sobota, 8 sierpnia 2015

Jak zdechnąć na młyńskim kamieniu

Dzisiejszy dzień postawił mnie w sytuacji dość skomplikowanej. Rzecz w tym, że moja żona postanowiła zostać społeczną dziennikarką, podczas pobytu w Przemyślu napisała pewien dłuższy tekst, wysłała go do rzeszowskiego wydania „Gazety Wyborczej”, a oni… wzięli i go opublikowali. Od razu i bez dyskusji. Tekst jest moim zdaniem fantastyczny, potwierdzający jedynie moje stare już podejrzenia, że gdyby ona tylko chciała, to by pisała lepiej, a przede wszystkim ciekawiej, od nas wszystkich, a ponieważ jej się nowa sytuacja również spodobała, poprosiła mnie, żebym ów tekst opublikował tu na blogu.
Kłopot jednak w tym, że ja dziś wyjeżdżam na weekend na zaprzyjaźnioną wieś, w związku z czym jutro kolejna notka się nie ukaże, a ja mam tu swój ostatni felieton do „Warszawskiej Gazety”, który czekać nie może. Postanowiłem więc zrobić tak: dziś i jutro będziemy sobie czytać tekst z „Warszawskiej”, a w poniedziałek przemyską opowieść pani Toyahowej. W końcu, ktoś tu musi być szefem, prawda?

Miałem okazję wspominać o tym już parę razy wcześniej, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Otóż cykl wydawniczy „Warszawskiej Gazety” jest taki, że aby ten felieton zdążył ukazać się w piątkowym wydaniu, ja muszę go wysłać najpóźniej w środę rano. Jest więc oczywiste, że przy tempie, z jakim współczesny świat dostarcza nam kolejnych rozrywek, w piątkowy poranek refleksje z wtorkowego wieczora często nie mają już najmniejszego znaczenia. I to jest oczywiście zmartwienie wyłącznie moje.
Piszę więc dzisiejszy tekst i cały czas mam w głowie, że jest wtorek, prezydent Bronisław Komorowski wygłosił właśnie w telewizji pożegnalne przemówienie, w którym pochwalił się, jak to w sytuacji dla polskiego państwa zdecydowanie kryzysowej, kiedy prezes Skrzypek został przez złych ludzi zamordowany pod Smoleńskiem, owo państwo błyskawicznie i nad wyraz zgrabnie umieściło na zwolnionym stanowisku prezesa Belkę, już pojutrze urząd Prezydenta Rzeczpospolitej obejmie Andrzej Duda, a następnego dnia – dokładnie wtedy, gdy ten felieton będzie się ukazywał w druku – dowiemy się, kto będzie naszemu prezydentowi pomagać w odbudowywaniu Polski ze zgliszcz – tak, właśnie ze zgliszcz. Jaki więc jest sens w ogóle zabierać głos w sprawach politycznych?
Na szczęście, Platforma Obywatelska zajmuje się układaniem list wyborczych, a my już wiemy, że jest to proces, który przede wszystkim jeszcze jakiś czas potrwa, no a poza tym będzie cudem, jeśli owe mordobicie nie zakończy się katastrofą, po której owa scena będzie wyglądała tak, jakby właśnie odbyły się mistrzostwa świata w pierdzeniu do mąki. Skąd ta pewność? Stąd mianowicie, że jest rzeczą oczywistą, że kiedy celem jest już tylko przeżycie, nie ma miejsca na zdrowy rozsądek. Oni bowiem znakomicie zdają sobie sprawę z tego, że już w tej chwili w jesiennych wyborach mogą liczyć najwyżej na kilkanaście procent głosów, a to mandaty daje wyłącznie tym, którzy wywalczą sobie pierwsze miejsca na listach
A to – i dziwię się, że wielu z nas tak łatwo o tym aspekcie sprawy zapomniało – jeszcze przed powrotem na scenę prezydenta Dudy. Mam wrażenie, że zbyt wielu z nas, a w tym również osoby zajmujące się obserwowaniem polityki zawodowo, w swoich analizach i kalkulacjach nie bierze pod uwagę, jak bardzo zmienią się, i tak już bardzo radyklane, nastroje społeczne w momencie, gdy na scenę wróci Andrzej Duda. A wraz z tą zmianą, jest niezwykle prawdopodobne, że powstanie sytuacja, w której kwestia, kogo Platforma Obywatelska zechce umieścić na pierwszym, drugim, piątym, czy dziesiątym miejscu swoich list, z punktu widzenia wyborczego wyniku, nie będzie miało kompletnie żadnego znaczenia. Nawet jeśli na ratunek zostanie wezwany sam Donald Tusk w wybitnym towarzystwie samego przewodniczącego Barroso i kanclerzowej Merkel, i wszyscy zaczną zaprowadzać wokół porządek. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że i tak wszystko zostanie rozstrzygnięte bez ich łaskawego udziału. Młyny mielą i oni nie mają tu nic do gadania.

