Mam nadzieję, że nikt z odwiedzających ten blog nie ma wątpliwości, że od pierwszego dnia jak się pojawiły, dowcipy o „zimnym Lechu” zostały przeze mnie dostrzeżone. Podobnie liczę że wszyscy który znają ten blog, wiedzą, że nie umknęła mojej uwadze odpowiednia akcja reklamowa Kompanii Piwowarskiej – gdyby ktoś z miłośników zimnych piw nie wiedział, z przykrością informuję, że chodzi również o takie marki, jak Pilzner Urquell, Tyskie i Miller’s – która albo została tymi dowcipami napędzona, lub ewentualnie, co jest jak najbardziej obojętne, sama zainspirowała w bardziej czarnych zakątkach polskiego społeczeństwa ten szczególny wzrost zimnej – właśnie zimnej – podłości. Nie zajmowałem się jednak ani jednym ani drugim z jednej podstawowej przyczyny. Byłem mianowicie szczerze przekonany – lub może tylko szczerze sobie wmawiałem – że to nieszczęście jest jednak mimo wszystko zaledwie drobną egzotyką, której lepiej nie zauważać.
Oczywiście spotykam się z ludźmi, i to ludźmi o najróżniejszych rodzajach emocji, i wiem, że nienawiść, która od pięciu już niemal lat kształtuje charakter polskiego społeczeństwa, wbrew wszelkim pozorom, a zatem też nadziejom, po 10 kwietnia, zamiast sczeznąć i zniknąć w mgle historii, wróciła ze zdwojoną siłą i ma się świetnie. Widzę też bardzo wyraźnie, jak ta nowa nienawiść, zaczyna bardzo szybko zmieniać kulturowy i cywilizacyjny kształt naszego społeczeństwa na poziomie jak najbardziej podstawowym. Widzę, jak tą nową nienawiścią dotknięci stają się już nie tylko ci najbardziej otumanieni mieszkańcy post-peerelowskich miast i gmin, ale ludzie dotychczas, wydawałoby się, zorientowani dość tradycyjnie i wewnętrznie bardzo dobrze poukładani. Oni też już bez cienia wstydu, czy choćby niepokoju, przekraczają tę granicę, za którą zaczyna się czyste, niewzruszone pogaństwo. I to oczywiście boli najbardziej.
Nowa pogańska cywilizacja tryumfuje. Jej prorocy niszczą krzyże, kpią z najbardziej dziecięcej i żywej religijności, plują na łzy, śmieją się z ludzkich nieszczęść i drwią z tych, którzy zmarli. A wokół nich zbiera się coraz mocniej aspirujący tłum tych, którzy uwierzyli, że tylko dzięki tej akcesji będą mogli awansować jako pojedyncze osoby i jako społeczeństwo. Wśród wspomnianych proroków pojawiła się znowu Magdalena Środa – osoba jak najbardziej publiczna i powszechnie rozpoznawana. Komentując wspominaną przeze mnie na początku akcję reklamową Kompanii Piwowarskiej, uznała za stosowne wyrazić opinię, że to bardzo dobrze, że nad zamkiem wawelskim umieszczono potężny billboard jak najbardziej realnie wyszydzający męczeństwo i śmierć Lecha Kaczyńskiego, bo on sobie na to „zasłużył”. I to właśnie wystąpienie zmobilizowało mnie do zajęcia się sprawą wspomnianego pogaństwa. Proszę zwrócić uwagę. Magdalena Środa nie próbuje się wykręcać, krygować, robić uników. Ona nie tłumaczy, że wolność, że XXI wiek, że koniec czasów zabobonu. Że zmarłych należy zostawić sobie, a sami powinniśmy iść z czasem. Wręcz odwrotnie. Ona nie chce zmarłych zostawić samym sobie. Ona wręcz pragnie jakiegoś rytuału i nie ma nic przeciwko temu, żeby ten rytuał zaprezentował nam się jako dręczenie zwłok zmarłych, jeśli tylko uznamy, że ci zmarli na to dręczenie sobie odpowiednio „zasłużyli”.
