środa, 20 kwietnia 2016

Zyta Gilowska, czyli żegnaj Kapitanie

Dziś znacznie spóźniony, bo aż z zeszłego tygodnia, mój felieton do „Warszawskiej Gazety”, poświęcony zmarłej i pochowanej już Zycie Gilowskiej. Mam jednak nadzieję, że pomoże on nam jeszcze raz, po tych wszystkich dniach, poczuć potęgę tej straty, no i pożegnać Ją raz jeszcze.

Pogrzeb Zyty Gilowskiej, choć był wydarzeniem w najnowszej historii Polski czymś zupełnie wyjątkowym i przez udział w nim najwyższych przedstawicieli państwa rangę tę w pełni potwierdził, przez ściśle określoną część mediów został zlekceważony, by nie powiedzieć – zbojkotowany. Kiedy w świdnickim kościele przemawiał najpierw prezydent Duda, a zaraz zanim niezwykle poruszającą mowę wygłosił Jarosław Kaczyński, telewizja TVN24 zajmowała się końmi Shirley Watts i opiniami o Polsce krążącymi wśród niemieckich dziennikarzy, a w wieczornym podsumowaniu dnia sprawie pożegnania prof. Gilowskiej poświęciła zaledwie migawkę. Wcześniej jeszcze, odkrywając swoje intencje tak, że bardziej chyba trudno sobie wyobrazić, zaprezentowała specjalnie przygotowane na tę okoliczność wspomnienie, którego znaczną część wypełniła kwestia dawno już rozstrzygniętych, a dotyczących Gilowskiej, wątpliwości lustracyjnych, a więc uciekając się do argumentów dla tego akurat towarzystwa dość obcych.
Przyznać muszę, że tego typu postepowanie było dla mnie pewnym szokiem. Oczywiście ja sam, znając Zytę Gilowską osobiście, utrzymując z nią przez kilka ostatnich lat dość bliski kontakt, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jakiego formatu człowiekiem ona jest, a dziś już ze smutkiem stwierdzam, że była. Miałem jednak też przy tym świadomość, że w tak zwanej przestrzeni publicznej, czy bardziej precyzyjnie mówiąc, systemowej propagandzie, funkcjonowała ona jako ktoś, kto choć wprawdzie się stoczył, to jednak wciąż należał do tej rzekomo lepszej strony polskiej sceny. Ów atak więc mnie, owszem, zaskoczył, a mimo to w pewien sposób moralnie umocnił, gdyż dzięki niemu zrozumiałem, że oni przez te wszystkie lata musieli o prof. Gilowskiej myśleć dokładnie tak, jak ja sobie mógłbym tylko wymarzyć, a więc z czystą i zimna nienawiścią. Kiedy zobaczyłem, jak oni ja potraktowali, kiedy już odeszła, doszedłem do przekonania, że to naprawdę musiał być ktoś nie byle jaki, by u tej bandy satanistów wzbudzić taką wściekłość.
Gdy chodzi o Zytę Gilowską, w wielu środowiskach przez wiele lat utrzymywało się wybitnie mylne przekonanie, że oto wśród nas pojawiła się osoba ideologicznie kompletnie obca, którą, jeśli powinniśmy szanować, to tylko przez jakiś nie do końca zdefiniowany kompleks Jarosława Kaczyńskiego, wobec którego pozostajemy bezradni. Dziś, kiedy już odeszła do Pana, nawet gdybym nie wiedział tego co wiem, wiedziałbym, że sposób, w jaki ona została potraktowana przez System, daje nam potwierdzenie jej najwyższych kwalifikacji. Ale ja swoją wiedzę mam. A jest to, jak już wspomniałem wiedza pochodząca z samej głębi naszej osobistej znajomości. Myślę, że znakomitym argumentem na ten czas po, będzie fragment z listu, który od niej otrzymałem, kiedy, choć bardzo słaba, jeszcze żyła. Proszę wsłuchajmy się w te słowa i zrozummy wreszcie, kogo Polska straciła:
„Trzeba zwrócić się do Opatrzności, pamiętać o Przodkach i łapać dystans. W takich przypadkach cytuję sobie świętego Augustyna – ‘Ziemia jest naszym okrętem, nie siedzibą’. Zresztą, ‘Wszystkie włosy na naszej głowie są policzone’. To fakt”.

Wszystkich zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jak zawsze są do nabycia moje książki. Polecam serdecznie i szczerze.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Dlaczego James Woods nie słucha U-2?