Uprzedzam wszystkich lojalnie. Jeszcze chwila, i skończą się też „Liście”, które jeszcze mam w domu. A dodruk nie jest planowany. Dedykacja wliczona w cenę. Zamówienia można składać pod adresem toyah@toyah.pl.

piątek, 7 sierpnia 2015

religia.tv napada, czyli o siedmiu kotach księdza Twardowskiego

Rozumiem oczywiście znaczenie, jakie dla nas wszystkich miał wczorajszy dzień i zapewniam, że każdą jego godzinę spędziłem, przeżywając wraz z innymi początek nowej Polski, jednak dziś kiedy już opadły emocje, jedyne co mam w głowie to fragment wiadomości dotyczącej wydarzenia w pewnym sensie jeszcze bardziej niezwykłego, a mianowicie Mszy Świętej Dziękczynnej za prezydenturę Bronisława Komorowskiego. Otóż, jak donosi portal onet.pl, podczas wspomnianej Mszy, jeden z księży koncelebransów, Aleksander Seniuk, zwracając się do wiernych, powiedział:
„- My, tzn. Andrzej Luter, Staszek Opiela, Kazik Sowa i jeszcze inni, którzy mi zgłaszali z przykrością, że nie mogą przybyć [...], nie jesteśmy episcopoi (z gr. biskupi), my jesteśmy presbyteroi – kapłani [...] i czujemy odpowiedzialność za te niesprawiedliwości rzucane na pana [...]. Wyobraźmy sobie, jak pana, panie prezydencie, ranią te słowa zwłaszcza dotyczące pana wiary, sumienia, wierności Kościołowi. Więc proszę przyjąć, panie prezydencie, pani Anno [...] i mówię to w imieniu, myślę, wielu kapłanów – przepraszamy was, prosimy o wybaczenie nam i także tym wszystkim, którzy nie wiedzą, co czynią”.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że przydałby się tu nam odpowiedni komentarz, jednak ponieważ większość z nas świetnie wie, kim są księża Sowa, Opioła, czy Luter, wydaje mi się, że z o wiele większą korzyścią dla naszego wspólnego dobra będzie to, jeśli już do samego końca pojmiemy, z kim mamy do czynienia, a do tego wystarczy wyjaśnienie zagadki owego Seniuka. Fragment znaleziony w Internecie:
„Ks. Aleksander Seniuk – rektor w klasztorze Sióstr Wizytek w Warszawie, zasłynął z tego że jako następca ks.rektora Jana Twardowskiego wyrzucił ukochane zwierzęta ks. poety z klasztoru. Dzika kotka okociła się przy klasztorze Sióstr Wizytek w Warszawie, na terenie którego mieszkał ks. rektor Jan Twardowski. Kapłan, którego poezja pełna jest ukochanej przez niego przyrody, otoczył czułą opieką i przyjaźnią wszystkie siedem czarnych kociąt. Mieszkały razem z nim, niektóre całkiem oswojone, inne ufne tylko w stosunku do niego i osób z jego najbliższego otoczenia. Po śmierci księdza koty straciły bezpieczną oazę. Następca poety, rektor Aleksander Seniuk nie zgadza się, by pozostały one na terenie podlegającego mu teraz klasztoru, choć wśród sióstr są miłośniczki tych zwierząt, jak Maria Teresa, która opiekuje się kotami i od dawna je fotografuje. W 1998 r. ukazał się albumik jej zdjęć z pięknymi, mądrymi wierszami ks. Twardowskiego”.
A zatem my sobie z nimi poradzimy. O wiele większy problem mają biskupi. Wspierajmy ich w tych niełatwych chwilach. Dla dobra naszego Kościoła.

Niezmiennie zachęcam do kupowania moich książek w księgarni pod adresem www.coryllus.pl


czwartek, 6 sierpnia 2015

Na jednej nodze, gotowi do skoku, czyli skąd ten rechot?

