środa, 4 maja 2016

Tramp sramp, czyli antysystem napada

Ponieważ od pewnego czasu, szczególnie wśród moich politycznych sojuszników, zauważam rosnące podniecenie perspektywą objęcia urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych przez Donalda Trumpa, tym, którzy jeszcze zachowali resztki przytomności chciałbym wyjaśnić, że przede wszystkim w momencie, gdy Trump uzna za stosowne realizować jakiekolwiek osobiste ambicje, w opozycji do interesów Systemu, zostanie najzwyczajniej w świecie sprzątnięty. Nie on zresztą pierwszy, nie ostatni. A zatem naprawdę nie ma się czym podniecać. To po pierwsze. Druga kwestia jest taka, że naprawdę jest mi trudno zrozumieć, jak można kibicować, i to w wymiarze ściśle osobistym, komuś tak oszukanemu jak Trump właśnie. Oto jeden z rozdziałów moich wypraw na 39 krąg, poświęcony akurat jemu. Zachęcam. Co do samej książki, jest do kupienia tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=39-wypraw-na-dziewiaty-krag

Gdybyśmy mieli przeanalizować listę, powiedzmy, pięciuset najbogatszych ludzi na świecie, oczywiście obecność na pierwszym miejscu Billa Gatesa by nas nie zaskoczyła. Wszyscy znamy Gatesa, wiemy, czym się zajmuje i czym się zasłużył dla niemal każdego z nas, gotowi jesteśmy uznać, że majątek, którym się szczyci jest jak najbardziej zasłużony, jednak jeśli już idzie o kolejne miejsca, sprawa bywa już nie tak oczywista, i to wcale niekoniecznie dlatego, że większość z tych osób, z naszego punktu widzenia, na ów awans nie zasługuje, ale przez to, że o istnieniu większości z nich nawet nie mamy pojęcia.
Oto weźmy choćby opisywanego tu przez nas niedawno Slima, o którym wielu z nas nigdy nawet nie słyszało, a tym bardziej nie ma pojęcia, skąd on ma te swoje pieniądze, czy choćby nawet takiego Ortegę, którego osobistą sławę zdecydowanie wyprzedza sława jego produktu; popatrzmy na piątego na tej liście Larrego Ellisona, czy ósmego Sheldona Adelsona i na całą kupę innych kompletnie egzotycznie dla nas brzmiących nazwisk, obok których wyświetlają się te miliardy. A mimo to musimy przyznać, że owszem, każdy z nich zarobił te pieniądze, a niekiedy, nie dość że je zarobił, to przy okazji coś nam z tego dał, nawet jeśli jest to tylko kanapka z kurczakiem.
I oto nagle trafiamy na nazwisko znane nam niemal tak dobrze, jak nazwisko owego Gatesa, tyle że okazuje się, że jego posiadacz okupuje na owej liście miejsce gdzieś w okolicach górnych setek, a co ciekawsze tak naprawdę nigdy nie wspiął się o wiele wyżej. No i powstaje pytanie, jak to się stało, że my musimy o nim wciąż słyszeć? Jak to się stało, że niemal o żadnym z wielkich przedsiębiorców, ludzi sportu, kultury, czy rozrywki nie możemy przeczytać tak dużo, jak o nim, o Donaldzie Trumpie? Czy on się jakoś dla świata zasłużył? Ależ skąd? Czy zrobił coś poza zdobywaniem pieniędzy – swoją drogą, jak się okazuje, wcale nie tak wielkich? Czy jest coś, co go wyróżnia na tle jego kolegów miliarderów? Nie bardzo. A może ma wybitnie piękną żonę, lub sam jest wyjątkowo miłym człowiekiem? Ależ skąd. Jakby wręcz przeciwnie. Donald Trump to człowiek, który z zasady nigdy nikomu nie podaje ręki. W obawie przed zakażeniem. Oto więc przed nami Donald Trump. Przyjrzyjmy się, kto to taki.
Jednak zanim to zrobimy, rzućmy okiem na jeden z odcinków słynnego brytyjskiego serialu komediowego z niejakim Ali G w roli głównej. Gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz, powiem krótko, że Ali G to fikcyjna postać – karykaturalnie bezczelny idiota – odgrywana przez popularnego żydowskiego aktora o nazwisku Sasha Baron Cohen, który przeprowadza bardzo prowokacyjne wywiady z gwiazdami światowej polityki, biznesu i estrady. Tu mam na myśli odcinek, gdy ów Ali G. spotyka się z Donaldem Trumpem i próbuje przekonać go, by wszedł z nim w interes polegający na produkcji specjalnych rękawiczek do jedzenia lodów, dzięki którym lody nie będą kleiły się do palców. Mimo że sam ów skecz jest zabawny sam w sobie, to jednak, co w nim jest zabawne najbardziej, a jednocześnie wstrząsające, to fakt, że Trump – wbrew najbardziej oczywistym wskazówkom – bierze tę prowokację serio i ani mu nie przychodzi do głowy, że skoro ktoś był w stanie do niego dotrzeć z czymś takim, to za tym musi się kryć coś więcej, niż czyjaś głupota. On jest autentycznie przekonany, że ma do czynienia ze szczerym idiotą i to jest naprawdę śmieszne, zwłaszcza w wykonaniu człowieka, który sam przez wiele lat był telewizyjną gwiazdą, więc wydawałoby się, że powinien wiedzieć, jak ten interes potrafi wyglądać.
Donald John Trump urodził się w roku 1946 w nowojorskim Queens, jako czwarte z pięciu dzieci Fredericka i Mary MacLeod. Fred Trump prowadził firmę budowlaną, a przy okazji trudnił się deweloperką, specjalizując się w mieszkaniach przeznaczonych dla średniozamożnych mieszkańców Queens, Staten Island i Brooklynu. Mimo że Donald Trump był pełnym energii, inteligentnym dzieckiem, można się spotkać z opinią, że swoją dzisiejszą karierę zawdzięcza wyłącznie majątkowi i kontaktom ojca, dużego biznesmena, którego interesy w latach 50-tych i 60-tych tworzyły prawdziwe imperium. Podobnie, powtarza się opinia, że to właśnie dzięki majątkowi i kontaktom ojca, dzięki jego wsparciu i pieniądzom pożyczonym od rodziny, banki nie zniszczyły Donalda przy okazji jego kolejnych, zaskakująco licznych, bankructw.
No ale zanim do tego dojdziemy, powtórzmy: dzieckiem Donald Trump był bardzo zdolnym i ambitnym, więc rodzice w wieku 13 lat wysłali go do Akademii Wojskowej w Nowym Jorku, licząc na to, że wojskowy reżim pozwoli mu zachować odpowiednią dyscyplinę. Trump w Akademii uzyskał najlepsze wyniki, zarówno w wymiarze akademickim, jak i towarzyskim, i to do tego stopnia, że kiedy w roku 1964 otrzymywał dyplom, został wyróżniony nie tylko jako najwybitniejszy student, ale i wybitny sportowiec.
Podczas letnich wakacji, Trump pracował na budowach prowadzonych przez firmę ojca, a kiedy ukończył liceum, wstąpił najpierw na Uniwersytet Fordham, a następnie na Wydział Finansowy Uniwersytetu Stanu Pensylwania, gdzie w roku 1968 uzyskał tytuł magistra ekonomii. Jak twierdzą jego biografowie, to pod wpływem ojca podjął decyzję zrobienia kariery w handlu nieruchomościami, tyle że jego ambicje sięgały znacznie dalej. Po ukończeniu studiów Trump stał się częścią rodzinnego biznesu, tak zwanej Trump Organization. W roku 1971 przeprowadził się na Manhattan, gdzie poznał wielu bardzo wpływowych ludzi i rozpoczął swoją wielką, a jednocześnie mocno dyskusyjną karierę.
Nie ma tu sposobu, by prześledzić historię kolejnych inwestycji w branży budowlanej, kolejnych kasyn, kolejnych sukcesów, kolejnych upadków, kolejnych wielkich wieżowców i architektonicznych kompleksów, niezmiennie sygnowanych nazwiskiem Trump. Poza tym, gdyby nawet udało się nam te wyliczenia tu przeprowadzić, przy wszystkich wspomnianych wcześniej kontrowersjach, w pewnym momencie i tak musielibyśmy dojść do wniosku, że tak naprawdę my nie wiemy na temat tego człowieka i jego sukcesu nic, bo to co mamy w ręku, to wyłącznie to, co on nam o sobie powiedział.
Nie jest jednak też tak, że nie wiemy o nim nic. Oto przełom lat 80 I 90 ubiegłego wieku, które, gdy chodzi o podjęte przez Trumpa inwestycje, zarówno w skali osobistej, jak i biznesowej, doprowadziły go do długów, których on w pewnym momencie opanować nie był w stanie. Niemal wszystko, czego dowiadywaliśmy się na temat Trumpa w latach 90, związane było albo z jego kłopotami finansowymi, albo sprawami sądowymi, albo oczywiście z pozamałżeńskimi romansami oraz przeprowadzonym z wielkim hukiem rozwodem.
W roku 1989, dzięki szczególnie nieudanym decyzjom biznesowym, Trump znalazł się w sytuacji, gdzie nie był już w stanie spłacać zaciągniętych długów. Sfinansowawszy budowę swojego trzeciego kasyna, wartego miliard dolarów Taj Mahal, mimo że udało mu się uzyskać dodatkowe kredyty, oraz podpisać szereg ugód z bankami, rok 1991 doprowadził Trumpa niemal na skraj bankructwa. Wierzyciele Trumpa stracili setki milionów dolarów, jednak w obawie przed wieloletnimi procesami sądowymi, zgodzili się na restrukturyzacje jego długu.
