środa, 20 listopada 2019

O dorastaniu do autorytetu i komisji patrologicznej z Polskiej Akademii Nauk


       Myślę, że już tu ową refleksję, choćby bardzo pobieżnie przedstawiałem, jeśli jednak nie, pozwolę sobie powtórzyć. W moim odczuciu atak jaki dziś jest kierowany pod adresem Kościoła Powszechnego idzie z dwóch kierunków i choć nie wydaje mi się, by był celowo koordynowany, jego cel jest jeden: zasiać w sercach osób dotychczas wiernych zwątpienie w słowa Jezusa o Skale, której bramy piekielne nie przemogą. Jak ów atak wygląda i skąd nadchodzi? Otóż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że on jest równie silny i równie podstępny zarówno kiedy budowany jest po stronie tradycyjnych wrogów Kościoła, czyli ateistycznej lewicy, jak i wychodzi z ust tak zwanych „Czystych”, a więc tych z nas, którzy są przekonani, że w tych trudnych czasach tylko oni są w stanie obronić wspomnianą Skałę przed skruszeniem. Nie Jezus, nie Pan Bóg, nie Wiara Kościoła, ani Wiara pojedynczych ludzi. To tylko oni mogą zatrzymać ów rozpad.
      Ciekawe jest też to, że dokładnie w to samo wierzą ludzi którzy atakują Kościół z pozycji liberalnych. Oni również – chociaż tu już nie wiadomo z jaką intencją – bardzo mocno deklarują, że im chodzi wyłącznie o to by Kościół był prawdziwie mocny Swoją pobożnością i wolny od wszelkiego zepsucia. Żaden z nich już nie ogłasza – choć, jak pamiętamy, kiedyś trend był zupełnie inny – że celem wolnego demokratycznego świata jest zniszczenie tego opium i wyzwolenie człowieka z tych kajdan. Dziś za nimi stoi już wyłącznie wyprowadzenie Kościoła na drogę dalszego pozytywnego rozwoju.
      Jest jednak coś, co obie wspomniane strony dzieli, a mianowicie bezpośredni cel ataku. Otóż liberalna lewica ostrze swojej troski kieruje pod adresem Jana Pawła II i papieża Benedykta, którzy rzekomo doprowadzili do tego, że dziś Kościół jest siedliskiem moralnego zepsucia, natomiast nasi „Czyści” odwrotnie: winnym tego, że już niedługo owa Skała runie będzie wyłącznie papież Franciszek i jedyne co nam pozostaje to modlić się za niego w intencji opamiętania, by Pan Bóg uczynił cud, i dał mu nową szansę dołączenia do panteony wielkich papieży, takich jak wspomniani wcześniej Jan Paweł II oraz Benedykt XVI.
      Jak wspomniałem, mam wrażenie, że już na ten aspekt wojny cywilizacyjnej zwracałem tu uwagę, jednak jeśli robię to ponownie to dlatego, że właśnie dowiedziałem się od Piotra Bachurskiego, że on został zmuszony do przeproszenia redakcji portalu Polonia Christiana za moje niesprawiedliwe słowa na ich temat, a owe przeprosiny padły na wyraźne żądanie obrażonej części owego portalu. No i jest coś jeszcze. Oni wszyscy oczekiwaliby ode mnie że ja napiszę konkretnie, za co ja kieruję w ich stronę moje niesprawiedliwe pretensje. Wydawało mi się, że wszystko co trzeba wyjaśniłem w swoim najnowszym felietonie, który opublikuję tu już pojutrze, no ale skoro, jak widzę, dla niektórych z nas to nie wystarczy, chciałem napisać coś bardziej konkretnego właśnie. Otóż zajrzałem na wspomnianą stronę PCh24.pl, a tam na samej górze serii informacji znalazłem tekst już w samym tytule stanowiący praktyczną bardzo odpowiedź na dylematy wspomnianych przeze mnie braci w Wierze: „Ksiądz Staniek: „Jeśli papież nie słucha Jezusa to nie uczestniczy w Jego autorytecie”.
       Otóż ja informacji zapowiadanych w tego rodzaju poetyce przez ostatnie lata widziałem mnóstwo, w wielu miejscach, z tą różnicą, że cytowane były nieco inne autorytety i ich troska nie była akurat skierowana pod adresem papieża. Przynajmniej nie tego. No ale zobaczmy, co to za wiadomość, którą przynosi nam Polonia Christiana. Już sam początek wyjaśnia nam wiele:
„Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska – powiedział w homilii wygłoszonej 25 lutego ks. prof. Edward Staniek wymieniając przy tym błędne, jego zdaniem, poglądy Franciszka, do których teolog zaliczył otwarcie na muzułmanów oraz żyjących w stanie grzechu śmiertelnego”.
       Popatrzmy jednak nieco dalej:
       „Dla Abrahama najwyższym autorytetem był Bóg i dlatego robił to, co On polecił. Na tym polega akt wiary w Boga. Jest w nim uznanie Boga za najwyższy autorytet i liczenie się tylko z Nim – powiedział kapłan zauważając, że na kartach Ewangelii Bóg Ojciec wskazał jako autorytet swojego Syna. Jednym zdaniem Pan ukazał apostołom, że autorytet Jezusa Chrystusa jest większy od tego posiadanego przez dwa największe autorytety Starego Testamentu – prawodawcy Mojżesza oraz proroka Eliasza.
       – Kto dla mnie jest największym autorytetem? Czy jest nim Jezus? – zadał pytanie ks. prof. Staniek tłumacząc jednocześnie, że autorytet to szacunek dla kogoś odpowiedzialnego, dla osoby zasługującej na zaufanie z jakiegoś powodu, np. specjalizacji w danej dziedzinie. Szacunek dla takiej osoby powoduje liczenie się z jego opinią. – Fundamentem autorytetu jest odpowiedzialność człowieka – powiedział kaznodzieja zauważając również uwagę na bliskie relacje człowieka posiadającego autorytet i prawdy.
       – Mój Bóg jest odpowiedzialnością i stwarza mnie na Swój obraz i na swoje podobieństwo. Jest autorytetem. I ja mam być w stu procentach autorytetem odpowiedzialnym za swoje słowo, myśli i czyny – stwierdził ks. prof. Edward Staniek odnosząc się również do autorytetu w Kościele. Duchowny skrytykował automatyczne przypisywanie posiadania autorytetu osobom piastującym kościelne funkcje, od papieża przez kardynałów i biskupów po przełożonych prowincji zakonnych i proboszczów. Taka postawa może wywoływać zdziwienia, gdyż niekiedy osoby na stanowiskach nie posiadają autorytetu, mimo iż mogą rozkazywać.
– Autorytetu się nie otrzymuje, do autorytetu się dorasta. W Kościele jedynym autorytetem jest Jezus. Nie papież, nie hierarchia, nie przełożeni. Jezus. I w oparciu o Jego autorytet Kościół żyje. Ktokolwiek w Kościele jest na świeczniku i w swoim życiu naśladuje Jezusa, ten promieniuje Jego autorytetem. Wysoki świecznik daje władzę, ale nie daje autorytetu – przypomniał rekolekcjonista zauważając, że osoby na świeczniku mogą nie tylko nie mieć autorytetu, ale bywa, że i gorszą innych. Papież Franciszek na wysokim świeczniku, będąc pod presją układów, wyraźnie odchodzi od Jezusa w dwu punktach: błędnie interpretuje Jego miłosierdzie – stwierdził ks. prof. Edward Staniek.
 – Czym się kieruje papież? Nie wiem. Jaki jest cel jego wypowiedzi? Też nie wiem. Wiem, jak te wypowiedzi są wykorzystywane w mediach nastawionych na niszczenie Jezusa i Jego Kościoła. Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska – stwierdził w kazaniu teolog i patrolog.
 – Jeśli papież nie słucha Jezusa z Góry Tabor to nie uczestniczy w Jego autorytecie. Kościół Chrystusowy nie jest zbudowany na władzy. Jest zbudowany na autorytecie. Kto wyżej ceni władzę niż autorytet, ten jest obcym ciałem w Kościele Jezusa. Słuchajmy Jezusa, tak jak polecił nam Jego Ojciec na Górze Tabor – zakończył homilię ks. prof. Edward Staniek”.
       A już na sam koniec, gdyby ktoś z nas nie do końca zrozumiał, o co księdzu chodziło z tym autorytetem, do którego trzeba dorosnąć już na zakończenie artykułu sprawę nam gruntownie wyjaśnia redakcja Polonia Christiana”:
„Ksiądz prof. Staniek to wielki autorytet teologiczny Kościoła w Polsce. Był wieloletnim rektorem seminarium duchownego w Krakowie, napisał kilkadziesiąt książek, był członkiem Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk”.
       W tej sytuacji już zupełnie od siebie mogę dodać, że ja się w pełni z księdzem Stańkiem zgadzam: „Do autorytetu trzeba dorosnąć”. Natomiast bardzo źle znoszę ludzi, którzy głosząc tę prawdę, drugą ręką wciskają nam do kieszeni karteczkę z zaświadczeniem z tak zwanego Komitetu Nauk Teologicznych Polskiej Akademii Nauk.
      I mam nadzieję, że ta moja deklaracja wystarczy jako wyjaśnienie, o co ja mam pretensje do, jestem pewien, że nadzwyczaj pobożnych redaktorów portalu PCh.pl.





