wtorek, 15 lipca 2008

Piłkarzyki, czyli Luv Rulez!

W dzisiejszej Rzepie - nie wiem, jak w pozostałej części kraju, ale u mnie na prowincji, na 4 stronie - znajduje się przepiękne, kolorowe zdjęcie premiera Donalda, jak w piłkarskich gatkach przemierza piłkarskie boisko. Patrzę na twarz premiera i widzę piłkarza. Piłkarza nie byle jakiego. Piłkarza z krwi i kości. Piłkarza napastnika, piłkarza, obrońcę, piłkarza pomocnika. Piłkarza kapitana. Piłkarza premiera z którego jestem dumny. Premiera, który został piłkarzem, bo kocha piłkę. Ale i premiera piłkarza, który został premierem, bo kocha ludzi.
Od czasu, gdy zobaczyłem Donalda Tuska w peruwiańskiej czapeczce, nie miałem okazji go widzieć w tak wielkiej chwale.
Dlaczego Rzeczpospolita publikuje to piękne zdjęcie? Chodzi o to, że kiedy jeden z platformowatych biznesmenów zaszedł do zaprzyjaźnionego platformowatego prezydenta, platformowatego Sopotu, to wielmożny pan prezydent, korzystając z wizyty, poprosił kolegę o kasę na dwa mieszkania - dla kolegi i dla mamusi.
Po co platformowaty biznesmen szedł do sopockiego ratusza? Dokładnie nie wiadomo, ale miał sprawę, no a wiadomo, że jak się ma sprawę, to się idzie tam, gdzie się ze sprawami normalnie chodzi.
Ja na przykład, jak coś potrzebuję, to od razu walę do prezydenta mojego miasta.
No więc platformowaci panowie się spotkali, pogadali i chyba jednak coś nie wypaliło, bo biznesmen na drugi dzień pobiegł do platformowatego premiera na skargę.
Właściwie, nawet gdyby ta historia się kończyła w tym miejscu, można by było ją uznać za hit wakacji, a tu okazuje się, że to dopiero początek. W tym miejscu pojawiają się tytułowe piłkarzyki. Oto zagadka: jeśli człowiek szuka uszka premiera Tuska, to gdzie ma się podziać? Odpowiedź: w takiej sytuacji powinien się dowiedzieć, na którym boisku przebywa pan premier i pędzić tak, żeby zdążyć zanim pan premier będzie albo szczęśliwie umordowany, albo umordowany i wściekły.
Biznesmen trafił do premiera i w tym momencie informacja podana przez Rzeczpospolitą jest tak wzruszająca, że muszę ją tu przytoczyć w wiernym brzmieniu:
"Julke [to nazwisko platformowatego przedsiębiorcy]o sprawie poinformował Donalda Tuska. Wszystko odbyło się na boisku piłkarskim, gdzie politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę."
Do tej uroczej chwili wrócę za chwilę. Na razie dalszy ciąg story (ulubione słowo specjalisty od oszukiwania ciemnego ludu, Eryka Mistewicza). Pan premier z przedsiębiorcą coś tam poszeptali, a na drugi dzień biznesmen Julke udał się do prokuratury i powiedział, że platformowaty prezydent jest trefny, jak dziewięciozłotowy banknot.
Mamy więc maleńką aferę. Nawet nie aferę, lecz aferkę z piłeczką w tle. Duże afery, z kaczką w tle, już były i miejmy nadzieje, że dopóki miłość trzyma wszystko za pysk, nie wrócą.
W każdym razie, stąd to zdjęcie w Rzepie.
Co będzie dalej, trudno powiedzieć. Nawet człowiek w końcu mądry, oblatany jak mało kto w zawiłościach polityki i tego, co wokół polityki, Marek Migalski, w tej samej Rzeczpospolitej próbuje odpowiedzieć na to pytanie i bezradnie rozkłada ręce. Jak mówią mądrzy Rosjanie, pożyjemy zobaczymy.
