, ze Krzywonos jest szykowana na następcę Wałęsy. Że on najwyraźniej traci siły i nie wiadomo, ile jeszcze pociągnie przy w miarę stabilnej przytomności. Więc może to i tak będzie. Że to Krzywonos go zastąpi. Niektórzy mówią, że to może być trudne, bo cokolwiek by o Wałęsie nie mówić, to jedno mu należy oddać – on nie chlał. Przynajmniej nie chlał.
Dobra. Kończymy.. Idę po moje dziecko. Pokażę mu ten tekst i zobaczymy, czy mu się zrobiło lżej. A jak idzie o Was, to przychodźcie tu, i jak już nie raz prosiłem – jeszcze może ten miesiąc. A za wszystko dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...