poniedziałek, 11 stycznia 2010

Kalafior, czyli kłamstwo jest brzydkie



Zapowiadałem to w którymś z ostatnich wpisów, i robiłem to jak najbardziej szczerze, że w tym roku nie będę się zajmował ani Owsiakiem, ani jego Orkiestrą, ani nawet całym tym pstrokatym szaleństwem, które dobrzy ludzie muszą co roku znosić. Niestety, jak to się po raz kolejny okazało, materia jest silniejsza od myśli, a więc z moich postanowień wyszły tak zwane nici. Zanim przejdę do rzeczy, kilka słów o wspomnianej materii. Otóż wczoraj w Salonie trafiłem na tekst Jana Osieckiego zatytułowany Owsiakowi należy się pomnik. Mówiąc „tekst” mam tak naprawdę na myśli fragment tekstu, a jeszcze precyzyjniej ów tytuł i pierwsze zdanie, czyli to wszystko, co zostało wystawione na stronę główną Salonu. Tytuł już był, teraz jest kolej na kluczowe zdanie. Osiecki zaczyna swój wpis w następujący sposób: „To kim jest, jakie ma poglądy, na kogo głosuje i jak się zachowuje Jurek Owsiak zwisa mi kalafiorem”.
Przyznaję jak najbardziej uczciwie, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z wyrażeniem, które Jan Osiecki uznał za stosowne wykorzystać we wprowadzeniu do swojego tekstu. Biorę oczywiście pod uwagę, że w Warszawie na przykład każde dziecko wie, co to znaczy, że komuś coś „zwisa kalafiorem” i że jeśli ktoś tego nie wie, dowodzi tym samym swojej nie tylko kultury, ale cywilizacyjnego statusu. Zakładam przy tym, że to wyrażenie jest nie tylko znane i używane, ale są gdzieś w wielkim świecie osoby na tyle świadome, że wiedzą też dlaczego „kalafiorem”, a nie na przykład „marchewą”. Ja jednak, jak już tu wielokrotnie przyznałem, jestem gatunkiem szczególnym – jak ktoś chce, może nawet powiedzieć, że szczególnie prymitywnym – i dla mnie nie dość, że całe wyrażenie brzmi dosyć szokująco, to ten „kalafior”, z jakiegoś powodu, przyprawia mnie o wymioty.
U nas na wsi, od lat, jeśli komuś na czymś nie zależy, albo komuś jest coś obojętne, to mówi, że mu to coś „zwisa”. Po prostu, „zwisa”. Bez dodatkowych atrybutów. Oczywiście wyobrażam sobie, że ktoś mógłby zechcieć powiedzieć, że coś mu „zwisa kompletnie”, albo „zwisa totalnie”, czy nawet „zwisa równo”. Ale „kalafiorem”? No, nie wiem. Z punktu widzenia mojej wrażliwości, ten „kalafior” jest tu równie… jak by to powiedzieć – śliski, co „śluz”, czy „ropa”. Chodzi mi o to, że gdyby zamiast grepsu z „kalafiorem” Osiecki zdecydował się na przykład na zdanie takie jak: „To kim jest, jakie ma poglądy, na kogo głosuje i jak się zachowuje Jurek Owsiak spływa mi śluzem”, albo „tętni mi ropą”, czy „sterczy mi kupą”, czy „sunie mi kartoflem”, to bym się poczuł dokładnie tak samo zaniepokojony, jak mi się to zdarzyło wczoraj, gdy przeczytałem to dziwne zdanie.
No trudno. Jest jak jest, i tego nie zmienimy. Ja jednak nie tyle chciałem o Osieckim i jego estetycznych możliwościach, lecz o czymś, co w związku z tym „zwisającym kalafiorem” przyszło mi do głowy w kwestii już bardziej ogólnej. Chodzi mi mianowicie o to, że ten „kalafior” w jakiś zupełnie niezwykły sposób zharmonizował się z tym wszystkim, co się wokół wczorajszej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy działo. Przez wiele lat starałem się – a przecież nie tylko ja – wytłumaczyć sobie, dlaczego Jerzy Owsiak i wszystko to co on sobą reprezentuje, budzi we mnie tak silny sprzeciw. Oczywiście, ja świetnie wiem, i tą wiedzą wielokrotnie starałem się tu dzielić, dlaczego Owsiak to raczej zło niż dobro. Oczywiście też, sposób działania tej jego fundacji, to wszystko co on uczynił z działalności dobroczynnej, cała techniczno-finansowa strona tego przedsięwzięcia, zostało już wielokrotnie zanalizowane i opisane. Jednak, jak się zdaje, wobec tego jednego, wciąż powracającego argumentu, że „dzięki Owsiakowi żyje tysiące dzieciaków”, wszelka krytyka, czy choćby sama próba dyskusji na temat tego projektu, umiera na samym początku. A zatem, tu już najprawdopodobniej nie da się powiedzieć nic więcej.
A jednak, wciąż jest tak, że z każdym kolejnym rokiem, społeczny opór przeciwko WOŚP, tym „światełkom wprost do nieba”, temu „graniu” i temu wreszcie „dyrygentowi” nie staje się ani trochę mniejszy. A im jest on większy, i z większą odwagą artykułowany, tym większy i bardziej przejmujący staje się ten wrzask i ta histeria wokół każdego kolejnego słowa wypowiadanego przez Jerzego Owsiaka. A każdy nowy wrzask, spijający z owsiakowych ust tę dobrą nowinę nowego typu, wśród wrażliwych ludzi budzi tym większy niesmak. Dlaczego?
Myślę sobie, że to nie może jednak chodzić wyłącznie o kwestie techniczne. Przyczyna tych napięć nie może leżeć ani wyłącznie, ani nawet przede wszystkim, w zimnej kalkulacji i zdroworozsądkowej świadomości. Nie chce mi się wierzyć, by ci wszyscy, którzy, jak Osiecki, chcą budować Owsiakowi pomnik, jak również my, którzy pragniemy go z tego – dawno już zresztą wybudowanego – pomnika zrzucić, kierujemy się czymś znacznie potężniejszym niż współczucie, czy jego brak, religijność czy jej przeciwieństwo, rachunki czy próby fałszowania tych rachunków. Uważam, że za tym stoi własnie ten „kalafior” i sposób, w jaki jedni i drudzy go odbierają. A mówiąc „kalafior”, mam na myśli coś co bym nazwał ‘kulturą estetyczną’.
W pewnym momencie, wśród komentarzy pod wpisem na tym blogu, poświęconym ożywczej potędze nienawiści, pojawił się parominutowy klip ukazujący początki WOŚP, czyli czasy, gdy Jerzy Owsiak mógł jeszcze bezkarnie używać zawołania „Róbcie co chceta”, bez narażania się na nieprzyjemne zarzuty. Umieściłem ten klip wyłącznie po to, by pokazać, jak najczystszej próby syf i wrzaskliwa tandeta mogą być używane jako substytut miłości http://www.youtube.com/watch?v=Kb582HOmpTc. Z mojego punktu widzenia, to co się dzieje na ekranie przez te klika minut jest przykładem czegoś tak niskiego i bezwartościowego, że przy tym czymś, telewizyjne teleturnieje, które czasem przez przypadek można obejrzeć na satelitarnych kanałach telewizji wenezuelskiej, czy boliwijskiej wydają się być pełną dostojnego umiaru rozrywką. To co przedstawia ten klip, to – powtórzę raz jeszcze – syf w najczystszej postaci. A jednak i Jan Osiecki i wiele innych osób jest głęboko tym czymś zachwyconych i właśnie z myślą o nich, ta tandeta z każdym rokiem staje się jeszcze bardziej tandetna. A zatem, wygląda na to, że tu może chodzić jak najbardziej właśnie o estetyczną wartość tego „zwisającego kalafiora”.
Dlaczego Jerzy Owsiak, organizując swoje przedsięwzięcie i nadając mu taki kształt, a nie inny, zdecydował się na coś tak niezwykłego? Myślę, choć oczywiście nie mogę mieć pewności, że na samym początku on po prostu własnie taki był, a więc takie też było jego dzieło. On musiał właśnie w ten sposób sobie wyobrażać, czym jest coś, co w muzyce nazywane było ‘sceną indie’, czy ‘sceną alternatywną’. On właśnie tak musiał widzieć coś, co powinno powstać po przeciwnej stronie establishmentu. Jako właśnie taki jarmark. I to zbudował. Po pewnym czasie jednak, kiedy sam się stał częścią tego establishmentu, z którym rzekomo walczył, czy może wobec którego rzekomo chciał budować alternatywę, i to się stał jego częścią wręcz konstytucyjną, nie mógł już nic w tej idiotycznej oprawie zmienić, z wyjątkiem może właśnie tego „róbta co chceta”. I dziś efekt jest taki, że w najbardziej establishmentowej części publicznej domeny oglądamy Owsiaka z jego wygłupami, otoczonego już wyłącznie najbardziej jednoznacznym establishmentem, i jednocześnie musimy znosić ów koncert obłudy, w którym wszyscy udają, że są tacy cool i off.
Wczoraj wieczorem, przez chwilę miałem okazję oglądać wspólny telewizyjny występ Owsiaka, Miecugowa i Leszczyńskiego – takiego (gdyby ktoś nie wiedział) niby-speca od kultury popularnej. Słuchałem ich i nagle sobie uświadomiłem, że od wielu, wielu lat, temat WOŚP i Owsiaka osobiście, jest jedyną kwestią, która w całości i do końca jest przez media ocenzurowana. Jeśli w telewizji występują trzy osoby, które mają ochotę dyskutować o najbardziej drażliwych problemach, choćby tak kontrowersyjnych jak antysemityzm, czy rasizm, czy eutanazja, czy nawet faszyzm, organizatorzy debaty starają się zawsze, by jakaś debata jednak była. A więc nawet mogą zaprosić do studia na przykład Janusza Korwina -Mikke, który zagwarantuje odpowiednie emocje. W przypadku Owsiaka, nie ma absolutnie mowy, by w studio pojawił się – nawet nie Korwin – ale w ogóle ktokolwiek, choćby Łukasz Warzecha, i w jakikolwiek sposób zakwestionował choćby jeden element owsiakowej produkcji. Wszyscy zaproszeni mają mówić to samo, wszyscy mają mieć przylepione do marynarek serduszka, a jeśli kamera spróbuje pokazywać to co się dzieje na ulicy, to zanim materiał trafi na antenę, nawet policjanci na służbie (!) muszą zostać oblepieni czerwonym dowodem tego, że wszystko gra! A w tle, niezmiennie będziemy musieli oglądać ten migający, pstrokaty i prostacki kicz. Groza.
A jakby tego było mało, wszystko to – tonące w sposób jak najbardziej obrzydliwy w najbardziej jednoznacznym establishmencie – będzie nieustannie przedstawiane, jako alternatywa i punk! Jasna cholera! Siedzi w studio Grzegorz Miecugow, człowiek który całe swoje życie związał najpierw z dążeniem, a następnie z kurczowym trzymaniem się czegoś co aż cuchnie establishmentem, obok niego drugi taki eksponat, który nawet jeśli zaczynał na ulicy, dziś porusza się wyłącznie po czerwonych dywanach i obaj, jeden przez drugiego krztuszą się ze śmiechu na myśl, że ktoś mógłby być tak głupi, by proponować Jerzego Owsiaka na stanowisko prezydenta, czy ministra zdrowia. Jego? Człowieka tak niezależnego i wolnego? Że niby on miałby upaprać swoje święte serce w czymś tak płytkim i przyziemnym jak służba dla Państwa? Co za absurd! Przecież wszyscy widzą, że on ma czerwone spodnie i żółtą koszulę! A jednocześnie, przez cały czas, słyszymy ten zgiełk i durniejemy od tych światełek i tych kolorów, które – jak się każe nam wierzyć – stanowią prawdziwą anarchię i jednocześnie czystą ofertę kontr-państwową. I po chwili jesteśmy nawet w stanie zapomnieć, że choćbyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z czystą kontr-kulturą, to akurat te pieniądze pozostają jak najbardziej drukowane tam gdzie się zwykle pieniądze drukuje.
Kalafior. To jest właśnie początek i koniec wszystkiego co stoi za wymyślonym przez Jerzego Owsiaka i przez niego przeprowadzonym tak skutecznie projektem pod nazwą Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Kalafior jako jedyne estetyczne i intelektualne osiągnięcie, na jakie stać było i samego Mistrza i tych wszystkich, którzy postanowili się pod ten jego projekt podpiąć. Kalafior. Zgniły, wodnisty i zarobaczony. I strzelający światełkiem. Prosto do nieba.

