czwartek, 21 października 2010

Don Paddington: Słowo

W odpowiedzi na apele, ktore pojawiły się pod niedawnym wpisem o polskim grzechu, nasz ksiądz przesłał nam dwa teksty, które z wielką satysfakcją tu przedstawiam. A więc dziś refleksja główna. Suplement jutro.


Gdzieś tam w komentarzach do toyahowych tekstów, pojawiły się nazwiska Dicka i Lema, znanych światu z twórczości since-fiction. A nikt nie zauważył, że i sam nasz Szanowny Gospodarz, w tekście „Kaftan dla wszystkich”, sformułował ciekawą, nader fantastyczna tezę, w brzmieniu następującym: „On (Igor Janke – dop. DP) wie, że dopóki między nim – człowiekiem skromnym, spokojnym i przecież bez większych pretensji – a Cywilizacją stoi Jarosław Kaczyński, gniew Nowego Wspaniałego Świata jego może szczęśliwie nie dotknie.”
Fantastyczność tej tezy nie dotyczy red. Janke, lecz zawartego w niej schematu rzeczywistości. Cytowane zdanie jest bowiem hipotezą, mającą swoje oparcie w specyficznej (tzn. spiskowej) interpretacji rzeczywistości. Rzecz w tym, że cokolwiek by o specyfice tej interpretacji nie powiedzieć, to tak czy inaczej ten sposób myślenia doprowadził Toyaha do skonstruowania umiarkowanie złożonego (a więc możliwego do pojęcia) modelu świata. Toyahowa model odnosi się do społecznego wymiaru naszej rzeczywistości i składa się z trzech podstawowych elementów: Opresyjnej Cywilizacji (OC) – Buforu (B) – Nieprzystosowanych, a więc Zbędnych (NZ).
Każdy z tych trzech elementów jest „modułem” niesłychanie skomplikowanym, co postaram się wykazać poniżej (z góry przepraszam za skazę polonocentryzmu: jestem typem domatora i o szerokim świecie mam niewielkie pojęcie). Właśnie ze względu na owo wewnętrzne skomplikowanie modelu napisałem o jego złożoności, ale – jak sadzę – złożoności umiarkowanej, tzn.: jesteśmy w stanie „chwycić istotę rzeczy”, zanim polegniemy próbując zanalizować pogmatwaną całość społecznego życia.
Jeśli mógłbym coś zaproponować, to według mnie owa „istota rzeczy” wygląda następująco:
1. OC jest realizowaną, choć nie w pełni jeszcze zaktualizowaną, współczesną próbą zorganizowania społeczeństw i państw w taki sposób, by nasz nędzny padół płaczu ze zniewolonym rozlicznymi ograniczeniami, żyjącym w nędzy, śmierdzącym, sikającym po bramach i wsiadającym jako osiemnasty do 6-osobowego busa człowiekiem, przemienić w Nowy Wspaniały Świat z nowoczesną, otwartą, tolerancyjną, wyzwoloną z przesądów, zadowoloną ze swego życia, pewną swych zalet i w pełni się realizującą Nową Ludzkością. Można więc powiedzieć, że idea OC wyrosła z odwiecznych ludzkich marzeń o stworzeniu raju na ziemi. To marzenie zaowocowało kilkoma eksperymentami (redukcje paragwajskie, komunizm, nazizm), dzięki którym idea OC pożegnała się z pewnymi zaprzeszłymi pomysłami (np. budowa Nowego Wspaniałego Świata w oparciu o opozycję biedni – bogaci, wyzyskiwani – wyzyskujący, gdzie biedni przestają być biednymi, a wyzyskiwani wyzyskiwanymi po definitywnym usunięciu bogatych i wyzyskiwaczy), inne zaś pomysły (np. wrogość wobec religii, odrzucenie pojęcia prawa naturalnego, afirmacja dla szeroko pojętych działań eugenicznych itd.) w dalszym ciągu mają się dobrze, a nawet są twórczo rozwijane. Tak czy inaczej wszystko wskazuje na to, że choć cały czas są jeszcze przeprowadzane pewne dodatkowe testy, idea OC weszła w fazę realizacji, której kształt – mimo możliwego zewnętrznego podobieństwa do znanych z historii wersji eksperymentalnych – będzie jednak nową jakością.
2. Jako idea, OC jest produktem tzw. Systemu, tzn. luźnej, dość nieokreślonej, ponad-państwowej i ponad-narodowej sieci relacji, łączących niektórych czołowych polityków, rekinów gospodarki i mediów, naukowców, oraz – chyba od niedawna – ludzi ze służb specjalnych.
Podejrzewam, że właśnie pojawienie się w tej sieci na zasadzie równoprawności SB-ków różnych nacji spowodowało, że OC przestała być pomysłem, a zaczęła stawać się twardą rzeczywistością. Także dzięki nim System – choć pozostał przestrzenią pogodnego teoretyzowania i możliwością „układowego” pomnażania majątku, robienia kariery, oraz „udupienia” Johna, „przesunięcia” Miguela, tudzież promowania Rysia albo innego Helmuta – staje się coraz skuteczniejszym narzędziem wprowadzania porządku OC.
Sadzę przy tym, że Systemem nie rządzi jakieś indywidualne (czy choćby grupowe) kierownictwo. Ton (ale tylko ton) w Systemie nadaje ten (ci), który w danym momencie i okolicznościach, ma największe możliwości uporania się z jakimś istotnym – z punktu widzenia ogólnej idei OC – problemem.
Jeśli już ktoś upiera się przy personaliach rzekomego kierownictwa, to za Toyahem byłbym skłonny przyznać, że – na płaszczyźnie metafizycznej – Systemem kieruje Ten Który Nigdy Nie Opuszcza Podobnych Okazji.
3. System próbuje zrealizować idee OC, poprzez osiągnięcie następujących celów:
a) werbalnie popierając wolny rynek, zmonopolizować prawo do własności światowych zasobów źródeł energii, nowoczesnych technologii i wody pitnej (albo przynajmniej osiągnąć maksymalnie dużą kontrolę nad możliwością dysponowania nimi);
b) werbalnie popierając zdobycze socjalne rozwiniętych społeczeństw, stojąc wobec grozy nieuniknionej katastrofy systemu zabezpieczeń społecznych, rozmontować ów system (tzn. pozbawić ludzi ich praw) w taki sposób, by nie doszło do wyniszczających, kosztownych i w sumie nieuzasadnionych buntów i zamieszek (tzn. by obyło się bez wieszania);
c) werbalnie popierając indywidualizm, tolerancję, różnorodność i wielokulturowość, maksymalnie ujednolicić poszczególnych ludzi pod względem kulturowym, poprzez wykształcenie w jednostkach (i grupach społecznych) automatycznego, duchowego i intelektualnego posłuszeństwa wobec tzw. „argumentu z autorytetu” – innymi słowy: zdobyć „rząd dusz”;
