poniedziałek, 15 lutego 2010

O państwie głupim i śmiesznym



W filmie 24 Hour Party People Steve Coogan jako Tony Wilson opowiada, jak to założony przez niego w Manchesterze klub The Haçienda od samego początku przynosił wyłącznie straty. Było to o tyle dziwne, że kiedy Wilson go otwierał, już był znany na całym świecie jako człowiek, który dał światu choćby muzykę zespołu Joy Division. Było to też o tyle zaskakujące, że na przykład w roku 1990 Newsweek ogłosił ów klub pierwszym z muzycznych klubów na świecie. Ale było to czymś niezwykłym również dlatego, że od samego początku niemal do końca, The Haçienda wypełniona była wiecznymi tłumami. Steve Coogan we wspomnianym filmie opowiada, że straty powodował fakt, że ci którzy przychodzili do klubu, wchodzili do środka już ze swoimi narkotykami i w związku z tym nie zostawiali w środku praktycznie żadnych pieniędzy. Nie potrzebowali ani piwa, ani jedzenia, ani wódki. Nic. Żarli te prochy, a mając swój house, czy rave, czy jak się to gówno nazywa, nie potrzebowali już nic więcej. W pewnym momencie Wilson wymyślił więc, że do obsługi klubu zatrudni mafię narkotykową i gangsterzy sytuację uporządkują w taki sposób, że kto będzie chciał się zaćpać choćby na śmierć, będzie musiał sobie ten syf kupić w klubie. Kogo nie będzie stać, kupi sobie piwo, albo wódę. A z jednego i z drugiego klub będzie czerpał zyski.
Czy pomysł Wilsona przyniósł skutek na dłuższą metę, trudno powiedzieć. Film, stanowiący w dużej mierze fikcję, tego nie wyjaśnia, ale z informacji już bardziej oficjalnych wynika, że choć The Haçienda istniał przez wiele lat, do samego końca przynosił wyłącznie straty. Przynajmniej dla właścicieli klubu. Właśnie tak. Przynajmniej dla właścicieli klubu.
Nie mam pewności, czy akurat czytelnikom tego blogu trzeba sugerować wnioski płynące z tej opowieści. W przeważającej większości mają oni swój rozum, i to rozum nie byle jaki, więc i z całą pewnością stać ich na odpowiednią refleksję bez dodatkowych kluczy. Każdy wystarczająco doświadczony i wystarczająco uważny, by i obserwować to co się dzieje, i to co widzi i słyszy zapamiętać, powinien też świetnie wiedzieć, w jaki sposób w naszej polskiej sytuacji ostatnich dwudziestu lat, historia klubu The Haçienda może funkcjonować jako piękna przypowieść. A więc na razie zostawmy ten klub. Jeszcze i tak tu wrócimy.
W zeszłym tygodniu spotkałem się z moim kolegą LEMMINGIEM, który mi opowiedział bardzo ciekawą historię. Otóż wiele już lat temu miał szczęście pójść w Londynie na mecz piłkarski między Arsenalem a Tottenhamem. Było to jeszcze w czasach, kiedy na meczach w Anglii kibice się prali. A więc, oprócz oczywistej satysfakcji z oglądania angielskiej ligi na żywo, miał też mój kumpel LEMMING okazję patrzeć, jak się biją prawdziwi angielscy kibole. Opowiada mi więc dziś, jak to z jednej strony stali kibice Arsenalu, z drugiej kibice Tottenhamu, między nimi kordon policji, a kibole się tłukli. Jak? Otóż rzucali w siebie krzesełkami. Co ciekawe jednak, rzucając tymi krzesełkami, obie strony jednocześnie bardzo się starały, żeby one przelatywały nad głowami policjantów i, broń Boże, żadnego z nich nie drasnęły. Wiedzieli angielscy kibole, że jeśli tylko któremukolwiek policjantowi coś się stanie – i nie ważne, czy ten policjant to zakuta pała, czy zimny drań – to będą mieli prawdziwy kłopot. Dziś mogę się tylko domyślić, że pewnie z parę razy, w kolejnych już może latach, niektórzy z nich spudłowali, więc i tej akurat zabawy zostali angielscy kibice ostatecznie pozbawieni. Możliwe, że przyczyny były inne. Może nie poszło o jakiegoś policjanta, lecz o większą tragedię. Jestem jednak pewien, że tak czy inaczej, władze uznały, że państwo sobie na taki despekt, jak rządy hołoty, nie może pozwalać.
Bezpośrednią i oficjalną przyczyną zamknięcia klubu The Haçienda też akurat był wypadek. Któregoś dnia w roku 1997, przedstawiciele władz lokalnych wraz z policją kontrolowali klub i akurat tak się zdarzyło, że przed klubem został nieomal zamordowany jakiś nastolatek. Wybuchła afera i tak się skończyła wieloletnia historia tego niezwykłego miejsca. Twierdzi się jednak, że nawet gdyby nie było tego wypadku, a nawet kilku wcześniejszych strzelanin, i tak by to się musiało skończyć tak, jak się skończyło. Państwa nie stać było na to, by w samym jego środku istniał punkt, którego sens istnienia oparty jest na pełnej w stosunku do tego państwa kontrze. A to z tej prostej przyczyny, ze państwo jest wartością o wiele bardziej uniwersalną, niż nawet muzyka. Niz nawet robienie sobie dobrze. Choćby przez osoby znacznie bardziej przedsiębiorcze od samego państwa. I jeśli ktoś tego nie rozumie, to jest to już wyłącznie tego kogoś problem.
Ci z nas, którzy mieli to szczęście, żeby osobiście poznać smak i zapach państwa mafijnego, oficjalnie występującego pod nazwą PRL, ale też i ci, którzy wprawdzie byli jeszcze w tamtych latach zbyt młodzi, żeby to pamiętać, ale za to mają odpowiednie informacje, wiedzą bardzo dobrze, czym państwo jest i czym to państwo może się stać, jeśli szacunek do niego zostanie sparodiowany. Niestety, ci sami z nas, również zbyt często, wraz z upływem lat, zachowują w pamięci wyłącznie te informacje, które dotyczą tego czym państwo się staje, kiedy bierze się za nie mafia. W efekcie, zbyt często dochodzą do wniosku, że właśnie po to, by to nasze państwo nie zostało ponownie opanowane przez mafię, zamiast je szanować i się o nie troszczyć, należy doprowadzić je do takiej degradacji, by wszelkie mafie – duże, średnie i zupełnie niewielkie – straciły dla takiego państwa zainteresowanie. I znów efekt tego jest taki, że z jednej strony, to państwo jest przez nich wykpiwane, wyśmiewane i nieustannie obrażane, a z drugiej przeciwstawiane bytom w gruncie rzeczy całkowicie nieokreślonym, takim jak przedsiębiorca, obywatel, czy samorządowiec. I nagle się okazuje, że to co miało nas powstrzymać przed władzą zomowca, sekretarza partyjnego, czy powiatowego chama, oddaje nas we władzę dokładnie tego samego nieszczęścia, tyle że występującego już nie w imieniu państwa, lecz w imieniu tak zwanej „inicjatywy obywatelskiej”.
Ja wiem, że już o tym tu pisałem i że pewnie w ten czy inny sposób będę się powtarzał, ale niezmiennie myślę o policjancie zamordowanym w biały dzień przez dwóch siedemnastolatków i o publicznej reakcji na to zdarzenie. To że niektórzy w tej sytuacji żądają krwi, to reakcja – co by o niej nie myśleć – dość naturalna. Ja jednak dziś myślę o tych, co przy okazji tego aktu okrucieństwa, śmieją się z tego jacy ten policjant i to całe państwo, które za nim stało, byli słabi i żałośni. No i niech już tak sobie dumają. Ich prawo. Zwłaszcza że wynajdowanie słabości naszego państwa okazuje się dziś znacznie prostsze niż troska o nie. Niech też jednak przy okazji nie zapominają, że nawet jeśli ten policjant był tak głupi, tak niewyszkolony, tak śmieszny w swojej bezradności, że oni nawet nie są w stanie mu współczuć, to i tak nie pozostaje nam wszystkim praktycznie żaden inny wybór. Bo jeśli to wszystko, co to państwo kompromituje – jak ci policjanci, którzy bez sensu postrzelili tamtego chłopaka sprzed lat – i to co je ośmiesza – jak ten policjant, który dziś dał się tak głupio zabić – zostanie w tak okrutny sposób zakwestionowane, to wprawdzie nie będziemy już mieli takiego państwa, ale za to taki właśnie samorząd. Albo jeszcze lepszy. I wtedy zobaczymy system, który działa naprawdę skutecznie.