niedziela, 10 stycznia 2010

O kopaniu dołków

Przez trzy lata pracowałem w instytucji, którą z mojego punktu widzenia mogę nazwać potężną. Z początku prowadziłem tam kursy dla zwykłych pracowników, a następnie już tylko dla tzw. kadry zarządzającej. Przez cały więc rok, codziennie, uczyłem jeżyka angielskiego ludzi, na których u mnie na wsi mówi się „dyrektorzy”. Z tego okresu mam dwa ważne wspomnienia, a tym samym dwie liczące się dla mnie refleksje. Nie dwie. Trzy. Pierwsza jest taka, że właściwie każda z osob, z którymi miałem okazję pracować, była niezwykle uprzejma, sympatyczna, wesoła i otwarta. Każda z tych osób, swoim charakterem i ogólnym obyciem, sprawiała, że te lekcje zapamiętam jako bardzo miły okres w mojej pracy. Druga refleksja byłaby taka, że wielu z tych „dyrektorów”, chociaż formalnie uczyli się na poziomie zaawansowanym, bardzo źle znało język angielski i, z pewnością znacznie lepiej by się czuli na poziomie niższym średnio-zaawansowanym. To właśnie wtedy odkryłem, że jest niczym innym jak mitem przekonanie, ze żyjemy dziś w kraju, gdzie bez znajomości języka obcego nie ma mowy o jakiejkolwiek karierze powyżej rozdawania ulotek. Trzecie co mnie uderzyło i co będę już zawsze pamiętał, jest tak, moim zdaniem, ciekawe i ważne, że wymaga osobnego akapitu.
Otóż moi „dyrektorzy”, z jednej strony byli najlepszymi kompanami i każda godzina z nimi spędzona, była czystą i żywą przyjemnością. Z drugiej jednej strony czułem przez cały czas, pewne napięcie, którego źródła w żaden sposób nie potrafiłem ustalić, ale które było na tyle intensywne, że po pewnym czasie jednak przeszkadzało. Po pewnym czasie, przebywanie z tymi miłymi ludźmi robiło się męczące z tego względu, że wyglądało jakby te dziewięćdziesiąt minut lekcji było dla nich jedynym punktem dnia – i to nie tylko dnia pracy, ale w ogóle dnia – kiedy oni się czują naprawdę w domu.
Któregoś dnia, znalazłem ciekawy bardzo tekst o organizacji, która działa w Stanach Zjednoczonych i nosi nazwę Forty Plus. Owo Forty Plus ma na celu pomoc ludziom, którzy nie są już młodzi, ale wciąż w tzw. wieku produkcyjnym, którzy przez wiele lat byli zatrudnieni przez duże firmy na stanowiskach kierowniczych, a którzy nagle zostali z pracy wyrzuceni. Artykuł, o którym mówię, pokazywał problem nie tylko z punktu widzenia ekonomii, lecz może przede wszystkim nawet, pod kątem psychologii człowieka, który przez całe lata decydował o tym, co się będzie działo i nagle widzi, że nie ma jakiejkolwiek kontroli ani nad przyszłością, ani nawet nad dniem dzisiejszym. Ale też człowieka, którego przez całe lata rodzina traktowała jako coś pewnego i stałego, a dziś widzi, że akurat pod tym względem już na niego liczyć nie może.
To był bardzo ciekawy tekst. Świetnie napisany, językowo bardzo bogaty, niezwykle przy tym wzruszający, a jednocześnie – jak się już wkrótce okazało –jedyny, którego moi dyrektorzy” zdecydowanie nie lubili. Czytaliśmy go, a oni oczywiście byli bardzo mili i nawet pozwalali sobie na drobne, autoironiczne żarty, ale ja świetnie wiedziałem, że oni by akurat woleli co innego. Na przykład afrykańskie wspomnienia Roalda Dahla. Oczywiście trudno mi było rozmawiać z nimi o sprawach tak osobistych jak strach przed utratą pracy, i to pracy – jak wszystko na to wskazywało – bardzo dobrej. Mogłem jednak porozmawiać z innymi, równie może dobrze poinformowanymi osobami, tyle że z zewnątrz i ich spytać, co tam się może takiego dziać. A więc dowiedziałem się po pierwsze, że każdy z tych moich „dyrektorów” zarabia z całą pewnością bardzo dużo pieniędzy, a po drugie, że te pieniądze są najczęściej w ogromnej części albo już wydane na domy, samochody, wakacje w Nowej Zelandii, i inne fajne atrakcje, albo przeznaczone na najróżniejsze zobowiązania kredytowe. A więc, ci mili ludzie są oczywiście bardzo zadowoleni ze swojej pracy i ze swojego życia i z tego, jak ta praca potrafiła to ich życie przystroić, tyle że ich szczęście, całkiem niefortunnie, przybrało taki kształt, że zarówno ten dom, jak i ten samochód, jak i ta praca i ta pensja są tak ze sobą powiązane, że jeśli którekolwiek z nich się posypie, pociągnie za sobą całą resztę. A kłopot w tym oni poza tym, naprawdę nie mają wiele więcej. I właśnie dlatego, kiedy się uczą języka angielskiego, to się czują spokojnie i bezpiecznie, bo tu ich nic ani nie uwiera ani nie straszy, i też właśnie stąd wolą czytać o Afryce, niż o Polsce. Szczególnie w kontekście, który im może przypominać o tych kredytach.
I część tej diagnozy mogę potwierdzić. Trzech z moich uczniów-dyrektorów codziennie traciło na dojazdy do pracy do Katowic co najmniej trzy godziny, bo te nowe domy, które oni sobie istotnie dopiero co pobudowali były od Katowic bardzo daleko, a oni w tych domach mieszkali na codzień. A tu pracowali. Jeden z nich mieszkał aż w Poznaniu. Mieszkał w Poznaniu i pracował w Katowicach, i tego układu trzymał się tak kurczowo, bo prawdopodobnie każdy ruch w tę czy drugą stronę zagrażał jego ekonomicznemu bezpieczeństwu.
Przypomniałem sobie swoich uczniów już z przeszłości, z tej przyczyny, że ostatnio tu, na tym blogu pojawił się problem szczególnych zachowań pewnej grupy polityków, związanych głównie z partią rządzącą. Kilka razy i ja osobiście, jak również kilku z komentujących, dumaliśmy nad tajemnicą taką mianowicie, jak to się stało, że wielu pod każdym możliwym pozorem porządnych i ideowych ludzi, w ciągu zaledwie dwóch lat, potrafiło doprowadzić się do takiego upadku, że ci którzy ich znają sprzed lat dziesięciu, czy dwudziestu, zwyczajnie nie są w stanie ich poznać. Ale nie tylko to. Jak to się stało, że z pozoru zwykli ludzie, mający domy, rodziny, żony, dzieci, do których to dzieci wracają zawsze z radością, że widzą ich całych i w zdrowiu, na co dzień potrafią tak bardzo być zwykłymi – proszę wybaczyć język, ale trzeba to powiedzieć – skurwysynami?
I jeśli teraz ktoś z czytelników tego bloga zakrzyknie: „Wiem! To te kredyty!”, będzie to prawda, choć jednak niepełna, bo tylko zamykająca całość tego wywodu. A my jeszcze potrzebujemy początek. Otóż moim zdaniem początek jest w tym, z czym mieliśmy do czynienia w Polsce przez dwa lata rządów PiS-u. Rząd PiS-u był – jak każdy normalny człowiek wie – rządem dobrym, mądrym i skutecznym. A ponadto uczciwym. Rząd PiS-u był skupiony nie na doraźnym ratowaniu się przed utratą publicznego zaufania i niszczeniu politycznej konkurencji, lecz na ciężkiej pracy dla dobra kraju. I w tej pracy był jak najbardziej skuteczny. I ta skuteczność, najpierw ta pierwsza, z jaką PiS wygrał wybory w 2005 roku, a później z jaką reformował kraj, stanowiła dla polityków Platformy Obywatelskiej zarówno zagadkę jak i nieustający ból. Przeciętny polityk Platformy, nie mogąc zwyczajnie uznać, że ma do czynienia z tryumfem prostego politycznego talentu i praktycznie realizowanej uczciwości, skonstruował sobie swego rodzaju widmo, w którym PiS jawił mu się, jako banda kłamców, przestępców, wyrachowanych kombinatorów, którzy jeśli potrafią wygrywać i z tej swojej wygranej skutecznie korzystać, to wyłącznie dlatego, że tam panuje wyłącznie kłamstwo, korupcja i bezwzględność. Konsekwentnie, polityk Platformy uznał, że to co zgubiło i jego i jego kolegów, a wcześniej najpierw Unię Demokratyczną, a po niej Unię Wolności, i ich wybitnych przedstawicieli, to to, że oni wszyscy byli zbyt porządni. I doszedł ów symboliczny polityk PO do jedynego logicznego wniosku. Ze polityczny sukces można osiągnąć wyłącznie postępując jak PiS, czyli kłamiąc, kradnąc i bezwzględnie niszcząc wszystko co nam zagraża. Przyjęli za fakt, że czasy są takie, że polityka może być tylko obłudna i pozbawiona zasad innych niż zasada skuteczności. Najpierw więc nazwali to co będą uprawiać post-polityką, a potem tym swoim chorym fantazjom nadali kształt realny.
Sam się tu zastanawiałem nieraz, dlaczego PiS, a z PiS-em cały tamten rząd, od samego początku tworzyli tak niepewny wewnętrznie układ. Dlaczego koalicja PiS-u, Samoobrony i LPR-u była nieustannie rozrywana wewnętrzną niestabilnością. Jako pierwsza, odpowiedź znalazła oczywiście Platforma Obywatelska. Otóż jej twórcy i szefowie wymyślili, że PiS, choć w istocie, złożony z ludzi podłych i bezwzględnych, nie był wystarczająco podły i bezwzględny. Że oni tego błędu już nie popełnią. Że polityka swoim torem, a życie swoim. Bo oni już wiedzą, że dla skutecznego i jak najdłuższego utrzymania władzy (a przecież wiadomo, że zawsze o to tylko chodzi) trzeba wszystkie istotne elementy tego układu w taki sposób uzależnić od siebie całym systemem najrozmaitszych powiązań, że jeśli ktoś będzie chciał się z niego wyrwać, trafi w niebyt zarówno polityczny, jak i osobisty. A skoro osobisty, to w momencie wystąpienia z układu, każdy kto to zrobi, razem ze swoją rodziną, stracą wszystko. Samochody, domy, baseny, wakacje w Egipcie, ogrody – każdy według swoich ambicji – ale wszystko. A więc od samego początku rządów, prawdopodobnie każdy liczący się członek Platformy i w ogóle rządowej koalicji został doprowadzony do podobnej sytuacji, w jakiej znajdowali się moi „dyrektorzy”.
Kiedy więc dziś patrzę na zawzięte twarze posłów Karpiniuka, Sekuły, Nitrasa, Grasia, Niesiołowskiego, tej posłanki Muchy, czy szanownego pana ministra Nowaka i słyszę jak oni są gotowi skompromitować się w stopniu takim, w jakim normalny człowiek nie jest w stanie sobie siebie wyobrazić nawet w najgorszych koszmarach, to wiem, że oni walczą o przetrwanie. Ja nie mam oczywiście pojęcia, ile każdy z nich ma miesięcznie najróżniejszych zobowiązań, włączając w to przede wszystkim bankowe kredyty. Ale wiem na przykład, ile ja ich mam i w związku z tą wiedzą i w ogóle moją ogólną wiedzą, mogę się domyślić, że oni mogą mieć nawet dużo gorzej ode mnie. I w pewnym sensie zaczynam im nawet współczuć. Bo sam widzę, co się dzieje, i jak w związku z tym co się dzieje, układa się przyszły los tych ludzi. I myślę sobie, że może by oni chcieli pouczyć się ze mną angielskiego. Raz, że im się z całą pewnością to przyda jeśli idzie o sam język, a dwa, że może uda im się choć na chwilę oderwać od tych złych mysli. Obiecuję, że będziemy czytali wyłącznie pełne żywego szczęścia wspomnienia Dahla z Afryki.
A ja też może coś dla siebie z tego ugram. Choćby przestanę ich tak nienawidzić. I będę miał jeden grzech mniej.