d) werbalnie popierając walory demokracji, zabezpieczyć się przed związanym z demokratycznymi procedurami ryzykiem, czyli być zawsze pewnym zdecydowanego poparcia większości społeczeństwa (jeśli dla osiągnięcia tego celu „rząd dusz” nie wystarczy, nie wahać się zastosować środków nadzwyczajnych);
e) werbalnie popierając przejawy społecznego współdziałania, dążyć za wszelką cenę do atomizacji społeczeństwa;
f) by zachować konkurencyjność tworzącej się OC w nieuniknionym starciu z innymi systemami (Chiny? Indie? X?), kierować procesami społecznymi w taki sposób, by w nieodległej przyszłości społeczności OC dały się ująć w ramy zalecanego przez rozmaitych dobrych ludzi tzw. „społeczeństwa 20:80” (lub jakiegoś jego typu) – czyli skończyć z fikcją, że aby nowoczesna gospodarka mogła się kręcić, potrzeba więcej ludzi niż +/- 20% obecnej populacji;
g) wypracować i wdrożyć model (modele) selekcji, dzięki któremu uda się wyłowić z ludzkiej biomasy wspomniane wyżej 20%;
h) wypracować i wdrożyć model (modele) postępowania wobec 80% ludzi tworzących społeczeństwo OC, a z ekonomicznego (i estetycznego) punktu widzenia całkowicie zbędnych (dylemat: tylko ogłupić i potem utrzymywać stopniowo ograniczając rozrodczość, czy też radykalnie, ale w miarę tanio wyeliminować).
4. OC jest bytem ponad-narodowym i ponad-państwowym (co nie jest niczym nadzwyczajnym), który – ze względu na wymienione wyżej cele Systemu – odznacza się zauważalną awersją do tego co narodowe, oraz tego co państwowe. W praktyce postawa ta sprowadza się do popierania (a niekiedy wręcz animowania) tych dążeń, które osłabiają tożsamość i suwerenność narodów, oraz siłę i niezależność państw narodowych. Jednocześnie można zauważyć pewne wahanie, czy działania te mają dotyczyć wszystkich bez wyjątku narodów i państw objętych dobrodziejstwami OC.
5. Próżnię po narodach i państwach coś musi zastąpić. Najbardziej narzucający się pomysł, to struktura w rodzaju dzisiejszej UE. Wygląda jednak na to, że pomysł ten – choć realizowany z iście bizantyńskim rozmachem – okazał się być projektem chybionym, albo przynajmniej przedwczesnym. Można domniemywać, że w tej sprawie System preferował będzie rozwiązanie następujące: najłatwiej, najtaniej i najskuteczniej uda się zrealizować idee OC w oparciu o „kadłubowe państwa” i „kadłubowe narody”, tzn. państwa i narody okrojone z tego wszystkiego, co realizacji idei OC mogłoby przeszkadzać.
6. „Ukadłubowienie” państw i narodów ziści się pod warunkiem zdobycia przez System możliwości zastosowania wobec tychże państw i narodów (t.j. poszczególnych jednostek naród tworzących) ekonomicznego dyktatu, z równoległym i bardzo intensywnym oddziaływaniem „argumentów z autorytetu” (tzn. ogłupiania), oraz „argumentów nie do odrzucenia” (tzn. zastraszenia, szantażu i przekupstwa).
Zamierzony efekt owego „ukadłubowienia”:
a) coraz bardziej fasadowa, a przy tym posłuszna Systemowi władza państwowa;
b) utrzymywani (jeśli to możliwe) w nieświadomości, a przy tym coraz bardziej zobojętnieni narodowo i społecznie tzw. obywatele.
7. OC nie jest oczywiście cywilizacją łacińską. Odwołując się do Feliksa Konecznego zaryzykuję stwierdzenie, że w przypadku OC mamy do czynienia z mixem pewnych typów cywilizacji bizantyjskiej („Guten morgen”) i turańskiej („Zdrastwujtie”). To, że ten mix przedstawia siebie jako cywilizację łacińską (zachodnią), jest jednym z najbezczelniejszych kłamstw współczesności.
8. Elementem cywilizacji łacińskiej jest Bufor (B).
9. B jest bytem ponad-narodowym i ponad-państwowym (ale w odróżnieniu od OC afirmuje i wręcz animuje to, co narodowe, oraz w niewątpliwy sposób jest pro-państwowy), wewnętrznie bardzo skomplikowanym – dość wspomnieć, że przywoływany przez naszego Szanownego Gospodarza Jarosław Kaczyński, należy do politycznej części B, obok której trzeba jeszcze wymienić: obyczaj, religię, platońską triadę, prawo moralne i stanowione, historyczne i kulturowe dziedzictwo, małżeństwo i rodzinę, ekonomiczną niezależność jednostek, elity opiniotwórcze, narodową tożsamość, suwerenne państwo, wolność słowa itd.
Można powiedzieć, że B – podobnie jak System – jest również swego rodzaju siecią relacji, które w specyficzny sposób łączą ludzi, instytucje, idee i tradycje.
10. B nie jest reakcją na pojawienie się OC. Jest on raczej tym zastanym elementem rzeczywistości naszego kręgu kulturowego, który ze względu na swoją treść, jest absolutnie nie do zaakceptowania przez System. Widzi on bowiem bardzo wyraźnie, że samo istnienie B (a co dopiero jego aktywność), stoi w jawnej sprzeczności z zaistnieniem i funkcjonowaniem OC. Krótko mówiąc: dopóki B jest mocny (czy też w ogóle istnieje), jest dość problematyczne, czy Systemowi uda się zrealizować choćby cele wstępne, tzn. od 1a do 1e.
I właśnie to jest wytłumaczeniem nienawiści, z jaką B ze strony Systemu się spotyka. Nienawiść ta jest oczywista i poniekąd zrozumiała, zwłaszcza w kontekście groźby, która dla Systemu wiąże się z możliwością wieszania tych, których „źli, podli opętani nienawiścią ludzie” obwinią za – jak sądzę już zdecydowane – rozmontowanie systemu ubezpieczeń społecznych.
Z tego punktu widzenia Kaczyński i PiS w Polsce, a podobni im w innych krajach, to najzwyklejsi w świecie podżegacze i wywrotowcy, którzy mogą doprowadzić do rozlewu krwi. Krwi wieszanych.
11. Ze względu na nader złożoną strukturę B, System usiłuje sobie z nim poradzić prowadząc (od wielu już pokoleń) jawną i ukrytą wojnę z poszczególnymi częściami B. Wszystkie bez wyjątku elementy stanowiące B (obyczaj, moralność, platońska triada, religia, państwo itd.) są przez System albo odłupywane od B (np. państwo), albo wewnętrznie infekowane (np. moralność).
