niedziela, 1 października 2017

O Tomku i Jacku, kolegach z boiska

           Nie wiem, czy ktoś z nas tu wie, a ja mam szczerą nadzieję, że nikt, ale od pewnego czasu cena tygodnika „W Sieci” wzrosła i dziś każdy, kto ma ochotę się dowiedzieć, co ma nam do powiedzenia prawicowy mainstream, musi za tę wiedzę zapłacić tygodniowo siedem złotych bez 10 groszy. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która przez wzgląd na te siedem złotych przestała kupować wspomniane pismo, natomiast mam pewność, że dokładnie z tych samych przyczyn, dla których wciąż ukazuje się „Tygodnik Powszechny”, redaktorzy „W Sieci” mogą spać spokojnie. Są bowiem projekty, oraz reprezentowane przez nie interesy, którym upaść pozwolić nie można, a skoro nie można, to znaczy że nawet jeśli większość nakładu wspomnianych pism będzie musiała zostać przeznaczona na zmielenie, one będą się nadal bezpiecznie ukazywały, a ich cena będzie rosła wraz z apetytami coraz bardziej rozpaskudzonych redaktorów.
      Dlaczego postanowiłem się znów zająć, jak najbardziej „naszym”, tygodnikiem „W Sieci”? Otóż dowiedziawszy się, że wypowiedzi na bieżące tematy udzielił im sam prezes Kaczyński, postanowiłem po dłuzszej przerwie sobie pofolgować i przyznaję, że te siedem złotych im jednak dałem. Dzis już wiem, że, tak jak się należało spodziewać, oni dziś są jeszcze gorsi, niż byli wcześniej, jednak nie to jest pierwszym powodem, dla którego przyszło nam się dziś zajmować tym właśnie tematem. Zanim jednak przejdę do rzeczy, chciałbym przypomnieć temat, jaki zdominował wszystkie media od lewej do prawej w zeszłą sobotę i niedzielę. Otóż zbliżał się poniedziałek, kiedy to prezydent Andrzej Duda miał ogłosić swoje projekty ustaw o sądach, i oto pojawiła się informacja główna, że Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu tygodnikowi „W Sieci”, w którym oświadczył, że „musimy wiedzieć, czy Prezydent jest z nami”, oraz informacja dodatkowa, że wedle posiadanych przez Redakcję informacji, Prezydent jednak już najprawdopodobniej z nami nie jest. W tym momencie rozpętało się medialne piekło – piekło naturalnie na miarę czasów, gdzie nawet śmierć tysiecy ludzi zabsorbuje publiczną uwagę zaledwie przez parę dni – i każdy z nas zamarł w oczekiwaniu na mordobicie jakie już za chwilę się zacznie. Chyba nawet któryś z Czytelników w pewnym momencie spytał mnie, co sądzę o wypowiedzi Kaczyńskiego, na co ja odpowiedziałem, że aby tę wypowiedź skomentować, muszę się z nią zapoznać osobiście, bo do wszelkiego typu medialnych doniesień mam zaufanie szczątkowe, i choć przyznaję, że spodziewałem się jakiejś lekkiej manipulacji w postaci wyrwanego z kontekstu zdania, lub lekkiego przesunięcia akcentów, to w życiu bym się nie spodziewał, że dziś się takimi drobiazgami nikt już nie przejmuje.
      A zatem, wracając do poprzedniej kwestii, chciałem poinformowac, że, owszem, kupiłem to akurat wydanie „W Sieci”, z tym właśnie wywiadem z Jarosławem Kaczyńskim i faktycznie już na okładce przywitał mnie najjaśniejszy profil Jarosława Kaczyńskiego, oraz wielki tytuł: „CZY PREZYDENT JEST Z NAMI”, a dalej sam wywiad i równie wielki tytuł: „MUSIMY WIEDZIEĆ, CZY PREZYDENT JEST Z NAMI”. I proszę sobie wyobrazić, że dałem się zaskoczyć. Otóż, dalej nie ma ani śladu manipulacji. Żadnych kontekstów, żadnych niedopowiedzeń, żadnych wręcz tak charakterystycznych dla Prezesa niezręczności. Tam wszystko jest podane czysto i jasno, a kwestia, czy Prezydent jest z nami… w ogóle nie jest poruszona.
      Właśnie tak. Przez cały ten wywiad Jarosław Kaczyński jednym słowem nie porusza kwestii, czy Prezydent jest z nami. Owszem, tam pojawia się temat prezydenckich ustaw, jednak Prezes na ten temat wypowiada się z maksymalnym umiarem. Dylemat, czy Prezydent jest z nami, czy nie, w ogóle się nie pojawia, on okazuje się być w całości wymyślony przez redakcję tygodnika „W Sieci”. Pierwsza puszczona plotka, podobnie jak tytuł na okładce tygodnika i wreszcie tytuł samego wywiadu to nawet nie manipulacja, ale zwykłe, brutalne kłamstwo.
      Pozostaje teraz się już tylko zastanowić, dlaczego oni to robią, jakie oni stawiają sobie cele. Otóż oczywiście pierwszym z nich jest sprzedaż i to im z całą pewnością udało, przynajmniej gdy chodzi o moje siedem złotych, gdy jednak sięgniemy głębiej, to tam jest już bagno, w które lepiej nam nie wchodzić, bo ono nas zwyczajnie zadusi. Jest jednak coś, co wiemy już na pewno – prawicowe media to dokładnie ten sam mainstream, jaki znamy od lat. Mainstream żywiący się intrygą, kłamstwem i zwykłą podłością.
     Dokładnie w tym samym tygodniu, gdy bliźniacy Karnowscy odpalili aferę z prezydentem Dudą (w omawianym numerze tygodnika jest nawet tekst Jacka Karnowskiego zatytułowany „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’”), który rzekomo ostatecznie zdradził Dobrą Zmianę, ich kumpel z branży, Tomasz Lis, na portalu newsweek.pl opublikował tekst zatytułowany „Piwo dopiero po 23. Tak rząd chce walczyć ze spożyciem alkoholu”, z równie jednoznacznym podtytułem: „Rząd idzie na wojnę z piwem. I być może właśnie wypuścił dżina z butelki”, sprawiając, że pod ową informacją eksplodował bezprzykładny hejt w takiej oto kwestii, jak to „dobra zmiana” chce nas pozbawić konstytucyjnego prawa do spożywania piwa. Gdyby jednak komuś się chciało zajrzeć glębiej, doczytałby, że chodzi o to, by reklama piwa w telewizji była emitowana, nie tak jak dziś od godziny 20, a od godziny 23.20. Swój tekst Tomasz Lis kończy refleksją: „Efekt? Być może siłą zdolną obalić obecny rząd okażą się miłośnicy picia piwa pod chmurką”. Jacek Karnowski jest równie konkretny: „Dlaczego PiS powie prezydentowi ‘nie’
     A więc mamy to co mamy, i po raz kolejny jedyne co nam pozostaje, to mieć uszy czujnie nastawione na każdy syk, który do nas dochodzi. Z którejkolwiek strony.
     Zrobiło się jakoś smutno, a więc na koniec kilka słów ze wspomnianego wywiadu z Jarosławem Kaczyńskim, których oni akurat przezornie nie uznali za przekaz dnia, a które nam akurat dają nadzieję, że jest ktoś, kto nad tym wszystkim jednak panuje: „Są w naszej partii ludzie, którzy uważają, że jest dobrze i będzie już zawsze dobrze. To niebezpieczne myślenie”.
       Niech Bóg da mu zdrowie i długie życie.



