sobota, 15 marca 2014

Zamieniamy Polskę na worki na psie kupy

Poniższy tekst stanowi dość szerokie rozwinięcie czegoś, co oryginalnie zostało zaplanowane jako felieton do najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety”, ponieważ jednak ograniczenia, jakie sobie tu narzuciłem, a sprowadzające się do tego, że każdy z tych tekstów ma mieć ni mniej ni więcej, jak tylko 444 słowa i ani kroku dalej, sprawiły, że znaczna część tego, co zamierzałem powiedzieć musiała przepaść. A faktem jest, że są rzeczy, o których można by mówić bez końca.
W Zakopanem byłem ostatnio dwa razy, i mam wrażenie, że już przy poprzedniej okazji, czyli jesienią zeszłego roku, zdarzyło mi się tu wspomnieć o tym, jakie uczucia zaczynają szarpać człowiekiem w momencie gdy mija Kraków i wjeżdża na drogę prowadzącą już prosto do tego nieszczęsnego Zakopanego. Rzecz w tym, że nawet jeśli zdarzyło mi się w życiu trafić na coś równie depresyjnego, jak ta droga, to akurat nie umiem sobie tego przypomnieć. To czego zmuszeni jesteśmy doświadczać od chwili gdy opuścimy Kraków i znajdziemy się na tej tak zwanej „zakopiance”, stanowi krajobraz idealnie symetryczny: z jednej strony bowiem mamy najbardziej poruszającą polską biedę, a z drugiej niewyobrażalny wręcz gąszcz przydrożnych reklam, których w pewnym momencie jest już tak dużo, że one przestają tworzyć jakikolwiek przekaz poza tym jednym, niejako ową nędzę autoryzującym: Witamy w kraju, który umiera!
Latem zeszłego roku, zaproszeni przez naszego kolegę stąd z blogów, zwiedzaliśmy trochę angielską wieś, i, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale tam drogi są od reklam niemal idealnie wolne. Można jechać całymi kilometrami i nie uświadczyć jednej tablicy z reklamą – są tylko te pola i gdzieniegdzie jakieś domki. Żeby wiedzieć, jakie to robi wrażenie, i jak to zmienia krajobraz, trzeba to zobaczyć. Trzeba najpierw zobaczyć ów pejzaż rozpościerający się wzdłuż drogi Kraków – Zakopane, a następnie pojechać tam i poczuć tę różnicę, wbrew pozorom wcale nie estetyczną, ale przede wszystkim cywilizacyjną.
No i wreszcie widzimy te tablice zapraszające burdelu na Krupówkach, dla lepszego wrażenia ukrytego pod nazwą „VIP”, i wjeżdżamy do Zakopanego. I powiem szczerze, że tu, podobnie jak wzdłuż całej tej „zakopianki”, nawet jeśli zdarzyło mi się widzieć upadek miasta bardziej spektakularny, to tego momentu przypomnieć sobie nie potrafię. W głowie mam tylko to Zakopane.
O co chodzi? Otóż wszystko, co nam dziś oferuje, jak to jeszcze od czasów PRL-u przywykliśmy określać, zimowa stolica Polski, od momentu gdy wysiądziemy z autokaru na dworcu, do chwili gdy wreszcie do niego wsiądziemy i udamy się z powrotem do Krakowa – swoją drogą, z całą pewnością zasługującego na osobny felieton – przedstawia tak przejmującą nędzę, że nie ma tylu słów, by ją opisać. Od chwili gdy zostajemy otoczeni przez te kobiety z tabliczkami z napisem „nocleg”, w połowie pijanych kierowców busów proponujących podwiezienie, i znudzonych taksówkarzy, już nawet nie próbujących zagadywać, przez to w większości umarłe miasto, aż po tę opuszczoną przez skoczków na cały długi rok, utytłaną w błocie i budach z pamiątkami, Wielką Krokiew, widzimy, że Zakopane to jest dziś miasto, którego już tak naprawdę nie ma.
Tam miejsc, które mogłyby posłużyć za przykład tego upadku jest wiele, z ową fantastycznie peerelowską bryłą Urzędu Miasta i dziesiątkami pucharów, zdobiącymi okna gabinetu burmistrza, jednak wystarczy jeszcze wcześniej spojrzeć na budynek dworca kolejowego by wiedzieć, co się dzieje. W najnowszym numerze magazynu „W Sieci – Historia” znajduje się krótki artykuł o Polskich Kolejach Państwowych przed wojną, jak na ironię ilustrowany zdjęciem zakopiańskiego dworca. Mamy więc tam ten dworzec, w tle Giewont, a na dworcu stoi słynna Luxtorpeda. Dziś dworzec w Zakopanem to ledwo trzymający się kupy, przerażający swą nędzą, kompleks zrujnowanych budynków z powybijanymi szybami i pozamykanymi na cztery spusty drzwiami, gdzie jedyne dwa czynne miejsca to publiczna toaleta i kilka szafek na bagaże, gdzie za jedyne sześć złotych można zostawić torbę, lub małą walizkę.
No a później już tylko pozostają te Krupówki, które wyglądają i zachowują się jak najgorsza dziwka, która obiecuje każdemu chętnemu dokładnie wszystko za tak naprawdę każdą cenę. Skoro nie może być 20 złotych, niech będzie 15; a jak nie 15, to chociaż może osiem. A dalej, do czasu aż się dojdzie do gór, jest już tylko to miasto i ta ponura zagadka: czy tam ktoś w ogóle jeszcze mieszka?
Nie pisałbym pewnie o tym, gdyby nie coś, co cały problem przesuwa na poziom znacznie bardziej uniwersalny. Otóż, jak zapewne wiedzą właściciele psów, a domyślam się, że jest ich tu całkiem sporo, od pewnego czasu w naszych miastach, z wyjątkiem może Warszawy, w miejscach, gdzie bywają psy ze swoimi właścicielami pojawiły się specjalne pojemniki z workami na psie kupy, i kto nie chce, by jego pies zanieczyszczał okolicę, może sobie tych worków nabrać do woli. Otóż szliśmy sobie w zeszłą sobotę ulicą Strążyską, zobaczyliśmy jeden z tych punktów z workami i zerwaliśmy jeden na pamiątkę. I proszę sobie wyobrazić, że on wyglądał dokładnie tak jak nasze worki katowickie, tyle że miał wydrukowaną informację „Made in Norway”…
A zatem, jak widzimy, z jakiegoś budżetu przeznaczonego zapewne na ochronę środowiska, Urząd Miasta Zakopane zamawia produkcję oraz dystrybucję worków na psie kupy w jednym z najdroższych krajów Europy. Ja nie wiem, ile może kosztować wyprodukowanie jednego takiego worka, nie wiem też jaka jest różnica między ofertą norweską, a ewentualną ofertą producenta polskiego, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli Zakopane zdecydowało się na Norwegię, to nie dlatego że w Polce nikt się tej roboty nie chciał podjąć, lub przez to, że dla Polski Norwegowie stanowią tanią siłę roboczą. Takiej możliwości nie ma. To już prędzej uwierzę, że to Zakopane jeszcze tak całkiem nie zdycha i przynajmniej Norwegowie tam czasem zaglądają – choćby po to, by pozałatwiać interesy.
Ktoś powie, że jeśli tak, to może nie ma się czym martwić? Może nam Zakopane jeszcze przy pomocy tych Norwegów rozkwitnie. Może. Zobaczymy, co się stanie, jak PKP przestanie w ogóle funkcjonować i zacznie przypominać jeszcze większą kupę nikomu niepotrzebnych śmieci, niż to ma miejsce dziś. Może człowiek od worków zarobi na nich wystarczająco dużo, żeby sobie te nasze koleje kupić. Trzeba tylko jeszcze trochę poczekać, aż cała Polska zacznie wyglądać, jak dworzec w Zakopanem i prowadząca do niego od Krakowa droga, a Polacy temu miłemu przedsiębiorcy ową Zakopiankę wyłożą kwiatami. Patrzmy w przyszłość optymistycznie. W końcu przecież nie chodzi o to mało miasteczko w Tatrach, ale o duży tak naprawdę i z pewnością europejski kraj, prawda?
Jest tylko jedna rzecz, która mi nie daje spokoju. Parę dni temu użyłem tego norweskiego worka, i proszę sobie wyobrazić, że on jest tak fantastycznie wykonany, że się w jednej – że tak powiem, kluczowej – chwili rozerwał. Ciekawy jestem bardzo, czy równie dobrze im pójdzie z naszymi kolejami?