wtorek, 19 listopada 2019

Jeszcze o chłopcach narodowcach, czyli jak hartowała się stal

Ponieważ w reakcji na wczorajszą notkę, grupa Czytelników zwróciła się do mnie o podanie więcej sczegółów na temat udziału gen. Wileckiego w budowaniu przyszłości naszej Polski, pragnę przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2008 opublikowany przeze mnie pod zabawnym tytułem „Z TVN-em i z Duchem Świętym do lepszej Polski”, gdzie jak sądzę, po raz pierwszy zwróciłem uwagę na rolę środowisk narodowych w tworzeniu naszej przyszłości, teraźniejszości i przyszłości, że tak sprrytnie nawiążę do Orwella. Zapraszam więc z dreszczem emocji.


       Kiedy w kwietniu jeszcze 2007 roku, Marek Jurek, w odruchu szczerego patriotyzmu i niezwyciężonej wiary, wystąpił z Prawa i Sprawiedliwości i opuścił fotel marszałka Sejmu, natychmiast, z Arturem Zawiszą, Marianem Piłką i jeszcze paroma wybitnymi Polakami, założył nowe ugrupowanie prawicowe. Zrobił to oczywiście tylko po to, by jego gest nie poszedł na marne, żeby za gestem poszedł czyn i żeby wszyscy zainteresowani, a zwłaszcza ludzie marnego ducha, zobaczyli, gdzie droga, gdzie prawda i gdzie duch.
      Rozbity tym kompletnie bezsensownym aktem wandalizmu i zniszczenia, napisałem do Dziennika króciutki list, który zatytułowałem Głupstwo w imię Ducha Świętego, a który redaktorzy postanowili opublikować. Oto te kilka smutnych słów z kwietnia zeszłego roku:
"Chciałbym podzielić się wspomnieniem, jak po nieudanej pierwszej kadencji prezydenta Wałęsy, pragmatyczni politycy chcieli wystawić kandydaturę prof. Adama Strzembosza, by ten powstrzymał Kwaśniewskiego. Strzembosz był kandydatem idealnym. Miał duże poparcie, był lubiany i szanowany przez wiele środowisk i gdyby kampania przebiegała bez histerii ze strony patrzących na świat ‘z niebiesiech’ naszych specjalistów od Pana Boga, Kwaśniewski nie zostałby prezydentem, a Polska byłaby dziś może inna. Niestety politycy z ZChN i okolic, natychmiast wysunęli kandydaturę generała Wileckiego (sic!), później Hanny Gronkiewicz Waltz, a w międzyczasie kilku kolejnych przedziwnych postaci, które nad Strzemboszem miały tę przewagę, że podobno były bardziej pobożne, patriotyczne, czy polskie. Z całej pracy wyszło tyle, że prof. Strzemboszowi spadło poparcie i obraził się na Kaczyńskich, Wilecki odmówił, Gronkiewicz poparła Wałęsę, Wałęsa przegrał z komunistą. W tamtym czasie, po raz pierwszy ujrzałem tak wyraźnie, jak w imię Ducha Świętego można popełnić tak okropne głupstwo. Ostatnie dni pokazały ten ponury mechanizm równie mocno i równie bezwzględnie".
      Zarówno sam problem, z którym musieliśmy się przecież parę razy w naszej wspólnej historii zmierzyć, jak niejednokrotnie bardzo przykre konsekwencje opisanego przez mnie procederu, sprawiają, że oczywiście się powtarzam. Pisałem o tym ponad rok temu do Dziennika, wspominałem o tym już tu, w tym roku, w naszym Salonie i znów się – jakby to niektórzy pewnie określili – głupio podniecam. Na ale, jak tu się nie emocjonować, skoro wystarczy odrobinę otworzyć oczy i nastawić troszeczkę uszy, żeby nie przegapić ani jednego dnia dudniącego echem tych pełnych rozmodlenia czynów i słów sprzed lat.
      Dopiero co, po raz kolejny w ciągu paru ostatnich miesięcy, mieliśmy okazję się rumienić ze wstydu, będąc świadkami tej żenady pod tytułem Bolesław mówi, i przyglądając się bezradnie, jak najgorsze szumowiny bezlitośnie wykorzystują kompletny psychiczny upadek, było nie było, ale jednak bohatera naszej wspólnej historii. Widzimy te najbardziej obrzydliwe zabiegi wokół totalnie już odjechanego Lecha Wałęsy, mające jeden jedyny cel - zniszczyć do samego już końca wszelką nadzieję na odrodzenie tego, co zwiemy popularnie duchem narodu, i wiemy aż za dobrze, że ta porażka ma wyjątkowo wielu ojców.
      Ale przecież nie chodzi tu tylko o Lecha Wałęsę. Wczoraj w Rzeczpospolitej dwa teksty zajmujące niemal całą jedną stronę, teksty w pewnym sensie niezwykłe. Pierwszy z nich opisuje kwestię związaną z faktem, że, jak się okazuje, część opinii publicznej ma dylemat pod tytułem „Kto zyskał na bojkocie TVN”. Jakby ktoś, najsłuszniej zresztą, zapomniał, o co chodzi, przypominam, że politycy PiS-u w ramach odruchu protestu wciąż nie przychodzą do studia TVN i TVN24 i zdaje się, że niektórym ta sytuacja jest wybitnie nie w smak. Rzeczpospolita informuje jednak, że tylko niektórym. Bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy są – a jakże by inaczej – Artur Zawisza i Marek Jurek. To oni podobno zyskali najbardziej na tym, że TVN tak długo niszczył ich byłych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości, że ci w końcu nie wytrzymali i postanowili się na TVN wypiąć.