W ostatnich dniach, na temat Polski, poza kilkoma politykami i instytucjami Unii Europejskiej głos zabrało też dwóch artystów, a mianowicie wokalista popularnej grupy muzycznej U-2, Bono, oraz znany aktor filmowy James Woods. Ponieważ, pomijając sam początek ich muzycznej kariery, do zespołu U-2 i do Bono osobiście czuję wyłącznie pogardę, a od czasu, gdy ów Bono, przy okazji specjalnej audiencji, Janowi Pawłowi II podarował swoje okulary, uważam go za idiotę, jego opinia na mój temat jest mi wysoce obojętna. Co innego James Woods. On zawsze, jeszcze w czasach głębokiego PRL-u należał do moich ulubionych aktorów, a takie filmy jak „Cebolowe pole”, „Po sąsiedzku”, czy wreszcie „Goście” Kazana, uwielbiałem głównie dzięki niemu. Dlatego też, kiedy niedawno dowiedziałem się, że Woods jest z krwi i kości konserwatystą, naturalnie bardzo ucieszyłem się i poczułem satysfakcję. W końcu zawsze dobrze jest mieć swoich ludzi i tu i tam i wszędzie gdzie się da. Moja satysfakcja była jeszcze większa, kiedy na profilu Woodsa, który obserwuję na Twitterze, znalazłem następujący komentarz: „A więc Polska, od zawsze wystawiona na różnego rodzaju złośliwości, wykazuje zdrowy rozsądek niedostępny dla Obamy, Clintona, czy Merkel…”.
Gdy chodzi o wspomnianego wcześniej Bono, jakimś niezbadanym cudem wystąpił on przed amerykańskim Senatem i oświadczył, że świat jest generalnie okay, z wyjątkiem Węgier i Polski, gdzie panuje faszyzm. Jak mówię, dla mnie fakt, że Bono, występując gdziekolwiek, wygłasza jakieś oświadczenia, ma znaczenie tylko na tyle, że w ogóle ciekawi mnie, jak nisko musi upaść w końcu poważna instytucja, by podpierać się autorytetem rockowego piosenkarza. Powiem jednak więcej. Gdyby – również jakimś niezbadanym cudem – amerykański Senat zaprosił do wyrażenia swojego zdania na temat sytuacji na świecie Jamesa Woodsa, ja bym był zdziwiony nie wiele mniej. Powiedzmy, mniej o tyle, o ile James Woods jest dla mnie bliższy, jako artysta. Jednak zdziwiony bym był i tak. I choć oczywiście byłoby mi miło, że James Woods myśli i mówi o nas Polakach z sympatią, zachowałbym daleko idący dystans. W końcu, bez przesady – tu nie ma żadnej polityki, to są tylko poglądy. Takie lub inne, ale jedynie poglądy.
Tymczasem jest tak, że w naszych mediach komentarz Jamesa Woodsa z Twittera przeszedł niemal niezauważony, natomiast to, co Bono wygłosił w Senacie w Stanach Zjednoczonych poruszyło serca i umysły wielu, z takim przekazem, że oto Bono dołączył do wielkiej grupy światowych autorytetów krytykujących rządy Prawa i Sprawiedliwości i spod tej krytyki PiS się już raczej nie wygrzebie. Czy Bono wspomniał coś na temat PiS-u, Kaczyńskiego, czy Trybunału Konstytucyjnego? Oczywiście, że nie. Przecież on nawet nie wie, że coś takiego jak PiS i KOD w ogóle istnieje. Jedyne co Bono wie, to to, że Polska i Węgry są trefne, a i to też pewnie głównie dlatego, że tam się nie lubi gejów i lesbijek i się krzywo patrzy na aborcję. Ale czy James Woods na Twitterze pochwalił rządy PiS-u? Też nie bardzo. Tak naprawdę on jedynie powiedział, że Polska jest w porządku, bo nie chce wpuszczać do siebie muzułmańskich imigrantów, a on sam też tej dziczy nie lubi. Czy obie opinie w ogóle dotyczą polskiej polityki? Ależ oczywiście, że nie. Sprawa sprowadza się wyłącznie do tego, że Bono to komuch, który jedyne co wie, to to, że trzeba tępić faszyzm, a Woods to konserwatysta, który właśnie dowiedział się, że jest na świecie taki kraj jak Polska i że tam jest po prostu fajnie i wesoło, i dał temu przekonaniu wyraz.
A zatem, i tu i tam mamy do czynienia wyłącznie z tym, z czym mamy do czynienia od zawsze, a więc walką dobra ze złem, gnuśnością z otwartością, rozumem z przesądem. No i z propagandą. Propagandą straszną, wobec której jesteśmy bezradni i bez szans. Jedyne co nam pozostaje to być wiernymi. I iść. A Jamesa Woodsa pozdrawiam stąd bardzo serdecznie. Jest Pan wielkim aktorem.