Już dziś prezydent Duda obejmuje urząd i pewnie nie tylko u nas w domu atmosfera jest przepełniona wszelkiego rodzaju refleksjami. W dodatku, jak pewnie większość z nas zauważyła, ostatnie dni pomieszkiwania Anny i Bronisława Komorowskiego w Belwederze zostały przyozdobione trzema, moim zdaniem, niezwykle znaczącymi wydarzeniami. Pierwsze z nich, to oczywiście odpowiedź, jakiej Jarosław Kurski udzielił prezydentowi-elektowi na jego aż nazbyt uprzejmy bardzo list do czytelników „Gazety Wyborczej”, natomiast dwa pozostałe, to oba telewizyjne wystąpienia odchodzącego prezydenta i jedno, wciąż jeszcze urzędującej, premier Kopacz. Wszystko to musi świadczyć, że przed nami wojna, którą jeśli przegramy, będziemy mogli ogłosić prawdziwy koniec naszej wiary, nadziei, a ktoś słusznie powie, że i naiwności.
Pisałem tu parę dni temu o człowieku nazwiskiem Kędryna, o awansach, jakie on wydaje się czynić wobec prezydenta Dudy i o naszych związanych z tym czymś obawach. Jutro ostatecznie wszystko się wyjaśni, a ja pozostaję w nadziei, że moja wiara w to, że jednak są granice hucpy, miała swoje podstawy. Wbrew temu jednak, co możemy sobie radośnie wyobrażać, ów Kędryna, nawet jeśli robi bardzo szczególne wrażenie, wcale nie jest naszym jedynym zmartwieniem, i nawet jeśli w końcu się okaże, że on był tu zaledwie nędznym uzurpatorem, bagaż, z którym zostajemy jest wystarczająco ciężki.
Dziś urząd Prezydenta RP obejmuje Andrzej Duda, a jego służby prasowe – co z tego, że społeczne – nawet jeśli już bez łaskawej obecności Marcina Kędryny, prezentują poziom, który syn mój właśnie określił komentarzem: „To prawdziwy cud, że myśmy wygrali mimo to!”.
Przede mną trzy ostatnie wydania tygodnika „W Sieci”. Oto tekst z numeru z 13 lipca i cotygodniowy satyryczny felieton Łukasza Warzechy:
„- … no wiesz, Asiu, wtedy tak stajesz, bokiem… Nie, czekaj, drugim bokiem, bo to stamtąd jadą, potem trzeba podnieś lewą nogę…
- Ewcia, rękę chyba.
- Tak, tak, rękę, oczywiście, o, takim ruchem delikatnym, jak Majkel Dżekson, i wtedy samochody mogą jechać. Takich mnie rzeczy nauczyli w Legionowie. Proszę bardzo”.
Najnowszy numer tygodnika i felieton Pawła Korsuna:
„Raczej to Lis, Żakowski i Wołek mają słaby koniec , w którego zaliczaniu ten ostatni może świecić przykładem, nawet w nocy. Właściwie wszystko, czego się imał – czy to była gazeta, czy telewizja – szybko kończyło swoje ‘Życie’. Kolegów z POiska nie martwią te ‘przewołki’ tak długo jak na syrenę stawia się gotowy do straszenia Kaczyńskim i kpienia ze Smoleńska. Od lat TFałszN i inne platformy Platformy mogą liczyć na bajkoPiSarski opad jadu Wołka.”
A gdyby ktoś myślał, że ja się tu znęcam nad jakąś drobnicą i uciekam w kabaret, zobaczmy, co słychać na najwyższych piętrach politycznej analizy. Oto Mazurek z Zalewskim i ich tak zwany „Przegląd Tygodnia” z 27 lipca:
„Radzio Sikorski nie będzie kandydował do Sejmu i w ogóle wycofa się z polityki. Przynajmniej na jakiś czas. W sumie niewiele się zmieni – Radzio jak był nikim, tak będzie nim dalej”.
I to jest ten poziom, i to jest to, jak oni nas traktują – jak bandę idiotów, którzy złapią się na każdą przynętę. A pamiętajmy, że Warzecha, Mazurek i Korsun to nie są dobroduszni blogerzy, którzy się zaangażowali w walkę o Polskę, najczęściej za jeden życzliwy komentarz. To są poważni prawicowi dziennikarze, którzy będą tworzyć medialne wsparcie nowej polskiej polityki i którzy z tej pracy będą żyć.
Stoją więc przed nami, wciskają nam te swoje analizy, patrzą na nas z pogardą, a następnie udają się do kasy. Bardzo bym chciał, byśmy ich nigdy nie stracili z oka. Szczególnie wtedy, gdy zarówno prezydent Duda, jak i rząd Beaty Szydło zaczną odnosić same sukcesy.

Przypominam, że nakład książki o siedmiokilogramowym liściu już się wyczerpał, natomiast wszystkie pozostałe moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam.


środa, 5 sierpnia 2015

Czy Węgrów smuci kształt list wyborczych Platformy Obywatelskiej w Łodzi?