Jak informuje mnie Gabriel, książkę o języku mamy obiecaną na najbliższą środę. Trochę to trwa, ale tym weselej będzie, kiedy ona wreszcie do nas trafi. Póki co, bardzo proszę wspierać ten blog. Jak uczy doświadczenie, pierwsze tygodnie po ukazaniu się książki to z różnych względów bieda z nędzą. A życie nas nie rozpieszcza. Przepraszam za tę bezpośredniość, ale mówię, jak jest. I dziękuję.



piątek, 14 marca 2014

Viva Hate!

Nasz człowiek w Leeds (owszem, mamy swoich ludzi na całym świecie) podesłał mi link do króciutkiego wywiadu, jakiego telewizji BBC udzielił minister Sikorski, prosząc, bym ocenił jego angielski, bo jemu osobiście wydaje się, że z Sikorskim i jego językową sprawnością jest coś nie tak. Ponieważ ja, jak już zdołaliśmy wszyscy zauważyć, jestem wręcz obsesyjnie zapalony do tego, by Sikorskiego dręczyć przy każdej nadarzającej się okazji, poświęciłem całe dwie minuty z hakiem na obserwowanie owej zdemolowanej nikczemnością i kłamstwem twarzy, oraz wsłuchiwanie się w wypełzające z niej słowa, i muszę przyznać, że nie mam dobrych wiadomości. Tym razem, o ile czegoś nie przegapiłem, Sikorski do tego występu przygotował się starannie i nie zaliczył ani jednego głupstwa. Jego wypowiedź była do tego stopnia poprawna, że gdyby jakieś dziecko zdawało na tym poziomie ustną maturę, panie nauczycielki byłyby zachwycone. Oczywiście, mając na względzie tło, na jakim Sikorskiemu przyszło się prezentować, a mam tu na myśli obecność angielskiego dziennikarza, który siłą rzeczy niekiedy też się odzywał, i musiał dla Sikorskiego stanowić jakieś tam tło, nawet zupełny laik musiałby zauważyć, że z tym jego Oxfordem jest coś nie tak. No ale jak mówię, w tej formie on by maturę zdał na szóstkę.
Ja jednak zwróciłem uwagę na coś innego. Otóż Radek Sikorski wprawdzie po pierwszych paru dniach pajacowania zdjął z siebie ten idiotyczny zielony garnitur i założył to co nosi od dwudziestu już lat, natomiast, owszem, zachował ową białoczerwoną szachownicę, przy pomocy której w odpowiedzi na sławny już bardzo gest Stocha postanowił nam wszystkim pokazać, co on sobie o nas myśli. Patrzyłem na Sikorskiego, jak brytyjskiemu dziennikarzowi przedstawia swoją diagnozę sytuacji między Ukraina a Rosją, jak robi te strasznie mądre miny, jak marszczy czoło, jak starannie dobiera słowa, by to co mówi brzmiało poważnie i zdecydowanie, jak wreszcie się stara by ten jego akcent nie brzmiał zbyt obco, a tymczasem w klapie ma wpiętą tę nieszczęsną szachownicę.
Pamiętam jak pracowałem w szkole i większość uczniów, z którymi miałem do czynienia, to były dzieci może niezbyt starające się, nie bardzo też mądre, czasem mocno rozchuliganione, jednak każde z nich miało w sobie tę szczególną zdolność rozpoznawania czegoś, co oni określali wówczas jako obciach. Ile razy więc któryś z nich był świadkiem, lub tylko usłyszał o zachowaniu, które uznał za krępujące, reagował na to słowami: „Jeeee, co za ciuul!”. To „Jeeee, co za ciuul!” było z mojego punktu widzenia czymś tak przykrym, tak okropnie szyderczym i pełnym pogardy, że ja byłem gotów na wiele, nawet na to, by oni mnie sklęli, lub mi na łeb założyli kosz, bylebym tylko nie doczekał dnia, kiedy któryś z nich uzna za stosowne spojrzeć na mnie i krzyknąć: „Jeeee, co za ciuul!”. I z dumą stwierdzam, że przez te niemal dziesięć lat udało mi się zawsze ze wszelkich starć wyjść z tarczą.
Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby im pokazać Sikorskiego w BBC z tą szachownicą i wyjaśnić im skąd ona się tam wzięła, oni musieliby znaleźć na tę okazję coś kompletnie nowego. Gdyby im powiedzieć, że ten człowiek jest szefem polskiej dyplomacji i że on sobie wpiął w klapę tę szachownicę po to by w ten sposób wyszydzić wszystkich tych, którzy noszą tę szachownicę dla zademonstrowania swojego patriotyzmu, że tę szachownicę, która od pewnego czasu jest również symbolem protestu przeciwko zdradzie, której uosobieniem jest między innymi i on sam, on nosi po to, by tym wszystkim, którymi gardzi, pokazać, jak bardzo ma ich emocje w nosie, nie skończyłoby się na tym „ciulu”. A śmiech, który by temu szyderstwu towarzyszył dopadłby Sikorskiego na końcu świata.
Kamil Stoch, jadąc na zimowe igrzyska do Soczi, postanowił, że wystąpi w specjalnym lotniczym kasku z białoczerwoną szachownicą, by w ten sposób zademonstrować swój szacunek dla polskiego lotnictwa i polskich pilotów. Ponieważ ta szachownica, jak wiemy, od czterech już niemal lat jest oczywistym symbolem tego, co się stało pamiętnego poranka w Smoleńsku, w sposób całkowicie naturalny wielu polskich partriotów – możliwe, że mocno na wyrost – uznało, że Stoch to człowiek, dla którego świadomość 10 kwietnia jest czymś równie żywym, jak dla nich. Czy mieli prawo tak sądzić? Oczywiście że mieli. W końcu dlaczego mieli zakładać, że Stoch to wiejski głupek, który świat ogląda wyłącznie przez gogle, które zakłada przed każdym skokiem? Jest tak strasznie dużo ludzi w Polsce, dla których białoczerwona szachownica już do końca życia będzie przypominała o Smoleńsku, że naprawdę nie ma żadnego powodu, by Stocha spośród nich z automatu wykluczać. I na to przychodzi Sikorski, a więc człowiek, który dla tych samych ludzi już do końca ich dni będzie jednym z faktycznych sprawców tamtej tragedii, i też sobie każe przykleić tę szachownicę, a potem się z nią dumnie obnosi, chichocząc: „Widzicie, durnie, ile te wasze głupie symbole są warte?”
Rozmowę z Sikorskim dla BBC obejrzałem dziś rano i od rana mam w głowie tę tak szczególną twarz i ten białoczerwony znaczek w klapie jego marynarki. I od rana też chodzi mi po głowie myśl, że ten człowiek zasługuje na coś specjalnego. I dalej czuję już kompletną pustkę. I myślę sobie, że może to i dobrze. On zdaje się nie bardzo lubi być obiektem szczególnie ekstrawaganckiego traktowania, a diabli wiedzą, co mu może wpaść do łba, gdy mu się z niego skutecznie zmaże ów uśmiech.

Minął tydzień, a książki nie ma. Miejmy nadzieję, że w tym tygodniu już jednak nam ją wydrukują. Przypominam, że wciąż zbieramy pieniądze, które pokryją koszta jej wydania. Jednocześnie, ponieważ życia nas nie rozpieszcza, bardzo proszę o zwykłe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 13 marca 2014