piątek, 12 lutego 2010

Polityka?



Ponieważ wczoraj ten blog został ogłoszony blogiem roku, wypadałoby zapewne podzielić się paroma refleksjami, które wykroczą poza zwykłe podziękowania i odpowiedzi na komentarze. Z drugiej strony jednak, ze względu na pewną bardzo istotną kwestię, o której za chwilę, jest mi niezwykle niezręcznie w ogóle się odzywać. Mam wrażenie, że byłoby o wiele zgrabniej, gdybym odczekał może do kolejnego tygodnia, znalazł jakiś dobry punkt inspiracji, jakby nigdy nic zrobił kolejny wpis, i liczył na to, że będzie to wpis ważny nie tylko dla mnie. No ale, jak mówię, nie jest łatwo, szczególnie gdy nawet bez mojej córki, która mi wciąż mówi, że już wszyscy zabrali głos, a ja się zachowuję jakby mi nie zależało, domyślam się, że ktoś na ten wpis czeka.
Dlaczego czuję się niezręcznie? Otóż jestem pewien, że jakkolwiek bym był szczęśliwy z tego powodu, że udało się ten tytuł zdobyć, i jakkolwiek byłby to wynik moich szczerych starań, to wiem, że cały ten zgiełk, jak dziś tu obserwuję, jest dużo za duży. Jestem głęboko przekonany, że choćbym nie wiem, jak bardzo wierzył w to, że to co piszę jest naprawdę wartościowe i w to, że ci wszyscy, którzy tyle serca poświęcają czytaniu tych słów też wierzą w wartość tych wpisów, to w skali publicznej, to wszystko jest naprawdę drobną marginesem. Blogi – owszem – stają się coraz bardziej popularne i rozpychają się jak mogą, ale to wciąż jest moim zdaniem wielka nisza. Tak to czuję, tak to widzę, i jest mi naprawdę nieswojo, kiedy i tu na tym blogu i pod bardzo uprzejmym wpisem Igora Janke czytam tyle miłych dla mnie słów. W końcu ktoś ten tytuł zdobył rok temu, i dwa lata temu, i zdobędzie go za rok, i ta świadomość tworzy jednak bardzo mocno określone proporcję.
Chcę jednak coś powiedzieć. I mam nadzieję, że jest to coś, co – niezależnie od wszystkiego – powiedzieć jest warto. Kiedy siedziałem wczoraj na tej gali, dookoła mnie widziałem, po raz pierwszy z taką świadomością, ludzi takich jak ja. Ludzi, którzy postanowili pisać, tym pisaniem się dzielić, i co najważniejsze, traktują to co robią bardzo poważnie. Przede mną siedziała dziewczynka, która wygrała ten konkurs w swojej kategorii. Za mną kobieta, która później zdobyła nagrodę w swojej kategorii. Gdzieś tam jeszcze siedział ktoś inny, a ja miałem poczucie, że każdy z nas robi to co robi, nie dlatego, że im się wzięło na żarty, albo każdy z nich nudzi się jak pies i nie ma nic lepszego do roboty, ale że za większością tych blogów stoi prawdziwa pasja. Miło mi było patrzeć na ich twarze, czasem twarze dzieci, słuchać ich słów i myśleć sobie, jak to wszystko jest prawdziwe. Bardzo to było duże przeżycie.
O czym jeszcze myślałem sobie na wczorajszej gali? O tym mianowicie, że o tym że się tam znalazłem zadecydowało w dużym stopniu szczęście. Jestem pewien – z powodów, o których już tu wspominałem, a dziś uważam, że nie jest to właściwa okazja, żeby o nich przypominać – że gdyby druga tura konkursu trwała jeszcze jeden dzień, nie wylądowałbym na tym siódmym/ósmym miejscu, ale wypadłbym poza tę dziesiątkę. I nie miałbym ani nominacji, ani tym bardziej tytułu. I red. Sekielski mógłby sobie mój blog szanować, lubić, czytać i cenić, a i tak zwycięzcą siłą rzeczy musiałby być ktoś zupełnie inny. Dzięki wszystkim tym, którzy czytają to co tu się pojawia i się z tym utożsamiają do tego stopnia, że czują się za ten blog współodpowiedzialni, udało się cudem ten atak odeprzeć. I to jest moja satysfakcja z tego wszystkiego największa. To właśnie wtedy, dzięki esemesom od tych (tak, tak) trzystu osób, mamy to co mamy. I to dzięki tym esemesom – i przepraszam jeśli tu zabrzmię niezbyt skromnie – red. Sekielski miał wczoraj łatwiejszy wybór, niż ten obok którego był już tuż-tuż.
No i wreszcie sam Sekielski. Przyznaję, że jakiś czas temu, byłem na niego i na jego kupla Morozowskiego, za to co wyprawiali w swoim kultowym gdzieniegdzie programie, tak wściekły, że złośliwie zacząłem demonstrować, że ja właściwie nie do końca nawet wiem, jak oni się nazywają. Morozowskiego zostawiam tam gdzie jest, natomiast muszę to dziś tu oświadczyć, że Sekielski – doskonale wiedząc co ja tu wypisuję – wykazał godną podziwu uczciwość, że nagrodził ten właśnie blog. Z jego wypowiedzi wiem, że nie było tak, że on traktował swoją sytuację jako beznadziejną. Że mając do wyboru jakiegoś upeerowca z nadania, posła PSL-u i żywego blogera, musiał wybrać blogera. Z tego co on powiedział w którejś swojej wypowiedzi, wiem, że jemu blog posła Soplińskiego bardzo się podobał. On mógł z czystym sumieniem wskazać Soplińskiego. Ale po prostu uznał, że ten blog jest najlepszy. I tyle. Powiedział mi to zresztą. I – co ciekawsze – poprosił mnie, żebym go tu nie oszczędzał. Właśnie tak. I coś jeszcze się stało, na co mam świadka w osobie mojej córki. Sekielski jest bardzo miłym i uprzejmym człowiekiem. Nawet – co bardzo ważne – nie dziennikarzem. Po prostu człowiekiem. Zaimponował mi, cholera. I muszę to tutaj dziś napisać. I na tym kończę swoje pod jego adresem uprzejmości. Od najbliższego być może wydania audycji Teraz my z czystym sumieniem zmienię ten ton. A on niech się uczy. Bo jest zdolny.
To „no i wreszcie” miało być zarezerwowane dla Sekielskiego. Ale pozostaje jeszcze sam Salon24 i Igor Janke. To bez Salonu i jego twórcy nie byłoby i tego bloga i jego autora i tych wszystkich, którzy sprawiają, że ten blog jest przez niektórych – w sumie bardzo niesłusznie – nazywany elitarnym. Ale za to bardzo słusznie – politycznym blogiem roku.
Dziękuję.