Niezmiennie zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Minister Kluzik dokonuje coming outu

Stało się tak, że dziennikarz „Wyborczej”, niejaki Wiciński, na swoim Twitterze napisał co następuje: „6 lat temu zwolennicy PiS obrzucili Kuczyńskiego błotem. Po ujawnieniu nowych nagrań z Tu-154 okazało się, że miał rację”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co Wicińskiemu chodzi, powiem krótko, że jego bardzo poruszyło opublikowanie przez TVN24 kolejnych, jak zwykle już ostatecznych, zapisów rozmów z rozbitego w Smoleńsku w drobny mak tupolewa i to w związku z tym owo wzmożenie, które doprowadziło Wicińskiego do konstatacji, że po sześciu latach okazuje się, że Kuczyński miał jednak rację. Na komentarz Wicińskiego zareagował nie kto inny jak Joanna Kluzik-Rostkowska i Wicińskiego zretwittowała, co oczywiście nie zawsze oznacza, jak to określa bardziej wykształcona część Twittera, „endorsement”, w tym jednak wypadku tu akurat z całą pewnością opinię Wicińskiego miało wesprzeć.
Ponieważ Joanna Kluzik jest moją koleżanką, przed laty moim człowiekiem w wielkiej polityce, a w roku 2010 samym szefem kampanii Jarosława Kaczyńskiego w walce o urząd prezydenta, i ja w związku z tym czuję do niej dość duży sentyment, zareagowałem na ów jednak „endorsement” ironiczną uwagą, że przede wszystkim nie widzę powodu, by Wiciński z Kuczyńskim mieli się dziś jakoś szczególnie cieszyć, gdy TVN24 opublikował coś, co publikuje regularnie od sześciu lat, a my wszyscy to znamy zbyt dobrze, a więc, że przyczyną Smoleńskiej Katastrofy był błąd pilotów i pijany generał Błasik, no ale też nie bardzo rozumiem, czemu Joanna aż tak triumfuje, skoro sześć lat temu trzymała sztamę z Kaczyńskim. I proszę sobie wyobrazić, że na ten mój przekąs Joanna Kluzik zareagowała następująco: „Krzysztof, o katastrofie 6 lat temu myślałam identycznie jak dzisiaj. Tylko dowodów mamy coraz więcej”… Ups!
Powiem szczerze, że kiedy ona to napisała i opublikowała, pomyślałem sobie, że to jest news. Joanna Kluzik-Rostkowska właśnie oświadczyła publicznie, że kiedy wiosną roku 2010 prowadziła kampanię wyborczą Jarosława Kaczyńskiego – właśnie wtedy, w tamtych posmoleńskich miesiącach, w owej atmosferze z jednej strony wielkiego bólu, a z drugiej pragnienia sprawiedliwości, no i tej wiary, że ona tym razem nadejdzie – ona była po przeciwnej stronie. No a skoro ona, to zapewne też cała reszta tego czarnego sztabu, a więc Migalski, Kowal, Jakubiak, czy Poncyliusz. Oni wszyscy, jak się można domyślać, również uważali tak jak wtedy Kuczyński, a dziś Wiciński w „Wyborczej”. No a skoro tak, to wypada sobie zadać pytanie, jak to się wszystko wówczas rozegrało, że kiedy myśmy szli głosować na Jarosława Kaczyńskiego, tam już wszystko było zdecydowane.
I teraz pewnie wypadałoby mi zająć się i tym całym towarzystwem, które w tamtych szczególnych dniach otoczyło ledwo żywego z rozpaczy Jarosława Kaczyńskiego, żeby go najzwyczajniej w świecie dobić i zakończyć ten fragment polskiej historii, ale nie zrobię tego, bo powiem szczerze, że nie mam już siły wpatrywać się w ten cień. Natomiast bardzo mnie ciekawią mnie dwie inne zupełnie rzeczy. Przede wszystkim, dlaczego Joanna Kluzik postanowiła dokonać owego coming outu? Ja oczywiście wiem, że przez minione sześć lat teoria, że ówczesny sztab Jarosława Kaczyńskiego prowadząc mu kampanię w taki, a nie inny sposób miał na celu tylko jedno – przegrać. Sam przecież wskazywałem na taką ewentualność publikując dość szeroko wówczas dyskutowaną rozmowę z pewnym Pawłem, a więc człowiekiem, który tam wtedy na miejscu przez pewien czas był i wszystko oglądał z bliska. Co innego jest jednak spekulować, czy wręcz zachowywać przekonanie, a co innego dowiedzieć się od osoby najbardziej zainteresowanej, że tak, to prawda, dobrze myśleliście, myśmy tam mieli inne zadania. A więc czemu ona uznała, że dziś po latach nic nie zaszkodzi to przyznać?
Druga rzecz, jaka mnie tu poruszyła, to fakt, że na oświadczenie Kluzik nie zareagował nikt. Ono przeszło zupełnie bez echa. Ja otrzymałem jak zawsze bardzo dużo komentarzy dotyczących najróżniejszych tematów, ten jednak nie wywołał najmniejszego zainteresowania. Proszę popatrzeć, co się stało. Oto przyszła Joanna Kluzik i przyznała, że wiosną 2010 roku, będąc szefową kampanii Jarosława Kaczyńskiego, uważała, że owe emocje, które miały nieść go do zwycięstwa to jakieś bzdury kotłujące się w rozpalonych głowach grupki wariatów, dziś jej ówczesne przekonanie tylko się potwierdza… i to nikogo zupełnie nie interesuje. Tak jakbyśmy wszyscy uznali, że ta Joanna Kluzik z Twittera, to jakaś inna Joanna Kluzik i podobieństwo nazwisk i osób jest tu zupełnie przypadkowe. Dlaczego tak? Otóż tego też nie wiem. Mogę tylko zgadywać, zarówno co do jednego, jak i drugiego, jednak myśli jakie tu mam są tak ponure, że chyba jednak nam tu ich dziś oszczędzę. Miłej niedzieli. Może będzie jakiś fajny mecz.