sobota, 9 stycznia 2010

O prawo Polaków do bezkarnego używania słowa 'fak'

Sobota w naszym domu ma wymiar właściwie standardowy. Dzieci śpią, bo wreszcie mogą, do popołudnia, a żona moja wręcza mi listę zakupów i wysyła do sklepu. Kiedy wrócę z zakupami, mam albo obierać jarzyny, albo odkurzać, albo wieszać pranie. Wszystkie te czynności są tak zaprogramowane, że – jeśli trzymać się standardu – około południa siadam sobie z kawą i włączam telewizor, żeby spojrzeć na TVN-owski pasek i zobaczyć, czy może nie nastąpił już upragniony przez mnie koniec świata, w którym od kilkunastu lat przyszło mi żyć. I, właśnie ze względu na ten dzień i na te porę, najczęściej jest tak, że nad paskiem z informacjami widzę studio, a w studio pięć osób, tak zwanych Mistrzów, jak dostarczają sobie i telewizyjnej publiczności intelektualnej rozrywki pod nazwą Drugie śniadanie (właśnie) mistrzów. I tak już właściwie za każdym razem, zostaję przed tym obrazem przez kolejne dziesięć, czy piętnaście minut. I wystarczy. Zawsze.
Wstęp ten uczyniłem z jednego właściwie powodu. Mam otóż wrażenie, że od czasu gdy ten blog przestał być blogiem politycznym w tradycyjnym słowa tego znaczeniu, a więc od czasu gdy praktycznie przestaliśmy tu się zajmować Donaldem Tuskiem bezpośrednio, i tą propagandą, która pozwala temu szczególnemu człowiekowi być wciąż premierem naszego kraju, jedynym telewizyjnym programem, który tu stale powraca, jest owo właśnie Śniadanie mistrzów. I chociaż mam tu sumienie jak najbardziej czyste, a i mógłbym nawet skutecznie tę czystość usprawiedliwić, bardzo bym nie chciał, żeby ktoś pomyślał sobie, że zwariowałem. A więc wyjaśniam. To jest właśnie ten dzień, ta pora i ta kawa. Inna sprawa, że, o czym jestem szczerze przekonany, nie ma w polskiej telewizji i w ogóle w polskim przekazie publicznym – przynajmniej nie w tym, który jest mi znany – zjawiska równie szokującego, jeśli idzie o coś co się powszechnie określa mianem umysłowego i moralnego upadku polskich elit. Uważam, że gdyby jacyś obcy z planety K-Pax wylądowali na Ziemi i postanowili zorientować się, jak wyglądają elity – obojętne, czy artystyczne, czy intelektualne, czy polityczne – reprezentujące ludzkość, i gdyby na samym początku swojej wyprawy trafili na tylko jedno wydanie tego programu, mogłoby to dla nich stanowić tzw. ultimate experience. A zatem, biorąc choćby to pod uwagę, program Drugie śniadanie mistrzów powinien być choćby z pewną regularnością oglądany przez wszystkich tych, którzy patrzą by widzieć i słuchają by słyszeć. Raz żeby wiedzieć, a dwa, żeby się odpowiednio naładować i nie zgnuśnieć.
W programie o którym mówię, występują tak zwani celebryci – na ogół ci sami, ale bywa że różni – którzy pod kierunkiem niejakiego Mellera, redaktora naczelnego polskiej edycji Playboya, a więc powszechnie znanego magazynu dla onanistów, rozmawiają na tematy ogólnospołeczne. Myślę, że owa szczególna formuła tego programu ma trzy przyczyny. Główna jest taka, że aktorzy, czy gwiazdy rozrywki, pragną w ten sposób dowieść sobie i światu, że oprócz zdolności do pajacowania, mają też rozum i podstawową wrażliwość. Drugi powód, dla którego oni tam siedzą i mówią, jest pewnie taki, że duża część publiczności bardzo lubi patrzeć na osoby znane z telewizji jak robią coś innego niż to co robią zwykle. A więc mamy tu do czynienia ze swego rodzaju ruchomym tabloidem. Trzeci powód, i dla nas wydaje mi się najważniejszy, to taki, że ci, którzy zawodowo modelują społeczną przestrzeń w Polsce według pewnych planów, wyliczyli sobie, że z punktu widzenia ich interesów, najlepiej by było doprowadzić społeczeństwo do takiego upadku moralnego, emocjonalnego i intelektualnego, by wszyscy znaleźli się tak nisko jak nisko operują właśnie aktorzy, czy piosenkarze. Bo wtedy będzie można robić już co się chce. I dlatego, rolę nauczycieli przejmują właśnie gwiazdy kultury popularnej.
Dziś nauczały następujące osoby: telewizyjny pajac Urbański, aktor i kabareciarz Pazura, kabareciarz i aktor Materna, oraz jakaś pani, której nie znam, ale o ile się nie mylę tzw. pisarka. Nie wiedzieć czemu, cała jedna część programu – akurat ta, którą miałem okazję oglądać – była poświęcona Polsce i temu co w Polsce dobre i piękne, a co złe i głupie. Redaktor z Playboya w pewnym momencie zasugerował, że gdybyśmy my Polacy mieli się zastanowić, czym moglibyśmy się poszczycić przed światem, to wyszłyby nam wyłącznie oscypki, które i tak podobno sa słowackie, a nie nasze. A zatem – skansen. I na to, proszę sobie wyobrazić, obruszyły się pozostałe gwiazdy i jedno przez drugiego, zaczęli tłumaczyć, że ależ skąd, że przecież mamy różne fajne rzeczy, oprócz tych oscypków. Na sprytne pytanie Playboya– jakie, Urbański wyciągnął Gazetę Wyborczą i bez słowa pokazał, z błyskiem w oku, zdjęcie budującego się w Warszawie stadionu. Aktor Pazura na to powiedział, że mnóstwo jest takich rzeczy, na przykład autostrady. Kabareciarz Materna oświadczył, że jemu się podoba tak w ogóle, a na jednoznaczną już uwagę Playboya, że tu by może bardziej chodziło o takie coś jak fińska Nokia, pani, której nie znam powiedziała, że ona na przykład jest dumna z Wałęsy. Jeszcze ktoś dodał, że na przykład można się cieszyć, że mamy prywatne stacje telewizyjne i w ogóle tak jakoś się rozwijamy w stronę nowoczesności… I w tym momencie rozmowa potoczyła się beze mnie, bo weszła Toyahowa i powiedziała, żeby ich ściszyć. Ostatnie co pamiętam, to owo intelektualne poruszenie i ten wysiłek w poszukiwaniu tej jednej rzeczy, która sprawia, że ci państwo są dumni z tego, że są Polakami.
I daję tu uroczyste słowo honoru. Oni nie żartowali. Tam nie było śladu ironii. Przysięgam, że ani prowadzący program playboy, ani jego goście, ani przez moment nie robili wrażenia, że to jest na niby. Wszystko się działo jak najbardziej poważnie i każdy z nich wyglądał, jakby autentycznie i jak najszczerzej pragnął znaleźć coś co mu pomoże przyznać się przed światem, że jest Polakiem… i nie umiał. To udręczenie było tak wyraźne i tak bolesne, że w pewnym momencie można było wręcz poczuć dla tych biedaków współczucie. Oni mieli te swoje pięć minut, żeby wydusić z siebie choć jeden dowód swojego patriotyzmu i nic. Pustka. Kompletna nędza. Rzec by można – Białoruś.