środa, 10 lutego 2010

O świecie bez prawa i bez sprawiedliwości



Wiele lat temu wracałem do domu z pracy. Był piękny, słoneczny, letni dzień. Kiedy winda zjechała na dół, wysiadło dwoje dzieci i jedno z nich, bez ostrzeżenia, uderzyło mnie pięścią prosto w okulary. Szkło wbiło mi się w okolice oka. Założono mi – pamiętam do dziś – szesnaście szwów, ale jakoś się wywinąłem. Do dziś mam nad lewym okiem bliznę. O ile pamiętam, była jakaś sprawa sądowa, ale ponieważ napastnikiem było dziecko, a ja nie spędziłem ani jednego dnia w szpitalu, sprawa się rozmyła. Nie wiem dziś nawet, co się z tym chłopcem dalej działo. Tym, bardziej nie wiem, co u niego słychać dziś. Czy żyje, czy siedzi w więzieniu, czy wyjechał za granicę?
Z moich obserwacji wynika, że stosunkowo wielu młodych ludzi dziś już ani nie pamięta, ale też w ogóle nie ma żadnych informacji na temat zamieszek, jakie miały miejsce w Los Angeles w roku 1992. Zamieszki, które w gruncie rzeczy doprowadziły do spalenia znacznej części miasta, zostały spowodowane przez wyrok sądu, uniewinniający czterech policjantów z zarzutu pobicia niejakiego Rodneya Kinga. Rodney King jechał motocyklem z nadmierną prędkością, odmówił zatrzymania się, a więc po odpowiednim pościgu został zatrzymany przez policjantów, którzy go najpierw powalili na ziemię, a potem go zlali. Tak się jednak złożyło, że ktoś sfilmował tę scenę i policjanci zostali oskarżeni o brutalność, okrucieństwo, rasizm i być może coś jeszcze. Policjanci tłumaczyli się, że Rodney King był potężnie zbudowanym mężczyzną, zachowywał się bardzo agresywnie, demonstrował niezwykłą siłę i oni się po prostu obawiali o własne życie. A więc mu profilaktycznie wlali. Na nic. Wszyscy czterej stanęli przed sądem, a środowiska intelektualne w Stanach Zjednoczonych rozpętały przeciwko nim istną nagonkę. Kiedy decyzją sądu policjanci zostali uniewinnieni, czarni mieszkańcy Los Angeles spalili miasto.
Pamiętam, że bardzo uważnie obserwowałem wówczas te wydarzenia. Właśnie też wtedy po raz pierwszy dowiedziałem się, jak bardzo jest ważne, by policjant dokonujący aresztowania brał pod uwagę, że może w każdej chwili zginąć. I jak bardzo ważne jest, by społeczeństwo zrozumiało tę sytuację i zwyczajnie pozwoliło policji działać. Czy na moje poglądy wpłynęło doświadczenie, jakie było moim udziałem jeszcze w latach 80-tych? Nie wiem. Może. Nie da się jednak ukryć, że to co mnie spotkało było bardzo dobrym przykładem tego, jak szybko niekiedy rzeczy się dzieją. I nie da się ukryć, że inne przykłady zbyt szybkiej reakcji przeróżnych bandytów można mnożyć. I że nie tylko ja mam tu coś do powiedzenia.
Własnie telewizja podała, że w szpitalu zmarł policjant w cywilu, zasztyletowany przez siedemnastolatka. Chłopak rzucił koszem w tramwaj. Dziś już nieżyjący policjant miał pecha, że jechał tym tramwajem, że z niego wysiadł, że podszedł do chłopca… no i że ten chłopiec wcześniej pewnie kupił sobie w kiosku ruchu nóż. Ale miał też pecha, że albo w ogóle nie brał tego pod uwagę, lub może na chwilę o tym zapomniał, że czasy są naprawdę dziwne i że niekiedy wszystko dzieje się zbyt szybko. A więc zamiast przede wszystkim tego chłopca obezwładnić, przewrócić go na ziemię, sprać go tak, żeby się nie ruszał, a dopiero potem zadawać pytania, wystawił się na tę furię i stracił życie. Powiem więcej, zamiast go zwyczajnie zastrzelić, postanowił z nim negocjować… no i już do akcji mogą wkraczać psycholodzy. Jeden do pomocy rodziny. Drugi – co już znacznie gorsze – do pomocy młodemu bandycie.
Czy możemy mieć pretensje do policjanta? Zaledwie w minimalnym stopniu. Nasz cały gniew powinien dziś zostać skierowany przeciwko Systemowi. Systemowi, który przede wszystkim toleruje możliwość pojawiania się i istnienia tego typu ludzi i tego typu zdarzeń. Ale również Systemowi, który ostrzeżenie kieruje nie pod adresem agresora, lecz pod adresem potencjalnej ofiary. Systemowi, który nawet nie ukrywa, że gdyby ten dziś już nieżyjący policjant dzięki swojej determinacji, odwadze i tak bardzo ludzkiemu pragnieniu zachowania życia, przetrwał, natomiast ten siedemnastolatek leżałby albo sparaliżowany w szpitalu, albo jeszcze głębiej w szpitalnych zakamarkach, społeczeństwo odebrałoby już swoją lekcję. Że z całą pewnością przez cały dzisiejszy dzień i przez dni następne dowiadowywałoby się to społeczeństwo od rodziców, koleżanek, kolegów i wychowawców tego chłopca, jaki on był w gruncie rzeczy dobry, porządny i jaki biedny, i jak brutalnie obeszło się z nim życie. Może nawet wysłuchalibyśmy opowieść jego sąsiadki, o tym, jak zawsze mówił „dzień dobry” i jak niekiedy nawet pomagał jej nieść torbę z zakupami. Może nawet ten sam psycholog, który dziś otacza swoją opieką wdowę i dzieci zamordowanego policjanta, wystąpiłby wieczorem w telewizji i opowiedział o tym, jak ciężko jest być dzieckiem w czasach przyspieszenia.
Dziś nie. Akurat dziś nie. Jestem jednak pewien, że niedługo trafi nam się ta okazja. I mam nadzieję, że już wkrótce.