Oczywiście, gdy chodzi o książki nic się nie zmieniło. Większość wciąż liczy na to, że „Znak” zacznie znów publikować coś, co się da czytać, a ci co wiedzą, jask jest, kupują na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Wiem, że to nie jest łatwe, ale mimo to zachęcam. Gdy chodzi o książki, to jest ostatnia stacja.

sobota, 30 września 2017

Gdy Adrian ostatecznie zdechł

         

I oto nadzszedł odpowiedni moment, by zamieścic tu mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Bardzo, moim zdaniem, pouczający. Zachęcam.

Wprawdzie ostatnie deklaracje prezydenta Dudy odnośnie ustaw reformujących sądownictwo, ale też ogólna, zdecydowanie lepsza atmosfera na linii rząd – prezydent, pozwalają nam poczuć odrobinę optymizmu, uważam jednak, że dobrze by było się zastanowić, dlaczego w ogóle doszło do kryzysu. Wśród głosów stawiających diagnozy, na pierwszy plan wybijają się te, które sugerują, że tak naprawdę Prezydent nigdy nie był „nasz”, że jego dawny epizod w Unii Wolności, podobnie jak rodzinne związki z Kornhauserami, czy wreszcie towarzyskie powiązania z krakowskimi elitami, determinują ów brak charakteru, który się ujawnił przy wetowaniu sejmowych ustaw. Pojawia się też argument, że sam Jarosław Kaczyński, zgłaszając kandydaturę Dudy na prezydenta, traktował go wyłacznie jako kartę przetargową i tak naprawdę nigdy nie wierzył, że ów człowiek z kompletnego cienia zostanie prezydentem. No ale stało się, i dziś mamy to co mamy, czyli jakiegoś „podrzutka, rozgrywanego przez wrogie Polsce siły”.
     Otóż nie dość, że uważam ten tok myślenia za wyjątkowo niemądry, to śmiem twierdzić, że wiem doskonale, skąd się wzięły te wszystkie gesty, które nas tak zmartwiły. Otóż ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że główną przyczyną wspomnianego kryzysu jest bardzo perfidna, prowadzona przez nieprzyjazne dobrej zmianie medialne ośrodki akcja, mająca na celu przedstawienie prezydenta Dudy, jako bezwolnego, chodzącego na pasku Jarosława Kaczyńskiego, durnia. Doskonale pamiętam, jak już w pierwszych dniach tej prezydentury zarówno media, jak i politycy opozycji, ale też wielu rzekomo sprzyjających zmianie komentatorów, oni wszyscy informowali, że Prezydent, zamiast  realizować swoje konstytucyjne obowiązki, siedzi w poczekalni gabinetu na Nowogrodzkiej i czeka aż Prezes na niego zagwiżdże.
      Moim zdaniem, kulminacja tego ataku nastąpiła w postaci satyrycznego serialu pod tytułem „Ucho Prezesa”. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób ów przekaz został skonstruowany. Tam jest jedna postać, o której możemy powiedzieć, że jest bezwzględnie pozytwna, a mianowicie Jarosław Kaczyński. Oczywiście, on jest śmieszny, jednak nie ma sposobu, by nie mieć do niego szacunku. On tam jest szefem i to szefem absolutnie bezdyskusyjnym. Cała reszta to mniej lub bardziej sympatycznie zabawni statyści. I na tym tle mamy owego Adriana, biednego głuptaska, którego nawet najmniejsi z nich traktują jak ostatnią szmatę.
      Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ów plan został napisany znacznie wyżej, niż wskazują na to końcowe napisy każdego z odcinków i że jego cel był jeden – doprowadzić Prezydenta, nawet kosztem chwilowego podniesienia notowań Prezesa, do psychicznego kryzysu. No i częściowo się to udało. Jarosław Kaczyński na jego miejscu by jedynie wzruszył ramionami. Prezydent nie wytrzymał. Szczęśliwie, mimo całego tego napięcia, odnalazł w sobie dość inteligencji, by kontratakując, całe to nieszczęście wygrać dla swojej – a w efekcie i naszej – korzyści. Dziś już nikt nie może mieć wątpliwości, że Polska ma dwóch samodzielnych, prawdziwie wielkich liderów, a ów iście szatanski pomysł z Adrianem zdechł. Bez jednego, marnego stęknięcia.