Podejrzewam, że dzisiejszy dzień przyniesie nam głównie roztrząsanie jednego z ostatnich przemówień Bronisława Komorowskiego do narodu, być może ze szczególnym uwzględnieniem momentu, kiedy ten, jako wciąż jeszcze Prezydent, pochwalił się, że wystarczyła zaledwie chwila, by po Smoleńskiej Katastrofie polska władza, w tym jak najbardziej on sam, zdołała zastąpić zmarłego prezesa Skrzypka Markiem Belką. Ponieważ jednak, gdy chodzi o polską politykę, ja mam tyle niepokojów i zmartwień, że już tylko czekam aż Andrzej Duda oficjalnie obejmie urząd i da nam pierwsze powody byśmy się przestali zadręczać, chciałbym się dziś skupić na czymś bardzo odległym od naszej polskiej sytuacji, a jednak w jakiś przedziwny sposób bliskim. Mówię mianowicie znów o Węgrzech.
Kiedy wróciliśmy z niedawnej wycieczki do Budapesztu, zamieściłem i tu kolejno kilka tekstów, w których z prawdziwym zachwytem opisałem to, czego zdarzyło nam się tam na Węgrzech doświadczyć. I oto w momencie, gdy z owych węgierskich wspomnień utworzyła się już poważna seria, swoją notkę w Salonie 24 opublikował ktoś podpisujący się jako kropka.hu. Ze względu na owo „hu” sprawdziłem go i okazało się, że przede wszystkim, że jest to jakiś polski Węgier – ewentualnie węgierski Polak – który nie lubi Orbana, no a poza tym, że to nic innego, jak właśnie moje teksty zmobilizowały go do owej aktywności. Bardzo mi przyjemnie.
Ja wprawdzie to co na temat swoich wrażeń z pobytu na Węgrzech miałem do powiedzenia, powiedziałem, i temat zmieniłem, jednak, jak widzę, bloger kropka.hu jakoś ciągnie. Wczoraj zamieścił on w Salonie tekst, który Administracja uprzejmie wrzuciła mu na pudło, a w którym on beszta rząd Orbana za to, że doprowadził Węgry do kompletnego upadku, a samych Węgrów na granicę nędzy.
Wbrew temu, co niektórzy czytelnicy tego bloga mogą podejrzewać, ja nie mam ochoty dyskutować z blogerem kropka.hu na temat kondycji, w jakiej znajduje się dziś węgierski naród. Wiem, że społeczne poparcie dla premiera Orbana i jego Fideszu jest tak duże, a popularność socjalistów z tą ich idiotyczną czarną flagą na gmachu Parlamentu tak niska, że aktualna władza ma spokój jeszcze na parę kadencji, a cała reszta siłą rzeczy mnie już nie obchodzi. Wszelkie analizy wraz z odpowiednimi prognozami zostawiam jemu. Niech dostaje cholery. Ja natomiast chciałbym wrócić do wspomnień i opowiedzieć o zdarzeniu, o którym wcześniej nie wspominałem, a który, jak sądzę, w dzisiejszym kontekście do przypomnienia nadaje się w sam raz.
Otóż, kiedy pociąg z Budapesztu do Katowic ruszył, już po chwili, ku powszechnym zaskoczeniu, w naszym przedziale pojawili się węgierscy policjanci w celu przeprowadzenia kontroli paszportowej. W kolejnym momencie zobaczyliśmy, że prowadzą oni jakiegoś Czarnego (zwracam uwagę, że używam terminologii akceptowanej na świecie, jako politycznie poprawnej). Tak się złożyło, że przez czas, jaki upłynął nam między Budapesztem a następną stacją, oni tego Czarnego trzymali w przedziale obok, więc miałem okazję wykonać parę zdjęć. I myślę sobie, że skoro bloger kropka.hu, w sposób oczywisty zainspirowany moimi refleksjami, zamieszcza tu te swoje teksty, jak najbardziej ilustrowane zdjęciami, to nic nie zaszkodzi, jeśli ja też dorzucę parę zdjęć. Choćby po to, byśmy zobaczyli, jak pięknie Węgrzy mówią na policję.



Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Kto kiep, niech żałuje.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Savoir vivre, czyli dlaczego nie wypada chować się na cmentarzu przed gwizdami

Nie umiem sobie dziś przypomnieć, który to był rok, kiedy Jerzy Owsiak po raz pierwszy kazał uczestnikom tak zwanego „Przystanku Woodstock” uczcić pamięć o Powstaniu Warszawskim i jego bohaterach, a tym bardziej nie umiem powiedzieć, czy to on akurat był tym pierwszym, który postanowił przejąć od nas tę narrację i rozpocząć wieloletni proces jej zawłaszczania, pamiętam jednak świetnie zarówno tamto lato, jak i cały kontekst owej hucpy, bardzo dobrze. A zatem pamiętam przede wszystkim Polskę, w której jakiekolwiek demonstrowanie przywiązania do wartości narodowych, było powszechnie – a mam tu na myśli zarówno polityków, jaki i media, czy wreszcie propagandowo eksploatowaną kulturę popularną – wyszydzane, a często traktowane jako wynaturzenie, i wcale nie mówię tu przede wszystkim o świętowaniu takich okazji, jak rocznica Powstania Warszawskiego, ale o zwykłych gestach w postaci wywieszania biało-czerwonej flagi, czy przyjmowaniu uroczystej postawy przy okazji hymnu państwowego. No, ale pamiętam oczywiście tamten „Woodstock”, kiedy to wszystkim nam odjęło wręcz mowę na widok owej wielusettysięcznej, uświnionej w tym błocie, często pijanej, czy niekiedy wręcz zaćpanej hałastry, wysyłającej na wezwanie swojego mistrza jakieś niby-światełka ku niebu, no i jego samego wrzeszczącego, że oto wszystkie tamte zamordowane w Powstaniu Warszawskim dzieci patrzą z nieba na ten cały syf i czują już jedynie dumę i wdzięczność.
Pamiętam tamten dzień i nie zapomnę go już nigdy, podobnie jak nie zapomnę bezsilnej rozpaczy, która mnie wówczas ogarniała.
Jak mówię, trudno jest mi dziś sobie przypomnieć, który to był rok, kiedy Owsiak postanowił odstawić ten swój upiorny cyrk, natomiast dziś wszyscy już widzimy, że od tego czasu owa maskarada stała się powszechnie uznawaną tradycją i nie można sobie wyobrazić dowolnej medialnej relacji z obchodów tego święta, bez próby skierowania naszej uwagi na to, co się dzieje tam, w tym czarnym błocie, kurzu i w tej ludzkiej nędzy. Ale, jak wiemy, przez te wszystkie lata stało się coś jeszcze. Doszło mianowicie do sytuacji, w której tak naprawdę prawdziwie szczerymi i serdecznie zaangażowanymi czcicielami narodowych wartości stali się ci, którzy wcześniej, przez wiele długich lat, na dźwięk słowa „Polska” w najlepszym wypadku wzruszali ramionami, ale też znacznie częściej wykrzywiali twarze w gniewnym szyderstwie. Stoją więc oni dziś przed nami i uznają za stosowne nas pouczać, jak to Polska jest naszą wspólną wartością i że nie wolno nikogo wyłączać z narodowej wspólnoty.
Stoją oni – dokładnie ci sami co wtedy i ci sami co zawsze – kiwają z jak najbardziej szczerą powagą dokładnie tymi samymi co zawsze łbami i mówią nam, byśmy się jednak może zreflektowali i przestali na nich gwizdać i buczeć, bo to naprawdę ani okazja ani miejsce odpowiednie po temu, by urządzać tego typu demonstracje. No i pytają, dlaczego? O cóż wam wszystkim chodzi? Skąd te pretensje? Czym myśmy sobie zasłużyli na takie traktowanie? Czyżbyśmy byli gorszymi Polakami?
I ja przyznaję, że nie jest łatwo na tę bezczelność odpowiednio mocno zareagować z dwóch względów. Przede wszystkim, nie da się zaprzeczyć, że w ogóle nie jest łatwo argumentować, dlaczego pewna część społeczeństwa znalazła się poza jego nawiasem w sensie przynależności definiowanej patriotycznie. Tu jednak też nie jest łatwo odwoływać się do świadectw historii, jako że owa wspomniana wcześniej antypolska kampania nigdy nie była prowadzona na poziomie dosłowności, którą można opisać przy pomocy paru obrazów i kilku zdań. To zawsze raczej chodziło nie tyle o słowa, czy o poszczególne twarze, co o owo wyłażące zewsząd szyderstwo i pogardę. No i też nie jest łatwo wziąć któregoś z nich za ucho i zażądać, by nam opowiedział, jak to on pięć, dziesięć, czy piętnaście lat temu czcił pamięć polskich bohaterów. No a poza tym wreszcie sam temat, jak każdy związany z osobistymi, często skrywanymi głęboko w sercu wzruszeniami, nie nadaje się do publicznego roztrząsania.
Całym szczęściem, ten blog ani nie jest ograniczony żadnymi konwenansami, ani też jego autor nie ma żadnego powodu, by dbać o swoją reputację kosztem prawdy, więc nie widzę najmniejszych przeszkód, by powiedzieć, dlaczego ja nie mam żadnego problemu z ludźmi, którzy od lat, w każdą rocznicę wybuchu Powstania przychodzą tam, gdzie próbują się lansować ci, dla których Polska nigdy nie była niczym więcej, jak zaledwie wstydliwie ukrywaną informacją w paszporcie, i na nich gwiżdżą, wrzeszczą, buczą, a może i plują. I ani mi w głowie, by się tu jakoś szczególnie napinać i w żywe oczy kłamać, że cmentarz to nie jest odpowiednie miejsce do demonstracji. Ile razy bowiem widzę choćby tego oszusta Owsiaka i tę jego sektę, jak bezczeszczą pamięć naszych bohaterskich żołnierzy i widzę tę naszą bezradność, myślę sobie, że tak naprawdę to jest wszystko, co nam zostało: spróbować tam pójść i zagłuszyć ich naszą pogardą.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a jeśli komuś przyszło do głowy kupić sobie pierwszy wybór felietonów z tego bloga, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Mamy tu jeszcze kilka egzemplarzy. Dedykacja w cenie.