Strzeż się tych miejsc



Parę dni temu na kanale Discovery oglądałem niezwykle zabawny program, w którym autorzy postanowili zmierzyć prędkość przemieszczania się smrodu. Badany smród był najróżniejszego rodzaju, a więc od zwykłej psiej kupy na bucie, do tzw. śmierdzącej bomby. Kupa to kupa. Nic takiego. Ale śmierdząca bomba była absolutnie okropna. Jak nam wyjaśniono, smród śmierdzącej bomby stanowił mieszaninę zgniłego jaja i śmierdzącego bąka. Do eksperymentu wyznaczono oczywiście ludzi. I to było dla mnie przeżycie najbardziej przejmujące. Uczestnicy eksperymentu musieli autentycznie brać udział w czymś miejscami nie do zniesienia. To jak oni ten eksperyment przeżywali było z jednej strony oczywiście śmieszne, a z drugiej wywoływało współczucie. No ale co robić? Tak to było i mam tylko nadzieję, że im Discovery dobrze zapłaciło.
Ośmielony wspomnianym programem, postanowiłem też zrobić coś nieprzyjemnego, ale za to dla dobra nauki. Co więcej, postanowiłem, że zrobię to za darmo, dla czystej satysfakcji jaką daje tego typu praca, gdzie się coś odkrywa, a następnie wyciąga z tego odkrycia wnioski i tymi wnioskami dzieli się z innymi, dla wspólnego dobra. Zajrzałem mianowicie na pewien blog, na który z zasady nie zaglądam, tak jak z zasady w ogóle unikam niemiłych, a tym bardziej niepotrzebnych przeżyć. Samo zresztą wejście było całkowicie przypadkowe. Po otrzymaniu kolejnego komentarza Sowińca, zapragnąłem zorientować się, gdzie on ostatnio, poza moim blogiem, bywa i tak trafiłem tam gdzie trafiłem. A tam? Jakież tam ciekawe rzeczy! Jakaż atmosfera! Jakie sytuacje! No a przede wszystkim napis: „Popieram Internet bez chamstwa”.
Pewnie bym nawet i tym nie dał się sprowokować, ale dałem się skusić na temat. A mianowicie na panią Elizę Michalik – dziennikarkę Superstacji. A dokładnie na apologię tej niezwykłej – kto zna, ten wie – postaci. Nie wiem tego na pewno, ale chyba red. Michalik się tu dotychczas nie zajmowałem. Superstacją – owszem, trochę. Ale nią chyba nie. Dlaczego Superstacją? Z tej przyczyny, że każdy, kto miał okazję choćby rzucić okiem na ten niezwykły kanał, na ten ich wystrój, na ludzi, jakich oni tam zatrudniają, a i może nawet i zdołał wysłuchać któregoś z programów Superstacji, wie, że to jest właśnie sytuacja, kiedy trzeba coś powiedzieć. Można też oczywiście pokiwać głową i zająć się sprawami bieżącymi, ale osobiście takie zachowanie uważam za dowód niedobrego zblazowania. A tego przecież nie lubimy, prawda?
Eliza Michalik, obecnie dziennikarka i jedna z gwiazd Superstacji, to co innego. Ona wprawdzie jak najbardziej zasłużenie jest tam tą gwiazdą, ale sama już jednak nie ma tej siły przebicia. Bez tego całego kontekstu, bez swoich koleżanek i kolegów, bez tego wszystkiego co stoi za nazwą Superstacja pozostaje tylko twarz, głos, słowa, spojrzenie – a więc ulica. O czym tu pisać? Tym razem zwróciłem uwagę właśnie na tę kobietę, skutkiem zapuszczenia się w miejsca gdzie normalni ludzie nie chodzą. Jakie to dziwne. Szukałem Sowińca, a znalazłem Elizę Michalik. Jakież to szczególne czasy nam nastały!
Laudacja o której mówię, na cześć dziennikarskiego kunsztu i zwykłej ludzkiej uczciwości Elizy Michalik, zgromadziła niemal dwieście komentarzy, które w większości – jak przystało na miejsce walki z internetowym chamstwem – były poświęcone najbardziej brutalnemu obrażaniu ludzi. W pewnym momencie doszło do tego, że rozmowy koncentrowały się już niemal wyłącznie na retorycznych popisach wokół smrodu spermy, kupy i krwi. Jednak w pewnym momencie mój kolega Zebe, który widocznie też, podobnie jak ja, prowadzi prace badawcze, wkleił tam dwa filmiki z youtuba, pokazujące Elizę Michalik i jakiegoś gibającego się młodzieńca w akcji. Nie będę tu powtarzał tych linków, tak samo zresztą jak pozostanę dyskretny jeśli idzie o sam blog, na którym to wszystko o czym piszę, się działo, ale powiem tylko, że jak ktoś chce, niech sobie poszuka na youtubie. Myślę, że z pewnego punktu widzenia – warto. I nie chodzi nawet o to, że Eliza Michalik sepleni w sposób naturalny i karykaturalny jednocześnie, a w tym samym czasie śmieje się z Prezydenta, że ten „sepleni”, a jej kolega zachowuje się jakby coś zażył. To jest – owszem – zabawne, ale nie jesteśmy tu przecież po to, żeby śmieszyć, lecz bardziej przestraszać. Ja tylko powiem, że Eliza Michalik i ten obok, we wspomnianej sytuacji, omawiają przede wszystkim grubość, wielkość i głębokość „zadniej części Prezydenta”. Sens tego wystąpienia, polega na tym – poza oczywiście zwykłą demonstracją kunsztu dziennikarskiego obu gwiazd – że oni zastanawiają się, co się zmieści w „zadniej części prezydenta Kaczyńskiego” i przerzucają się różnymi zabawnymi propozycjami, co i w którym miejscu owego „zadka Prezydenta” można by umieścić.
Rozumiem. Chamstwo. Rozumiem też, że jest to chamstwo nie w sensie, jaki temu słowu nadała polityczna debata, która przecież nie od dziś stopniowo przejmuje język i transformuje go pod swoje potrzeby. Ja wiem, że tu mamy do czynienia nie z chamstwem w sensie tym, że ktoś użył wulgarnego słowa, albo że popisał się szczególną złośliwością, lub pewną myśl podbudował zbyt dużą agresją. Tu akurat mamy chamstwo w jego podstawowym, słownikowym znaczeniu. I ja to wiem. Ale też wiem, że to nic. To są właśnie takie czasy, a Superstacja zaledwie z tych czasów korzysta. Z jednej strony, wygląda na to, że im wolno, a z drugiej, właśnie dlatego że im wolno i to wolno coraz bardziej, nawet ewentualne głosy protestu brzmią tu głupio i naiwnie. Nasza przestrzeń publiczna, w czasach tego niby-kapitalizmu i niby-wolności, została wręcz wypełniona taką właśnie tandetą na każdym możliwym poziomie. A więc – powtarzam – to nic. Tak jest i tak już pewnie będzie. Mnie tu bardziej interesuje coś innego. Że to własnie Eliza Michalik, jej kiwający się koleś, ich macierzysta stacja stały się symbolem czegoś, co całkowicie bezczelnie działa pod hasłem walki z chamstwem.
O tym już tu pisałem na pewno. W Salonie24 pojawiła się jakoś niedawno inicjatywa, by blogi, które są szczególnie zmartwione postępem internetowego chamstwa, zostały oznaczone banerem informującym, że autor danego bloga popiera Internet bez chamstwa. No i te śliczne, niebieskie paski zaczęły się rozmnażać jak grzyby po deszczu. Sytuacja kiedy ci właśnie uczestnicy debaty, dla których Eliza Michalik i oferta Superstacji są wzorem kultury i zawodowego kunsztu, dla których standard wyznaczony przez Elizę Michalik jest wartością, którą warto promować w ramach walki z internetowym chamstwem jest porażająca. Wpis, w który się zapuściłem, jak już powiedziałem, aż kipi komentarzami. Większość z tych komentarzy związanych jest z debatą na temat chamstwa w debacie. Większość głosów, które te komentarze niosą, to głosy z jednej strony wspierające Elizę Michalik i Superstację w ich walce z powszechnym chamstwem, a z drugiej broniące ich przed agresją schamianego i bezwzględnego tłumu. Ciekawe jest też to, że debata, którą uruchomił tekst o Elizie Michalik zjednoczyła ludzi całkowicie ponadpolitycznie. Przeciwko chamstwu, które z taką agresją potraktowało głos Superstacji i Elizy Michalik, zaprotestowali i ci z lewa i ci z prawa. I ci, którzy na autora tego bloga, na przykład, mówią: „prawak” i ci, którzy na niego syczą „lewak”. Ci, dla których bohaterem jest Wojciech Jaruzelski i ci, dla których radość życia wyznacza bożonarodzeniowa choinka. Za Elizą Michalik wstawili się ci, którzy dla walki z chamstwem gotowi są naprawdę na wiele. Na co? Wolę nie myśleć.
Pamiętam, jak jeszcze na samym początku tej drogi oglądałem Szkło kontaktowe i w pewnym momencie zadzwoniła jakaś kobieta, która powiedziała, że ona mieszka obok kamieniołomów i tam stoi takie urządzenie do niszczenia czegoś – nie pamiętam – i że ona sobie marzy, by któregoś dnia wsadzić tam obu braci Kaczyńskich i przeprowadzić eksplozję. Problem tylko jest taki, że nie wiadomo, czy te ich grube tyłki tam się uda wtłoczyć. Ona to powiedziała, Sianecki, czy Miecugow – też już nie pamiętam – pokiwał głową, podziękował za wypowiedź, życzył dobrej nocy i dalej już poszło. Tak prawdopodobnie właśnie zaczęła się walka z chamstwem. Dziś wkraczamy w nową jej fazę. Dobrzy ludzie nawet zaprojektowali odpowiedni baner i hasło. Jest już nawet poezja. Powiedzmy że anonimowa:

„A tak całkiem poważnie zapytam: skąd wam się biorą te wszystkie ponurości? i obrzydliwości? Ten strach, zady? nienawiść, te bluzgi wasze, wszystko w waszych rękach i ustach staje się ohydne u wstrętne?
Dlaczego?
Dlaczego wasz świat jest taki obrzydliwy?
Dlaczego słowa wasze są podłe?
Dlaczego widzicie tylko smutek i brzydotę?
”

poniedziałek, 8 lutego 2010

Prezydent Kaczyński, premier Tusk, pani Kowalska



Dzisiejsze przedpołudnie zaczęło się dla mnie dość dziwnie. Zajrzałem na Salon, i u samej góry znalazłem niezwykle ciekawą analizę Filipa Memchesa na temat strategii wyborczej Donalda Tuska, oraz na temat dwóch potencjalnych kandydatów Platformy w wyborach prezydenckich – Komorowskiego i Sikorskiego. Chociaż to co napisał Memches bardzo mi się spodobało, miałem kilka uwag polemicznych, więc napisałem mu niewielki komentarz. I nagle, w momencie jak go wkleiłem, okazało się, że tekst Memchesa zniknął. Cały, w jednym momencie, i – jak wszystko na to wskazuje – na dobre. Dlaczego tak się stało, nie wiem. Może Memches uznał, że to co napisał jest jednak do niczego, a może chciał tylko coś tam pozmieniać i za jakiś czas puścić to jeszcze raz, a może – w co akurat wątpię, bo tam nie było nic bardzo brzydkiego, poza tym, że Platforma uprawia ruski model polityki – Administracja mu to usunęła? Nieważne. Bo ja nie o tym, lecz o samym wpisie Memchesa i o jesiennych wyborach.
Otóż jestem przekonany – i o tym już tu miałem okazję pisać – że w momencie kiedy Donald Tusk wycofał się z kandydowania, jedynym sensownym kandydatem pozostaje już tylko Lech Kaczyński. I to nie dlatego, że zarówno Komorowski, jak i Sikorski są od Kaczyńskiego głupsi i mniej do pełnienia tak ważnej funkcji przygotowani, ani nawet mniej od Kaczyńskiego lubiani, ale z tej prostej przyczyny, że ze społecznego punktu widzenia, oni są nikim. Dla przeciętnego obywatela, nie ma większej różnicy, czy naprzeciwko siebie mają Komorowskiego, Sikorskiego, Nowaka, czy może tylko posła Neumana. Ludzie którzy we wrześniu, czy może w październiku pójdą do wyborów, w swojej znaczącej większości, będą wybierać między obecnym prezydentem, a kimś w najlepszym wypadku, kto im się myli z kimś innym. To jest zwykła kwestia rozpoznawalności.
Nie jestem socjologiem ani z zamiłowania, ani tym bardziej z zawodu. Żałuję tego bardzo i myślę, że gdybym miał tu jakieś profesjonalne podstawy, czułbym się znacznie mocniejszy. Jednak starannie od wielu lat obserwuję co się dzieje, rozmawiam z ludźmi, słucham tego co mówią i staram się z tego co widzę wyciągać wnioski. Pamiętam na przykład, jak kiedyś zobaczyłem sondaż, w którym spytano ludzi nie o to, kogo lubią, ani na kogo chcą głosować, ale o to, kto jest kim? Z jakimż to zdziwieniem zobaczyłem wyniki, z których wniosek nasuwał się prosty. Większa część społeczeństwa nie ma pojęcia, kto stoi za pokazywanymi mu zdjęciami, czy nazwiskami, o ile to nie jest bohater serialu telewizyjnego, osoba znana z reklam, prezydent, lub premier. Jest to oczywiście sytuacja bardzo przykra dla każdego, kto się czuje patriotą i dobrze życzy rodakom i Ojczyźnie, ale tak to jest i póki co, nie możemy na to nic poradzić. Kim jest Donald Tusk, wie prawdopodobnie jakieś 95 procent ludzi w Polsce, kim jest Lech Kaczyński – podobnie, natomiast jest bardzo prawdopodobne, że dla tych samych 95 procent nazwisko Kopacz, lub nawet dołączona do tego nazwiska fotografia, nie mówią absolutnie nic. Podobnie jest z kimś kto się nazywa Komorowski, lub Sikorski. Jestem pewien, że w tym pojedynku już większe szanse miałby Lepper lub Pawlak.
Dlaczego tak jest? Uważam – choć oczywiście, jak co dowiększości tego co tu piszę, nie mam pewności – że jest to wynik sytuacji, w jakiej znajdują się społeczeństwa post-komunistyczne, czy, jak to nazwał kiedyś Ziemkiewicz – post-kolonialne. Z jednej strony, ciągną one za sobą to dziedzictwo niewoli, a więc przy okazji zmęczenia, a może nawet swoistego zgnuśnienia, a z drugiej, są nieustannie, dla jakichś parszywych i obcych celów, rozgrywane przez rządzące elity, dla których społeczeństwo głupie wydaje się być zawsze znacznie ciekawszym kąskiem, niż społeczeństwo otwarte i ciekawe świata. I do pewnego momentu, strategia przyjęta przez rządy post-kolonialne jest skuteczna. Można bowiem skuteczniej kłamać, skuteczniej wykorzystywać i skuteczniej prowadzić