Wart przypomnienia byłby może przypadek pewnego analityka z firmy Janney Montgomery Scott, który w marcu roku 1990 ocenił, że wspomniany wcześniej Taj Mahal upadnie przed końcem roku. Trump zagroził firmie procesem sądowym, żądając by analityk albo wycofał swoją opinię, albo został zwolniony z firmy. Ponieważ analityk odmówił przeprosin, stracił pracę, a w listopadzie 1990 roku Taj Mahal ogłosiło upadłość. Analityk oczywiście zażądał odszkodowania w wysokości 2 milionów dolarów, które otrzymał wraz z opinią, że jego ocena była w stu procentach dokładna. Tego typu spraw było w tamtych latach tak dużo, że w pewnym momencie nazwisko Donalda Trumpa w kulturze popularnej w Stanach Zjednoczonych stało się pierwszym przedmiotem kpin, jako symbolizujące najgorszy typ ekstrawagancji, rozbuchanego ego i chciwości.
Wspomnieliśmy już tu o tym, jak Donald Trump zaznacza teren pozostawiając gdzie tylko może swoje nazwisko. Rzućmy może okiem na wszelkie możliwe marki niezwiązane bezpośrednio z jego działalnością na rynku nieruchomości, a oznaczone tym nazwiskiem. Oto lista, która robi wrażenie: hipoteczna firma Trump Financial, szkoła biznesu The Trump Entrepreneur Initiative, sieć restauracji pod wspólną nazwą Trump Restaurants ulokowanych w Trump Tower i składających się z Trump Buffet, Trump Catering, Trump Ice Cream Parlor, oraz Trump Bar, internetowe biuro podróży GoTrump, ubrania i akcesoria dla mężczyzn pod nazwą Donald J. Trump Signature Collection, perfumy Donald Trump The Fragrance, Trump Magazine, Trump Golf, Trump Chocolate, meble Trump Home, telewizyjna firma producencka Trump Productions, Trump Institute, gra planszowa Trump The Game, kolejna gra symulacyjna Donald Trump's Real Estate Tycoon, wydawnictwo księgarskie Trump Books,Trump Model Management, Trump Shuttle, Trump Ice, Trump Mortgage, Trump Vodka, a nawet zwykłe steki oznaczone oczywiście nazwą Trump Steaks.
I oczywiście w normalnej sytuacji, w obliczu owej listy, można by było jedynie schylić czoło w podziwie i szacunku dla biznesowego geniuszu tego człowieka, rzecz jednak w tym, że przedstawiony w roku 2011 raport finansowy magazynu „Forbes” oszacował wartość owej marki na zaledwie 200 milionów dolarów. Trump oczywiście natychmiast oprotestował owe dane, twierdząc, że nie ma mowy o żadnych 200 milionach, ale o 3 miliardach, jednak bez praktycznego efektu. Wedle danych przedstawionych przez „Forbesa” zresztą, ogólna finansowa pozycja Trumpa związana z jego główną działalnością, nie robi aż tak wielkiego wrażenia, jakby się mogło wydawać. Wielu deweloperów płaci Trumpowi za promowanie ich własności swoim nazwiskiem i za zgodę na bycie twarzą prowadzonych przez nich projektów, jednak w rzeczywistości Donald Trump nie jest nawet współwłaścicielem budynków, które noszą jego imię. A według danych przedstawionych przez Forbesa, ta część jego imperium, tak naprawdę zarządzana już niemal wyłącznie przez jego dzieci, stanowi największą wartość z całego jego majątku, i jest oceniana na 562 miliony dolarów.
Jak na dziś, cały majątek Trumpa szacuje się wprawdzie na 3,2 mld dolarów, jednak już w roku 2005 dziennikarz z New York Timesa Timothy L. O'Brien zakwestionował podawane oficjalnie dane. Zacytował on zresztą redaktora naczelnego Forbesa, kiedy ten przyznał, że „redakcja z wielką starannością próbowała ustalić faktyczny poziom stanu posiadania Trumpa, jednak wszelkie uzyskiwane przez nią dane były natychmiast kwestionowane przez niego samego, który zapewniał, że podawane przez nich liczby są wielokrotnie zaniżone”. W efekcie, podczas gdy sam „Forbes” ostatecznie zdecydował się na podanie sumy 2,6 mld dolarów, O’Brien odwołując się do opinii bliskiego partnera biznesowego Trumpa, podaje zaledwie sumę pomiędzy $150, a 250 milionami dolarów.
Oczywiście, po tym jak O’Brien opublikował swoje wnioski, Trump skierował sprawę do sądu, jednak pozew został odrzucony, a przy okazji ujawniony został fakt, że w roku 2005 Deutche Bank, któremu swego czasu Trump był winien pieniądze, oceniał jego majątek na 788 mln dolarów.
Dziś, wedle przedstawianych przez siebie szacunków, Donald Trump posiada majątek w wysokości niemal 10 mld dolarów, według danych magazynu „Forbes”, znajduje się on na 391 miejscu z majątkiem 4 mld dolarów, wedle ocen niezależnych komentatorów, tak naprawdę nie ma on nic, poza nieustannymi występami telewizyjnymi, organizowanymi przez siebie walkami bokserskimi, lub turniejami wrestlingu i możliwie najbardziej intensywnym robieniem wokół siebie medialnego szumu, a ostatnio wręcz desperackiej próbie objęcia urzędu prezydenta USA.
Wydaje się, że bardzo dobrym podsumowaniem tych naszych refleksji na temat owej niezwykłej kariery będzie wspomnienie pewnej książki wydanej wspólnie przez Donalda Trumpa oraz człowieka nazwiskiem Robert Kiyosaki, zatytułowanej „Dlaczego chcemy, żebyś był bogaty”. Popatrzmy przez chwilę na owego Kiyosaki. Kim jest ów człowiek? Oficjalnie przedstawiany, jako amerykański inwestor, przedsiębiorca, autor książek, motywacyjny speaker, finansowy komentator, oraz autor audycji radiowych, jeśli jednak przeanalizujemy całość jego dokonań, pozostaje nam wyłącznie informacja, że w latach 1970-tych i 80-tych brał Kiyosaki udział w kilku przedsięwzięciach biznesowych (w tym takim jak nylonowe portfele na rzepy), które upadły, czyniąc z niego w połowie lat 1980-tych praktycznego bankruta. W tym też czasie zaangażował się on w wielopoziomowy system marketingowy, znany i u nas w Polsce, jako Amway, i zaczął zabiegać o znajomości u jego najwyżej umieszczonych przedstawicieli. W roku 1985 Kiyosaki założył firmę Cashflow Technologies, nastawioną na sprzedaż serii książek i innych materiałów szkoleniowych, co zostało uwieńczone wydaniem jego najbardziej znanej pracy zatytułowanej „Bogaty ojciec, biedny ojciec”.
W połowie lat 1990-tych Kiyosaki miał więc już swoją książkę, która zaczęła natychmiast krążyć wśród członków organizacji Amway-Quixtar, skąd osoby wyżej usadowione w piramidzie polecały ją dalej łańcuszkiem. Kiyosaki zaprezentował te liczby „sprzedaży” większym domom książki i zanim się spostrzegliśmy, „Bogaty ojciec” znalazł się na wszystkich półkach, również u nas w Polsce, zapoczątkowując cały szereg podobnie skonstruowanych poradników dla inspirujących biznesmenów, gier planszowych itd.
Co to za dzieło? Filozofia Kiyosaki’ego głównie kręci się wokół generowania pasywnych dochodów poprzez serię kolejnych inwestycji, tak długo aż ów pasywny dochód pozwoli nam zarobić na nasze utrzymanie. Krótko mówiąc, zdaniem Kiyosakiego, powinniśmy wyszukiwać takie oferty inwestycyjne, które będą wytwarzać dla nas bezpośredni dochód. Kiyosaki uważa, że taka dźwignia finansowa stanowi metodę najbardziej podstawową, przy tym pomija rolę wykształcenia, twierdząc, iż formalna edukacja przeznaczona jest głównie dla tych, którzy chcą być pracownikami i robotnikami zatrudnianymi przez pracujących na własny rachunek, czyli ludźmi, określanymi przezeń jako tymi, którzy nigdy nie będą „bogaci”.
Często przedstawia swą filozofię w postaci schematu, dzieląc ludzi na cztery grupy:
- pracownicy i robotnicy – osoby pracujące na kogoś innego;
- pracujący na własny rachunek – tak zwani samozatrudnieni;
- właściciele firm, posiadający „system” zdobywania pieniędzy;
- inwestorzy, którzy inwestują, by uzyskać większe zyski.
Oczywiście, według tej filozofii pracownicy i pracujący na własny rachunek sukcesu nie odniosą nigdy.
Na temat Kiyosakiego moglibyśmy rozmawiać znacznie dłużej, jednak wydaje się, że to co zostało przedstawione powyżej, wystarczy nam w pełni. Ale mamy tu jeszcze cel podstawowy. Oto ponieważ przedmiotem niniejszych refleksji jest Donald Trump – nieomal najbardziej znany biznesmen i przedsiębiorca współczesnego świata – wystarczy nam zadać już tylko jedno pytanie: Co ma wspólnego ktoś taki jak Trump z kimś takim jak Kiyosaki? Po tym wszystkim, co już to zostało powiedziane, możliwe, że pozostaje nam już tylko jedna odpowiedź: Amway. To jest ów punkt wspólny. Niewykluczone, że to jest zarówno początek, jak i koniec, nawet jeśli wyłącznie w sferze symbolu.
Powyższy tekst pisałem jeszcze w zeszłym roku i przyznaję, że wówczas nie doceniłem poziomu zidiocenia Amrykanów, a już nie takiego, który każe im faktycznie obstawiać Donalda Trumpa, jako swojego prezydenta. Dziś wydaje się, że szanse są znacznie większe. Ale się zobaczy. Jak mówię, wszystko zależy od kalkulacji Systemu. Jeśli System uzna, że można nie interweniować, interwencji nie będzie. W przeciwnym razie, już dziś jest po Trumpie.