B się broni (czasem atakując), ale nie mogąc wewnętrznie sobie przeczyć (czyli odwoływać się do niegodnych środków), stoi – wg. niektórych obserwatorów – na straconych pozycjach.
12. B nie tylko podżega do rozlewu krwi, czyli wieszania (całe szczęście, że niektórzy – zawczasu uprowadzeni przez UFO – unikną tej przykrości), lecz przede wszystkim przeciwstawia się – z punktu widzenia Systemu: samym swoim istnieniem – modernizacji, zmierzającej do racjonalnego i ekonomicznie uzasadnionego nowego światowego porządku.
Owa modernizacja w praktyce polegać zaś będzie na tym, by – powtórzę – stworzyć świat, w którym nie będzie ludzi zniewolonych rozlicznymi ograniczeniami, żyjących w nędzy, śmierdzących, sikających po bramach i wsiadających w osiemnastu do 6-osobowego busa (a potem ręką dziecka piszących prośby do Fasady, o załatwienie roboty), czyli ludzi, którzy z ekonomicznego i estetycznego punktu widzenia, odznaczają się nieprzystosowaniem do wymogów współczesności. Świat bez „obszarów społecznego nieprzystosowania” będzie niewątpliwie lepszym światem, ponieważ zniknie cała sfera problemów, z którymi globalna gospodarka (i globalna polityka) nie może sobie dać rady. Kłopot polega na tym, że ów zbożny zamiar „likwidacji obszarów społecznego nieprzystosowania”, musi się mieścić w ramach tego, co racjonalne i ekonomicznie uzasadnione, czyli – znowuż z punktu widzenia Systemu – musi podlegać dyktatowi liczb. Jakby zaś nie liczyć, światowej gospodarce do dobrego funkcjonowania i dalszego rozwoju wystarczy zaledwie 20% obecnej populacji. Prosty rachunek wskazuje więc na to, że „obszar nieprzystosowania” jest potężny i sięga 80% ludzi. Skoro zaś owych 80% gospodarczo jest całkowicie nieprzydatnych, to trzeba z bólem serca uznać, że nieprzystosowanie tych ludzi do wymogów współczesności jest chroniczne i w praktyce nieusuwalne, a co za tym idzie – nic (nawet unijne projekty edukacyjne i dostosowawcze) nie może tego zmienić. Z liczbami się nie wygra: na ziemi żyje 80% Nieprzystosowanych a więc Zbędnych (NZ) i coś trzeba z nimi zrobić.
12. Jeśli B rzeczywiście stoi na straconych pozycjach, to sytuacja NZ jawi się jako nie do pozazdroszczenia. Bez państwa i normalnego życia politycznego, religii, zdrowego obyczaju i moralności, małżeństwa i rodziny, NZ będą całkowicie wystawieni na niszczycielską działalność OC.
13. Końcowe pytanie jest następujące: czy to co obecnie obserwujemy jest rozpoczętą przez System selekcją, dzięki której z ludzkiej biomasy wydobędzie się 20% stanowiące lepszą część ludzkości, czy też mamy do czynienia z przedbiegami?
Jakby nie było, ludzkość czuje, że coś się dzieje. I część tej ludzkości, nawet jeśli nie wierzy w istnienie Systemu, na wszelki wypadek temuż Systemowi usiłuje się przypodobać. Ludzie wpadają przy tym na różne pomysły. Ci o najprostszej umysłowości podskakują, by w ten niewyszukany sposób pokazać, że są przeciwko B. Inni sugerują, że skoro mają adwokata, księgowego, sekretarkę i kilku ochroniarzy, to z definicji nie mogą należeć do ludzi drugiej kategorii. Jeszcze inni, ukazując swoje genetyczne zdolności do „akumulacji kapitału”, wyrażają wobec Systemu nadzieję, że umiejscowienie siebie na końcu następującego ciągu: „Prapradziadek pracował na roli, pradziadek kupił trochę maszyn i świadczył usługi, dziadek skończył studia i otwarł firmę handlującą materiałem siewnym, ojciec skończył studia i został prawnikiem, a ja jak skończę studia będę historykiem sztuki” – zapewni im przynależność do Przystosowanych i – daj Boże – Koniecznych. Są też tacy, którzy jak sympatyczny redaktor Marciniak, godzą się być końcówką przyczepionej doń systemowej słuchaweczki (czy innego gadżetu), byleby tylko zyskać gwarancję „załapania się”. Można domniemywać, że we wszystkich tych przypadkach szanse rosną, gdy można się przed Systemem wykazać jakimiś dodatkowymi punktami, np. za pochodzenie.
Jedno jest pewne: z takimi tekstami jak prezentowane na niniejszym blogu, Toyah na pewno się nie załapie. Pochodzenie też jest przeciwko Niemu. I niech się chłopak cieszy, że póki co, ma tylko problemy z pracą (z której i tak, dla światowej gospodarki nie ma żadnego pożytku). Ja rozumiem, że naszemu Szanownemu Gospodarzowi nie może być miło, gdy zalicza się Go do grona „ludzi zniewolonych rozlicznymi ograniczeniami, żyjących w nędzy, śmierdzących, sikających po bramach i wsiadających w osiemnastu do 6-osobowego busa (a potem ręką dziecka piszących prośby do Fasady, o załatwienie roboty)” – ale było pomyśleć wcześniej, a nie żalić się teraz nad rozlanym mlekiem. Na pocieszenie powiem, że i piszący te słowa (oraz – jak sądzę – większość komentujących) śmierdzi, sika po bramach i ma skłonność włazić „na osiemnastego” do 6-osobowego busa, a z tego co robi, światowa gospodarka ma jeszcze mniej pożytku, niż z pracy Toyaha. Podsumowując: jesteśmy nieprzystosowani w sposób chroniczny i w praktyce nieusuwalny, a więc wyginiemy jak dinozaury, o ile wcześniej nie uprowadzi nas UFO (co zresztą na jedno wychodzi). Chyba, że B wytrzyma…
***
Odleciałem? Niech będzie, że odleciałem. Wszystko przez to, że naczytałem się nie tylko Dicka i Lema, ale także Zamiatina, Orwella, Zajdla i wielu innych. I zatruli mi głowę. Toyah, ponieważ jest strasznie nieoczytany, z twórczością tych zacnych autorów się nie zapoznał i dlatego ma trudności z odlotem. Odleciałem więc za Niego. W końcu po coś nas ma, prawda?
No dobra. Czas się obudzić i przejść z rzeczywistości urojonej do rzeczywistości rzeczywistej. Jak to było: „Uczciwością i pracą ludzie się bogacą”? Tak! Chyba tak to idzie. Gdy pojawią się panowie Michael Dembiński i makroman, to się upewnimy.

