środa, 8 marca 2017

Czy Bóg wybaczy destabilizowanie umysłów?

      
      Jak się należy domyślać, nie planowałem wracać do tematu reportaży Justyny Kopińskiej „Polska odwraca oczy”, jednak zarówno reakcja czytelników pod samym tekstem, jak i osobna, nawiązująca do tematu, notka Coryllusa kazały mi się jeszcze zatrzymać przy sprawie owej agresji propagandowej, jaką wobec nas prowadzi od lat środowisko „Gazety Wyborczej”. Ktoś gdzieś powiedział, że my nie powinniśmy mieć pretensji do Kopińskiej o to, że ona oddaje głos żonie Trynkiewicza bez słowa komentarza, dlatego że na tym właśnie polega idealny reportaż – na tym, że między obrazem, a widzem nie ma jakiegokolwiek pośrednika, dzięki czemu my sami możemy najlepiej ocenić to co zobaczyliśmy, obiektywnie, a przez to prawdziwie. I ja oczywiście byłbym skłonny przyjąć tę perspektywę, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, w książce, o której od paru dni rozmawiamy, reportaż o zakochanej w masowym mordercy kobiecie nie jest jedyny. Tam jest znacznie więcej i to nie mniej poruszających historii, z tym że z tego co zdążyłem zauważyć, jedynie ta dziwna kobieta może tu gadać do woli, bez ryzyka, że ktoś jej przerwie, lub choćby rzuci krótkim komentarzem, a zatem trudno się opędzić od wrażenia, że ta historia miała nas raczej zauroczyć, niż nami wstrząsnąć. W końcu, jeśli wolno mi powtórzyć swoją refleksję w odpowiedzi na jeden z komentarzy, czyż nie ma w tym swego rodzaju prawdy, że po cholerę się te dzieci tam kręciły, zamiast siedzieć w domu, pomagać mamie i odrabiać lekcje? 
       No i tu pojawia się kolejna kwestia. Oto w dalszej części książki Kopińskiej znajdujemy podwójny reportaż o piekle, jakie będącym pod ich opieką dzieciom zgotowały prowadzące ośrodek dla patologicznej młodzieży siostry zakonne, na czele z niesławną siostrą Bernadetą. I tam już jest zupełnie inaczej. Przede wszystkim tytuł: „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie”. Proszę zwrócić uwagę, że Kopińska nie zastanawia się, czy Bóg wybaczy Trynkiewiczowi. Gdy chodzi o Trynkiewicza, ona oddaje głos zakochanej w nim kobiecie, która go zna i zaświadcza o jego wrażliwości, inteligencji, wewnętrznym cieple i cudownym spojrzeniu, a wszystko pod tytułem „Spokojny sen Anny”. No a skoro nie istnieje dylemat odnośnie tego, jak Bóg oceni dzieło Trynkiewicza, można też spokojnie odłożyć na bok ewentualną kwestię odpowiedzialności dzieci, jakim przyszło trafić pod karzącą rękę siostry Bernadety za to, że przez swoje lenistwo, złe zachowanie, czy zwykłą głupotę, zamiast się grzecznie prowadzić w domu czy w szkole, zgotowały sobie swój okrutny los. W reportażu na temat owego zdziczenia Kościoła Katolickiego, Kopińska ani jednym słowem nie sprowokowała nas do zadania sobie pytania: „A czy te dzieci przypadkiem nie są same sobie winne, że te siostry je skazały na takie cierpienia? Przecież jest mnóstwo dzieci, które żyją w biedzie, mają rodziców pijaków, a nie trafiają do ośrodków prowadzonych przez siostry zakonne”.
      Nie. W ośrodku w Zabrzu w ogóle nie zadaje się pytań. Tam są wyłącznie historie, jakie Kopińskiej opowiedzieli pensjonariusze ośrodka, a owe historie są takie, że od nich lepszą być może – choćby przez to, że prawdziwą – mogłyby opowiedzieć jedynie zgwałcone i zamordowane przez Trynkiewicza dzieci. No ale nie opowiedzą, bo nie żyją, no a to co ewentualnie mieliby do powiedzenia ich rodzice, którzy z całą pewnością mogą wciąż żyć i mają swoje przemyślenia, Kopińskiej już nie interesuje. Co zatem ją interesuje? Proszę bardzo:

„Siostra uderzyła nas wszystkich, ale ja zemdlałem i podobno było dużo krwi”.
„Najgorzej pobiły Adama bo miał problemy z mówieniem. Biły go prętami po szyi aż pojawiła się krew”.
„Dziewczynkom za karę wkładały mydło do ust, wiązały je do słupa lub kaloryfera, lub myły w zimnej wodzie”.
„Wtedy prowadziły nas na gwiazdę. Tak mówiliśmy na pokój z gwiazdą na podłodze. Chłopcy nas tam rozbierali, bili, do krwi. Siostry patrzyły”.
„Siostra Monika biła mnie najmocniej. Okładała pięściami po twarzy i kręgosłupie. Zdarzało się, że traciłam przytomność”.
„Trenowała boks na dziewczynkach. Potrafiła najpierw pobić kilkuletnią wychowankę, a potem podnieść do góry i uderzyć o stół”.
„Rwała dziewczynkom włosy z głowy. Raz straciła nad sobą kontrolę i szarpała wychowanką tak, że na połowie głowy zostało gołe ciało pokryte krwią”.
„Siostra Patrycja budziła postrach w grupie dziewczynek. Niska, dość gruba, w okularach. Miała mnóstwo siły. Uwielbiała słodycze i jak któraś z dziewcząt dała jej czekoladę, to nie biła jej nawet przez tydzień”.
„Najpierw stłukła mi okulary. Biła coraz mocniej aż była czerwona jak burak. Czułam się jak zabawka w jej rękach. Jakieś pół godziny później leżałam pokonana, posiniaczona do krwi”.
„Jedna z dziewcząt coś jej odpyskowała, to siostra ją za włosy wzięła i wsadziła jej głowę tak głęboko do kibla, że mało się nie zadławiła”.
„Siostra Patrycja często biła bez powodu. Po prostu rzucała się na kogoś. Jeden chłopak został odwieziony do szpitala, bo złamała mu obojczyk”.
„Siostra Monika rozpowiadała, że jestem Niemką z trzeciego pokolenia. Powtarzała: ‘Ty pierdolony szwabie”.
„Jak były imprezy albo grille, to zamykała mnie w sypialni lub w izolatce. Przynosiła trochę wody i jedzenia, ale bardzo mało, tyle żebym nie zdechła”.
„Był taki jeden z braci. Silny. On zmuszał wielu. Siostry zamykały mnie z nim i jego bratem na klucz”.
„W ośrodku dzieci gwałciły się niemal codziennie. Długopisami, ołówkami, butelkami”.
„Siostry mówiły: ‘Twoja stara jest nic nie warta, jesteś debilem, ułomem, gnojem’. Najgorzej jeśli zsikałeś się do łóżka w nocy, lub byłeś głośno. Lubiły bezwzględna ciszę”.

       I tak dalej przez dziesiątki lat. Siedzi Kopińska otoczona wianuszkiem byłych już pensjonariuszy ośrodka, no a oni jej opowiadają, opowiadają i opowiadają. Te wszystkie twarde dzieci, prawdziwi mistrzowie survivalu, gwałcone i gwałcące, bite i same zadające ból, z pociętymi rękoma, powyrywanymi włosami, rozbitymi czaszkami, połamanymi żebrami, dzieci, które były za pan brat z całym złem tego świata i znały każdy sposób, by nie zginąć w tym dzikim świecie, a nie dały rady kilku siostrom zakonnym. A ona kiwa ze zrozumieniem głową, wszystko sobie zapisuje, no a potem opowiada to nam, tak byśmy sami sobie odpowiedzieli na to podstawowe pytanie: „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie?” I niech nikt nie myśli, że ona nam coś sugeruje. Ależ w życiu! W końcu to poważna reportażystka, znająca swój fach. Ona pozwala mówić faktom, a ocena należy do nas.
      Myślę, że wszyscy tu doskonale już widzimy tę metodę i wiemy, jak powinniśmy się wobec niej ustawiać. Jest jednak w książce Kopińskiej coś jeszcze, co mnie naprawdę zaintrygowało, a mianowicie bardzo jednoznaczna i naprawdę bezwzględna krytyka wymiaru sprawiedliwości w Polsce, i to wbrew pozorom nie formułowana z punktu widzenia interesów przestępcy, ale społeczeństwa. U Kopińskiej polska policja, sądy, prokuratura, to w większości siedlisko wściekłych, sprzedajnych żmij. I ów obraz bardzo mocno mi się kojarzy z pokazanym niedawno przez telewizję TVN24 reportażem na temat korupcji, jaki pożera od środka polskie sądy, na przykładzie pewnego zabójcy i gwałciciela z Nowej Soli, który od lat, dzięki pieniądzom i pewnym rodzinnym koneksjom, pozostaje od wielu lat bezkarny. I to, przyznaję nie daje mi spokoju. Z jednej strony oni wypruwają z siebie żyły, by uniemożliwić Prawu i Sprawiedliwości posprzątanie tego chlewu, jakim jest wymiar sprawiedliwości w Polsce, a jednocześnie robią wszystko, by nam pokazać, że, owszem, jest źle, i podobno ma być jeszcze gorzej.
      Niedawno tu w sąsiedztwie pojawił się różowy billboard przedstawiający czarny parasol, obok napis: „To nie jest parasol, to Polki na ulicach miast”, a jeszcze niżej podpis „gazeta.pl” i przesłanie prosto w punkt, „dzień dobry emocje”. A ja się już tylko zastanawiam, co to za robak, co z jad? Mój kumpel, wybitny psychoterapeuta, spojrzał na to i powiedział: „Im chodzi o destabilizację umysłu”. Może i tak. Może i tak. Może w tym wszystkim tak naprawdę chodzi tylko o zdestabilizowanie naszych umysłów? Póki co jednak, będę chyba się musiał zwrócić o pomoc do Czytelników.