Niezmiennie zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

sobota, 16 kwietnia 2016

Pan Kukiz już się zbliża - repryza

Dziś po raz kolejny wspominamy Pawła Kukiza, swego czasu zdolnego muzyka i aspirującego polityka, który pewnego dnia zobaczył karuzelę, wskoczył na nią i natychmiast z niej zleciał. Przed nami drugi odcinek, w postaci notki jeszcze z roku 2014 pod tytułem „Pan Kukiz już się zbliża”. Zapraszam:

W ciągu sześciu już lat prowadzenia tego bloga zanotowałem trzy poważniejsze sytuacje, kiedy to z dnia na dzień straciłem dziesiątki czytelników, a zyskałem mniej więcej tyle samo zażartych nieprzyjaciół. Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy zaatakowałem tu Stanisława Michalkiewicza, drugi raz, kiedy przedmiotem mojego ataku stał się, wówczas jeszcze bohater polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, no i trzeci raz – z jakiegoś, do dziś dla mnie niewyjaśnionego powodu, przypadek zdecydowanie najbardziej drastyczny – kiedy postanowiłem się rozprawić z Pawłem Kukizem za jego piosenkę o dwóch zapitych katyńskich enkawudzistach.
Wydawałoby się, że ów projekt był czymś tak oburzająco skandalicznym, że, pomijając osoby, których cieszy każdy przypadek kompromitacji polskiego patriotyzmu, nie znajdzie się jedna osoba, która miałaby potrzebę bronić Kukiza, a tym bardziej obrażać się na tych, którzy postanowili obnażyć czy to jego bezczelne cwaniactwo, czy porażające zgłupienie. Tymczasem stało się tak, że on najpierw napisał, a następnie wykonał to gówno, ja je obnażyłem, i w tym momencie cała kupa patriotów obłożyła mnie klątwą.
Od tego czasu minęło już kilka lat, sam Kukiz miał już parę razy okazję pokazać, kim jest i czego się po nim można spodziewać, a więc wydaje się, że nawet ci najbardziej zaczadzeni pragnieniem wyszukiwania „naszych” nawet w najbardziej odrażających zakątkach bezbożnej i głupiej Polski swoje nadzieje związane z osobą Kukiza radykalnie ograniczyli. Nawet ja sam, czyli ktoś, kto na Kukiza zawsze miał oko, z niejakim zdziwieniem zaobserwowałem, że kiedy on niedawno wystąpił u Moniki Olejnik, mając obok siebie samego Janusza Palikota, i obaj wspólnie, w pełnej zgodzie i porozumieniu, walili w Donalda Tuska, nawet mi się brew nie uniosła.
Przyznać jednak muszę, że kiedy wszystko wskazywało na to, że Paweł Kukiz wszystkie swoje możliwości wyczerpał i jedyne czym nas może jeszcze zaskoczyć, to udanie się do Rosji i zwrócenie się do Putina o przyznanie mu obywatelstwa, on bardzo aktywnie, choć oczywiście na swój szczególny sposób, przyłączył się do świętowania Dnia Wolności, napisał i wykonał kolejną piosenkę. Z pozoru nie stało się nic szczególnego. Od czasu, gdy Kukiz, w celu zaatakowania polskiej wiary, polskiej religijności, polskiego Kościoła, w więc de facto Polski, napisał i rozpowszechnił w publicznej przestrzeni osobistą parodię eucharystycznej pieśni „Pan Jezus już się zbliża”, wiadomo było, że on już do końca swojego nędznego życia będzie miał tylko jeden sposób na sukces: obudowywanie najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz tych lub tamtych – zależnie od tego, kto więcej zapłaci – równie prymitywną i tanią muzyczną tandetą i sprzedawanie tego na popularnym rynku. Ów atak na Kościół, który Kukizowi przyniósł popularność i pieniądze, a przy okazji sprawił, że podobnie jak sparodiowany swego czasu przez Zembatego „Marsz żałobny” Chopina już zawsze będzie budził ironiczny uśmiech, tak samo przyjmujące Pierwszą Komunię Świętą dzieci, a zwłaszcza ich rodziny, już nigdy nie będą potrafiły zachować odpowiedniej powagi, i tak – przyznaję to z prawdziwa przykrością – miał w sobie pewien artystyczny poziom; w porównaniu z nim, wszystko co Kukiz robił w kolejnych latach było już tylko gorsze, osiągając, wydawałoby się, skaliste dno piosenką o enkawudzistach, no i całą resztą, która się pojawiła chwilę później na zwiastowanej przez nią płycie.