Książki niezmiennie są do nabycia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Szczerze zachęcam. 

piątek, 29 września 2017

Co po latach mówi do nas pan McLuhan?

        Posłanka Platformy Obywatelskiej, co ciekawe, jedna z bardziej medialnie rozrywanych, Kinga Gajewska, w wywiadzie udzielonym Robertowi Mazurkowi pochwaliła się, że uwielbia czytać, a ostatnio właśnie skończyła „Annę Kareninę”. Trudno powiedzieć, czy to z powodu jakichś wcześniejszych uprzedzeń, czy może przez to, że posłanka Gajewska zrobiła na nim odpowiednie wrażenie podczas samego spotkania, jednak usłyszawszy hasło „Anna Karenina”, Mazurek zareagował pytaniem „Autor?”, na co Gajewska najpierw zdębiała, a potem odpowiedziała pytaniem „Bułhakow?” Efekt jest taki, że w tej chwili z Gajewskiej śmieje się połowa Internetu, wymyślając jej od idiotek, a ja się zastanawiam, jak trzeba być nieprzytomnym, by w czasach, do których doprowadziła nas III RP, wierzyć jeszcze w to, że, opowiadając o przeczytanych lekturach, można komukolwiek zaimponować.
       Musimy bowiem to wreszcie zrozumieć, że czytanie – i to czytanie czegokolwiek – dla większości społeczeństwa stało się zajęciem z jednej strony wybitnie ekskluzywnym, dotyczącym, jakiegoś ułamka procenta, a drugiej całej masy durniow, którzy z tych słów nie są w stanie wygenerować jednej myśli, przez co czytanie staje się dla nich czymś kompletnie bezużytecznym i świadczącym wyłącznie o oderwaniu od rzeczywistości. Pamiętam, że pierwszy raz sobie to uświadomiłem na targach książki najpierw w Krakowie, a potem na Stadionie Narodowym, kiedy ujrzałem tłum ludzi, których dotychczas można było spotkać w wyłącznie w wielkich galeriach handlowych w niedzielne popułudnia, dokładnie tych samych i takich samych, tyle że każdy z nich niósł papierową torebkę z napisem „Kocham czytać”.  I oto, proszę sobie wyobrazić, w całym tym zamieszaniu związanym z awanturą o sądy, podczas Mszy Świętej odprawionej na okoliczność setnej rocznicy istnienia Sądu Najwyższego, głos zabrał sam słynny kardynał Nycz i ogłosił co następuje: „Proszę Boga, żeby nie został zachwiany trójpodział władzy. […] Trzeba czasem cierpieć, żeby ocalić to, co jest do ocalenia, czyli wasze powołanie, niezależność, niezawisłość”. Ktoś powie, że stało się źle, że tak wysoki przedstawiciel Kościoła w sposób tak jednoznaczny opowiedział się po stronie totalnej opozycji. Otóż nic bardziej błędnego. Rzecz w tym, że nie ma najmniejszego znaczenia co powiedział kardynał Nycz, posłanka Gajewska, czy nawet przewodniczący Jaki, ponieważ tego co oni mówią nikt ani nie słucha, ani słuchać nie zamierza, a jeśli już jakieś słowo się przedrze przez ów nieznoszący sprzeciwu szum Dobrej Zmiany, większość i tak go nie zrozumie. Weźmy biednego kardynała Nycza. On utulił do swojego serca pogubionych jak te owce sędziów i za ów odruch solidarności spotkał go atak, jakiego świat nie widział. I to atak nie, jak by się można było spodziewać, ze strony wspomnianej Dobrej Zmiany, lecz jak najbardziej totalnej opozycji. Wystarczy rzucić okiem na kontrolowane przez nią portale, takie choćby jak „Sok z buraka”, by zobaczyć jak tam zareagowano na te słowa, z jakim szyderstwem, z jaką nienawiścią potraktowano biednego Kardynała. Tam nikt już się nie wgłębiał w to, co faktycznie powiedział Nycz. Wystarczyło że to jakiś ksiądz, żeby go wdeptać w ziemię, jako jeszcze jednego pisowca. Czyżby stara zapowiedź  McLuhana, że „medium to przekaz” wreszcie się zrealizowała tak już do samego końca?