O pasji, bez której nawet do piekła nie przyjmują

Kiedy w zeszłym tygodniu polska drużyna narodowa przegrała na Stadionie Narodowym ze Szkocją, zebrani w studio telewizyjnym specjaliści od piłki nożnej zachodzili w głowę, jak to się stało, że białoczerwoni przegrali, skoro nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jeśli porównać umiejętności piłkarzy Szkocji i Polski, to Szkoci nie mają nic do gadania. No i w pewnym momencie odezwał się któryś z nich i zwrócił uwagę na to, jak grał wprowadzony przez Szkotów do gry w ostatnich minutach meczu Andrew Robertson. I nie chodziło o to, że on swoją piłkarską klasą i umiejętnościami przyćmił pozostałych graczy, że on grał tak, że najwięksi piłkarze świata mogli się tylko czerwienić, ale o to, że wiedząc, że przed nim zaledwie 20 minut zwykłego, towarzyskiego meczu, który ani niczego nie rozstrzyga, ani nawet niczego mu nie załatwia, on grał, jakby walczył o swoje życie. Wszedł na to boisko i świat dla niego przestał istnieć.
Przypomniał mi się tamten mecz i ci telewizyjni mądrale wczoraj, kiedy być może trochę na fali dyskusji tu na blogach, a trochę przez to, że ostatnio dużo słucham Nicka Cave’a i PJ Harvey, i ta muzyka nas mocno przepełnia, moja córka poinformowała mnie, że piosenkarz Maleńczuk z piosenkarką Jopek jakiś czas temu postanowili nagrać piosenkę wcześniej zaśpiewana przez Cave’a właśnie i PJ Harvey pod tytułem „Henry Lee”. Ponieważ oryginalne wykonanie plus dołączony do niego teledysk uważam za autentyczne dzieło sztuki, od razu postanowiłem sprawdzić Maleńczuka i Jopek… no i okazało się to co okazać się musiało. Żeby jednak moje wrażenia opisać, przejdę do kolejnego akapitu.
Otóż ja od wielu już lat mam bardzo silne wrażenie, właściwie przechodzące w pewność, że polscy twórcy, i to nie tylko piosenkarze, ale także reżyserzy filmowi, autorzy książek, publicyści, aktorzy, kompozytorzy w swojej pracy spełniają się w taki sposób, że czytają, oglądają, czy słuchają dzieł obcych twórców, których podziwiają, i w pewnym momencie strzelają sobie flaszkę i mówią: „Okay! To ja też tak zrobię”. Przykład z piosenką „Henry Lee” jest tu wręcz modelowy. Maleńczuk, jako artysta, że tak powiem, osłuchany, z całą pewnością zna i podziwia sztukę Nicka Cave’a, od początku znał i podziwiał piosenkę „Henry Lee”, i któregoś dnia pomyślał sobie, że a czemuż to on nie mógłby zrobić tego samego; i to nawet nie w taki sposób, że on napisze własną piosenkę o podobnej melodii, harmonii i temacie i zatytułuje ją jakimś fajnym angielskim tytułem, powiedzmy „Happines Is Easy” tak jak to robiła notorycznie inna gwiazda polskiej piosenki, czyli zespół Myslovitz, ale zwyczajnie zaprosi do współpracy którąś z polskich piosenkarek, ona będzie udawała PJ Harvey, on Cave’a i będzie szał. Co pomyślał, to wykonał, no i mamy tę Jopek i Maleńczuka, jak śpiewają Cave’a i PJ Harvey, dokładnie w ten sam sposób, w tym samym tempie, w tym samym nastroju, tyle że w tle, nie wiedzieć po cholerę, słyszymy dźwięki zrzynane bezwstydnie i bezpośrednio od Portsihead.
Tak jak ów cover jest doskonałym przykładem pewnego szczególnego upadku polskich twórców, tak jeszcze większe pewnie robi wrażenie upadek samego Maleńczuka. Człowiek, który swego czasu, niezależnie od całej kupy przeróżnych deficytów, których mu życie nie oszczędziło, był najprawdopodobniej najwybitniejszym i najbardziej oryginalnym polskim muzykiem i autorem piosenek, dziś nie jest w stanie, ani chyba też w chęciach, wyprodukować nic ponad kolejny cover, kolejnej gwiazdy, którą on podziwia. Czemu się tak dzieje? Czemu on kiedyś potrafił, a dziś już nie? Otóż ja mam na to odpowiedź prostą. Maleńczuk kiedyś miał w sobie pasję i z tą pasją żył i tworzył, a dziś jej nie ma. On wciąż zajmuje się tym co zawsze, z tego żyje i czerpie z tego jakąś tam przyjemność, ale to wszystko odbywa się na poziomie, na jakim operuje kierowniczka sklepu odzieżowego, którą jeśli zapytać o wrażenia z pracy, odpowie, że było fajnie. I to jest też poziom dziennikarza Warzechy, reżysera Smarzowskiego, literata Kuczoka, czy kompozytora Preisnera. I to wszystko.
A więc chodzi przede wszystkim o pasję. W czasie dyskusji pod tekstami na temat polskiej twórczości patriotycznej, jakie ukazały się ostatnio na tym blogu i blogu Coryllusa, wciąż wracały dwa pytania, które można by sprowadzić do wzoru „dlaczego nie artysta X, i skoro nie X, to kto?” I na to ja odpowiadałem niezmiennie, że artysta X nie, ponieważ artysta X swój talent traktuje jak kurwa swoje ciało, i że jeśli nie artysta X, to już nikt inny, bo reszta jest jeszcze bardziej zdemoralizowana. I jeśli dziś piszę ten tekst, trzeci już na ten sam temat, to nie dlatego, że nie mam nic ciekawszego do powiedzenia, ale ponieważ mam nieprzemijające wrażenie, że wielu z nas wciąż nie rozumie, w jakim miejscu znalazła się Polska, jeśli idzie o to, co w ostatecznym efekcie tworzy wielkość każdego narodu.
My wiemy, że polska piłka nożna spada coraz niżej w światowych rankingach, że polska nauka znalazła się ostatnio już nawet za państwami tradycyjnie uważanymi za cywilizacyjnie stojącymi najniżej, że polskie kino już nie tylko jest gorsze od kina brytyjskiego, czy amerykańskiego, ale od absolutnie każdego, włącznie z libijskim, czy irańskim, czy że wreszcie taki Tomasz Lis to jest zaledwie nędzna karykatura jakiegoś Waltera Cronkite’a sprzed 50 lat; wiemy nawet, że KC Louis to znakomity komik, a Abelard Giza to komik dramatycznie wręcz żałosny, z jakiegoś jednak powodu wielu z nas gotowych jest przegryźć gardło każdemu kto powie, że raper Tadek z całą swoją twórczością jest do niczego. Dlaczego? Bo przecież on jest wielkim polskim patriotą, a nam tak bardzo brakuje tych serc.
Otóż moim zdaniem problem z Tadkiem, ale również z zespołami Armia, DePress, Darkiem Malejonkiem, jego córkami, i w ogóle z całą resztą tego rynku, zarówno patriotycznego, jak i satanistycznego, jest taki, że oni robiąc to co robią, czują wyłącznie znużenie i żal, że nie udało im się zrobić kariery na jaką zawsze zasługiwali. A ponieważ żyć trzeba, coś tam od czasu do czasu dłubią.
Wspominałem o tym w jednym z komentarzy, ale powtórzę to i tu. Otóż kiedy pracowałem w szkole miałem ucznia klasycznego hiphopowca, który ze swoim bratem, również klasycznym hiphopowcem tworzyli w domu na domowym komputerze swoją ukochaną muzykę. Tworzyli tę muzykę, pisali do niej teksty, no i gdzieś to tam wrzucali, żeby ktoś jeszcze mógł tego posłuchać. Jaki to był poziom? Dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po dwóch nastoletnich zapaleńcach, którzy ani nie chcą się uczyć, ani spotykać z dziewczynami, ani czytać książek, czy chodzić do kina, ale wciąż im w głowie tylko ten hip hop. A więc z jednej strony dowodzący prostego amatorstwa, a z drugiej o takim potencjale, że trudno było tego słuchać bez wzruszenia.
Jeśli idzie o blogera Tadka, podejrzewam, że jego sytuacja jest podwójnie tragiczna. Od czasu gdy on przestał śpiewać o swoim życiu, które mu dokuczało jak kamyk w bucie, o kumplach, którzy zawiedli, czy dziewczynach, które zdradziły, a przerzucił się na żołnierzy wyklętych, stracił to wszystko, co mogło go uczynić artystą, czyli pasję. Ja nie twierdzę, że dla Tadka żołnierze wyklęci to tylko pretekst, nie oskarżam go o to, ze on tak naprawdę tę Polskę ma w nosie, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że kiedy on nagrywa kolejny klip, czy pisze kolejny tekst do kolejnej piosenki, jest – przy zachowaniu wszelkich proporcji, oczywiście – dokładnie w tym samym nastroju, w którym jest Łukasz Piszczek, kiedy wychodzi na Stadion Narodowy, by reprezentować Polskę przeciwko Szkocji. On też przecież nie chciał, żeby Polska przegrała. On też chciał zdobyć dla Polski gola.
W filmie „24 Hour Party People” jest scena, która pokazuje absolutne początki zespołu Joy Division. Przychodzą ci wtedy jeszcze młodzi chłopcy do słynnej Haciendy, żeby spróbować tam się jakoś wkręcić, i ktoś mówi perkusiście zespołu, że ma siąść do perkusji i grać, grać, grać tak długo aż się nauczy. No i on siada i gra, gra, gra i gra, czas mija, wszyscy powoli o nim zapominają, potem zaczynają wychodzić każdy do swoich zajęć, a on gra i gra i gra, i w końcu zostaje zupełnie sam, ale ponieważ kazano mu ćwiczyć, to on ćwiczy ten jeden stały najprostszy na świecie rytm aż wreszcie ktoś go zauważa i mu mówi, żeby spierdalał. No i on sobie idzie, żeby na drugi dzień wrócić i próbować od nowa.
Czytałem też kiedyś o pierwszym spotkaniu Rolling Stonesów z Dylanem, kiedy to Brian Jones, grając na harmonijce, wiedząc, że słucha go Dylan, był podobno tak zdenerwowany, że w pewnym momencie z ust zaczęła lecieć mu krew. I takich historii, gdzie widzimy, jak ludziom potrafi zależeć, jest cała masa. I mówię to o różnych ludziach, nie wyłączając z tego durni i nikczemników, bo jak wygląda prawdziwa pasja można najlepiej też zobaczyć, oglądając pierwszy lepszy występ zespołu Behemoth.
No właśnie – Behemoth i ten Nergal. Przyznaję, że już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę, jak ich wszystkich pochłania piekło. A w oczekiwaniu na ten piękny dzień, liczę też że w międzyczasie ujrzę ich upadek, jako artystów. I już wiem, kiedy to nastąpi. Przyjdzie bowiem kiedyś moment, że ten satanizm przestanie się sprzedawać, Nergal przeżyje cudowne nawrócenie i zacznie śpiewać chrześcijański rock. Wtedy dopiero zobaczymy, co znaczy stracić tak zwaną moc i pasję. Nie talent, ale moc i pasję.
Na koniec refleksja osobista. Wczoraj pod poprzednią notką kolega Beczka zamieścił komentarz, w którym zasugerował, że teksty które ja piszę są bardzo dobre, by nie powiedzieć najlepsze. To ja go z tego miejsca pragnę zapewnić o dwóch rzeczach: pierwsza to ta, że owszem, one pewnie faktycznie są najlepsze, druga natomiast jest taka, że ja jestem pewien, iż w momencie gdy ktoś mnie namówi, bym znów zaczął pisać bieżące polityczne komentarze, ja stracę do tej roboty serce, a ten blog w jednej chwili zejdzie do poziomu jakiegoś Krzysztofa Feusette, albo czegoś jeszcze gorszego. Bo to jest jedyny możliwy kierunek. Innego nie ma. Jest tylko tamto albo to:







środa, 12 marca 2014

O tym jak Jacek Kaczmarski przewidział moskiewskiego jaguara

Reakcja na moją poprzednią notkę była, czego nie można było nie zauważyć, bardziej masowa, niż zwykle, i w znacznym stopniu sprowadzała się do tego, by mnie poinformować, że choć ja, owszem, mam rację co do ogólnego obrazu rzeczywistości, to jednak z całą pewnością jest bardzo dużo przykładów patriotycznie motywowanej muzycznej twórczości, które zasługują na uwagę, a kto wie, czy nawet nie na szacunek. No i tu natychmiast zaczęły się pojawiać nazwiska wykonawców, którzy w odróżnieniu od gitarzysty Malejonka, czy rapera Tadka, są naprawdę fantastyczni. Na domiar złego, po tym jak tekst w podobnym temacie opublikował Coryllus, również na jego blogu można było się zapoznać z najróżniejszymi, rzekomo prawdziwie wartościowymi, muzycznymi propozycjami. No i cała ta sytuacja stworzyła absurd niezwykły: otóż z jednej strony potwierdziliśmy wspólnie diagnozę odnośnie oszukańczego, bo operującego na najniższym artystycznym poziomie, wykorzystywania przez poszczególnych polskich wykonawców tematów patriotycznych, a z drugiej, pojawiało się coraz więcej pojedynczych przykładów dowodzących, że owa diagnoza tak naprawdę jest błędna, bo wprawdzie raper Tadek jest do niczego, natomiast bardzo dobrzy są raper Stereotyk, zespoły Horytnica i Forteca, artysta Kowalski i dziesiątki innych, zależnie od tego, kto co tak naprawdę lubi słuchać.
A ja pewnie bym do tematu nie wracał, gdyby w pewnym momencie mój serdeczny kolega Jan Mucha z Kanady nie napisał, że on akurat się ze mną zgadza w całości i że jemu jest bardzo przykro, że w Polsce nie ma już tak wybitnych artystów-patriotów jak Przemek Gintrowski i Jacek Kaczmarski, i w ten sposób nie uruchomił kolejnego tematu. A temat jest jak najbardziej poważny i myślę, że jeśli kiedykolwiek mógł się pojawić odpowiedni moment, by się nad nim pochylić, to ten jest najlepszy.
Nie umiem tego stwierdzić z całą pewnością, ale wydaje mi się, że ja się na tym blogu ani twórczością, ani tym bardziej osobą Jacka Kaczmarskiego dotychczas nie zajmowałem. Pierwszy tego powód był taki, że się na Kaczmarskim kompletnie nie znam. Kiedy on rozpoczynał swoją karierę jako bard Solidarności, ja go ani nie słuchałem, ani słuchać nie lubiłem, i powiem zupełnie szczerze, on dla mnie, jako artysta i postać publiczna zupełnie nie istniał. A zatem, gdyby w tamtych latach ktoś mnie poprosił, bym wymienił trzy tytuły jego piosenek, nie dałbym rady.
Analogicznie, przez to, że ja go nie znałem jako piosenkarza, to tym bardziej nie znałem go jako poety. Powiem zupełnie uczciwie, że o tym, że Kaczmarski to wielki polski poeta dowiedziałem się dopiero tu, od ludzi, których poznałem na blogach. I przyznam też, że kiedy ta wiadomość do mnie dotarła, byłem nią jeszcze bardziej zszokowany, niż opinią, że Kaczmarski to wielki pieśniarz. W końcu pop ma swoje prawa i tam można sobie pozwalać naprawdę na wiele.
A zatem, to był dla mnie pierwszy powód, by o Kaczmarskim nie pisać. Drugi był taki, że dla mnie Kaczmarski, jeśli kiedykolwiek miał jakieś znaczenie, to wyłącznie przez to, że, będąc tym bardem Solidarności, w nowej Polsce stanął po stronie Systemu, i to Systemu w najbardziej brutalnym wydaniu, i w ten sposób dołączył do grona publicznych postaci przez mnie najbardziej pogardzanych. I dziś ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdybym ten blog prowadził w latach 90-tych, czy jeszcze przed rokiem 2004, o Kaczmarskim pisałbym co najmniej z taką samą częstotliwością i pasją, jak… ja wiem? O Marii Peszek może, czy o Danielu Olbrychskim? Rzecz jednak w tym, że Kaczmarski w roku 2004 zmarł, i to zmarł w sposób zupełnie straszny, a to już było dla mnie wystarczającym powodem, by prowadząc ten blog, jemu akurat wszystko darować.
Czemu więc postanowiłem nagle się z danej sobie obietnicy wycofać? Otóż powód jest jeden: wczorajsza wymiana z moim kumplem Janem Muchą i fakt, że niemal bez mojego udziału sprawa Kaczmarskiego i tak ujrzała światło dzienne. Nawet gdybym miał znacznie więcej powodów, by o Kaczmarskim nie rozmawiać, niż ten, że on w takich cierpieniach odszedł z tego świata, to i tak musiało się skończyć, jak się skończyło, a więc na przypomnieniu jego jak najbardziej realnych „zasług” dla tego, co nazywamy Polską i Polską Sprawą.
Ja bowiem nie jestem w stanie pojąć, jak to możliwe, by osoba w tak bezpośredni sposób moralnie jednoznaczna, owej jednoznaczności ani nie ukrywająca, ani nie próbująca jej nawet usprawiedliwiać, po zaledwie kilku latach od swojej śmierci zaczęła być przez opinię publiczna traktowana, jak ktoś kompletnie inny, ktoś, kto nigdy nie istniał. Kiedy Jan Mucha w swoim komentarzu wspomniał Kaczmarskiego, podając go jako przykład najlepszej i najpiękniejszej polskiej wrażliwości, odpisałem Jankowi trochę kokieteryjnie, że kiedy widzę tylu nagle przyjaciół Kaczmarskiego, z moją pamięcią musi być coś nie tak, a ten, zupełnie nieoczekiwanie, zamiast się opamiętać, napisał mi, że faktycznie, moja pamięć nawala, bo Kaczmarski, jeśli nawet kiedyś tam wspierał zdrajców, to tylko przez chwilę, i to w dodatku w czasach, gdyśmy wszyscy jeszcze mało wiedzieli. W tej