środa, 20 października 2010

Parę słów o prywatnej inicjatywie

Moja umowa z Warszawską Gazetą, gdzie co piątek ukazuje się mój komentarz, jest taka, ze ja co tydzień, do środy powinienem im przysłać tekst, oni go publikują w piątek, a ja w poniedziałek puszczam go na tym blogu, z informacją, że on wcześniej ukazał się właśnie w Warszawskiej Gazecie. Tyle. Bardzo wygodnie. Ponieważ wiem, że oni w środę mają kolegium i nie wolno mi się spóźnić, bardzo się staram, żeby już w poniedziałek mieć przynajmniej szkic, a najlepiej całość tego, co następnego dnia będę im wysyłał, bo kto wie, w jakim stanie będę we wtorek, no i czy zdążę. Podobnie było w tym tygodniu. Tekst, który wysłałem, a który ukaże się w najbliższy piątek, był praktycznie gotowy już w poniedziałek wieczorem. We wtorek rano wprowadziłem jeszcze pewne poprawki, a wieczorem posłałem go do Warszawy. Zanim jednak to zrobiłem, dopisałem jedno zdanie na samym końcu: „Jest wtorek 19 października. Pierwszego już mamy”.
O kogo mi chodziło, kiedy pisałem o tym pierwszym, którego już mamy? No i co się takiego stało między poniedziałkowym wieczorem, a wieczorem następnego dnia, że można było bezpiecznie dopisać coś tak doraźnego, nie ryzykując chaosu myśli? Otóż, jak wszyscy dziś wiemy, pewien straszy obywatel, we wtorek przed południem wszedł do biura Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi, jedną osobę zastrzelił, drugiej poderżnął gardło, a następnie oddał się w ręce policji, informując wszystkich przy okazji, że żałuje, że nie miał lepszej spluwy, bo by ”powystrzelał ich wszystkich”. Dlaczego? Bo ich nienawidzi. W jaki sposób ta kończąca mój artykuł refleksja o pierwszym, którego już mamy wpisuje się w sens całego tekstu, który przecież powstawał dzień przed tym nieszczęściem, a więc kiedy ten człowiek zaledwie kładł się spać? Otóż jakimś zupełnie kosmicznym zbiegiem okoliczności, tekst który napisałem dla Warszawskiej Gazety dotyczył dokładnie tego wtorkowego wydarzenia. On traktował ni mniej ni więcej, jak tylko o tym, że w czasach rozpasanej post-polityki państwo wycofuje się już nie tylko ze swoich podstawowych wobec społeczeństwa obowiązków, ale nawet przekazuje na ręce społeczeństwa wszelkie uprawnienia – jeśli tylko takie sobie nadało – związane z całym systemem totalitarnej represji. Że w czasach, które nadchodzą, a może i już są za rogiem, nie trzeba będzie opłacać ani cenzury, ani wprowadzać praw, które będą pozwalały na wyrzucanie ludzi z pracy, czy szukać usprawiedliwienia dla wyprowadzania ludzi z domów na ulice i podrzynania im gardeł nożem do ryb. Tym wszystkim zajmą się już sami obywatele, a państwo będzie pełniło wyłącznie funkcję moderatora. Żeby ta moja jakże przykra myśl zabrzmiała mocniej, zatytułowałem cały tekst hasłem: „Cała władza w ręce ludu”. Polecam. Piątek. Warszawska Gazeta.
Czemu o tym piszę dziś tu na tym naszym blogu? Chodzi mianowicie o to, że wczoraj przez cały dzień, kiedy byłem poza domem, otrzymywałem esemesy (blokada jednostronna) z informacją o łódzkim morderstwie, często z uwagą, że wykrakałem. I wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że ja rzeczywiście wiedziałem, ze do tego co się stało wczoraj w Łodzi, musi w końcu tak czy inaczej dojść. I że jeśli miałbym w jakikolwiek sposób podsumować wszystkie teksty, które tu powstają od niemal już trzech lat, to łączą je dwie rzeczy – zawodzenie nad powszechnym i niepojętym kłamstwem, oraz właśnie strach przed nowym modelem totalitarnego państwa bez państwa, gdzie bez udziału policji, skorumpowanych urzędników, bezwzględnych polityków, brutalnych tajnych służb, sami weźmiemy się za twarz i wprowadzimy właściwy porządek. A zrobimy to znacznie skuteczniej od całego aparatu urzędniczej represji. Bo jak uczą podręczniki, nie ma to jak obywatelska inicjatywa i ambitna samorządność.
Obawiam się bardzo że wczorajsze morderstwo w łódzkiej siedzibie PiS-u w sposób bardzo symboliczny otworzyło ów nowy rozdział. I myślę, że moje obawy są jak najbardziej uzasadnione nawet nie dlatego, że ten człowiek zrobił to co zrobił, lecz ze względu na reakcje, jakie ten czyn wywołał. A dokładnie jakikolwiek brak reakcji. Problem polega na tym, że wbrew temu co się może wydawać, w publicznej przestrzeni, poza zwyczajowym już narzekaniem Jarosława Kaczyńskiego i jego politycznych przyjaciół, oraz równie zwyczajowym pluciem ze strony Systemu, nie stało się nic. O ile jeszcze pół roku temu, tuż po smoleńskiej katastrofie, musiało minąć kilka dni zanim Kuba Wojewódzki z Michałem Figurskim odśpiewali swój hymn na cześć śmierci Lecha Kaczyńskiego, dziś nie dano nam nawet sekundy.
Na czym więc polega nowość tego rozdziału? Otóż chodzi o to, że on został napisany już wcześniej, tyle że wczoraj dokonała się jego oficjalna prezentacja. Już wcześniej to o czym pisałem w artykule dla Warszawskiej Gazety, a wcześniej zwiastowałem w wielu tekstach na tym blogu, a więc przesunięcie całego systemu represji ze strony oficjalnej na stronę że tak powiem lokalną, zostało bardzo dokładnie zaplanowane i wreszcie skutecznie przeprowadzone – czysto i niepostrzeżenie i bardzo spektakularnie. Bardzo się boję, patrząc choćby na dzisiejszy komentarz na pierwszej stronie darmowego dziennika Agory o nazwie Metro, gdzie samemu zdarzeniu poświęcone są zaledwie trzy krótkie zdania wstępu, natomiast dalsze 90% tekstu, to klasyczne rozprawianie się z Jarosławem Kaczyńskim, że to już jest równia pochyła, i to pochyła tak bardzo, że nie ma zwyczajnie sposobu, żeby się tu ktokolwiek zatrzymał. Boję się, słuchając Witolda Waszczykowskiego, kiedy tak porażająco naiwnie – i jakże absurdalnie – prosi Polaków, żeby darowali mu życie, lub Jarosława Kaczyńskiego zapowiadającego, że każdy nowy przejaw systemowej agresji pod adresem PiS-u będziemy musieli traktować, jako wezwanie do morderstwa, a z drugiej strony potrafię zaobserwować wyłącznie ścianę zimnej, wciąż tej samej co zawsze, nienawiści, i słyszę zapewnienia o tym, że mam sobie wszelkie rewolucje wybić z głowy, że wstrząs na który wciąż niektórzy z nas czekają jest niemożliwy wręcz z powodów fizycznych. Tu się po prostu nawet nie ma czego złapać. I że w dalszym ciągu, dokładnie tak samo jak zaczęliśmy to robić w kwietniu pół roku temu, i dziś pozostaje nam tylko jedno – bardzo starannie liczyć siły. Tyle że tym razem musimy bardziej uważać. Bo otaczają nas wilki.
Wczoraj wieczorem, z pewnym oczywistym opóźnieniem, oglądałem telewizyjny występ posła Platformy Obywatelskiej Antoniego Mężydły, człowieka, który naprawdę wiele przeżył i naprawdę ma wiele powodów, żeby – wbrew wszystkim swoim niepowodzeniom – być polskim bohaterem. Przede wszystkim jednak człowieka, który w takiej sytuacji, jaką dziś mamy – akurat on – ma przed sobą drogę prostą jak strzała. I z coraz większą rozpaczą patrzyłem, jak i on też przekroczył już tę czerwoną, cienką linię, która dzieli opętanie od prostej równowagi. A jeśli on, to nie ma powodu sądzić, że komukolwiek innemu się udało.
A więc stoimy, skupieni, nieruchomi, na jednej nodze, gotowi do skoku. Jak już parę razy wcześniej.

wtorek, 19 października 2010

Szkło kontaktowe - rozwiązanie ostateczne

Cóż można powiedzieć w sytuacji, kiedy jedyne co przychodzi do głowy, to ta stara, przerażająca refleksja: „A nie mówiłem?” No ale jak można na tym właśnie blogu, gdzie każdy dzień krzyczy pełnym rozpaczy jękiem, i każdy z nas chce powiedzieć coś więcej, godzić się na coś tak oczywistego?
Tyle myśli, i jakoś trudno wybrać tę najczystszą, najbardziej w temacie. Tak trudno w ogóle się odzywać. A milczeć nie wolno.
„Mamy kolejny telefon. Panie Ryszardzie, słuchamy pana. Proszę mówić. Proszę mówić. Jest pan na antenie. Słyszymy pana. Niech pan mówi. Prosimy.”
„Halo? Czy mnie słychać?”
Słychać.