      Swoją drogą to bardzo ciekawe z tym McLuhanem. Ja o nim ostatni raz usłyszałem jeszcze w latach 70-tych na studiach z ust niedawno tu wspominanego profesora, a wówczas jeszcze zaledwie magistra, Sławka i w międzyczasie zdążyłem o nim skutecznie zapomnieć. I oto podczas której z naszych ostatnich na tym blogu rozmów ów McLuhan wrócił z odpowiednią siłą. Przypomniałem zatem sobie to nazwisko i pomyślałem, że dobrze byłoby sprawdzić, co o nim się dziś, po tych wszystkich latach, pisze się w sieci, i proszę sobie wyobrazić, że tu wciąż, tak jak przed laty, wszyscy się zastanawiają, o co mu chodziło z tym medium, które podobno jest przekazem, i w większości owe rozważania to taki bełkot, że świat nie widział, a ja zachodzę w głowę, jak to możliwe w czasach, gdzie tamta stara myśl realizuje się w sposób wręcz doskonały, ona się spotyka z takim niezrozumieniem. 
      Choćby i tu na tym blogu. Oto, myślę, że niektórzy z nas to zauważyli, od pewnego czasu tu się udziela pewien komentator, który występując pod przeróżnymi nickami, komunikuje nam niezmiennie, że to co ja tu piszę, to bezużyteczne nudy, czytane przez grupkę jakichś wariatów. On tu przychodzi każdego ranka, wrzuca swoje złośliwości, ja go usuwam, a on wraca w nowej odsłonie następnego dnia, z tym samym przekazem. I ja jestem pewien, że on tych tekstów w ogóle nie czyta, nie komentuje tego, co w nich jest, on wyłącznie pisze, że ten blog jest kompletnie do niczego. Dlaczego? Właśnie dlatego, że dla niego przekaz to medium. Nie liczy się słowo, nie liczy się myśl, ważne jest tylko to kto je wypowiada. Przychodzi albo mistrz, albo wróg, zaczyna coś mówić, a my już wiemy, czy mamy bić brawo, czy złorzeczyć. Mało tego. Wystarczy że przychodzi mistrz, albo wróg, zaczyna coś mówić, a my wiemy, co mamy myśleć i w jaki sposób nasze myśli artykułować.
     Ja wiem, że to zabrzmi trochę nieładnie, pokazując, jak bardzo jestem zarozumiały i pewny swego, ale nic na to nie poradzę. Głównym powodem bowiem, dla którego tak sobie cenię to miejsce i dla którego tak bardzo jestem z niego dumny, jest to, że większość ludzi, którzy tu przychodzą, w istocie rzeczy lubi sobie poczytać, posłuchać, pomyśleć, zrozumieć i ani im w głowie, by się publicznie popisywać swoimi kompleksami. No i nikt z nich nie ma na sobie koszulki z napisem „Myślę, więc czytam”, ewentualnie na odwrót. To jest prawdziwa wartość. Ktoś do nas coś mówi, a my nastawiamy uszu.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie. Jeśli ktoś liczy na to, że znajdzie coś gdzie indziej, może przestać marzyć. Póki co, są tylko te książki.

czwartek, 28 września 2017

Kiedy post-prawda dostała w nos

Na dziś miałem w głowie coś zupełnie innego, jednak wczoraj żona moja podrzuciła mi coś, co moim zdaniem kradnie każdy show, a więc nie pozostaje mi nic innego jak wrzucic to tutaj z nadzieją, że znajdzie się wystarczajaco dużo osób choćby z podstawową znajomością języka, by to przyjąć. Naprawdę warto. Oto przed nami coś, co już nawet zyskało swoją unikalną nazwę: post-fact, względnie post-truth era. Szczęśliwie, reakcja była równie szybka. Zapraszam:




Przypominam, że nasze książki dostępne są w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl
.

środa, 27 września 2017

Sześć krótkich kawałków na dłuższą refleksję

Jak się dowiadujemy, przez pewien czas „Polska Niepodległa” będzie dwutygodnikiem. Wedle informacji, które do mnie docierają, już za niedługo jednak to naprawdę ciekawe pismo wróci do cyklu tygodniowego, w większej objętości z nowymi autorami. Sam nie mogę się doczekać. Tymczasem zapraszam do swoich krótkich kawałków.