Przypominam, że moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.

poniedziałek, 6 marca 2017

Czy ośrodek w Gostyninie prenumeruje "Gazetę Wyborczą"?

      Zięć mój, którego, owszem, od pewnego czasu szczęśliwie posiadam, dziwi się, jak można każdego dnia pisać o czymś innym i jednocześnie mieć pewność, że to jest coś ważnego i ciekawego, a ja mu na to odpowiadam, że tematy wchodzą drzwiami i oknami. Od kilku dni choćby mam ich w głowie cztery, czy pięć, a ponieważ wiem, że nowy dzień z pewnością przyniesie coś nowego, większość z nich i tak musi pójść na straty. Oto wczoraj Coryllus napisał kolejny znakomity tekst o książkach, a ja sobie od razu pomyślałem, że przede wszystkim mógłbym go w ciekawy sposób skomentować osobną notką, ale też że od kilku dni wraca do mnie sprawa pewnej książki i jej autorki, o której też od jakiegoś czasu chcę napisać, jakby tego było mało, zaczepiony przeze mnie jakiś czas temu temat kary śmierci znalazł bardzo ciekawą kontynuację, no a w dodatku również wczoraj szczecińska prokuratura zabrała publicznie głos w sprawie porwania pewnej dwunastoletniej dziewczynki i owego porwania bardzo ponurym kontekście, no i cała rzecz polega na tym, że każdy ten temat mógłby zasługiwać na osobną notkę, gdyby nie to, że jutro też jest dzień i on też coś z pewnością przyniesie.
      W tej sytuacji pomyślałem sobie, że wspomnianą całość dziś puszczę w tak zwanym pakiecie i mam nadzieję, że wyjdzie z tego naprawdę solidna refleksja. Otóż już po tym jak napisałem tekst o seryjnym mordercy Trynkiewiczu, wpadła mi w ręce książka dziennikarki „Gazety Wyborczej” Justyny Kopińskiej pod tytułem „Polska odwraca oczy”, reklamowana zarówno na pierwszej, jak i czwartej stronie okładki w taki sposób, by nas nie pozostawić w wątpliwościach, że mamy do czynienia z prawdziwą rewelacją. Nowa książka najczęściej nagradzanej dziennikarki 2015 roku, Nagroda PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego, Wyróżnienie Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego, Nagroda ‘Newsweeka’ im. Teresy Torańskiej, Grand Press, Nagroda Dziennikarska Amnesty International – Pióro Nadziei, no i wreszcie informacja najważniejsza: „Kopińska jest pierwszą Polką, która otrzymała European Press Prize nazywaną europejskim Pulitzerem”, no a obok recenzja mistrza nad mistrzami, czyli Ewy Ewart.
      Pomysł Kopińskiej jest najprostszy z możliwych. Jak próbuję zgadywać, ona siedzi w domu, przegląda brukową prasę w poszukiwaniu najbardziej mięsistych kryminalnych historii skierowanych do najbardziej zdemoralizowanego czytelnika, a następnie opisuje swoje rozmowy z ich bohaterami tak by pokazać, że za każdą tragedią stoi człowiek i jego proste, a jednocześnie niezwykle skomplikowane życie. Najlepiej o tym, co tam się ma dziać w środku mogłyby świadczyć tytuły poszczególnych historii: „Oddział chorych ze strachu”, „Ten trup się nie liczy”, „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”, „Biała bluzka. Tajemnica minister Zbrojewskiej”, „Spotkanie z Szatanem”, „Nie jestem psem. Narkotykowy układ w więzieniu w Płocku”. I co z tego? Otóż  nic z tego. Nawet na tym poziomie publicystycznego cwaniactwa Kopińska spada niżej, niż leży wszystko, co dotychczas miałem okazję czytać. I ja nie mówię ani o Krall, ani o Kapuścińskim, ani nawet o Jacku Hugo Baderze, czy jego kuplach-reportażystach z „Wyborczej”. Moim zdaniem ona jest gorsza nawet od autorów tekstów w „Fakcie”, czy „Super Expressie”, które ją zainspirowały do reporterskiego działania. I to dużo gorsza. Teksty w książce „Polska odwraca oczy” są tak straszliwie nieciekawe, tak źle napisane, tak kompletnie nikomu niepotrzebne, że ja sobie nie jestem w stanie wyobrazić, żeby ktokolwiek był w stanie to coś czytać zdanie po zdaniu przez dłużej niż minutę. No i na tym tle pojawia się ów „europejski Pulitzer”. Przepraszam bardzo, ale wszystko wskazuje na to, że tam już przestano nawet dbać o pozory.
      Ktoś się zapyta, co nam do tego. Otóż, jak się, nie po raz pierwszy zresztą, okazuje, nawet w śmieciach można znaleźć coś, co nam otworzy oczy i zachęci do refleksji, na jakie w życiu byśmy bez tego nie mogli sobie pozwolić. Oto okazuje się, że Justyna Kopińska, gdy tylko przeczytała gdzieś w prasie wiadomość o tym, że przebywający w ośrodku dla tak zwanych „bestii” Trynkiewicz, właśnie się ożenił, postanowiła się spotkać z kobietą, która za Trynkiewicza wyszła za mąż, no i pozwala jej gadać do woli. Gdyby ktoś się zastanawiał, jak to się stało, że ta nieszczęsna kobieta w ogóle Trynkiewicza poznała, to odpowiedź jak najbardziej jest. Jej koleżanka- socjolog, spotkała się z Trynkiewiczem w ramach jakiegoś zawodowego projektu, no i on ją tak zauroczył, że o swoich wrażeniach opowiedziała swojej przyjaciółce, a ta w tym momencie poczuła taki przypływ miłości do Trynkiewicza, że napisała do niego list, on jej odpisał wierszem i oni się w sobie z miejsca zakochali, a następnie wzięli ślub. Proszę posłuchać:
      „Teraz planujemy dziecko z Mariuszem. Na razie widzenia są w obecności strażników, więc nie mogliśmy skonsumować związku w pełny sposób, ale to jest wisienka na torcie.
      A mówiąc o torcie – na naszym ślubie był pyszny tort kawowy. Moja teściowa przywiozła też roladę śmietankową oraz serniczek. Dyrektor ośrodka w Gostyninie stanął na wysokości zadania. Oddał nam na uroczystość salę widzeń. Był stół nakryty zielonym obrusem, a przed nim ustawione krzesełka. Mariusz pięknie wyglądał w czarnych spodniach i śnieżnobiałej koszuli. Pani z urzędu stanu cywilnego była bardzo miła, nawet uściskała mamę.
      Po ślubie siedzieliśmy sobie przy stole jak w kawiarni. Mama powtarzała, jak bardzo jest szczęśliwa, że Mariusz się wreszcie ustatkował. […]
      A ja najchętniej krzyczałabym o naszej miłości, gdybym tylko miała dużo pieniędzy i nie bała się, że stracę pracę. Ale muszę być odpowiedzialna, bo przecież utrzymuje siebie, Kasię i Mariusza. W Gostyninie podopieczni dostają tylko podstawowe wyżywienie, a mój mąż lubi sobie podjeść. Wysyłam mu różne serki, wędliny oraz nikoretki, bo nadal rzuca palenie. Jestem dumna z bycia panią Trynkiewicz. […]
      Jak wreszcie będzie wolny, to pojedziemy w podróż poślubną do tego lasu w Piotrkowie Trybunalskim, który Mariusz tak kocha. To ten sam las, w którym Mariusz spalił ciała dzieci, ale Mariusz ma wiele innych wspomnień związanych z tym miejscem. Tam dorastał, jeździł na pierwszym rowerku, spacerował. Jako dziecko bardzo lubił spokój, który daje natura. Kochał zdjęcia, fotografował las o różnych porach dnia. Dlatego to miejsce kojarzy mi się z takim małym Mariuszkiem, jeszcze zanim został skrzywdzony. Nie zdajesz sobie sprawy, jaki ból czuje człowiek, gdy usłyszy wyrok śmierci. Wiem, że później Mariusz uniknął tej kary. Ale przez kilka miesięcy musiał żyć ze świadomością, że zostanie zabity, to okropna krzywda, której już mu nikt nie wynagrodzi. […]
      Mariusz nie jest psychopatą, ludzie nie biorą pod uwagę, że po pierwsze te zabójstwa były dawno, a po drugie, nie wiadomo, kim obecnie byłyby te dzieci. Może by wyrosły na zabójców lub złodziei. Kto włóczy się samotnie przy rzece w wieku kilkunastu lat? To jest dopiero brak odpowiedzialności! […] To była ich decyzja, że nie żyją”.
      No dobra, może już wystarczy. I tu wróćmy może to wczorajszego tekstu Coryllusa. Pisze on tak: „W gazowni wszyscy wiedzą, że pisarz to jest nikt. To jest kreatura, której się płaci, żeby na polecenie wypowiadała różne kwestie. I tacy są pisarze kreowani na Czerskiej i przez Czerską popierani”. A więc kiedy wiemy już, że mamy do czynienia z kreaturą, której się płaci, by na polecenie wypowiadała różne kwestie, pozostaje się już tylko zastanowić, jakie kwestie, w jakim celu i przede wszystkim, w jakim interesie? Ktoś powie, że interes jest taki, by wszyscy zobaczyli, że owa kobieta jest w sposób oczywisty psychicznie chora, i by odpowiednie służby się nią zainteresowały, bo ona jest chora w taki sposób, że lada chwila może kogoś zamordować. Otóż nic podobnego. Jedynym celem publikacji tego typu historii, jest to, by większość czytelników, i to zarówno tych gorzej, jak i lepiej wykształconych, poczuło do jej bohaterów czystą i niezruszoną sympatię. Nie łudźmy się. To co sobie na temat państwa Trynkiewiczów myślimy my, nie ma żadnego znaczenia, a co więcej książka Kopińskiej tak naprawdę nawet nie jest skierowana do nas. Jej celem jest poruszyć serca ludzi od nas znacznie, znacznie wrażliwszych.
       A zatem, kiedy znamy już cel, spróbujmy odkryć interes. I to jest odpowiedni moment, by przejść do wydarzenia, którym w ostatnich dniach trochę żyjemy, czyli do uprowadzenia tej dziewczynki ze Szczecina. Otóż, jak się dowiadujemy, porwanie zorganizował człowiek, skazany w roku 2009 na dziewięć lat więzienia za ciężkie pobicie dziecka. Dziewięć lat to nie w kij dmuchał, więc możemy się domyślić, że to pobicie to musiało być coś naprawdę dużego. I oto, jak się dalej okazuje, ów człowiek po siedmiu latach decyzją sądu został warunkowo wypuszczony na wolność i pierwsze co zrobił to skrzyknął jakieś towarzystwo i wspólnie uprowadzili tę dwunastolatkę. Słuchałem wyjaśnień rzecznika szczecińskiego sądu i dowiedziałem się, że tam wszystko odbyło zgodnie z prawem i zasadami: człowiek zachowywał się bez zarzutu, wielokrotnie był nagradzany za dobre zachowanie, no i oczywiście stale cieszył się znakomitymi opiniami psychologów. Nie było więc powodu, by go tam dłużej dręczyć. No a że czegoś niedopatrzono, któż z nas nie popełnia błędów?
      Jak już wiemy, dziewczynka szczęśliwie jest cała i zdrowa i jedyna większa krzywda, jaka ją spotkała, to to, że porywacze zmusili ją do picia alkoholu. Co by się stało, gdyby nie było tak dużego zaangażowania policji i ona by jeszcze jakiś czas pozostawała w rękach porywaczy, tego nie wiemy, ale zgadywać jak najbardziej możemy. Podobnie, jak możemy się domyślać, w jaki sposób spędzą wspomnianą poślubną wyprawę do swojego, przez obu już zapewne ukochanego, lasu Trynkiewicz i jego młoda żona, kiedy już psychologowie z ośrodka w Gostyninie wydadzą swoją opinię, a miły pan dyrektor podpisze odpowiedni papier. No i wreszcie możemy się też domyślić, że skoro już autorka „Gazety Wyborczej” postanowiła nam w tak wzruszający sposób przybliżyć ową niezwykłą wprost miłość, a jej opowieść zasypywana jest kolejnymi wyróżnieniami, musi to potwierdzać fakt, że tam wszystko jest realizowane zgodnie z oryginalnym poleceniem i już wkrótce nic nie stanie na przeszkodzie, by kiedy przyjdzie właściwy moment, państwo młodzi zaczęli realizować projekt podstawowy i najważniejszy.
      Wciąż jednak pozostaje bez odpowiedzi pytanie, co to za projekt, co to z plan i co to za interes. Tyle dobrego, że wiemy już czyj i w związku z tym też przynajmniej wiemy, w którą stronę mamy kierować wzrok.