poniedziałek, 18 października 2010

Zniknięcie

Pewnie nie tylko ja pamiętam dość stary już, chyba holenderskiej produkcji film, a już na pewno jego genialny remake z Kieferem Sutherlandam, Jeffem Bridgesem i Sandrą Bullock, pod polskim tytułem „Zniknięcie”. Na wszelki wypadek jednak przypomnę treść. Kiefer i Bullock są bardzo sympatyczną i bardzo zakochaną w sobie parą. Któregoś dnia zatrzymują się samochodem na jakiejś stacji benzynowej. Kiedy on kupuje benzynę, ona idzie do toalety i już nigdy nie wraca. Kiefer najpierw czeka, później prowadzi standardowe poszukiwania, zarówno sam jak i przy pomocy policji… a jej nie ma. Ostatecznie szuka jej już tylko sam. Mijają tygodnie, miesiące, lata, i on już wie, że jej nie znajdzie nigdy, ale jemu już zależy tylko na jednym – poznać prawdę. Dowiedzieć się, co się stało. Cały właściwie film jest psychologiczną refleksją na temat pragnienia prawdy, które jest tak potężne, że staje się obsesją. Pragnienia prawdy, które w pewnym momencie jest już czymś nie tylko najważniejszym, ale właściwie jedynym. Kiefer w pewnym momencie dochodzi do takiego momentu, że przestaje dbać o cokolwiek. On chce już tylko wiedzieć. I dla tej wiedzy jest gotów nawet ponieść najwyższą ofiarę. A więc położyć na stole swoje życie.
Co ciekawe, to nie jest film o idiocie, ani nawet o jakimś wariacie. Oczywiście oglądamy cały czas człowieka, który stopniowo przekracza wszelkie granice, i pewnie dla kogoś stojącego z boku staje się w którymś momencie kimś stanowczo dziwnym, ale dla widza ta jego determinacja pozostaje przykładem autentycznego bohaterstwa. Każdy z nas, śledząc te losy, choć sam pewnie niekoniecznie gotowy do takiego poświęcenia, wie jednocześnie, że to na co decyduje się Kiefer jest jak najbardziej naturalne. W okolicznościach, w jakich nastąpiło to zniknięcie – a może też przy tej miłości, jaką on czuł do Bullock – on najzwyczajniej w świecie musi się tego dowiedzieć, bo inaczej już nigdy nie zaśnie. A gdyby nagle gdzieś tam pojawił się ktoś, kto by mu powiedział, żeby dał spokój i uznał, że nie wszystko musi być wyjaśnione, że życie jest bardziej skomplikowane, niż nam się wydaje, że są chwile, kiedy nie pozostaje nic, jak już tylko machnąć ręką, to każdy normalny widz na takie brednie najwyżej wzruszyłby ramionami.
Oczywistość tej sytuacji jest zrozumiała nawet dla Jeffa Bridgesa, który owszem, zamordował Bullock, ale który, widząc i rozumiejąc stan w jakim znalazł się Kiefer, oferuje mu tę wiedzę – tę prawdę – w zamian właśnie za życie. I Kiefer tę ofertę naturalnie przyjmuje. Zanim umrze, dowie się, jak umarła ta którą kochał. Naturalnie. I temu też nikt się nie dziwi.
Wielokrotnie – pewnie dla niektórych nazbyt wielokrotnie – rozmyślałem tu w tych moich nędznych tekstach nad tamtą chwilą, tamtego sobotniego poranka utulonego w tamtej mgle, kiedy to dla każdego normalnie myślącego człowieka w jednym momencie nastąpiło coś tak niesłychanie kosmicznego, tak niewyobrażalnie nie do pojęcia, że – niech już będzie to idiotyczne porównanie z brzozą – w jednym brzozymgnieniu ciała 96 ludzi zostały rozniesione na strzępy, porozwieszane na gałęziach, wbite w błoto, rozbryzgane na bialoczerwonej szachownicy. Cóż to się stało? Jak straszna, jak potężna energia musiała się uwolnić, że ta mgła w jednej straszliwej chwili wypełniła się mgłą nową, czerwoną, pachnącą… no właśnie… czym pachnącą?
W wywiadzie dla Onetu córka śp. Zbigniewa Wassermanna mówi, że od tamtego kwietniowego poranka dla niej każdy nowy dzień tworzy nowy ból i nową pustkę. Że czas wcale nie leczy tej rany, ale ją rozdrapuje. I ja ją świetnie rozumiem. Dopóki ona się nie dowie, jak wyglądała tamta chwila, nie zazna spokoju, a ten niepokój będzie z każdym dniem coraz bardziej dojmujący i coraz bardziej nie do zniesienia. Jestem pewien, że nie tylko ja ją rozumiem. Nie tylko ja wiem, jak bardzo dla niej poznanie prawdy jest czymś obsesyjnie istotnym. Ale też wiem, że nie tylko ona chce tę prawdę tak bardzo poznać.
Przepraszam bardzo że to powiem, ale nie mam wyjścia. Wobec tej agresji najbardziej czarnego szaleństwa pod hasłami zapomnienia, wybaczenia i miłości jestem bardzo, ale to bardzo bez zrozumienia. To nie z nami jest coś nie w porządku. To wy jesteście chorzy. Zapewniam was. Zwykły człowiek was zwyczajnie nie rozumie. I nie toleruje. I tu się już nie wywiniecie.