poniedziałek, 2 maja 2016

Krótka rozprawa między trzema osobami, Księdzem, Żydem a Murzynem

Biorę pod uwagę, że to tylko ja jestem tak przesadnie uważny, ale nie wykluczam też, że ktoś jeszcze zwrócił uwagę na to, jak trochę miesiąc temu, pierwsza gwiazda poznańskiego Kościoła, ksiądz Radosław Rakowski, zorganizował w jednej ze szkół rekolekcje, które poprowadził wspólnie z muzułmańskim imamem i żydowskim rabinem. Jak można było poczytać, ale też i usłyszeć, na portalu tvn24.pl, w pełnej entuzjazmu relacji z wydarzenia, ksiądz Rakowski w następujący sposób objaśniał ów szczególny projekt: „Papież Franciszek cały czas nas wzywa do dialogu międzyreligijnego, do budowania pokoju na świecie, no i ten problem dotyczy również naszych uczniów, rozmawiamy o tym na lekcjach religii. Postanowiłem, że w tym roku rekolekcje będą o trzech wielkich religiach monoteistycznych: judaizmie, chrześcijaństwie i islamie. Chciałem, żeby byli rabin, imam i ksiądz katolicki, aby uczniowie mogli każdemu zadać pytanie, żeby mogli spotkać ich, zapoznać się i tak samo pozbyć się tych wszystkich przekonań, strachów i lęków, które w ich sercach się rodzą i zauważyć, że to są normalni ludzie”.
To ksiądz katolicki, ale obok księdza Rakowskiego wypowiedzieli się też oczywiście imam i rabin. Rabin, rabin jak żywy, z pejsami i w odpowiednim kapeluszu, mówił tak: „Takich rekolekcji powinno być jeszcze więcej. Czy my dlatego że się różnimy kolorem skóry, językiem, wykształceniem, czy sposobem modlitwy, mamy się nie lubić? Nie”.
Doniesienia medialne po rekolekcjach, od lokalnych portali po samą „Gazetę Wyborczą”, jednogłośnie i jednoznacznie potwierdzały, że rekolekcje księdza Rakowskiego wzbudziły w młodzieży prawdziwy entuzjazm, a redaktor „Wyborczej” wspiął się na taki poziom emocji, że zadeklarował publicznie, że on to właśnie odzyskał wiarę w Kościół i od dziś swoim znajomym, obok dominikanów, jak dotychczas, będzie również polecał parafię, w której służy ksiądz Rakowski.
Od wspomnianego wydarzenia zdążył minął ledwie miesiąc, jak nagle ten sam co wówczas portal tvn24.pl poinformował, że głupia sprawa, ale jak się okazuje, ów rabin, uczący poznańską dziatwę tolerancji i szacunku dla odmienności, to żaden rabin, tylko niejaki Jacek Niszczota z Ciechanowa, który dokładnie od roku 2009 zadaje szyku w poznańskiej gminie żydowskiej, jako Jakoob ben Nistell. Wedle doniesień portalu tvn24.pl, ów Niszczota pewnego dnia pojawił się w Poznaniu, przedstawił się jako Żyd i się najął do roboty, jako woluntariusz. Po krótkim czasie, kiedy lokalne towarzystwo uznało, że z niego „swój chłop”, zaczął się przedstawiać, jako rabin, i to też przeszło bardzo gładko. Naczelny rabin Polski Michael Schudrich tak opisuje ową przedziwną karierę i miejsce, jakie on sam tam zajmował: „Poznałem go. To był cichy, miły człowiek. Na początku ubierał się normalnie. Ostatnio, kilka miesięcy temu, może rok, zapuścił pejsy. To był taki krok za krokiem”.
No ale co tam Schudrich. Posłuchajmy, co nam na ten temat mówi nie byle kto, ale sam tvn24.pl: „Niszczota przez kilka lat działalności w gminie żydowskiej w Poznaniu stał się szanowanym ‘duchownym’. Na przykład w 2014 roku uczestniczył w otwarciu lapidarium we Wronkach. W obecności notabli odmawiał nawet kadisz, czyli tradycyjną modlitwę za zmarłych. Odczytywał tekst nabożeństwa po hebrajsku, choć - jak uważa hebraista Leszek Kwiatkowski - mężczyzna z pewnością nie zna tego języka. - Całe to nagranie to był zlepek bezsensownych, wypowiadanych bez ładu i składu sylab. Udało mi się wyłowić jedno czy dwa słowa w całej tej modlitwie, które mniej więcej odpowiadały temu, co być powinno - podkreśla wykładowca z Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu. Wówczas we Wronkach nie zareagował nikt, choć obecna była m.in. ambasador Izraela. Człowiek ‘nie z tej ziemi’ ‘Rabin’ oprowadzał po Poznaniu wycieczki żydów z całego świata, prowadził prelekcje, otwierał wystawy. Reprezentował gminę żydowską na Dniach Judaizmu w Poznaniu, gdzie wygłaszał komentarz do kazania przewodniczącego Episkopatu Polski arcybiskupa Stanisława Gądeckiego. W 2015 roku został twarzą Dni Judaizmu i jego zdjęcie znalazło się na plakacie”.
Ktoś powie, że to nic takiego. Zdarza się najlepszym. W końcu to nie kto inny, jak nasi ojcowie zakonni swego czasu przyjęli w swoje szeregi z pełnym dobrodziejstwem inwentarza ruskiego agenta tylko dlatego, że wydał im się, że zacytuję rabina Schudricha „miłym i cichym człowiekiem”. Jednak w przypadku owego Jacka z Ciechanowa mamy do czynienia z przypadkiem znacznie bardziej wstrząsającym, i to też nie z powodu rangi wydarzenia, czy pozycji przez niego zajmowanej i eksponowanej medialnie, ale przez reakcję samych Żydów. I tu też nie mam na myśli ani tego, że kiedy on tak odstawiał swój cyrk z czytaniem Kadisz po hebrajsku, a będąca na miejscu ambasador Izraela nawet nie pisnęła, że coś tu jest nie tak, ani nawet tego, że najprawdopodobniej wszyscy Żydzi, którzy mieli okazję go poznać wiedzieli, że to jest fejk, tyle że z powodów politycznych woleli nie reagować. To co mnie w tym wszystkim wręcz zachwyca, to fakt, że dziś, kiedy tego Niszczoty już nie ma, bo gdzieś najzwyczajniej w świecie prysnął, Żydzi poinformowali, że oni nie chcą o nim więcej słyszeć. On dla nich nie istnieje ani jako wstyd, ani nawet jako ktoś, kto zapewne jest im coś winien. Ta reakcja jako żywo przypomina reakcje wyznawców świętej gdzieniegdzie zasady „śmierć konfidentom”. A w końcu, nie oszukujmy się, Niszczota za darmo durnia z siebie przez te siedem lat nie robił.
Ale jest jeszcze coś. Otóż po raz kolejny okazuje się, że są interesy, na których przegrać się nie da. Wystarczy tylko brak wstydu, pewien poziom determinacji i odpowiednia agenda. Tu akurat obsługująca tak zwaną „religijną tolerancję”. Ale przecież nie musi wcale chodzić o żydów, muzułmanów i chrześcijan. Pamiętamy przecież wciąż jeszcze tego Murzyna, który jako Simon Mol przez długie lata zdawał szyku jako poeta i działacz wolnościowy wśród skupionego wokół „Gazety Wyborczej” towarzystwa działaczy, polityków i intelektualistów i jak podaje Wikipedia: „w 2004 r., w imieniu prezydenta Polski, został nominowany do nagrody Sergio Vieira de Mello Prize, razem z Tadeuszem Mazowieckim i innymi zasłużonymi osobami, za ‘odbudowywanie pokoju w społecznościach po konfliktach’, przyznawanej pod patronatem UNHCR i innych instytucji”, a tak naprawdę zajmował się wyłącznie dupczeniem jakichś biednych niedorobionych idiotek z dobrych domów i zarażaniem ich AIDS, tylko dlatego, że miał taką fantazję.
Na a dziś mamy tego niby rabina, który z księdzem Rakowskim miesza w głowie Bogu ducha winnym dzieciom, wykorzystując – nie, nie dziecięcą naiwność, nie, nie czyjąś nieuwagę, nie wreszcie swoje wybitne talenty oszusta, ale zwykłą grzeszną próżność jednego kapłana, któremu bardzo się spodobało błyszczeć w mediach, jako ten lepszy.
Okropnie to wszystko przygnębiające, ale by tak nie zostawiać nas w tym nomen omen „molowym” nastroju, chciałbym zwrócić uwagę na pewien mocno pocieszający szczegół. Otóż gdyby nie próżność księdza Rakowskiego, ten cały Niszczota pewnie przez jakiś jeszcze czas by sobie hasał po tych czy innych miejscach. To bowiem po wspomnianej na początku poznańskiej imprezie udającej rekolekcje, kiedy Niszczotę pokazał TVN, jego kumpel z młodości go rozpoznał i podniósł alarm. Strasznie kręte są ścieżki, po których chadza boża sprawiedliwość. A mówiąc „boża” mam oczywiście na myśli wyłącznie Kościół Powszechny.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. I nie tylko moje.