Zapraszam jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

niedziela, 5 marca 2017

O tym jak katolickie siostry zakonne budowały Brytyjskie Imperium

       Kilka dni temu, czy to na portalu tvn24.pl, czy może w Onecie – to akurat jest nieistotne, bo tak naprawdę to równie dobrze mogło być w Telewizji Republika –  znalazłem informację, że oto specjalna irlandzka komisja potwierdziła wreszcie oficjalnie fakt odkrycia jeszcze w roku 2014 w irlandzkiej miejscowości Tuam masowego grobu ze szczątkami małych dzieci. Bardzo dobrze pamiętam ów rok, kiedy to wszystkie znaczące światowe, a za nimi i polskie, media przekazały pierwsze informacje na ten temat i już wtedy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że powodem, dla którego owa wiadomość została potraktowana z aż taką uwagą, był fakt, że owe dzieci były mieszkańcami domu samotnej matki, prowadzonego przez katolickie zakonnice. Ja akurat najlepiej zapamiętałem tytuł z tygodnika „Newsweek”: „Jak w irlandzkim Kościele działał mechanizm głodzenia dzieci na śmierć?”, no i następujący fragment:

       „Zakonnice dzieliły dzieci na dwie grupy: te nadające się do adopcji i te słabsze, którym pozwalały umrzeć z głodu i chorób. 70 lat temu irlandzki Kościół katolicki dopuścił się strasznej zbrodni, której ogrom właśnie wychodzi na jaw.
      W pobliżu kościelnego domu dla samotnych kobiet z dziećmi sióstr zgromadzenia Bon Secours w Tuam pogrzebanych jest najprawdopodobniej kilkaset dzieci. Na razie odnaleziono szczątki kilkudziesięciorga, trwają poszukiwania następnych. Arcybiskup Dublina Diarmuid Martin przyznał, że to, co działo się w Tuam, zdarzało się zapewne w sześciu innych podobnych ośrodkach. Zmarłe dzieci zostały w nich pochowane, jak mówił biskup, na ‘poletkach dla aniołków’. W masowych grobach spocząć mogły w sumie zwłoki około czterech tysięcy dzieci”.
      No ale to był komentarz z przed jeszcze trzech lat. Dziś, jak mówię, media do sprawy wróciły, tyle tylko, by potwierdzić, że tamto odkrycie było jak najbardziej autentyczne, no i podać informację, że tych dzieci przez niemal 40 lat zmarło około 800, no i że za ich śmierć oczywiście odpowiadają katolickie siostry zakonne ze zgromadzenia.
      Ktoś powie, że moja sugestia, jakoby za propagowaniem owej informacji stoi bardzo silna w pewnych środowiskach niechęć do Kościoła Katolickiego, jest niestosowna, bo jeśli gdzieś znajduje się grób ze szczątkami 800 dzieci, to nie ma sposobu, by o tym nie poinformować. W tej sytuacji, może dziś przedstawię tekst, który w o wiele bardziej rozszerzonej wersji opublikowałem w dziś już niestety niedostępnym 6 numerze „Szkoły Nawigatorów” na temat tak zwanych „domów pracy”, a więc brytyjskiego wynalazku, stanowiącego zapewne oryginalne źródło owej katastrofy, którą nam przyniósł wiek XX, zarówno pod postacią sowieckiego komunizmu, jak i niemieckiego nazizmu i proszę naprawdę nie mieć do mnie pretensji, że tam nie ma słowa na temat irlandzkich przytułków dla samotnych matek prowadzonych przez siostry zakonne, bo to by dopiero z mojej strony była niestosowność.