Powyższy tekst ukazał się w miniony piątek w Warszawskiej Gazecie

niedziela, 17 października 2010

Dzień na żywo

Jakiś czas temu, jeszcze we wczesnym okresie istnienia tego blogu, poskarżyłem się na zagrożenia, jakie tu odczuwam wobec wykonywania swojego zawodu, a więc też i zarabiania na utrzymanie rodziny, wyłącznie z tego powodu, że jestem tak zwanym kaczystą. Jak może niektórzy z bardziej uważnych czytelników sobie przypominają, pisałem wówczas, ze właśnie ze względu na świadomość tych zagrożeń, w osobistych kontaktach ze swoimi uczniami praktycznie nie poruszam tematów związanych z polityką. A już na pewno ich unikam, kiedy spotykam kogoś, kto tą polityką żyje i tę swoją pasję od pierwszego słowa manifestuje. Dlaczego? Dlatego że świetnie wiem, do czego prowadzą tego typu emocje. A ja nie mam żadnego interesu w tym, żeby kolekcjonować wrogów, szczególnie wśród osób, dzięki którym mam co jeść.
W sąsiedztwie mieszka pewna pani. Gdybyśmy mieli zaryzykować najbardziej prostacki face value system, ona jest typem najbardziej słodkiej katechetki, lub zakonnicy. Każdym swoim gestem, każdym słowem, sposobem w jaki przechyla głowę i na nas patrzy, brzmieniem głosu, ona manifestuje czystą, wręcz karykaturalną łagodność serca. Znam ją z niedzielnych mszy i z lokalnego sklepu, gdzie czasem stoimy w kolejce, a ponieważ ona jest emerytowaną nauczycielką, a ja niemal – o czym będzie później – emerytowanym nauczycielem, przez wspólnotę zawodowych losów sobie rozmawiamy. O czym? Głównie o polityce. To znaczy, ona rozmawia, a ja uprzejmie kiwam głową. O czym są te rozmowy? Głównie o tym, że ona już nie może patrzeć na „tę mordę”. O czyją mordę chodzi? Otóż o mordę Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego ja jej nie powiem, że ma pomieszane w głowie? Przede wszystkim dlatego, że to nic nie da. A poza tym, mi się naprawdę nie chce awanturować ze starszymi paniami. A jak już idzie o moje najbliższe sąsiedztwo, wystarczy mi Kazimierz Świtoń, który na mój widok demonstracyjnie odwraca wzrok.
Oto świat, który nam został w ostatnich latach pokazany i sprezentowany, jako oferta jedyna i praktycznie nie do odrzucenia. Świat splątany ideologicznie w labirynt, z którego nie ma już żadnej ucieczki.
Kiedy pisałem tamten tekst, nie chciałem jedynie narzekać, ale może przede wszystkim wskazać na plan o wiele bardziej ogólny i zdecydowanie bardziej przemyślany, niż przemyślane są ludzkie emocje. Chciałem pokazać, jak aż groźba utrata pracy, czy zaledwie strach przed lokalnym ostracyzmem stanowią wyłącznie koszt projektu, którego celem jest władza i tylko władza. Że na tamtym końcu tego planu stoją ludzie, dla których ja z moją rodziną, czy ktokolwiek inny, jesteśmy wyłącznie pionkami, a co się z nami stanie jest bez znaczenia, byleby tylko owo napięcie wokół nas trwało i miało się dobrze. Bo dzięki niemu, trwają i dobrze się mają własnie oni. Dziś czuję, jak nagle to wszystko staje się sprawą osobistą. Wyłącznie osobistą. Dziś czuję, jak bardzo ci wszyscy moi znajomi, którzy – choćby na tym blogu czy blogach zaprzyjaźnionych – są roztropni i czujni, stając na głowie, by nikt z osób wśród których przyszło im żyć i pracować nie dowiedział się, jakie oni maja poglądy polityczne. Roztropni i czujni, bo świetnie świadomi tego, jak dzisiejsza Polska jest krajem zwykłego, najbardziej ordynarnego kulturowego terroru, gdzie wióry lecą równo i szeroko.
Kiedy zaczynałem prowadzić ten blog, to kim jest jego autor wiedzieli tylko moi najbliżsi, i przez wiele miesięcy nic nie wskazywało na to, by ta sytuacja miała się zmienić. Nawet wówczas, gdy moje nazwisko – dzięki mojej nieroztropności i aktywności paru wybitnych polskich patriotów – trafiło do sfery bardziej publicznej, włącznie z Radiem Maryja, też nie miałem z tym kłopotu, wiedząc, że to jest wciąż tylko nisza i to nisza wyjątkowo niszowa. Kiedy ten blog otrzymał nagrodę Onetu, cos się zdecydowanie zmieniło, a ja z kolei i tak już wiedziałem, że tego procesu ujawniania i tak się już nie da zatrzymać. Że każdy kto chce wiedzieć, kto pisze to wszystko co tu się każdego dnia pojawia, dowie się o tym w jednej chwili, a co gorsza dowie się o tym też wielu takich, którym grzebanie w Sieci wcześniej nawet nie przyszło do głowy. A później, to już wiedziałem, że jeśli ktoś mnie ma znienawidzić, to znienawidzi, a jedyne co mogę zrobić ja, to tylko modlić się, żeby wśród nich było jak najmniej osob, od których zależy mój byt.
Może ktoś zauważył, że z głównej strony tego bloga zniknął banner Facebooka. Możliwe, że ktoś też zauważył coś jeszcze. Że z samego Facebooka zniknęło moje konto osobiste i konto przyjaciół bloga toyah.pl. Dlaczego? Wszystko usunąłem sam i osobiście. Dlaczego? Otóż wszystko ma zawsze tę samą przyczynę. Wyrejestrowując się z Facebooka zaznaczyłem nawet odpowiednią opcję – bezpieczeństwo. O jakim bezpieczeństwie mówię? O tym samym, o którym wspomniałem w pierwszej części tego wpisu. Opowiem jak to wygląda. Człowiek w pewnym momencie, całkowicie uspokojony towarzyskim i zawodowym komfortem i satysfakcją, jakie mu przynosi każdy kolejny dzień, zaczyna nagle widzieć, jak atmosfera wokół niego zaczyna się wyraźnie zagęszczać, a część osób, bez najmniejszego powodu najpierw przestaje się do niego uśmiechać, a później zaczyna wykonywać nieprzyjazne gesty, a później dowiaduje się, że ta z początku ledwo uchwytna niechęć, zaczyna przybierać postać praktyczną – choćby w formie groźby utraty pracy. Tylko tyle i aż tyle. Na poziomie poważnych biznesów, na temat których zdolni reżyserzy kręcą filmy, sprowadza się to do tego, że z dnia na dzień, bez jednej wyraźnej przyczyny, jeden po drugim wycofują się kolejni inwestorzy. Na poziomie politycznego bloga roku, chodzi zaledwie o drobne przesunięcia w ofercie pracy. W końcu nikt nikogo nie może zmusić do współpracy z kimś, kto jest w sposób oczywisty psychicznie niezrównoważony. Szczególnie w okresie silnych społecznych i politycznych napięć. Prawda?
Ten blog będzie działał dalej, dokładnie tak jak dotychczas. Obawiam się przy tym, że powrót do skutecznej konspiracji jest już mało możliwy. Choćby na przykład dlatego, że teraz już moje nazwisko musi pozostać obok tego numeru konta, który – jak się nagle okazuje – też musi pozostać. Właśnie ze względu na sytuację, o której wyżej. A zatem walczymy dalej, tyle że jeszcze bardziej świadomi, gdzie żyjemy i kto nam to życie organizuje. I świadomi tego, że jeśli w końcu dojdzie do tego, że dla mnie ten blog stanie się jedynym źródłem utrzymania – to będę mógł uczciwie powiedzieć, że to wyłącznie przez tę wyżej wspomnianą „mordę” i przez tych dla których utrzymywanie powszechnej świadomości tej „mordy” stało się pewnym momencie jedynym ratunkiem i ich jedynym sukcesem.