niedziela, 1 maja 2016

Zanim Jarosław Kaczyński zabierze nam telewizor, czyli niech się święci 1 maja

Dzisiejszy post jest o tyle szczególny, że składa się z dwóch tekstów, starego i nowego, jednak połączonych w jeden. Oba dotyczą naturalnie tej samej kwestii, ale ponieważ, jak się zdaje, jeden bez drugiego istnieć nie może, bardzo proszę przeczytać to, co zostało tu wrzucone jeszcze dwa lata temu, a potem, swego rodzaju komentarz z dzisiaj. A zapewniam, że przed nami sprawy ważne w sposób wyjątkowy.
Jak pewnie wszyscy mniej lub bardziej, jesteśmy tego świadomi, przekaz medialny w Polsce (a pewnie nie tylko w Polsce) dzieli się na trzy rodzaje wiadomości. Pierwszy z nich, ten najbardziej szeroki, to wiadomości, które pojawiają się w popularnym obiegu na jeden lub dwa dni, a następnie zostają wyparte przez inne, nowsze, a więc ciekawsze. A więc, jest to historia ugotowanego w samochodzie dziecka, jakiegoś Jacka z Ciechanowa, który się przebrał za rabina, czy informacja o tym, że prokuratura nie chce postawić zarzutów jakiemuś gangsterowi.
Drugi typ wiadomości, to te, które żyją całymi tygodniami i nawet na moment nie schodzą z czołówek gazet i telewizyjnych programów informacyjnych. To są rewelacje związane z tym, że posłanka Pawłowicz nazwała Władysława Bartoszewskiego pastuchem, że kolejny ksiądz okazał się pedofilem, czy ewentualnie, że mieszkańcy Jasienicy wciąż nie mogą się pogodzić z decyzją o odwołaniu swojego proboszcza. To jest ten rodzaj newsa, który będzie wklejany w popularną świadomość tak długo, aż ludzie zaczną tą informacją zwyczajnie wymiotować – wtedy poszuka się czegoś nowego.
No i jest oczywiście jeszcze ten rodzaj informacji, gdzie o zdarzeniu słyszymy raz… i już nigdy więcej. Kiedy już zostanie stworzone owo alibi, sprawa zostaje natychmiast zamknięta i nie ma na całym świecie jednego dziennikarza, który uznałby za stosowne temat pociągnąć. Wbrew pozorom, w dzisiejszym, bardzo otwartym, świecie, gdzie różnego rodzaju idee krążą praktycznie bez przeszkód, tego typu news faktycznie nie istnieje. Tak naprawdę, jeśli się zastanowić, chyba nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek, kiedykolwiek i cokolwiek zdołało się ukryć przed dociekliwym spojrzeniem człowieka. Pamiętamy, jak kilka lat temu w Bangladeszu runął wielki budynek, w którym lokalni niewolnicy produkowali odzież dla największych światowych sieci i zginęły tysiące ludzi. Oczywiście, dzięki gwałtownej interwencji Systemu, mimo że z dnia na dzień liczba ofiar rosła w tempie zastraszającym, światowe media tematu posłusznie nie ruszały, no ale już zarówno Wikipedia, jak i znany nam portal boston.com zareagowały w jednej chwili, a więc kto miał oczy i uszy odpowiednio otwarte, o tym co się stało gdzieś w dalekim i egzotycznym Bangladeszu, usłyszał. A to akurat, co z tą informacją zrobił, to już inna historia. W każdym razie efekt tego nieszczęścia był taki, że takie marki, jak na przykład polski Reserved zdecydował na swoich produktach nie umieszczać informacji o tym, gdzie ich towar jest wytwarzany. A więc nawet to, nawet coś na tym poziomie czarnego biznesu, też się nie dało rady ukryć.
Ale popatrzmy na poziom bardziej nam bliski i prosty, tak niemal bliski i prosty, jak szczere spojrzenie Henryka Wujca. Oto też już parę lat temu wspomniany Wujec jechał samochodem, potrącił na przejściu człowieka, podobno go ciężko poturbował… i w tym momencie sprawa została skutecznie wyciszona. A nie da się ukryć, że było o czym dyskutować. Rzecz w tym, że Wujec, skutkiem wcześniejszego, również samochodowego, wypadku, ma tylko jedno oko, a więc kiedy spowodował ów tajemniczy wypadek, jak się zdaje, w ogóle nie powinien był kierować. Rzecz też w tym, że z jednej strony, jako ważna postać współczesnej polskiej historii, a także pracownik kancelarii prezydenta RP i – co tu dużo mówić – autorytet pełną gębą, on powinien być tu w znacznie trudniejszej sytuacji, niż jakiś choćby i głupi licealista, który ukradł rodzicom auto i spowodował nieszczęście. Nic z tego. Po tym, jak w pierwszym dniu sprawa dostała się do ogólnopolskich mediów, nastąpiła cisza, która trwa do dziś. O tym, co z Wujcem, co z tym przechodzącym po pasach człowiekiem, nie powie nam nikt: ani „Newsweek”, ani „Polityka”, ani „Wprost”, ani portal wpolityce.pl, ani Telewizja Republika, ani „Gość Niedzielny”. W całym kraju nie znajdzie się jeden dziennikarz, jednak redakcja, jedne środowisko, które zainteresuje się losem tych dwojga ludzi i tego jednego wypadku. Nie muszę tu oczywiście dodawać, że gdyby za kierownicą tego samochodu nie siedział Henryk Wujec, a dajmy na to poseł Suski, nawet kryzys konstytucyjny zszedłby na dalszy plan.
No ale mamy tu z jednej strony ten Bangladesz, a więc wymiar globalny, a z drugiej jakieś resztki po tak zwanej „solidarnościowej rewolucji”, która z pewnych nieistotnych dla tego akurat tematu przyczyn wciąż jest reżimowi przydatna. Jest jednak coś idealnie po środku, a więc wydarzenie o rozmiarze, owszem, lokalnym, ale jednak obejmujące przestrzeń znacznie bardziej szeroką od Henryka Wujca i jego zaledwie odrobinę ważniejszych od niego protektorów. Mam tu na myśli kwestię tak zwanego „podatku telewizyjnego”.
Szczerze powiedziawszy nie wiem, czy ów news sprzed paru lat dotyczący urzędowej decyzji, że abonament radiowo-telewizyjny zostaje zachowany, a wszyscy ci, którzy za podpuszczeniem premiera Tuska przestali go płacić, mają swoje zobowiązania uregulować pod groźbą egzekucji skarbowej, oraz decyzji owej praktycznych implikacji, wykroczył poza przestrzenie wyznaczane przez domowe gospodarstwa. Domyślam się, że coś tam i gdzieś tam na ten temat w publicznej przestrzeni się ukazało, jeśli jednak idzie o mnie, to ja o wszystkim dowiedziałem się od mojego teścia, który któregoś dnia mnie poinformował, że on właśnie dostał polecenie zapłaty zaległego abonamentu za radio i telewizor za minione pięć lat, no i że właśnie bardzo grzecznie poszedł z tymi pieniędzmi na pocztę.
Opowiem może trochę o moim teściu. Otóż jest to przede wszystkim człowiek, który nigdy w życiu nie miał żadnych długów, który zawsze wszystkie swoje rachunki płacił w terminie, krótko mówiąc, jest to ten typ obywatela, który, jeśli idzie o relacje z Państwem, prowadzi specjalną księgowość, do której nie może się wkraść choćby jedna nieścisłość. To jest ktoś taki, kto, gdyby specjalnie dla niego szukać odpowiednika w popularnej kulturze, stanowi wręcz parodię ojca z klasycznego dziś już serialu „Wojna domowa”. To po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że politycznie on jest w takim miejscu, gdzie jeśli premier Tusk, a za nim telewizja TVN24, mówią mu, że telewizyjnego abonamentu płacić nie należy, bo to są pieniądze wydane na najbliższą wyborczą kampanie Kaczyńsssssssskiego, on, choćby nie wiadomo jak wbrew swojemu wrodzonemu charakterowi, informacje tę przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza i posłusznie nie płaci.
No i stało się tak, że któregoś dnia mój teść otrzymał wezwanie do natychmiastowego, pod groźbą egzekucji skarbowej, uregulowania zaległości wobec PiSssssssssowskiej telewizji, i ją w jednej chwili uregulował. Nie przez Internet, bo akurat nie korzysta, nie przez jakieś bankowe przelewy, ale normalnie, udając się na pocztę i przynosząc im te pieniądze w przysłowiowych zębach.
