sobota, 7 sierpnia 2010

O nich i o nas tuż przed skokiem

Im dłużej jestem zmuszony patrzeć na to co się dzieje wokół, najogólniej rzecz biorąc, polskiej polityki, tym bardziej nabieram przekonania, że z pewnego punktu widzenia to, że udało nam się nie wygrać tych wyborów, było rozwiązaniem jak najbardziej optymalnym. Myśl ta chodzi mi po głowie od kilku dobrych dni, a wczoraj została wzmocniona komentarzem naszego nowego kolegi Warsovnika: „Nic się nie zmieni - nawet, gdyby wygrał PiS, gdyż w takiej sytuacji i tak PiS znalazł by się w kleszczach opozycji. Po prostu PAT :/” Wszystko wskazuje na to, że jest to uwaga tak po prostu słuszna, że jedyne co sam mogę do tego dodać, to tylko tyle, co napisałem wyżej. Bo jest całkiem prawdopodobne, że to co dziś mamy, z pewnością jesteśmy jakoś w stanie wytrzymać. Gdyby natomiast Jarosław Kaczyński był dziś prezydentem, wtedy pewnie dopiero byśmy zobaczyli, co potrafi System naprawdę rozjuszony.
Proszę zwrócić uwagę na to, że sytuacja jaką sobie przez skuteczne przeprowadzenie smoleńskiego zamachu zapewnił reżim, powinna być dla nich najbardziej komfortowa z możliwych. Wydaje się, że im nie byłoby tak dobrze nawet gdyby całkowicie starli ze sceny politycznej wszelką opozycję. Mają na wyłączność i rząd, parlament, prezydenta, wymiar sprawiedliwości, banki, media, kulturę popularną, znaczny odłam hierarchii kościelnej… można wymieniać. Mają też bardzo silne wsparcie Rosjan z całym ich systemem agenturalnej osłony. A co być może nie najmniej ważne – bardzo dużą część, i to część bardzo emocjonalnie zaangażowaną, opinii publicznej. No i mają wreszcie to jakże ważne demokratyczne alibi, a więc osłabionego przeciwnika. I jedyne czego nie zdobyli, to ten krzyż. I proszę spojrzeć, jak są okropnie, mimo tego wszystkiego, wściekli.
Naprawdę nie jest tak trudno sobie wyobrazić, co by nam zgotowano, gdyby to wczoraj odbyło się zaprzysiężenie Jarosława Kaczyńskiego, a nie tego dziwnego człowieka z wąsem. Wystarczy tylko na chwilę zamknąć oczy, by sobie uzmysłowić, z czym byśmy mieli do czynienia nie tylko dziś, ale przez kolejne miesiące i lata, dzień po dniu, prawdopodobnie aż do kolejnej katastrofy, gdyby System naprzeciwko siebie miał już nie tylko ten krzyż i każde pojedyncze słowo oskarżenia, jakie on ze sobą niesie, ale również urząd Prezydenta RP, a na jego czele człowieka, któremu dopiero co ów System zamordował brata, a na dokładkę paru najbliższych przyjaciół, i który to człowiek – jak sam niedawno dobitnie oświadczył – żyje już tylko po to, żeby sprawę tych śmierci wyjaśnić. Ale nie tylko to. Bo wystarczy choćby na chwilę zamknąć oczy, by ujrzeć nawet nie tyle furię Systemu stojącego naprzeciwko prezydenta Jarosława Kaczyńskiego, ale właśnie bezradność Jarosława Kaczyńskiego stojącego naprzeciwko Systemu, który stracił nad sobą panowanie.
Dziś w telewizji natrafiłem na rozmowę z jakimś kolejnym profesorem, który powiedział, że kiedy on słucha wypowiadanych dziś przez Jarosława Kaczyńskiego słów pod adresem naszego wspólnego przecież, i demokratycznie przecież wybranego prezydenta, to jest autentycznie zszokowany. Bo on wie, że w polityce bywa różnie, ale takiej nienawiści i agresji on dotychczas nie widział. On sobie nie przypomina, żeby pięć lat temu, kiedy prezydentem został wybrany Lech Kaczyński, prawomocność tego wyboru była aż tak kwestionowana, a nienawiść do jego osoby tak wielka. O co poszło? O jedno zdanie. To mianowicie, że gdyby Bronisław Komorowski przed wyborami uczciwie przyznał, że jego pierwszą decyzją będzie usunięcie smoleńskiego krzyża, prawdopodobnie nie zostałby prezydentem.
A więc wraca ten krzyż. Zarzucono mi już tu nadmierny mistycyzm, który niechybnie prowadzi mnie w stronę czystego już szaleństwa. Ja wszystko rozumiem i rozumiem też zagrożenia jakie tego typu obsesja niesie. Nic jednak na to nie poradzę. Wyraziłem już wyżej swoją wiarę, że jeśli System – opisany tak jak to starałem się zrobić powyżej – który zamiast zająć się bieżącą krzątaniną, o dziwo zachowuje pełną bojową gotowość, to przyczyną tej gotowości jest ów krzyż. Nawet nie chodzi tu o krzyż fizyczny, stojący sobie na Krakowskim Przedmieściu, broniony i chroniony przez te parędziesiąt zdeterminowanych i dzielnych ludzi, ale Krzyż jako symbol tej ofiary złożonej przez pasażerów rządowego samolotu 10 kwietnia w lesie pod Smoleńskiem.. To właśnie ten Krzyż i ta Ofiara są powodem tego, że pewni ludzie nie mogą wciąż spać po nocach. Że każda ich radość, każda kolejna satysfakcja, każdy kolejny uśmiech, natychmiast gasną na tę jedna myśl – że żadne pieniądze i żadna władza nie kupi im spokojnego jutra.
Ktoś mnie w tej sytuacji zapyta, że co zatem proponuję. Albo – jeszcze gorzej – po cholerę w ogole tracę czas na prowadzenie tego bloga. Że powinienem może zamiast dalej wylewać swoje żale, napisać coś choćby o wczorajszym koncercie The Fall na katowickim lotnisku, a później już trzymać raczej ten kierunek. Otóż o tym nie ma mowy. 10 kwietnia został zamordowany polski prezydent i w efekcie tego wydarzenia Polska stała się terenem walki dobra ze złem o skali tak dramatycznej, jak prawdopodobnie nigdy wcześniej. Ta walka jest prowadzona – jak każda walka dobra ze złem – na dwóch poziomach. Poziomie magii i Słowa. Uważam, że nie powinniśmy się oszukiwać. Dziś jej nie możemy wygrać. W świecie aż tak zaklętym, Słowo jest niczym. Prawda stanowi wyłącznie pośmiewisko. Ten świat został zaczarowany i jedyne co go może poruszyć, to w tej chwili jest już tylko nasz spokojny upór i modlitwa. A więc konsekwentna realizacja tego co kiedyś Zbigniew Herbert potrafił wyrazić tymi prostymi słowami: „Bądź wierny. Idź”. Ale żeby to można było skutecznie wypełniać, musimy mieć sytuację czystą. Właśnie taką jaką mamy dziś. Tam są oni. Tu jesteśmy my. Żadnych niedomówień. I tak jest dobrze. To jest bardzo dobry punkt startu.