No i jeszcze jeden, absolutnie wyjątkowy apel. Gdyby komuś akurat zbywało, miał jeszcze w pamięci numer konta, który tu kiedyś umieszczałem, a powyższy tekst uznał za odpowiednio isnspirujący, bardzo proszę o ten jeszcze jeden gest. Miniony lipiec zostawił nas na krawędzi.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Warszawskie dzieci, czy jeszcze raz o ludziach z tatuażami

Zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś owo wyznanie może uznać za kokieterię, ale daję słowo, że nawet jeśli mi się niekiedy zdarza robić miny, tym razem jestem całkowicie szczery. Otóż ja rzeczywiście nigdy w życiu nie miałem okazji wysłuchać choćby jednej sekundy muzycznej produkcji Wojciecha Waglewskiego. I wcale nie chodzi o to, że Waglewskiego akurat z jakichś pozamuzycznych względów szczególnie nie lubię i postanowiłem go bojkotować. Nie. Gdybym miał podać powody mojej niekompetencji, gdy idzie o twórczość Waglewskiego, nic poza tym, że go nigdy nie miałem okazji usłyszeć, by mi do głowy nie przyszło. A przecież nie jest tak, że ja generalnie słucham tylko tego, co lubię, albo to co lubią moje dzieci. Nic podobnego. Osobiście jestem otwarty na najróżniejszego rodzaju dźwięki, a w dodatku moja dusza badacza niekiedy wręcz zmusza mnie do tego, by się rzucić na kogoś takiego jak Paweł Kukiz, Muńka Staszczyka, czy nawet Natalię Przybysz. Waglewskiego nie słuchałem nigdy.
A muszę przyznać, że przez te wszystkie lata, od kiedy jego nazwisko zaczęło krążyć w przestrzeni popularnej, miałem naprawdę wiele powodów, by go spróbować sprawdzić. Przede wszystkim przez to, że Waglewski niemal od samego początku funkcjonował jako zjawisko w polskiej muzyce rozrywkowej wyjątkowe, ale również ze względu na to, że on przez samą branżę był traktowany z wyjątkową estymą. Później jeszcze pojawił się ten jego syn ze swoim hiphopowym projektem i to w pewnym sensie poszerzyło scenę samemu Waglewskiemu. A tu nic. Tak się wszystko wokół mnie układało, że – skoro mowa o tych tak zwanych „intelektualistach” – słuchałem Ciechowskiego, Janerkę, Świetlickiego, nawet Nosowską. Waglewski dla mnie istniał wyłącznie jako nazwisko i legenda.
I proszę sobie wyobrazić, że wczoraj, niemal zupełnym przypadkiem, wysłuchałem w telewizji fragmentu specjalnego koncertu, który z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego zorganizowało Muzeum Powstania, i którego głównym wykonawcą był właśnie Wojciech Waglewski. Z tego co słyszę, poza stałą obecnością na scenie, to również Waglewski właśnie był autorem wszystkich piosenek, oraz artystycznym pomysłodawcą całego przedsięwzięcia. To on ułożył program koncertu, on wyznaczył jego poszczególnych uczestników i jeśli dziś mówi się o owym muzyczno-patriotycznym projekcie, to pierwszym nazwiskiem, jakie się w tym kontekście wymienia, jest nazwisko Waglewskiego.