A ja sobie myślę, że to jest bardzo znamienne. Bo jeśli ja pojadę gdzieś za miasto, czy to w góry, czy na Kaszuby, czy gdzieś nad Bug i spytam kogokolwiek – lokalnego mędrca czy kompletnego durnia – co takiego pięknego jest w Polsce, że oni tą swoją polskością się radują, to każdy z nich wymieni mi choćby pięć rzeczy, z których jest dumny. Ale przecież nawet nie trzeba szukać po wsiach. Mam kolegę, który urodził się w Londynie, tam się wykształcił, tam założył rodzinę i stamtąd ostatecznie – jako najzwyklejszy Brytyjczyk przyjechał do Polski i postanowił tu zostać już na zawsze. Mówi mi on dziś, że dzień, w którym postanowił wyjechać do Polski jest najbardziej udanym dniem w jego życiu. Oczywiście, Polska irytuje go zbyt często, dokładnie tak jak każdego z nas, ale nie mam wątpliwości, że gdyby ten głupek z Playboya spytał go o te oscypki, to on by mu zrobił wykład, z którego by się nie podniósł.. Tymczasem najbardziej elitarne przedstawicielstwo polskich elit, poproszone o wymienienie JEDNEJ rzeczy, z której są dumni jako Polacy, zachowują się jakby wdepnęli w kupę i chcieli to za wszelką cenę jakoś ukryć.
W filmie, który Michael Palin nakręcił o Polsce, przez godzinę oglądamy kraj, który zwala z nóg na każdym możliwym etapie tej wędrówki. W pewnym momencie Palin rozmawia z Brytyjczykiem, który zdecydował się w Polsce zamieszkać, a którego znamy z telewizji – Kevinem Aistonem. Człowiek ten, przez może piętnaście minut opowiada, dlaczego jest szczęśliwy, że mieszka w Polsce, a Palin najwyraźniej świetnie go rozumie. Tymczasem telewizja TVN pokazuje nam pięć osób, które reprezentują polskie elity i których nam każe nazywać ‘mistrzami’, i ci, pytani o Polskę, jedyne co potrafią zrobić to wystawić swój upudrowany nosek do kamery i coś bąkać o tym, że ta kamera jest strasznie nowoczesna. Co za upadek!
Ale przecież tu nawet nie chodzi ani o tego Urbańskiego, ani o Pazurę, ani o nikogo z nich razem i osobno. Problem polega na tym, że w kraju, w którym całkowicie oficjalnie, przyjęło się traktować najbardziej patriotyczną i tradycyjnie wrażliwą część społeczeństwa za pełen kompleksów skansen i coś co przynosi nam wstyd przed całym światem, okazuje się, że to własnie kraju tego elity stanowią przykład najstraszniejszego z możliwych kompleksu i wieśniackiej zapyziałości. Okazuje się, że to właśnie te elity, gdyby je pokazać światu, zrobiłyby nam obciach, przy którym każdy półprzytomny pijaczek z prowincji świeciłby wręcz betlejemskim światłem. Przecież jeśli weźmiemy takiego Maternę, czy Pazurę i postawimy ich na środku wiejskiego pokoju, gdzie centralnym meblem jest przykryty serwetką telewizor, a na ścianie wisi dywan z jeleniem, to oni po dwóch minutach zrobią w tym miejscu smród taki, że trzeba będzie ten pokój wietrzyć, odkażać, a następnie dla pewności spryskać święconą wodą.
Elity, cholera! Mistrzowie…
Kiedy włączyłem dziś w południe ten telewizor i zacząłem patrzeć, co tam się dzieje, Cezary Pazura akurat mówił o jakimś tekście Andrzeja Czeczota – rysownika i też celebryty, w którym ten obraził religię i Kościół i tym samym gdzieś tam został za to zwymyślany. Mówił Pazura, że on nie rozumie, skąd słowa Czeczota wywołały takie oburzenie, skoro przecież on tylko żartował, a żart ma swoje przecież prawa. I w pewnym momencie powiedział Pazura też coś takiego. Że on sam jest wybitnym artystą kabaretowym i ma taki show, który polega na tym, że sobie stoi sam na scenie i śmiesznie gada. I że to się nazywa stand up comedy. No i w związku z tym, że on jest tym stand up comedian, oglądał niedawno jakiś amerykański show tego właśnie typu i tam przez dwie godziny, pewien amerykański komik rozśmieszał ludzi, gadając bez najmniejszego skrępowania o najbardziej intymnych częściach kobiecego ciała. I że był przy tym tak wulgarny, że Pazura aż nie mógł się nadziwić, że gdzieś jest taki świat, że tak można. I teraz, jakie z tego wnioski wyciągnął Pan Mistrz i jakimi to wnioskami chciał się z nami podzielić? Otóż jego boli to, ze on też by tak umiał i chciał, ale niestety ta nasza obyczajowość jest taka, że on nie może. I on nie może się rozwijać jako artysta rozśmieszający ludzi. I to jest straszne. Bo gdyby on miał takie możliwości, jakie mają komicy w Nowym Jorku, to by nas tak rozśmieszył, że byśmy się z tego śmiechu nie pozbierali. Ten jego żal natychmiast podzieliła reszta uczestników audycji i wszyscy zaczęli się użalać, jakie to okropne, że polska kultura i wrażliwość jest tak beznadziejnie prowincjonalna. Do tych narzekań dołączył się też Materna i się pobeczał, że w Anglii wolno się śmiać z wszystkiego i z wszystkich, a "nawet z Królowej". A jemu z wszystkiego i wszystkich już nie wolno, bo Polska nie wiedzieć czemu trzyma wszystkich za pysk.
I kiedy sobie teraz wspominam tę audycję i myślę o wszystkich tam występujących gwiazdach, dochodzę do przekonania, że są dwa sposoby, bym mógł ich jakoś podsumować. Pierwszy jest taki, że oni tak naprawdę wcale nie są Polakami. Nie są też Francuzami i nie są też Szwedami i Anglikami. To są ludzie, którzy sami się, przez swoją bezmyślność i wewnętrzne zło, dali wypatroszyć z wszelkiej tożsamości. Nawet, co gorsza, nie są też choćby porządnymi kosmopolitami. Więc to jest jedna możliwość. Jednak tego akurat nawet ja bym im nie życzył. Więc, z czystej dobroci mego serca, obstawiałbym już bardziej tę drugą ewentualność. Że Materna świetnie wie, dlaczego by się czuł dumny, gdyby był Brytyjczykiem, a Pazura – gdyby był Amerykaninem, Amerykę akurat widział w telewizji i jeszcze koledzy mu opowiadali. Chodzi obu mianowicie o to, że gdyby oni mieszkali nie w Polsce, lecz gdzieindziej, wówczas każdy z nich mógłby bezkarnie i publicznie używać słowa „pizda”. W Polsce im się – owszem – też podoba. Bo to i… no, tego… jest sklep z telewizorami… i Wałęsa… i… no… tak w ogóle, wiadomo, że … no choćby będzie Euro 2012, na przykład… nawet stadion się buduje i sobie można z gazety zdjęcie wyciąć. Ale gdyby tak doczekać czasów, że artysta będzie mógł powiedzieć publicznie w telewizji słowo „pizda”. Wtedy, to by wszystko było jak trza!