piątek, 6 sierpnia 2010

O igrzyskach z nożem w zębach

Właśnie z wakacji wróciły moje dzieci i opowiedziały mi historię, która choć nie powinna zaskakiwać, a może nawet nie powinna być szczególnie interesująca, zrobiła na mnie pewne wrażenie. Otóż jechały one w przedziale z dwiema starszymi paniami, które przez całą drogę z Krakowa do Katowic rozmawiały o polityce, główny nacisk kładąc na jak najbardziej kompleksowe opluwanie czegoś, o czym miały śladowe pojęcie, a co nazywały PiS-em. Ktoś powie, zwłaszcza gdy dodam, że owa paplanina, jaką obie panie produkowały była bardzo typowa dla tego typu kolejowych paplanin, że to standard i że faktycznie nie ma się czym zajmować. W tym jednak wypadku, jak to wynika z relacji moich dzieci, ciekawe było to, że pojęcie, jakie obie podróżujące kobiety miały w temacie, który je tak pasjonował, było znacznie jeszcze niższe od przeciętnej, do której przyzwyczajono nas choćby w programie Szkło Kontaktowe. Wystarczy wspomnieć choćby to, że znaczna część rozmowy zeszła im na tym, by opluwać niejakiego Arabskiego, który jako „prezydencki minister” podobno organizował lot do Smoleńska”, ronić łzy nad „bohaterskim” księdzem Jankowskim, którego Kaczyńscy tak zaszczuli, że aż umarł, i zachwycać się panią Komorowską, że jak na kobietę która urodziła pięcioro dzieci, jest uderzająco piękna i wystawowa.
A więc to był pewien powód, dla którego zainteresowała mnie ta sprawa. W końcu zawsze to ciekawe spotkać ludzi, których nienawiść do Kaczyńskich jest tak wielka również z tego powodu, że to oni zatrudnili kogoś takiego jak Tomasz Arabski i zniszczyli życie księdzu Jankowskiemu. Jest to jednak powód dobry, ale nie jedyny. Powiem wręcz że nie główny. Otóż zanim mój syn i córka wrócili do domu i zdali mi relację z podróży, obejrzałem w telewizji rozmowę z dwoma wybitnymi dziennikarzami, jednym z Newsweeka i jednym – dla równowagi pewnie – z Rzeczpospolitej. Rozmowa była dość długa, związana z zakończeniem prac hazardowej komisji śledczej, i dotyczyła jednego tematu: jak to mianowicie jest, że Platforma Obywatelska, wydawałoby się, wielokrotnie już i ostatecznie skompromitowana, i to skompromitowana daleko poza standardowym obszarem zwykłej politycznej kompromitacji, wciąż zachowuje i bardzo dobrą publiczną pozycję i co ciekawsze, świetne samopoczucie. Diagnozę dotyczącą kompromitacji poparły wszystkie trzy strony, a więc też i prowadzący rozmowę przedstawiciel ITI, natomiast wyjaśnienia tej sytuacji były tak mętne i pełne niekonsekwencji, że trudno by mi było wskazać na jakikolwiek konkret. Może poza jednym – również autoryzowany przez wszystkie strony – że to Donald Tusk, jako głowa i serce Platformy, tak świetnie prowadzi politykę, że ludzie zwyczajnie nie mają wyjścia i muszą Platformę popierać. No i, naturalnie, jeszcze tym, że PiS jest do bani.
Słuchałem więc rewelacji wypowiadanych przez tych dwóch mądrali, zachodziłem w głowę, jak to mogło się stać, że w sytuacji tak klarownej i tak nie wymagającej ani szczególnych kompetencji, ani większego intelektualnego wysiłku, można być tak tępym, żeby nie rozumieć dokładnie nic? Jak to możliwe, że dwóch dziennikarzy – a z ich wypowiedzi wynikało, że oni akurat nie są głównymi przedstawicielami frontu ideologicznego III RP – przecież jakoś tam znających się na rzeczy, nie potrafi zdiagnozować najprostszej społecznej prowokacji? Jak to wreszcie możliwe, że doszło do sytuacji, gdzie – i tu wraca problem pań z pociągu – dwóch wykształconych branżowych specjalistów, jest tak głupich, jak dwie rozprawiające na temat polityki biedne, otumanione propagandą kobiety z jakiegoś pociągu? Ktoś kto zechce naszych dziennikarzy wziąć w obronę, powie mi, że oni na pewno wiedzą o co chodzi, tylko albo nie chcą, albo nie mogą tego powiedzieć, bo to telewizja i takie tam. Otóż nie. Odpowiedź na pytanie, dlaczego nie istnieją granice publicznej kompromitacji projektu o nazwie Platforma Obywatelska nie jest w najmniejszym stopniu niecenzuralna. Ona nie jest ani niecenzuralna, ani też w jakimkolwiek stopniu rewelacyjna. Znają ją wszyscy normalni ludzie, obserwujący politykę w miarę z bliska, i to bez względu na polityczne afiliacje. Wiedzą to ciemni ludzie ze wsi, wykształceni ludzie z wielkich miast, i ciemni i wykształceni ludzie z małych miasteczek, a tą odpowiedzią jest nienawiść. Właśnie nienawiść. Nienawiść jako od początku do końca polityczny projekt.