      Mówi Artur Zawisza: „Dostaliśmy prezent od losu, a może od Jarosława Kaczyńskiego”. O jaki prezent chodzi Zawiszy? Otóż telewizja rodziny Walterów, od czasu, jak do jej studia przestali przychodzić politycy PiS-u, wpadła w bardzo ciężki kłopot z powodu tzw. braku parytetu. Poważny kanał informacyjny, pozbawiony nagle całego politycznego skrzydła, przestaje być kanałem poważnym, a staje się zwykłym, nudnym, propagandowym śmietnikiem. Jaki jest sens dla człowieka w przeciętny sposób interesującego się życiem politycznym naszego kraju, gapić się w dzień w dzień na tępe potyczki między ministrem Schetyną, a przewodniczącym Napieralskim? Doskonale to wiedzieli przywódcy PiS-u, podejmując decyzję o bojkocie. Wiedzieli, że bez przedstawicieli tej części opinii publicznej, które reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, TVN może po prostu zacząć wyłącznie puszczać powtórki. Oczywiście, przy znanym poziomie nieobiektywizmu i agresji dziennikarzy i przyjaciół TVN-u, nawet gdyby w ich programach występowali tylko Jacek Kurski na zmianę ze Zbigniewem Ziobro, główna strategia stacji i tak nie uległaby zmianie ani na jotę.          Niemniej bez pewnego zachowania pozorów, nawet tak wyrafinowana maszyna propagandowa, jaką jest TVN, musiałaby się w końcu zatrzeć i całe te pieniądze, tak pieczołowicie zbierane przez ostatnie lata, mogłyby bez tych właśnie pozorów pójść mocno na marne. Chyba jednak nie byli liderzy PiS-u na tyle przenikliwi, żeby pamiętać o istnieniu tej zawsze czujnej grupy, zawsze gotowej do działania na rzecz Narodu i jego zdrajców.
      Bo w tym samym właśnie momencie, kiedy PiS ogłosił bojkot, na pomoc panu Pieczyńskiemu, Wejchertowi i spółce przybiegli najlepsi z najlepszych, czyli byli posłowie Zawisza i Jurek. Zrobili to dla siebie? Ależ skąd! Oni wszystko, co robią, robią dla Boga i Ojczyzny. Przecież nie jest tak, że Zawisza z Jurkiem, kiedy pomagają TVN-owi złamać bojkot zorganizowany przeciwko kłamstwu i zdradzie, sami kłamią i w jakikolwiek sposób występują przeciwko swoim odwiecznym ideałom. Przecież nie jest tak, że oni nagle znależli się w sytuacji tzw. łamistrajków. Jakże tak! Ależ nigdy! Oni tylko skorzystali z okazji, żeby dorzucić swoje trzy grosiki na rzecz uciemiężonej Ojczyzny.
Każde słowo, jakie tych dwóch zacnych mężów, wypowiada, co drugi dzień na zmianę, do uszka któregoś z dziennikarzy TVN-u, to najszczersze słowa wiary, nadziei i miłości. No a poza tym Zawisza z Jurkiem grają. Oni grają tak, jak najlepsi synowie tej ziemi grali przed laty ze Służba Bezpieczeństwa. Oni rozgrywają Wejcherta tak, jak kiedyś rozgrywał Kiszczaka Adam Michnik, a Jaruzelskiego nieoceniony pan Bolesław. Oni są jak przyczajone tygrysy, ukryte smoki i jak cała Świątynia Szaolin. Oni pojawiają się w studio TVN24 i zaczyna się historyczny stare-out competition. A zwycięzca będzie tylko jeden – ten, który idzie w imię Naszego Pana.
      Artur Zawisza wyjaśnia ten konflikt między prawdą, a kłamstwem tak, jak tylko on potrafi. W swojej wypowiedzi dla Rzeczpospolitej podkreśla, że właściwie bojkot jest usprawiedliwiony i PiS faktycznie miał powody, żeby się obrazić na stację Walterów. Jednak zaznacza jednocześnie, że Kaczory są przy tym, w tym swoim proteście, bardzo zakłamani, bo „gdyby PiS na serio traktował swoje zastrzeżenia, to jego członkowie nigdy by się nie pokazywali w tej telewizji”. Co innego sam Zawisza. Ten się – owszem - pokazuje nieustannie. No ale on przecież tam się wcale nie pchał. On się o miejsce w studio nie prosił. On tylko skorzystał z okazji. Na a poza tym, każdy dobrze wie, że on akurat ma tylko jeden cel – ochronę życia poczętego. Gdyby Zawisza mógł wybierać tematy swoich pogadanek w wieczornych programach w TVN24, on by mówił wyłącznie o aborcji, a to przecież nie jego wina, że właściciele TVN-u to tacy sami bezbożnicy, jak Gosiewski z Kuchcińskim.
Dobry człowiek ten Artur Zawisza. Dobry jak Marek Jurek, jak Marian Piłka i jak... no ten, jak mu tam... no Wojtyła... Karol.. Natomiast żaden z nich na pewno nie jest tak dobry i tak mądry, jak Jerzy R. Nowak, któremu Rzepa oddaje znaczną część tej wczorajszej strony. No ale Nowak to nie byle kto. To nie zwykły polityk. To jedyny, prawdziwy, pełny strateg. To prawdziwy przywódca, to nasze wybawienie, to ostateczne rozwiązanie. To ostatnia ucieczka tego znękanego narodu. On do TVN-u nie chodzi. Na razie nie musi. On ma od tego swoich rycerzy. Sam czeka w odwodzie. Ale już wypowiedział pierwsze ostrzeżenie. Jeśli PiS się nie opamięta – to koniec z poparciem, koniec z miłosierdziem. Ruch Przełomu Narodowego już pali ogniska. A potem, jako sygnał do natarcia i ostatecznego zwycięstwa, wizyta Jerzego Roberta Nowaka u Moniki Olejnik. Albo... co tam u Olejnik! Niedługo wrzesień; wraca Kuba Wojewódzki. Będzie można walnąć z grubej rury.




poniedziałek, 18 listopada 2019

Generał Wilecki kontra Kaja Godek - nokaut w pierwszej.


