czwartek, 25 września 2008

Dla Was - wypatrujących sprawiedliwości - i dla naszej małej, drobnej satysfakcji

Zapowiadano to dzień cały. O tym, że u Moniki Olejnik wystąpi Jerzy Urban, wiedziałem od kilku godzin, zapominałem, przypominałem sobie na nowo, w końcu zapomniałem na śmierć, tylko po to, by nagle zauważyć, że zbliża się 20.00 i postanowiłem sprawdzić, co tam słychać u Olejnik. Patrzę, a tu Jerzy Urban. Nie tylko Urban. Oprócz Urbana, Antoni Mężydło, kiedyś dumny polityk Prawa i Sprawiedliwości, dziś wspólkoalicjant PSL-u i jeden z głównych spin doctorów Platformy Obywatelskiej. Tak na marginesie, proszę wszystkich zainteresowanych o sprawdzenie w odpowiednim słowniku, co oznacza pojęcie spin doctor.
Od czasu, kiedy zacząłem pisać tu, u nas w Salonie, miałem w sobie silne postanowienie, może trochę wewnętrzne, ale - o ile pamiętam - również kiedyś deklarowane, że nigdy nie będę pisał o Jerzym Urbanie, bo dla mnie Jerzy Urban nie jest postacią w najmniejszym stopniu inspirującą. I dziś nie wiem, czy ostatecznie to Jerzy Urban mnie jednak zainspirował, czy może Antoni Mężydło - człowiek niegdyś dzielny i wręcz niezłomny - który uznał za gest mądry i pożądany z Jerzym Urbanem wystąpić w jednym programie. Na dodatek, w programie prowadzonym przez gwiazdę wczesnego stanu wojennego - Monikę Olejnik. Nie wiem. Ale od pierwszej chwili byłem przekonany, że w momencie, jak Antoni Mężydło skończy się przekomarzać ze swoim byłym prześladowcą, przyjdę tu i napiszę ten tekst.
Co mnie tak wzruszyło i co spowodowało, ze ostatecznie złamałem dane słowo i postanowiłem uwiecznić nazwisko Jerzego Urbana w naszym Salonie? Zanim odpowiem na to pytanie, przypomnę, kim jest Jerzy Urban. Jednym zdaniem: niegdyś niezwykle utalentowany publicysta, wybitnie inteligentny polityczny komentator, ateista, libertyn, Żyd, przez najbardziej ‘szykowny' okres stanu wojennego, rzecznik prasowy i doradca Jaruzelskiego, obecnie milioner i właściciel medialnego projektu o nazwie „Nie".
Dla wszystkich tych, którzy mają odpowiednio dużo lat, żeby osobę Jerzego Urbana traktować z pewnym sentymentem - chorym sentymentem, przyznaję, ale jednak sentymentem - sytuacja, w której Jerzy Urban pojawia się nagle w tak ważnej telewizji, jaką jest TVN24 - nie Superstacja, która bierze wszystko, co akurat się napatoczy, ale TVN - jest sytuacja szczególną. Pojawił się więc Jerzy Urban, powiedział parę słów... i Antoniego Mężydło, Monikę Olejnik, a przy okazji mnie samego, najzwyczajniej w świecie wdeptał w ziemię.
Ja osobiście nie byłem ani trochę zaskoczony. Wiem, że poseł Mężydło to porządny człowiek, że Monika Olejnik to wybitna pani dziennikarz. Ale wiem też przy tym, że ani on, ani pani redaktor, ani mało która z obecnych gwiazd polskiej sceny politycznej, nie ma żadnej możliwości, żeby prowadzić dyskusję z Jerzym Urbanem.
I to nawet nie dlatego, że Jerzy Urban jest osobą jakoś szczególnie inteligentną i wyszczekaną. To naturalnie ma swoją wagę i absolutnie nie wolno lekceważyć tego, co Jerzy Urban miał zawsze, a mianowicie talent porównywalny - w swoim własnym maleńkim i perwersyjnym wymiarze - z tym, o czym pisałem w moim poprzednim wpisie, czyli z sukcesem zespołu Coldplay. Chodzi o to, że Jerzy Urban, od zawsze, z jakiegoś absolutnie niepojętego dla zwykłego człowieka powodu, funkcjonuje w wymiarze absolutnie kosmicznym i wszelkie próby potraktowania go, jak człowieka, spełzają zawsze na niczym.
I oto stajemy oko w oko z sytuacja, w której, z jednej strony, stoi człowiek, a z drugiej plazma, co do której nawet nie możemy mieć pewności, czy ona naprawdę istnieje.
A więc, jak już napisałem, w tej konfrontacji, Jerzy Urban rozdeptał zarówno Antoniego Mężydłę, jak i Monikę Olejnik. I teraz pozostaje odpowiedzieć na pytanie, po co to wszystko było. Po ciężką cholerę było urządzać to smutne widowisko, którego jedynym konkretnym rezultatem będzie to, że wielu młodych, nicnierozumiejących fanów TVN-u uzna, że jednak stara gwardia się trzyma, a to całe gadanie o sprawiedliwości, o wolności, o cierpieniu, o zadośćuczynieniu jest gówno warte.