Gdyby ktoś jeszcze parę lat temu nam powiedział, że przyjdzie czas kiedy to gdziekolwiek pojawi się  Ludwik Dorn, będzie go witał albo szyderczy śmiech, albo pełne zażenowania milczenie, na te proroctwa wzruszylibysmy ze wzgardą ramionami. Tymczasem okazuje się, że los potrafi płatać figle, jakich dotychczas wydawało się, że świat nie uniesie. I oto, jak się okazuje, wspomniany Ludwik Dorn, nie dość, że czołowy polityczny komentator stacji TVN24, to jeszcze felietonista tygodnika „Polityka”, na łamach tego drugiego, komentując przyznanie w Krynicy tytułu „Człowieka Roku” premier Szydło, spłodził takie oto zdanie: „Najpierw zatrudnieni komentatorstwem biegli teoretycznie polityczni gorzelnicy  uważnie nasłuchujący, jakie bulgoty wydaje z siebie fermentujący w retorcie zacier obozu ‘dobrej zmiany’, prześcigali się w przewidywaniach, w cóż ten zacier się wydestyluje”. Pamiętamy czasy, gdy Ludwik Dorn nazywany był „trzecim bratem bliźniakiem” i uchodził powszechnie za osobę superinteligentną, przewyższając w tej konkurencji samego nawet Jana Marię Rokitę. Dziś z tamtych wyobrażeń pozostał bełkot półprzytomnego wykształciucha. Właśnie – wykształciucha. Co za ponura ironia!

***

Przyznaję jednak, że w obliczu powszechnego upadku tak zwanych „elit” staję kompletnie bezradny. Zdaję sobie przy tym sprawę, że są sytuacje gdy człowiekowi jest naprawdę ciężko, kiedy można odnieść wrażenie, że swiat się wali na głowę, jednak zawsze zostaje coś, co nas trzyma w jako takiej równowadze, chocby na tyle skutecznie, byśmy nie oszaleli. To jednak, co się ostatnio dzieje z niektórymi z nich, sprawia, że się zastanawiam, czy to możliwe, że najlepsze dopiero przed nami. Oto „Radio Zet” przeprowadziło rozmowę z ostatnio nadzwyczaj aktywną publicznie aktorką Krystyną Jandą i w pewnym momencie zwrócił się do niej z prośba by zechciała skomentować to, co Jarosław Kaczynski powiedział podczas ostatniej miesięcznicy na Krakowskim Przedmieściu. A ta, na nic nie czekając, rzuciła:  „Czuję jakby ktoś na mnie srał cały czas”. A ja sobie myślę, że na człowieka w życiu czyhają przeróżne, czy to fizyczne czy psychiczne, nieszczęścia, a wśród nich te, kiedy mu się coś wydaje i on nie umie na to znaleźć sposobu. Jednak o tym, by ktoś miał wrażenie, że się na niego cały czas sra ani sam nie słyszałem, ani nawet nie potrafię sobie takiego stanu wyobrazić. A tu, proszę, nasza wybitna gwiazda teatru i filmu, Krystyna Janda znalazła się w tym stanie jak najbardziej. Czy to możliwe, że dziś między Krystyna Jandą, a Ludwikiem Dornem jest już tylko taka różnica, że on nieco staranniej dobiera słowa?

***

Niewykluczone, że niedługo dojdziemy do tego, że owa staranność w doborze słów będzie jedynym kryterium pozwalajacym odróżnić idiotę od idioty. Proszę sobie wyobrazić, że ksiądz Lemański, o którym od dłuższego czasu było cicho i bardziej naiwna część Kościoła uznała, że może ów nieszczęsnik udał się na pustelnię, usłyszelismy następujące słowa:
     „Do tej wypowiedzi traktowałem panią premier jako niezbyt zdolną, pozbawioną inwencji kobietę, którą prezes postawił na ważnym państwowym odcinku, który ją po wielokroć przerasta. Zdolna na swój sposób jest, to znaczy jest zdolna uzasadnić każde, najgłupsze nawet posunięcie swoich ministrów, którzy ostentacyjnie pokazują jej, że ta marionetka nie ma nic do powiedzenia”.
     Ktoś zapyta, gdzie tu dbałość o słowa, i słusznie, bo pointa dopiero przed nami. Otóż kiedy już wielebny Lemański wypluł z siebie swoją słynną ewangeliczną dobroć, powiedział co następuje: „Jeśli pani premier poczuła się dotknięta którymkolwiek sformułowaniem mojego komentarza do słów wypowiedzianych przez nią o protestujacych w obronie niezależnosci sądów – to szczerze przepraszam. Moja ocena tej ekipy rządzącej jest krytyczna ale nie zamierzałem nikogo swoimi ocenami zniesławiać ani obrażać”.
A my w tej sytuacji możemy tylko się księdzu Lemańskiemu głęboko pokłonić. On z całą pewnością nikogo nie miał zamiaru obrażać, a jeśli ktoś odniósł takie wrażenie, to on w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego przeprasza. Stać go na to. Ta głupia marionetka by tak nie potrafiła.