      Chciałbym dziś opowiedzieć o pewnym projekcie, który został zaplanowany, opracowany i skutecznie wdrożony w samym sercu współczesnej cywilizacji, a mianowicie na terenie Brytyjskiego Imperium. Chciałbym dziś opowiedzieć o ściśle brytyjskim wynalazku, co ciekawe, dość dobrze opisanym przez samych Brytyjczyków, z którego oni wprawdzie nie są może zbyt dumni, ale z całą pewnością nie wstydzą się go na tyle, by próbować się z nim przed światem chować. A to najpewniej świadczy jedynie o tym, że oni są już z jednej strony tak potężni, a z drugiej tak tyle bezczelni, że nie muszą się doprawdy przejmować tym, co ktoś tam przeciwko nim postanowi sobie wytoczyć. Chciałem zatem opowiedzieć o historii powstania owego wynalazku, o jego kształcie, a nawet o teoretycznych przynajmniej celach jego zastosowania w życiu brytyjskiego społeczeństwa, ale też o faktycznych, jak sądzę, przyczynach, dla których Korona zdecydowała się na jego zastosowanie w praktyce.
       Rozmawiamy więc dziś o czymś, co jest powszechnie znane pod nazwą workhouse, która oczywiście w języku polskim nie występuje, a którą by można chyba najbardziej sensownie przetłumaczyć, jako dom pracy. Otóż początki owych workhouses sięgają jeszcze roku 1388 , kiedy to na Wyspach wprowadzono ustawę pod nazwą Statute of Cambridge, a której oryginalnym celem było zapewnienie Koronie rąk do pracy, tak bardzo potrzebnych od czasu, gdy wielka zaraza znana powszechnie jako „Czarna Śmierć” wybiła niemal połowę mieszkańców kraju. Myśl była taka, by tych którzy wyrwali się z rąk śmierci i z różnych przyczyn, zamiast siedzieć na miejscu, porzucali swój dom, swoją wieś, czy w ogóle swoją okolicę i snuli się po świecie, zatrzymać na miejscu i zmusić do pracy. Niektórzy Brytyjczycy dziś nawet jeszcze uważają, że to właśnie tamta ustawa pomogła zdefiniować coś, co mimo że w owych latach mogło jeszcze takiego akurat wrażenia nie robić, setki lat później przybrało kształt państwa opiekuńczego, a więc państwa, któremu los człowieka nie jest obojętny.
      Pierwsze jednak workhouses pojawiły się dopiero za czasów Elżbiety I. W średniowieczu brytyjska biedota otrzymywała naturalną pomoc ze strony Kościoła, który ową pomoc traktował jako część swojego naturalnego chrześcijańskiego obowiązku. Jednak po tym, jak w latach 30-tych XIV wieku Henryk VIII kazał zburzyć i spalić wszystkie klasztory, a mnichów wymordować, biedni i bezradni zostali wydani na łaskę losu. W odpowiedzi na nową i nie do końca dla rządzących wygodną sytuację, królowa Elżbieta, przy pomocy ustawy o pełnej nazwie Act for the Relief of the Poor, a w skrócie znanej jako Poor Law Act, w roku 1601 zleciła, by każda parafia otworzyła na swoim terenie dom, w którym ludzie starzy i chorzy będą mogli znaleźć schronienie i opiekę. Czemu tak postąpiła? Nie wiadomo. Niektórzy twierdzą, że to wyłącznie z dobrego serca.
        Dopiero jednak gwałtowny wzrost ludności Wysp, jaki nastąpił w XIX wieku, kiedy to liczba mieszkańców Anglii, Walii i Szkocji podskoczyła z 10 do 45 milionów, przy jednoczesnym rozwoju nowych technologii, które przede wszystkim zaczęły zastępować tradycyjne rolnictwo, ale może w głównej mierze dzięki serii tragicznych lat nieurodzaju, doszło do sytuacji, że już w latach 30-tych okazało się, że dotychczasowe formy pomocy ludziom biednym stają się zwyczajnie nieefektywne.
      W odpowiedzi na nowe potrzeby, w roku 1834 wprowadzono nową ustawę, a raczej poprawkę do ustawy wcześniejszej, która zafunkcjonowała pod nazwą New Poor Law, a której podstawowy pomysł sprowadzał się do tego, by każdego, kto nie zgodzi się zamieszkać w workhousie, pozbawić wszelkiej publicznej pomocy.  Pojawił się też pomysł, by owe, jak je tu nazwaliśmy, „domy pracy”, a więc z praktycznego punktu widzenia, jak najbardziej klasyczne obozy koncentracyjne, były prowadzone z bardziej biznesową perspektywą, co oczywiście musiało się sprowadzać do tego, by – użyjmy tego słowa – osadzeni świadczyli pracę jedynie za jedną miskę chudego mleka z minimalną ilością płatków owsianych. Większość z osadzonych zresztą była zatrudniona przy pracach nie wymagających żadnych zdolności, poza odpornością na śmierć z wyczerpania, a więc takich jak rozbijanie kamieni, ekstrakcja pakułów, czy wreszcie kruszenie kości do produkcji nawozu. Ta ostatnia praca została zresztą ostatecznie mieszkańcom workhousów odebrana, kiedy władze dowiedziały się, że podczas kruszenia gnijących kości dochodzi między robotnikami do ciężkich walk o zdobycie choćby szczypty szpiku. Jednak, teoretycznie przynajmniej, założenie było takie, że XIX-wieczny workhouse miał stworzyć ludziom takie warunki pracy, by stała się ona najcięższa z możliwych, a to z kolei po to, by wszyscy ci, którzy są wprawdzie biedni, ale wciąż jeszcze na tyle sprawni, by wykonywać bardziej wymagające prace, jednak się nie zgłaszali, ponieważ jednak w brytyjskich miastach bieda była wówczas tak dojmująca, że ludzie najzwyczajniej w świecie umierali na ulicach, dla części z nich ów workhouse stanowił być może już ostatnią szansą, by żyć.
        Wraz z nadejściem XIX wieku workhouse gromadził już niemal wyłącznie  ludzi starych, słabych i chorych, natomiast ludzie biedni, ale jakoś tam jednak jeszcze sprawni, wciąż przysłowiowymi zębami i pazurami czepiali się zwykłego życia poza murami jego murami, co w roku 1929 doprowadziło do uchwalenia kolejnej ustawy, umożliwiającej miastu przejąć lokalny workhouse i uczynić go częścią państwowego systemu opieki zdrowotnej. 
       Mimo tego jednak, znaczna ich część wciąż funkcjonowała jako osobne jednostki. Dopiero ustawa z roku 1948, wprowadzona pod nazwą National Assistance Act, zastąpiła wcześniejsze Poor Law, i owe przedziwne obozy pracy zostały ostatecznie pozamykane.
       Wciąż pojawia się tu i ówdzie opinia, że faktycznie na klasyczny workhouse należy patrzeć jak na swego rodzaju przytułek, gdzie wszyscy ci, którzy inaczej niechybnie by zmarli z głodu, mogli znaleźć schronienie, a zatem wypada nam je też traktować, jako jednak bardziej wybawienie, niż przekleństwo. Są jednak co najmniej dwa powody, by tę opinie odrzucić, jak najgorszą zarazę. Przede wszystkim, jeśli przyjrzymy się całej historii Brytyjczyków, ostatnią rzeczą, jakiej się po nich można spodziewać, będzie współczucie dla ludzi biednych i bezradnych. Wręcz przeciwnie, oni akurat dali wielokrotnie dowody na to, że dla nich człowiek biedny i bezradny nadaje się wyłącznie do tego, by go wykorzystać do końca, a następnie pozwolić mu zdechnąć gdziekolwiek.
      I to jest pierwszy powód, dla którego sugestię, że projekt pod nazwą workhouse powinniśmy traktować, jako sposób na walkę z biedą. Drugi powód wydaje się być jeszcze bardziej przekonujący, a stoi za nim czysta praktyka w postaci samej metody, zgodnie z którą przeciętny workhouse był zorganizowany. W relacjach historyków powtarza się wielokrotnie uwaga, że życie jakie oferował workhouse było tak ciężkie, aby ci, co żyli jeszcze na ulicy, doskonale wiedzieli, co ich czeka, jeśli się za siebie nie wezmą. Z drugiej jednak strony istnieją wciąż spisane wspomnienia ludzi, żyjących w tamtych czasach i z tego co oni opowiadają, wynika, że było wielu, którzy woleli umrzeć, niż trafić w to straszne miejsce, a jednak trafiali, wyciągani z domów, zbierani z ulic, często w ramach klasycznych łapanek.
       I wcale nie trzeba było być biednym, by się tam znaleźć. Niekiedy wystarczyło, że ktoś stracił pracę, czy się rozchorował i przez to trafił na tę czarna listę. W ten sposób dochodzimy do punktu, w którym wypada nam się zastanowić, w jakim celu – nawet zakładając, że intencje samej Elżbiety I były czyste, w co można wątpić – Imperium uznało za stosowne wprowadzić ów system i to w takiej, a nie innej formie. Do tego jednak potrzebujemy przyjrzeć się bliżej, jak on wyglądał. Otóż o tym, co się tam działo można opowiadać bardzo długo, jednak dziś dla nas najważniejsze są dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że w tych czystych i zadbanych celach, czy to z głodu czy z przepracowania, czy wreszcie od ran zadanych przez „opiekunów”, umierało się niemal równie często, jak w kupie ludzkich odchodów na ulicy. Po drugie, każdy workhouse zaprojektowany był w taki sposób, by od samego początku zwożone tam rodziny były rozdzielane i to rozdzielane tak, że mężczyźni, kobiety i dzieci, choćby i niemowlęta, mieszkali w osobnych częściach kompleksu, i nierzadko owo rozdzielnie było tak skuteczne, że wiele z tych rodzin już do śmierci nie miało okazji się spotkać ponownie. No i może przede wszystkim – i to jest również fakt potwierdzony wielokrotnie – należy pamiętać, że wiele z dzieci tam umieszczanych, było następnie wysyłanych za granicę do kolonii, by tam już na służbie Imperium budować jego potęgę, choćby przez pracę na rzecz zwiększenia brytyjskiego eksportu. Choćby tylko dwie instytucje, działające pod nazwami Home Children i Philanthropic Farm School, w latach 1850-1871 wysłały do kolonii ponad 1000 chłopców. Natomiast w roku 1869 dwie bardzo ambitne panny, Maria Rye i Annie Macpherson, podjęły działalność sprowadzającą się do wyciągania z obozów całych grup, czy to zgarniętych z ulic sierot, czy też odebranych rodzicom dzieci, i wysyłania ich do Kanady.  Kanadyjskie władze za każde dostarczone dziecko płacił owym dobrym kobietom drobne honorarium, jednak większość kosztów była pokrywana z funduszów dobroczynnych lub z puli wyznaczanej regularnie przez Poor Law. Ile w sumie było tych dzieci, nie wiadomo, natomiast biorąc pod uwagę fakt, że wedle danych jak najbardziej oficjalnych przez owe obozy przewinęło się w sumie 60 milionów (tak, tak – mówimy o milionach!) ludzi, ich liczba musiałaby z pewnością robić wrażenie.
       I wydaje się, że nie trzeba specjalnej inteligencji, by w tym momencie połączyć trzy zupełnie osobne, lecz znajdujące wspólny punkt, świadectwa, których sami Brytyjczycy wcale nie ukrywają. Pierwsze z nich to szeroko dostępne informacje na temat przyjętego przez Imperium systemu edukacji, który zawsze i przede wszystkim miał służyć Imperium, a to przez zbudowanie bezwzględnego, bezlitosnego i pozbawionego jakichkolwiek skrupułów brytyjskiego pana. Drugie, to choćby intelektualne dzieło wielkiego brytyjskiego myśliciela i twórcy, George’a Bernarda Shaw, którego niezliczone wypowiedzi na temat teoretycznych podstaw owej wielkiej idei, jaką jest Imperium, mogłyby śmiało konkurować z niesławnym „Mein Kampf” Adolfa Hitlera. No i wreszcie owe częściowo już zapomniane, ale wciąż istniejące świadectwa ludzi, którzy widzieli, w jaki to sposób Imperium zbierało z ulic owe śmieci, z których na i tak przeludnionych Wyspach nie było najmniejszego pożytku, a mogli się jak najbardziej przydać na Karaibach, w Indiach, w Afryce, czy gdziekolwiek indziej na świecie. Wszak, jak to wyraźnie swego czasu napisał znany nam skądinąd królewski czarownik John Dee, Imperium nie ma granic.
      A zatem, jeśli w najbliższych dniach, po raz nie wiadomo już który, dowiemy się z prasy włoskiej, skandynawskiej, czy jak najbardziej również brytyjskiej, o tym, jak to Polacy na terenie Polski budowali obozy koncentracyjne, gdzie mordowało się słabych i niepotrzebnych, a tych, którzy mieli szczęście nie urodzić się w Polsce, głodzono na śmierć w katolickich domach samotnej matki w Irlandii, nie spuszczajmy ze wstydem oczu, ale wyciągnijmy wskazujący palec w stronę tych, dla których pozbawić kogoś życia oznaczało zawsze i wręcz systemowo mniej, niż splunięcie.
 
      No i to tyle. A teraz może jeszcze raz zastanówmy się, jak to jest z ową niestosownością, ewentualnie stosownością, informowania, względnie nieinformowania, o tym, czy o owym.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.


sobota, 4 marca 2017

Gdy Polska się musi wstydzić za Amerykę

      Mija kolejny tydzień, a ja zachęcam do kupowania „Warszawskiej Gazety”, a w niej mojego najnowszego felietonu. Polecam:

      Oglądaliśmy transmisję nocy oscarowej i można powiedzieć, że wszystko poszło zgodnie z przewidywaniami. A więc większość nagród Akademii zgarnęła superprodukcja „La La Land”, dołączył do niej film o Murzynach homoseksualistach, reszta się nagrodami podzieliła, no a całość utonęła w antyprezydenckiej retoryce i typowych dla pewnych środowisk żartach, jak to prezydent USA spędza oscarowy wieczór siedząc na kiblu.
      Przypomniało mi to zresztą pamiętny rysunek Andrzeja Mleczki, jeszcze sprzed roku 2010, gdzie widzimy prezydencką limuzynę, ciągnącą za sobą budkę na kółkach z charakterystycznym napisem „toi toi”. Wygląda na to, że oni faktycznie, kiedy już naprawdę nie wiedzą co zrobić, by tę swoją frustrację rozładować i przełożyć na coś konstruktywnego, muszą się uciekać do portretowania nielubianych przez siebie polityków w tego rodzaju kontekstach.
      Jeszcze zanim doszło do przyznania nagród, wypowiedział się w tej sprawie kompozytor, członek Akademii, Jan Kaczmarek i przewidując sukces słynnego musicalu, powiedział coś bardzo moim zdaniem ciekawego. Otóż jego zdaniem: „Szaleństwo wokół musicalu ‘La La Land’ to rodzaj eskapizmu przerażonego Trumpem Hollywoodu. To ucieczka od protestów na które chodzą, nerwów, strachu. Miejmy tę chwilę wytchnienia, zagłosujmy na ‘La La Land’, a od poniedziałku, znów będziemy się oburzać i protestować”.
     Osobiście filmu nie oglądałem, ale po tym, co usłyszałem i po rozmowach ze znajomymi, którzy go widzieli, myślę sobie, że to co mówi Kaczmarek, może mieć sens. Owa teoria praktycznie potwierdza diagnozę niedawno sformułowaną dla „Newsweeka” przez psychologa Jacka Santorskiego, gdzie ten radzi żyjącym we wspomnianych „nerwach i strachu” ucieczkę w seks.
     Mnie jednak bardziej zainteresowało coś, na co jak się zdaje mało kto zwrócił uwagę, a ja akurat uważam za gest znamienny, mianowicie na żart prowadzącego galę Jimmy’ego Kimmela, który odnosząc się do tego, ilu to ludzi w Ameryce i na świecie ogląda oscarową noc na ekranach swoich telewizorów, wspomniał o „225 państwach na świecie, które nas nienawidzą”. I to jest moim zdaniem coś zupełnie niezwykłego nie przez to, że Kimmel czegoś akurat nie wie, bo taki nasz Petru na przykład okazuje się być jeszcze głupszy, ale że za tego rodzaju opinią stoją dokładnie te same kompleksy, które rządzą emocjami naszych elit. My w Polsce zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tych wszystkich intelektualnych pojękiwań, że to przez to, iż władzę sprawuje PiS, świat z nas szydzi, gardzi nami i traktuje jako coś najgorszego, i nagle się okazuje, że tamta propaganda idzie dokładnie w tym samym kierunku, czyli przekonania Amerykanów, że przez tego całego Trumpa nienawidzi ich teraz cały świat, w tym oczywiście Polska.
      Powiem szczerze, że ja fakt istnienia jakiejś solidarności idiotów całego świata mocno podejrzewałem, natomiast nigdy bym się nie spodziewał, że go doświadczę w tak spektakularnej formie, czyli owej ubikacji i tego niezwykłego wprost pytania: „Co o nas sobie pomyślą za granicą?”

Gdyby ktoś miał ochotę na więcej, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia książki, w tym jak najbardziej moje. Właśnie zrobiliśmy dodruk „Listonosza”, więc można się też pouczyć języka.

piątek, 3 marca 2017

Wiadomości TVP, jako zabójcza broń Dobrej Zmiany

        Mam wrażenie, że, nawet jeśli tylko w formie dygresji, to już tu o tym wspominałem. A chodzi mi o to, że mnie absolutnie zachwyca to, w jaki sposób władza postanowiła specjalnie z myslą o nas zredagować „Wiadomości TVP”, tak byśmy otrzymali propagandowy produkt na poziomie dotychczas nieznanym. Niektórzy porównują owe Wiadomości do PRL-owskiego „Dziennika Telewizyjnego” i ja, owszem, pewne podobieństwo widzę. Przede wszystkim więc, już na samym początku, mamy tam taką klasyczną gierkowską propagandę sukcesu. Jeśli akurat skoczkowie, czy piłkarze odnieśli jakiś sukces, „Wiadomości” rozpoczyna pełna radosnego wzruszenia twarz prowadzącej pani lub pana, którzy z dumą informują o tym, że znów, wreszcie, lub po raz kolejny z rzędu, Polacy osiągnęli wielki, wspaniały i cudowny sukces. I dlatego wszyscy powinniśmy się cieszyć, że jesteśmy Polakami. Jeśli akurat dzień minął bez sportowych sukcesów, to i tak jako pierwsza idzie informacja o kolejnym sukcesie Polski, ale tym razem w wykonaniu rządu. A więc oto premier Morawiecki został gdzieś zaproszony, albo jakiś bank awansował Polskę w swoim osobistym rankingu, albo minister Macierewicz zakupił kolejne helikoptery, czy wreszcie w Polsce zainwestował Mercedes lub Honda i w związku z tym powstało paręset nowych miejsc pracy.  No i wtedy oglądamy te helikoptery, które przez parę minut z warkotem latają nad jakimś poligonem, albo Morawieckiego ściskającego ręce z jakimiś zagranicznymi ministrami, albo po prostu pracowników składających zajętych niezidentyfikowaną pracą w bardzo nowoczesnej hali fabrycznej. I to jest, proszę państwa, standard. Każde „Wiadomości”, piątek, czy świątek, zaczynają się od tej dumy.
      I wtedy przychodzi czas na pracę rządu. No i widzimy premier Szydło, jak coś tam mówi, lub z kimś się spotyka, obok niej ministrów, którzy ze skupieniem załatwiają jakieś sprawy, a głos z offu informuje nas, że jesteśmy bezpieczni, że minimalna płaca rośnie, program 500+ przynosi efekty, mieszkania się budują, Polacy są coraz bogatsi i coraz bardziej optymistycznie nastawieni do życia. Niekiedy reporterzy „Wiadomości” udają się na tak zwane miasto i pytają przechodniów: „Jak pani ocenia swoje obecne życie?” „Jestem bardzo zadowolona. Dziś zrobiłam duże zakupy i po raz pierwszy od lat czuję, że nie musiałam za bardzo oszczędzać i że praktycznie na wszystko mnie było stać”. Czasem też widzimy prezydenta Dudę, jak bierze udział w patriotycznych uroczystościach, lub spotyka się z prezydentami Niemiec, Francji, czy Włoch i wtedy też zawsze słyszymy, że Polacy to naród dumny ze swojej historii, a Polska jest wreszcie, po wielu latach funkcjonowania, jako popychadło, szanowana na świecie.  Bardzo często, czy to pierwsza część „Wiadomości”, czy już druga, każdy kolejny news komentowany jest przez stałą reprezentację świata nauki, lub mediów, i to już bardziej przypomina „Fakty” TVN, z tą różnicą, że tu już nie zobaczymy tamtych twarzy, ale twarze zupełnie nowe, dotychczas nieznane, do których dopiero musimy się przyzwyczaić i uznać, że też mamy do czynienia z autorytetami.
     I teraz, kiedy już wszyscy wiemy, że jest dobrze, a nad tym, żeby było jeszcze lepiej czuwa rząd z panią premier Szydło na czele i prezydent, „Wiadomości” biorą się za opozycję. I co ciekawe, ja nie pamiętam jednego dnia, kiedy by się okazało, że czy to Platforma, czy Nowoczesna nie odwaliła jakiejś ciężkiej żenady, z której można by było wykroić ciekawy temat, albo dwa, w porywach i trzy i trzeba na szybko szukać jakiejś wpadki. Tu nie jest tak, jak było przez osiem lat, kiedy to dziennikarze „Wiadomości” polowali na to, że Jarosław Kaczyński miał niezasznurowany but, albo że odpadł mu guzik, albo że pomylił Internet z e-mailem, czy że wreszcie powiedział coś, co stanowiło mowę nienawiści. Dziś, kiedy „Wiadomości” informują o tym, że opozycja to banda półprzytomnych durniów, to regularnie na poparcie swoich słów przedstawiają autentycznie fascynujące fakty, ubarwione albo przez wypowiedzi prokuratorów, albo internetowymi memy, czy oryginalnymi wypowiedziami polityków, cytaty z Twittera, ewentualnie znów komentarzami profesorów i doktorów , a wszystko w taki sposób, żeby to było naprawdę bardzo ciekawe i żeby nie pozostawiało wątpliwości co do poziomu i najbliższej przyszłości aktualnej opozycji.
       Co ciekawe, w „Wiadomościach” praktycznie nie występuje Prawo i Sprawiedliwość, ani w osobach swoich przedstawicieli, ani nawet w formie informacji, co tam w partii słychać. Jedynym przedstawicielem PiS-u jest rząd i prezydent, a z partii mamy tylko Nowoczesną, Platformę, no i czasem Kukiza. Też jest bardzo mało wiadomości z zagranicy, najczęściej tylko jakieś migawki z wojny w Syrii, lub z zamieszek we Francji lub Berlinie. Są tylko sportowe sukcesy Polaków, prezydent, rząd i kompletnie oszalała z wściekłości opozycja.
      I tu znowu mamy doskonałą regularność. Kiedy już pokazane zostaną sukcesy władzy i zidiocenie opozycji, przychodzi czas na sukcesy w medycynie. A więc w drugiej części „Wiadomości” zawsze dowiadujemy się, że gdzieś komuś wszczepiono protezę, dzięki której ten ktoś potrafi chodzić, albo że wymyślono jakiś lek, który sprawi, że nam się będzie lżej chorowało, albo że w jakimś szpitalu zainstalowano urządzenie, które ratuje życie, czy że powstaje hospicjum, gdzie ciężko chorym dzieciom będzie łatwiej spędzać swój smutny czas. Tam już jednak nie ma ani polityków, ani socjologów, ani redaktorów z prawicowych gazet przedstawianych, jako eksperci, lecz poważni lekarze w kitlach. I to oni pełnią tam rolę autorytetów.
      Oczywiście bywają jeszcze różne inne informacje, bo trzeba nam wiedzieć, że „Wiadomości” to program naprawdę ciekawy, gdzie nie ma miejsca na nudę, natomiast główny ich szkielet przedstawia się właśnie tak. Na koniec pojawia się jeszcze wieczorny gość, którym niezmiennie jest któryś z przedstawicieli władzy, no a potem propaganda przenosi się już do końca dnia do TVP Info, natomiast zwykły człowiek, zadowolony, że kolejny dzień minął szczęśliwie, ogląda tam, co już sobie życzy.
      A zatem wczesny Gierek, tak? W pewnym sensie tak, z tą różnicą, że znacznie, znacznie ciekawszy i o wiele skuteczniejszy. To prawda, że redaktorzy „Wiadomości” się nie oszczędzają i nie przyjmują żadnych kompromisów, natomiast to co mnie u nich zachwyca, to jest to, że oni zrobili coś absolutnie fantastycznego. Znacznie lepszego, niż „Dziennik telewizyjny”, że już nie wspomnę o „Faktach”, czy „Czarno na białym”. Z jednej strony stworzyli program propagandowy o intensywności niemal takiej samej, jaką znaliśmy z lat 2007-2015, z drugiej jednak zdecydowanie ciekawszy i o wiele, wiele mądrzejszy. Oglądam owe „Wiadomości” i mam wrażenie, że Jacek Kurski – bo myślę, że to on musi w pierwszej kolejności za tym stać – postanowił cały wysiłek zainwestować w to, co będzie nadawane codziennie między 19.30, a 20.00, z takim założeniem, że nawet jeśli cała reszta  tej oferty okaże się tak głupia i tania, że większość widzów będzie wolała oglądać seriale oraz kabarety w Polsacie i TVN-ie, to te pół godziny powinny im w pełni wystarczyć. Ani Rachoń, ani „W tyle wizji”, ani jakakolwiek inna publicystyka nadawana w TVP Info nie ma żadnego znaczenia. Tam może być emitowana najgorsza nędza, w najgorszym wykonaniu, oni mogą się tam dać wygadać do woli Szczerbie, czy Budce – to nie ma najmniejszego znaczenia. Oni nawet nie zadbali o to, by TVP Info było nadawane w HD. Kurski bowiem wie, że ludzie tak naprawdę polityką się nie interesują i im naprawdę wystarczy krótki i prosty przekaz, który, jak to znakomicie w swoim wczorajszym tekście określił Coryllus, zaspokoi „ich ciepłe i nostalgiczne skojarzenia, a także uleczy głęboko oraz długo ukrywane traumy”. I niech nikt nie myśli, że za tym kryje się jakaś straszna pogarda dla prostego człowieka. Wcale nie. Wręcz przeciwnie. Tam jest wreszcie czyste, autentyczne zrozumienie prostych ludzkich potrzeb, które wynika z jednoznacznego do nich szacunku. Moim zdaniem zarówno Jacek Kurski, jak i całe Prawo i Sprawiedlwość, jako pierwsi to coś pojęli i pokazali, że potrafią się w tym znakomicie odnaleźć.
      A o tym najlepiej świadczy to, z jaką złością reagują na „Wiadomości” ci, którzy przeciwko nowym porządkom protestują. Ja miałem okazję rozmawiać z paroma tego typu osobami i niekiedy mam wrażenie, że oni gdyby mogli, to właśnie za te „Wiadomości” i za nic innego, gotowi by byli zarówno siedzibę TVP, jak i wszystkie kolejne ministerstwa, wysadzić w powietrze tak, by tam nie został kamień na kamieniu. Nawet Jarosław Kaczyński, nawet Macierewicz, nawet Mariusz Błaszczak nie doprowadzają ich do takiej cholery, jak właśnie „Wiadomości”. To bowiem wtedy dopiero oni widzą, jak są kompletnie beze szans. Ja oczywiście pamiętam owe osiem lat, kiedy, gdy chodzi o „Wyborczą”, TVN, Wiadomości TVP, te wszystkie kabarety, te Onety, ten nastrój z jednej strony nienawiści, a z drugiej szyderczego triumfu, budził we mnie uczucia naprawdę najgorsze i czasem nawet budził we mnie zwątpienie, niemniej jednak nie sądzę, żeby moja złość, czy rozpacz, choć w ułamku była tak wielka, jak złość i rozpacz przeciwników Dobrej Zmiany. A to świadczy o tym, że jesteśmy znacznie skuteczniejsi. I to uważam za rzecz dobrą. Właśnie tę skuteczność.


Wszystkich moich czytelników jak zawsze zapraszam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia nasze książki. Naprawdę warto.

czwartek, 2 marca 2017

O radości życia i urodzinach raz na cztery lata

               Pierwszy swój tekst na blogu opublikowałem 29 lutego 2008 roku, a zatem, jeśli uwzględnimy fakt, że rok 2008 był rokiem przestępnym, dziś mogę powiedzieć, że dziewiąta rocznica mojego blogowania nie nastąpiła i już niestety nie nastąpi, o ile oczywiście nie przyjmiemy, że ona miała miejsce 1 marca, czyli wczoraj, choć i wtedy nawet nie mógłbym się normalnie napić ze względu na początek Wielkiego Postu. Inna sprawa, że nie nastąpiła też rocznica pięta i nie nastąpi dziesiąta, więc wychodzi na to, że każdy rok jest tu dobry. Dodatkowo też jednocześnie tak się nagle stało, że ja po raz pierwszy w ciągu tych wszystkich lat pamiętałem o owych szczególnych urodzinach, pomyślałem więc sobie, że nie zaszkodzi, jeśli dziś na ten temat podzielę się paroma refleksjami.
      Otóż w roku 2008 miałem 53 lata i z dzisiejszej perspektywy muszę przyznać, że to dopiero ten rok, w pewnym szczególnym sensie ostatecznie zdeterminował moje życie. Oczywiście, zawsze przy tego typu refleksjach należy pamiętać o wielu innych, być może w ostatecznym rozrachunku wydarzeniach znacznie bardziej kluczowych dla mojej dzisiejszej kondycji, niemniej jednak, jak mówię, w pewnym szczególnym sensie, to dopiero wtedy, w wieku 53 lat, ta jedna decyzja, by założyć blog i napisać tamten tekst, w którym zarzuciłem Rafałowi Ziemkiewiczowi elementarny brak uczciwości, zdecydowała o kształcie tego już pewnie ostatniego odcinka mojej drogi. Dość późno, prawda?
      A zatem, ktoś pewnie spyta, cóż jest takiego fascynującego w tym, co dziś stanowi tak ważny element mojego życia, że ja to stawiam niemal na równi z moim życiem rodzinnym, czy zawodowym, że już nie wspomnę o psie, który tu zawitał jeszcze później, czyli w pamiętnym roku 2009? Otóż oczywiście moim zdaniem jak najbardziej fascynujące jest wszystko to, co się wiąże z pisaniem, a więc ten blog, to imię Toyah, którym większość moich dzisiejszych znajomych się do mnie zwraca, te książki, każdy z może już dziś tysięcy przyjaznych gestów, których miałem szczęście przez te lata doświadczyć. No i ludzie, o których nie mam sposobu, by opowiedzieć, bo brakuje miejsca i słów. I kiedy mówię, że to wszystko stanowi treść owej ostatniej już pewnie prostej, jestem jak najbardziej i szczery i jednocześnie pełen autentycznej satysfakcji.
       I dziś właśnie chciałem powiedzieć coś na temat owej satysfakcji. Rzecz w tym, że ja sobie naprawdę nie potrafię wyobrazić, by ona mogła być większa, czy bardziej intensywna. Ja naprawdę nie mam najmniejszego powodu, by odczuwać jakiekolwiek niedosyt, gdy chodzi o poziom tego bloga i o liczbę, klasę, oraz zaangażowanie jego czytelników, podobnie jak nie mam żadnego powodu, by wypatrywać lepszego i bardziej prestiżowego wydawcy niż Coryllus, powiem wręcz, że w chwilach poważniejszej refleksji, dochodzę do wniosku, że wszystko co byłoby ponad to, wyszłoby mi bokiem. A zatem, moim zdaniem, po tych dziewięciu latach moja sytuacja blogera, autora i przyjaciela moich przyjaciół jest tak doskonała, jak miejsce Księżyca między Ziemią a Słońcem. Każdy ruch w jedną, czy w drugą stronę byłby mi jak psu na budę.
      I oto w tej wręcz wybornej z mojego punktu widzenia sytuacji, w jakiej się znalazłem w wieku blisko już 62 lat, z różnych stron dochodzą do mnie raz po raz głosy, że ja jestem albo zgorzkniały, albo pełen złości, czy że wypełnia mnie nieustanna zawiść do wszystkich o wszystko. O to, że nie udało mi się w roku 2011 dostać do Sejmu i nie jestem dziś tak ważnym posłem, jak choćby Dominik Tarczyński, że Jarosław Kaczyński nie uczynił mnie swoim asystentem, że nie chcą moich tekstów ani w „Gościu Niedzielnym” ani w tygodniku „W Sieci”, ani w portalu wpolityce.pl, ani nawet w „Naszym Dzienniku”, że z moim zdaniem nie liczą się bracia Karnowscy, że po moje książki nie ustawiają się takie kolejki, jak po książki Twardocha, czy Miłoszewskiego, że mój blog nie ma tylu odsłon, co blog Matki Kurki, że nie jestem przez Michała Rachonia zapraszany do TVP Info, a jakby tego było mało, niedawno jeden z byłych kolegów poradził mi, żebym nie był tak pełen goryczy, bo przecież jutro też będzie dzień i poranna kawa. Przepraszam, ale jak tak można!
      A zatem, kończąc już ten trochę wspomnieniowy, a trochę komentujący stan tego bloga i swój, jako jego autora, tekst, chciałbym dziś podziękować wszystkim tym, którzy solidarnie tu przychodzą od lat każdego dnia, wspierają mnie nie tylko swoim dobrym słowem, ludziom, którzy kupują moje książki i którzy wreszcie uważają mnie za swojego dobrego kumpla, nawet jeśli starszego od nich o wiele lat i wszystkich zapewnić, że nie mógłbym być bardziej szczęśliwy z powodu tego, co mnie spotyka i proszę Jedynego Boga, żeby tu akurat może nic nie ruszał.


środa, 1 marca 2017

Gdy Matka Kurka został honorowym członkiem Klubów Gazety Polskiej

            Oto pojawiła się wręcz wstrząsająca informacja, że po wszystkich latach owej ponurej pulpy, tygodnik „Gazeta Polska” będzie się ukazywał w nowej szacie graficznej i w ten sposób, już niczym nie będzie się różnił nie tylko od takich popularnych prawicowych tygodników jak „W Sieci”, czy „Polska Niepodległa”, ale nawet od „Newsweeka” i „Wprostu”. A więc sukces? Sukces. Sukces zarówno wydawnictwa, jak i jego właściciela, Tomasza Sakiewicza, który najwyraźniej już na tyle zadbał o osobiste finanse, że może wreszcie przestać oszczędzać i coś dosypać do swojego sztandarowego projektu.
      Ponieważ „Gazety Polskiej” nie miałem w ręku przynajmniej od czasu, gdy oni najpierw wykorzystali moje teksty z bloga, a następnie odmówili jakiegokolwiek kontaktu, to czy oni nadal będą traktować swoich czytelników, jak ciemną masę, której wystarczy kawałek zadrukowanego papieru, czy może wykażą nieco szacunku, ma dla mnie znaczenie żadne, natomiast, owszem, zainteresowało mnie to, że wśród redaktorów tygodnika w nowej odsłonie, będziemy też mieli samego Piotra Wielguckiego, czyli Matkę Kurkę. Ja mam oczywiście świadomość, że ów dziwny człowiek pojawia się w polu zainteresowania różnych patriotyczno-prawicowych organizacji od dłuższego już czasu i jak najbardziej też pamiętam, jak w pewnym momencie próbowali go do siebie przygarnąć sami bracia Karnowscy, jednak za każdym razem pojawiała się odpowiednia refleksja i Wielgucki kończył tam gdzie był od początku, czyli gdzieś w połowie drogi między swoim blogiem, a Twitterem. No i wreszcie się stało. Matka Kurka stał się oficjalnie i ostatecznie publiczną twarzą Klubów Gazety Polskiej, a ja, znając jego determinację i ów szczególny talent, nie zdziwię się, jeśli już wkrótce zobaczymy go, jak obok Jarosława Kaczyńskiego i Tomasza Sakiewicza prowadzi kolejną miesięcznicę na Krakowskim Przedmieściu, no a dalej to już tylko polityczna kariera posła Prawa i Sprawiedliwości.
      Póki jeszcze sprawa jest w miarę gorąca, chciałbym przypomnieć swój stary bardzo tekst, jeszcze sprzed Smoleńska, kiedy to Matka Kurka był jeszcze Matką Kurką, jego fanami byli ludzie, którzy go naprawdę bardzo szanowali za owo szyderstwo z Ojca Rydzyka, a on sam nawet nie przypuszczał, jak ci, z których on szydzi, potrafią być naiwni i głupi. Proszę uprzejmie, jeszcze raz tamten tekst, w wersji nieco skróconej i przede wszystkiej zredagowany tak, by jego myśl była bardziej uniwersalna.

     
      Nie wiem, kto to jest Matka Kurka poza tym, że to uznany bloger, nagrodzony nawet w pewnym momencie przez tygodnik „Polityka” tytułem blogera roku, i znany z tego, że nie lubi PiS-u, natomiast bardzo lubi Platformę Obywatelską. Wiem jeszcze coś o Matce Kurce, co w moim odczuciu może być czymś najważniejszym. To mianowicie, że on nie tylko jest aktywny w tej całej naszej blogosferze, po to by dzielić się swoimi refleksjami, walczyć o jakąś tam swoją prawdę i ewentualnie zdobywać uznanie, ale też po to, by się zabawić. Ot tak sobie, bez powodu, bez sławy, nawet bez nagrody. A żeby się zabawić, gotów jest nawet trochę pokłamać.
      Poza tym jednak, o Matce Kurce, jak mówię, nie wiem nic. W życiu nie przeczytałem jego jednego tekstu. Nawet nie miałem okazji z nikim o tym, co on pisze i jak, porozmawiać. Dziś dopiero, chcąc wiedzieć, czy ta Matka Kurka, to w ogóle kobieta, czy mężczyzna, zajrzałem do Googla i oto proszę http://d.wiadomosci24.pl/g2/40/5f/02/90700_1236323288_4749_p.jpeg  
      A więc już wiem, że to mężczyzna. Jeden z tych dwóch. Który? Nie mam pojęcia, ale mam szczególne przeczucie, że bez względu na to, czy to ten, czy może ten drugi, moje pragnienie wiedzy zostało zaspokojone. W większym nawet stopniu, niż mogłem oczekiwać.
      No i w tym miejscu muszę wprowadzić do powyższego wywodu małą poprawkę. O ile się orientuję, osoba podpisująca się Matka Kurka, występuje w wielu miejscach pod wieloma imionami. Wynika to z tego, że jedyne towarzystwo, gdzie go tolerują to jego oryginalny blog. Wszędzie poza tym, jeśli chce się pokazać, a bywać bardzo lubi, musi się ukrywać, bo normalnie jest traktowany jak wirus. Przychodzi więc w przebraniu, zaznacza swój teren i, rozpoznany, ucieka z chichotem. I dokładnie to samo zrobił ów Matka Kurka niedawno, kiedy najpierw w Salonie24 założył blog, którego rzekomym autorem była jakaś sympatyczna i naiwna studentka, zwolenniczka PiS-u, która w PiS wierzy, która PiS popiera, która PiS wręcz kocha, ale która też bardzo się martwi tym, że PiS tak bardzo dzieli naród i często tak bardzo potrafi nienawidzić. Przez kilka dni więc się pobawił, a kiedy został odkryty, obrócił się na palcach i uciekł ksztusząc się ze śmiechu.
      I to jest moim zdaniem dla tego rodzaju ludzi typowe. I wtedy gdy kłamią i wtedy gdy z tą, charakterystyczną satysfakcją osób uważających się za szalenie inteligentnych, ogłaszają, że, owszem, kłamali, ale jest im z tym dobrze, bo przecież fajnie jest okłamywać ludzi głupszych i gorszych.
       Kłamstwo. Kto zna ten blog, wie, że cokolwiek tu zostało powiedziane, jakiekolwiek emocje zostały wylane, bez względu na to, jak wiele gniewu znalazło tu swoje ujście, całe to pisanie było i jest wymierzone w jedno, w rozumieniu autora tego blogu, kluczowe i jakże okropne zjawisko, mianowicie w kłamstwo. Mam wrażenie, że, pomijając tych kilka spokojniejszych i mniej zaangażowanych tekstów, chodziło zawsze o kłamstwo. Tylko o nie. A stojący za tym tematem pogląd był też jeden: cały projekt, który najpierw przegrał prezydenckie i parlamentarne wybory, następnie, drogą potężnej i bezprecedensowej nagonki, przejął władzę, a dziś już tylko funkcjonuje siłą stworzonej przez siebie nienawiści, jest oparty na kłamstwie i jest tego kłamstwa pierwszym i panem i sługą. Pogląd ten był często opisywany jako złośliwy, niesprawiedliwy i nieuprawniony. Dziś widzimy to kłamstwo nie dość, że w pełnym kształcie i krasie, to jeszcze nadęte szczerą satysfakcją.
      I małe dzieci i ludzie starsi i nawet już całkiem starzy, mają niezmiennie w zwyczaju pytać: „Czemu?”. Odpowiedzi na to pytanie, zależnie od okoliczności, jest mnóstwo, ale kiedy się robi już naprawdę zagadkowo, niektórzy mówią, że chodzi o pieniądze. Myślę, że jest dobry moment, żeby lekko zmodyfikować tę teorię. Nie musi chodzić o pieniądze. Może chodzić o przyjemność. Skąd występek? Bo chodziło o ten dreszcz. Skąd grzech? Bo się czuło ten rozkoszny skurcz, Skąd zło? Z pragnienia czystej przyjemności. Pamiętam, jak kiedyś, dawno bardzo, siedziałem z moim ojcem i oglądaliśmy Dziennik Telewizyjny. Mój tato, człowiek prosty i niewykształcony, spytał mnie: „Powiedz mi, Krzysiek, czy on wie, że on kłamie?” Bardzo trudne pytanie. Przez wiele lat nie umiałem sobie na nie odpowiedzieć. I dziś nie mam całkowitej pewności. Ale kiedy obserwuję to zdjęcie i tych dwóch, z których jeden to bohater dzisiejszych refleksji, mam wrażenie, że już jednak wiem. Tamten funkcjonariusz komunistycznego aparatu wiedział, że kłamie. Wiedział bardzo dobrze. I stąd pochodziła ta rozkosz. To nie od światła. To przez nią mrużył tak swoje oczy.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl można kupować moje książki. Zachęcam szczerze.


Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...