czwartek, 14 czerwca 2012

Wszystko jest poezja. Każdy jest poeta.

Moja współpraca z Coryllusem układa się tak – i to proszę sobie wyobrazić, bez jakichkolwiek specjalnych ustaleń – że on pisze o sprawach poważnych, a ja tak sobie pieprzę trzy po trzy, co mi przyjdzie do głowy. Wynika to pewnie trochę z temperamentu, ale też pewnie i z różnic w oczytaniu. Coryllus jest człowiekiem, który czyta, a ja zaledwie usiłuję sobie przypomnieć to, co przeczytałem, kiedy jeszcze miałem na takie zajęcia odpowiednie siły, i to doświadczenie jakoś wykorzystać. Poza tym, ja naprawdę – i proszę nie traktować tego mojego zapewnienia jako tępej kokieterii – inaczej nie potrafię.
Ponieważ teksty, które tu wklejam wielu osobom się podobają, a niektórym podobają się wręcz bardzo, zdarza się od czasu do czasu, że ktoś mnie zacznie namawiać, bym napisał coś poważniejszego. Na przykład powieść, albo zbiór opowiadań. A ja, choć rozumiem tę tęsknotę, bo bym sobie chętnie poczytał coś naprawdę poruszającego, napisanego ładnym językiem, a jednocześnie nie tak okropnie ulotnego jak felieton, w dodatku tak naprawdę bez początku i końca, za każdym razem odpowiadam, że to jest zwyczajnie nie do zrobienia. Przede wszystkim, ja, gdybym miał napisać coś dłuższego niż na parę stroniczek, bym się zwyczajnie w tym pogubił – i to zarówno jak idzie o formę, jak i o treść. No a poza tym, z opowiadaniem historii sprawa jest naprawdę bardzo poważna. Niemal tak poważna jak z robieniem poważnych filmów, które mają się nam zachować się w pamięci i wołać o ponowne obejrzenie. To nie może być więc tak, jak kiedyś zdarzyło mi się przeczytać w wywiadzie-rzece chyba z reżyserem Filipem Bajonem – to zresztą, biorąc pod uwagę fakt, że oni są wszyscy równie wybitni, akurat jest bez znaczenia – który opowiadał, że to jeden z jego filmów powstał w taki oto sposób, ze on wracał nad ranem samochodem z jakiejś imprezy, w pewnym momencie zatrzymał się na tak zwane sikanie, no i kiedy tak sikał, spojrzał na ów poranny krajobraz i on go tak nakręcił, że on w tej sprawie zrobił swój kolejny film.
Jak mówię, dziś praktycznie nic nie czytam, ale kiedy to robiłem, byłem w stanie nieustannego podziwu dla wielkości niemal każdego z nich. Czy to był jakiś Musil, czy Czechow, czy Lowry, czy Dahl, czy Canetti, czy choćby owi przeróżni Amerykanie, ja aż drżałem z owego podziwu i wiedziałem, że tu nie ma w ogóle o czym dyskutować.
I odwrotnie. Zdarzało mi się czytać – przyznaję, że zaledwie fragmenty – takich mistrzów współczesnej powieści, jak Kuczok, Pilch, czy ta Masłowska, i też wiedziałem jedno. Że gdyby mnie coś podkusiło, by się wziąć za pisanie powieści i napisałbym coś takiego, to bym ze wstydu zwyczajnie zwariował. Ktoś mi powie, że niepotrzebnie się tak unoszę, bo sam ostatnio parę razy pisałem o tym, że mainstream jest do niczego. Że trzeba czytać autorów niszowych, bo dopiero prawdziwy underground daje prawdziwe efekty. No ale, przykro mi to mówić, ale tu też nic z tego. Czy uznamy za niszę Bronisława Wildsteina, czy blogera podpisującego się Free Your Mind – tu jest jeszcze gorzej. Naprawdę. Daje słowo. Tu jest jeszcze gorzej. Ja miałem okazję zapoznać się z fragmentami sztuki powieściowej FYM-a i to jest po prostu coś, na co mi brakuje słów. I proszę mi uwierzyć, że ja w żaden sposób nie sugeruję, że sam bym od niego napisał coś mądrzejszego – choć kto wie? kto wie? – jest bowiem całkiem prawdopodobne, że moja powieść byłaby jeszcze gorsza. Tyle że ja właśnie przez to, nie widzę takiej możliwości, bym się kiedykolwiek miał brać za powieść.
Słyszę jednak opinie, że może faktycznie Kuczok i Pilch są do niczego, że to jest normalne towarzystwo okolic Wuborczej, i że trzeba próbować innych autorów, już nie tak celebrowanych, a mimo to naprawdę świetnych. I oto w ten właśnie sposób wpadła mi w ręce książka kogoś kto nazywa się Marek Krajewski, zatytułowana „Rzeki Hadesu”. Z zapowiedzi na okładce wynika, ze szansa jest, choćby z tego względu, że ów Krajewski, co by o nim nie myśleć, jak dotychczas, przynajmniej nie dostał wciąż jeszcze nagrody Nike. Poza tym, proszę posłuchać: „ur.1966 – pisarz, filolog klasyczny. Przez wiele lat prowadził na Uniwersytecie Wrocławskim zajęcia, z których zrezygnował, by poświęcić się wyłącznie pisaniu książek. Autor bestsellerowych powieści kryminalnych o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim. Ich przekłady ukazały się w dziewiętnastu krajach”. No a później jeszcze nagrody i tytuł „Ambasadora Wrocławia”.
Czytajmy więc: „Kilka dni wcześniej Popielski siedział rozparty jak pasza w garderobie Szaniawskiego i przypatrywał się dziennikarce pani Kazimierze Piechowskiej. Wyglądała tak jakby pozowała do obrazu Podkowińskiego Szał uniesień. Była pulchna, piegowata i ogniście rudowłosa. Miała cudownie jasną karnację, która w Popielskim budziła największy niepokój i pożądanie. Zastanawiał się bowiem od samego początku, jak mocno kontrastowałaby skóra jej pośladków z jego ciemnymi lędźwiami i udami”.
Rozumiemy się, mam nadzieję. Oto człowiek wykłada na uniwersytecie filologię klasyczną, i w pewnym momencie ogarnia go tak silny niepokój twórczy, że postanawia rzucić cały ten interes i poświęcić się wyłącznie pisaniu książek. No i efektem tego jest stworzenie postaci Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego, sprzedanie tego w dziewiętnastu krajach, no i to honorowe ambasadorowanie dla Wrocławia. No i skóra pośladków. Na tle ciemnych lędźwi. Przepraszam bardzo, ale tak to ja nie chcę. Nawet jeśli uznać, że ja lepiej od tego Krajewskiego wiem, jaką funkcję w zdaniu pełni spójnik „bowiem”. Nawet jeśli te lędźwie i skóra pośladków miałyby sprawić, że ja bym się mógł każdego dnia spokojnie budzić, nie martwiąc się już nigdy o los mojej rodziny. Za takie coś, ja serdecznie dziękuję.
Ktoś mi powie, że w tej sytuacji, to jest już mój problem. Jak chcę, mogę się męczyć i tłuc te felietony o niczym, i mieć jednocześnie satysfakcję, że one są takie świetne. I zgoda. To jest mój problem. Ale lędźwi nie będzie.
Proszę sobie wyobrazić, że przez ostatnie trzy dni, na numer konta, który pomaga nam jakoś ciągnąć, nie przyszedł nawet jeden skromny grosik. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że jest to w znacznym stopniu znak tego co się dzieje poza tym blogiem i w ogóle poza tym, co ja jestem w stanie objąć tym swoim jednym skromnym talentem. Ale ponieważ jest jak jest, bardzo proszę, jeśli ktoś ma coś wolnego, proszę pamiętać i o nas. A ja obiecuje, że wprawdzie powieści nie będzie, natomiast jesienią wydam coś, co będzie bardziej przypominało historię o labradorze, która ku mojej autentycznej satysfakcji, zrobiła na wielu bardzo dobre wrażenie. Mam już – włącznie z nią – już pięć rozdziałów. Dziękuję.