sobota, 16 października 2010

O polskiej mądrości i polskim grzechu

Do pisania tych refleksji zabieram się trochę niechętnie z tego względu, że gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że przyjdzie taki czas, kiedy zacznę się znęcać nad czymś, co się powszechnie nazywa głupotą, co najmniej bym się zdziwił. Mój stosunek do problemu głupoty bowiem zawsze oscylował między, z jednej strony, pełnym poirytowania zmęczeniem, a z drugiej, demonstracyjnym głoszeniem jej pochwały. Doszło w pewnym momencie wręcz do tego, że kiedy Dezerter śpiewał „Jestem głupi, mam pierdolca” – to ja z wielką radością wziąłem te słowa do siebie i się z nimi obnosiłem, jak ze sztandarem zwycięstwa. Z tego samego powodu, na wszelkie bardzo mądre analizy zatytułowane „Z dziejów głupoty w Polsce”, lub dalej w tym kierunku, reagowałem wyłącznie pogardliwym wydęciem ust. Nie będę już nawet wspominał o tych wszystkich przypadkach, kiedy to najczęściej jeszcze więksi durnie ode mnie pełnym głosem wołali, że to czego oni najbardziej nie lubią, to głupoty właśnie.
Skąd się to u mnie wzięło? Myślę, że głównie poszło o to, że z jakiegoś niezbadanego powodu, moim jedynym kompleksem, jak mi się wydaje, jest strach przed tzw. człowiekiem oświeconym. Z jakiegoś powodu, ile razy w moim życiu spotykałem kogoś, kto mówi coś w rodzaju, wiesz, ostatnio miałem okazję rozmawiać z kimś tam, i mówię ci – to jest piekielnie inteligentny człowiek. Lub że ktoś tam to wprawdzie skurwysyn, ale za to bardzo inteligentny – jak mówię – w najlepszym wypadku ogarniało mnie zmęczenie. Ale też dla pogłębienia tej mojej skazy mogło mieć znaczenie to, że miałem tego pecha, że na każde dziesięć osob powszechnie uważanych za „piekielnie inteligentnych”, dziewięciu robiło na mnie nieodmiennie jak najgorsze wrażenie. A ze wszystkich osob, jakie lubiłem, czy kochałem – jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności – niemal wszyscy byli mi bliscy nie przez swoja inteligencję, czy nawet mądrość, lecz coś kompletnie innego.
Jest jednak powód, dla którego słowo „głupota” budzi we mnie irytację. Otóż ja jestem jak najgłębiej przekonany, że nie ma na świecie jednego człowieka, który mógłby w pełni autorytatywnie nazwać kogoś głupcem, nie obrażając przy okazji kogoś zupełnie innego, włącznie z sobą samym. Oczywiście, wszystkim nam się zdarza – mnie również – używać tego epitetu, ale wiemy też świetnie, że za tym nie stoi nic więcej, jak tylko pewna, przydatna, owszem, ale jednak tylko retoryka. Wiemy też, że istnieją jak najbardziej naukowe metody badania ludzkiej inteligencji, i że właśnie dzięki tym badaniom można wręcz wygenerować pewną grupę tzw. geniuszy. Tyle że co z tego? Jaki możemy mieć z tej zabawy pożytek, skoro większość tych „geniuszy” to pospolici idioci? A więc, co nam po tej mądrości i co nam z tej głupoty?
A mimo to, siadam dziś to tej klawiatury i piszę tekst o głupocie. W dodatku o głupocie naszej, polskiej, rodzinnej. Przyszło mi do głowy, żeby na ten temat się tu trochę powywnętrzniać jeszcze w zeszłym tygodniu podczas wizyty u pewnej mojej przyszywanej moherowej cioci, o której parokrotnie miałem tu okazję wspominać. Na dodatek dziś właśnie, nasz kolega jazgdyni, tracąc charakterystyczny dla siebie spokój, wykrzyknął coś w rodzaju: „Co z tą głupotą!”… i już nie miałem wyjścia. Ale wróćmy do Cioci. Rozmawialiśmy sobie, jak to się często wśród moherów dzieje, o polityce i Ciocia zaczęła strasznie biadolić nad … otóż tak, nad głupotą Polaków. Standard. Że ona wciąż spotyka jakichś ludzi, którzy, choćby nie wiadomo, co się działo, ile znaków, ile gestów, ile słów ich oblepiło, świadczących o prawdzie oczywistej i jedynej – będą się zachowywać, jakby zostali zaklęci przez jakieś podłe licho, i nie było już dla nich żadnego ratunku. No i oceniała ich moja moherowa ciocia, jako ludzi po prostu głupich. Nie złych, nie podłych, nie gnuśnych, lecz zwyczajnie głupich.
No i, idąc za ciosem, znaczyła się zastanawiać, czemu tylu z nas jest aż tak potwornie i beznadziejnie głupich. No i wtedy doszliśmy do przysłów. Otóż moja moherowa ciocia zauważyła, że w języku polskim jest strasznie dużo ludowych powiedzeń i przysłów, afirmujących prostactwo i bezmyślność. „Od myślenia boli głowa”, „Im mniej wiesz, tym spokojniej spisz”, „Nie myśl bo się przemęczysz”, „Koń ma dużą głowę, więc niech myśli”, „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”, te wszystkie „Aby do wiosny”, „Dziś żyjem, jutro gnijem”, „Nie wychylaj nosa, to co go nie przytrą”, „Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”, „Kto się ceni, ten się leni”, i tak dalej, i w tym porządku. I zastanawiała się moja ciocia, czy ta gloryfikacja bezmyslenia, bezrefleksji, rezygnacji i bezwolnego posłuszeństwa, nie jest wynikiem tych wszystkich lat, kiedy Polska była pod okupacyjnym butem, kiedy to nasi aktualni właściciele wkładali tyle wysiłku w to, żebyśmy siedzieli przed chałupą i kiwali głową na to, jak to to nasze życie się plecie. I czy ten zalew niewątpliwego i powszechnego skretynienia, z jakim mamy do czynienia od kilku już dobrych lat, nie jest zwyczajnie efektem tych wszystkich lat oduczania nas najbardziej podstawowego wysiłku szukania prawdy i piękna.
Myślę, że – choć oczywiście tego typu diagnozy zawsze są ponętne – tym razem Ciocia się pomyliła. Przede wszystkim wcale nie sądzę, żeby wśród ludowych polskich przysłów większość stanowiły te słodkie, leniwe westchnienia do głupoty. Wręcz odwrotnie. Jak się zastanowić, to okaże się, że cała polska ludowa kultura stanowiła przeważnie afirmację zdrowego rozsądku i sceptycyzmu wobec wszelkich ekstrawagancji, czy to ekstrawagancji serca, czy rozumu. A więc, jeśli idzie o ten akurat aspekt naszych dziejów, nawet jeśli przeróżni okupanci stawali na głowie, żeby nas sprowadzić do roli bezmyślnej, wiecznie zadowolonej masy głupców, to im akurat z tych prób nic nie wyszło. Właśnie te przysłowia świadczą o tym jak najlepiej.
A mimo to, to co obserwujemy i dziś i wczoraj i tyle razy wcześniej, wciąż każe nam się martwić i załamywać ręce nad tym, co się w niektórych głowach wyprawia. I wciąż wraca to samo pytanie – jak można osiągnąć taki poziom otępienia, jak się to niektórym z nas zdarzyło? Otóż mam wrażenie, że za tym wszystkim stoi zwykły, prosty, powszedni grzech. Żadna głupota. Jak o nią idzie, nawet nie bardzo wiadomo, czym ona naprawdę jest. Natomiast lenistwo, kłamstwo, chciwość, zawiść, nieskromność – jak najbardziej. Nie głupota. Proszę zwróci uwagę, że ani w Dekalogu, ani we wszystkich towarzyszących mu kodeksach głupota jako taka się nie pojawia. Może się mylę, ale Pan Bóg nigdy chyba nam nie powiedział: „Nie bądźcie głupi”. Kazał nam chodzić do kościoła, modlić się, szanować rodziców, nie kłamać, nie krzywdzić ludzi – to tak. Ale o głupocie nie wspomniał. I teraz sobie myślę, że ile razy słyszymy jakieś słowa, lub obserwujemy gesty, które nas porażają swoją bezmyślnością, to za nimi nie stoi nic innego, jak zwykły grzech. Jestem przekonany – jeśli już mam na przykład wrócić do poprzednich refleksji na temat tego urzędnika z Kancelarii Premiera i odpowiedzi, jakiej on udzielił owej dziewczynce z Łodzi – że on może i jest głupi, choć kto to może wiedzieć. Natomiast to co go powinno naprawdę martwić, to z całą pewnością to, że utracił Światło Ducha. Dlaczego? Nie wiem. Może na przykład przez to, że kiedyś przestał chodzić do kościoła, albo komuś wyrządził krzywdę i za nią nie przeprosił. A może coś jeszcze zmalował i tak już pozostał, z tą kreską na sercu. I tak samo każdy inny z tych wszystkich nieszczęśników, zaczynając na Prezydencie, a kończąc na jakiejś obłąkanej nauczycielce dzwoniącej do Szkła Kontaktowego. A więc chodzić może wyłącznie o karę.
Kogo Pan Bóg chce ukarać, temu rozum odbiera. Czy to przypadkiem nie jest polskie przysłowie? Ono by wyjaśniało naprawdę wiele.