piątek, 8 stycznia 2010

This is not a love song!

Od paru dni chodzi mi po głowie piosenka Boba Dylana You’re A Big Girl Now. A właściwie sam jej początek „Our conversation was short and sweet/It nearly swept me offa my feet/Now, I’m back in the rain/While you are on dry land/You made it there somehow/You’re a big girl now!” Tak to chyba było. Dlaczego Dylan i dlaczego akurat to? Dylan – ponieważ on akurat zawsze jest dobry do skojarzeń i dobrze w ucho (i w pamięć) wpadają pewne jego bon moty. A ta akurat piosenka – bo to jest smutna piosenka, a dziś nic nie wskazuje na to, żebym sobie miał choćby raz zażartować. Nie ma bowiem na to najmniejszych powodów. Zrobiło się serio jak cholera.
Cóż więc takiego zwaliło mnie z nóg? Komu i co uszło na sucho? Kto może się pochwalić, że tak nam urósł? Przedwczoraj zobaczyłem w telewizji ludzi ciężko chorych na raka, których wraz z rozpoczęciem nowego roku pozbawiono nagle możliwości leczenia przy pomocy chemioterapii. Oczywiście wiem, że dziennikarze potrafią wiele i że to wiele nie ogranicza się wyłącznie do nieustannego pokazywania zakrwawionej twarzy premiera Berlusconiego, ale te ich umiejętności sięgają znacznie dalej. Nie zmienia to jednak faktu, że widok płaczących osób, którzy własnie się dowiedzieli, że mają ze swoimi nowotworami iść do domu, bo NFZ nie dał pieniędzy, czy może dał, ale nie im i nie teraz i nie tu, robi wrażenie nawet jeśli wiemy, że za tym stoi fachowa dziennikarska robota. Jeśli jednak ktoś jest chory na raka, i jego choroba jest na tyle zaawansowana, że lekarze muszą mu podawać tak zwaną ‘chemię’, to sama ta wiadomość może być wystarczająco przygnębiająca. Jeśli na dodatek dowiadujemy się, że ktoś kto jest w tak marnej sytuacji zostaje od tej chemii odłączony na zasadzie: „przyjdź pani innym razem”, to do tego, by poczuć lekki zawrót głowy, nie trzeba nawet telewizji. Wystarczy minimum wyobraźni. No a tu, postawiono jeszcze te kamery i każdy kto chciał, mógł sobie wszystko dokładnie zobaczyć. I dalej już tylko się można zadumać.
Kolejny dzień przyniósł kolejne wrażenia. Najpierw odpowiedzialni urzędnicy wykonali dwa gesty, które trzeba jakoś nazwać, tyle że słowo ‘szokujące’ tu jest zbyt łagodne. Część z nich powiedziała, żeby nie zawracać głowy, bo to tylko 150 osób, więc nie bardzo jest o co podnosić krzyk, a część nabrała wody w usta i postanowiła sytuację przeczekać. Przynajmniej do czasu aż się coś dobrego wymyśli. Następnie, kiedy już to co było do wymyślenia, wymyślono, pojawił się sam premier i ogłosił, że jest oburzony, że swojemu urzędnikowi za to co się stało, nie wypłaci pensji za styczeń, no i przez najbliższe dwa tygodnie będzie mu patrzył na ręce.
I przyszedł dzień dzisiejszy i nowa wiadomość. Otóż, jak się okazuje, pięć lat temu gdzieś w Polsce pewien chłopak, widząc że jacyś trzej bandyci zaczepiają kobietę, zainterweniował i został przez to tak dotkliwie pobity, że dziś jest uruchomiony w inwalidzkim wózku, bądź w łóżku i… patrzy i się trzęsie. Też pokazała to zawsze i wszędzie obecna telewizja i wszyscy mogliśmy ujrzeć tego dziś już młodego mężczyznę, jak siedzi, patrzy i drży. Okropnie drży. Bywa. Różne są choroby, różne dolegliwości, różne w końcu efekty zwykłego pobicia. Tu jednak chodzi o coś więcej. Okazuje się otóż, że owi trzej bandyci, którzy pięć lat temu doprowadzili niegdysiejszego chłopca do dzisiejszego stanu, chodzą wciąż, jak to mówią, ‘po wolności’. Okazuje się, że od paru lat, czyli od czasu gdy sąd unieważnił wyrok wydany w tej sprawie i proces musiał się rozpocząć od początku, proces rozpocząć się nie może, bo sędzia wyznaczona do prowadzenia tej sprawy jest na nieustannym zwolnieniu, a prezes sądu ma inne sprawy na głowie. Dziennikarze TVN-u rozmawiali z matką okaleczonego mężczyzny, a myśmy mogli zobaczyć wyłącznie bezradność. I jeszcze coś. Polskę mianowicie.
Tu też wiem, że media potrafią wszystko. Potrafią na przykład z czegoś zwykłego i nieistotnego zrobić wydarzenie. I odwrotnie. Z czegoś co jest ważne i poważne – zrobić coś co nie ma w sobie nic nawet godnego zapamiętania. Ten mężczyzna – kiedyś chłopak – autentycznie jednak siedział i drżał, a na drzwiach sali sądowej wisiała autentyczna kartka z napisem: „Rozprawa odwołana”. No i te pięć lat. Może nie całkiem pięć. Może dziennikarze przesadzili. Może tylko cztery i pół. Ale jednak chyba nie dwa i nie trzy. Bandytów nie pokazali. I to, jak się zdaje, nie dlatego że siedzą. Ale i tego nie trzeba pokazywać. Wystarczy mieć wyobraźnię i wiedzieć.
A ja mogę sobie – owszem – wszystko bardzo dobrze wyobrazić. I to i tamto. Czyli i siebie, lub – lepiej jeszcze – swoje dziecko lub żonę, umierających na raka i liczących (o tyle o ile można jeszcze liczyć) na poprawę, kiedy dowiadują się, że jeszcze nie dziś, bo dziś są jakieś kłopoty i proszę przyjść jutro, a najlepiej pojutrze. Albo najlepiej zadzwonić. I mogę sobie wyobrazić siebie, lub – może lepiej – mojego syna, jak siedzi unieruchomiony w wózku inwalidzkim i potrafi tylko drżeć, bo kiedyś strzeliło mu do głowy, żeby zainterweniować w sytuacji, gdzie należy tylko wiać gdzie pieprz rośnie. I potrafię sobie wyobrazić, jak przychodzę po raz siódmy, ósmy i piętnasty na rozprawę, która ma mi dać sprawiedliwość i zastaję kartkę z nabazgranym napisem, że mam przyjść kiedy indziej. A kiedy, to się dowiem w swoim czasie. Więc to umiem sobie wyobrazić. I chce mi się wrzeszczeć. Bo biorę pod uwagę, że ja w tej sytuacji mógłbym zacząć robić rzeczy, za które nasze państwo mogłoby mnie posadzić na długie lata. I to zdaje się szybciej i bardziej skutecznie, niż darzyło mu się zadziałać tutaj.
Bo to jest własnie moja Polska w roku 2010. I właściwie kompletnie nie wiadomo co można zrobić. Bo sytuacja jest taka, że jeśli się choćby rozejrzeć dookoła, to wszystko – a w tym i ci pacjenci i ten trzęsący się młody człowiek – jest wyłącznie elementem naszej bieżącej politycznej i zwykłej ludzkiej historii. Albo nawet – co już tu wspomniałem – zaledwie fragment medialnej dla tej historii oprawy. Nie można więc ani pokazać palcem na winnych temu co się dzieje, ani nawet na tych, którzy pozostają w tej sprawie całkowicie obojętni. Nie można nawet spróbować o tym dyskutować, bo nagle się okazuje, że to jest czysta polityka. A kto to widział, żeby wykorzystywać tak bardzo pojedyncze, choć – przyznajemy – przykre przypadki, do bieżących politycznych porachunków? No i wreszcie, kto jest winny, niech rzuci kamieniem. Nie wolno nawet wrzeszczeć. A co dopiero kląć! Kląć nie wypada, a więc i nie wolno. Bo to już by było chamstwo. I niegrzeczność. I brak kultury.
Przedwczoraj widziałem twarze płaczących, lub nie płaczących, ale baaaaaardzo bezradnych ludzi, którzy i tak już udręczeni tą chemioterapią, usłyszeli, że to już raczej koniec, bo wraz z nowym rokiem przyszły nowe czasy. A raczej stare nabrały nowego rozpędu. I umiem sobie całą resztę wyobrazić. I dziś widziałem tę matkę i tego jej syna, jak się trzęsie na tym swoim wózku i tę kartkę na drzwiach z wykaligrafowaną informacją, że z powodu choroby sędzi, rozprawa się nie odbędzie. I te pięć lat. I zastanawiam się, po ilu latach przedawnia się zwykłe chuligańskie pobicie. I też, cała tę resztę, umiem sobie pięknie wyobrazić. I czuję się fatalnie. Bo to jest własnie moja Polska w rękach ludzi już tylko bezczelnych.
I już nie myślę ani o Niesiołowskim, ani o Tusku, ani o Karpiniuku, ani o Piterze. Ale też już nie myślę o tym, co dziś słychać na pierwszej stronie Salonu i z jakimi to nowymi żartami na temat szczęśliwie już nam minionych rządów Ziobry i Kamińskiego przyszli wybitni publicyści z Krakowa, Poznania, czy Szczecina. Nie myślę ani o nich, ani o tamtych, i czuję, że jestem tu kompletnie samotny. Bo tak naprawdę i tamci chorzy, którzy mieli tego pecha, że to ich wybrała ta straszna choroba, i ten dzisiejszy biedak, który przed pięcioma laty okazał się tak okropnie naiwny, a dziś polskie państwo pokazało mu, jak bardzo jest nikim, są zaledwie drobnym odpryskiem w tej walce, która się toczy od dobrych paru lat i w której przecież sam biorę udział. Polska jest dziś zajęta sprawami, które są już wyłącznie bieżące, które trwają maksymalnie dwa dni i z których każda jest dokładnie tak samo ważna jak ta poprzednia i ta następna. I bez względu na to, czy owa sprawa jest zabawna, czy smutna, czy wzruszająca, czy może zatrważająca, albo słodka, lekka i łatwa – każda z nich trwa maksymalnie dwa dni i tylko przez te dwa dni wzbudza zainteresowanie.
I bardzo się dziś chciałbym skupić na tych chorych z przedwczorajszego dnia i na tym dzisiejszym człowieku drżącym na swoim wózku, bo wiem, że z całą pewnością i ja za parę już dni będę miał coś nowego do rozmyślania. I też będę się martwił, czy cieszył czymś o czym jeszcze dziś nie wiem. Bo to są właśnie takie czasy. I to jest własnie moja Polska w tych czasach. Więc chcę dziś bardzo mocno myśleć o nim i – żeby było łatwiej – nie o tamtych ludziach, lecz o tamtej kobiecie, która płakała, bo nie wiedziała co teraz z nią będzie.
Ale mogę jeszcze znaleźć w sobie coś więcej. Mianowicie ten gniew. Skierowany bardzo konkretnie. I tę nienawiść, która – tu jestem bardzo tego pewien – jest nienawiścią bardzo twórczą i bardzo ożywczą. Nie będę wrzeszczał. Nie będę klął. Bo nie wolno. Ale będę w sobie podsycał tę nienawiść. Bo to jest dobra nienawiść. I będę sobie słuchał tego Dylana. I powtarzał: Tym razem jeszcze jakoś się wam udało, i stoicie na suchej ziemi. Jakoś się wam udało. I to już nie będzie piosenka o miłości.