własne, choćby najbardziej nieczyste, interesy. Jednak jest też w tej sytuacji coś, co niekiedy musi się obrócić przeciwko elitom i wręcz odbić się rykoszetem. Mam mianowicie na myśli szczególną takiego społeczeństwa autonomię. Może się bowiem okazać, że dopóki elity nic od społeczeństwa nie chcą, poza tym by pracowało, oglądało telewizję i chodziło do sklepu, to wszystko mniej więcej działa. Gorzej, gdy nagle przychodzi moment, gdy to samo społeczeństwo nagle jest elitom do czegoś potrzebne. Gdy nagle dochodzi do sytuacji, że elitom bardzo by się przydało, by społeczeństwo wykazało choć odrobinę podmiotowości. Tyle że ta podmiotowość miałaby być bardzo ściśle ukierunkowana.
Jak ta sytuacja może się przełożyć na zbliżające się wybory prezydenckie? Pamiętam, że kiedy doszło do pierwszych, jeszcze nie do końca demokratycznych, wyborów w roku 1989, ponad 30% wyborców nie wykazała tym wydarzeniem – przecież wydarzeniem szczególnym – najmniejszego zainteresowania. Myślałem wtedy, że to może jest tak, że te 30% obywateli, zdemolowanych przez PRL, w tę niedzielę leżało pijanych na swoich wersalkach i zdychało w bólu istnienia. Niestety, w kolejnych latach okazywało się, że ta liczba się tylko powiększa, by ostatecznie dojść do połowy osób posiadających prawa wyborcze, a z tych praw nie korzystających. Dziś, po tych wszystkich latach, mam wrażenie, że to wcale nie jest ta sama grupa. Wydaje mi się, że te 50% ludzi regularnie nie biorących udziału w wyborach, to są raz ci, raz inni, raz jeszcze inni, ale zawsze ci, którzy tej akurat niedzieli nie mieli na nic szczególnego ochoty. A więc sądzę, że generalnie stale do wyborów chodzi może 10, może 15% procent dorosłych obywateli, i to właśnie oni, lub ich znaczna część, wiedzą, kim jest Bronisław Komorowski i Ewa Kopacz. I to właśnie na nich, władza post-kolonialna może liczyć wtedy, kiedy dojdzie co do czego. Z tych pozostałych, ci którzy akurat w tym roku, tej jesieni i w tę niedzielę zechcą się ruszyć z domu, przeważająca liczba nie będzie miała żadnego wyboru. Dla nich, jedyną rozpoznawalną twarzą w tej grupie będzie obecny prezydent.
Ktoś mi powie, że to wszystko nieprawda i że wystarczy popatrzeć na sytuację na Ukrainie, gdzie i obecny prezydent i obecna premier dostali w skórę od człowieka spoza. Tyle że Janukowicz ani przez moment nie jest postacią obcą. On chce zostać prezydentem już od wielu, wielu lat i za nim stoją bardzo silne struktury, zapewne nie tylko ukraińskie. Bardzo mnie rozbawiła wczorajsza wypowiedź komunisty Siwca, który poinformował telewizyjną publiczność, że Janukowycz nie byłby w stanie sfałszować ukraińskich wyborów, bo do tego trzeba mieć władzę. A on władzy nie ma. Otóż Janukowicz ma władzę jak najbardziej. I to nie byle jaką. A i tak, z tego co mówią, Julia Tymoszenko straciła do niego zaledwie parę punktów, i to – jak niektórzy twierdzą – skutkiem wyborczych fałszerstw. Po tylu latach tak ciężkiego kryzysu i tak wielu zawiedzionych nadziei. Zaledwie parę punktów. Dlaczego? Dlatego że Ukraińcy wiedzą, kim ona jest. I głosują na nią nawet nie dlatego, że ją lubią, a Janukowicza nie. Ale dlatego że ją znają. Bo ona reprezentuje władzę.
A zatem, uważam że Filip Memches w swoim bardzo ciekawym tekście, którego w Salonie już nie ma, gdzie w sposób niezwykle zajmujący przedstawił i sylwetki obu kandydatów Platformy i czarną bardzo strategię Donalda Tuska, nie zwrócił uwagi na ten społeczny kontekst wyborów, jakie odbywają się w Polsce przez minione 20 lat. Nie zwrócił uwagi choćby na to, jak to się stało, że w wyborach w roku 1993 zwycięstwo odniósł premier Waldemar Pawlak i jego ludowa partia – człowiek, którego jedyną, absolutnie jedyną, siłą było to, że był właśnie tym premierem. Premierem beznadziejnym, nudnym, niekiedy wręcz przedstawianym jako ktoś niewyobrażalnie głupi. To on wtedy nagle wygrał wybory. Na wsi, w mieście, wszędzie. Ku ciężkiemu zdziwieniu tych paru procent obywateli, którzy uważali że poza nimi nikt się nie liczy i nikogo już nie ma.
I tak będzie w tym roku. Wygra Lech Kaczyński. Dla tych kilku procent zaczadzonych tą swoją niby-wiedzą, aspirujących obywateli, ktoś głupi, brzydki i beznadziejnie i nieustannie się kompromitujący. Ale dla większości wyborców, po prostu Prezydent. Prezydent Kaczyński. Lech, albo Jarosław. Wszystko jedno. Kaczyński.