I oto dziś Kukiz przedstawia swój kolejny utwór. Tym razem jest to parodia słynnej okupacyjnej piosenki „Dnia pierwszego września roku pamiętnego”, zaśpiewana oczywiście kpiąco, w znanym kukizowym stylu, w towarzystwie ruskiej harmoszki, z takimi oto słowami:

„Dnia 4 czerwca roku pamiętnego
zebrała się banda stolca okrągłego.
Kiszczak i Jaruzelski moskiewskie pachołki
ze zdrajcami ludu podzielili stołki
”.

Nie będę tej piosenki ani tu linkował, ani tym bardziej cytował dalszej części tego tekstu, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa elementy, które Kukiza, zapewne kompletnie wbrew jego woli, ostatecznie demaskują. I nie chodzi mi o to, że Kukiz najwyraźniej, czy to ze zwykłego dla siebie braku przytomności, czy może z jakiegoś ciężkiego upojenia, wszystko pomylił, bo akurat owa „banda stolca okrągłego” nie zebrała się 4 czerwca, tylko dużo wcześniej. To akurat, jeśli chodzi o ocenę stanu, w jakim znajduje się Kukiz, nie ma dla nas szczególnego znaczenia. Proszę zwrócić natomiast uwagę na trzecią linijkę tego tekstu. Otóż, mimo że było naprawdę parę wręcz narzucających się, jako oczywiście lepsze, rozwiązań tego fragmentu, Kukiz wybrał coś takiego. Przede wszystkim, historycznie rzecz biorąc, to nie Kiszczak z Jaruzelskim, ale Jaruzelski z Michnikiem nas tak wówczas załatwili. A zatem, o wiele lepsze, pod każdym, nie tylko merytorycznym, zresztą względem, byłoby „Michnik i Jaruzelski”, a nie „Kiszczak i Jaruzelski”. Tu jednak, w sposób oczywisty ze zwykłego cwaniactwa, Kukiz Michnika zastąpił Kiszczakiem. Jaruzelski nie żyje, Kiszczak Kukiza ma w swojej ledwo już żywej dupie, natomiast Michnik tego „moskiewskiego pachołka” Kukizowi by nie darował i by go zwyczajnie zniszczył.
Ale jest jeszcze coś. Widać to wyraźnie, kiedy się tej piosenki słucha, natomiast, jak sądzę, część Czytelników i tak już zauważyła, czytając już tylko te słowa, że tego „Kiszczak i Jaruzelski” nie da się zmieścić w melodii. Podobnie zresztą nie zmieściłoby się „Michnik i Jaruzelski”, właśnie przez to nieszczęsne „i”. Natomiast wystarczyłoby, żeby Kukiz owo „i” zastąpił przez „z”, i melodia linijki zostałaby zgrabnie zachowana. Kukiz jednak na to nie wpadł, no i mamy to co mamy, czyli „Kiszczak i Jaruzelski”, którego nawet tak wybitny pieśniarz, jak Kukiz zaśpiewać nie jest w stanie.
A ja sobie myślę, że to akurat już nie świadczy o jakimkolwiek cwaniactwie, ale wręcz przeciwnie – o czystym braku przytomności i zwykłej gnuśności tego dziwnego człowieka. Jemu się nawet nie chciało nad tym tekstem przez jeszcze jedną chwilę popracować. Nie chciało, albo zwyczajnie zabrakło sił. I to jest już właściwie moment, by o nim zwyczajnie przestać gadać, a nawet myśleć. Kukiz stanowi bowiem upadek w postaci równie karykaturalnej, co karykaturą są te jego piosenki. Jest jednak wciąż pewien problem. Z tego co słyszę i widzę, Kukiz to nadal liczący się bardzo element naszej prawicowej sceny politycznej. Nawet opisywana przeze mnie piosenka zyskała już pewną popularność, i to, o dziwo, wcale niekoniecznie popularność negatywną. A więc, wygląda na to, że Kukiz wciąż fika i naszym obowiązkiem owo fikanie jest jak najszybciej zatrzymać.
Rzecz bowiem w tym, że to właśnie osoba i działalność Pawła Kukiza dostarcza nam pełnej odpowiedzi na dręczące nas od pewnego czasu pytanie: czy to są durnie, czy cwaniacy? Chwilętemu, w rozmowie z komentującym tu na blogu kolegą, zasugerowałem, że tu akurat mamy do czynienia z jednym i drugim – to są mianowicie jednocześnie durnie i cwaniacy. Durni cwaniacy. Wycwanieni durnie. Miejmy, proszę, na nich oko. Oni potrafią być naprawdę żywotni.