***

Powiedzmy sobie zresztą szczerze, tylko osoby o najgłębszych pokładach serdeczności potrafią najpierw kogoś opluć, a potem przeprosić wszystkich, którzy odnieśli błędne wrażenie, że ktoś kogoś w ogóle opluł. Cała reszta to już tylko czysta nienawiść. Ale zapomnijmy już o tym. Na szczęście, poza tymi wszystkim swarami, są ludzie którzy troszczą się o sprawy najważniejsze. Otóż, jak się dowiadujemy, Paweł Kukiz, wciąż z nie do końca wyjaśnionych powodów, trafił do szpitala i natychmiast zaprosił do siebie dziennikarzy wszelkich mediów, by się dać sfotografować z maską tlenową na nosie i opowiedzieć o gehennie jaką przeżył pozostając pod opieką polskiej służby zdrowia. A przed nami dwie wiadomości: jedna zła, druga dobra. Otóż zła jest taka, że, jak się okazuje, poseł Kukiz na śniadanie dostał „kromkę chleba i łyżkę serka”, co jest oczywistym skandalem, wiadomość dobra natomiast jest taka, że poseł Kukiz, jak tylko go tam wyleczą, wróci do zwykłej pracy parlamentarnej i zrobi porządek nie tylko z tym serkiem, ale w ogóle z całą polską służbą zdrowia. Ktoś zapyta, w jaki to sposób Paweł Kukiz ma zamiar rozwiązac problem, którego, jak dotychczas, nie rozwiązał nikt na świecie. Proszę sobie więc  wyobrazić, że między jednym kęsem kromki z serkiem a drugą Paweł Kukiz udzielił wywiadu portalowi medonet.pl – swoją drogą to jest temat na osobne rozważania – gdzie oświadczył, że „po tym co mi się przydarzyło zrozumiałem, że reforma służby zdrowia musi wyjść od potrzeb pacjentów, a nie być wymyślana odgórnie przez ministrów”. Jasna sprawa. Chodzi o to, by wreszcie wprowadzić JOW-y, a potem już wszystko pójdzie z górki. Jako pierwszy w gwizdek dmuchnie on, Paweł Kukiz, i opowie o tym, jak musiał żreć ten serek, a wówczas zamiast serka pojawi się jajecznica na boczku. Łóżka załatwi Owsiak.

***

Wygląda na to jednak, że zbliża się czas, gdzie nie będziemy do szczęścia potrzebowali ani Owsiaka, ani Kukiza, ani nawet Ludwika Dorna, a wskazuje na to fakt, że Prawo i Sprawiedliwość przebiło kolejny szklany sufit, i wbrew pozorom, nie chodzi nawet o to, że CBOS przyznał 44 procent i ponad dwukrotną przewagę nad Platformą PiS-owi, ale o odzyskanie dla Dobrej Zmiany Maryli Rodowicz. Odbył się właśnie wywalczony osobistymi zębami i pazurami prezesa Kurskiego Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, a wraz z nim triumfalny benefis wspomnianej Maryli Rodowicz, a my wszyscy nagle uświadomiliśmy sobie, że oto z dawnego PRL-u wróciło nagle wszystko to, za czym tak tęksniliśmy, tyle że wzbocgacone o pieniądz, demokrację, no i komputerową obróbkę. Z tej okazji na Twitterze pojawił się bardzo ostatnio aktywny w każdym wymiarze minister Patryk Jaki i ogłosił co następuje: „Na złość wszystkim Opole 2017 jest naprawdę świetne. W amfiteatrze rewelacyjna atmosfera. Hejt 3RP jak zwykle pomaga”. Czas na powrót festiwalu w Kołobrzegu. Na pohybel hejterom.

***

Jak widzimy, idą nowe czasy, póki co jednak, zanim hejt III RP zostanie zastąpiony przez hejt IV RP, rzućmy okiem, po raz być może jeden z ostatnich, na to, co nas niemal nie zabiło i ciągle to tu to tam podnosi swój szkaradny łeb. Oto proszę sobie wyobrazić, że obok takich wybitnych przedstawicieli Kościoła, jak ojciec Gużyński, biskup Pieronek, czy wspomniany wcześniej ksiądz Lemański, jest też wśród nas skromny, nieobceny w mediach, a czynny głównie na Facebooku, ksiądz Stanisław Walczak. W dość już zmurszałym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, ów święty mąż przedstawił charakterystykę Jarosława Kaczynskiego i wspierającego go polskiego duchowieństwa:  „Ten łgarz ma poparcie silnej grupy polskich biskupów i wielkiej rzesz polskich duchownych! To oni popierają kłamstwa na temat katastrofy smoleńskiej, to oni szczują Polaków przeciw wszystkiemu co obce i inne. A on, prezes, bezkarnie, rzuca oszczerstwa i kłamie! Jego koneksje z Radiem Maryja i TV Trwam dowodzą, że kłamstwo stało się oficjalnym orężem katolików narodowych w Polsce”.
Jak już wspomniałem, wypowiedź księdza Walczaka pochodzi sprzed paru miesięcy, więc trudno jest nam powiedzieć, co tam u niego słychać dziś. Miejmy jednak nadzieję, że po wysłuchaniu koncertu Maryli Rodowicz w Opolu, serce księdza nieco złagodnieje, a kto wie, czy nawet nie usłyszymy, że ten Kaczyński nie jest jednak taki zły. I wówczas na scenie pozostanie już tylko jeden wróg.