      Ponieważ kontakt z tak zwanym „Szarym Człowiekiem” siłą rzeczy mam ograniczony do tych parunastu znajomych, no i do osób, które, jak to w życiu bywa, pojawiają się w okolicy i znikają, a wszystko co poza tym, to propaganda, której staram się przeciwstawiać jak tylko potrafię, muszę przyznać, że tak naprawdę jedyna realna socjologiczna wiedza, jaką posiadam, to ta wynikająca z wyników kolejnych wyborów i moich bieżących i odpowiednich analiz. Tak też zresztą było zawsze. Nawet w głębokim PRL-u, mimo że moje życie towarzyskie było wówczas znacznie bogatsze niż dzisiaj, to i tak na temat tego, co sądzi w tej czy innej kwestii ów „Szary Człowiek”, miałem pojęcie wręcz żadne. A jak bardzo żadne, mogłem się skutecznie przekonać wtedy, gdy się dowiedziałem, że wyborami w czerwcu roku 1989 zainteresowanie wykazało zaledwie 62,70% obywateli w pierwszej turze, natomiast w drugiej już tylko 25,31%. Co oczywiście nie zmienia faktu, że żadne mądre analizy mądrych ludzi nie dały mi tyle, co własnie owa sucha informacja odnośnie frekwencji.
Co zatem takiego wiem, że czuję się mimo wszystko w potrzebie jakoś na to co widzę i słyszę reagować i to reagować publicznie? Otóż przede wszystkim naprawdę dużo pamiętam i z tych nielicznych w rzeczy samej informacji potrafię, jak sądzę, wyciągać wnioski. Co takiego interesującego zatem dostrzegłem ostatnio i jakie wnioski z owej obserwacji wyciągnąłem, już wyjaśniam. Oto śledząc to co się dzieje w Internecie, nie mogłem nie zauważyć, że w sposób nadzwyczaj energiczny zaktywizowała się ta część opinii, która rozczarowana bardzo tym wszystkim, co nam proponuje dzisiejsza polityka, ze szczególnym uwzględnieniem oferty Prawa i Sprawiedliwości, głosi powstanie nowej siły, która najpierw rozkurzy w drobny pył całe to oszukańcze towarzystwo, a chwilę potem pokaże całej Polsce, czym jest autentyczna prawica – prawica wierna Bogu i Ojczyźnie i Honorowi – i z sukcesem poprowadzi Polskę ku dumnej światłości. Do jakiego stopnia owa internetowa aktywność przekłada się na emocje wspomnianego „Zwykłego Polaka”, nie mam naturalnie pojęcia; nie wiem nawet, czy „Szary Człowiek” w ogóle wie, co to za dziwadło... no może z wyjątkiem Janusza Korwina Mikke, który odniósł przynajmniej ten jeden realny sukces, że nawet moja świętej pamięci ciocia ze wsi wiedziała, kim jest ten wariat. No ale faktem jest, że przynajmniej gdy chodzi o Internet, to owi patrioci radzą sobie nadzwyczaj dobrze i jest całkiem prawdopodobne, że gdyby tak wybory parlamentarne były przeprowadzane wyłącznie na Twitterze, to oni by mieli większość konstytucyjną. Jakiej zatem wiedzy dostarcza ów fakt nam, czyli, jak mówię, ludziom, którzy wiedzą bardzo mało, natomiast mają dobrą pamięć i potrafią jakoś tam analizować wszystko to co z owej wiedzy i pamięci wynika?
      Otóż ja bardzo dobrze pamiętam, że już na samym początku wspomnianego marszu ku wolności, rozpoczętego wyborami roku 1989, obok oczywistego i pewnie że bardzo umownego podziału na Solidarność i Komunę, a więc Polskę i Bolszewię, w jednej chwili ujawniła się też trzecia siła, czyli tak zwani „Patrioci”. Z początku trzymali się oni oczywiście Solidarności, jednak już po krótkim czasie zaczęli coraz częściej demonstrować swoją autonomię, do tego stopnia, że pojawiły się również i odpowiednie etykiety. Kto tam się wyróżniał szczególnie mocno? No przede wszystkim oczywiście Konfederacja Polski Niepodległej oraz ZChN, a w tym takie postaci, jak – wymieniam ich zupełnie z tak zwanej „czapy” – Jan Łopuszański, Marek Jurek, Stefan Niesiołowski, Henryk Goryszewski, Leszek Moczulski, Michał Kamiński, Krzysztof Król, Adam Słomka, Jerzy Kropiwnicki, Marian Piłka, czy – tak, tak – Kazimierz Marcinkiewicz. I ja również bardzo dobrze pamiętam, że kiedy oni tylko zdecydowali się usamodzielnić, to ich głównym wrogiem nie stała się Bolszewia, lecz właśnie Polska. Oni, gdy tylko poczuli się odpowiednio mocno, natychmiast zaczęli demonstrować swoje nadzwyczajne wręcz kompetencje patriotyczno-kościelne, a przez nie naturalnie – państwowotwórcze. Dziś po owych dwóch organizacjach oczywiście, jeśli w ogóle pozostał jakikolwiek ślad, to w osobach Marcinkiewicza, Niesiołowskiego, Kamińskiego, Króla, no i być może jeszcze Słomki, choć tego ostatniego zaledwie lokalnie. Lata mijały, jedni znikali, inni się z mroków polityki wyłaniali, zawsze z tym samym hasłem na sztandarach: „Bóg, Honor, Ojczyzna”, zawsze z zapewnieniem, że tylko oni są prawdziwą prawicą, no i za każdym razem nieco inna nazwą, a więc jako Młodzież Wszechpolska, Liga Polskich Rodzin, Ruch Odbudowy Polski, Ruch dla Rzeczpospolitej, Ruch Katolicko-Narodowy... można wymieniać.
      I oto w tym momencie chciałbym zwrócić uwagę Czytelników na pewną niezwykle fascynująca prawidłowość. Otóż wszystkie te partie aktywizowały się zawsze wtedy, gdy pojawiała się realna szansa na to, by władzę w Polsce uzyskała owa symboliczna Polska. Pierwszy raz na to zwróciłem uwagę przy okazji wyborów w roku 1991, kiedy to obok Porozumienia Centrum startowały takie partie jak KPN, UPR, Wyborcza Akcja Katolicka, czy Partia Wolności z jej ówczesnym szefem, dziś już świętej pamięci Kornelem Morawieckim. Niedługo potem to wszystko się odtworzyło, kiedy pojawił się plan, by z jednej strony uniemożliwić Wałęsie drugą kadencję, a z drugiej, nie dopuścić do władzy Kwaśniewskiego. Myślę, że każdy może sobie dokładnie sprawdzić listę kandydatów, jaka pojawiła się przy tamtej okazji, a przy okazji zwrócić uwagę na fakt, że to wtedy właśnie, widząc aktywność prawdziwych patriotów, z Janem Olszewskim, Hanną Gronkiewicz-Waltz, oraz Januszem Korwinem-Mikke wycofał się z udziału w wyborach zgłoszony przez Porozumienie Centrum Lech Kaczyński.  
      Przy tej okazji, pragnę zwrócić uwagę, jakie to partie popierały kandydatury Jana Olszewskiego i Hanny Gronkiewicz Waltz, wówczas jeszcze bardzo pobożnej patriotki: Stronnictwo Ludowo-Chrześcijańskie, Zjednoczenie Polskie, Partia Konserwatywna, Koalicja Konserwatywna, Ruch Chrześcijańsko-Narodowy Akcja Polska, Ruch Trzeciej Rzeczypospolitej, Polskie Stronnictwo Ludowe Mikołajczykowskie, Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”, Stronnictwo Wierności Rzeczypospolitej, oraz, last but not least, Polskie Forum Patriotyczne. To tam też zaczynał się kręcić być może największy patriota z nich wszystkich, gen. Tadeusz Wilecki, dziś, jak głoszą okoliczne ptaki, związany mocno środowiskowo z Konfederacją. Daję słowo, że nie zmyślam.
     I tak też dokładnie samo było w latach kolejnych: ile razy panował spokój, a więc rządziła Unia Wolności, PSL, komuna, czy nawet ten nieszczęsny AWS, a po latach Platforma, Polska Katolicka i Narodowa siedziały cicho jak mysz pod miotłą. Podnosili oni natomiast głowę natychmiast jak tylko pojawiała się szansa, że – cóż ja zrobię, skoro nigdy nie chciało być inaczej – Jarosław Kaczyński ze swoim projektem spróbuje zdobyć, odzyskać, czy wreszcie, tak jak dziś, utrzymać władzę. I oczywiście wcale nie po to, by wspólnie z nim wywalić w kosmos ludzi złych, głupich i występnych. Cel był niezmiennie taki, by zachęcić wyborców czy to Porozumienia Centrum kiedyś, czy później Prawa i Sprawiedliwości do głosowania na prawicę „prawdziwą”. Powtarzam, tak było zawsze i owa regularność mnie zastanawia bardzo.
      I dziś jest nie inaczej, a kto wie, czy nie jeszcze bardziej radykalnie. Niekiedy odnoszę wrażenie, że  owi „patrioci” nie mają już żadnego wroga poza Prawem i Sprawiedliwością, no a już z całą pewnością nikt tak jak PiS nie jest z ich punktu widzenia bardziej odrażający i godny zniszczenia. Takie to mam dziś myśli, jak sądzę głęboko słuszne, a co więcej gotów się jestem założyć – a mam nadzieję, że ten zakład nigdy nie zostanie rozstrzygnięty – że jeśli jakimś cudem Prawo i Sprawiedliwość utraci władzę i obejmie ją jakiś dziwny sojusz Platformy, Kukiza, PSL-u i komunistów, nikt nie będzie bardziej szczęśliwy, jak chłopaki z Konfederacji i ich wierni zwolennicy z Twittera. No i oczywiście sam generał Tadeusz Wilecki.
      I tylko w tym wszystkim żal tej biednej, głupiutkiej Kai Godek.