sytuacji, nie pozostało mi już nic innego, jak zajrzeć do Sieci, poszukać pierwszej lepszej wypowiedzi Kaczmarskiego z czasów, gdy już naprawdę wszystko było wiadome, i znalazłem – co ciekawe na jego wciąż istniejącej oficjalnej stronie – wywiad, jakiego udzielił on bolszewickiej „Trybunie” w roku 2000, pod tytułem Ja to Żyd, Mason i Unia Wolności. I powiem szczerze, że czepiając się w rozmowie z Janem Muchą Kaczmarskiego, faktycznie wykazałem się daleko posuniętą amnezją. Ja przez te wszystkie lata najzwyczajniej w świecie zapomniałem, jak bardzo on się zaangażował w tamtym okresie po stronie zła. Wiedziałem oczywiście, gdzie on stał, w co wierzył, i w jaki mniej więcej sposób tę swoją wiarę demonstrował, jednak w żaden sposób nie pamiętałem, jak fatalnie tam w istocie było. Już sam początek tej rozmowy musi na każdym robić wrażenie. Ten komuch pyta Kaczmarskiego, jak mu się żyje w tej Australii i jak on z oddali widzi Polskę, na co pada odpowiedź:
Znalazłem tam warunki do myślenia, do pracy twórczej, a to zawsze było moim celem. Przez lata, dzięki swojej roli publicznej i politycznej, byłem w pewnym sensie niewolnikiem wydarzeń, a Australia jest dla mnie rajem, daje pełną swobodę działań twórczych. Pomijam już krystaliczne powietrze, fascynującą przyrodę, nurkowanie, dystans do przeklętych problemów codzienności, poczucie bezpieczeństwa... [A Polska] to jest bardziej Bruegel niż Goya. Patrząc na Polskę, na ten bruegelowski pejzaż, jest trochę śmiesznie, trochę strasznie, ale nie tak, żeby łapało za gardło”.
A dalej, zgodnie z metodą Hitchcocka, temperatura już tylko rośnie, a więc dowiadujemy się, jak to Kaczmarski wcale się nie czuje bardem Solidarności; że, co więcej, on dziś widzi, że tamta nienawiść do komunistów była czymś bardzo złym; że on sam przecież został wychowany przez dziadka-komunistę; że on się czuje człowiekiem Unii Wolności, jednak go bardzo martwi to, że Unia skręca w stronę centro-prawicy; że musi minąć parę pokoleń, by Polska stała się normalnym krajem, i dalej w tym samym stylu. Potem nagle pojawiają się „Piotrek Tymochowicz” i „Basia Labuda”, a obaj tylko po to, by już za chwilę Kaczmarski mógł z dalekiej Australii złożyć kolejne deklaracje, takie choćby jak ta, że istnieje „w ogóle problem Kościoła jako struktury. Czy on ma się przystosowywać do nowych czasów, żeby mieć kontakt z wiernymi o otwartym spojrzeniu na świat, nie tylko z ludźmi ubogimi duchem, ale także z tymi, którzy potrafią dyskutować? Czy też Kościół ma być tą niezmienną skałą, opierającą się fali postmodernizmu. Obie strony trzeba rozumieć. U zwolenników poglądu, że Polak to katolik i patriota najbardziej irytuje mnie, oprócz hipokryzji, deklarowanie, że ma się moralną legitymację do sprawowania władzy w imieniu innych. Komuniści po wojnie też uważali, że mają takie prawo, ponieważ Polska sanacyjna się nie sprawdziła, upadła i zawiodła swój naród. Takie myślenie to ślepa uliczka, dlatego trzeba umieć w życiu społecznym dyskutować i szukać kompromisów, a w życiu indywidualnym przyzwyczajać się do bezkompromisowego określania swojej postawy”.
Dla Kaczmarskiego zresztą religia jest problemem równie wielkim, jak wódka, i ja tu wcale nie żartuję – on tak naprawdę mówi. Posłuchajmy:
No tak, bo alkohol na początku daje nadzieję na wyzwolenie się z bolączek egzystencjalnych, z lęków, z zablokowań, z niepewności, a potem uzależnia, czyli wpędza w niewolę. Podobnie jak religia”.
Rozmowa, jakiej Jacek Kaczmarski udzielił dziennikarzowi „Trybuny” w roku 2000 robi wrażenie, jak mówię, w każdym swoim fragmencie, jest jednak coś, co właściwie przebija wszystko to, co wcześniej zacytowałem, czy choćby tylko omówiłem, mianowicie myśl, jaką artysta zachował na sam koniec. Otóż pytany przez dziennikarza o swój stosunek do Rosji, mówi nie mniej ni więcej, tylko tak:
Ja zawsze kochałem Rosję, odróżniałem ludzi od narodów. Te dzisiejsze urazy, kompleksy to jest bardzo niedobra droga i być może stąd właśnie bierze się mój strach przed Rosją. Pamiętam, jak nabijano się z jednego z pracowników Wolnej Europy, że uczy córkę rosyjskiego, pytano, co mu z tego przyjdzie. A ona w tej chwili jest asystentką jakiegoś amerykańskiego biznesmena w Moskwie, jeździ jaguarem... Trzeba umieć przewidywać przyszłość i otwierać się na ludzi. Wbrew wszelkim systemom”.
Oto intelektualny i czysto ludzki wymiar człowieka. Ów podziw dla dziewczyny, która bardzo przezornie nauczyła się języka rosyjskiego, a dziś jest asystentką amerykańskiego biznesmena w Moskwie i jeździ jaguarem. Właśnie tak: Jaguarem! Aż głupio to mówić, ale to jest chyba nawet więcej, niż ów australijski raj z pełną swobodą działań twórczych, by nie wspomnieć już o krystalicznym powietrzu, fascynującej przyrodzie i nurkowaniu.
Jacek Kaczmarski – wybitny polski piosenkarz i poeta. Niech Pan zmiłuje się nad jego duszą.

Wychodzi na to, że książka o języku wyjdzie z drukarni dopiero w przyszłym tygodniu. Mam nadzieję, że na początku. Przypominam, że wciąż zbieramy pieniądze, które pokryją koszta jej wydania. Jednocześnie, ponieważ życia nas nie rozpieszcza, bardzo proszę o zwykłe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 10 marca 2014