środa, 13 czerwca 2012

Facebook, czyli wszystko

Zdjęcie, które zamieściłem pod wczorajszą notką - podobnie zresztą, jak film, który pojawi się na sam koniec tego tekstu - otrzymałem od mojej córki, która znalazła je na Facebooku w parę sekund po zakończeniu meczu Polska-Rosja. Kiedy piszę „parę sekund”, wcale nie przesadzam. To w istocie było parę sekund. A to oznacza, że faktycznie, mecz się skończył, a moja córka w jednej chwili pobiegła do swojego pokoju i włączyła swojego Facebooka. O, tak!
Mamy w domu trzy komputery i jeden laptop. Laptop należy do pani Toyahowej, i tam Facebook nie istnieje. Komputer przy którym siedzę na co dzień również jest od Facebooka wolny. Dwa pozostałe, dzielone między troje dzieci, od rana do wieczora mają pootwierane dziesiątki tak zwanych kart, a każda z nich w ten czy inny sposób prowadzi albo do Facebooka, albo od Facebooka. Ostatnio, kilka razy zauważyłem, że już nawet ten komputer jest zatrzymany na stronie logowania Facebooka. Wtedy, jeśli chcę tu coś napisać, muszę się ponownie zalogować.
O ile sobie dobrze przypominam, kiedy poprzednim razem pisałem tu o Facebooku, wspomniałem rozmowę, jaką odbyłem z którymś z moich dzieci na temat tego, co takiego jest w tym Facebooku, co sprawia, że dla każdego z nich wynalazek ten to właściwie całe życie. A było tak, że ja – z żaden sposób nie potrafiąc pojąć tej fascynacji – zadałem proste pytanie: „Co tam jest takiego, od czego nie można się choć na chwilę oderwać?”, na co otrzymałem odpowiedź: „Tam jest wszystko”. Zdziwiła mnie ta informacja, bo przez, przyznaję, że niezbyt długi okres, kiedy to sam z Facebooka korzystałem, wydawało mi się, że zabawa ta polega głównie na dopisywaniu kolejnych nazwisk do listy swoich znajomych, no i wyrażaniu zgody na to, by nasze nazwisko znalazło się na innej liście. Raz też zdarzyło się, że pewna moja dawna uczennica coś do mnie na tym Facebooku napisała, a ja jej odpisałem, po to tylko zresztą, żeby dalszą część tej wymiany odbyć już telefonicznie. Raz też, pamiętam, zauważywszy jakimś cudem, że wśród „zespołów które lubię”, jest też coś co się nazywało Crime And The City Solution, odezwał się do mnie Simon Bonney, wokalista grupy i mnie pozdrowił. No i to tyle. A tu tymczasem, moje dziecko mi mówi, że „tam jest wszystko”.
Od tamtej rozmowy minęło już dość dużo czasu, a ja z coraz większym smutkiem stwierdzam, że moje dzieci – podobnie zresztą, jak bardzo wiele osób z ich pokolenia, a może i z pokoleń sąsiadujących, na całym świecie – od Facebooka stają się autentycznie uzależnione, a co gorsza, zauważam przy tym, że ja już chyba zaczynam rozumieć, co to znaczy, że „tam jest wszystko”. Otóż wygląda na to – mogę się oczywiście mylić, ale tak to w istocie wygląda – że wszystko, dokładnie wszystko, czym żyje każde z nich, a więc piosenki, wiersze, powieści, sztuka, plotki, polityka, różnego rodzaju ciekawostki, światowe sensacje – tego wszystkiego oni się dowiadują z Facebooka. Nagle sobie uświadomiłem, że to co dotychczas uważaliśmy za Internet z całym swoim bogactwem, skumulowało się właśnie na Facebooku. Że doszło do sytuacji, gdzie Internet, okazawszy się jako całość zbyt duży, zbyt rozległy, zbyt pojemny, stał się im potrzebny wyłącznie jako dostarczyciel Facebooka. A sam Facebook, przez swoją intensywność i to niezwykłe wręcz „stargetowanie”, stał się czymś, co sprawiło, że wszystko inne stało się zwyczajnie niepotrzebne.
Mam kolegę, który też ma dzieci, tyle że od moich starsze. Dzieci te są bardzo dobrze wykształcone, bardzo inteligentne, no i życiowo dość zaradne. Opowiadał mi kolega – jeszcze przed laty, kiedy nie bardzo wiedziałem, co to takiego ten Facebook – że kiedy jego syn przychodzi do nich ze swoją żoną na niedzielny obiad, oni wszyscy najpierw siadają do stołu, grzecznie jedzą, równie grzecznie podtrzymując rozmowę, następnie wstają od stołu, po czym syn i jego żona wyciągają po laptopie, siadają w fotelach i zaczynają załatwiać swoje facebookowe sprawy. Jak mówię, wtedy historia ta wydała mi się bardzo egzotyczna, z tego choćby względu, że i sama nazwa Facebook funkcjonowała w mojej świadomości jako coś bardzo egzotycznego. Dziś jednak widzę to bardzo jasno tuż pod samym swoim nosem.