Zapraszam wszystkich do księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Gorąco zachęcam.

piątek, 15 kwietnia 2016

Kukiz - ostatnie wejście smoka

Miałem na dziś zupełnie inne plany, jednak wczorajszy widok Pawła Kukiza gratulującego sobie z Ryszardem Petru owego – historycznego już w pewnym sensie – „zwycięstwa”, zrobił na mnie takie wrażenie, że postanowiłem najbliższe dni poświęcić właśnie jemu, Pawłowi Kukizowi, i przypomnieć dwa swoje starsze już teksty. Pierwszy z nich, zatytułowany po prostu „Kukiz” już dziś. Wrzesień 2009 roku. Jak ten czas leci!

Dziwna rzecz. Powinno być zupełnie odwrotnie, a tu akurat, w moim przypadku, wszystko stanęło na głowie. Z jakiegoś powodu, pisanie na zamówienie mi służy. Jakiś czas temu, mój dobry kolega FlyingOko zażyczył sobie, bym przestał zanudzać i zaczął pisać o sprawach, nie o ludziach, napisałem specjalnie dla niego tekst o czymś co panoszy się po mojej okolicy, a nazywa się Regionalna Izba Gospodarcza, i natychmiast ojciec Rachmajda wydrukował mi ten tekst w swoich Zeszytach. Wczoraj, mimo że miałem już bardzo sprecyzowane plany co do mojego kolejnego wpisu, a tu znów FlyingOko zgłosił zamówienie, tym razem na tekst o językowej niekompetencji w rejonach jak najbardziej publicznych. Napisałem więc to co napisałem, a tu nagle, komentarze, rozbłysły tak cudowną gadką – tylko w bardzo, bardzo nikłym stopniu związaną z tematem – że pozostało mi jedynie drapać się po głowie i zastanawiać, jak to się stało, ze ten blog potrafił przyciągnąć do siebie tak miłe towarzystwo.
Oczywiście, wrzutki, o których piszę mają swoje wady. Choćby to, że tematy już gotowe, muszą poczekać. Ale to jest drobiazg. Jak trzeba, niech czekają. Szczególnie gdy ich bohaterem jest ktoś, lub coś, co nawet nie do końca zasługuje, by się tu znaleźć. Dziś, mam na głowie piosenkarza Pawła Kukiza. Piszę ‘piosenkarza’, choć nie do końca mam przekonanie, że to jest dobre określenie. Kukiz jest niewątpliwie byłym piosenkarzem, zdaje się, że w pewnym momencie swojej kariery, jak na polskie warunki, dość zdolnym. Jest też aktorem z doskoku, kompletnie nieudanym, no i przede wszystkim tzw. niedzielnym autorytetem. Co mam na myśli, mówiąc o ‘niedzielnych autorytetach’? Chodzi mi i pewną, niewielką grupę, głównie popowych artystów, którzy przez ogólnokrajowe media wykorzystywane są, od czasu do czasu, do załatwiania bieżących spraw, o których przeciętny obywatel ani nie ma pojęcia, ani tego pojęcia mieć nie powinien. Są to tacy ludzie jak Zbigniew Hołdys, Krzysztof Skiba, Kora Jackowska, Liroy, czy właśnie Paweł Kukiz, którzy wprawdzie nie mają pojęcia o niczym, oprócz tego – być może – gdzie można kupić najlepszy towar w mieście, ale za to są wyszczekani i zawsze gotowi do tego, by przyjść do telewizyjnego studia i powiedzieć to co trzeba.
Paweł Kukiz jest oczywiście bardzo typowym przedstawicielem tego środowiska, z jedną jednak różnicą. O ile oni wszyscy są pozbawieni nawet śladu jakichkolwiek innych umiejętności, poza ględzeniem, Kukiz zachował jakąś szczątkową wersję tego, co się nazywa twórczością estradową. A w zawiązku z tym, kiedy on się pokazuje publicznie, to przynajmniej czasami oprócz tego, że gada co mu każą, śpiewa, co uważa za bezpieczne, a może nawet i korzystne. Pamiętamy go wszyscy sprzed lat, kiedy już był tylko byłym muzykiem, ale wciąż dopiero początkującym komentatorem, kiedy zyskał wielką, ogólnonarodową sławę piosenką zaczynająca się od słów „Ksiądz proboszcz już się zbliża”. Były artysta Kukiz, wymyślił sobie swój akt w ten sposób, że, korzystając z melodii kościelnej piosenki eucharystycznej, śpiewanej przez pobożne polskie dzieci podczas ich Pierwszej Komunii, stworzy zupełnie nowy utwór, który wyszydzi Kościół, jako środowisko pijaków i złodziei. Pomysł Kukiza bardzo zgrabnie się wpisał w ówczesną atmosferę bardzo agresywnego antyklerykalizmu i przyniósł mu wielką sławę i zapewne bardzo duże pieniądze.