Pięć lat temu, ktoś – pisałem już o tym tu, że nie mam pojęcia kto – wpadł na iście szatański, a jednocześnie prosty jak cep, pomysł, że Prawo i Sprawiedliwość będzie można zniszczyć w jeden tylko sposób. Otworzyć mu dwa fronty walki i, samemu prowadząc wojnę tylko na jednym froncie, wypowiedzieć wojnę na wyniszczenie. Dokładnie rzecz biorąc, plan był taki, że Platforma nie będzie robiła nic, jak tylko przy pomocy wszystkich dostępnych środków, i bez jakichkolwiek ograniczeń prowadziła przeciwko PiS-owi bezprzykładną kampanię nienawiści, przez co PiS będzie zmuszony do, z jednej strony, nieustannej obrony przed atakami, a z drugiej – do zwykłej działalności opozycyjnej, polegającej na wskazywaniu błędów rządu i proponowaniu konkretnych, merytorycznych rozwiązań. Efekt tego jest taki, że PO – oczywiście przy wykorzystaniu mediów i całej kultury popularnej – obrzuca PiS gradem najcięższych, choćby najbardziej absurdalnych oskarżeń, spod których politycy PiS-u próbują się od rana do wieczora wygrzebywać, jednocześnie odpierając nowe ataki, a opinia publiczna jest tak zaabsorbowana tą szarpaniną, że nie ma ani siły, ani ochoty, żeby zwrócić uwagę na to, co się dzieje na tym drugim froncie, gdzie PiS oczywiście może sobie jako skuteczna i mądra opozycja nawet i wygrywać, choćby dlatego, że tam akurat już od dawna nikogo i tak poza nimi nie ma.
Kilka dni temu, idealnie, choć nie wiem, na ile świadomie – w jego sytuacji to już może być instynkt – opisał tę politykę i wykazał jej doskonałą skuteczność Tadeusz Mazowiecki, mówiąc, że Platforma Obywatelska powinna dziś całkowicie zarzucić bieżąca pracę administracyjną i skupić się wyłącznie na niszczeniu PiS-u. Sugestia, jak się zdaje, była taka, że państwo sobie tak czy inaczej jakoś poradzi, natomiast dopóki gdziekolwiek na horyzoncie będzie widać sylwetkę nie niepokojonego niczym Jarosława Kaczyńskiego, System nie zazna pełnego spokoju. I tak to się właśnie toczy. Gdyby całą sytuację strywializować, można by sobie ją przedstawić tak, że System mówi na przykład – znów te panie z pociągu – że swoją kampanią nienawiści w stosunku do śp. Henryka Jankowskiego, Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło biednego księdza do śmierci, PiS broni się przed tym absurdem, krztusząc się ze złości i oburzenia i zarzuca Platformie bezczelne kłamstwo, na co Platforma wpada w histerię, że PiS, wbrew obietnicom przedwyborczym Jarosława Kaczyńskiego, w dalszym ciągu prowadzi kampanię nienawiści, a najlepszym tego dowodem jest podły język jakiego używa… a społeczeństwo z tego rozumie tylko tyle, że faktycznie trzeba coś z tym PiS-em zrobić, bo tak dłużej się nie da żyć. A co dopiero skutecznie rządzić? I jakie w tej sytuacji wrażenie na kimkolwiek może robić to, że rząd właśnie zaczął prowadzić politykę systematycznego podwyższania VAT-u, czy że przewodniczący Sekuła na zlecenie władz swojej partii zdemolował pracę komisji śledczej? Zwłaszcza, że już zaczynają się na głowę polityków PiS-u walić kolejne oskarżenia. Najlepiej jakieś takie bardziej odpowiednie do pogody, a więc, że na przykład to Jarosław Kaczyński zabił swojego brata, żeby wraz ze swoją bratanicą wyłudzić odszkodowanie.
Ktoś kiedyś bardzo mądrze zwrócił uwagę na fakt, że Platforma będzie tak długo bezpiecznie rządzić, jak długo PiS będzie funkcjonował jako w miarę silna opozycja. Że w momencie jak PiS przestanie istnieć, w jednej sekundzie przestanie istnieć też Platforma. Bo jeśli już nie będzie nie tylko chleba, ale zabraknie też igrzysk, to ludzie tego nie zniosą. I to właśnie spostrzeżenie potwierdza moją tezę. Cała siła Platformy Obywatelskiej bierze się stąd, że przez nienawiść którą rozpętała w stosunku do braci Kaczyńskich – dowody wskazują na to, że to wciąż muszą być obaj bracia – oni skutecznie odwracają uwagę od swojej nędzy. Bardzo mądra, jak mówię ta diagnoza, natomiast niezwykle głupia jest jej już dalsza część, gdzie tłumaczy się nam, że w ogólnym rozrachunku to PiS jest winien całej sprawie, bo trzeba było… i tu pada cały szereg najróżniejszych porad, które PiS powinien wykorzystać, ale jakoś nie chce. I przez to przegrywa. Co w tej opinii takiego głupiego? To mianowicie, że ona jest tak samo sensowna jak rada udzielona komuś kto, przy aplauzie przechodniów, jest brutalnie lżony, bity i wdeptywany w ziemię, żeby przestał bez sensu machać rękami, tylko spokojnie siadł i się zastanowił, jak tu ten pojedynek po prostu i zwyczajnie wygrać. No i przed wszystkim, żeby, kiedy się pyta „O co chodzi?”, nie dodawał „kurwa”, bo to jest język, którego tolerować nie można.
Tak więc wygląda sytuacja. Z jednej strony mamy najbardziej oczywisty terror, podczas którego ci którzy biją, niszczą i podpalają wiedzą, że w momencie jak przestaną, to przegrają, z drugiej bandę przyjezdnych gapiów, którzy z tego podniecenia nie potrzebują już nawet wiedzieć, kto jest kto, a z trzeciej inną grupę, tym razem lokalnych już ekspertów, którzy są równie głupi jak tamci, i równie jak tamci nie wiedzą, kto co i jak, tyle że muszą się wciąż mądrzyć, że oni by to rozegrali inaczej i lepiej, niż ci ludzie pochowani w domach i starający się już tylko chronić życie i dobytek. A oczywiście – co należy tu koniecznie podkreślić – jedyny we wsi kościół już dawno został zamknięty na cztery spusty, proboszcz siedzi w gościnie u biskupa, gdzie oto podano królika w potrwawce, a nad tym wszystkim czuwa jakiś Władimir, który to wszystko zaczął, i wyraźnie ostrzega, że jak tylko ktoś spróbuje zakończyć ten rytuał, to on naprawdę się, job twoju mać, zdenerwuje. W końcu chamstwa nie tolerujemy, prawda?