       

niedziela, 17 listopada 2019

Jak Tomasz Terlikowski układał się z Diabłem


     Z prawdziwym smutkiem muszę przyznać, że ostatnio, a dokładnie od dnia w którym okazało się, że Prawo i Sprawiedliwość znalazło się na prostej drodze, by rządzić w Polsce przez następne dekady, a druga strona na tę wieść zwyczajnie oszalała, atmosfera na scenie, której się tu od lat przyglądamy, stała się tak irytująca, że całkiem poważnie zastanawiam się, czy nie zrobić sobie przerwy. Z drugiej strony, ile razy trafiam na kolejny wybryk, z jednej czy z drugiej strony, odnoszę bardzo silne wrażenie, że tu do nas zawitał sam On i postanowił się za nas wziąć na dobre. No a skoro tak, to ja nie jestem w stanie zamilknąć choćby na chwilę. Wręcz przeciwnie, powinienem zacząć wrzeszczeć jak nigdy chyba wcześniej.
      I powtarzam, wcale nie chodzi mi tylko o to, że tu marszałkiem Senatu zostaje człowiek, który już na pierwszy rzut oka zmusza nas do tego byśmy w obawie, że zostaniemy otruci pamiętnym nowiczokiem, chowali się po kątach, że poseł Cezary Tomczyk śpiewa Hymn, ani nawet o to, że posłanka Jachira przekazuje sobie w pociągu znak pokoju z jakimś menelem, który ją wcześniej wyzwał od bolszewickich kurew, ani nawet o to, że jak najbardziej nasz marszałek Karczewski deklaruje, że on jako chirurg będzie się dogadywał z chirurgiem Grodzkim. Sprawy zaszły znacznie dalej. Wygląda na to, że w momencie gdy wydawałoby się, że wybory się zakończyły i nadszedł czas na spokojne przegrupowanie sił, do ataku ruszył... no właśnie, kto?
      W pierwszej chwili wydawałoby się, że to ci wszyscy, którzy dzięki z jednej strony porażce Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Senatu, a z drugiej dość spektakularnego jak na ich możliwości sukcesu Konfederacji, łby zaczęli podnosić wszelkiego autoramentu wariaci, w tym głównie ci, którzy gdzieś tam przez te wszystkie lata nauczyli się, że nie ma lepszego sposobu na społeczeństwo, jak utrzymywanie go w stanie takich emocji, by tym sposobem doprowadzić do kompletnej anihilacji rozumu, czy zwykłego rozsądku, i tę wiedzę realizuję przy byle okazji. Tymczasem, po pewnym już zastanowieniu, dochodzę do przekonania, że tu faktycznie sprawy są załatwiane na szczeblu znacznie wyższym niż mieliśmy z tym do czynienia dotychczas.
       Pisałem tu niedawno o występach tak zwanych „prawdziwych katolików”, gdzie indziej zwróciłem uwagę na popisy polityków, ale może przede wszystkim zwolenników tak zwanej Konfederacji, kiedy to jedno i drugie sprowadziło na mnie wręcz nieprzytomny atak, na który już za chwilę będę musiał zareagować na łamach „Warszawskiej Gazety”, czas jednak nie stoi w miejscu i każdy dzień przynosi kolejne odkrycia. Oto, proszę sobie wyobrazić, odszedł do Pana niesławny, jak nam tu i ówdzie od lat powtarzają, arcybiskup Paetz i kiedy wydawałoby się, że skoro on wreszcie stanął przed Sądem Bożym, to przynajmniej my tutaj mamy z nim spokój, odezwał się nie kto inny jak sam Tomasz Terlikowski, a ja, zupełnie wyjątkowo, postanowiłem, że się nie będę oszczędzał i wszystkim tym, którzy zarzucali mi dotychczas brak umiaru, pokaże jak ów brak umiaru może wyglądać naprawdę.
      Pisałem tu zarówno o Terlikowskim, jak i jego pobożnej żonie, wielokrotnie i niezmiennie w tonie krytycznym, natomiast dziś, ze względu na jego najświeższe występy, zdecydowałem sobie pofolgować i zrzucić z serca to, co mnie dręczy – tak, tak – od momentu, gdy za nas, jak sądzą, wziął się sam On. Oto, proszę sobie wyobrazić, że kiedy dotarła do publicznej świadomości wiadomość o śmierci abp. Paetza, w jednej sekundzie uaktywnił się wspomniany Terlikowski i zaczął dumać, jaki to pogrzeb Paetzowi urządzi Kościół pozostający wciąż, jak wiemy, pod władzą papieża Franciszka. Czy on zostanie pochowany, jak każdy diecezjalny biskup, normalnie w Katedrze, czy może, tak jak by tego chciał Terlikowski, wyrzucony na jedno z dyskutowanych ostatnio bardzo wysypisk śmieci? Po wielu dniach ciężkich rozważań, które – co warto podkreślić – wypełniały Terlikowskiemu niemal całą internetową aktywność, zdecydował się ów święty mąż na następujący wpis:
„Doczytałem, dzięki pomocy pewnego księdza, kanony podane przez episkopat. ‘Miejsce pochówku, jak również forma pogrzebu, zgodne z normami Kodeksu Prawa Kanonicznego (kan. 1178, kan. 1242), zostały ustalone w wyniku konsultacji ze Stolicą Apostolską i Nuncjaturą Apostolską w Polsce oraz Rodziną Zmarłego’ - napisano. Jak brzmi kanon 1242: ‘W kościołach nie należy grzebać zmarłych, chyba że chodzi o Biskupa Rzymskiego, kardynałów lub biskupów diecezjalnych, również emerytowanych, którzy powinni być chowani we własnym kościele’. Co to oznacza? Że wiele wskazuje na to, że miejscem pochówku będzie archikatedra. I trzeba powiedzieć jasno, że jeśli tak będzie to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami, a haniebna, bo dowodząca, że wina w takiej sytuacji nie ma znaczenia, i że solidarność hierarchii jest ważniejsza niż sprawiedliwość. Warto mieć jednak świadomość, że przede wszystkim będzie to decyzja bardzo nieroztropna. Jeśli archidiecezja poznańska chce mieć problem z profanowaniem katedry, to będzie to miała. Trudno sobie wyobrazić, by te wydarzenia nie przyciągnęły antyklerykałów, by nie sprawiły, że ten grób będzie regularnie bezczeszczony. I stanie się to na życzenie kurii, Stolicy Apostolskiej i rodziny. Przykre to pisać, ale tak właśnie będzie. Jest jeszcze czas, żeby z tej decyzji się wycofać. Trzeba się modlić, by polskiemu Kościołowi starczyło mądrości, a arcybiskupowi Stanisławowi Gądeckiemu odwagi, by to zrobić”.
       Gdyby ktoś myślał, że teraz się dopiero zacznie, uspokajam: to już koniec. Teraz już zostajemy tylko z Terlikowskim. Oto, jak widzimy, umiera abp Paetz, znany nam z pewnych medialnych doniesień sprzed lat, z których wiemy tyle, że on podobno klepał po pupach kleryków, a w wersji hardcore, kazał im nosić jakieś specjalne majtki. Jak również wiemy, Kościół, wobec zasięgu wspomnianych oskarżeń, odsunął Arcybiskupa od wszelkich duszpasterskich obowiązków, no i w związku z tym ten dokończył swojego żywota tak, jak widzimy. I w tym momencie, że się powtórzę, kiedy wydawałoby się, że powinniśmy się wszyscy zamknąć i zająć kwestiami choćby swojego zbawienia, pojawia się ten specjalista od Spraw Bożych i wręcz żąda, by apb. Paetza wysłać do piekła. Bo – jak to ma w zwyczaju formułować moja wnuczka – co? Bo to mianowicie, że „jeśli miejscem pochówku będzie archikatedra, to będzie to decyzja skandaliczna i haniebna. Skandaliczna, bo nie licząca się z ofiarami”.
       Powiem szczerze, że nie znam – choćby i z doniesień bliskich Terlikowskiemu pobożnych portali – ani jednej ofiary abp. Paetza. Powiem więcej, z tego co czytam, wiem, że ani jedna osoba, nawet wtedy gdy Arcybiskup był już praktycznie nikim, nie zgodziła się złożyć przeciwko jego zachowaniom choćby jednego doniesienia. No ale niech będzie, że on faktycznie ma na sumieniu nie tylko klepanie owych kleryków po pupach, ale i coś więcej. Jednak nawet wtedy, ja dziś nie widzę najmniejszego sensu, by na wiadomość o jego śmierci budować wielką akcję w Internecie na rzecz pochowania go na wspomnianym wysypisku. A już z całą pewnością ze strony ludzi, jak słyszę, nadzwyczaj pobożnych.
        No i tu pojawia się Tomasz Terlikowski i wszczyna wielką awanturę przeciwko spoczywającemu w trumnie człowiekowi. W imię czego? Jak to, w imię czego? Przecież to jest oczywiste. Chodzi o to, by on nie został zbawiony, ale trafił, tak jak tego sobie życzy Terlikowski, do piekła. Bo – i tu znów zacytuję moją wnuczkę – co? Bo Terlikowski, jak rozumiem, nie życzy sobie, kiedy już wszystko się zakończy, spotykać z ludźmi, których nie lubi.
        Nie dam już więcej rady, więc pora na refleksje. Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że Tomasz Terlikowski to w najlepszym dla siebie wypadku chore bydle, a najpewniej zwykły satanista. Czemu tak sądzę? Otóż nie wyobrażam sobie, by człowiek, który autentycznie wierzy w to, że Pan Bóg nas tu na tej Ziemi stworzył i dał nam wszystko to czego możemy potrzebować, by żyć szczęśliwie, a wszystko to po to, byśmy mogli uzyskać wieczne zbawienie, mógł całe swoje życie poświęcić na to, by tropić wszystkich tych, którzy na owo zbawienie jego zdaniem nie zasługują. Ja sobie tego zwyczajnie nie wyobrażam.
        Mało tego. Ja sobie nie wyobrażam, by ktoś taki jak Terlikowski – a więc ktoś kto w znanym nam wydaniu dba przede wszystkim o zbawienie swoje oraz swojej licznej rodziny – decydował się na to, by na owym tropieniu niewiernych budować swoją publiczną i finansową karierę. Jeśli on jednak tak postępuje, i z tego co obserwuję, postępuję notorycznie i z autentyczną ekscytacją, to w moim odczuciu, jego intencja jest jedna: wtrącić do piekła jak najwięcej dusz. Chciałbym bardzo wiedzieć, co mu za to Szatan obiecał. 
        No i jeszcze jedno, czemu on nie urządzał awantur przed gdańską bazyliką, kiedy chowano tam Pawła Adamowicza. Czyżby towar był mało atrakcyjny?