środa, 6 stycznia 2010

Tygodnik Powszechny, czyli jak cierpieć od Kościoła

O Tygodniku Powszechnym, czyli tak zwanym „katolickim piśmie społeczno-kulturalnym” jestem w stanie rozmawiać dokładnie na takiej samej zasadzie jak o współczesnej polskiej komedii, lub – bardziej już nawiązując do tematu – o religijnym życiu Szymona Hołowni. A więc moja cała wiedza na ten temat, nie wynika z bezpośredniej obserwacji zjawiska, lecz raczej z doświadczenia i związanych z tym doświadczeniem przemyśleń. To jest trochę tak jak z Afryką. Z jakiegoś nieznanego mi powodu, myśl o Afryce mnie przyciąga i ile razy widzę zdjęcia, czy filmy z afrykańskimi scenami, czuję, że bardzo bym chciał tam pojechać, a z drugiej strony wiem, że to całe profilaktyczne szczepienie, te upały, ten syf, to robactwo, te wieczne niewygody, mogłyby mnie bardzo łatwo zmęczyć już po paru dniach. Skąd ja to wiem? Wiem, bo wiem. Tak jakoś jest, że to wszystko wiem, bo albo mi ktoś coś na ten temat powiedział, albo gdzieś coś usłyszałem, albo po prostu coś tam sobie na ten temat wymyśliłem.
A zatem, na temat pierwszego i najważniejszego od szeregu lat pisma polskiej inteligencji katolickiej mogę powiedzieć bardzo wiele, i tego co powiem, mogę pewnie bardzo skutecznie bronić. Jednak jeśli ktoś mnie zapyta: „A widziałeś?”, albo „A chociaż czytałeś?”, to będę musiał szczerze odpowiedzieć, ze nie, albo, jeśli nawet tak, to krótko i przelotnie. Jeśli jednak będę musiał odpowiedzieć, co mi zatem daje prawo do tego, żeby o Tygodniku Powszechnym gadać, mogę z podniesioną głową powiedzieć, że wiek, doświadczenie i zdolność skutecznej obserwacji. No a przede wszystkim fakt, że jestem członkiem tego samego Kościoła, którego członkiem są podobno ludzie związani z Tygodnikiem, i tego samego Kościoła, którego nazwa widnieje na pierwszej stronie redagowanego i czytanego przez nich pisma. A więc tym bardziej mogę uważać się tu za osobę odpowiednio autoryzowaną.
Jak wspomniałem, na temat Tygodnika Powszechnego wiem głównie to co wiem, a nie to co widziałem, czy czytałem. Co jednak nie zmienia faktu, że mam tez w tej kwestii parę wspomnień. Wspomnienia dokładnie cztery. I wszystkie sprzed wielu, wielu lat. Pierwsze to takie, że dawno bardzo temu, czytałem owo pismo z potężnym napięciem i ze stałą satysfakcją. A zatem pamiętam i to napięcie i tę satysfakcję. Drugie wspomnienie, to moment, kiedy felietonistą Tygodnika został znany mi skądinąd Roman Graczyk – człowiek, który zaczął fatalnie, a skończył znacznie lepiej, niż skończyć mógł – i w jednym ze swoich tekstów, zwrócił się do wciąż jeszcze publikującego tam Stefana Kisielewskiego per „Kisielu”, na co Kisielewski, w sposób brutalny i zupełnie bezprecedensowy, opieprzył Graczyka otwartym tekstem, tłumacząc mu, że go nie zna i nie życzy sobie, by ten, jako nieznany mu gówniarz, zwracał się do niego po imieniu. To też było dawno, jeszcze zanim Kisielewski odszedł z Tygodnika, w proteście przeciwko skierowanej przeciwko niemu cenzurze. Trzecie wspomnienie jest niezwykle trywialne, ale jest, więc dla porządku też o nim wspomnę. Otóż pewnego dnia przeczytałem w Tygodniku Powszechnym tekst, w którym autorka – z całą pewnością autorka – użalała się nad tym, że w polskich kościołach ludzie nie podają sobie ręki na znak pokoju. Że w Niemczech na przykład, gdzie ona często bywa, rękę się podaje, a w Polsce już nie. I że polscy katolicy zrobiliby dobrze, gdyby choćby w tym miejscu wzięli przykład z katolików niemieckich. Ponieważ informacja ta była dla mnie szokująca, choćby z tego względu, że w kościołach do których ja chodziłem, czy to w Katowicach, czy w Warszawie, czy w Zakopanem, czy też u mnie na wsi, znak pokoju przekazywało się zawsze przez podanie ręki, napisałem do Redakcji list – tak na marginesie, nieopublikowany – z wyjaśnieniem, że Kraków to jednak może tylko wyjątek.
No i wreszcie wspomnienie czwarte, kiedy to w 1995 roku, z okazji 50 jubileuszu Tygodnika Powszechnego, papież Jan Paweł II uznał za konieczne, a przede wszystkim stosowne, przesłanie Jerzemu Turowiczowi listu, w którym napisał, co następuje:
„(...) Rok 1989 przyniósł w Polsce głębokie zmiany związane z upadkiem systemu komunistycznego. Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. Wyczułem to zwłaszcza w kontekście moich ostatnich odwiedzin w Polsce w roku 1991. Chodziło o to, aby zatrzeć w pamięci społeczeństwa to, czym był Kościół w życiu Narodu na przestrzeni minionych lat. Mnożyły się oskarżenia czy pomówienia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa. Pan daruje, jeżeli powiem, iż oddziaływanie tych wpływów odczuwało się jakoś także w'Tygodniku Powszechnym'. W tym trudnym momencie Kościół w 'Tygodniku' nie znalazł, niestety, takiego wsparcia i obrony, jakiego miał poniekąd oczekiwać: 'nie czuł się dość miłowany' - jak kiedyś powiedziałem (...)".
Pamiętam dziś, jak czytając ten fragment pomyślałem sobie jedno. Że gdybym ja, jako rzymski katolik, usłyszał coś takiego od mojego Ojca Świętego, to bym sobie albo strzelił w łeb, albo posypał sobie głowę popiołem i udał się na pustynię, albo – i to już w najgorszym przypadku – zamknął się i do końca życia już milczał. I pamiętam też, że Tygodnik Powszechny, nie zdecydował się na żadną z tych trzech rzeczy. Wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej podniósł łeb. I tak, podniesiony hardo, trzyma do dziś.
To są wspomnienia. Reszta, to już zwykła, codzienna obserwacja i wnioski. Tu zwrócę uwagę na trzy rzeczy. Przez pewien czas, przed laty, w Tygodniku Powszechnym czołowym i stałym felietonistą był poeta Jacek Podsiadło. Człowiek nieznany mi zupełnie, gdyby nie to, że niedawno wspomniał o nim w Salonie mój kolega, Free Your Mind. Okazuje się otóż, że ów Jacek Podsiadło opublikował gdzieś wiersz, w którym w sposób jak najbardziej poważny i jednocześnie maksymalnie ordynarny, obraża Jana Pawła II, zwracając się do Niego ‘per pan’, a o księżach informuje, że „wpychają ryj wszędzie”. To jest człowiek, który – jeśli wierzyć wikipedii– był stałym felietonistą Tygodnika Powszechnego przez siedem długich lat, a ostatecznie nawet nie został stamtąd wywalony na zbity pysk, lecz odszedł obrażony. A zanim odszedł, przez siedem długich lat współredagował religijno-ideowy kształt tego pisma, przeznaczonego, jak wiemy, dla „pobożnej polskiej inteligencji”.
Kolejne, na co pragnę zwrócić uwagę, jest coś, co znalazłem w najświeższym wydaniu tego pisma. Mianowicie informację o tym, że oto zmarł Edward Schillebeeck, jak pisze autor, „Picasso wśród teologów, jeden z najbardziej kontrowersyjnych teologów [który], krytykowany przez Kongregację Nauki Wiary podkreślał, że wielkość teologa polega nie tylko na umiejętności cierpienia ‘dla’ Kościoła, ale również ‘od’ Kościoła”. Owa entuzjastyczna retoryka ilustrowana jest wywiadem, który autor miał szczęście niedawno z tym ‘wielkim człowiekiem Kościoła’ przeprowadzić. Wywiadu oczywiście nie czytałem, bo nie mam ani możliwości, ani potrzeby, natomiast sprawdziłem sobie w sieci, kim jeszcze, oprócz tego, że „Picassem wśród teologów’, jest śp. Edward Schillebeeck. A więc, jak się okazuje, jest to człowiek, który zredagował coś, co zostało uznane za współczesny Katechizm holenderski, a który to dokument został uznany przez Kościół za tekst heretycki, w którym znalazły się takie błędy jak „brak stwierdzenia, że dusze ludzkie zostały bezpośrednio stworzone przez Boga; nieobecność aniołów; twierdzenie, że grzech pierworodny jest przekazywany nie dziedzicznie, lecz epidemicznie, tzn. jest nabyty przez życie w ludzkiej społeczności; brak potwierdzenia Niepokalanego Poczęcia Maryi; brak stwierdzenia, że Chrystus umarł za grzechy ludzi; brak potwierdzenia rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii; podważenie doktrynalnej nieomylności Kościoła itd.” (za Grzegorzem Górnym, Fronda). Oprócz tego, jak podaje wikipedia, Watykan zarzucił owemu „Picassowi” odrzucanie „Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, jako obiektywnej prawdy wiary”.
I ja sobie myślę w ten sposób. Oto człowiek, który, uważając się za człowieka Kościoła, głosi, że z tym Zmartwychwstaniem, to nie do końca jest pewna rzecz. Że może i cały ten katolicyzm, czy może nawet i całe to chrześcijaństwo jest okay, tyle że możliwe że Chrystus jednak nie zmartwychwstał. Czyli, w pewnym bardzo ścisłym sensie, zachowuje się tak jak ktoś, kto uważa, że piłka nożna to świetna zabawa, tyle że nie wiadomo po ciężką cholerę tam jest ta skórzana kula. A Tygodnik Powszechny, „katolickie pismo społeczno-kulturalne” odstawia na jego część fetę, nazywając go „Picassem wśród teologów” – i to w najmniejszym stopniu w formie ironii. A bardzo mądrzy, pełni nowej europejskiej świadomości czytelnicy tego dziwnego pisma, zapewne czytają ten, również zapewne, prowadzony na kolanach wywiad, kiwają mądrze głowami i dumają nad wciąż jeszcze zastraszającą przepaścią, jaka dzieli prawdziwy postępowy Kościół od tego, co oni muszą znosić tu, w tym naszym polskim grajdołku.
Wspominając publiczność, do jakiej kierowany jest Tygodnik Powszechny, dochodzę do samej istoty całego mojego dzisiejszego wpisu, i do faktycznych powodów, dla których ów wpis powstaje. Otóż zdecydowana większość moich znajomych i krewnych, i w ogóle ludzi mi bliskich – to osoby ochrzczone i w większym lub mniejszym stopniu pobożne. Jest jednak też tak, że bardzo znaczna ich część, to nałogowi czytelnicy Tygodnika Powszechnego. Bardzo duża część ludzi, z którymi jestem blisko związany rodzinnie, czy towarzysko, to ludzie, których cotygodniowa lektura obejmuje następujące tytuły: Gazeta Wyborcza, jeśli idzie o pisma codzienne, Polityka i właśnie Tygodnik Powszechny, jeśli idzie o tygodniki. Wszyscy oni czytają ten Tygodnik, w każdą niedzielę chodzą do kościoła na mszę, i – co wnioskuję z prowadzonych z nimi rozmów – są głęboko przekonani, że: po pierwsze – z tą aborcją i eutanazją sprawa nie jest wcale taka prosta; po drugie – nie stało by się nic złego, gdyby Kościół wreszcie dał sobie spokój z tym całym celibatem; po trzecie wreszcie – najwyższy czas, żeby zlikwidować ten cały hierarchiczny układ w Kościele i na przykład biskupów wybierać w lokalnych wyborach powszechnych. No i jeszcze jedno – papież Jan Paweł II był ogólnie rzecz biorąc w porządku, tyle że (podobnie zresztą jak prymas Wyszyński) zdaje się, że trochę, od czasu do czasu, tam nam ‘antysemicił’. Nie wiem, jakie zdanie mają ci moi bliscy na temat tego, co głosił wspomniany wyżej „Picasso wśród teologów”, ale mam bardzo silne podejrzenie, że każdy z nich, ma do jego mysli i niego samego zdecydowanie więcej szacunku niż do myśli i osoby któregokolwiek z polskich biskupów, z wyjątkiem może arcybiskupa Życińskiego i Pieronka.
I oto jest obraz części polskiej tak zwanej „inteligencji katolickiej”. Oto obraz tego, co się na przestrzeni lat wyrodziło z propagandowej działalności ruchu, który jest reprezentowany i dyrygowany przez środowisko Tygodnika Powszechnego. Oto zasługi, jakie dla polskiego Kościoła ma to środowisko. Oto obraz tego, co wyrosło na słowach i czynach sączących się z umysłów ludzi, którzy postanowili gruntownie przemodelować polską tradycję pobożności na kształt dziś najlepiej widoczny w intelektualnej pracy Edwarda Schillebeecka. I niestety – a to już jest prawdziwe nieszczęście – mamy to co mamy, za zgodą i życzliwym przyzwoleniem polskiego Episkopatu i polskich biskupów. Przez tę zgodę, a moim zdaniem, zaniedbanie biskupów, polski Kościół utracił – prawdopodobnie w sposób nieodwracalny – bardzo dużą część swoich wiernych. A tracąc ich, naraził i ich i siebie, na ryzyko, o którym aż strach wspominać. I o to ja – ktoś kto zawsze z gorącym sercem walczył przeciwko wszelkim przejawom traktowania osób duchownych bez należnego szacunku – z przykrością stwierdzam, że tolerując słowo ‘katolicki’ w nazwie Tygodnika Powszechnego i pozwalając by to coś w tak perfidny sposób mieszało w głowach ludzi wierzących, polscy biskupi zachowują się głupio i nieodpowiedzialnie. I za to zaniedbanie będą musieli kiedyś odpowiedzieć. I to w stopniu o wiele większym, niż choćby za swoją współpracę z komunistyczną bezpieką.

wtorek, 5 stycznia 2010

Panie Leski, pan się nie boi!