Piszę dziś o nim bez najmniejszego wstydu i poczucia tracenia czasu, ponieważ właśnie w dniu rocznicy sowieckiej zbrojnej agresji na Polskę, Kukiz powtórzył swój manewr sprzed lat. Nie po raz pierwszy zresztą. Kiedy komunistyczna agentura zaczynała tracić grunt pod nogami i nawet ktoś kompletnie niezorientowany w polityce wiedział, że Miller, Kołodko, Oleksy, Kwaśniewski i cała reszta tej bandy powoli zaczyna odchodzić w niebyt, i kiedy Lech Kaczyński swoją popularnością zaczął dystansować nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, Paweł Kukiz odnowił swoją publiczną pozycję piosenką, w której obrzucał komunistów najbardziej obelżywymi epitetami. I wtedy również, wystąpił kilka razy w mediach, wyjaśniając jak to on po prostu nie mógł się powstrzymać od tego gestu serca. Zarówno jednak ów stary greps z parodią dziecięcej piosenki eucharystycznej, ani późniejsze plucie na naszą rodzimą bolszewię, nie mogą się równać z tym, co Kukiz wykroił nam obecnie. Wykorzystując, z jednej strony, społeczny sukces historycznej polityki, niestrudzenie i wbrew bardzo ciężkiej agresji z różnych stron, prowadzonej przez Lecha Kaczyńskiego, a w wcześniej również przez rząd PiS-u, a z drugiej, 70. rocznicę sowieckiej napaści, napisał i zaprezentował nową piosenkę, tym razem o dwóch pijanych sowieckich żołnierzach strzelających w lesie katyńskim do polskich oficerów.
Podobieństwo między wczesnym przebojem Kukiza, a tym, co on odstawił dziś, jest uderzające. Przede wszystkim identyczny jest sam pomysł muzyczny. zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta dzisiejsza, to jarmarczne parodie. Śpiewając przed laty o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, Kukiz przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by ta stara kościelna pieśń brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Dzisiejszy szlagier Kukiza korzysta z identycznych środków . Wprawdzie tym razem, zamiast organów, słyszymy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem. Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, ze i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
No ale i to nie jest najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, jest to, że on do promowania swojej nędznej osoby, wykorzystał akurat ten dzień. Mało tego. Niechby i robił on sobie, co mu przyjdzie do tej jego brudnej głowy, gdyby tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Tu jednak nastąpiło coś zupełnie porażającego. Telewizja TVN24, najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tą piosenką, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia. Oto choroba w postaci najczystszej.
Żeby nie pozostawiać najmniejszej wątpliwości co do tego, o czym chcę dziś mówić. Nie chodzi mi specjalnie o to, że władze wykorzystuję kulturę pop do swoich nędznych interesów. W końcu, to się dzieje cały czas. Pamiętamy pewnie wciąż, jak w czasach kiedy Jerzy Buzek jeszcze nie był wielkim, wspaniałym, poważnym europejskim polityka o najszlachetniejszej w świecie siwiźnie, ale Buzkiem, z którego szydziło każde dziecko, Krzysztof Skiba, wówczas jeszcze muzyk, a nie polityczny komentator, podczas któregoś z koncertów dowcipnie wypiął na Premiera swój spasiony tyłek. To jest na tyle bzdura, że dziś nawet nie warto Skiby pytać, czy on, w swoim niezależnie myślącym łbie, wciąż uważa Buzka z kogoś, komu można tylko pokazać dupę. Ani nie ma po co, ani nie ma jak. W końcu nawet, gdybym go spotkał na ulicy, to co mi to da, że się napnę? Przecież to głupek.
I taki to jest ten nasz los. Los ludzi, otoczonych z jednej strony przez zakłamanych polityków, dziennikarzy, socjologów, politologów, psychologów, a z drugiej strony przez wynajmowanych przez nich tandeciarzy, których jedynym sukcesem i zasługą jest to, że w tych smutnych wczesnych latach osiemdziesiątych, kiedy władze stanu wojennego, w celu uwiarygodnienia swojej zbrodni, znaleźli się w odpowiednim miejscu, a umieli trochę grać na jakimś instrumencie. Jednych i drugich, zresztą, z kolei, wynajętych przez kogoś stojącego znacznie wyżej, tyle że, jeśli idzie o to, kto to taki, to nam już akurat nic do tego. A po co to wszystko? Tu nam akurat też nic do tego.