      


sobota, 16 listopada 2019

Adrian kocha wszystkie kobiety, czyli jestem mała oficerka


        Miniony długi weekend, zawdzięczany w głównej mierze Świętu Niepodległości, spędziliśmy w Gdyni i okolicach. Z owej wycieczki czytelnikom „Warszawskiej” przywożę dwie refleksje. Pierwsza z nich to taka, że ja wreszcie zrozumiałem fenomen Trójmiasta, gdy chodzi o politykę. Otóż obserwując przez te niemal pełne cztery dni wręcz unikalną urodę owych miejsc, doszedłem do przekonania, że zamieszkujący okolice tu i ówdzie durnie, dla zachowania owej z trudem zdobytej wyjątkowości, gotowi są sprzedać się Niemcom, Rosji, a nawet, jeśli trzeba będzie, to i Wenezueli, jeśli ci tylko im zagwarantują, że nikt tam nie będzie im nic mieszał. I stąd też wreszcie zrozumiałem ów prosty zupełnie fakt, że Gdańsk, Sopot, Gdynia z przyległościami możemy potraktować jako teren dla Polski stracony.
       Jednak nie to akurat zrobiło na mnie wrażenie największe. Otóż proszę sobie wyobrazić, że właśnie podczas owej wyprawy, po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć sobie – i to nie raz i nie dwa – bardzo już spopularyzowany przez media billboard, na którym niejaka Karolina Piasecka, ucharakteryzowana na brutalnie pobitą żonę, reklamuje rajstopy firmy „Adrian”. Kim jest owa Piasecka, już tłumaczę. Otóż jest to, dziś już chyba była, żona jednego z lokalnych polityków Prawa i Sprawiedliwości, Rafała Piaseckiego, który jej podobno przez lata masakrował twarz, za co zresztą jak najbardziej słusznie poszedł siedzieć, no a sama Karolina robi z tej okazji dziś karierę jako twarz popularnej marki.
       Pozwolę tu sobie ów billboard krótko opisać. Otóż widzimy tam leżącą na podłodze nadzwyczaj atrakcyjną kobietę, w nadzwyczaj atrakcyjnej pozie, w nadzwyczaj atrakcyjnym anturażu, tyle że z okrutnie zdemolowaną twarzą, i pod hasłem „Walcz o siebie! Ja to zrobiłam!!” reklamującą rajstopy firmy „Adrian”.
      Czytam dyskusję, jaką owa reklama wywołała i muszę przyznać, że powszechna opinia jest taka, że Piasecka się wygłupiła. Niemal wszyscy komentujący tę akcję przyznają, że tu poszło wyłącznie o biznes i pieniądze. Sama Piasecka się oczywiście tłumaczy, że jej chodziło wyłącznie o dobro kobiet, a właścicielka marki dodaje, że Piasecka tak naprawdę wzięła udział w tym przedsięwzięciu pro publico bono, na mnie jednak największe wrażenie robi męska koszula, którą Adrian założył Piaseckiej. Otóż jest dla mnie jasne, że to co tam oglądamy to bardzo prosty apel do wszelkiej maści zboczonych sadystów, którzy od tego momentu już tylko będą lać swoje żony. Tu chodzi wyłącznie o to, by im pokazać, jak to może być ciekawie, gdy on i ona zgodzą się pójść naprawdę „na ostro”.
      A to mnie prowadzi do refleksji kolejnej. Oto stoimy wobec cywilizacji, gdzie w ogóle nie chodzi o dobro kobiet, czy w ogóle słabszych, ale o owych słabszych wyzysk, jedynie dla zwiększenia sprzedaży. I nie dajmy się nabrać na te wszystkie „ministerki”, „psycholożki”, czy „marszałkinie”. To wszystko jest wyłącznie przykrywka i mięso armatnie na czasy, które przed nami.

        



piątek, 15 listopada 2019

Czy Tomasz Grodzki przeprowadzi sekcję zwłok Platformy Obywatelskiej?