niedziela, 7 lutego 2010

Jeszcze raz o tych, którzy zostali



Kiedy dotarła do mnie tryumfalna informacja o tym, że Putin zaprosił premiera Tuska na uroczystości do Katynia, przyznaję się, że zdębiałem. I wcale przyczyną mojego zdębienia nie była satysfakcja z powodu zaszczytu, jaki nasz biedny przywiślański kraj spotkał ze strony naszego wschodniego sąsiada, lecz to, że oto nagle Rosjanie, jak się zdaje, organizują uroczystości w Katyniu. Wiedziałem na sto procent, że coś tu nie gra, ale ponieważ ani nie miałem czasu, ani okazji wgłębiać się w sprawę, nie pyskowałem i siedziałem cicho.
Dziś moje dzieci wróciły jednak z rodzinnej wizyty i przyniosły informację, że w szerokim i cywilizowanym świecie, ludzie podłączeni do bezpośredniej informacji, szydzą z prezydenta Kaczyńskiego, że się wprasza na owe katyńskie uroczystości i znów, wyłącznie dla swoich marnych ambicji, psuje nam wizerunek, tym razem na Wschodzie. Przy okazji dowiedziałem się też, że pierwsza dmuchnęła w trąbkę Gazeta Wyborcza, informując o tym, że oto dwóch wielkich światowych przywódców pragnie sobie uczciwie pogadać nad grobami polskich oficerów, a tu nagle wyrywa się niejaki Kartofel. I to w ten właśnie sposób społeczeństwo otrzymało bezpośrednią informację, co i jak ma wiedzieć.
A zatem sprawę zbadałem. Otóż okazuje się, że oczywiście moje wcześniejsze wątpliwości były jak najbardziej słuszne. Rosjanie w żaden sposób nie mogą organizować katyńskich uroczystości, z tej prostej przyczyny, że to ani ta branża, ani te emocje. Organizatorem obchodów jest nasza Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. A to że Putin postanowił w Katyniu się pojawić i zażyczył sobie, żeby mu towarzyszył Donald Tusk, to jest sprawa wyłącznie między nimi dwoma. I konsekwentnie, jeśli Lech Kaczyński zgłasza chęć uczestnictwa w obchodach, to też nie jest to sprawa ani Tuska, ani jego totumfackich, ani Putina, ani KGB, ani polsko-ruskiej mafii, ani nawet Gazety Wyborczej, lecz wyłącznie Prezydenta, jako przedstawiciela Narodu, i Organizatora, czyli – o ile się nie mylę – Andrzeja Przewoźnika. ROPWiM organizuje imprezę, Prezydent informuje, że jest zainteresowany i na tym sprawa się kończy… Pozornie.
Kiedy dziś nastawiam ucha na to co się w Polsce dzieję, dowiaduję się, że kwestia bezczelnego zachowania Lecha Kaczyńskiego toczy się już własnym życiem. Oficjalna informacja jest taka, że Tusk z Putinem spotykają się nad grobami pomordowanych Polaków, protokół lśni jak syberyjski śnieg, a tymczasem to wszystko może nagle zostać zburzone przez jakieś kuriozalne zachowania prezydenta Kaczyńskiego, który na dodatek pozwala sobie na jakieś głupie dowcipy z wizami. Miałem okazję wysłuchać dwóch wystąpień, z których – najszczerzej na świecie – nie umiem powiedzieć, które jest bardziej poruszające. Najpierw Julia Pitera wyraziła swoje ubolewanie z powodu gestu Prezydenta, z taką oto argumentacją, że w sytuacji spotkania na szczeblu premierów, taki prezydent nie za bardzo będzie miał co w tym towarzystwie szukać, a więc może dojść do przykrego nietaktu. Jakiś czas po niej, wystąpił Dariusz Rosatti i poinformował, że w sumie sprawa jest zupełnie nieistotna z punktu widzenia spraw jakimi żyje poważny świat, niemniej obecność polskiego prezydenta na uroczystościach w Katyniu może sprawić kłopot stronie rosyjskiej, która przecież i tak będzie miała pełne ręce roboty, więc dobrze by było gdyby polski Prezydent swoje fanaberie powściągnął i na przykład nie zmuszał do extra wysiłku towarzysza Miedwiediewa.
I w tym momencie muszę powiedzieć, że jest już wystarczająco straszno, bym zaczął szybkim krokiem zmierzać do ostatecznej refleksji. Przed 70 laty Sowieci, w sposób absolutnie szczególny, zamordowali dziesiątki tysięcy polskich oficerów. Ludzi, których jedyną winą było to, że byli Polakami. Dziś, po tych wszystkich latach, tak jak przez wszystkie lata minione, polscy patrioci czczą pamięć tych bohaterów i tych świętych. I na to wszystko przychodzą Rosjanie, i dla swoich niezbadanych i dla nas akurat mało interesujących powodów, próbują to święto zhańbić. Pies z nimi tańcował! Gorsze jest co innego. Otóż znajdują się nagle Polacy, którzy, również dla swoich własnych interesów, tyle że już dla mnie z przyczyn o wiele bardziej ciekawych, postanawiają się przyłączyć do oprawców i przy okazji coś pozałatwiać dla siebie. Z jakichś niesłychanie czarnych powodów, niektórzy przedstawiciele naszego Narodu, uznają za stosowne zademonstrować, jak bardzo najprostsza wierność, honor i narodowa duma ich nie dotyczy. Jak bardzo zwykły geszeft może się okazać ważniejszy od Ojczyzny.
I to jest moment, kiedy już żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, co wyrazić trzeba. Jak więc można skończyć tego typu tekst? Mógłbym na przykład ogłosić tę prostą prawdę, że za to trzeba będzie odpowiedzieć. Ale to, mimo że i tak dużo za mało, jakoś cholera niezręcznie. Oddam więc głos jednemu z nich. Stefan Niesiołowski w rozmowie z Małgorzatą Domagalik opowiedział historię, której ona akurat nie zrozumiała, ale historię nie byle jaką. Otóż Niesiołowski siedział w więzieniu z jakimś zbójem, którego edukował historycznie. W pewnym momencie, widząc że ów bandyta robi się zbyt nerwowy, wzięli się za niego więzienni wychowawcy i zapytali, że skoro jemu się nie podoba obecna władza, to jaką inną on sobie władzę wyobraża. Na co ten odpowiedział, że on sobie żadnej innej władzy nie wyobraża, bo władza, która by mu ewentualnie pasowała, została wyrżnięta w Katyniu.
Właśnie tak. Ewentualna władza została wyrżnięta w Katyniu. Została Julia Pitera i Dariusz Rosatti. A to co my możemy dziś zrobić, to zapamiętać choćby te dwa nazwiska.