Moje książki, jak zawsze, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam z całego serca.

wtorek, 26 września 2017

Kiedy wujcio Pawcio ostatecznie zwariuje?

       Niedawno, oglądając telewizję, wśród innych reklam lekarstw, banków, oraz samochodów, zobaczyłem i taką. Oto mały chłopoczyk pyta swoją mamę: „Dlaczego wujcio Pawcio przy babci Marynce robi się taki malutki”, na co mama odpowiada: „Bo babcia go trzyma w kieszeni”. W tym momencie pojawia się pytanie: „A ty?” i widzimy Marka Kondrata, który, patrząc nam prosto w oczy, odpowiada: „A ja sobie tego oszczędzam”, a my już wiemy, że trzeba to co mamy w kieszeni natychmiast wyjąć, wpłacić do banku ING i cieszyć się swoją przezornoscią.
       Kiedy po raz pierwszy obejrzałem tę reklamę, przyznaje, że byłem zdziwiony. Mimo że całemu systemu bankowemu życzę wszystkiego najgorszego i tylko wypatruję dnia, kiedy to wszystko runie, nigdy by mi nie przyszło do głowy, że ów upadek będzie tak szybki. Przepraszam bardzo, ale co to ma być??? Czy naprawdę doszło już do tego, że, jeśli oni wydają pieniądze, to już nie po to, by z tego mieć jakiś zysk, lecz wyłącznie w jednym jedynym celu, by nikt nie powiedział, że tam już chodzi tylko o zwykła, brudną jumę? Nie wiem, ile kosztowało wyprodukowanie tej reklamy, ile oni musieli odpalić Kondratowi, ani też, ile bank zapłacił za jej emisję, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że to są pieniądze w 100% zmarnowane. Oni postąpiliby o wiele mądrzej, gdyby to wszystko zrzucili z dziewiątego piętra tego budynku w Katowicach, pozwolili ludziom się tymi banknotami nacieszyć, a na drugi dzień wysłaliby do telewizji klip z Kondratem, gdzie ten by ich poinformował, że, jak kto chce więcej, niech otworzy sobie konto w ING. Tymczasem mamy to dziecko z jakimś bezsensownym pytaniem, z jeszcze bardziej bezsensowną odpowiedzią, a na końcu z Kondratem pieprzącym coś trzy po trzy o „oszczędzaniu sobie tego”.
      No dobra. Ktoś powie, że 90 procent reklam jest na tym poziomie, więc nie ma się co denerować. Otóż nie. Moim zdaniem, to co odstawił nie byle jaki przecież bank, zwiastuje autentyczny game changer. Oni zwyczajnie pikują. Jeśli pojawia się coś takiego, to znaczy, że tam już, jak już powiedziałem, każdy tylko patrzy by nie wylecieć, a co gorsza, nikt nawet tego upadku nie kontroluje.
      Podobne zjawisko zauważyłem zresztą, również w tych dniach, na portalu tvn24.pl, z którego regularnie czerpię informacje na temat stanu umysłu tych, co przegrali. I proszę sobie wyobrazić, że wszedłem na tę stronę i, jako główną informację, znalazłem coś takiego:
      „Pieniędzy na orzeczenie niepełnosprawności brak. Minister finansów mówi o papierze w drukarce”.
      Dalej nie było w żaden sposób lepiej. Kolejne sześć informacji opublikowanych na jednym z najważniejszych informacyjnych portali w Polsce przedstawiało się następująco:
      „Zabrali dziecko ze szpitala i się ukrywali. Wrócili do domu”.
      „Pokazujemy jakie znaczenie ma to, co robia lekarze w pierwszych dniach po porodzie”.
      „Dlaczwego uciekamy się do nienaukowych metod
      „Szpitalna historia, która zelektryzowała cały kraj”.
      „Odkrycie w starym kościółku. Tajemnicze schody, na górze krypta”.
      „Ognista kula przemknęła po niebie”.
      I dopiero na ośmym miejscu, pierwsza informacja, która mogłaby mieć dla kogokolwiek chocby minimalne znaczenie.
      O czym to świadczy? Otóż moim zdaniem mamy tu do czynienia z dokładnie tym samym zjawiskiem, co w wypadku reklamy ING, czyli kompletnym upadkiem przekazu. Sytuacja jest bowiem taka, że tam albo panuje przekonanie, że oni są już tak bezpieczni, że mogą się kompletnie przestać starać, albo – w co osobiście wierzę znacznie chętniej – że tam już każdy tylko czeka na to, że ktoś przyjdzie i zacznie po kolei gasić światło.
      No dobra, ktoś znów spyta, a co potem? Otóż mam nadzieję, że potem to już tylko to, co czyste i nieskażone. Wczoraj na Facebooku nas niezastąpiony Aleksy Uchański wyszukał, a potem wrzucił coś takiego. Proszę się skupić:
      Kraj to wprawdzie bardzo lesisty, ale niemało przecież obfituje w złoto i srebro, chleb i mięso, w ryby i miód, a pod tym zwłaszcza względem zasługuje na wywyższenie nad inne, że choć otoczony przez tyle wyżej wspomnianych ludów chrześcijańskich i pogańskich i wielokrotnie napadany przez wszystkie naraz i każdy z osobna, nigdy przecież nie został przez nikogo ujarzmiony w zupełności; kraj, gdzie powietrze zdrowe, rola żyzna, las miodopłynny, wody rybne, rycerze wojowniczy, wieśniacy pracowici, konie wytrzymałe, woły chętne do orki, krowy mleczne, owce wełniste.
(Gall Anionim, „Kronika polska”, 1114)
z komentarzem: „Jak miło, to o nas”.
     W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak powtórzyć te słowa: „powietrze zdrowe, rola żyzna, las miodopłynny, wody rybne, rycerze wojowniczy, wieśniacy pracowici, konie wytrzymałe, woły chętne do orki, krowy mleczne, owce wełniste”.
      Jak to było? Niech się wszyscy idą pieprzyć? Otóż własnie tak. Go and fuck yourself.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w ksiegarni na stronie www.basnjakniedziwiedz.pl. Zachęcam gorąco.
    