A co u mnie? Otóż ja, owszem, przez minione lata również nie płaciłem abonamentu radiowo-telewizyjnego, tyle że moje argumenty były zupełnie inne od tych, podawanych przez mojego teścia. Ja przestałem płacić abonament dlatego, że przede wszystkim nie miałem pieniędzy, pod drugie nie miałem głowy, by wobec znacznie poważniejszych długów zajmować się takim głupstwem, jak te 15, czy 30 złotych co miesiąc, czy dwa, no i wreszcie po trzecie, gdy idzie o to na co mam wydawać swoje ciężko zarobione grosze, to jeśli ktoś tak dobrze poinformowany jak Donald Tusk mi choćby sugeruje, że tu czy tam mogę sobie odpuścić, to ja oczywiście sobie odpuszczam. W mojej dramatycznie nędznej sytuacji ekonomicznej, jeśli premier polskiego rządu informuje mnie najwyraźniej, jak tylko na to pozwala mu zajmowane przez siebie stanowisko, że nadszedł czas obywatelskiego nieposłuszeństwa, ja – nie ze względu na niego i moje dla niego oddanie, ale przez zwykły finansowy rozsądek – płacić przestaję.
Ja, podobnie jak mój teść nieco wcześniej, również dostałem nakaz zwrócenia Państwu tych około 1500 złotych za minione pięć lat. Różnica była tylko taka, że ja ze swoim długiem nigdzie nie pobiegłem. Ja pismo z Poczty Polskiej ostrzegające mnie przed tym, co się może stać, jeśli się będę stawiał, wyrzuciłem do śmieci. Dlaczego? Z dwóch z kolei względów. Przede wszystkim, mimo że wiedziałem, że ów protest mogę sobie wsadzić w dowolną dziurę, postanowiłem, że w sytuacji, jaką mamy, ja im dobrowolnie tych pieniędzy nie dam. Skoro sam premier Tusk zapewniał mnie, że on osobiście dopilnuje, by ten abonament został zlikwidowany, ja w sposób zupełnie naturalny mogłem uznać, że każdy grosz, jaki zaniosę na pocztę, będzie groszem wyrzuconym w błoto. Ja musiałem tę informacje zrozumieć w ten sposób, że jeśli, mimo zapowiedzi premiera, będę płacił bez sensu ten abonament, kiedy już Trybunał Konstytucyjny i wszystkie inne autorytety prawne ogłoszą, że ten akurat podatek od początku był bezprawny, nikt mi nigdy tego co zapłaciłem nie odda. A więc protest.
Drugi powód, dla którego pismo z Poczty Polskiej zlekceważyłem, był już bardziej praktyczny. Ja zwyczajnie nie miałem fizycznej możliwości, poza oczywiście wzięciem tak zwanej „chwilówki”, by te 1500 złotych skądś wytrzasnąć. Moje życie w ostatnich latach jest tak ułożone, że jeśli ja gdzieś trafię 1500 złotych, to ja z nimi idę do tych, co przy moim gardle trzymają pięknie naostrzony nóż, a nie na pocztę, bo okazało się, że polityczni doradcy Donalda Tuska coś tam przekombinowali.
A zatem zaległości wobec KRRiT nie uregulowałem i spokojnie czekałem na rozwój wypadków. Po jakimś czasie otrzymałem pismo z mojego Urzędu Skarbowego. Grube jak jasna cholera, albo, że się tak wyrażę, jak owe pięć lat, kiedy to polski rząd prowadził swoją grę, a w środku informacja, że oni zajmują mi konto, żeby ściągnąć te telewizyjne pieniądze. A ja w tej sytuacji mogę tylko powtórzyć za artystą, że „wiedziałem, że tak będzie”. Bo taka jest prawda. Ja wiedziałem, że przyjdzie nowy rok, że któregoś dnia oni będą mi chcieli z konta zabrać te pieniądze, że ja oczywiście na tym koncie akurat nie będę miał ani grosza, a jeśli nagle jakimś cudem pojawi się tam coś większego i oni to zajmą, to przynajmniej nikt mi nie powie, że się przestraszyłem, albo że uznałem swoją winę i się ukorzyłem.
Stało się więc jak się stało. Oni mi zablokowali konto do czasu aż udało im się wreszcie odebrać mi te 1500 złotych, a ja się do dziś zastanawiam już tylko nad jednym: czy Donald Tusk, albo jego żona, przez ubiegłe pięć lat płacili ten abonament? Czy istnieje taka możliwość, że on z jednej strony namawiał nas, żebyśmy się nie zachowywali jak ciemna pisowska masa i żebyśmy jednego grosza nie dali na tę rzekomo publiczną telewizję, a z drugiej regularnie, co dwa miesiące chodzili, on albo ona, na pocztę i regulowali to co wiedzieli, że regulować trzeba teraz i z pewnością będzie trzeba w przyszłości? I nie chodzi mi o to, że ja się czuję pokrzywdzony, że twierdzę, że polska władza mnie oszukała; gdyby moja sytuacja finansowa była lepsza, ja bym ten abonament nawet wbrew reżimowej propagandzie płacił. Chcę natomiast tylko wiedzieć, czy Donald Tusk, podobnie jak mój teść, pewnego dnia zeszłego roku otrzymał owo wezwanie do zapłaty zaległych opłat.
No i jeszcze jedno. Ja nawet nie działam w imieniu mojego teścia i innych, jemu podobnych starszych panów, którzy przez swoją nienawiść do PiS-u musieli się nagle któregoś dnia dodatkowo wykosztować. Ich sprawa – ich problem. Te jakieś 1500 złotych to był mój dług, który musiałem spłacić, i który był wynikiem mojej własnej beztroski, niezaradności, czy jak to tam nazwiemy, taki sam, jak te wszystkie kredyty, zusowskie składki, czy zaległości w prostych comiesięcznych rachunkach i szkoda na to wszystko słów.
Tylko to jedno mnie dręczy: czy Donald Tusk dostał to wezwanie? No i jeszcze coś. Skąd ta cholerna cisza? Czyżby to ona była tu prawdziwym problemem.
Otóż, jak się wydaje, ona faktycznie jest problemem w tym sensie, że gdyby nie ona, nie byłoby najmniejszego sensu, by w ogóle do sprawy wracać. A tymczasem jest tak, że przestrzeń, w jakiej żyjemy, zaczyna ubogacać kwestia tak zwanego „podatku za telewizor”, jaki to faszystowski rząd Prawa i Sprawiedliwości ma zamiar najpierw nałożyć na Bogu ducha winnych obywateli, a następnie go skutecznie egzekwować. Okazuje się, że wspomniany wcześnie faszystowski reżim uznał za stosowne przyjąć, że państwowe radio i telewizja to wartość powszechna i zwrócił się do ogółu o to, by każda rodzina dołożyła się do tej wartości sumą 15 zł. miesięcznie.
W związku z rwetesem, jaki się podniósł to tu i tam, oraz deklaracjami, że PiSsssssss nie dostanie od nas ani grosza, chciałbym wszystkich poinformować, że w czasach, które wyżej opisywałem, a które były wyznaczane przez rządy Platformy Obywatelskiej miałem w domu trzy wizyty pracowników Urzędu Skarbowego, wszystkie bez zapowiedzi i wszystkie w związku z niezapłaconym przez mnie podatkiem za telewizor. Pierwszy raz pojawił się u mnie pan, żeby sprawdzić, w jakich warunkach żyję, że nie jestem w stanie uiścić wspomnianego wcześniej 1500 za również wcześniej wspomniany telewizor, za drugim razem pojawił się kolejny pan, by mi wręczyć odpowiednie pismo, a przy trzeciej okazji, kiedy wszystko już było uregulowane, a moje konto w banku odblokowane, z samego rana pojawił się kolejny urzędnik, który zażyczył sobie 35 złotych, jakie ja jeszcze państwu Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, jak się okazało wciąż jeszcze zalegałem. Ponieważ akurat nie miałem w domu zażyczonej gotówki, a urzędnik Urzędu Skarbowego powiedział, że on bierze wszystko, co jest pieniądzem, to dałem mu pozostałe nam po wyprawie do Budapesztu 2 tys. forintów, dołożyłem do tego parę złotych i w ten sposób rozliczyłem się z władzą Platformy Obywatelskiej.
I nie skarżyłbym się oczywiście na owe trzy wizyty, gdyby nie fakt, że teraz nagle okazuje się, że Polska wpadła w czasy terroru Urzędów Skarbowych. Otóż to, z czym mamy do czynienia dziś, to jedyne sensowne wyjście z owego przedziwnego stanu, z jakim mamy do czynienia od zawsze. Żeby dziś tych, którzy jako pierwsi postanowili zaproponować sensowne wyjście z tego absurdu obrzucać najgorszymi obelgami, trzeba mieć w sobie coś specjalnego. A to, że oni to coś mają, zdążyliśmy się przekonać przez minione miesiące.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69. Zapewniam, że to jest ostatnia stacja, a na niej również moje książki. Serdecznie polecam.