Nie wiem, jaka szersza wizja przyświecała człowiekowi nazwiskiem Zuckerberg, kiedy tworzył dzieło swego życia. Na poziomie podstawowym wszystko wydawało się proste. Chodziło o to, by stworzyć portal społecznościowy dla studentów Harvardu, tak by mogli oni podtrzymywać stare znajomości i wymieniać się zdjęciami. Czy ów Zuckerberg wiedział, co jest na końcu tej drogi? Może tak, może nie. To akurat jest tu bez znaczenia, bo czy on w tym wszystkim był ręką, czy zaledwie narzędziem, nie zmienia faktu, że dziś setki milionów osób, takich jak moje dzieci, czy dzieci mojego kolegi, zostały pozbawione szansy spędzania czasu w taki sposób, by móc dokonywać wyboru. A tym samym, zostały pozbawione czegoś, co się powszechnie nazywa wolnością.
Od kilku dni, próbuję przekonać mojego syna, by wykonał ten gest udowodnił, że jest mężczyzną, i wyrejestrował się z Facebooka. Żeby, jako jedyny ze swojego towarzystwa, pokazał że jest człowiekiem wolnym. I wiem, że ile razy na ten temat rozmawiamy, on słyszy, co do niego mówię, i mnie rozumie, albo przynajmniej zrozumieć się mnie próbuje. Wiem to choćby stąd, że w pewnym momencie on sam – bez żadnej mojej sugestii – przyznał, że, kiedy się nad tym zastanawia, dochodzi do wniosku, że Facebook tak naprawdę nie przyniósł mu dotychczas jednej wymiernej korzyści. Zero. Facebook go tylko uzależnił. Tylko go zniewolił. Facebook, z pewnego punktu widzenia, doprowadził go do sytuacji wręcz tragicznej – do stanu, gdzie on nawet nie jest w stanie zwyczajnie, po ludzku się ponudzić. Do sytuacji, gdzie on – ja już nie mówię o tym, by sobie włączyć telewizor, czy wziąć do czytania książkę – nie jest w stanie zwyczajnie siąść w fotelu i bezmyślnie pogapić się w sufit. Facebook tę część naszego życia skutecznie zlikwidował. Dzięki Facebookowi już nikt nigdy nie będzie się nudził. A jeśli i nawet to akurat uczucie się od czasu do czasu pojawi, to też wyłącznie w ramach samego Facebooka. Człowiek wejdzie na „fejsa”, zacznie ziewać, jęknie: „Ale nudy!”, i poczuje że życie jest do niczego.
Czy Mark Zuckerberg, tworząc ów projekt, wiedział, że tak to się skończy? Jak mówię, może wiedział, może nie wiedział. Nie ulega jednak wątpliwości, że jego dzisiejszy sukces w dużym stopniu opiera się właśnie na tym. Na skutecznej likwidacji nudy. Na takim przetworzeniu rzeczywistości, że wszelka ewentualna nuda zostaje ograniczona właśnie do tamtego wymiaru, do świata realnego\, a jeśli jakimś cudem pojawi się i tu, to wyłącznie na zasadzie jakiejś awarii.
Szedłem dziś rano do pracy, i jak co dzień, wokół mnie rozdawano gazetę „Metro”. Na pierwszej stronie, zdjęcie piłkarza Blaszczykowskiego i wielki tytuł „Kuba Boski Blaszczykowski”. Chodzi o to, że Blaszczykowski w meczu z Rosją zdobył dla Polski bramkę – to już jest druga polska bramka na tych mistrzostwach! – i dzięki tej bramce… właściwie, nie wiadomo, co dzięki tej bramce, bo sytuacja w grupie jest taka, że nawet gdyby tej bramki nie było, nic by to nie zmieniło. I tak trzeba nam wygrać z Czechami, co może się okazać trudne. No ale ten tytuł właśnie taki jest. Na drugiej stronie tego samego „Metra”, kolejny wielki tytuł „Kuba znaczy kapitan”. Jeszcze wczoraj, w telewizji pokazano polskich kibiców, jak stoją pod hotelem, w którym mieszkają polscy piłkarze i skandują „Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy!” Jeszcze wcześniej, w programie „Kropka nad i” Monika Olejnik wystąpiła w ogromnym biało-czerwonym kapeluszu, a na wtorkowym posiedzeniu rządu ministrowie założyli szaliki i odśpiewali piłkarski hymn. Patrzę na ten film, widzę, że przed każdym z ministrów stoi laptop. A ja już się tylko zastanawiam, czy oni wszyscy są zalogowani.