     


    

poniedziałek, 25 września 2017

Do czego służy Niemcom Wojciech Cejrowski?

Dziś proponuję, byśmy sobie poczytali mój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. On oczywiście nie zmieni w najmniejszym stopniu pozycji zajmowanej przez tego dziwnego człowieka w publicznej przestrzeni, niemniej nie ma nic gorszego, jak milczeć, podczas gdy trzeba krzyczeć.

Jestem pewien, że gdyby zapytać któregokolwiek z czytelników „Warszawskiej Gazety”, kim jest Wojciech Cejrowski, nie znalazłaby się jedna osoba, która by zapytała: „Cej… co?”. Rzecz w tym, że są niewątpliwie w Polsce ludzie, którzy nie wiedzą, kim jest Maryla Rodowicz, czy zmarły niedawno Grzegorz Miecugow, że już nie wspomnę o Janie Pietrzaku, czy Jerzym Urbanie, natomiast to kim jest Wojciech Cejrowski, wie każdy. Czemu tak się stało, powiem szczerze, nie wiem, natomiast wiem na pewno, że tak jest. Wojciech Cejrowski to, pomijając prezydenta Andrzeja Dudę, prezesa Jarosława Kaczyńskiego, czy premier Beatę Szydło, najbardziej rozpoznawalna osoba w Polsce.
Jak wygląda sytuacja poza granicami, tego również nie wiem, stało się jednak tak, że niedawno udzielił on wywiadu niemieckiej sieci ARD, gdzie ogłosił, że ponieważ Szczecin nigdy nie był polskim miastem, on jest gotów Niemcom ów Szczecin oddać, pod warunkiem, że oni zaproponują odpowiednią cenę. Wystąpienie Cejrowskiego – mimo że, jak wiemy, tematów do dyskusji mamy dużo za dużo – spowodowało pewien rwetes, z tego jednak co zdążyłem zaobserwować, wynika, że, jak zawsze, większość z nas poświęca swoją uwagę temu, co w ogóle nie ma znaczenia, a więc kwestii, czy Szczecin jest polski, czy niemiecki, natomiast najwyraźniej nikt dotychczas nie zadał pytania w tym wypadku najbardziej istotnego, a więc kim jest Wojciech Cejrowski. Byłoby bowiem nadzwyczaj ciekawe dowiedzieć się, czy to był pierwszy raz, jak niemieckie media zwróciły się do niego o komentarz, czy może on dla nich regularnie komentuje bieżące wydarzenia. Osobiście uważam, że jakąkolwiek uzyskamy odpowiedź na nasze pytanie, nie zmieni to faktu, że Wojciech Cejrowski jest dla niemieckich mediów kimś absolutnie szczególnym.
Przyjmijmy jednak wersję dla niego najbardziej korzystną, a więc tę, że Niemcy dotychczas o istnieniu Cejrowskiego nie mieli bladego pojęcia, natomiast przy okazji debaty na temat ewentualnych wojennych reparacji przeprowadzili odpowiednią kwerendę i ktoś im zaproponował: „Słuchajcie, idźcie do Cejrowskiego, a on wam powie, co chcecie”. Jeśli tak było, to dalszy ciąg już znamy. Oni do niego poszli, podsuneli mu pod twarz mikrofon, a on – mając świadomośc tego, że nic go od wielu, wielu lat nie ogranicza – wyskoczył z tym Szczecinem.
Dziś efekt jest taki, że ponieważ Cejrowski jest powszechnie kojarzony – nieważne, czy słusznie, czy nie – z Prawem i Sprawiedliwością, propaganda Systemu idzie w tym kierunku, by pokazać światu, że dzisiejsza władza w Polsce, dla bieżących korzyści politycznych, jest gotowa oddać Niemcom część swojego terytorium. Ktoś powie, że to, o czym sobie rozmawia Cejrowski z Niemcami jest bez znaczenia, bo i tak wszystko jest już dawno zdecydowane. No i ja tu jestem gotów się zgodzić. To faktycznie jest bez znaczenia. Problemem pozostaje, co zrobić z Cejrowskim. A to pytanie czeka na odpowiedź od wielu lat i nadszedł dobry moment, by sobie na nie odpowiedzieć.

A nasze książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam z całego serca.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...