sobota, 30 kwietnia 2016

O wacikach dla księdza Kazimierza Sowy

Wczoraj ukazał się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w nim mój kolejny, cotygodniowy felieton. Gorąco zachęcam, a dziś dla czytelników bloga również tu.

Nie rozumiem, dlaczego „Gazeta Wyborcza” – i to zwłaszcza oni – postanowiła się za to zabrać, ale to ona niedawno ujawniła listę osób i instytucji, finansujących kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej. Podobnie, mam bardzo ciężki intelektualny problem z tym, dlaczego tydzień wcześniej „Newsweek” opublikował podobne dane, tyle że dotyczące Nowoczesnej. Obie lektury robią wrażenie przede wszystkim przez to, że dzięki nim widzimy jasno, komu najbardziej na rękę było zarówno przedłużenie owych ośmiu lat rozkradania Polski, jak i, wobec nieuchronnej porażki PO, zapewnienie odpowiedniej sukcesji, no ale również fascynujące jest tu to, jak dla niektórych z nas nie jest najmniejszym problemem wyrzucić 10, czy 50 tysięcy w błoto, wyłącznie dla idiotycznej satysfakcji z tego, że się jest po właściwej stronie. Moim zdaniem jednak, wśród tych wszystkich, często niezwykle ciekawych informacji, jest jedna, która autentycznie poraża. Chodzi o to, że na kampanię Platformy Obywatelskiej całe 10 tys. złotych przeznaczył nie kto inny, jak katolicki ksiądz Kazimierz Sowa.
Myślę, że w większości świetnie wiemy, kto zacz. Otóż poza tym, że, jak już wspomnieliśmy, jest katolickim księdzem, w przestrzeni publicznej występuje jako dziennikarz TVN-u. I nie piszę tego ani ironicznie, ani żartem, ale stwierdzam fakt. Ks. Sowa regularnie występuje w telewizji TVN24, najczęściej ustawiając się w roli faktycznego duszpasterza, kiedyś władzy, a dziś najbardziej agresywnej części politycznej opozycji, a kiedy pokazuje się na ekranie naszych telewizorów, na dole nie pojawia się informacja: „Kazimierz Sowa – ksiądz katolicki”, lecz po prostu „Ks. Kazimierz Sowa – TVN Bis”. A zatem przyjmujemy, że w istocie rzeczy, Sowa to pracownik mediów.
Czy może zatem ks. Sowa został wynajęty przez Grupę ITI po to, by w ramach ogólnego pluralizmu opinii, prezentować widzom punkt widzenia Kościoła? Choć i tak byłoby to cokolwiek dziwne, jako że aby przedstawić stanowisko Kościoła, wystarczy zaprosić do telewizji któregoś z księży – choćby i ks. Sowę – i poprosić go o wypowiedź, to o wiele dziwniejsze jest wyciąganie z Kościoła jednego z nich i zatrudnianie go na funkcji redaktora. No ale niech będzie i tak. Niech ks. Sowa występuje w TVN-ie na stałe i ewangelizuje Polaków. Nic z tego. On tam jest zaledwie jednym z redaktorów i wypowiada się na wszelkie możliwe tematy, tylko nie na temat Wiary. Siedzi tam w tej koloratce i opowiada o sporze o Trybunał Konstytucyjny, albo o wyborach prezydenckich w Stanach.
No a teraz dowiadujemy się, że on z zarobionych w ITI pieniędzy dofinansował jedną z partii politycznych. Ho, ho, tak, tak!
Niedawno Kościół wydał zakaz publicznych wystąpień duszpasterzowi narodowców ks. Międlarowi. Ksiądz usłuchał swojego Kościoła i pokornie zawiesił swoje konto na Twitterze. Bardzo jestem ciekawy, co zrobi ks. Sowa, jak oni się w końcu wezmą za niego. Moim zdaniem wzruszy ramionami. W końcu na waciki, to on robić nie musi.