W katastrofie pod Smoleńskiem nie zginęli tylko ludzie, których kochaliśmy i szanowali. Jak idzie o mnie, dobrze będzie tu wspomnieć tu śp. Sebastiana Karpiniuka. Ja Karpiniuka bardzo nie lubiłem i tym moim emocjom dawałem wyraz na tym blogu nader często. Dziś kiedy on już nie żyje, jest mi go serdecznie żal, modlę się za jego duszę i staram się go wspominać – nawet jeśli trochę wbrew sobie – wyłącznie dobrze. Z drugiej strony nie mogę nie zauważyć, że jeśli środowiska bliskie Karpiniukowi, jeśli nawet jego pamięć jakoś tam kultywują, to robią to w bardzo starannej tajemnicy. I zastanawiam się, jak oni sobie z tą pamięcią po Karpiniuku radzą? Czy oni o nim rozmawiają? Czy rozmawiają z bólem i z tęsknotą, czy może – co jest dla mnie coraz bardziej prawdopodobne – z obojętnością, czy może z szyderstwem. Ciekawy jestem dziś bardziej niż kiedykolwiek, jak wspomina Sebastiana Karpiniuka Magdalena Środa? Czy ona mysli o nim bez jakichkolwiek emocji, czy może zna jakąś jego starą wypowiedź, która ją swego czasu bardzo dotknęła, i dziś uważa, że jego zwłokom również przydałaby się jakaś mięsista demonstracja. Jakieś czarne modły z elementami sztuki nowoczesnej. A jeśli ona ma takie myśli, czy te jej myśli są dzielone przez jej politycznych, kulturowych i medialnych przyjaciół? I obawiam się, że ona takie myśli może jak najbardziej mieć, i że one są jak najbardziej akceptowane przez całe to spektrum, które możemy nazwać projektem „Prezydent Komorowski 2010”. Że to tak naprawdę nie chodzi ani o prezydenta Kaczyńskiego, ani o posła Karpiniuka, ale o zwykły postęp. Oni są jak ten spychacz na starych dokumentalnych filmach oczyszczając – oczywiście w imię postępu – ukraińskie pola z wszelkiego rodzaju ludzkich śmieci. Jak ten spychacz, plus oczywiście obowiązkowy wspomniany wyżej rytuał.
Chciałbym coś więcej napisać o Magdalenie Środzie, ale wydaje mi się, że ona już akurat otrzymała na tym blogu swoją porcję uwagi. Kiedyś, dziś już ponad dwa lata temu, zamieściłem w Salonie24 tekst, który zatytułowałem „Co jadła Magdalena Środa w czasach zarazy? Czym się żywi teraz?” Ja wiem, że jeśli go wkleję tutaj, cała ta notka rozciągnie się do granic wytrzymałości. Ale wiem, że ci którzy przychodzą tu by sobie czytać potrafią poradzić sobie nie z takimi problemami. Więc przypominam i ten stary już tak bardzo wpis, bo bez niego nie będę miał sposobu, żeby zakończyć odpowiednio całość. Proszę bardzo sobie poczytać.
Mój świetny kolega z Salonu, e-ciemniak, pracowicie wygrzebał w najbardziej czarnych kieszeniach Wirtualnej Polski, felieton Magdaleny Środy - profesora Uniwersytetu Warszawskiego, etyka, filozofa, publicystki, feministki, byłej Pełnomocnik Rządu ds. Równego statusu Kobiet i Mężczyzn. Dlaczego warto się zajmować felietonem Magdaleny Środy? Dlaczego w ogóle warto zajmować się osobą Magdaleny Środy? Dlatego mianowicie, że historia społeczeństw nie składa się wyłącznie z gestów wielkich i postaci jasnych, ale również z tego wszystkiego, co się działo i dzieje na najniższym kręgu Stworzenia. Ignorując pleśń i ciemność, nie będziemy mogli docenić i zachwycić się światłem i tym, co ono odsłania. Więc trzeba widzieć Magdalenę (jakież to paradoksalnie piękne imię!) Środę, pamiętać o jej istnieniu i uczyć dzieci, by wystrzegali się niektórych miejsc.
O cóż poszło? Pani profesor, etyk i filozof postanowiła napisać felieton wyszydzający moralne i filozoficzne dylematy tych z nas, którzy wreszcie, po wielu, wielu latach mogą oficjalnie, bez ataku różnej maści manipulatorów, przyjrzeć się i zobaczyć, czym była zdrada w czasach represji. Szyderstwo pani Środy jest o tyle ciekawe, że nie niesie z sobą żadnego przekazu merytorycznego. Z jej felietonu można się domyśleć, że pani Środa bardzo lubi Adama Michnika, nienawidzi Bronisława Wildsteina, chyba lubi Wałęsę i nie ma najprawdopodobniej żadnego stosunku do Lesława Maleszki. Każde zdanie jej tekstu wypełnione jest wyłącznie retoryką, bez jednej myśli rozpoczętej i porządnie zakończonej, zwykłe plucie. Jedyny konkret, jaki Środa podaje, czyli informacja, że w czasach komuny ludzie jedli wyłącznie smalec, akurat jest fałszywy. Ale ponieważ jest to jedyny element jej tekstu, do którego można się jakoś odnieść, to właśnie chciałem troszkę o tym.