czwartek, 5 sierpnia 2010

Czy biskupi lubią sobie pożartować?

Przyznaję, że telewizję w tych dniach oglądam w wymiarze minimalnym, gazet nie czytam w ogóle, radia nie słucham jak nie słuchałem, a więc wiem o tym co się dzieje raczej z tych strzępów, które do mnie trafiają przypadkiem, lub z relacji osob zaprzyjaźnionych. Jednak intensywność szaleństwa, które po 3 sierpnia ogarnęło System, a z nim automatycznie, służące mu media, poraża bardziej niż kiedykolwiek chyba wcześniej. To znaczy, ja wiem, że przez te minione 20 lat bywało różnie. Że choćby po zamachu na rząd Jana Olszewskiego, i przy okazji tych wszystkich zawstydzających wydarzeń, jakie miały miejsce w następstwie tego zamachu mogliśmy bardzo dokładnie sprawdzić co potrafi zrobić ów System nie tylko z przeciwnikiem politycznym, ale z pojedynczym człowiekiem i z jego rodziną. Biorę też pod uwagę, że tak jak czas leczy złą pamięć, tak i ja mogłem już zapomnieć, co potrafią ci wszyscy, którzy nie znają skrupułów. Mimo to, te ślady nowego, zupełnie świeżego kłamstwa powodują dreszcz. A to znaczy, że jednak mimo wszystko zdążyliśmy odwyknąć.
Oczywiście pocieszam się, że skoro wspomniany System zdecydował się aż na takie uderzenie, że przy okazji gubiąc wszelkie pozory, stracił też choćby teoretyczną wiarogodność, musi to oznaczać, że były ku temu specjalne powody. Jeśli dziś, jak słyszę, od rana do wieczora dziennikarze najbardziej wpływowej, a więc wydawałoby się szczególnie wrażliwej na prestiż, stacji telewizyjnej, jaką jest TVN24, nie próbują nawet udawać, że wobec tego ciężkiego przecież i bardzo rozległego społecznego konfliktu, gdzie Polska została przecięta na pół, zachowują zawodowy dystans, to myślę sobie, że musieli własnie otrzymać bardzo wyraźne polecenie – walić ostro i równo! Jeśli się nie mylę i to co widzę, to fakt, wiem, że to z czym mamy do czynienia , to nic innego jak obłędny wrzask Zła, zranionego zwycięstwem prostej, skromnej pobożności. A jeśli tak jest, to niech ci wszyscy, którzy tej wiary strzec przyrzekali, a w tym tak bardzo przestraszeni biskupi, otworzą oczy bardzo szeroko.
Właśnie obejrzałem w telewizji rozmowę, jaką z komunistycznym posłem Iwińskim i z jednym z obrońców krzyża, protekcjonalnie nazywanym „panem Januszem”, dla wspomnianego TVN24 przeprowadził dziennikarz, którego nazwiska nie pamiętam i jakoś nie żałuję. Sam już oczywiście pomysł, żeby w ramach demokratycznej wymiany poglądów zestawić obecnego w studio, wypasionego komunistycznego profesora, z zahukanym, stojącym ze słuchaweczką w uchu przed kamerą w tłumie na Krakowskim Przedmieściu człowiekiem – właśnie człowiekiem – był wystarczająco kuriozalny, by nie powiedziec podły, ale to co zrobiło największe wrażenie to sytuacja, w której ów człowiek – właśnie człowiek – miał przeciwko sobie nie jednego, lecz dwóch przeciwników. To i sposób, w jaki ci przeciwnicy się z nim rozprawili…
Oszczędzę tu nam wszystkim dokładniejszej relacji z roboty dziennikarskiej, która pozwala, by do jednego z rozmówców zwracać się per „panie profesorze”, a do drugiego „panie Januszu”, z wyłącznie jedna intencją, aby ostatecznie jednemu na koniec uprzejmie podziękować za rozmowę i się z nim grzecznie pożegnać, a drugiemu bezczelnie odebrać głos i wysłać na przysłowiowy księżyc bez jednego słowa podstawowego szacunku. To jest bowiem standard. To są bowiem tacy ludzie. Oni wiedzą dokładnie tyle, i ta wiedza ich cywilizacyjnie i kulturowo skutecznie ogranicza. Chciałbym tu akurat zwrócić uwagę na pewien moment, kiedy to doszło pod sam koniec, już po zamknięciu ust człowiekowi spod krzyża, do szczególnej wymiany między obiema gwiazdami. Iwiński powiedział cos mniej więcej takiego” „Proszę spojrzeć na kraje europejskie, kraje typowo katolickie, takie jak Francja, najstarsza córka Kościoła, czy Włochy. Proszę spojrzeć na kraj absolutnie katolicki, jak Meksyk, gdzie księżom nie wolno wychodzić poza kościół w strojach duchownych. Czy w takiej Francji, kraju par exellence katolickim, czy gdzie indziej mogłoby dojść do czegoś takiego, z czym mamy do czynienia w Polsce?” I na to jak dziennikarz powiedział tak: „To ja może odpowiem. Nie. Nie mogłoby do czegoś takiego dojść.”
I tu nastąpiło eleganckie pożegnanie i koniec występu.
O co mi chodzi? O to mianowicie, że doszło do sytuacji, w której jeden autentyczny komunista z jak najbardziej historycznymi gwarancjami i – mogę się założyć o wszystko – modelowo bezbożny dziennikarz modelowo bezbożnej stacji telewizyjnej, załamują ręce nad Polską, jako krajem wciąż niedoskonale katolickim. I nawet nie chodzi o to, że oni nam jako wzór podają Meksyk, gdzie państwo, żeby osiągnąć stan jaki mamy obecnie, księży katolickich zwyczajnie, niemal w majestacie prawa, mordowało. I że czyniło to systematycznie i planowo. Nie chodzi też o to, że oni gadają nam o Francji, gdzie ludzie o tym, że zbliżają się święta Wielkiej Nocy wiedzą wyłącznie stąd, że w sklepach pojawiają się jakieś dziwne zające z ciasta czy z czegoś, a jak się sprzedawcy zapytają, to on ich wyśle do kierownika i ten im może wyjaśni. Chodzi o to, że dwóch kompletnie nam kulturowo obcych ludzi kieruje do nas naukę związaną z czymś, o czym oni ani nie mogą mieć zielonego pojęcia, ani też nie za bardzo mają moralne prawo, żeby na te tematy się wypowiadać. I że oni tę naukę najwyraźniej kierują nie do swoich kumpli, którzy, gdyby tylko mogli, to Jezusa by ukrzyżowali jeszcze raz, tyle tylko, że tym razem, zwróciliby się do rosyjskich naukowców, żeby coś zrobili, żeby On nie zmartwychwstał, lecz do nas. Właśnie do nas. I to jest autentycznie ogłuszające.
Ale jest jeszcze coś. I tu znów będę musiał postąpić wbrew sobie i powtórzyć coś, z czego każde słowo pali mnie jak ogień. Robiąc to, tłumacząc nam, czym jest wiara, nadzieja i miłość, czują za sobą bardzo potężne wsparcie. Wsparcie ze strony znacznej części polskich biskupów. Kiedy pisze ten tekst, w studio TVN24 leci debata między Ryszardem Kaliszem, Januszem Palikotem i Jarosławem Kuźniarem. Własnie Palikot zażartował, że trzeba być idiotą, żeby komukolwiek w upalny dzień polecać ciepłego Lecha. Wszyscy się śmieją. Bardzo jest miło. Szkoda że nie zaproszono księdza Sowy. Ciekawe, jaki ma śmiech?
I jeszcze jedno. Czy to możliwe, że grzech się aż tak dynamicznie kumuluje?