Ojczyznę trzeba kochać i szanować, a głupców tępić

Pewnie ci z nas, którzy śledzą tylko teksty publikowane w Salonie24, a na to co się ukazuje pod toyah.pl nie zaglądają, tego nie wiedzą, ale w swoim czasie kilkakrotnie pisałem o tym, jak to nasza starsza córka, nie mogąc znaleźć normalnej, a więc po prostu płatnej pracy w swoim zawodzie, a jednocześnie nie chcą stracić kontaktu z zawodem, zapisała się na studia podyplomowe we Wrocławiu, gdzie przez pewien czas była studentką Krzysztofa Szwagrzyka. Tu akurat nie mam pewności, ale wydaje mi się, że o tym też pisałem, jak to od czasu tamtych wykładów ona nie ma marzeń większych od tego jednego, by znaleźć się wśród tych, którzy pod okiem dr. Szwagrzyka zajmują się odszukiwaniem i identyfikowaniem grobów polskich żołnierzy zamordowanych przez polskie państwo po zakończeniu II Wojny Światowej. Fakt jest bowiem taki, że ona, przy wszystkich swoich pasjach i codziennych zainteresowaniach, przy pracy, którą wreszcie znalazła i która otwiera przed nią wcale nienajgorsze perspektywy, wie jedno: cokolwiek będzie robiła w życiu, a nie będzie to polegało na siedzeniu w tej świeżo rozkopanej mogile i oczyszczaniu przy pomocy specjalnego pędzelka czaszki kolejnego polskiego bohatera, jej życie nie będzie pełne. Taka ta jej obsesja i taki jej patriotyzm, czy, jak to określają pewnego rodzaju intelektualiści – karma.
Ze względu na jedno i drugie, ile razy widzę gdzieś nazwisko Krzysztofa Szwagrzyka, czy spotykam informację o artykule, czy telewizyjnym programie, gdzie pojawia się nazwa „Żołnierze Wyklęci”, natychmiast alarmuję w tej sprawie moją córkę, no a potem już muszę cierpliwie wysłuchiwać jej niekończących się relacji.
I tak też było kilka dni temu, kiedy w portalu wpolityce.pl przeczytałem, że TVP będzie nadawać program o Żołnierzach Wyklętych, tyle że z punktu widzenia kultury popularnej reprezentowanej przez współczesną polski rock. Przyznaję uczciwie, że choć nieszczęśliwie dla nas nie udało się nam o tym programie zapomnieć, i dać się pochłonąć przez codzienne sprawy, takie choćby jak kolejna kolejka Premier League, czy kolejny skok Kamila Stocha, obejrzeliśmy zaledwie jego pierwsze pięć, czy może dziesięć minut, po czym całkowicie zdruzgotani estetycznie, emocjonalnie i moralnie udaliśmy się do swoich zajęć.
O co poszło? Powiem może tak. Otóż tak się złożyło, że wczoraj przez jakieś trzy godziny spędziłem w autokarze, w którym byłem zmuszony do tego, by słuchać radia RMF, gdzie najpierw swoje ulubione piosenki puszczała Agnieszka Chylińska, by ostatecznie ustąpić miejsca zwykłej dyskotece, i to co tam leciało wprawiło mnie w nastrój tak ponury, że nagle poczułem, że jeśli natychmiast się nie pomodlę, stanie się coś bardzo złego. Muzyka, którą puszczało radio RMF była tak zła, że to zło w pewnym momencie przybrało wymiar niemal fizyczny, a ja sobie pomyślałem, że oto narodził się Demon.
Jeśli ktoś myśli, że ja teraz bardzo złośliwie napiszę, że piosenki Darka Malejonka, zespołu DePress, czy owych dziewczyn znanych jako Panny Wyklęte są jeszcze gorsze od oferty RMF-u, myli się. Tak bowiem nie jest. One nie są gorsze ani od Chylińskiej, ani od tego, co ona słucha, ani od tego jakiegoś discopolo, puszczanego przez krakowskich radiowców; one nie są od tego wszystkiego gorsze, bowiem startują w zupełnie innej konkurencji, a żeby wyjaśnić, o jaką konkurencję mi chodzi, powiem tylko, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek z nas będzie się zastanawiał, dlaczego ogólnopolskie stacje głównego nurtu nie grają piosenek Darka Malejonka, czy owych Panien Wyklętych i przyjdzie mu do głowy myśl, że to pewnie przez to, że główny nurt nienawidzi Polski, będzie miał racje tylko częściowo: owszem, to prawda, że główny nurt Polski nienawidzi, Polską gardzi i najchętniej by ją sprzedał za kolejną działkę koki, czy jeszcze jedną flaszkę, natomiast RMF nie puszcza tej muzyki wyłącznie dlatego, że oni mimo wszystko dbają o poziom – poziom, który mnie przeraża, i o którym myślę sobie bardzo brzydko, ale jednak poziom, który pewnego rodzaju artystycznych ekscesów tolerować nie może.
Ktoś powie, że to kompletnie nie ma sensu, by się znęcać nad jakimiś dennymi amatorami, i to bez względu na to, czy owi amatorzy reprezentują szczery satanizm, czy mniej lub bardziej autentyczną pobożność. Owszem, skoro spędziłem te trzy godziny w autokarze słuchając muzyki satanistycznej, i moje serce zwyczajnie tego nie wytrzymało, mogę coś na ten temat napisać, choćby po to, by się pożalić, natomiast naprawdę nie ma powodu, bym się miał znęcać nad jakimiś nieudacznikami, którzy postanowili śpiewać czy to umęczonym Jezusie, czy o umęczonym rotmistrzu Pileckim – ich sprawa, ich ewentualnie grzech.
Otóż nie do końca. Nasz problem polega na tym, że skoro już wszyscyśmy się tak bardzo zaangażowali w tę naszą Polskę, i tak bardzo wierzymy w to, że Ona jest czymś, o co należy dbać i bronić przed wszelkim złem, powinniśmy też z całą mocą tępić każdy przypadek, gdy owa Polska jest traktowana z pogardą przez bandę głupców, którym się wydaje, że się na niej mogą najpierw przejechać bez ważnego biletu, a potem jeszcze coś z tego dla siebie wyciągnąć. Powinniśmy każdy tego typu przypadek pokazywać palcem i zadbać do samego końca, by ten palec nam nawet nie zadrżał.
Ale jest jeszcze coś. Chodzi o to, że obserwowany dziś przez nas wszystkich ruch tak zwanego „patriotycznego przebudzenia”, właśnie przez to, że on był tak bardzo wyczekiwany i powstaje, jak się zdaje, w reakcji na kłamstwo cyniczne w sposób wręcz niewyobrażalny, będzie nic niewarty, jeśli oparty zostanie na kłamstwie równie cynicznym i na równie potężnej pogardzie, jak ta, przeciwko której rzekomo występuje.
Ale jest i jeszcze gorzej. Jeśli bowiem to zło, któremu postanowiliśmy się przeciwstawić, operowało pod tym swoim czarnym patronatem, mnie ewentualny wstyd i hańba tych, którzy tym sterują, nie obchodzi, jednak jeśli tym razem za tę naszą nędzę ma się wstydzić Polska, to ja bardzo przepraszam, ale mowy nie ma, żebym jak się tu zamknął choćby na chwilę. Jeśli taka Maria Peszek, Agnieszka Chylińska, czy zespół Bayer Full wystawia tę swoją nędzę, robi to w imię jakichś dziwnych wartości, które są mi kompletnie obojętne, a świat się z nich śmieje – mnie to w najmniejszym stopniu nie rusza. W momencie jednak, gdy istnieje poważna obawa, że przedmiotem tego szyderstwa stanie się Polska – a jeśli to ma się w ten sposób odbywać, to my tego nie unikniemy – to cała sytuacja robi się już bardzo poważna.
Polska bowiem to jest coś zbyt poważnego, żeby jacyś nieudacznicy mogli sobie po niej bezkarnie jeździć. Tu nie dość, że za darmo nic nie ma, to jeszcze cena wejścia jest absolutnie najwyższa, a gapowicze mają być traktowani z najwyższą surowością. Bo to są tak zwane imponderabilia. Popatrzmy, jak to robią inni.
W swojej książce o zespołach wspomniałem o brytyjskiej piosenkarce PJ Harvey. Otóż ona niedawno wydała płytę pod tytułem „Let England Shake”, która stanowi, słodko-gorzki, jak to się nieraz mówi, hymn dla wielkiej Anglii, którą PJ Harvey wbrew wszystkiemu najzwyczajniej w świecie kocha. „Let England Shake” to 12 bardzo patriotycznych piosenek, jednak jeśli ktoś się spodziewa, że ów patriotyzm jest choćby w ułamku tak bezpośredni, a przez to tandetny, jak to do czego jesteśmy przyzwyczajeni tutaj, jest w dużym błędzie. Patriotyzm PJ Harvey jest tak wielopiętrowy i tak głęboki, że tu zwyczajnie nie ma miejsca na prosty przekaz, typu „Niech żyje Anglia”.
Ale jest jeszcze coś. Płyta „Let England Shake”, to zdaniem niektórych i najlepsza płyta w dorobku PJ Harvey, i jedna z najwybitniejszych płyt, jakie zostały w zeszłym roku wydane w Wielkiej Brytanii. „Let England Shake” to autentyczne dzieło sztuki, a więc coś, na co Anglia, tak jak ją widzi PJ Harvey i ci, którzy tę płytę kupują, zasłużyła. I ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdyby ona była choć trochę gorsza, Anglia by zwyczajnie tę PJ Harvey z tymi jej pomysłami pogoniła. Bo akurat Anglia na ten rodzaj bezczelności, gdzie ktoś próbuje wobec niej grać choćby minimalnie nieczysto by zwyczajnie nie pozwoliła. Bo Anglia się za bardzo szanuje, by do jej reprezentowania wyznaczała jakichś tanich magików. A sami Anglicy też doskonale to czują, że, jeśli ktoś już postanawia oddać Anglii cześć, ma to robić na poważnie.
No i na koniec coś bardzo smakowitego również dla naszego kumpla Coryllusa. Producenci projektu pod nazwą „Let England Shake” wynajęli irlandzkiego artystę nazwiskiem Seamus Murphy, by do każdej z tych piosenek nakręcił 12 klipów video, i z tego co widzę, tu też wymagania były postawione bardzo jednoznacznie: nie ma mowy o jakiejkolwiek uldze – tu wszystko ma być na poziomie najwyższym. Popatrzmy więc, jak to się robi tam, gdzie ludzie szanują siebie, ale też szanują swoje państwo. Tam gdzie patriotyzm to coś więcej, niż tylko parę tanich gestów zrobionych w przekonaniu, że będzie jak będzie, że damy radę. I, proszę, niech nikt nie próbuje mi mówić, że gdzie Chylińskiej do PJ Harvey, a Żulczykowi do Murphy’ego? Bo to oczywiście pewne wagę ma jak najbardziej, ale na poziomie, o którym dyskutujemy jest zupełnie bez znaczenia.