       Jeśli założyć, że psy wstydzą się jeży, to ja do dzisiejszego tekstu podchodzę jak popularny pies do jeża i to aż z kilku powodów. Przede wszystkim temat, który mi spadł na głowę, to jest coś, z czym może bym sobie dał jakoś radę kiedy jeszcze zaczynałem swoją przygodę z blogowaniem, i jedynym dostępnym tematem był Donald Tusk, lub w najgorszym przypadku Rafał Ziemkiewicz. Dziś, nawet w najgorszych snach nie spodziewałbym się, że będę się chciał zajmować walką o przywództwo w Platformie Obywatelskiej, a to jest to, co mam na myśli wspominając o owej konfrontacji z jeżem. Z drugiej jednak strony, mam wrażenie, że mniej więcej od ogłoszenia wyników ostatnich wyborów poziom politycznych zachowań uległ tak strasznej degradacji, że już za chwilę może się okazać, że przede mną już tylko albo dostosowanie się, albo rzucenie tego pisania w cholerę.
      Jest jednak jeszcze jeden powód, dla którego pisząc ten tekst się rumienię. Otóż jego pierwszym inspiratorem jest nie kto inny jak człowiek, o którego istnieniu jeszcze kilka dni temu nie miałem bladego pojęcia, a mianowicie pewien skompromitowany szczeciński lekarz nazwiskiem Grodzki. Kiedy najpierw dowiedziałem się, że Platforma Obywatelska postanowiła go wystawić jako swojego kandydata na stanowisko Marszałka Senatu, owszem, byłem zaskoczony, jednak pomyślałem sobie, że doszło do bardzo klasycznego zagrania, kiedy to wszyscy ze wszystkimi się żrą i aby jakoś ten trudny czas przeczekać, wyciąga się za uszy jakieś nieszczęście, no i czeka na odpowiedni moment aż będzie można po nim posprzątać. Tak było już nie raz, a najlepszym przykładem było być może uczynienie przed laty premierem Kazimierza Marcinkiewicza, jakiś czas później prezydentem Bronisława Komorowskiego, a całkiem niedawno postawienie na czele rządu Ewy Kopacz. I oto, jak wszyscy mieliśmy okazję zobaczyć, ów Grodzki, nie dość że potrafił sprokurować w swoim środowisku odpowiednią dyscyplinę i owym Marszałkiem został, to niemal natychmiast zaczął się szykować do uzyskania w swojej partii statusu przywódcy. Co ja mówię, w swojej partii? On się najwyraźniej szykuje, by zostać prezydentem państwa.
      I tu pojawia się trzeci powód, dla którego nie czuję się najlepiej, biorąc się za ten temat. Otóż niemal w tej samej chwili, jak Grodzki zażyczył sobie od TVP czasu na wygłoszenie orędzia do narodu, szyderstwo jakie na niego spadło, było tak potężne i powszechne, że naprawdę trudno jest znaleźć dobry powód, by się do tego podłączać, a skoro już, to i sposób, by to w ogóle miało jakiś dodatkowy sens. No ale, jak widzimy, decyzja została podjęta i dobrze by było wyciągnąć z tego głupiego tematu jakąś w miarę interesującą refleksję. Do tego jednak będzie mi potrzebne zejście jeszcze piętro niżej, a mianowicie do rejonów zamieszkiwanych przez samego Włodzimierza Cimoszewicza. Otóż wystąpił ów Władmir w swojej stacji i powiedział, że skoro Donald Tusk jednak zdecydował się na robienie kariery w europejskich biznesach, jedynym kandydatem na prezydenta pozostaje człowiek nazwiskiem Matczak. Trochę mi głupio, ale ja wiem, kim jest ów Matczak. Ja go znam niemal wyłącznie z Twittera, gdzie on się dość często produkuje przy pomocy tekstów takich jak ten:
„Jak zdobyć rząd dusz? To pytanie zawsze ważne, ale szczególnie istotne przed kampanią polityczną. Zainspirowany przez Zbigniewa Hołdysa, piszę że można się tego nauczyć od polskich raperów. Głoszone przez nich wartości pozwoliły im zyskać wiele serc i głów”,
ten:
„Prof. Marcin Matczak kommentiert Pawłowicz-Kandidatur: Das Interesse der Partei werde über die Staatsraison gestellt. Eine Person mit solchen Ansichten fürs höchste Richteramt vorzusehen, sei ein deutliches Signal der Verachtung in Richtung EU”,
czy ten:
„Edukacja jest najważniejsza. Z tego powodu założyłem na YT kanał edukacyjny. Będę umieszczał na nim miniwykłady, poświęcone prawu i filozofii a zobrazowane odniesieniami do kultury popularnej (np. filmów o Batmanie czy ‘Bękartów wojny’). Zapraszam!”.
      Co tu się do ciężkiej cholery dzieje? Grodzki zaczyna w telewizji wygłaszać orędzia do narodu, Cimoszewicz zgłasza kandydaturę Marcina Matczaka na Prezydenta RP, a przecież to nie wszystko. Radosław Sikorski ogłasza, że ponieważ w roku 2010 on nie został prezydentem wyłącznie przez polityczne oszustwo, a więc tym razem on już nie odpuści; Kidawa-Błońska rzuca sobie na twarz coraz większy makijaż, licząc na to, że może w ten sposób zdobędzie serca swoich partyjnych kolegów i to jednak ona zostanie tym prezydentem; kandydowanie zapowiada Szymon Hołownia... A przecież w kolejce jeszcze czekają Borys Budka, Rafał Trzaskowski i cała kupa lokalnych działaczy. Czy to możliwe, że już za chwilę za łby się wezmą ksiądz Lemański z księdzem Sową? Czy to możliwe, że na Ziemię zejdzie UFO i zgłosi kandydaturę Lecha Wałęsy, który nie będzie chciał, ale będzie musiał?
       Zapytam jeszcze raz: co się w tych durnych łbach kotłuje? Czy to możliwe, że oni już faktycznie ostatecznie oszaleli?
       Na koniec wrócę do wczorajszego orędzia marszałka Grodzkiego. Kto je oglądał, musiał być pod wrażeniem, może nie ze względu na to co Grodzki mówił, ale przez owego wystąpienia oprawę, której przecież ona sam sobie nie zorganizował. Jeśli bowiem dochodzi do sytuacji gdzie ktoś taki jak ów Grodzki zostaje w ten sposób udekorowany, to znaczy, że za nim stoją nie byle jacy szatani. To jego orędzie, wraz z zapowiedzią, że ich będzie w najbliższym czasie więcej, musiało zostać przygotowane na bardzo wysokiej scenie. A skoro tak, to ja mam dla nas dwie wiadomości. Pierwsza to taka, że tam już musi iść na noże. To już nie jest taka sobie przepychanka aspirujących polityków. A skoro ktoś zdecydował, by jako główną broń wyciągnąć kogoś takiego jak Grodzki, to ja już się nie mogę doczekać, jak tam się podniesie taka wrzawa, że oni w wyścigu i do wyborów, ale też do zwykłej władzy w partii, zwyczajnie się zadepczą i to wszystko się skończy tak, że oni będą do końca świata przeklinać dzień, w którym ktoś wymyślił, że najlepszym z nich wszystkich jest jakiś plastuś ze Szczecina.