Lata osiemdziesiąte, mój okres młodzieńczy i kawalerski spędziłem sam w tym sensie, że moi Rodzice zmarli i musiałem zadbać o siebie na każdym poziomie. Magdalena Środa pamięta, że w sklepach był tylko smalec, ja pamiętam, że jak człowiek się postarał to i mógł kupić nawet kawałek cielęciny. W końcu po coś te kartki były. Któregoś dnia dowiedziałem się, że w bufecie regionalnego ośrodka Telewizji Polskiej można bez kartek kupić szynkę i polędwicę. Oczywiście przy wejściu jest portiernia, w portierni siedzi portier, który ma obowiązek patrzeć, kto wchodzi do budynku. Chodziło więc o to, żeby wchodzić do środka krokiem szybkim i pewnym i walić prosto do bufetu. I liczyć oczywiście na to, że portier, czy strażnik, nie zareaguje. Czasem oczywiście nasz marsz do polędwicy był przerywany wrzaskiem: "Dzieeee?", no i wtedy trzeba było wrócić do domu i spróbować innym razem. Na ogół jednak wszystko szło gładko i człowiek miał poczucie zwycięstwa. Czy spotkałem w bufecie Telewizji Polskiej kiedykolwiek Leszka Maleszkę? Nie. No ale on mieszkał w Krakowie i myślę, że, jeśli się zaopatrywał poza sklepem na Szewskiej, czy w okolicy, to raczej u siebie w zakładzie pracy. A w telewizji nie pracował. No może dorywczo. Więc, jak mówię, jeśli się postarało, jeść było co, przynajmniej na poziomie podstawowym. A biorąc pod uwagę, że dziś w sklepach mięsnych najczęściej i tak króluje wołowina i wieprzowina, to przy komunistycznej cielęcinie, nie ma się znowu tak czym zachwycać.
Dlaczego piszę o jedzeniu? Dlatego oczywiście, że o jedzeniu napisała Magdalena Środa. Napisała o smalcu i o tym, że kuchenka mikrofalowa nie może służyć do podgrzewania smalcu. Napisała to po to, żeby... no właśnie nie wiadomo, po co. Na pewno po to, żeby zgnoić Wildsteina. Czy po to jednak, żeby udowodnić, że to co mówi Liliana Sonik i inni świadkowie tamtych dni to nieprawda? Że nasi emigranci nie złożyli się na mikrofalę dla Maleszki? Że Maleszka nie przywiózł do Polski z Paryża kuchenki mikrofalowej? Chyba nie. Wprawdzie pisze profesor i etyk Środa, że smalec do mikrofali nie wchodzi, no ale tylko chyba z sugestią, że Maleszka nie miał żadnej korzyści z pomocy kolegów, nie musiał czuć wdzięczności, no i w związku z tym mógł kablować bez wyrzutów sumienia. Czy taki jest sens felietonu Magdaleny Środy? Szczerze powiem, że nie wiem. Podobnie jak nie wiem, czym się żywiła w latach komuny pani profesor? Czy jadła tylko smalec, czy jeszcze coś? Czy jeśli musiała coś ugotować, upiec, czy usmażyć, to pracowała sama, czy ktoś jej stawiał talerz pod nos? Czy znała kogoś, kto ma mikrofalówkę, czy sądziła, że mikrofalówka to taki sam rarytas, jak helikopter? Nie wiem. A może pani etyk i filozof Magdalena Środa korzystała z tej samej stołówki, co agent Maleszka, a teraz się złości i kłamie? Myślę, że nie. Myślę, że pani Środa to porządna, uczciwa, skromna osoba, której w międzyczasie tylko troszkę się poprzestawiało w głowie.
Mam natomiast pewne przypuszczenia. Pani Magdalena Środa prawdopodobnie miała w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych podobny społeczny status do tego ministra z rządu Tuska, Derdziuka, o którym Kazik napisał swoją wielką piosenkę. Mieszkała w akademiku, raz na tydzień, w weekend, jechała do domu, z domu przywoziła ser, jajka, kiełbasę i tak sobie żyła. O świecie wiedziała tyle, że w mieście bieda i podobno w sklepach nic nie ma i ta świadomość napełniała ją dumą, bo ona miała. Wiedziała też oczywiście, że jak ktoś je smalec, lub - jak sama pisze - "szmalec", to nawet w piecu nie ma co palić, bo wystarczy kromka chleba, a jak nie ma soli, to i bez soli można. A mikrofalówka faktycznie była dla niej równie egzotycznym dobrem - no i tak samo zbędnym - jak wspomniany już helikopter. I tak jej zostało do dziś. Jedyne co nowe, to to zbydlęcenie. No ale to już jest sprawa absolutnie poza, że tak powiem, klasowa.
I tak to wyglądało 2 lata temu, pod koniec czerwca 2008 roku. Takie to mieliśmy dylematy i pytania. Myślę jednak że dziś jesteśmy - jak to zgrabnie wyrazil w swoim czasie mistrz Staszewski - znacznie mądrzejsi i poważniejsi, i znamy odpowiedzi na wiele nowych pytań. Wiemy już na przykład, czym się Magdalena Środa żywi dziś. Trupami. Ona się żywi trupami. Magdalena Środa je ludzkie zwłoki.