I nie mogło być inaczej. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Jak już wspomniałem, Jerzy Urban, postać zdecydowanie nie z tego wymiaru, sam osobiście wybrał miejsce konfrontacji, sposób konfrontacji, oraz język konfrontacji i wszystko przeprowadził dokładnie zgodnie ze swoim życzeniem.
Jakie bowiem miało znaczenie to, że Mężydło, wspomagany dzielnie przez Monikę Olejnik, opowiadał o tych wszystkich dzisiejszych emerytach - przez całe swoje peerelowskie życie starających się wstawać rano do pracy, by po powrocie do domu stawać na głowie, żeby jakoś to było - z całym tabunem byłych esbeków na horyzoncie, w dzień prowadzących interesy, a po pracy uprawiających swoje ogródki, kiedy Jerzy Urban, człowiek, któremu zależy już dziś wyłącznie na pomnażaniu wygód, wciąż na to wszystko odpowiadał, że on ma swoje zasady, inni swoje, a prawo jest prawo?
Pytała Monika Olejnik posła Mężydło, czy on stawia na jednej płaszczyźnie Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka. Mężydło odpowiadał, że on nie wie, że on nie chce o tym mówić, że jemu chodzi o sprawiedliwość i zadośćuczynienie. Olejnik na to, czy on chciałby widzieć Jaruzelskiego w więzieniu, a Mężydło dalej swoje; że on nie chce mówić o zemście, że minęło już tyle lat, a tyle spraw pozostaje niewyjaśnionych, że jemu tylko chodzi o powszechne dobro.
I na to wszystko włączał się Jerzy Urban i tłumaczył biednemu Mężydle, że jego moralność to jego sprawa, że jak ktoś popełnił przestępstwo, to ma iść pod sąd, że jak kto się czuje biedny, to powinien znaleźć sobie, podobnie jak w swoim czasie Urban, jakieś ciekawe źródło dochodów i żyć, jak panisko. A jeśli idzie o Jaruzelskiego, to Urban ma tyle pieniędzy, że nawet jeśli polskie państwo odbierze mu jego emeryturę, to Urban bez najmniejszego kłopotu wszelkie niedobory mu wyrówna.
I tak się sobie toczyła ta Kropka nad i, poświęcona projektowi Platformy Obywatelskiej, żeby byłych komunistycznych oprawców pozbawić gigantycznych emerytur, a ja z zapartym tchem wytrzeszczałem swoje stare już oczy i pytałem sam siebie i moich czterech ścian, dlaczego ten wybitny działacz Solidarności, Antoni Mężydło - no bo przecież nie Monika Olejnik - nie spojrzy na Urbana okiem zwycięzcy i mu nie powie:
„Słuchaj pan. Czasy się zmieniły. To już koniec. Ja wiem, że to wszystko, co pan robił, to pańska sprawa, pańskie sumienie, pańskie pieniądze. Teraz jest inaczej. I nam nie chodzi o zasady, nie chodzi o moralność, nie chodzi o przekonania. Nam nawet nie chodzi o jakąś nieokreśloną sprawiedliwość. My zmieniamy prawo. A według tego nowego prawa, pan, jako były funkcjonariusz komunistycznych służb, zostanie wkrótce powieszony. Bo nowe prawo nie pozostawia dodatkowych furtek. Pan, pański kolega Jaruzelski, pański kolega Kiszczak będziecie wisieć. Nie dla jakichś niespełnionych marzeń, ale ponieważ takie będzie prawo, które wprowadzimy. A wprowadzimy je, bo mamy po prostu władzę i mamy większość i najzwyczajniej w świecie możemy to zrobić. I nawet ta pańska Europa panu nie pomoże. Bo zanim oni się w tym wszystkim połapią i poprzekazują sobie te wszystkie papiery i ich tłumaczenia na niemiecki język, lub język francuski, pan już będzie po drugiej stronie. Tylko pańskie pieniądze, pańskie luksusy i te wszystkie pańskie kobiety zostaną tu, na pożytek tych, którzy dobiegną pierwsi".
Ja, gdybym miał okazję i pozycję Mężydły, właśnie tak bym Jerzemu Urbanowi powiedział. I zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej każde z moich słów pozostałoby jedynie w sferze niespełnionych nigdy marzeń. Ale nie mam wątpliwości, że Jerzy Urban, który, pierwszy raz od osiemnastu lat, posłyszałby prawdziwy głos władzy i zobaczyłby - po raz pierwszy od czasu, jak to on decydował i jak to on mógł chodzić z prawdziwie podniesionym czołem - że naprzeciwko siebie nie ma już tych dawnych, pełnych zwątpień działaczy, ale prawdziwą rękę prawa. I by się po prostu przestraszył.
I ten jeden moment satysfakcji starczyłby za wszystko, o czym od tylu lat marzymy i czego jakoś nie możemy się doczekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz