sobota, 20 września 2008

O samotnych matkach, niegrzecznych dzieciach i księżach-egzorcystach

Pamiętam, jak, jakiś czas temu, w telewizji u Jana Pospieszalskiego, rozmawiano (bo warto) o kolejnych ważnych sprawach, tym razem o czymś, w taki czy inny sposób związanym z rodziną. Oczywiście, tak jak zawsze, była publiczność i dwie strony sporu. Niestety, nie pamiętam już dokładnie tematu, ale musiało to być coś, o czym mają zdanie feministki, bo pamiętam, że w studio siedziała ich nadreprezentacja. Więc myślę, że może to było o samotnych matkach, albo o roli ojca, albo o roli Kościoła w życiu rodziny. Jeśli szczęśliwie Pospieszalski czyta ten tekst, to na pewno będzie pamiętał.
Feministki, jak to feministki, reprezentowały stanowisko czegoś, co kiedyś w naszej historii nosiło nazwę Parlamentarnej Grupy Kobiet, tyle, że w wersji mocno zradykalizowanej. W pewnym momencie, gdy program zbliżał się już do końca, walczące panie, dla podkreślenia wartości swoich przekonań, zaczęły przytaczać wyniki jakichś ostatnio przeprowadzonych sondaży.
I wówczas głos zabrała pani, której niestety też nazwiska nie pamiętam, bo - jak mówię - program oglądałem przed laty, i powiedziała, że w instytucie, w którym ona pracuje, przeprowadza się nie doraźne sondaże, ale poważne, rozłożone w czasie badania, na temat patologii wśród młodzieży i z tych badań wynika jednoznacznie, że środowiskami rodzinnymi najbardziej patologicznymi są środowiska składające się z jednego dziecka i matki - pracującej, rozwiedzionej, z wyższym wykształceniem. Powtarza się przy tym informacja, że zarówno matka, jak i dziecko nie chodzą do Kościoła...
Obecne w studio feministki nie miały okazji zareagować, bo, raz że program się akurat skończył, a dwa, że - szczerze powiedziawszy - nie było jak reagować. No bo co można powiedzieć poza tym, że to nieprawda i toruńska propaganda?
Program, o którym mówię oglądałem parę lat temu, ale do dziś nie mogę zapomnieć min tych pań, które, chwilę przed tym, wszystkie swoje zdolności intelektualne i retoryczne, poświęciły na to, by dowieść, że największym niszczycielem polskiej rodziny jest Kościół Katolicki wraz ze swoją represyjną i nieludzką tradycją. One wyglądały tak, jakby występowały w programie Latającego Cyrku Monty Pythona i za chwilę miał im na głowy spaść 16-tonowy odważnik.
Z tego jednak, co obserwuję, wygląda na to, że zarówno one, jak i całe to ich niezwykłe środowisko, zdążyli już dojść do siebie. I wcale nie tylko feministki. Socjaliści, geje, lesbijki, antyklerykałowie, anarchiści - krótko mówiąc cała ta czerwona masa, która wymyśliła sobie, że winę za wszystko, co w tym świecie jest złe, ponoszą ci wszyscy, którzy uważają, że Bóg istnieje i wierzą, że z tej ich wiary wynikają pewne konsekwencje. A pierwszym podejrzanym jest oczywiście, choć zupełnie nie wiadomo czemu, Kościół Katolicki - najmniej radykalny, obsesyjnie tolerancyjny, nieustannie wybaczający.
Parę dni temu, nawet tu, w Salonie ktoś mnie uprzejmie skomentował, że wszelkie zło bierze się z wpływu, jaki Kościół wywiera na jednostkę. Nie pamiętam dokładnie, o co chodziło, bo zaraz administracja ten wybryk usunęła, ale sens był właśnie taki: z wami katolikami, to tak już jest, że swoje żony tłuczecie na śmierć, a dzieci gwałcicie.
I oto wczoraj, w głównym TVN-ie, oglądam jeden ze sztandarowych dostarczycieli tanich dreszczy dla osób, które - nie mogąc się doczekać obiecanego, cudownego pomnożenia dobrobytu - postanowiły zanurzyć się w kontemplowaniu dramatycznych losów ludzi (a jakże!) takich samych, jak my. Chodzi mi o program niejakiej Ewy Drzyzgi Rozmowy w toku.
Gdyby ktoś nie wiedział, idea programu jest oparta na założeniu, że jeśli się znajdzie odpowiednio szokujący temat, na tyle perwersyjny i na tyle nowy, że większość telewidzów będzie mogła się z nim emocjonalnie i intelektualnie zidentyfikować, to stacja zarobi więcej pieniędzy. Więc, jeśli Ewa Drzyzga znajdzie gdzieś parę pedałów, która będzie szlochać, że nie umieją sobie znaleźć partnera, albo jakieś małżeństwo, które lubi uprawiać seks na oczach swoich dzieci, albo kogoś, kto uwielbia się tarzać w kupie, to zaprasza takie osoby do programu i tam sobie wszyscy rozmawiają, pokazując, że wszyscy w gruncie rzeczy jesteśmy normalni, publiczność w studio klaszcze, a widzowie przed telewizorami zastygają w emocjach, ciesząc się, że wreszcie nie muszą oglądać tego głupiego Gosiewskiego.