Od pewnego czasu, wśród blogujących w Salonie 24 publicystów bryluje znany nam skądinąd Waldemar Pawlak. Pisząc ‘bryluje’ mam na myśli zarówno samą ekspozycję bloga byłego premiera, jak i intensywność, z jaką publikuje on swoje teksty. Oczywiście zdaję sobie sprawę, podobnie zresztą jak większość sensownie myślących komentatorów, że czarną robotę za Pawlaka wykonuje ktoś umyślny, któremu Pawlak wyłącznie zleca tematy i – być może ewentualnie – przeprowadza pierwszą, pobieżną cenzurę. Nie zmienia to jednak faktu, że blog Waldemara Pawlaka w Salonie 24 świeci jak betlejemska nie przymierzając gwiazda. Wspomniałem o tym dość niezwykłym, ze względu na samą osobę blogera i samą merytoryczną zawartość wpisów, zjawisku przy okazji poprzedniego tekstu, jednak bardziej z chęci zwrócenia uwagi na niezrozumiałą dla mnie pawlakową siłę przyciągania, jakiej niektórzy ulegli, niż z jakiegokolwiek innego. W końcu, ja tu się mogę zajmować wszystkim, ale fikcją jednak dopiero na samym końcu.
Czemu zatem dziś, jak wszystko na to wskazuje, poszło aż tak bardzo o Pawlaka? Otóż muszę już tu wyprowadzić ewentualnych czytelników z błędu. To wszystko pozory. Nie tyle poszło o Pawlaka co o Krzysztofa Leskiego. O Pawlaka – mimo wszystko – pójść nie mogło, natomiast o Leskiego, jak najbardziej. Nie mogło pójść o Pawlaka, ani gdyby Pawlak (czy jego pisarz) napisał tekst tylko o czerwcu 1992, ale ani nawet gdyby przedstawił nam wykonany osobiście przez siebie psychologiczny portret Jana Olszewskiego, Antoniego Macierewicza i Kazimierza Staszewskiego na przyczepkę. Poszło o Leskiego z tego prostego powodu, że właśnie on, jako jeden z pierwszych wielkich, dał się zainspirować salonowej krucjacie Waldemara Pawlaka, a na dodatek o tej inspiracji poinformował nas w sposób możliwie najbardziej przykry.
Zaczęło się jednak od Pawlaka. Pawlak – czując prawdopodobnie, że Salon24 to takie miejsce, gdzie, jeśli on szybko sprawy jakoś nie wyjaśni, ten czerwiec będzie mu tu bardzo przeszkadzał – zainspirował umieszczenie na swoim blogu wpisu, w którym zostało powiedziane, że rząd Olszewskiego był słaby, nieudolny, a przede wszystkim mniejszościowy i musiał upaść. Że Pawlak, wówczas młody i nie do końca okrzesany polityk, zobaczył to gówno leżące przy drodze i tylko się schylił. Że każdy przecież by tak zrobił i że jeśli ktoś czuje nostalgię za pierwszym polskim rządem nowej RP, to pretensje niech kieruje gdzie indziej, zamiast do prostego, choć zdolnego i ambitnego strażaka. Ja, ze względów, które tu już wyłuszczałem, bym tego nie robił, ale na te bezczelne mądrości, oburzyło się mnóstwo komentatorów, którzy – mówiąc oględnie – dali Pawlakowi do zrozumienia, że ma się natychmiast zamknąć i nie kalać pewnych nazwisk swoimi refleksjami. I wtedy stało się coś dla mnie niezwykłego i do dziś nie do końca zrozumiałego. Na te komentarze zareagował Krzysztof Leski i poinformował komentatorów oburzonych wybrykiem Pawlaka, że Pawlak jak najbardziej ma rację. Że rząd Olszewskiego był rzeczywiście beznadziejny, słaby i mniejszościowy, a tym samym lepsza też nie mogła być uchwała lustracyjna , którą Olszewski zgodził się wykonać. A zatem Pawlak gada dobrze i to prawicowi komentatorzy powinni się zamknąć, a nie szanowny pan premier. Na to, w ten sposób potraktowani komentatorzy, zostawili Pawlaka i zabrali się za samego już Leskiego i powiedzieli mu, że jego obrona Pawlaka jest niegodna i to on powinien się zamknąć. Efekt na dziś mamy taki, że Leski stoi w środku tego piekielnego kręgu, oburzony, porażony, rozczarowany, i widzi jak nigdy dotąd, że „z salonową większością” nie da się rozmawiać.
To moje wyjaśnienie tłumaczy wiele, ale jednak nie wszystko. Chciałbym bowiem wiedzieć, czemu Leski po pierwsze czytał tak zwany tekst Pawlaka, czemu czytał umieszczone pod tym wpisem komentarze, i wreszcie, czemu trzy kolejne swoje wpisy poświęcił problemowi Pawlaka, czerwca 1992 i emocjom, jakie te dwie kwestie budzą w sercach dobrych ludzi. Najprostsza odpowiedź byłaby taka, że jego zainteresowało – tak jak człowieka interesują różne rzeczy – co Pawlak (lub nawet jego asystent) ma do powiedzenia na temat tamtych wydarzeń, przeczytał, krzyknął „Racja!”, a później już tylko chciał nam wszystkim powiedzieć, żeby się odp…. lić od Premiera. I tyle. Po co? Nieważne. Chciał, więc powiedział. Mamy demokrację, zwłaszcza tu w Salonie, więc każdy gada co chce. Jest jednak pewien szkopuł. Żeby udowodnić, że premier Olszewski był premierem beznadziejnym, a jego rząd jeszcze gorszy, i to jeszcze by udowodnić to w sposób wręcz koronny, Leski bierze na świadka samego Jana Olszewskiego. A co mówi Olszewski? To mianowicie, co każdy normalny obserwator wie od roku 1992. Czyli że mianowicie uchwała Sejmu była dla rządu bardzo poważnym kłopotem i jej wykonanie stanowiło w gruncie rzeczy akt samobójczy.
I wtedy dochodzi do prawdziwej eksplozji. Otóż dla Leskiego w tym momencie sprawa jest jasna. Rząd Olszewskiego był mniejszościowy, słaby i głupi, bo przecież był, a w dodatku zrealizował uchwałę Sejmu, słabą i głupią, więc nie ma się co dziwić, że demokracja sobie z czymś takim bez najmniejszego problemu poradziła. A poradziła sobie absolutnie w zgodzie z prawem i zasadami. Leski nawet pięknie wytłuszcza te myśl, tworząc takie przesłanie swojego rozumu i serca: „To się nazywa demokracja parlamentarna, a słynne słowa ‘Policzmy głosy’ są po prostu jej esencją”
Otóż ja świetnie pamiętam to co się w Polsce stało przed ponad siedemnastoma już laty. Pamiętam to tak dobrze, że czasem mam wrażenie, że wciąż jeszcze czuję nawet ten zapach. Ale chętnie przyznam, że to tylko moje emocje, a więc coś co z punktu widzenia wrażliwości Waldemara Pawlak, czy Krzysztofa Leskiego jest kompletnie nieistotne. Ale nawet w tej sytuacji jestem w stanie zwrócić się do Krzysztofa Leskiego z czymś jak najbardziej rzeczywistym. A mianowicie z tą samą opinią Olszewskiego, którą on zechciał przypomnieć na swoją obronę:
„[Uchwała lustracyjna Sejmu była] spektakularnie kompromitująca (...) fatalna w swej konstrukcji i o nieracjonalnej formule (...) Trudno sobie wyobrazić inspirowanie przez nas uchwały o treści tak zupełnie idiotycznej (...) W takiej formie wykonać lustracji nie było można (...) Gdyby inspiratorem tej uchwały był sam Macierewicz, to bym powiedział, że po prostu był samobójcą (...) To naprawdę była uchwała bardzo niewygodna w tym momencie dla rządu.”
Potwierdzam. Olszewski tak powiedział. I to wielokrotnie. Powiedział zresztą wiele różnych jeszcze rzeczy. Na przykład w książce Olszewski – Przerwana premiera, oprócz przyznania, że uchwała była zła, mówi jeszcze dwie rzeczy, o których Leski już jednak nie tak chętnie wspomina. Jedna to ta, że zdaniem Olszewskiego – tu wyrażonym bezpośrednio – wykonać uchwałę trzeba było i nie było innego wyjścia („O odmowie wykonania przez rząd uchwały sejmu w ogóle nie może być mowy, chyba że będzie to uchwała o wycieczce na księżyc”). Druga z kolei to taka – tu może bardziej w formie sugestii, a nie bezpośredniej informacji – że przyjęcie uchwały przez Sejm – „w ogóle bez dyskusji” i to w dodatku „znaczną większością głosów” – stanowiło faktyczny początek wielkiej prowokacji skierowanej na obalenie jego rządu. Olszewski twierdzi, że wystąpienie Korwina Mikke było dla niego kompletnym zaskoczeniem, a tym bardziej zaskoczeniem był kształt uchwały. I teraz sobie myślę, że jeśli dla Krzysztofa Leskiego opinia Olszewskiego na temat jakości samej ustawy jest tak cennym świadectwem, by mógł z radosnym i szczerym sercem głosić opinie takie jak te choćby wyrażone tylko w samych tytułach wpisów („Jaki koniec, taki początek”, „Lustracyjny wstyd 1992”), to może jednak zechciałby na sam koniec napisać jeszcze jeden tekst, tym razem już może odrobinę poważniej analizujący kwestię tego, co się działo wiosną 1992 roku w Polsce, niż na poziomie prostej informacji, że mieliśmy wtedy do czynienia z tak zwaną „demokracją parlamentarną, a słynne słowa ‘Policzmy głosy’ były po prostu jej esencją”.
Jeśli Krzysztof Leski nie wie, jak się za to zabrać, to mogę mu udzielić życzliwej porady. Niech zacznie od Korwina Mikke. Albo od momentu, w którym Korwin Mikke zdecydował, że wystąpi z tą swoją uchwałą. Albo może jeszcze wcześniej. Może od momentu, kiedy Korwin Mikke nie wiedział jeszcze, jaką historyczną rolę mu gdzieś napisano. Albo w ogóle, najlepiej będzie, jeśli Krzysztof Leski, pisząc swój – poważny tym razem – tekst, sięgnie końca roku 1991, kiedy to Polska dokonała takiego a nie innego politycznego wyboru i co dla Polski – całej Polski, włącznie z jej najbardziej egzotycznymi zakamarkami – mogło to oznaczać. A skończy na scenie, kiedy to Olszewski z Macierewiczem siedzą sami gdzieś w jakimś gabinecie, patrzą z przerażeniem najpierw na tę korwinowską uchwałę, następnie sobie w oczy i któryś z nich mówi: „No to już po nas”. I niech nie wygaduje farmazonów w postaci sugestii, że można było tę sejmową uchwałę zlekceważyć. Dopiero bowiem od dwóch lat mamy w Polsce taki standard, że rządowi wolno wszystko.
A zatem, jeśli Krzysztofowi Leskiemu rzeczywiście zależy, by się jakoś przysłużyć wyjaśnieniu jednej z największych zagadek współczesnej Polski, niech się zajmie prawdziwymi przyczynami tego co się stało w czerwcu 1992 roku i lewymi interesami, które za tymi przyczynami stały, a nie jakimś Pawlakiem, czyli narzędziem i jakimś – choćby nieudolnym nawet – rządem, czyli ofiarą.