niedziela, 9 marca 2014

Twitter, czyli zaznaczanie terytorium

Jutro obiecuję napisać coś oryginalnego z myślą tylko o tym blogu, dziś jednak wciąż pozostajemy z „Warszawską Gazetą” i z moim najnowszym felietonem. Tym razem na tapetę bierzemy Twitter i jego użytkowników. Polecam.

Bardzo niedawno, ale zanim Rosja zaatakowała Ukrainę, a minister Sikorski z delegacją europejskich ministrów właśnie podpisał najkrócej obowiązujące porozumienie w historii świata, na twitterowym profilu Sikorskiego pokazało się jego zdjęcie, jak stoi pod przewróconym pomnikiem Lenina, a obok tekst w języku angielskim który w tłumaczeniu na język polski brzmi następująco: „Na pustynię: pod dachem przyczółkowym bez Lenina. Dziś poszły kolejne trzy”.
Pośmialiśmy się trochę z ministra Sikorskiego, głównie przez to, że pozując na oxfordczyka i pierwszego Anglika wśród Polaków, prezentuje znajomość języka na poziomie, który osiągnął wtedy, gdy po raz przyjechał pierwszy na wakacje do Anglii, a jeśli od tego czasu się poprawił, to tylko na tyle, by się z niego nie śmiali Polacy pracujący w Anglii na budowach. Ale był jeszcze jeden, kto wie, czy nie bardziej istotny powód do tego, by z Sikorskiego poszydzić. Otóż mamy ważnego ministra, przedstawiciela Unii Europejskiej do rozmów w sprawie poważnego kryzysu, który, chcąc skomentować swoje osiągnięcia, strzela jakieś słitfocie i wrzuca je na Twittera wraz z głupimi komentarzami.
No i przy tej okazji wrócił problem owego Twittera, a więc pewnego szczególnego miejsca w Internecie, które służy ludziom o pewnej szczególnej intelektualnej konstrukcji do spotykania się i albo wymieniania się uwagami bez znaczenia, lub zaledwie – co świetnie zrozumie każdy posiadacz psa – do oznaczania terytorium. Właśnie tak. Mam wrażenie, że jeśli idzie o Twittera, mamy do czynienia z tego rodzaju atawizmem. Ludzie, którzy tam potrzebują się udzielać, zachowują się jak psy, które nie są w stanie przejść spokojnie paru metrów, żeby nie zostawić po sobie choćby najmniejszego śladu.
No bo, zastanówmy, się, czemu minister Sikorski uznał za stosowne napisać ów tekst o pustyni i frontalu – tekst, zwróćmy uwagę, kompletnie bezużyteczny, nikomu niepotrzebny, nieciekawy, nawet nie dowcipny – i go zamieścić na Twitterze wraz z tym zdjęciem, na którym poza jego twarzą praktycznie nic nie widać? On z całą pewnością nie mógł mieć na myśli nic więcej, jak tylko „obsikanie” wcześniejszych sików. Gdyby było inaczej, on by się w przynajmniej minimalnym stopniu do tej notki przyłożył, a nie kompromitował się jakimś bełkotem.
Przyznam się szczerze, że na ową teorie z zaznaczaniem miejsca wpadłem dopiero niedawno. Wcześniej wydawało mi się, że tam może chodzić o coś znacznie wyższego, czego ja nie rozumiem. I oto wczoraj kolega podesłał mi „twit” zamieszczony przez samego Premiera. Proszę rzucić okiem:
@premiertusk: nigdy przyszłe pokolenie by nam nie wybaczyły, gdybyśmy z powodów osobistych ambicji formułowali działania nieadekwatne.Nie oszukujmy się. Tu w ogóle nie chodzi ani o Oxford, ani o język, ani zwykłe wieśniactwo. Tu nawet nie chodzi o to, że ktoś ma nam coś do powiedzenia. To z czym mamy do czynienia, to już prawdziwy obłęd. Ludzie transformują się w psy. I to te gorsze.

Czekając w napięciu na książkę o uczeniu języka, zachęcam wszystkich do kupowania tego, co już od pewnego czasu znajduje się w ofercie księgarni Coryllusa. Niezależnie od tego, proszę o bezpośrednie wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 7 marca 2014

Jacek Protasiewicz, czyli instynkt lodem skuty

Zdaję sobie sprawę z tego, że sprawa awantury w jaką się wdał z Niemcami Jacek Protasiewicz jest już trochę przejrzała, i że o wiele ciekawiej na przykład byłoby się pozastanawiać, co słychać u Henryka Wujca, lub choćby u tego biedaka, który miał pecha, że postanowił sobie przejść przez ulicę, gdy Wujec akurat pruł swoja bryką skądś dokądś. Ponieważ jednak na Wujca mamy zapis, a na Protasiewicza póki co można wbijać do woli, poznęcajmy się jeszcze przez chwilę na nim. Poza tym, tak się akurat składa, że poniższy tekst ukazał się w ostatnim numerze "Warszawskiej Gazety", i zgodnie z tradycją wypada mi go przedstawić też tutaj - w dodatku w pełniejszej nieco wersji. Zapraszam.

Kiedy europarlamentarzysta Platformy Obywatelskiej, jeden z wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego, szef kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej w nadchodzących europejskich wyborach, szef Platformy Obywatelskiej na Dolnym Śląsku, człowiek przez wielu typowany nawet na przyszłego premiera, Jacek Protasiewicz, na lotnisku we Frankfurcie zrobił pijaną awanturę, został aresztowany przez niemiecką policję i wywieziony stamtąd w kajdankach, a informacja o tym zdarzeniu przedostała się do mediów, można było zaobserwować dwa rodzaje reakcji. Pierwsza z nich to solidarność z Protasiewiczem tłumaczona tym, że nawet jeśli on nabroił, i nawet jeśli na co dzień jest naszym politycznym wrogiem, to naszym polskim obowiązkiem jest bronić rodaka przed Niemcem, druga natomiast to złośliwa satysfakcja z tego powodu, że oto mamy kolejną kompromitację kolejnego polityka Platformy Obywatelskiej, a to dla Polski jest zawsze wydarzeniem jak najbardziej korzystnym.
Szczerze powiem, że ze względu na wyssaną z mlekiem matki nienawiść do wszystkiego co niemieckie, osobiście jestem skłonny przyłączyć się do tych wszystkich komentatorów, którzy na chwilę zapominają o polityce i stają murem za Protasiewiczem. Powiem więcej, ja wręcz uważam, że Protasiewicz mógł się w tym szczególnym obłąkaniu posunąć jeszcze dalej, a mianowicie dać temu Niemcowi, który go potraktował nieuprzejmie, w pysk, albo przynajmniej powiedzieć mu, że jest „głupim szkopem” i go zwyczajnie opluć. Ja wiem, że on by za to co zrobił oberwał jeszcze bardziej, ale ja dzięki temu miałbym satysfakcję podwójną: Niemiec by dostał w pysk od Polaka, a Protasiewicz i jego partia mieliby jeszcze większe kłopoty, i byłoby git.
Ponieważ tu jednak nie zajmujemy się własnymi emocjami, w dodatku emocjami aż tak płytkimi, ale poważną analizą, chciałbym poświęcić parę słów na odniesienie się do Protasiewicza na poziomie ani nie związanym z jego ewentualnym alkoholizmem, ani ewentualnym uzależnieniem od narkotyków – o czym jeszcze w dalszej części tych refleksji wspomnę – ani nawet jego tak zwanym „buractwem”, ale z czymś co powszechnie się określa jako „wymiar intelektualny człowieka”.
Przyznam od razu, że ja akurat dużo nie podróżuję, a samolotem lecieć zdarzyło mi się parę razy w życiu, przez to jednak, że mam jako takie pojęcie o tym, jak wygląda dzisiejszy świat, wiem też, że przynajmniej od 11 września 2001 roku podróżowanie samolotami, czy w ogóle przekraczanie granic stanowi sytuację bardzo szczególną. Weźmy taką Wielką Brytanię. Tam na przykład, po wyjściu z samolotu jesteśmy natychmiast, z każdej niemal strony, witani wielkimi, bardzo jednoznacznie i surowo formułowanymi informacjami, że dopóki nie znajdziemy się poza lotniskiem, urzędnik celny jest dla nas jak Pan Bóg i każda próba zakwestionowania tego faktu, czy choćby próba podjęcia z tym faktem dyskusji, będzie traktowana jako próba „zastraszenia” urzędnika, i zostanie ukarana z całą surowością. Czemu tak jest, mogę się domyślać, ale to jest tak naprawdę bez znaczenia, bo skoro jest jak jest, to moje spekulację są przecież pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Sensowne jednak moim zdaniem jest założenie, że skoro oni tyle wysiłku włożyli w to, żeby o tym zastraszaniu nas informować, to lepiej na nich uważać. A więc, przyjmując tę wiedzę właśnie w takim kształcie, ja wiem na przykład, że mając świadomość, że ja po jednym drinku tracę rozum, lecąc samolotem, nie piłbym nawet lampki wina. Gdybym znał siebie na tyle dobrze, by wiedzieć, że nawet na trzeźwo niekiedy tracę nerwy, stanąłbym na głowie, by, przechodząc przez odprawę celną na lotnisku, wytrzymać tę parę minut i ulżyć sobie dopiero później, kopiąc jakiegoś psa, czy wrzeszcząc na kasjerkę w sklepie. Ale jest coś jeszcze. Gdybym był osobą publiczną, w dodatku zamieszkującą tę część publicznej przestrzeni, która jest szczególnie narażona na ryzyko utraty wszystkiego w jednej naprawdę chwili, to w miejscach, gdzie uznanie czy jestem kimś, czy nikim, zależy tak naprawdę od kogoś mi całkowicie obcego i ode mnie idealnie niezależnego, uważałbym szczególnie mocno.
No i mamy tego Protasiewicza, który w sytuacji ryzyka wręcz modelowego, zachowuje się jak kompletny dureń, łamiąc po kolei każdą z owych najbardziej oczywistych zasad, których się nie łamie wręcz na zasadzie odruchu. A kiedy mu się zwróci uwagę na to, że postąpił głupio, uśmiecha się jak dziecko i mówi: „No, zdenerwowałem się”.
Ktoś powie, że ja właśnie udzieliłem odpowiedzi, która sprawę wyjaśnia i zamyka. Protasiewicz to dureń i w tym cała tajemnica. Otóż nie do końca. Gdyby Protasiewicz był zwykłym durniem, nie byłoby o czym mówić. Podejrzewam, że każdego dnia, na różnych lotniskach na świecie odpowiednie służby, zaczynając od pilotów i tych dziewczyn w gustownych kapelutkach, a kończąc na urzędnikach celnych, muszą wyłapywać jakiś pijanych, czy zaćpanych turystów, którzy później płacą swoje kary i wracają do domu ze wspomnieniami. Protasiewicz, jak już wspomnieliśmy, nie jest przeciętnym turystą z pieniędzmi; on jest politykiem, w dodatku politykiem o bardzo ograniczonych poza Polską wpływach, i on powinien to wiedzieć nawet nie na zasadzie przemyśleń intelektualnych, ale dzięki zwykłemu, wręcz zwierzęcemu odruchowi, że jeśli tu nie będzie uważał, to spotkać go może taka przygoda, że się spod niej nie wygrzebie do końca życia.
W moim rozumieniu, sytuacja w jakiej znajdują się lokalni politycy o pozycji Protasiewicza, pozwala im naprawdę na bardzo wiele, ale tylko w kontaktach z ludźmi, którzy się tą pozycją mogą przejmować. A zatem, przepraszam bardzo, ale co my byśmy sobie pomyśleli o takim Protasiewiczu, gdyby on na przykład wlazł pod nadjeżdżający z dużą prędkością samochód, machając ręka i krzycząc, że uwaga na mnie, bo ja jestem przewodniczącym dolnośląskiej Platformy i osobistym kumplem Donalda Tuska? To chyba oczywiste, prawda?
Dziś czytam, że Jacek Protasiewicz był w sytuacji trochę bardziej skomplikowanej. On mianowicie już podobno od dłuższego czasu zachowywał się w samolotach i na lotniskach, jak w swoim biurze we Wrocławiu. A skoro tak, to przez to, że mu te jego wieśniackie zagrywki uchodziły zawsze na sucho, zatracił czujność. No ale znów – jeśli on zatracił czujność tu, to gdzie jej nie zatracił? Popatrzmy raz jeszcze na niego, jak siedzi w tym samolocie i gada przez telefon. Obsługa samolotu mówi mu, żeby on ten telefon wyłączył, on go nie wyłącza. Samolot nie może wystartować, więc ponownie się go upomina, żeby przestał gadać – on udaje, że skończył, ale gada dalej. Samolot dalej nie startuje, bo wszyscy czekają aż ten jakiś ruski pewnie, jak im się wydaje, buc się zamknie. Ale on gada dalej. Co trzeba mieć w głowie, jak bardzo trzeba mieć zdemolowany umysł, by nie brać pod uwagę, że się siedzi na bombie, która pewnie nie wybuchnie, ale kto wie? Kto wie? Przecież jak niewiele trzeba, żeby się okazało, że czy to ta stewardessa, czy pilot tego samolotu mają zwyczajnie zły dzień i postanowią się odegrać na pierwszej osobie, jaka im się nawinie. A jeśli to sobie postanowią, to mają w tym całkowitą, chronioną dziesiątkami gwarancji wolność.
Wydaje mi się, że większość polskich polityków, choćby tych najgłupszych, ów odruch ma opanowany. Dotychczas słyszeliśmy coś tylko o Lechu Wałęsie i Janie Marii Rokicie, no ale ich już zdążyliśmy poznać i wiemy, że tam mamy do czynienia z bardzo poważnymi deficytami. Poza tym, chyba już nic. Nawet poseł Szejnfeld chyba nie ma nic na sumieniu. A więc, co by o tych politykach nie mówić, tam pewien rodzaj ekscesów nie występuje.
I nagle mamy Protasiewicza. Co to za cholera? Czemu on się dał aż tak załatwić? Ktoś się może uprzeć i nadal utrzymywać, że on jednak może faktycznie jest zwyczajnie głupi. No ale głupota nie usprawiedliwia braku odruchów. Poza tym, no chyba dużo bardziej głupi od swoich kolegów posłów on nie jest. Ktoś powie, że był pijany. No ale o tym już też mówiliśmy. Powinien był nie pić. No to może był zaćpany? No ale tu też, powinien był nie ćpać.
A ja myślę, że tu jednak poszło o te dragi, plus przekonanie, że one nie szkodzą. Prostasiewicz najpewniej jest na wiecznym „haju” i to go tak odmóżdżyło, że pomijając prostą fizjologię, przestał się kontrolować kompletnie. Na razie. Co przyniesie jutro, Bóg jeden raczy wiedzieć. Możliwe, że następny ruch to będzie wysikanie się w sali odpraw. Miejmy więc, życząc mu naprawdę wszystkiego dobrego, nadzieję, że ta ostatnia przygoda go zwyczajnie wyrzuci na bruk. Tam może nabierze sił do normalnego życia. A kto wie, czy nie stanie się porządnym człowiekiem. Nie takie cuda się zdarzały.

Mam nadzieję, że już po niedzieli będziemy mogli zobaczyć świeżo wydaną książkę o uczeniu języka angielskiego. A jeśli nie, to trochę później w tygodniu. Gdyby ktoś chciał wesprzeć jej druk, bardzo proszę albo kupować to co już jest w księgarni u Coryllusa pod adresem coryllus.pl, lub u mnie bezpośrednio, albo zwyczajnie, tak jak dotychczas, wspierać ten blog pod podanym obok numerem konta. Bardzo wszystkim dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...