Otóż chciałem z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że te w sumie 10 czy 15 minut z całości – a i to w odpowiednio krótkich fragmentach – które udało mi się wytrzymać, to było absolutnie najgorsze muzyczne wrażenie, jakiego miałem okazję doświadczyć. Jakiś czas temu zdarzyło mi się komentować muzyczne umiejętności i estradową sztukę Pawła Kukiza i złośliwie napisałem mu, że od niego wybitniejszym artystą jest nawet Zbigniew Hołdys. Niedawno jechałem jakimś busem, z radia leciała piosenka Muńka Staszczyka pod tytułem „I love you” i ja sobie natychmiast pomyślałem, że to jest najgorsza piosenka, jaka kiedykolwiek powstała na rynku polskiej muzyki popularnej. Pamiętam też, jak tu na blogu komentowaliśmy produkcję jakichś satanistów naśladujących amatorską twórczość spod znaku „Mahogany Sessions”. To co wczoraj pokazał Wojciech Waglewski jest gorsze od tego wszystkiego zebranego do kupy i puszczonego z adapteru bambino.
Nie wysłuchałem do końca owej patriotycznej prezentacji, bo raz, że nie miałem sił, a dwa że faktycznie musiałem wyjść ze sprawami. Kiedy już byłem w drodze, dostałem esemesa od mojego syna, w którym ten mi napisał, że koncert się skończył, a Waglewski na zakończenie żartobliwie rzucił, co następuje: „I to by było na tyle. Bardzo dziękuję, że państwo wpadło”. I ja oczywiście bardzo się cieszę, że on tak właśnie postanowił zamknąć ten występ, bo to wyjaśnia właściwie wszystko. Oto bowiem głos muzyka i kompozytora, który kiedy się go prosi, by napisał kilka piosenek na zadany temat, jedyne co potrafi, to odstawić jakiś żałosny kabaret oparty o parę muzycznych wygłupów. Ale w tym wypadku mamy coś znacznie ważniejszego. Rozmawialiśmy tu niedawno o tym, że patriotyczno-narodowa narracja, której od lat zdawaliśmy się być nieustraszonymi głosicielami, w celach jeszcze nie do końca rozpoznanych, jest stopniowo przejmowana przez środowiska Polsce nieprzyjazne. Mówiliśmy o tym i byliśmy oczywiście to tu to tam krytykowani, że jak zwykle jesteśmy chorobliwie nieufni i że przy tego typu postawie skazujemy się na to, że zostaniemy z owej wspólnej patriotycznej platformy zepchnięci. No i na to przychodzi Wojciech Waglewski, urządza ten swój żałosny cyrk, a na koniec bezczelnie rzuca owo szydercze „państwo wpadło”.
No ale nie o tym miałem pisać. Przede wszystkim chodziło mi o to, by ogłosić, że wreszcie udało mi się usłyszeć Wojciecha Waglewskiego na scenie i czuje się dokładnie tak, jak po obejrzeniu zwiastuna kolejnej wybitnej polskiej komedii z Cezarym Pazurą w roli głównej. Ale przy tej okazji chciałbym przypomnieć, jak to już nieco ponad rok temu napisałem tu o pewnej Jadźce, która stoi na progu decyzji, czy swoje życie poświęcić pracy lekarza, czy rozwijać swoje talenty muzyczne. Pisałem tu o owej Jadźce i, nawet nie mając odwagi, by jej cokolwiek sugerować, wyraziłem opinię, że Jadźka to artystka o potencjale w Polsce niespotykanym… potencjale, który jej branża wybije z głowy zanim ona się zorientuje, co się dzieje. Nie wiem, co słychać u niej dziś, poza tym, że wciąż gdzieś tam śpiewa, natomiast jestem pewien, że gdyby dyrekcja Muzeum Powstania Warszawskiego to u niej zamówiła projekt, który zleciła Waglewskiemu, być może mielibyśmy dziś naprawdę wiele powodów do wzruszeń. Dlaczego? Bo Jadźka to prawdziwa artystka, osoba wrażliwa, no i z tego co wiem, prawdziwa polska patriotka, a nie jakiś bałwan z tatuażem na karku, dla którego słowo Polska to „państwo które wpadło”.


Zachęcam wszystkich do kupowania moich książek, które są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. A teraz posłuchajmy Jadźki