Ja natomiast proponuje wrócić do zdjęcia i tej króciutkiej informacji: "Wszystko odbyło się na boisku piłkarskim, gdzie politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę."
Jak ja bym chciał tam wtedy być! Uważam, że dla człowieka, którego pewnego rodzaju pasją jest obserwowanie i analizowanie wydarzeń politycznych, a już szczególnie w czasach tak ciekawych, jak nasze, trudno o większe marzenie, jak to. Być tam i wtedy. Tam, gdzie dzieje się historia.
Wyobrażam sobie ten dreszcz. Niedzielne, późne przedpołudnie. Pan premier wychodzi z żoną kościoła, pod kościołem czekają już na niego premier Schetyna, minister Nowak, minister Drzewiecki, minister Arabski, minister Grupiński, minister Grad, a może nawet ten minister z piosenki Kazika, Derdziuk. Wszyscy już przebrani w piłkarskie buciki i koszulki, przebierają nogami. Premier Schetyna w jednym ręku trzyma siatkę z dwiema piłkami, a w drugim torbę z gatkami dla Donalda.
Donald Tusk, premier, rzuca porozumiewawcze spojrzenie pani Małgosi i mówi krótko: "To nahazie. Idę z kolegami na piłe."
I cała grupa wsiada do aut i śmigają na boisko.
A tam... ależ tam się musi dziać. Słów brakuje, żeby opisać ten festiwal prawdziwej męskiej przyjaźni i prawdziwych męskich pasji. Potrafię sobie wyobrazić każdą minutę tego wydarzenia. Donald z numerem 11 na koszulce, najpewniej kapitan drużyny, krzyczy, rozstawia kolegów, czasem zaklnie siarczyście, jak przystało na prawdziwego mężczyznę. Pot wszystkim spływa z umęczonych szczęściem czół. A ja widzę każdą chwilę tego pięknego zdarzenia.
Nie wiem jednego. Czy na stadionie są tylko Donald z ministrami, czy może jeszcze wokół boiska zabrali się widzowie. A jeżeli się zebrali, to kto jest wśród nich? Czy tylko zwykli platformowaci mieszkańcy Sopotu, którzy przyszli popatrzeć na swoich władców? Czy może jacyś inni, już nie tak wybitni politycy, aspirujący jedynie do tego, żeby kiedyś się wybić, zostać choćby vice-ministrem i też móc którejś niedzieli czekać na premiera Tuska pod kościołem?
Wyobrażam sobie jednak, że tak. Że stoją też inni panowie. Niektórzy w garniturach, niektórzy w dresach i biją brawo ile razy premier Schetyna, albo sam Donald Tusk ładnie zagra.
I nagle na linii bocznej, w momencie gdy "politycy PO kończyli właśnie grę w piłkę", pojawia się pan biznesmen Julke i gwiżdże w stronę premiera (wyobrażam sobie, że w takich okolicznościach prawdziwi mężczyźni nawołują się tylko gwizdnięciami).
Donald patrzy w stronę linii bocznej i krzyczy: "Co jest, kuhwa? Nie widzisz, że ghamy?"
No ale moment, widać, jest ważny, więc premier, piłkarskim truchtem biegnie do swojego kolegi ze sfer gospodarczych i tu się zaczyna sprawa...
Oj tak! Jakaż to musiała być piękna chwila. Zobaczyć premiera w akcji. Premiera, który nie tylko potrafi kochać, ale również grać w piłkę nożną, a jak trzeba, to i znaleźć czas na sprawy państwa. I że do tego wszystkiego nie musi być w Warszawie! Premier pokazuje, że rządzić naprawdę można z każdego miejsca na świecie.
I nawet nie musi to być jakże piękne i egzotyczne Machu Picchu.
Dbać o ludzi, których się kocha, można nawet ze skromnego boiska w małym, nadmorskim mieście Sopocie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.