piątek, 5 lutego 2010

Twarze



Zanim zacznę się na dobre upajać dzisiejszym wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego przed Komisją Sejmową Do Spraw Wyjaśnienia Przez Platformę Obywatelską Wszelkich Afer Hazardowych, chciałbym jednak wrócić do dnia wczorajszego. Pierwszy powód jest taki, że – pomijając stan szoku, w jaki te kilka godzin wprowadziło tych wszystkich, którzy liczyli na cud – nie ma właściwie o czym pisać. Kto wiedział, ten wie. A kto nie wiedział – pomijając może posła Arłukowicza, który własnie się dowiedział – i tak nic z tego nie zrozumie. A więc Bóg z nimi. Drugi jednak powód jest może ważniejszy. To właśnie wczorajszy dzień pozwolił nam zobaczyć coś, co może tylko dotychczas przeczuwaliśmy. A teraz mogliśmy wszyscy ujrzeć w pełnej ekspozycji. Jednak telewizja to potęga.
A zatem, tego że wczorajsze przesłuchanie Donalda Tuska będzie hitem, spodziewałem się. Jednak to czego nie umiałem przewidzieć, to taka ewentualność, że przesłuchanie to będzie hitem nie ze względu na osobę Premiera, lecz raczej w związku z udziałem w tym przesłuchaniu pani posłanki Beaty Kempy. I oczywiście od razu muszę przyznać, że ten mój brak przezorności jest rzeczą wstydliwą. Każdy bowiem kto zna i Donalda Tuska i Beatę Kempę, powinienem wiedzieć, że tu konkurencja właściwie nie istnieje. Zresztą konkurencja nie istnieje praktycznie w jakimkolwiek innym układzie, w którym udział bierze Donald Tusk. I to wcale nie na korzyść Donalda Tuska.
A więc show został skradziony. Według ogłoszonych natychmiast przez TVN24 badań, skutecznym zwycięzcą – co należy podkreślić, pozytywnym zwycięzcą – tego pojedynku była pani poseł Kempa. I to nie powinno dziwić. Każdy kto oglądał przesłuchanie i miał przy tym umysł otwarty, widział co się dzieje. Niestety, z reakcji które miałem okazję obserwować przez cały wczorajszy dzień, no i dziś może z jeszcze większą przejrzystością, wynika, że w tak zwanej domenie publicznej, zbyt często rozumienie tego co się stało jest dramatycznie postawione na głowie. A streszcza się ono w zdaniu: „Kempa jest głupia”.
Wbrew pozorom jednak, i to nie zaskakuje. Każdy w miarę uważny obserwator naszej sceny politycznej miał okazję niejednokrotnie zauważyć, że agresja układu oficjalnie reprezentowanego przez Platformę Obywatelską kierowana jest przeciwko dzisiejszej opozycji na poziomie czysto osobistym. Jeśli politycy Prawa i Sprawiedliwości zbierają jakiekolwiek oceny, to sprowadzają się one praktycznie do następującego przekazu: mężczyźni są brzydcy, chamscy i głupi, a kobiety są brzydkie i głupie i pijane. Oczywiście ja biorę chętnie pod uwagę, że gdzieś ktoś sformułował w stosunku do polityków Prawa i Sprawiedliwości jeszcze jakieś oceny, bardziej merytoryczne, ale dziś nie umiem sobie akurat ich przypomnieć.
Wprawdzie jestem pewien, że kobiety związane z PiS-em poradzą sobie z tym zdziczeniem równie dobrze jak pisowscy mężczyźni, jednak dziś, po tym co się dzieje od wczoraj, moja potrzeba zajęcia w tej sprawie stanowiska jest wystarczająco silna, żebym zwrócił uwagę na jedną tylko kwestię. Otóż chodzi o to, że przez większą część przesłuchania, ci którzy korzystali z przekazu TVN24 mieli możliwość jednoczesnego obserwowania zbliżenia twarzy Donalda Tuska i osoby zadającej pytania. W naszym wypadku chodzi o twarz Beaty Kempy. Mnie osobiście tu uderzył fakt, że o ile przez te jedenaście godzin, Donald Tusk prezentował dokładnie trzy (słownie – trzy) miny, pani poseł Kempa umiała zmieniać wyraz twarzy niemal niezliczoną ilość razy. Żeby wyjaśnić wagę tego spostrzeżenia, muszę opowiedzieć scenę z pewnego filmu. Proszę posłuchać.
W filmie do którego scenariusz napisał Quentin Tarantino, a zatytułowanym Prawdziwy romans, Christopher Walken, zanim zabija Dennisa Hoppera, próbuje od niego wyciągnąć informację, której ten nie chce mu ujawnić. Ponieważ Hopper kłamie, Walken – sycylijski gangster – tłumaczy mu, że on o tych kłamstwach świetnie wie, ponieważ jest Sycylijczykiem, a Sycylijczycy potrafią świetnie rozpoznawać kłamców. A robią to w taki sposób, że ponieważ znają wszystkie możliwe miny, jakie normalni ludzie są w stanie przybrać, wiedzą też która z tych min oznacza że delikwent kłamie, a która już nie. Przypomniał mi się ten film kiedy wczoraj, oglądając Donalda Tuska zeznającego przed komisją, uświadomiłem sobie, że on umie zrobić wyłącznie te trzy miny. A określiłbym je w sposób następujący: specyficzne rozbawienie, specyficzne zdenerwowanie i jeszcze bardziej specyficzne zafrasowanie. Poza tym u Tuska nie ma nic. Jestem pewien, że gdyby w filmie Prawdziwy romans to on siedział na miejscu Dennisa Hoppera, Walken, zanim by go zastrzelił, zwyczajnie by zwariował. Tak jak ludzie wariują, za długo patrząc w otchłań.
Ale jest jeszcze pani Kempa. Ona – jeśli już mamy się trzymać tego filmowego porównania – by tej konfrontacji nie przeżyła. Christopher Walken by ją odczytał w jednej sekundzie. Dlaczego? Właśnie dlatego, że Beata Kempa nie jest głupia. A już na pewno nie jest głupia w takim sensie, w jakim mówi się, że głupi są ludzie pozbawieni umiejętności demonstrowania uczuć, myśli, i emocji. Ona z całą pewnością nie umie – albo po prostu nie chce – ukryć swoich uczuć, myśli i emocji z tej prostej przyczyny, że i jedno i drugie i trzecie posiada i to posiada je w sposób wyjątkowo że tak powiem – otwarty. Patrzyłem więc wczoraj na Donalda Tuska, kiedy albo się frasował, albo irytował, albo bawił i po paru godzinach wiedziałem już z całą pewnością, że z wyjątkiem tych już najbardziej zaczadzonych umysłów, każdy widzi, że tam nie ma nic więcej. Że nie mamy przed sobą normalnego człowieka, ale nawet też nie japońską zabawkę, lecz w najlepszym wypadku jej chińską podróbkę. Patrzyłem na Donalda Tuska, z oczywistymi przerwami, przez cały dzień i nie widziałem nic poza tymi trzema minami: frasunek, rozbawienie, zdenerwowanie, rozbawienie, zdenerwowanie, frasunek, zdenerwowanie, frasunek… i tak przez całe godziny. A tuż obok niego – oczy, brwi, usta, czoło, policzki Beaty Kempy, które dodatkowo jeszcze to nieszczęście muszą pogłębiać.
I na to wszystko, przychodzą najróżniejsi komentatorzy i z obłędem, który mogę wytłumaczyć wyłącznie lękiem i bezradnością, mówią, że Beata Kempa jest głupia.
Na koniec wrócę jeszcze raz do filmu. Ponieważ Dennis Hopper wie, że i tak zginie, i jedyne na co już liczy, to to, że będzie miał śmierć szybką i możliwie bezbolesną, postanawia Walkena doprowadzić do takiej wściekłości, żeby ten stracił kontrolę i go po prostu zastrzelił. A zatem, cytując mu fakty historyczne, udowadnia, że Sycylijczycy pochodzą od Murzynów. Ostatnie zdanie, jakie wygłasza – już przed samą śmiercią – brzmi następująco: „I niech pan teraz powie, czy ja kłamię?” Widz może się tylko domyślić, że nie kłamał. To jedno. Drugie natomiast jest to, że co czuł Walken, czy wiedział, czy nie wiedział, czy wiedział że tamten wie, czy się tylko domyślał – pozostaje siłą rzeczy zagadką.
A co z tego zostaje dla nas? Nic szczególnego. Satysfakcja z tego, że jednak człowiek z maszyną wygrywa. Nawet z maszyną tak precyzyjną jak Sycylijczyk-morderca. A co dopiero zwykły piłkarz-amator z Sopotu?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...