Zanim obejrzymy sobie to coś, bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, no i zapraszam do księgarni Coryllusa, gdzie można kupić obie moje książki. Szczerze polecam.


wtorek, 12 czerwca 2012

Górnicy z Wujka - Errata

Powiem zupełnie uczciwie, że przez tę piłkarską hucpę, po raz pierwszy od niewiadomo kiedy, poczułem całkowitą niemoc. Chodzą mi po głowie różne myśli, chciałbym opowiedzieć coś bardzo ważnego, ale za co się wezmę, wychodzi kolejna klapa, choćby przez to, że wciąż widzę to dzisiejsze posiedzenie Rządu, na którym ta banda łobuzów przebrana za kibiców drze mordy z tą jedna jedyną intencją – by nasi wygrali. Tym razem z Rosją. A ja już tylko z przerażeniem myślę, co to będzie, jeśli się okaże, że na dzisiejszym meczu jednak pojawią się Putin z Miedwiediewem, tyle że skromnie, bez rozgłosu, tak dyskretnie, by o tej wizycie nie wiedział ani Donald Tusk, ani Bronisław Komorowski, ale jedynie właściciel prezydenckiej łoży – człowiek nazwiskiem Abramowicz. Bo, powiedzmy sobie szczerze, co Tuskowi (czy Komorowskiemu) do tego, co porabia tych dwóch, czy może trzech?
W tej sytuacji, myślę sobie, że może jeszcze tym razem zostanie mi to darowane, a ja, zamiast zwykłej notki, zamieszczę dziś erratę do Elementarza. Jak już pisałem, przez niezawiniony przez nikogo tak naprawdę błąd, przy składaniu książki, z refleksji o Górnikach z Wujka wypadła pierwsza linijka. Bardzo mi przykro, że tak się stało. Proszę więc sobie wydrukować to co poniżej, zatytułować to „errata”, wyciąć i wsadzić tę karteczkę pod okładkę:

Górnicy z Wujka – Z córką jednego z nich, panią Czekalską, pracowałem w szkole. Został zastrzelony. Jednego poznałem osobiście. Przywódcę strajku – pana Stanisława Płatka. Przeżył. Dziś pracuje jako… ja wiem? Portier? W Muzeum przy Kopalni. Jak kto chce, może do niego podejść i zapytać o różne rzeczy, a on mu wszystko opowie. On nie jest nasz. Jest niczyj. Zupełnie niczyj. Przyjedźcie do Katowic, zajdźcie do tego Muzeum, zapytajcie o Stanisława Płatka. I posłuchajcie jego historii.

Jeszcze raz przepraszam i proszę uprzejmie w miarę możliwości wspierać ten blog. A jak ktoś jeszcze nie ma, zachęcam do kupowania książki. Naprawdę warto. A poniższe zdjęcie, tu dzięki uprzejmości Agencji Gazeta, proszę potraktować jako prezent na zakończenie meczu Polska-Rosja.

niedziela, 10 czerwca 2012

O oku szeroko przymkniętym

Otrzymałem maila. Nie wiem, od kogo, nie wiem też za bardzo, po co… Prawdę powiedziawszy nie wiem nic. Mail ów do mnie przyszedł jako reakcja na tekst, który niedawno zamieściłem zarówno w Salonie, jak i tu na blogu, a poświęciłem towarzystwu, które nazwałem „polskim bydłem”.
Jak mówię, nie mam pojęcia, kto wysłał do mnie tego maila, jednak nie jest też tak, że jego autor pozostaje nieznany zupełnie. Coś bowiem na jego temat wiem, a to mianowicie, że, jak sam pisze, jest „członkiem rodziny jednej z osob wymienionych z nazwiska w Pańskim artykule”. Ponieważ w swoim artykule wymieniłem pięć nazwisk, zagadka, przed którą stoję pozostawia mi dwie możliwości: albo uznać, że to jest od początku do końca jakiś żart, albo że mam do czynienia z kimś, kto reprezentuje rodzinę Figurskich, lub Wojewódzkich, ewentualnie Potońców, lub Bisiorków, ewentualnie – i to, przyznam, by mnie trochę uspokoiło – Alvina Gajadhura.
Tak czy inaczej, szanse są jeden do czterech, czy może – nie zapominając o ewentualności żartu – do pięciu. Czemu wspominam o nadziei na to, że nadawcą maila jest ktoś, kto się nazywa Gajadhur, a nie na przykład Potoniec? Oczywiście najprościej by mi było pociągnąć wątek poruszony we wspomnianej notce, i powiedzieć, że z pewnego punktu widzenia wolę towarzystwo ludzi o nazwisku Gajadhur, zamiast jakichś Potońców, czy Figurskich, a więc, że w pewien bardzo paradoksalny sposób lepiej bym się tu czuł w towarzystwie nie-Polaków niż Polaków, no ale sytuacja wcale nie nastraja mnie do tego rodzaju retoryki. Bo, powiem uczciwie, jest mi trochę nieswojo. A ów nastrój bierze się stąd, że we wspomnianym mailu pojawił się fragment, który mnie autentycznie zaniepokoił. Otóż w pewnym momencie jego autor wyraził swoje „zdumienie” moją „odwagą”. I w tym, muszę przyznać, jest coś, co mi się bardzo nie spodobało. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że ja bym bardzo nie chciał, żeby to co ja robię świadczyło o mojej odwadze. Chciałbym, żeby moje teksty dowodziły mojej wrażliwości, poczucia humoru, niechby nawet i inteligencji… więcej – niechby nawet i braku rozsądku, natomiast w żadnym wypadku nie odwagi. A to z tego względu, że ostatnia rzecz jaka jest mi potrzebna, to świadomość tego, jaki to ja, głosząc swoje przekonania, jestem dzielny.
Jeśli ma się okazać, że ja, pisząc to co piszę, jestem bardzo odważny, to ta wiadomość wręcz logicznie musi prowadzić mnie do wniosku, że jest coś, czego ja się powinienem bać, podczas gdy się nie boję. Otóż nic z tego. Ja się owszem boję. Boję się choćby sytuacji, kiedy okaże się, że od czasu gdy przez prowadzenie tego bloga zostałem zmuszony do tego, by się do tych, którzy go czytają zwracać o wsparcie, sytuacja zaostrzyła się do tego stopnia, że tym razem ja już nie stracę reszty środków utrzymania, ale coś znacznie większego. A ja owej zmiany w nastrojach nawet nie zauważyłem.
Proszę mnie dobrze zrozumieć. To nie jest tak, że ja się głupio nakręcam. Zanim dostałem tego maila, moje życie było stosunkowo spokojne. Natomiast dziś wiem tyle, że ktoś postanowił mnie – z dobrego, czy złego serca – pochwalić za odwagę. I, biorąc pod uwagę szczególny kontekst owej wiadomości, ktokolwiek jest jej autorem – ja muszę brać pod uwagę, że ten ktoś wie więcej ode mnie. Kto wie, czy nie znacznie więcej. Ale należy powiedzieć coś jeszcze. Ktokolwiek jest tej autorem wiadomości, i niezależnie od tego, na ile jego opinie są miarodajne, sytuacja w której w ogóle pojawia się taka myśl, że głoszenie poglądów jest dowodem jakiejś odwagi, świadczy o tym, że nie jest dobrze. Że jest wręcz do dupy.
Bisiorek, Potoniec, Figurski, Wojewódzki, Gajadhur. Jak mówię, poczułbym się lepiej, gdyby autorem tego maila był ktoś od tego Hindusa, a nie od tamtych Polaków. Bardzo nie chce, żeby to ktoś z tamtej strony gratulował mi odwagi. Tyle że tu też, jeżeli nawet to jest ktoś od tego Gajadhura, to informacja, że nazwanie przeze mnie któregoś z tych czterech pozostałych „polskim bydłem” wymaga z mojej strony jakiejś szczególnej odwagi, robi wrażenie czegoś, czego lekceważyć nie wypada. Inna sprawa, że już i tak wszystko jedno. Cofać się nawet nie mam gdzie. Pozostaje mi więc w dalszym ciągu zachęcać do kupowania moich książek i prosić o wspieranie tego bloga, tak jak dotychczas. No i spać z jednym okiem otwartym.

Przedwakacyjne konkursy wciąż trwają. W imieniu młodego Toyaha bardzo proszę wysyłać sms-y na numer 71160 o treści: jzr.126 . Oczywiście, to będzie kosztowało jakąś złotówkę, ale jeśli komuś nie zależy, to będzie nam miło. Tym razem bez limitu dziennego.

sobota, 9 czerwca 2012

Bardzo dobry był też Szerubar

Ostatni raz jak interesowałem się piłką nożną na tyle, by wiedzieć, kto gra z kim i kiedy, to były jeszcze wczesne lata 80-te. Myślę, że mistrzostwa świata w roku 1982 jeszcze jakoś śledziłem, natomiast już cztery lata później – może przez to że akurat w tym czasie braliśmy ślub – swoją fascynację kibicowaniem miałem dawno za sobą. Czemu tak się stało. Uważam, że przez politykę. Napięcia na linii sport-polityka były tak silne, że ja po prostu uczciwie kibicować nie byłem już w stanie. W pewnym momencie – i przyznaję, że pewnie dużo za późno – pojawiła się świadomość, że dopóki polska drużyna – „nasi chłopcy”, „biało-czerwoni”, „nasze polskie orły” – będzie dalej odnosić sukcesy, nie mamy absolutnie na co liczyć.
Doszło do tego, że jak idzie o osoby publiczne, poza Jerzym Urbanem, który pozostawał oczywiście poza wszelką konkurencją, najbardziej nieznosiłem sportowych komentatorów, takich jak na przykład Dariusz Szpakowski. Doszło do tego, że kiedy już wreszcie pojawiła się szansa, że to wszystko ostatecznie szlag trafi, z utęsknieniem czekałem, jak będę mógł ujrzeć Urbana przed sądem, a tę całą bandę – żebrzącą na ulicy, z potłuczonymi garnuszkami w dłoniach. Jak wiemy dziś, zarówno jedni jak i drudzy, poradzili sobie fantastycznie.
Oba wczorajsze mecze oglądałem niemal w całości. Niemal, bo przyznaję, że pierwsza połowa pojedynku Polska-Grecja mnie ominęła. Oglądałem też trochę program przed meczem, kiedy to telewizyjni dziennikarze z zaproszonymi gośćmi, a więc Marcinem Dańcem i Zbigniewem Hołdysem tworzyli atmosferę narodowego święta, trochę wcześniej byłem w mieście za sprawami, przedzierając się wśród grupek już wtedy pijanych kibiców, udających się do tak zwanej Strefy Kibica pod katowickim Spodkiem, no a nieco później udałem się na pocztę wysłać parę obiecanych książek – jedyny moment w ciągu tygodnia, kiedy tam było kompletnie pusto – i jeszcze zrobić trochę zakupów. Później wróciłem do domu i już oglądałem wszystko do samego końca.
Jak mówię, piłką interesuję się w tym samym stopniu co wszystkim innym, a więc od okazji do okazji, natomiast są chwile, kiedy moje w tej mierze zainteresowanie sięga nieco wyżej i głębiej, niż zwykle. Stało się tak w drugiej połowie meczu Polska-Grecja. Otóż, jak wszyscy wiemy, najpierw polski bramkarz – dla wszystkich chętnych, by się ze mnie pośmiać, jaki to jestem głupi, niech będzie Szerubar – puścił bramkę, a następnie na polu karnym sfaulował zawodnika Grecji, za co dostał czerwoną kartkę, a Grecy szansę wyjścia na prowadzenie, którą z kolei odebrał im nasz rezerwowy bramkarz – tu znów ukłon w stronę rechoczącego towarzystwa – Tyrubar. Z tego co już wczoraj miałem okazję usłyszeć i przeczytać, a dziś tylko dla owych emocji znaleźć potwierdzenie, wynika, że Ogólnopolska Strefa Kibica za największego przegranego wczorajszego meczu uważa właśnie bramkarza Szerubara. Z tej oto przyczyny, że to przez niego nie wygraliśmy. lecz zaledwie uzyskaliśmy ów nędzny remis.
Otóż, nie mając absolutnie jakichkolwiek pretensji do bycia ekspertem, mam swoje oczy i swój rozum, i chciałem poinformować, że moim zdaniem, bramkarz Szerubar był bardzo dobry, natomiast pierwsza bramka została spowodowana kompletnym brakiem porozumienia między nim, a reszta obrony. Na polu karnym panował taki chaos, że nawet gdybyśmy zamiast Czerubara mieli Petra Czecha, czy samego Casillasa, ta bramka i tak by padla. Bramkarz nie jest jedyną osoba odpowiedzialną za to co się dzieje na przedpolu. Można wręcz powiedziec, że jest sobą za to odpowiedzialną w stopniu najmniejszym. A zatem dzisiejsze pyskowanie na Szerubara, jest co najmniej bezczelnością.
No ale pies drapał tę bramkę. Powiedzmy, że ja się nie znam i wina jest po stronie Szerubara. Nie ma jednak żadnej możliwości, żeby zgłaszać do niego pretensje o karnego i tę czerwoną kartkę. Uważam że trzeba być kompletnie ślepym i pozbawionym rozumu, żeby nie widzieć zasług jaką własnie polski bramkarz ma dla tego remisu. Gdyby on, w sytuacji, kiedy to, dzięki postawie polskiej obrony, grecki napastnik wychodził na najczystszą z możliwych pozycję, go nie sfaulował – mielibyśmy nie 1-1, ale 1-2, a niewykluczone, że Grecy, niesieni sukcesem, wlepili by nam jeszcze jedną bramkę, albo dwie, i byliby dziś Grecy bohaterami otwarcia Mistrzostw w takim samym niemal stopniu co Rosjanie, po swoim zwycięstwie nad Czechami. No może nie dokładnie w tym samym. W końcu, Czesi to jednak nie Polska.
A więc, z mojego nędznego piłkarskiego kącika, mam apel prawdziwych kibiców: Odpieprzcie się od Szerubara. Bo to dzięki niemu udało nam się utrzymać ten nędzny remis. I tylko dzięki niemu. Zamiast tego, proszę sobie przypomnieć obraz naszego prezydenta, siedzącego na trybunach, obok Platiniego i Janukowycza, z tą świadomością, że przeznaczona dla niego oryginalnie loża została zajęta przez jakiegoś Moskala o nazwisku, którego szczęśliwie akurat nie umiem sobie przypomnieć, z towarzystwem bez nazwisk. Bo to jest to coś, co powinno nam wypełniać nasze emocje od rana do wieczora. A nie kawałek nadmuchanej skóry.

A zatem, oni się bawią, a my jakoś staramy się żyć. W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić do kupowania książek i wspierania tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 7 czerwca 2012

Dla moich zmarłych kumpli

Mamy Boże Ciało, a więc dzień specjalny. A przez to, jak się zdaje, ani gorszy, ani lepszy do tego, by opowiedzieć o zmarłych przyjaciołach.
A zatem proszę sobie wyobrazić, że życie moje tak się ułożyło, że stosunkowo wcześnie – no bo w istocie, to było i jest trochę za wcześnie – zmarła większość moich najserdeczniejszych i najbliższych przyjaciół. Pierwszego pochowaliśmy mojego wówczas najbliższego kumpla Czesia. Że on umrze, wiedzieliśmy wszyscy. Czesiu cierpiał na schorzenie, które nosi popularną nazwę zaniku mięśni, i on sam pewnego dnia mi powiedział, że właśnie gdzieś przeczytał, że nie ma takiego przypadku na świecie, by ktoś z jego chorobą – a wszystko wskazuje na to, że jest to choroba wrodzona – przeżył więcej niż 42 lata. Czesiu zmarł w wieku lat 40. Cztery dni przed śmiercią zadzwonił do mnie i powiedział, że zabierają go do szpitala, a ja wiedziałem, że to już koniec. Więc mu tylko powiedziałem, żeby miał na mnie stamtąd oko, on powiedział, że dobrze, a potem już nie rozmawialiśmy, bo ani on, ani ja nie mieliśmy już na to siły. Gdyby był bardziej znany, jestem pewien, że Kościół uczyniłby go świętym.
Kolejnym moim kumplem, który już niestety nie żyje, był Marek. Tego się nie spodziewałem. Tego się nikt nie spodziewał. Ostatni raz rozmawialiśmy w Wigilię, która mi go zabrała. Złożyliśmy sobie życzenia, on był jakiś mało wesoły, a cztery godziny później nie żył. Dostał wylewu i zmarł. Ot tak! Był moim wielkim przyjacielem. Od czasu jak on nie żyje, nie ma ani jednej osoby – ani jednej! – z którą mógłbym zwyczajnie porozmawiać o muzyce.
Jutro mam pogrzeb. Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły, ale również potem, i na studiach i kiedy z panią Toyahową już przymierzaliśmy się do wspólnego życia, on był zawsze z nami. Jeździł z nami na wakacje nad morze jako przyzwoitka. Najszczęśliwszy człowiek na Ziemi. Nie pamiętam jednego razu, by on był nieszczęśliwy, zły, smutny, wściekły; nie wyobrażam sobie, i nikt kto go znał, nie mógł sobie w stanie wyobrazić sytuacji, by on kiedykolwiek odmówił komukolwiek pomocy. Pamiętam, dawno temu, kiedy byłem jeszcze bardzo młody, okropnie się upiłem. Tak się złożyło, że moi rodzice wyjechali, brat już z nami nie mieszkał, a ja siedziałem sam w domu i nagle się wystraszyłem, że będę musiał kiedyś umrzeć. A więc wziąłem flaszkę, którą gdzieś wygrzebałem i ją sam wypiłem. To było straszne. Następnego dnia przyszedł mój kumpel Jacek, i wszystko wysprzątał. Właśnie tak. Bez słowa pretensji, jakby sam to wymyślił. Zupełnie jakby przeczytał to w „Ojcu Chrzestnym”.
Mojemu kumplowi Jackowi życie się nie ułożyło. Tak jak ja, próbował zdawać na anglistykę, tyle że ja miałem więcej uporu. Ostatnio mieszkał w domu opieki społecznej i – choć osobiście nigdy go nie widziałem pijanego – podobno pił. Wbrew pozorom, nie zginął jak menel. Stał sobie w ubiegłą niedzielę na przystanku autobusowym w Siemianowicach, i w pewnym momencie wjechał w niego samochód, którego kierowca chwilę wcześniej pechowo zasnął za kierownicą. Mój syn ma po nim na pamiątkę swój pokój, który mój kumpel Jacek mu pięknie odmalował za jakieś marne grosze i okazję do posłuchania fajnej muzyki. Jego brat pięknie zilustrował moje dwie książki. Też dobry kolega.
Pisałem niedawno, że starsza Toyahówna pojechała specjalnie do Krakowa, żeby stać całą noc w kolejce i ostatecznie odebrać wejściówkę na trening angielskich piłkarzy. Ona jest piłkarskim kibicem i dla niej to wielka okazja, by poczuć pełnię i radość życia. Niestety, jak wiemy – nawet TVN24 to pokazywał – wszystko szlag trafił, więc moje dziecko wróciło do domu z pustymi rekami i łzami w oczach. Ostatecznie kupiłem jej dość okazyjnie dwie wejściówki gdzieś w Internecie.
I teraz ona nie ma z kim iść. Nie żeby nie miała znajomych. Owszem, ma ich pewnie aż za dużo, tyle, że nikt nie jest tak szalony, żeby tracić czas na jakieś głupie treningi. Prawda? Słowo daję, że bym pojechał z nią. Bardzo bym chciał. Tyle bym dał, by z nią tam pojechać. Niestety, pani Toyahowa jest w szkole, młody Toyah i jego młodsza siostra nie wykazują zainteresowania, tylko my dwoje jesteśmy bezrobotni. Tyle że ja mam ten pogrzeb. Zmarł mój serdeczny kumpel Jacek, no i tu akurat nie ma dyskusji. Pewnie więc pojedzie sama. Biedna.
Mamy Boże Ciało. Cudowny czerwcowy dzień. Dzień równie dobry jak każdy inny, by się za nich pomodlić.

Przypominam o dwóch bardzo dobrych książkach, które czekają na to, by je przeczytać. Jak już sprzedam nakład Elementarza, zrobimy dodruk, a tam notka o Górnikach z Wujka będzie w całości, razem z pierwszą linijką, która nam niefortunnie wypadła przy składaniu.

środa, 6 czerwca 2012

O polskim bydle

Ostatnio, podobno przez to, że zbliżają się mistrzostwa w piłce nożnej, a niewykluczone, że zwyczajnie, na zasadzie nieustannego przypominania światu, co to za banda schamiałej dziczy ci Polacy, powrócił temat naszego wyssanego z mlekiem matki antysemityzmu, czy w ogóle typowego polskiego szowinizmu. Cały cywilizowany świat zatem aż drży z niepokoju, co to się będzie w polskich miastach działo przez najbliższe tygodnie, kiedy to „polactwo” zostanie skonfrontowane z zachodnią kulturą i ta cala czerń wylezie na ulice.
Powiem zupełnie szczerze, że wobec tych nastrojów mam odczucia bardzo ambiwalentne. Oczywiście, jako szczery polski patriota, czuję nieprzyjemne emocje, kiedy słyszę, że jesteśmy tak fatalnie oceniani, zdaję sobie jednak też przy tym sprawę z tego sprawę, że coś takiego jak antysemityzm, również antysemityzm polski, istnieje. Uczciwie też przyznaję, że i ja, gdyby mnie ktoś spytał, czy jestem antysemitą, nie miałbym w żaden sposób powiedzieć, że ależ skąd! – Nie! Że jak idzie o Żydów pozostaje całkowicie neutralny. Ludzie jak inni. Powiem więcej. Gdyby moja córka zażyczyła sobie wyjść za mąż za studenta medycyny z Nigerii, z Korei, czy Kataru, lub gdyby ona mi przyprowadziła do domu bardzo grzecznego i przystojnego Cygana i powiedziała, że to jej chłopak imieniem Waldi, ja bym był bardzo, ale to bardzo niezadowolony. A więc, jeśli ktoś mi powie, że jestem szowinistą, nie mam nic na swoją obronę.
Natomiast muszę powiedzieć coś jeszcze. Otóż ja ze swoją niechęcią do Czarnych, do Żydów i w ogóle do obcych, się nie obnoszę. Więcej. Ja ani jednym słowem, czy gestem, nie daję po sobie poznać, a już z całą pewnością nie wobec bezpośrednio zainteresowanych, że oni budzą we mnie jakiekolwiek negatywne uczucia. Wynika to z jednej bardzo prostej przyczyny. W swoich kontaktach z ludźmi, przynajmniej do czasu gdy oni mi zejdą z oczu, ja wszystkich traktuję równo – jak ludzi, takich samych jak ja. A więc, jeśli mam naprzeciwko siebie jakiegoś beznadziejnego gbura, jest mi doskonale obojętne, czy on jest Żydem czy Polakiem spod Przemyśla, i odwrotnie – kiedy mam do czynienia z miłym i grzecznym człowiekiem, też mnie nic nie obchodzi co to za jeden – Cygan, czy Hindus, czy dziennikarz z Warszawy. Najwyżej będzie tak, że mniej lub bardziej się zdziwię. Na przykład zdziwię się mniej gdy poznany warszawiak okaże się człowiekiem niesympatycznym, a bardziej, gdy niesympatyczny okaże się Portorykańczyk. Bo, jak wiemy, z nami rasistami bywa różnie.
Skoro jesteśmy przy czystej krwi Polakach, a nie na przykład Jamajczykach, jednym o nazwisku Wojewódzki, i drugim nazwiskiem Figurski, gdyby okazało się nagle, że oni są bardzo miłymi ludźmi, o szerokich horyzontach i otwartym sercu, byłbym zszokowany. Gdyby natomiast miało się okazać, że to są dwaj Żydzi, pewnie bym wzruszył ramionami i mruknął pod nosem coś w rodzaju: „Wiadomo”. Natomiast, jest na sto procent pewne, że gdyby mi się zdarzyło ich poznać osobiście i odbyć z nimi rozmowę, nie zacząłbym się na nich drzeć w stylu: „Wy pieprzone Żydy – do gazu z wami”, ale zwróciłbym się do nich słowami „Polskie bydło”. Choćby po to, by ich wyprowadzić z równowagi. Jak mówię – dziwnie kręte są ścieżki mojego szowinizmu.
Od razu śpieszę wyjaśnić kwestię owego polskiego bydła. Uważam bowiem, że Figurski i Wojewódzki to jest jak najbardziej polskie bydło, które, kiedy widzi kogoś kto ma ciemniejszy kolor skóry, a w dodatku posiada egzotycznie brzmiące imię i nazwisko, natychmiast zaczyna rechotać. Oni są bowiem dokładnie tak samo dzicy i nieokrzesani, jak bandy głupich kiboli wrzeszczących na meczach „Żydzi do gazu!” Tyle że mają od nich coś więcej. O ile tamci są tak durni, że prawdę powiedziawszy, zamiast krzyczeć „Żydzi do gazu!”, mogliby się równie dobrze wydzierać „Żydzi na narty!”, albo „Magistry na plażę”, bo im to jest naprawdę wszystko jedno, a jak idzie o ten gaz to pewnie nawet nie wiedzą, o co chodzi, bo tacy są tępi – ci akurat wiedzą wszystko. Ci dwaj to elita.
Ale jednocześnie Wojewódzki z Figurskim to jest już wyższa półka polskiego chamstwa. Kiedy więc oni udawali że dzwonią do Alvina Gajadhura, żeby mu powiedzieć, że jest głupim czarnuchem z buszu, rozumieli każde swoje słowo i doskonale wiedzieli co każde z nich znaczy i jaką ma moc. A więc oni oczywiście kolorowych nienawidzą dokładnie tak samo jak ci podmoskiewscy faszyści, o których czasem czytamy u nas w gazetach, tyle że też od samego początku wiedzą, że to nie jest ładnie. A mimo to zrobili co zrobili. Dlaczego? Diabli wiedzą. Tu pewnie jest trochę właśnie tak jak ze wspomnianymi Ruskimi. „Czemuście go zabili?” „A ja wiem? Bo wkurwiał”. A kiedy dziś mówią, że to był tylko taki żart, to tym bardziej pokazują się jako polskie bydło. Ale nie chodzi tylko o nich. Jak słyszę, na wieść o tym, co ci dwaj Polacy zrobili, myślę sobie, ich szefostwo ze stacji Eska, prezes Potoniec i dyrektor programowy Bisiorek swoim w oświadczeniu wyjaśnili, że „program miał charakter satyryczny, a intencją autorów było obnażenie i krytyka pokutujących w części naszego społeczeństwa zachowań ksenofobicznych”. A ja uważam, że skoro oni tak ten rasistowski wybryk tłumaczą, to Potoniec i Bisiorek to taka sama polska hołota jak Figurski i Wojewódzki.
A zatem, mój ambiwalentny stosunek do płynących do nas z zagranicy przekazów tym bardziej się umacnia. Jest mi oczywiście przykro, że o nas tak źle mówią i piszą na świecie, jednak nie mogę się nie zgodzić, że coś w tym jest. A więc muszę, tu, korzystając z okazji, oświadczyć, że jeśli Figurski, Potoniec, Wojewódzki i Bisiorek to nie są Żydzi, ale Polacy, to gdyby moja córka zakochała się w którymś z nich, to ja bym się modlił na kolanach, żeby ona spotkała jakiegoś miłego Żyda. Albo Murzyna. Byle nie Polaka.

Don Esteban ostatnio mnie nastraszył że najlepsze za mną, ale mam nadzieję, że i tym razem nie było najgorzej. Jeśli ktoś się z tym zgadza, a ma jakiś luźny grosz, będę wdzięczny za wsparcie tego bloga. Dziękuję. No i pamiętajcie o książkach. Z czystym sumieniem polecam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...