piątek, 1 stycznia 2010

Do siego roku, czyli uwaga na gardła

Nie obchodzę Święta Nowego Roku. Gdyby nie to, że w tak zwaną Noc Sylwestrową nasze dzieci są całą noc poza domem, w telewizji nie ma normalnych programów, a pierwszy dzień stycznia wygląda tak jak wygląda, najprawdopodobniej w ogóle bym zmiany daty nie odnotował. Efekt tego jest taki, że nie dość że w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia nie składamy sobie z żoną moją życzeń, że nie podejmujemy żadnych absurdalnych – bo i tak nigdy nie wypełnianych – postanowień noworocznych, to, jakby mało było tego bezruchu, snujemy się po domu między telewizorem, a kuchnią, i pociągając z flaszki z napisem ‘scotch’, oglądamy jakieś stare filmy. No i jemy bigos. To trzeba przyznać. Jemy noworoczny bigos. Ponieważ po Świętach Bożego Narodzenia w domu zostają całe masy niezjedzonych wędlin, to są one przerabiane na bigos. I ten bigos właśnie zjadamy pod wspomnianą flaszkę.
Zdaję sobie świetnie sprawę, że to co tu piszę, w obliczu choćby tego zidiocianego tłumu, czy to na Trafalgar Square, czy gdzieś w Sydney, czy w Hong Kongu, czy wreszcie gdzieś w Warszawie, w obliczu widoku siostry Michaela Jacksona w otoczeniu grupy jakichś niewyobrażalnych bałwanów, objaśniających innych durniów, że ‘how are you”, oznacza „jak się macie”, brzmi jeśli nie ekscentrycznie, to zwyczajnie małostkowo. Jednak co mam zrobić? Tak już ze mną jest. Od czasu jak nasze dzieci się usamodzielniły na tyle, że nie każą mi zakładać na łeb głowy lwa i z nimi tańczyć, Nowy Rok w naszym domu wygląda jak wygląda.
Ale to by też właściwie sugerowało, że nie jest źle. Dom pusty, żona spokojna, a więc w dobrym i życzliwym nastroju, jest ten bigos, no i można bez nadmiernego napięcia obejrzeć po raz któryś Jackie Brown, lub po raz pierwszy od lat Dworzec dla dwojga. W ogóle można wszystko. Tak to jakoś się bowiem dzieje, że w tę akurat noc, może właśnie przez to, że ona się tak ciągnie, można naprawdę wiele. A więc skoro wiele, to można nawet siedzieć w Salonie i przeglądać blogi, na które normalnie człowiek nie ma ani ochoty, ani też choćby i czasu.
Dzisiejszej nocy zatem, nie dość że udało mi się skutecznie pokonać wszelkie techniczne przeszkody, by z myślą o moich najbliższych kolegach wkleić tu całą serię muzycznych obrazków z youtuba, to doszedłem nawet do tego, że zajrzałem na tak zwany blog Waldemara Pawlaka – tego Waldemara Pawlaka – który kiedy już i tak osiągnął w swoim życiu więcej niż sam Pan Bóg mógł się dla niego spodziewać, postanowił zostać blogerem w Salonie24. Oczywiście, każdy normalny człowiek – pomijając tych wszystkich dziwnych salonowców, którzy uważają za konieczne zostawianie na tym równie dziwnym blogu swoich komentarzy, czy to w formie uwag czy pytań bezpośrednio kierowanych do „szanownego pana premiera”, czy ogólnych refleksji związanych z osobą „pana Waldka” – wie, że ten blog to kompletna fikcja. Wpisy na nim pojawiają się z taką częstotliwością i są napisane takim językiem, że nie ma takiej możliwości, żeby był on prowadzony przez samego Pawlaka. Każdy średnio sprawnie myślący człowiek wie, że to jest robota albo jakiegoś asystenta, albo kogokolwiek, ale z całą pewnością nie jest tak, że Pawlak daje tam coś więcej niż tylko swoje nazwisko. A mimo to, pod każdym z tych wpisów aż kipi od komentarzy ludzi, którzy wierzą, że biorą udział w czymś ważnym i autentycznym.
Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, nawet w śmieciach można znaleźć niekiedy prawdziwy skarb, i tu udało mi się trafić na coś, co mnie doprowadziło do dzisiejszego wpisu. Zaczęło się od awantury między gw1990, a jakimś nieznanym mi blogerem działającym pod nickiem Tu i tam 62. Ponieważ w całym tym wydarzeniu Grześ zajmował zwykłą dla siebie pozycję naiwnego netowego komentatora, a ten drugi – o, ten drugi naprawdę pokazał lwi pazur, po Pawlaku, z czystej ludzkiej ciekawości, wszedłem i na jego blog. Jednak, jako że panowała tam zwykła prowincjonalna nędza, od razu zajrzałem do najczęściej komentowanego tekstu, o tym mianowicie, że na początku grudnia gdzieś w jakiejś wsi dwóch chuliganów brutalnie pobiło lokalnego proboszcza. Otóż bloger Tu i tam 62poświęcił owemu wydarzeniu cały wpis, nie mogąc wyjść z oburzenia, że gdzieś dwóch jakoby polskich sercem i duchem rzezimieszków skatowało niemal na śmierć księdza za to, że ten nie chciał w miejscowym kościele umieścić tablicy upamiętniającej pomordowanych w Katyniu.
Sprawę znam. Ona swego czasu przez parę dni obijała się między różnymi mediami. Jednak wszystko co do dziś na ten temat udało się usłyszeć to to, że podobno gdzieś został bardzo brutalnie, tak że przez kilka godzin leżał nieprzytomny, pobity ksiądz i że policja nie planuje nic robić, bo ów ksiądz nie składa doniesienia. Kto go pobił i za co, oficjalnie już nie wiadomo, tyle tylko że (znów podobno) ksiądz twierdzi, że to dwóch parafian i że z całą pewnością za tę tablicę. A więc mamy informację, z której dokładnie nic nie wynika, poza tym, co można było przeczytać w Onecie i okolicznych portalach przez te dwa dni na początku grudnia. A już na pewno nie wynika z niej ten drobny szczegół, czy to w ogóle była prawda, czy nie.
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Ja biorę pod uwagę, że stało się tak jak brzmią te pierwsze i jedyne doniesienia. Był proboszcz, którego miejscowi ludzie kochali i który chciał w kościele umieścić tablicę pamięci ofiar Katynia. Ale proboszcz się zmienił i nowy ksiądz powiedział, że tablicy nie będzie. To znaczy, będzie, ale nie w kościele, tylko na miejscowym cmentarzu, gdzie i tak już jest pomnik postawiony dla pomordowanych oficerów. Biorę więc pod uwagę, że dwóch lokalnych zakapiorów, którzy po wypiciu kolejnej flaszki poczuli napływ gorącego patriotyzmu do swych i tak już gorących serc, postanowiło tego księdza zabić, jako oczywistego bolszewika i zdrajcę Narodu. W końcu, czemu nie? Nie takie rzeczy się działy na naszej pięknej polskiej ziemi, zaczynając od najbardziej zniszczonej prowincji, a kończąc na uniwersytetach. Biorę więc pod uwagę, że stało się właśnie tak. Tyle że od wczoraj szukam w sieci jakichś dodatkowych informacji na ten temat i nic. Jedyne co znalazłem nowego, to komentarz chyba mieszkańca wsi, który pisze, że tej tablicy chciał nie były proboszcz, lecz ksiądz, który stamtąd pochodzi, a na pobliskim cmentarzu jedyny pomnik jaki stoi to pomnik pomordowanych w walce o utrwalanie władzy ludowej komunistów. Kiedy jeszcze widzę, jak pod artykułem, który na ten temat pojawił się w lokalnym Dzienniku Wschodnim stoi jak byk, że oni sprawę poruszają „po sygnale od Czytelnika”, to wiem że teraz to już nikt wiedzieć nie może dokładnie nic. Sprawa, jak wszystko na to wskazuje, przestała istnieć w momencie jak się pojawiła. Więc, jak mówię, mam wrażenie, że nie wiem na ten temat nic.
Ale jak mówię, możliwe, że stało się jak mówią niektóre media, tyle że z jakiegoś powodu sprawa nie może mieć dalszego ciągu. Z jakiego? Nie wiem. Ja nie. Okazuje się jednak, że są tacy co wiedzą. Sprawa nie ma dalszego ciągu i mieć go nie może, bo księdza Andrzejewskiego z Rzeczycy Ziemiańskiej niemal na śmierć zakatowały bojówki Prawa i Sprawiedliwości, czyli ludzie Kaczyńskich. Bliżej wyjaśnienie całej kwestii, w komentarzu pod wpisem Tu i tam 62 przedstawia kultowa już w niektórych środowiskach blogerka, pewna pani z Krakowa. Oto co pisze:
„Przypomniały mi się sceny z filmu "Kabaret" - te bojówki, które biją ludzi. Najpierw tak tak "niemrawie" pod osłoną nocy i w zaułkach, a później...
Ten absurd trzeba przerwać - bo zaczyna dochodzić do nieszczęść. Trzeba naprawdę usunąć Kaczyńskich i ich szalone dzieło nienawiści. Bo jeśli już księdza katolickiego biją, jak biła komuna to znaczy, że dopuściliśmy, by za daleko to zaszło. Współczuję temu księdzu, który nawiasem mówiąc zachowuje się, jak bohater, chroniąc swoich oprawców. Boże, jakież bydło nazywa się patriotami”.
I tu dochodzimy wreszcie do prawdziwego powodu, dla którego powstaje ten wpis. To jest bowiem to, co z punktu widzenia mojej wrażliwości stanowi główną część bagażu, jaki nosimy na sobie wkraczając w nowy rok. Otóż gdybym ja zwariował i po przeczytaniu informacji na temat pobicia proboszcza w Rzecznicy Ziemiańskiej zaczął podskakiwać z jednej strony z satysfakcji, a z drugiej – ze świętego oburzenia, że oto proszę, do czego doprowadziły dwuletnie rządy Donalda Tuska, a później bym wytrzeźwiał, to do końca życia bym już się ze wstydu nie pozbierał. A proszę popatrzeć, że przy tym, co nabazgrane zostało w tym wytłuszczonym fragmencie, tego typu wnioski byłyby przynajmniej jakoś tam logicznie umotywowane. W końcu Platforma Obywatelska od dwóch lat jest u władzy formalnej, a faktycznej od lat czterech, a o tym, że ta ich władza zasadza się już tylko i wyłącznie na nienawiści do PiS-u, mówią wręcz oficjalnie i otwarcie nawet najbardziej ściśle z Platforma związani komentatorzy. Przecież to, że ten prawdopodobnie najbardziej nieudany i niekompetentny rząd w historii Polski i Europy – co też już jest traktowane nie jako opinia, a fakt – i partia która go tworzy, jeśli wciąż ma tak bezpieczne poparcie, to tylko dlatego, że w społeczeństwie udało się utrzymać odpowiednio duży poziom nienawiści do Kaczyńskich., a i nie tylko do Kaczyńskich. W ogóle nienawiści jako takiej. Owej wiecznej złości, gniewu i tego nieustannego, ciągłego podenerwowania. To jest wręcz fakt socjologiczny. Jedyny być może stuprocentowo zbadana i opisana przez socjologów realna rzeczywistość. Zresztą to, w jaki sposób ta nienawiść działa i jak ona jest absurdalna i żywotna, najlepiej właśnie może i świadczyć zacytowany komentarz. Bo jak trzeba być nieprzytomnym i jak nisko można upaść w swojej wściekłości, by formułować takie opinie jak powyższa?
A więc takie to są moje refleksje na początek roku. Wchodzimy w ten rok z tym śliskim, obleśnym, wlokącym się za nami i cuchnącym nienawiścią ogonem. I jeśli ta nienawiść będzie przez najbliższy rok dalej bez sensu tym ogonem machać, to z całą pewnością nie najbardziej w takich miejscach jak ta Rzecznica Ziemiańska, bo tam akurat od lat wszystko pewnie jest takie same. I ten kościół i ten cmentarz i ci ludzie. Tę nienawiść będziemy dalej obserwować w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Katowicach. W tym wszystkim, na czym nie tak jeszcze dawno temu paru bardzo przebiegłych i bezwzględnych, pozbawionych podstawowego człowieczeństwa majstrów, postanowiło zrobić interes pod tytułem Platforma Obywatelska. W tym, co z jednej strony tak doskonale symbolizuje myśl i słowo niektórych blogerów, a z drugiej – przepraszam jeśli ktoś się tym razem naprawdę przestraszy – tego typu sytuacje:
Wszystkiego dobrego w nowym roku! I chrońmy gardła. Będą gryźli.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...