Zapraszam wszystkich do księgarni na stronie http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki.

piątek, 29 kwietnia 2016

Gdy cały świat wspiera posła Borysława Budkę

Parę dni temu nieznany mi działacz Platformy Obywatelskiej wrzucił na Twittera informację, że Prawo i Sprawiedliwość, konsekwentnie realizując swoją politykę inwigilacji i terroru, usunęło z sali sejmowej kamerę, która dotychczas rejestrowała zachowanie posłów reprezentujących władzę, a wszystko po to, by oni tam mogli robić, co im się żywnie podoba w tajemnicy przed światem. Odpisałem mu, że moim zdaniem to jest kompletna i oczywista bzdura, na co on mnie zapewnił, że nie, no i tyleśmy sobie porozmawiali. Nie minął nawet dzień, kiedy informacja o usunięciu kamery znad głów posłów PiS-u trafiła do ogólnopolskich mediów, a ja zgaduję, że teraz przez pewien czas to ona nas będzie utulała do snu. I to wbrew zarówno oficjalnym wyjaśnieniom osób formalnie odpowiedzialnych, ale też zdrowej logice. No bo spójrzmy na tę sytuację chłodnym okiem. Jaki idiota wpadłby na pomysł, że jeśli zdejmie się tę kamerę, to w ten sposób ukryje się wszelkie przestępcze działania posłów Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie świat nic nie zauważy. Przecież to jest kompletny absurd. To już znacznie bardziej sensowne i przede wszystkim prościej byłoby prokuratorowi Ziobro całą elitę Nowoczesnej i Platformy postawić przed sądem i wszystkich skazać na wieloletnie więzienie. W końcu, jeśli łamać demokrację, to co szkodzi pojechać po tak zwanej całości? Przepraszam za brutalność, ale o numer z kamerą to ja bym nawet nie podejrzewał Platformy Obywatelskiej z posłem Szejnfeldem na czele. Choć dziś już wiadomo, że mamy do czynienia z zaledwie kolejną próbą opozycji uzyskania choć jednego punktu w walce z PiS-em, nie zmienia to faktu, że refleksje pozostają.
Otóż chodzi o to, że dziś jesteśmy w stanie prawdziwej propagandowej wojny. Grzegorz Schetyna wprawdzie swego czasu określił to, co się nam szykuje, jako „opozycję totalną”, ale jeśli zrozumiemy, co się dzieje w rzeczywistości, to przy tym określenie „opozycja totalna” brzmi jak gra w berka. Jeśli przyjrzymy się temu, jak się rozwija sytuacja w kraju, musimy uznać, że w gruncie rzeczy stoimy w obliczu zamachu stanu, tyle że prowadzonego nie przez wojsko, czy zorganizowane przez opozycję bojówki, lecz przez tak zwane elity i ich reprezentację w najróżniejszych państwowych instytucjach. A konkretnie rzec ujmując, przez władzę sądowniczą, zdominowane skutkiem wyborczego fałszerstwa z roku 2014 samorządy, oraz przez wszelkiego rodzaju związki i korporacje, a wszystko to z pełną autoryzacją ze strony wszelkich możliwych instytucji europejskich.
W którymś z komentarzy w Internecie ktoś zwrócił uwagę, że przez minione 8 lat, kiedy pełnię władzy – i to władzy wszelkiej – pełniła Platforma Obywatelska, PiS konsekwentnie poszerzał swój elektorat i wywalczał dla siebie coraz szersze poparcie, jednak w tym czasie nikomu z naszej strony nie przyszło nawet do głowy, by o pomoc w walce z rządem zwracać się do Europy, czy gdziekolwiek indziej, poza potencjalnym elektoratem. I to jest oczywiście prawda, ale nie wolno nie pamiętać, że kiedy Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji, nie było w całym świecie ani jednej instytucji, do której politycy Prawa i Sprawiedliwości choćby teoretycznie mogliby się zwrócić o solidarne wsparcie. Ani w sprawie inwigilacji, ani braku demokracji, ani fałszerstw wyborczych, ani nawet Smoleńska i tego wszystkiego, co się z nim wiąże. Cały ten okres ośmiu lat to była całkowicie samotna walka prowadzona wyłącznie w oparciu o własne zasoby, wobec której świat pozostawał w najlepszym wypadku obojętny. Nawet sojusznik tak wydawałoby się naturalny, jak Kościół, wspierał tę walkę jedynie przez osobiste zaangażowanie pojedynczych księży i biskupów. Krótko mówiąc, ostateczne zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości roku 2015 to był wynik autentycznej walki w cieniu.
Sposób, w jaki sposób dziś z rzekomo antydemokratyczną władzą walczy opozycja, stanowi doskonałe przeciwieństwo tego, czego byliśmy świadkami przez minione lata. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli ocenić sytuację uczciwie, to udział w tej walce osób takich jak Grzegorz Schetyna, Ryszard Petru, Mateusz Kijowski, czy nawet Władysław Frasyniuk z Aleksandrem Kwaśniewskim, ogranicza się do praktycznego minimum. Gdyby nie wsparcie przede wszystkim europejskich instytucji i polityków, a w kraju głównie zdominowanych przez Platformę i PSL samorządów, oraz wszelkiego rodzaju stowarzyszeń prawniczych, polityczna opozycja przede wszystkim by nie istniała, a o tym, by kiedykolwiek powrócić do wielkiej polityki, nawet nie mogłaby marzyć. Petru, Schetyna, czy Kijowski, bez wsparcia instytucji europejskich i lokalnych elit, zostaliby starci z powierzchni ziemi w ułamku sekundy. Gdyby nie politycy z tak zwanej Komisji Weneckiej, my byśmy nie wiedzieli, kim oni są. Bez tej pomocy przeróżnych trybunałów, stowarzyszeń, związków, porozumień, inicjatyw na rzecz, fundacji… można by wymieniać, oni byliby nikim. Ich nazwiska rozpłynęłyby się we mgle bieżących zdarzeń.
I moim zdaniem, ta właśnie refleksja jest niezwykle znacząca, a jednocześnie bardzo pocieszająca dla tych z nas, którzy będąc świadkiem tej niesłychanej wręcz agresji, tracą wiarę. Tu naprawdę nie ma się czego bać. Jeśli tylko Prawo i Sprawiedliwość nie zgubi z pola widzenia podstawowego celu, jakim jest spełnienie oczekiwań tych wszystkich z nas, którzy zarówno wiosną, jak i jesienią ubiegłego roku, oddali swój głos zarówno za prawo, jak i za sprawiedliwość, ten cały skowyt nie będzie miał żadnego znaczenia. Z tego prostego powodu, że tam tak naprawdę nie ma jednego człowieka, który by miał świadomość tego, czym jest człowieczeństwo. To wszystko jest wyłącznie wydrukowane na kartce papieru rozporządzenie. A co gorsza, nikt nawet nie chce się przyznać, że to on je ułożył. W ten sposób, proszę państwa, władzy się nie zdobywa. Nie tak.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Daję słowo, ze dalej szukać nie trzeba.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Padają jak muchy, czyli that's entertainment