Czy wiedzą, że kłamią?

W ciągu minionych paru dni – zarówno w sprawie krzyża, jak i w gruncie rzeczy w każdej innej – jak bumerang wraca dylemat, czy to co widzimy, to prowokacja, czy może oni wszyscy tak naprawdę. Parokrotnie wyrażałem tu opinię, że osobiście wolałbym, żeby to była prowokacja, a więc pewien gest bezradności władzy, czy, może lepiej – Systemu. Uważam, że byłoby znacznie lepiej, gdyby ten wróg był opisany właśnie tak precyzyjnie. Wręcz pokazany palcem. Niedobrze natomiast bym się czuł, gdyby – jak tego sam się obawiam, i na co wskazuje wielu komentatorów – to kłamstwo, którego jesteśmy świadkami, było już wyłącznie ostatecznym efektem owej prowokacji. Gdybyśmy mieli uznać, że to czego doświadczamy, było już wyłącznie czystym szaleństwem.
Chciałbym to co mam na myśli pokazać na przykładzie najbardziej, że tak powiem, prymitywnym. W pewnym momencie na tym blogu pojawił się komentator, który bardzo głęboko nie zgadzał się z tym co tu powstaje i chciał dyskusji. On o tę dyskusję apelował, prosił, wręcz błagał. W momencie kiedy – z różnych względów – jej nie otrzymał, lub otrzymał, lecz w stopniu niezadowalającym, wybuchnął prawdziwą furią i wyzywał zarówno autora tego bloga, jak i tych, którzy tu spędzają czas od „diabelskich pomiotów”, „goebelsowskich gnid” i takich tam. Obłąkańcza siła tej reakcji kazała mi się zastanowić, czy za tym co widzimy stoi jakiś plan, czy to jest już tylko obłąkanie. I muszę powtórzyć raz jeszcze – mam nadzieję, że to plan. Że ów komentator to wyłącznie jakiś bardzo zaangażowany członek młodzieżówki Platformy Obywatelskiej, lub dziennikarz skierowany na internetowy front przez swoją redakcję, lub jakiś funkcjonariusz ABW, który dostał polecenie rozwalenia tego bloga, lub choćby jego zdestabilizowania, byle, broń Boże, nie jakiś obywatel, który tak bardzo żyje nienawiścią do tego, co tu się pisze, że zgodził się nawet zrezygnować z życia prywatnego, by tylko i nas i siebie nieustannie swoim szaleństwem zadręczać. Powtarzam – pieniądz to jest przynajmniej coś realnego. Obłąkanie? Już nie.
Od momentu jak Bronisław Komorowski, lub może raczej jego inżynierowie, wprowadzili do debaty publicznej problem krzyża na Krakowskim Przedmieściu, a już zwłaszcza od chwili, kiedy okazało się, że plan, który stał na początku tego wszystkiego nie wypalił, jak idzie o pokaz najbardziej brutalnej wspieranej przez najbardziej brutalną propagandę, obserwujemy PRL w stanie najczystszym. Wściekłość, jaka została obudzona bezprzykładnym zwycięstwem Krzyża – w dodatku połączona z tak strasznie bolesną i zawstydzającą porażką polskiego Kościoła hierarchicznego – każe nam się jeszcze raz zastanowić nad tą starą bardzo kwestią, którą mój świętej pamięci ojciec zechciał przed wielu, wielu laty tak celnie wyrazić: „Czy on wie, że on kłamie?” Troszeczkę nam sprawę rozjaśniła relacja blogera podpisującego się Imhotep, którą pozwolę sobie przywołać tu w całości:
„Byłem całą noc pod krzyżem. Panie i Panowie, wychodzi, że to już. Całą noc kilkanaście do trzydziestu modlących się spokojnie ludzi było zaczepianych, popychanych, obrażanych, czasem też opluwanych przez kilkudziesięciu agresywnych, pijanych mętów. Było nas tam raptem kilku mężczyzn w pełni sił -zwyczajnie nie dawaliśmy rady być w każdym miejscu, gdzie menel popychał czy obrażał kobietę albo mężczyznę o kulach. Gliniarze stali w szpalerze kilka metrów od nas – odmawiali interwencji, a nawet podania swoich numerów (mieli zielone kamizelki na mundurach). Kiedy dzwoniliśmy po patrol – ten przyjeżdżał i legitymował wzywających. I cały czas konsekwentnie odmawiał jakiejkolwiek interwencji wobec wyjącej, machającej rekami, popychającej kobiety i staruszków pijanej tłuszczy. Jeden z pierwszej fali prowokatorów, jeszcze przed północą dał mi się wyprowadzić na bok (wcześniej proponował mi spotkanie „za rogiem”) W trakcie gadki przyznał, że jest z ABW. Gadał tak, że generalnie żadnych wątpliwości, że w istocie był „z branży”.
Menelstwo zwinęło się o 4 rano, pół godziny później gliniarze ze szpaleru zaczęli z nami rozmawiać. Zgodziliśmy się, żeby ustawili ciężki płot odgradzający dziedziniec pałacu od chodnika – z okienkiem przy samym krzyżu. W trakcie przesuwania rzeczy, żeby im to umożliwić na środku chodnika położyliśmy tablice Ruchu 10 kwietnia. Na ten chodnik wjechał samochód z ulicy (zamkniętej dla ruchu z wyjątkiem służb) i przejechał po tablicach. Kiedy wracał kilka minut później (już ulicą), zauważyłem, że za kierownicą siedzi gliniarz w niebieskiej koszuli policyjnej (czyli nie oficer).
Dziś wieczorem znowu tam będę, Panowie, kto może, niech przychodzi – każdy mężczyzna jest tam na wagę złota”.
Oczywiście nie umiem powiedzieć, czy ta relacja jest do końca prawdziwa, a jeśli prawdziwa jest, to jaka z niej część stanowi wierny opis faktów, a co tu jest wyłącznie projekcją. Mam swoje lata i wiem, że bywa różnie. Zakładam jednak, że nawet jeśli za nią stoi więcej emocji, niż zwykłego sprawozdania z nocy przed Pałacem na Krakowskim Przedmieściu, to jedno musi być prawdą. Ludzie broniący krzyża – lub, jak sprytnie utrzymują media, „ludzie uważający się za obrońców krzyża” – są w ciągu nocy w najróżniejszy sposób atakowani przez tego krzyża wrogów. Moje doświadczenie każe mi też przypuszczać, że te ataki muszą być bardzo, bardzo brutalne. Ale wiem też jeszcze coś. Propagandowa kampania, jaka jest prowadzona przeciwko temu krzyżowi i tym ludziom w mediach jest w najwyższym stopniu zorganizowana, a każdy jej element starannie opracowany i zapisany bardzo grubą czcionką w odpowiednich instrukcjach. Tu nie można mieć jakichkolwiek wątpliwości – ani jedno słowo wypowiedziane przez właściwego dziennikarza, ani jedno reporterskie ujęcie ze sceny wydarzeń nie zostało wcześniej poddane bardzo starannej obróbce. Tu cel jest jeden. Chodzi o stworzenie przekazu, który społeczeństwu ten krzyż i jego obrońców zohydzi w stopniu maksymalnym.
I możemy sobie – zwłaszcza my tutaj – zwracać uwagę na przewrotność całego tego przedsięwzięcia. Możemy się oczywiście naśmiewać do rozpuku z ludzi, którzy dotychczas z Kościołem mieli tyle wspólnego, że na dźwięk kościelnych dzwonów dostawali cholery, ze nie słychać, co mówią w telewizorze, a dziś stają obok części biskupów i walą nas po głowach za to, że ich nie chcemy uszanować tak jak oni na to zasługują. Ludzi, którzy na nauki Kościoła odnośnie ochrony zycia poczętego dotychczas reagowali wyłącznie wzruszeniem ramion, lub powoływali się na słowa jakichś ledwo już ze strachu przytomnych księży, a dziś mówią nam, że to grzech nie słuchać swojego biskupa. Możemy się złośliwie dziwić, dlaczego media pokazując historię obywatelskich protestów, zwracają uwagę wyłącznie na to co w tych protestach było głupiego i śmiesznego, a nie na ich przyczynę. Czy wreszcie, dlaczego, wspominając o planie budowy na Manhattanie meczetu i przeciwko temu projektowi protestach, nie zechciały choć raz pokazać tego krzyża odkopanego z gruzów w 2001 roku przez pobożnych strażaków i stojącego tam wbrew zdenerwowaniu jakiś dziwnych antychrześcijańskich organizacji. Możemy w ogóle zadawać wiele pytań, ale fakt pozostanie faktem: to jest wojna, i to wojna, gdzie każda broń jest dozwolona.
Pytanie za to wraca jedno: czy ta wojna już została wygrana, a więc, czy zapanował ład, którego budowa stała na początku tego przedsięwzięcia, czy może to jest wciąż walka. A więc, czy na przykład ludzie, którzy przychodzą nocą pod Pałac Prezydencki i lżą obrońców krzyża są wciąż tylko żołnierzami, czy może to już przyszli ci, którzy będą budować nam nową przyszłość. Mam swój rozum i swoją orientację. Znam ludzi, widzę co się dzieje i umiem z tego co się dzieje wyciągać odpowiednie wnioski. A więc oczywiście wiem też, że budowa nowego ładu to tu to tam już się jednak rozpoczęła. Chciałbym tylko wiedzieć, czy ten projekt już ostatecznie został domknięty i czy oni – wciąż wracam do tych dzielnych bohaterskich ludzi czuwających dzień i noc pod krzyżem umęczonego Jezusa Chrystusa, by bronić pamięci umęczonych bohaterów rozgniecionych na miazgę pod Smoleńskiem 10 kwietnia – stoją tam po coś, czy to już jest może tylko ostatnie westchnienie odchodzącego świata. Wierzę i modlę sie gorąco o to, żeby to nie był koniec, ale wielki początek.