sobota, 1 sierpnia 2015

Marcin Kędryna, czyli nie uwierzę dopóki nie zobaczę

Od dnia gdy Coryllus wykazał na swoim blogu zaniepokojenie rzekomym pojawieniem się w otoczeniu prezydenta-elekta Andrzeja Dudy człowieka nazwiskiem Marcin Kędryna upłynęło trochę czasu i każdy kolejny dzień przynosi nam niestety informacje, że ów Kędryna faktycznie się tam kręci i to kręci w taki sposób, że można się autentycznie przestraszyć. Ja sam akurat, zarówno podczas naszych prywatnych rozmów, jak i w odpowiednim komentarzu pod wspomnianym tekstem, wyraziłem przekonanie, że nawet jeśli Kędryna jest w istocie rzeczy znajomym Prezydenta, to absolutnie nie można sobie wyobrazić sytuacji, by ten go zatrudnił choćby w charakterze nadwornego czyściciela klamek. Dlaczego? Z wielu powodów, ale wystarczy wspomnieć na fakt, jak ów Kędryna się nosi. Nie ma bowiem takiej możliwości, by Andrzej Duda, przeprowadziwszy tę nieprawdopodobną wręcz kampanię, która dała mu prezydenturę kraju, nagle postanowił to wszystko zniszczyć, zdając się na kogoś, kto wedle wszelkich znanych ludzkości kryteriów jest oczywistym freakiem. I to na pierwszy rzut oka.
A więc tym samym ogłosiłem bardzo jednoznacznie, że Kędryna to mitoman, który w jakiś niepojęty dla normalnego umysłu sposób zdołał przekonać połowę – niekiedy bardzo poważnych – komentatorów, że jego głos się liczy, i to do tego stopnia, że ile razy oni chcą się dowiedzieć, co się dzieje u Andrzeja Dudy, powinni dzwonić właśnie do niego, a tymczasem sam Kędryna, jak gdyby nigdy nic, odbiera te telefony i przekazuje oświadczenia, które następnie są relacjonowane jako głos z bezpośredniego otoczenia prezydenta-elekta, czy wręcz świadectwo jego „bliskiego przyjaciela”. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że ktoś zwyczajowo tak świetnie poinformowany jak Robert Mazurek, ogłosił w tygodniku „W Sieci”, że to Kędryna właśnie będzie przedstawicielem prasowym prezydenta Dudy.
Mijają więc dni, a każdy z nich przynosi kolejną wypowiedź tego dziwnego człowieka, kolejne wklejone przez niego na Twitterze zdjęcie i kolejne potwierdzenie, że jeśli chcemy dowiedzieć się, jak przebiegają przygotowania do wielkiej inauguracji, należy pytać jego – Marcina Kędrynę. A ja myślę, że to jest równie dobry moment jak każdy inny, by wyjaśnić, skąd to moje przekonanie, że mamy do czynienia z takim mniejszym Dyzmą. Otóż przede wszystkim stąd, że to, co stało za wspomnianym na początku tekstem Coryllusa, a więc informacja, że Kędryna to redaktor naczelny pisma „Male Men” i miłośnik samochodów BMW, mnie w żaden sposób nie zaniepokoiła, lecz jedynie zmobilizowała do tego, by go sprawdzić dokładniej. A stamtąd już była prosta droga przede wszystkim do serii jego portretów, ale też do prywatnego bloga pod adresem www.3neg.pl, który przedstawia nam "odjazd" w stanie czystym, a wręcz można by powiedzieć, że jego karykaturę. Z tego, co Marcin Kędryna każdego dnia notuje na swoim blogu otrzymujemy obraz kogoś, kogo nie są w stanie opisać żadne słowa, bo każde z nich jest natychmiast przesłaniane przez któreś z tych zdjęć, jakich wiele można znaleźć w Internecie.
Wczoraj w pewnym momencie prawicowe media zaczęły się ekscytować – jak się już wkrótce okazało, kompletnie fałszywą – informacją, że organizatorzy obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego na warszawskie uroczystości nie zaprosiły Andrzeja Dudy, no i w pewnym momencie ktoś się oczywiście zwrócił z prośbą o komentarz do Marcina Kędryny, który oświadczył, że „sprawy nie komentujemy”. A ja już wiedziałem, że ja akurat ową sprawę skomentować będę musiał. Bo to czego jesteśmy świadkami, to nic innego jak kolejny – tym razem chyba najbardziej dźwięczny – dowód na skretynienie mainstreamowych mediów. Żeby się w ten sposób dać wystawić, tegośmy dotychczas obserwować nie mieli okazji. Do inauguracji zostało nam 6 dni. 7 sierpnia Andrzej Duda obiecał ogłosić nazwiska ludzi, którzy będą mu pomagać w jego służbie dla Ojczyzny. Jeśli w tym towarzystwie, jako specjalista od kontaktów Prezydenta z mediami, znajdzie się człowiek, którego obecność musi spowodować, że świat zacznie zadawać pytanie: „Co to za jeden?”, a jedyną odpowiedzią będzie pełna zażenowania informacja, że to podobno „kolega Dudy ze szkoły” , to, przepraszam bardzo, ale ja już teraz ogłaszam, że świat, który znaliśmy, w tych dniach się skończył, a ja głupi nawet tego nie zauważyłem.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...