Oglądam wczorajsze wydanie programu, w którym tym razem Ewa Drzyzga przedstawia nam dzieci terroryzujące swoich rodziców o pieniądze. Oto widzimy ojca, który się skarży, że jego dwie córeczki potrzebują nieustannie od niego ciągnąć pieniądze na ciuchy, komórkę i inne drobiazgi tak, że jego to kosztuje 3000 zł. na same ubrania i ponad 1000 zł. za komórkę i on w ogóle nie wie, co zrobić. Są też w studio dwie ślicznotki, które zgodnie mówią, że skoro tato ma, to powinien płacić.
Później pojawia się jakaś mama, która opowiada, jak jej synek okrada ją i jej znajomych, nie chce w domu ruszyć palcem, o ile ona mu nie da pięć złotych i ona już nie wie, co robić. I że ponieważ on i jego koledzy podpalili coś na mieście, to chłopczyk trafił na moment do ośrodka opiekuńczego, ale on go kocha, więc go z tego ośrodka wyciągnęła.
Po chwili przychodzi jakaś inna pani, matka dwojga niepełnosprawnych chłopców i jednej pełnosprawnej córeczki, która opowiada, jak ta córeczka robi jej w domu nieustanne piekło, że ona chce pieniądze, więcej pieniędzy i dużo pieniędzy. Obok siedzi to dziecko, które słodko wzrusza ramionami i mówi, że ona potrzebuje na telefon i chrupki.
Publiczność zgromadzona w studio postękuje ze wzruszenia, a obecna w programie pani psycholog patrzy surowo na te dzieci i pyta: „Czy wy zdajecie sobie sprawę, że nie jesteście sami na świecie?"
A ja sobie myślę, że z całą pewnością, w tym samym czasie, kiedy ja siedzę przed telewizorem i przecieram oczy i uszy ze zdziwienia, przed swoimi plazmami siedzą przedstawiciele nowej polskiej lewicy, kiwają mądrze głowami i mówią: „Proszę bardzo! Oto macie swój chory katolicyzm, w katolickim państwie". I czekam, aż ta Drzyzga zapyta którąkolwiek z tych mam, co na to wszystko mówi ojciec i jednocześnie wiem, że się nie doczekam, bo tego ojca najpewniej w ogóle nie ma, a bardzo prawdopodobnie nigdy nawet nie było.
Czekam aż Drzyzga, albo pani psycholog, zapytają tatę dziewczynek, które na komórki wydają 1000 zł. miesięcznie, co na to żona, ale też wiem że się nie zapyta, bo najprawdopodobniej jego żona na swoją wydaje dwa tysiące miesięcznie, a on w ogóle nie ma nic do gadania, bo jeśli tylko spróbuje, to trzy damy urządzą mu prawdziwą lekcję życia rodzinnego.
No więc, w końcu, czekam aż pani psycholog, albo sama Drzyzga, zapytają którąkolwiek z zaproszonych osób, czy oni w ogóle chodzą do Kościoła. No bo jeśli chodzą, to można by było ten wątek pociągnąć, szczególnie z dziećmi, i popytać o Jezusa, o ubóstwo, o grzech, o chciwość, etc. No ale wiem, że i tego się nie odczekam, bo przede wszystkim prawdopodobnie ani Drzyzga, ani pani psycholog w ogóle nie uważają, że ten wymiar w ogóle istnieje, a i te dzieci i ich mamy nie wiedzieliby o czym mowa.
Po drugie, i to jest może nawet ważniejsze, gdyby w telewizji TVN ni stąd ni z owąd temat religii, wiary i pobożności pojawił się w jakimkolwiek innym kontekście niż w kontekście księży-pedofilów, księży-agentów i księży-egzorcystów, to prawdopodobnie dobroczyńcy stacji poczuli by się na tyle dotknięci, że sama stacja mogłaby despekt, który im uczyniła, odczuć na własnej, finansowej skórze.
Bo elity polityczne i intelektualne w naszym kraju, owszem, bardzo są zainteresowane rolą Kościoła w życiu człowieka, ale tylko wtedy, gdy można pokazac, albo, jak ten Kościół niszczy wszelkie dobro, albo jak ten Kościół nie chce być nowoczesny i postępowy.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że polski katolicyzm jest, jaki jest i że te tłumy w kościołach przy najróżniejszych okazjach, to często zwykłe pozory. Wiem też jednak, że ludzie nawet bardzo mało związani z Kościołem, ludzie nieuczestniczący w religijnych praktykach, ludzie nawet wrogo nastawieni do samej instytucji Kościoła, w jakiś przedziwny sposób, kiedy słyszą słowo „Kościól" nie podskakują ze zdziwienia, że oto coś egzotycznego wskoczyło im na stolik przed telewizorem. Polacy, nawet najbardziej pozornie odlegli od religii, wiedzą, że spowiedź, modlitwa, komunia, Msza Święta, kościelne dzwony w niedzielę - to wszystko jest ich wspólnym dobrem, albo przynajmniej, wspólną kulturą.
I ci sami ludzie, gdyby w programie Rozmowy w toku nagle, obok tej kompletnie bezradnej pani psycholog, pojawił się ksiądz katolicki, nie w roli bohatera odcinka o księżach-alkoholikach, albo księżach-kochankach, ale w roli kogoś, kto potrafi wypełnić tę kulturową i cywilizacyjną pustkę, która wyziera z każdej sekundy tego programu, nie poczuliby się ani szczególnie obrażeni, ani choćby zaskoczeni.
Może tylko paru lewackich publicystówi i jeden gej-socjolog, napisaliby jeden skromny list otwarty. A Helsińska Fundacja Praw Człowieka wydałaby komunikat, że TVN łamie standardy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.