środa, 4 sierpnia 2010

Jeszcze krzyż

Krzyż, o którym wspomniałem w poprzedniej notce, a który cudownie powstał na ruinach World Trade Center w roku 2001, jest znakiem, którego ranga zapisana już została w historii chrześcijańskiego świata na zawsze. To co przy tym może i powinno dziwić – a może i nie – to fakt, że jego istnienie zostało tak bardzo ukryte przed świadomością tego samego, chrześcijańskiego świata. Dziwić może choćby z tego powodu, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, jego pojawienie się zostało przesłonięte choćby przez znacznie przecież mniej istotny kształt wściekłej twarzy wyłaniającej się z obłoku, jaki powstał po zawaleniu się nowojorskich wież. A więc w żaden sposób nie mogło chodzić tylko o to, że nowoczesny świat nie ma ochoty kolportować tak zwanych zabobonów. Efekt tego jest taki, że ów krzyż – będący absolutnie unikalnym, i wciąż tak bardzo żywym, symbolem zwycięstwa Jezusa Chrystusa nad złem tego świata – stoi sobie dziś w Kościele Świętego Piotra w Nowym Jorku, a my nawet nie mamy o tym bladego pojęcia. Dzisiejszy więc wpis będzie własnie o nim. O tym nowojorskim krzyżu, ale też i o Krzyżu i – naturalnie – o ludziach którzy temu Krzyżowi powiedzieli „precz!”.
Budynki World Trade Center zostały zbudowane przy wykorzystaniu prefabrykowanych elementów, połączonych już na miejscu, w celu zmniejszenia czasu i kosztów budowy. Spowodowało to, że w każdym budynków WTC znalazło się całe mnóstwo elementów w kształcie krzyża. Kiedy runęła Wieża Numer 1, jej szczątki spadły na sąsiedni – stanowiący część WTC – budynek i naturalnie go zniszczyły. I oto, w pewnym momencie, w samym środku ruin znaleziono nienaruszony sześciometrowy krzyż. Krzyż nie dość że nienaruszony, to idealnie proporcjonalny, w doskonałym kształcie Krzyża Jezusowego. Ponieważ znajdujący się na miejscu strażacy i ratownicy uznali to co się zdarzyło za znak, zwrócili się naturalnie z prośbą do burmistrza Gullianiego o postawienie tam pomnika właśnie w kształcie tego krzyża. No i – równie naturalnie – otrzymali zgodę. Krzyż przetrwał na swoim miejscu aż do roku 2006, kiedy to, ze względy na prowadzone prace budowlane, musiał zostać czasowo przeniesiony do znajdującej się tuż obok Katedry Świętego Piotra. Stoi tam dziś z odpowiednią inskrypcją: „"The Cross at Ground Zero - Founded September 13, 2001; Blessed October 4, 2001; Temporarily Relocated October 15, 2006. Will return to WTC Museum, a sign of comfort for all." Znak pocieszenia dla wszystkich. Właśnie tak. Znak pocieszenia dla wszystkich.
Kiedy wczoraj oglądałem telewizyjny przekaz z tego co się działo na Krakowskim Przedmieścia, słuchałem bieżących komentarzy, a później już tylko opinii, tak pełnych wściekłości i nienawiści właśnie do Krzyża i do ludzi, którzy na jego obecność czują wzruszenie, a na próby jego zniszczenia reagują bólem, byłem bardzo ciekawy, czy polski Kościół zechciał, podobnie jak Kościół w tam, w Nowym Jorku, uroczyście ten krzyż poświęcić. Właśnie wtedy, kiedy on tam został przyniesiony i postawiony przez harcerzy. A jeśli uznano, że żadna szczególna uroczystość mu się nie należy, to czy dlatego, że jego pojawienie choćby tylko pozornie nie przypominało cudu, czy może dlatego, że wszystkim od początku rządzi czysty, ludzki strach. Nawet jeśli jest to tylko strach przed złymi językami i utratą szacunku ludzi złych i występnych. No i myślałem jeszcze o jednej rzeczy. Czy polscy biskupi, kiedy ugadali się z urzędnikami z Kancelarii Prezydenta, że krzyż zostanie stamtąd zabrany, poczuli choć lekki dreszcz niepokoju, czy może nie czuli nic. Poza zmęczeniem i potrzebą udania się na zasłużony obiad. Słuchałem kobiety relacjonującej dla mediów tę próbę ponownego ukrzyżowania Jezusa, podjętą między innymi przez część kapłanów naszego Kościoła, jak raz za razem powtarzała, że wokół niej jest dużo obcokrajowców, którzy przychodzą do niej i zdziwieni pytają, o co chodzi, a ona – biedna – nawet nie wie, co im odpowiedzieć. I byłem ciekawy, czy wśród tych turystów są jacyś nowojorczycy. A jeśli są, czy to ich się najbardziej przestraszyli nasi księża. A jeśli nie ich, to czy może turystów z Francji, Niemiec, lub z Norwegii.
Pisząc ten tekst, nie mam absolutnie pojęcia, co się tam pod tym krzyżem dzieje dzisiaj. Szczerze powiem, że trochę się boję nawet włączyć telewizor. Bo myślę sobie, że zobaczę tam może nie koniecznie posła Wenderlicha, ale kogoś pobożnego jak jasna cholera. Na przykład Szymona Hołownię, lub jakiegoś człowieka w koloratce, a oni mi będą tłumaczyć, że historia chrześcijaństwa, to nie jest historia bezbronnych ludzi umęczonych za Krzyż, lecz historia bandy głupków, którzy umierali, bo uznali, że tak będzie pięknie, no a przede wszystkim nowocześnie. Boję się tego, bo wiem, co się dzieje. Mam oczy i uszy szeroko otwarte i wiem, co się dzieje. Widziałem to właśnie wczoraj. W sylwetkach tych zaczerwienionych ze wstydu księży, czmychających spod krzyża, tak prostego, tak pięknego i tak jednoznacznie zwycięskiego. Kto wie, czy nie bardziej jeszcze dumnego niż ten:

Ta wiara

Skuteczna obrona krzyża, czy może lepiej – Krzyża, jakiej byliśmy dziś świadkami stanowi wydarzenie, którego skali nie da się przecenić. A mówiąc o skali, nie mam na myśli tylko tego, że połączone moce Systemu uległy wobec siły świadectwa wiary i miłości, ale że uległy w sposób tak nikczemny. Że ów tryumf prawdy był tak jednoznaczny i bezdyskusyjny. Że to wszystko się skończyło zanim się w ogóle zaczęło. Każdy kto miał okazję obserwować minuty, które doprowadziły do tego co się stało tuż po godzinie 13, mógł też zobaczyć bardzo wyraźnie, że to co się dzieje, to już nie jest walka w klasycznym znaczeniu tego słowa. Oczywiście, tak jak to się zwykle w tego typu sytuacjach dzieje, z jednej strony stali ludzie, z drugiej tak zwane siły prewencji, ludzie krzyczeli, trochę się przepychali, ale to co się liczyło przede wszystkim, to tylko te dwie przestrzenie – niewzruszony tłum, a nad tym tłumem ten krzyż. I tak to trwało kilka minut, a później nagle się skończyło.
Pozwolę tu sobie przypomnieć fragment refleksji Peggy Noonan na temat wydarzeń 11 września 2001 roku w Nowym Jorku, w tym akurat wypadku w szczególnym związku ze stalowym krzyżem, jaki ocalał z tamtych ruin, a który oczywiście jak najbardziej tam wciąż stoi i który, jeśli ktoś tylko chce, może sobie obejrzeć choćby i tu http://fineartamerica.com/images-medium/world-trade-center-cross-new-york-mathew-lodge.jpg.
A oto już sama Peggy Noonan:
„Jeśli myślisz w pewien określony sposób, będziesz też widzial oczywiście sens w tym, że twarz Zła nr 1 wynurzyła się z rykiem z tego pieca, którym stała się Wieża nr 1. Widzieliśmy wszyscy zdjęcie Associated Press i zdjęcia kolejne: twarz zła, z ohydnym wyciem wyłoniła się z tego budynku, a następnie, jak gdyby za jednym gestem dłoni, straciła swój kształt i moc, i zniknęła. Jeśli myślisz w pewien określony sposób, będziesz też widzial oczywiście sens w tym, że krzyż, który dla ludzi wierzących jest niezniszczalny, nie zniknął. Nie został zgnieciony przez miliony ton betonu, które na niego runęły, nie stopił się w tym ogniu. Powstał z ruin, tak jak stał, nienaruszony”.
Każdy kto oglądał telewizyjną relację z tego co się dziś działo pod Pałacem Prezydenckim – zwłaszcza telewizyjną relację – z pewnością zwrócił uwagę na fakt, jak niemal w jednej sekundzie i ten kręcący się w kółko prezydencki urzędnik ze swoją ochroną, i miejskie służby i policjanci, i ci biedni, nicnierozumiejący harcerze, i jeszcze bardziej nieszczęśliwi księża, ale też i owi dzielni, pełni determinacji ludzie, zostali jakby przykryci ramionami tego krzyża. I nagle wszystko się urwało i okazało się, że to już koniec. Że te wszystkie zabiegi, te umowy, te plany – to wszystko wzięło w jednej chwili w łeb. I że od tej pory już nic nigdy nie będzie takie jak wcześniej. Bo nawet jeśli oni przyjdą nocą i wyszarpią ten krzyż z rąk ludzi, którzy postanowili się o niego zatroszczyć, to za chwilę na tym miejscu pojawią się nowe krzyże. A co najważniejsze, wraz z tymi krzyżami się pojawi nowa – choć ta sama przecież – wiara. Ta wiara.
To zwycięstwo prawdy i miłości, jakiego dziś doświadczyliśmy, pokazało nam jednak coś jeszcze. To mianowicie, co by się działo, gdyby to jednak Jarosław Kaczyński wygrał ostatnie wybory, a nie ta kukiełka, którą przez jakiś czas będziemy nazywać prezydentem. Dziś właśnie zobaczyliśmy bardzo dokładnie, jak wygląda już nie nienawiść, czy ludzka pogarda, ale czym jest autentyczna wściekłość. A skoro to zobaczyliśmy, to i zdobiliśmy coś bezcennego. Tę pewność, że mając ten Krzyż, mamy wszystko. Ale też mamy wszystko, mając choćby zwykły, drewniany krzyż, który nawet lekki wiatr może przewrócić. Kto wie, czy dla tej wiedzy nie warto było nawet kolejny raz dostać po głowie.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Co oni jedzą?

Mam nadzieję, że nikt z odwiedzających ten blog nie ma wątpliwości, że od pierwszego dnia jak się pojawiły, dowcipy o „zimnym Lechu” zostały przeze mnie dostrzeżone. Podobnie liczę że wszyscy który znają ten blog, wiedzą, że nie umknęła mojej uwadze odpowiednia akcja reklamowa Kompanii Piwowarskiej – gdyby ktoś z miłośników zimnych piw nie wiedział, z przykrością informuję, że chodzi również o takie marki, jak Pilzner Urquell, Tyskie i Miller’s – która albo została tymi dowcipami napędzona, lub ewentualnie, co jest jak najbardziej obojętne, sama zainspirowała w bardziej czarnych zakątkach polskiego społeczeństwa ten szczególny wzrost zimnej – właśnie zimnej – podłości. Nie zajmowałem się jednak ani jednym ani drugim z jednej podstawowej przyczyny. Byłem mianowicie szczerze przekonany – lub może tylko szczerze sobie wmawiałem – że to nieszczęście jest jednak mimo wszystko zaledwie drobną egzotyką, której lepiej nie zauważać.
Oczywiście spotykam się z ludźmi, i to ludźmi o najróżniejszych rodzajach emocji, i wiem, że nienawiść, która od pięciu już niemal lat kształtuje charakter polskiego społeczeństwa, wbrew wszelkim pozorom, a zatem też nadziejom, po 10 kwietnia, zamiast sczeznąć i zniknąć w mgle historii, wróciła ze zdwojoną siłą i ma się świetnie. Widzę też bardzo wyraźnie, jak ta nowa nienawiść, zaczyna bardzo szybko zmieniać kulturowy i cywilizacyjny kształt naszego społeczeństwa na poziomie jak najbardziej podstawowym. Widzę, jak tą nową nienawiścią dotknięci stają się już nie tylko ci najbardziej otumanieni mieszkańcy post-peerelowskich miast i gmin, ale ludzie dotychczas, wydawałoby się, zorientowani dość tradycyjnie i wewnętrznie bardzo dobrze poukładani. Oni też już bez cienia wstydu, czy choćby niepokoju, przekraczają tę granicę, za którą zaczyna się czyste, niewzruszone pogaństwo. I to oczywiście boli najbardziej.
Nowa pogańska cywilizacja tryumfuje. Jej prorocy niszczą krzyże, kpią z najbardziej dziecięcej i żywej religijności, plują na łzy, śmieją się z ludzkich nieszczęść i drwią z tych, którzy zmarli. A wokół nich zbiera się coraz mocniej aspirujący tłum tych, którzy uwierzyli, że tylko dzięki tej akcesji będą mogli awansować jako pojedyncze osoby i jako społeczeństwo. Wśród wspomnianych proroków pojawiła się znowu Magdalena Środa – osoba jak najbardziej publiczna i powszechnie rozpoznawana. Komentując wspominaną przeze mnie na początku akcję reklamową Kompanii Piwowarskiej, uznała za stosowne wyrazić opinię, że to bardzo dobrze, że nad zamkiem wawelskim umieszczono potężny billboard jak najbardziej realnie wyszydzający męczeństwo i śmierć Lecha Kaczyńskiego, bo on sobie na to „zasłużył”. I to właśnie wystąpienie zmobilizowało mnie do zajęcia się sprawą wspomnianego pogaństwa. Proszę zwrócić uwagę. Magdalena Środa nie próbuje się wykręcać, krygować, robić uników. Ona nie tłumaczy, że wolność, że XXI wiek, że koniec czasów zabobonu. Że zmarłych należy zostawić sobie, a sami powinniśmy iść z czasem. Wręcz odwrotnie. Ona nie chce zmarłych zostawić samym sobie. Ona wręcz pragnie jakiegoś rytuału i nie ma nic przeciwko temu, żeby ten rytuał zaprezentował nam się jako dręczenie zwłok zmarłych, jeśli tylko uznamy, że ci zmarli na to dręczenie sobie odpowiednio „zasłużyli”.
W katastrofie pod Smoleńskiem nie zginęli tylko ludzie, których kochaliśmy i szanowali. Jak idzie o mnie, dobrze będzie tu wspomnieć tu śp. Sebastiana Karpiniuka. Ja Karpiniuka bardzo nie lubiłem i tym moim emocjom dawałem wyraz na tym blogu nader często. Dziś kiedy on już nie żyje, jest mi go serdecznie żal, modlę się za jego duszę i staram się go wspominać – nawet jeśli trochę wbrew sobie – wyłącznie dobrze. Z drugiej strony nie mogę nie zauważyć, że jeśli środowiska bliskie Karpiniukowi, jeśli nawet jego pamięć jakoś tam kultywują, to robią to w bardzo starannej tajemnicy. I zastanawiam się, jak oni sobie z tą pamięcią po Karpiniuku radzą? Czy oni o nim rozmawiają? Czy rozmawiają z bólem i z tęsknotą, czy może – co jest dla mnie coraz bardziej prawdopodobne – z obojętnością, czy może z szyderstwem. Ciekawy jestem dziś bardziej niż kiedykolwiek, jak wspomina Sebastiana Karpiniuka Magdalena Środa? Czy ona mysli o nim bez jakichkolwiek emocji, czy może zna jakąś jego starą wypowiedź, która ją swego czasu bardzo dotknęła, i dziś uważa, że jego zwłokom również przydałaby się jakaś mięsista demonstracja. Jakieś czarne modły z elementami sztuki nowoczesnej. A jeśli ona ma takie myśli, czy te jej myśli są dzielone przez jej politycznych, kulturowych i medialnych przyjaciół? I obawiam się, że ona takie myśli może jak najbardziej mieć, i że one są jak najbardziej akceptowane przez całe to spektrum, które możemy nazwać projektem „Prezydent Komorowski 2010”. Że to tak naprawdę nie chodzi ani o prezydenta Kaczyńskiego, ani o posła Karpiniuka, ale o zwykły postęp. Oni są jak ten spychacz na starych dokumentalnych filmach oczyszczając – oczywiście w imię postępu – ukraińskie pola z wszelkiego rodzaju ludzkich śmieci. Jak ten spychacz, plus oczywiście obowiązkowy wspomniany wyżej rytuał.
Chciałbym coś więcej napisać o Magdalenie Środzie, ale wydaje mi się, że ona już akurat otrzymała na tym blogu swoją porcję uwagi. Kiedyś, dziś już ponad dwa lata temu, zamieściłem w Salonie24 tekst, który zatytułowałem „Co jadła Magdalena Środa w czasach zarazy? Czym się żywi teraz?” Ja wiem, że jeśli go wkleję tutaj, cała ta notka rozciągnie się do granic wytrzymałości. Ale wiem, że ci którzy przychodzą tu by sobie czytać potrafią poradzić sobie nie z takimi problemami. Więc przypominam i ten stary już tak bardzo wpis, bo bez niego nie będę miał sposobu, żeby zakończyć odpowiednio całość. Proszę bardzo sobie poczytać.
Mój świetny kolega z Salonu, e-ciemniak, pracowicie wygrzebał w najbardziej czarnych kieszeniach Wirtualnej Polski, felieton Magdaleny Środy - profesora Uniwersytetu Warszawskiego, etyka, filozofa, publicystki, feministki, byłej Pełnomocnik Rządu ds. Równego statusu Kobiet i Mężczyzn. Dlaczego warto się zajmować felietonem Magdaleny Środy? Dlaczego w ogóle warto zajmować się osobą Magdaleny Środy? Dlatego mianowicie, że historia społeczeństw nie składa się wyłącznie z gestów wielkich i postaci jasnych, ale również z tego wszystkiego, co się działo i dzieje na najniższym kręgu Stworzenia. Ignorując pleśń i ciemność, nie będziemy mogli docenić i zachwycić się światłem i tym, co ono odsłania. Więc trzeba widzieć Magdalenę (jakież to paradoksalnie piękne imię!) Środę, pamiętać o jej istnieniu i uczyć dzieci, by wystrzegali się niektórych miejsc.
O cóż poszło? Pani profesor, etyk i filozof postanowiła napisać felieton wyszydzający moralne i filozoficzne dylematy tych z nas, którzy wreszcie, po wielu, wielu latach mogą oficjalnie, bez ataku różnej maści manipulatorów, przyjrzeć się i zobaczyć, czym była zdrada w czasach represji. Szyderstwo pani Środy jest o tyle ciekawe, że nie niesie z sobą żadnego przekazu merytorycznego. Z jej felietonu można się domyśleć, że pani Środa bardzo lubi Adama Michnika, nienawidzi Bronisława Wildsteina, chyba lubi Wałęsę i nie ma najprawdopodobniej żadnego stosunku do Lesława Maleszki. Każde zdanie jej tekstu wypełnione jest wyłącznie retoryką, bez jednej myśli rozpoczętej i porządnie zakończonej, zwykłe plucie. Jedyny konkret, jaki Środa podaje, czyli informacja, że w czasach komuny ludzie jedli wyłącznie smalec, akurat jest fałszywy. Ale ponieważ jest to jedyny element jej tekstu, do którego można się jakoś odnieść, to właśnie chciałem troszkę o tym.
Lata osiemdziesiąte, mój okres młodzieńczy i kawalerski spędziłem sam w tym sensie, że moi Rodzice zmarli i musiałem zadbać o siebie na każdym poziomie. Magdalena Środa pamięta, że w sklepach był tylko smalec, ja pamiętam, że jak człowiek się postarał to i mógł kupić nawet kawałek cielęciny. W końcu po coś te kartki były. Któregoś dnia dowiedziałem się, że w bufecie regionalnego ośrodka Telewizji Polskiej można bez kartek kupić szynkę i polędwicę. Oczywiście przy wejściu jest portiernia, w portierni siedzi portier, który ma obowiązek patrzeć, kto wchodzi do budynku. Chodziło więc o to, żeby wchodzić do środka krokiem szybkim i pewnym i walić prosto do bufetu. I liczyć oczywiście na to, że portier, czy strażnik, nie zareaguje. Czasem oczywiście nasz marsz do polędwicy był przerywany wrzaskiem: "Dzieeee?", no i wtedy trzeba było wrócić do domu i spróbować innym razem. Na ogół jednak wszystko szło gładko i człowiek miał poczucie zwycięstwa. Czy spotkałem w bufecie Telewizji Polskiej kiedykolwiek Leszka Maleszkę? Nie. No ale on mieszkał w Krakowie i myślę, że, jeśli się zaopatrywał poza sklepem na Szewskiej, czy w okolicy, to raczej u siebie w zakładzie pracy. A w telewizji nie pracował. No może dorywczo. Więc, jak mówię, jeśli się postarało, jeść było co, przynajmniej na poziomie podstawowym. A biorąc pod uwagę, że dziś w sklepach mięsnych najczęściej i tak króluje wołowina i wieprzowina, to przy komunistycznej cielęcinie, nie ma się znowu tak czym zachwycać.
Dlaczego piszę o jedzeniu? Dlatego oczywiście, że o jedzeniu napisała Magdalena Środa. Napisała o smalcu i o tym, że kuchenka mikrofalowa nie może służyć do podgrzewania smalcu. Napisała to po to, żeby... no właśnie nie wiadomo, po co. Na pewno po to, żeby zgnoić Wildsteina. Czy po to jednak, żeby udowodnić, że to co mówi Liliana Sonik i inni świadkowie tamtych dni to nieprawda? Że nasi emigranci nie złożyli się na mikrofalę dla Maleszki? Że Maleszka nie przywiózł do Polski z Paryża kuchenki mikrofalowej? Chyba nie. Wprawdzie pisze profesor i etyk Środa, że smalec do mikrofali nie wchodzi, no ale tylko chyba z sugestią, że Maleszka nie miał żadnej korzyści z pomocy kolegów, nie musiał czuć wdzięczności, no i w związku z tym mógł kablować bez wyrzutów sumienia. Czy taki jest sens felietonu Magdaleny Środy? Szczerze powiem, że nie wiem. Podobnie jak nie wiem, czym się żywiła w latach komuny pani profesor? Czy jadła tylko smalec, czy jeszcze coś? Czy jeśli musiała coś ugotować, upiec, czy usmażyć, to pracowała sama, czy ktoś jej stawiał talerz pod nos? Czy znała kogoś, kto ma mikrofalówkę, czy sądziła, że mikrofalówka to taki sam rarytas, jak helikopter? Nie wiem. A może pani etyk i filozof Magdalena Środa korzystała z tej samej stołówki, co agent Maleszka, a teraz się złości i kłamie? Myślę, że nie. Myślę, że pani Środa to porządna, uczciwa, skromna osoba, której w międzyczasie tylko troszkę się poprzestawiało w głowie.
Mam natomiast pewne przypuszczenia. Pani Magdalena Środa prawdopodobnie miała w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych podobny społeczny status do tego ministra z rządu Tuska, Derdziuka, o którym Kazik napisał swoją wielką piosenkę. Mieszkała w akademiku, raz na tydzień, w weekend, jechała do domu, z domu przywoziła ser, jajka, kiełbasę i tak sobie żyła. O świecie wiedziała tyle, że w mieście bieda i podobno w sklepach nic nie ma i ta świadomość napełniała ją dumą, bo ona miała. Wiedziała też oczywiście, że jak ktoś je smalec, lub - jak sama pisze - "szmalec", to nawet w piecu nie ma co palić, bo wystarczy kromka chleba, a jak nie ma soli, to i bez soli można. A mikrofalówka faktycznie była dla niej równie egzotycznym dobrem - no i tak samo zbędnym - jak wspomniany już helikopter. I tak jej zostało do dziś. Jedyne co nowe, to to zbydlęcenie. No ale to już jest sprawa absolutnie poza, że tak powiem, klasowa.
I tak to wyglądało 2 lata temu, pod koniec czerwca 2008 roku. Takie to mieliśmy dylematy i pytania. Myślę jednak że dziś jesteśmy - jak to zgrabnie wyrazil w swoim czasie mistrz Staszewski - znacznie mądrzejsi i poważniejsi, i znamy odpowiedzi na wiele nowych pytań. Wiemy już na przykład, czym się Magdalena Środa żywi dziś. Trupami. Ona się żywi trupami. Magdalena Środa je ludzkie zwłoki.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...