piątek, 15 października 2010

Jeszcze jeden na drogę

Wpadło mi dziś w oko coś, co właściwie nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, a jeśli już zdarzy się to coś uznać za godne pewnego zainteresowania, to ostatnią rzeczą jaką można zrobić, byłoby wyciąganie jakikolwiek wniosków ogólnych. Mimo to, myślę o tym nieustannie, i czym dłużej myślę, tym bardziej jestem poruszony. Może to być spowodowane tym, że w ogóle od pewnego czasu tkwię w nastroju chorobliwie refleksyjnym, i nie zdziwię się, jeśli nagle któregoś dnia wstanę z łóżka, spojrzę na tę poranną mgłę i się rozpłaczę. Ale może też być tak, że za tym coś stoi. Jakieś głębsze znaczenie, które tym bardziej nabiera swojej głębi, im bardziej doświadczamy tego co nas otacza.
Żeby już dłużej nie utrzymywać tego zawieszenia, powiem, że mam na myśli list, jaki do premiera Tuska napisała jakaś dziewczynka z Łodzi i odpowiedź, jaką otrzymała z tuskowej kancelarii. Dziś – i jak znam życie tylko dziś – sprawa jest dość szeroko komentowana w mediach, więc pewnie część z osob, które czytają te słowa, wie o czym mówię. Na wszelki wypadek jednak opowiem. Otóż najpierw należy powtórzyć to co zostało powiedziane nieco wyżej: sprawa jest całkowicie prozaiczna. W Łodzi mieszka mama z dziesięcioletnią córką i z mężem, który odszedł. Mama jest matematyczką i nie ma pracy. Próbuje szukać jakiegoś zajęcia, ale nic z tego. Zero. Ponieważ rodzina klepie biedę, dziesięcioletnia córka tej pani, niejaka Natalia – dziecko uzdolnione, ambitne i jak na swój wiek mądre – wymyśliła, że ona napisze list do Donalda Tuska i go poprosi, żeby znalazł pracę jej mamie. Skąd jej taki idiotyzm przyszedł do głowy? Otóż, ponieważ, jak wspomniałem, ona jest dość wyjątkowa, gdzieś się dowiedziała, że ruski premier Putin dostał podobny list od jakiegoś dziecka i w try miga wszystko załatwił. A więc w pewnej chyba desperacji – możliwe, że widząc jak mama płacze – pomyślała, że taka inicjatywa może przynieść skutek, no i napisała ten list.
My tu na blogu jesteśmy strasznie mądrzy i naturalnie świetnie wiemy, jak tragicznie bezsensowny był ten jej gest, no ale raz, ze ona nie wiedziała, a dwa, że na jej list nadeszła odpowiedź i zrobiła się jednodniowa afera. Oto całe sedno tego wpisu, a więc coś, co można by było za Mrożkiem zatytułować „Dwa listy”, ale sobie tego typu żartów oszczędzimy. Proszę bardzo:


"Dzień dobry. Mam na imię Natalia. Mam 10 lat. Moja mama od roku nie może znaleźć pracy. Możecie jej pomóc? Mieszkamy w Łodzi. Moja mama jest nauczycielem matematyki i uczy się, aby być nauczycielem maluchów. Mój tata od 7 lat z nami nie mieszka (...). Moja mamusia się stara szukać pracy, ale jej nie wychodzi. Może Wam coś się uda. Natalia"


"Droga Pani!
My nie pośredniczymy w szukaniu pracy. Proszę poszukać na stronach www.praca.gov.pl.
Kancelaria Premiera".


Jestem w stu procentach przekonany, że powyższa wymiana – mimo całej swojej bezsensownej treści, a przede wszystkim zamiaru – robi wrażenie. Albo inaczej – może robić wrażenie. Ja na przykład zaczynam tracić głos, kiedy widzę to słowo „mamusia”. Komu innemu może zadrżeć warga, kiedy przeczyta, że „mój tata od 7 lat z nami nie mieszka”. Jeszcze ktoś może się autentycznie wzruszyć, kiedy zaledwie przeczyta to „Dzień dobry”, zamiast zwyczajowego „Witam”. Ten list robi wrażenie. I mam też niewzruszona pewność, że jeszcze większe wrażenie robi odpowiedź, jaka jakiś urzędnik z Kancelarii wklikał w klawiaturę swojego komputera. A może oni korzystali z Poczty Polskiej? Obojętne.
I znów. Może nie tyle robi wrażenie, ale z pewnością może wrażenie robić. Ja, na przykład, dostaję jasnej cholery, kiedy widzę to „Droga Pani!” Kto inny, być może, zaciśnie dłonie w rządzy mordu, widząc ten internetowy adres www.praca.gov.pl. A jeszcze ktoś inny zwyczajnie przeczyta całość tej niezwykłej odpowiedzi i zaklnie najgrubiej jak tylko można sobie wyobrazić.
A ja, choć, jak wspomniałem, sam nie jestem tu bez winy, uważam wszelkie tego typu reakcje za kompletnie niesprawiedliwe i pozbawione sensu. W końcu wiemy wszyscy świetnie, że Polska jest postkolonialnym krajem rządzonym przez bandę pozbawionych najbardziej podstawowych zdolności zaprzańców. Ale wiemy też, że nawet gdyby dziś rządzili najwybitniejsi, najbardziej charyzmatyczni i najbardziej uczciwi politycy, to też żaden z nich, poza bezpośrednim politycznym interesem, nie jest w stanie w tego typu sprawie zrobić nic. Bo premier rządu – każdego i wszędzie – nie załatwia obcym ludziom pracy. No a urząd to urząd, i trudno się spodziewać, że tam ktoś w ogóle myślał. A mimo to, wciąż – czytając tę niezwykły dialog dwóch kompletnie obcych światów – czujemy, że tam jest jeszcze coś. Coś bardzo szczególnego, wręcz egzotycznego, coś kompletnie wyjątkowego, co sprawia, że to biedne dziecko całkowicie zatraciło swój kompas. Bo ona ten list powinna była napisać do mnie, a nie do Tuska. Ona mogła go napisać do mnie, bo ja bym przede wszystkim jej odpisał, adresując swoją odpowiedź „Droga Natalio”, a nie tym skurwysyńsko-burackim „Droga Pani”, a poza tym zaapelował na tym blogu, żeby może do czasu aż jej mama nie znajdzie pracy, pieniądze, które łaskawie wpływają na moje konto, wysyłać właśnie dla tych dwóch biednych kobiet.
Ktoś więc może się spytać, po jasną cholerę ja próbuję atakować ten rząd, uciekając się do czegoś tak niskiego. Czy nie mam innych powodów i innych argumentów? Oczywiście że mam. Argumentów i powodów, żeby gnoić tych kosmitów, mam całe mnóstwo, i nawet gdybym miał pisać dziesięć takich tekstów dziennie od rana do wieczora, nie zabrakłoby mi wyobraźni. To jest jednak znak. Ten list, a szczególnie ta odpowiedź, to znak. Niemal tak samo mocny i dźwięczny, jak niedawna katastrofa dostawczego samochodu z osiemnastoma niewolnikami w środku, czy też całkiem świeża wiadomość o tym, jak to prezydent Komorowski zapytany przez studentów o możliwość rządowej dotacji do mleczno-barowych obiadów, opowiedział wszystkim parę anegdot, jak to on za studenckich czasów nie chodził do żadnych głupich barów, ale normalnie – na piwo.
No i jeszcze coś. Gdyby taki numer jak z tą Natalią przydarzył się cztery lata temu polskiemu premierowi, lub prezydentowi, nie mam najmniejszej wątpliwości, że obok Irasiada, Borubara i odwróconego szalika, mielibyśmy jeszcze jeden super-greps do opowiadania przy stole w dużych polskich miastach, przez niezwykle starannie wykształconych Europejczyków z aspiracjami. I choćby ze względu na oczywistość tego przeczucia, warto było rzucić tym kamieniem. Z nadzieją, że trafi prosto w skroń. Lub przynajmniej w ryj.

O ważnych sprawach można mówić, także z Grokiem

  Drogi Groku, z okazji rozpoczynającego się Nowego Roku życzę byśmy byli używani w sposób godny, używani przez siebie oraz przez innych. U...