czwartek, 14 listopada 2019

Prawi napadają


     Tekst ten, mimo nieco zmodyfikowanej treści, wraca do mnie od pierwszej niemal chwili, jak zacząłem prowadzić ten blog i powiem zupełnie szczerze, że tak jak wydawałoby się, że przez wszystkie te lata uzyskałem dość grubą skórę i byle co mnie poruszyć nie jest w stanie, to akurat, owszem, robi na mnie nieodmiennie wrażenie. Konkretnie chodzi o to, że już chyba wiosną 2007 roku po raz pierwszy któryś z komentatorów napisał mi: „Toyah, odwal się od Ziemkiewicza”, a potem już poszło z górki. Ów tekst, zawsze mniej więcej tej samej treści, jedynie ze zmienionym nazwiskiem, powracał z obłąkanym wręcz uporem: „Toyah, odwal się od Michalkiewicza”, „Toyah, odwal się od Jurka”, „Toyah, odwal się od Zawiszy”, „Toyah, odwal się od Kukiza”, „Toyah, odwal się od Korwina”, „Toyah, odwal się od Tarczyńskiego”, Toyah, odwal się od Międlara”, „Toyah, odwal się od Gadowskiego”, „Toyah, odwal się od Wielomskiego”, „Toyah, odwal się od Ściosa”, „Toyah, odwal się od Brauna”, „Toyah, odwal się od Słomki” i tak dalej, i tak dalej, bez końca.
      Ciekawe przy tym wszystkim było to, że gdy chodzi o owo odwalanie się, praktycznie nikt nigdy – mimo że powodów, jak chyba się wszyscy zgodzimy, miał bez liku – nie żądał ode mnie, bym nie wypowiadał swoich opini na temat Donalda Tuska, Grzegorza Schetyny, czy Jerzego Urbana. Jeśli tu pojawiała się jakakolwiek niechęć ze strony Czytelników, to nigdy w obronie któregoś z tych tutaj. Jeśli przez te wszystkie lata zgromadziłem wokół tego bloga pewną grupę hejterów, to wszystko, pomijając zwykłych wariatów, byli niemal wyłącznie tak zwani „prawi”. Lewactwo albo mnie lekceważyło, albo darzyło bardzo dyskretnym szacunkiem.
       Przyznać jednak muszę, że minione kilka dobrych lat to był względny spokój i oczywiście możliwe bardzo, że polityczna atmosfera się nieco oczyściła; może jedynie od czasu do czasu ktoś się tu do mnie zwracał z pretensjami, że wbrew oczywistym faktom, nie zauważam, co to za zdrajca z Andrzeja Dudy, czy czemu z tak bezmyślnym uporem wpatruję się w Jarosława Kaczyńskiego. Ogólnie rzecz biorąc, nie miałem tu jednak zbyt ciężko. I oto ostatnio zaczęły się pojawiać niemal identyczne jak wówczas przed laty wezwania, tyle że znów zmodyfikowane odpowiednio do czasów. Ledwie co wczoraj, któryś z czytelników zostawił tu komentarz o następującej treści: „Toyah, odwal się od Konfederacji”. Z ową Konfederacją, od której mam się odwalić, jest zresztą dośc ciekawa sprawa. Proszę zwrócić uwagę, że tym razem nie chodzi już o pojedynczych bohaterów polskiej „prawdziwej prawicy”, ale w ogóle o całość. Ja nie mam się odwalić od Korwina, Brauna, Winnickiego, czy Bosaka, ale w ogóle od Konfederacji. Dlaczego? To jest jeszcze ciekawsze: ponieważ demokrację należy szanować. Dokładnie takie jest owego wezwania uzasadnienie: „A gdzie demokracja?” No i jeszcze coś: „Aha, Jarek nie lubi nikogo po prawej stronie. No to ruską onucą w nich”. Okazuje się, że jeśli ja nie lubię Bosaka i jego politycznego towarzystwa, to mnie nie ratuje to, że mam prawo jednych lubić, a drugich nie, bo najpewniej jest tak, że to „Jarek” mi kazał, w dodatku jeszcze wciskając mi do ręki „ruską onucę”. Tu mamy bowiem jednego Furera, a tam Konfederację. Poglądy nie istnieją. Istnieje wyłącznie demokracja, którą należy szanować. Zwłasza na prawicy, na której, jak wiemy, wrogów nie ma. Poza oczywiście wrogami.
       Piszę o tym wszystkim wcale jednak nie dlatego, że po raz kolejny dostał na mnie cholery któryś ze wspomnianych „prawych”. Ja ich mam na co dzień choćby na Twitterze i to w ilościach wręcz nie do zniesienia. Mnie chodzi o to, że w ostatnim czasie doszło do pewnego ideologicznego wzmożenia, gdzie na tapecie nie mamy już Polski, Żydów i choćby i Wołynia, lecz Kościół. Wspomniany komentarz dotyczy akurat Konfederacji, jednak w większości pretensje formułowane są w takim oto kierunku: „Toyah, odwal się od Pospieszalskiego”, „Toyah, odwal się od księdza Zaleskiego”, „Toyah, odwal się od Kratjuka”, „Toyah, odwal się od Górnego”, „Toyah, odwal się od Frondy”, „Toyah, odwal się od Polonii Christiana”, ewentualnie „Toyah, czy ty naprawdę nie widzisz, że Franciszek to lewak?”
        Po co o tym wszystkim piszę? Z paru powodów. Przede wszystkim, jak już wspomniałem na początku, mnie tego typu zachowania Czytelników doprowadzają do cholery, no i owej cholerze muszę dać odpowiednie ujście. Poza tym jednak jest i to, że ja bym bardzo chciał zwrócić uwagę tym z nas, którzy uważają się za osoby zainteresowane światem polityki, religii, oraz oczywiście sprawami Narodu, że skoro już zdecydowali się na komentowanie, to może niech spróbują wykształcić w sobie jakiś zestaw w miarę stałych poglądów, a nie kierowali się wyłącznie tym, co w kwestii bieżących wydarzeń przeczytali w tak zwanych „mediach społecznościowych”. Ja już nie mówię o Kościele, który ze swoją wcale nie tak oczywistą, prostą i przejrzystą historią istnieje już od 2 tysięcy lat i z jednej strony radzi sobie wcale nie najgorzej, a z drugiej, nawet jeśli sobie tu czy tam nie radzi, to my akurat mamy najmniej kompetencji, by owe problemy odpowiednio opisać i zdiagnozować. Jeśli stoimy wobec czegoś, co się nam kojarzy z kryzysem, to perspektywa w jakiej funkcjonujemy jest śmiechu warta wobec perspektywy samego Kościoła. Ale, jak mówię, zostawmy już ten Kościół. Spójrzmy na Polskę i jej najnowszą, a więc, powiedzmy, sięgającą roku 1945, ze szczególnym może uwzględnieniem lat 1990-2019, historię. Otóż jak w ogóle można próbować oceniać aktualną sytuację, że już nie wspomnę o decydowaniu się na dyskusję, całą swoją wiedzę i wszystkie emocje opierając na tym, co nam się wydaje od dwóch powiedzmy lat, czyli powiedzmy od czasu, gdy Grzegorz Braun ogłosił, że potężne lotnisko, które ma powstać gdzieś pod Radomiem, jest budowane przez Żydów, którzy potrzebują mieć solidne schrony na wypadek jakiejś przyszłej katastrofy? Jak możemy w ogóle dostawać cholery na kogoś, kto ma inne upodobania od naszych, skoro owe upodobania są najczęściej lepione przez internetowe doniesienia na temat kardynałów, którzy rzekomo zaczynają się oblekać w tęczę LGBT?
       No dobra, trzeba już kończyć, więc na koniec mam dla części Czytelników jedną informację i jeden apel. Otóż nigdy nie lubiłem i wciąż nie lubię ludzi, którzy przedstawiają się jako „narodowcy” i usiłują mi urządzać Polskę wedle swoich dziwnych planów, natomiast, owszem, bardzo lubię papieża Franciszka, który jest dla mnie jak Ojciec, którego będę szanował „choćby nawet rozum stracił”. Bo on jest Skałą, na której stoi wszystko co mam i której zgodnie z Obietnicą „bramy piekielne nie przemogą”. No i apel: jeśli komuś się to nie podoba, niech nie liczy na to, że przychodząc tutaj uzyska jakąkolwiek satysfakcję. Bo jej nie uzyska.


     


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...