Wprawdzie nauczony na wcześniejszych cudzych błędach, ktoś tam bardzo przezornie zdecydował, żeby ciało zmarłego niedawno piosenkarza Prince’a jak najszybciej spalić, ale i tak, jak donoszą media, wychodzi na to, że przyczyna jego śmierci jest bardziej skomplikowana, niż się na początku mogło wydawać. Otóż na przykład u niego w domu znaleziono całą kupę niezrealizowanych recept na niezwykle silne środki przeciwbólowe, a w dodatku okazuje się, że owo gwałtowne lądowanie samolotu z artystą na pokładzie nie było wymuszone tym, że on akurat tam zachorował na grypę, tylko zwyczajnie gwałtowną utratą przytomności. Oczywiście, cokolwiek tam się wydarzyło, jak uczy nas życie, nie będzie miało najmniejszego znaczenia, jako że tego typu śmierci są od samego początku wpisane w koszta, a nam nic do tego. My najwyżej możemy sobie kupić płytę z piosenkami Prince’a, albo liczyć na to, że może wreszcie na youtbubie pojawią się jego koncerty. A dalej będzie tak jak było. Nie nasza sprawa. A jeśli idzie o mnie, to ja chętnie przypominam swój stary tekst o Michaelu Jacksonie, jeden też z rozdziałów mojej książki o muzyce. Polecam.

Osobiście – jeszcze od czasów Jackson Five – jestem wielkim wyznawcą sztuki artystycznej i nieposkromionego talentu najpierw rodziny Jacksonów, a później już samego Michaela Jacksona. Każda jego płyta, począwszy od Off the Wall, z czasów kiedy Jackson jeszcze był czarny, jest dla mnie wydarzeniem i każdej z nich mogę słuchać bez końca. Dziś, kiedy Jackson nie żyje, uważam, że jego śmierć jest wydarzeniem porównywalnym ze śmiercią Elvisa Presleya. Wielu wielkich artystów już odeszło. Umarł choćby Johnny Cash, umarł James Brown. Ale śmierć Presleya czy Jacksona jest jednak czymś innym. To jest trochę coś takiego, jak przed wielu, wielu laty odejścia takich gwiazd, jak Jimi Hendrix, Jim Morrison, Janis Joplin, czy – nieco z innej beczki – Ian Curtis, niemal dziesięć lat później. Jest to bowiem śmierć zaskakująca, a jednocześnie, jak gdyby oczekiwana. Jest to śmierć, której wielu się bało, a jednocześnie wiedziało, że jest nieunikniona i że jest już właściwie tuż tuż.
Ktoś mnie spyta, o co w tym wszystkim może chodzić? Oglądałem kiedyś dokumentalny film o Ozzym Osbornie, którego uwielbiam jeszcze bardziej niż Jacksona. W filmie tym, Osbourne, a z nim jego żona i – wówczas jeszcze nie do końca skretyniałe – dzieci, opowiadali jak to tatuś kiedyś mało nie umarł, ale żyje i już pewnie żył będzie. Sam Ozzy wspominał, jak to jeszcze za czasów Black Sabbath, w garderobach przed i po koncertach zawsze się kręcił przedstawiciel firmy nagraniowej, z walizką wypełnioną kokainą, czy jakimś innym gównem. Specjalnie dla niego i jego kolegów. Takie czasy, taki styl, taka śmierć. Osbourne przeżył. Podobno częściowo dzięki Sharon. Przeżył Mick Jagger, przeżył Keith Richards, nie przeżył Brian Jones. Podobnie jak wielu innych. Im akurat poszło znacznie gorzej. Ciekawe dlaczego?
Mam w tej kwestii od wielu lat pewną teorię, do której jestem bardzo przywiązany i którą się chciałem tutaj podzielić. Uważam – a dziś, po śmierci Jacksona, jestem tego właściwie pewien – że wielu wybitnych skądinąd artystów, nie było tak naprawdę klientami tego faceta z walizką, o którym wspominał Ozzy Osbourne. Z różnych powodów, ale prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, ze po prostu byli zbyt mało inteligentni, lub choćby tylko silni. I tak naprawdę, to oni akurat obsługiwali innych. To nie wokół nich kręcił się ten biznes. To nie branża ich karmiła. To oni karmili branżę i to oni branży służyli w sposób absolutnie niewolniczy. Służyli tak długo, aż wreszcie okazało się, że już nic więcej nie mogą przemysłowi dać. I zostali wykorzystani po raz ostatni, w sposób najbardziej spektakularny. W sposób tak spektakularny, że do dziś dzieci noszą na koszulkach wizerunek Doorsów, młode dziewczyny latem noszą się jak Janis Joplin, a ten głupek Hołdys może bezkarnie pleść coś o tym, że jego gitarzysta, Dariusz Kozakiewicz, ma ten sam talent co Hendrix, tyle że znacznie wyższą technikę.
Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Doorsi nagrali jeszcze jedną płytę w składzie z Morrisonem, Jimi Hendrix – zanim umarł – zagrał jeszcze trzy koncerty, a Joplin nagrała jeszcze jedną piosenkę, kolejny rok doprowadził by ich wszystkich do takiego stanu, że pies z kulawą nogą by się już nimi nie zainteresował. I to nie oni by na tym najbardziej stracili. Oni być może tego nawet by nie zauważyli, bo mieli mózgi już tak wyprane z wszelkich uczuć, ze pewnie nie bardzo nawet wiedzieli, jak się nazywają. Natomiast straciliby najbardziej na tym ci sami ludzie, którzy do dziś na nich wszystkich najwięcej zarabiają.
I jestem przekonany, że to jest też to, co ostatecznie spotkało Michaela Jacksona. Wiadomo było, ze po wielu latach kompletnie jałowych, postanowiono na Jacksonie jeszcze raz zarobić. Wiadomo było, ze już wkrótce Michael Jackson wyruszy na nową, światową trasę i że tym razem to będzie trasa rekordowa. Jak się dowiadujemy, sprzedano milion biletów na nowy show Michaela Jacksona. Wiemy, ze ten milion ludzi, którzy wydali ciężkie pieniądze na to, żeby zobaczyć wielki powrót wielkiego artysty, w tym swoim szczęściu było równocześnie skazanych na największe rozczarowanie. Bo, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że, gdyby jakoś już doszło do tych koncertów, każdy z nich kończyłby się po pierwszych pięciu minutach jakimś nieszczęściem. Czy to w postaci Michaela, który stracił przytomność, albo Michaela, który się popłakał i uciekł, czy wreszcie Michaela, który, zamiast śpiewać siadł na estradzie i zaczął opowiadać jakieś bajki. Tak prawdziwe legendy nie kończą. Jakaś banda zimnych sukinsynów – jestem przekonany, że mam rację – musiała sobie to wszystko bardzo starannie zaplanować. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Wybór pozostawał tylko jeden: czy Jackson ma umrzeć zanim się cała trasa zacznie, czy lepiej go załatwić podczas pierwszego koncertu. Wybrano rozwiązanie pierwsze. Zdecydowanie bardziej opłacalne i znacznie mniej ryzykowne. Choćby z tego powodu, że nie wiadomo kompletnie, co artysta by zdążył pokazać, zanim wszystko by się skończyło.
Dziś więc mamy sytuację idealną. Pozostała legenda w najczystszej możliwie postaci, pozostał milion tych biletów, które – nawet jeśli stanowiły dla wielu fortunę – będą już na zawsze przepiękną pamiątką. No i przede wszystkim, przez najbliższe 50 lat, najpierw dzieci, a później wnuki obecnych właścicieli tego interesu, któremu na imię pop, będą świetnie żyli z tego niezwykłego talentu i tej niezwykłej historii. A my do śmierci, z prawdziwą radością, będziemy kupować te piosenki.

Wspomniana na początku książka, gdyby ktoś szukał, jest tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...