Przypominam, że w księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books są do nabycia moje książki. Szczerze zachęcam.

czwartek, 14 kwietnia 2016

TKM, czyli czy Witold Gadowski obejmie Ministerstwo Dobrego Filmu?

Kiedy piszę ten tekst, słynny od paru dobrych tygodni film Witolda Gadowskiego zatytułowany „Krew męczenników” pokazywany jest w telewizorze dopiero od 25 minut, a ja już mam dość. Niedawno mieliśmy okazję oglądać inny hit odzyskanej po rządach Platformy Obywatelskiej Telewizji Polskiej o zamordowanym przez Jaruzelskiego księdzu Popiełuszce i to było wydarzenie takiej rangi, że poświęciłem mu osobną notkę. Od paru tygodni TVP zapowiadała dokument Gadowskiego o ISIS, dziś nadszedł dzień premiery, a ów film, jak mówię, jeszcze się na dobre nie zaczął, a ja już wiem wszystko. Dokument Marii Dłużewskiej nie jest już liderem. Gadowski pokazał, że ściana stoi kilka metrów dalej. Ale jest jeszcze gorzej. O ile bowiem Dłużewska pokazała nam jedynie snującego się po Warszawie księdza Małkowskiego na zmianę ze starymi materiałami Milicji Obywatelskiej, co dla ludzi w moim wieku mogło mieć przynajmniej wartość sentymentalną, sama jednak pozostawała ukryta dyskretnie z drugiej strony kamery, Gadowski zdecydował się nakręcenie filmu zbudowanego wyłącznie w oparciu o uzyskane z Internetu obrazki z ogarniętej przez wojnę Syrii na przemian z Gadowskim palącym papierosa, Gadowskim robiącym zdjęcia, Gadowskim idącym drogą i Gadowskim patrzącym w dal. A wszystko to, od pierwszej minuty filmu, pogrążone w tak straszliwym narracyjnym chaosie, że mimo iż całą rodziną, w tej chwili już od 45 minut, próbujemy się zorientować, jaki jest podstawowy sens i przesłanie tego filmu, zostajemy tylko z tym uzbrojonym w przeciwsłoneczne okulary i aparat fotograficzny Gadowskim.
Właśnie podniosłem wzrok i znów spojrzałem na ekran telewizora. Licząc na to, że coś tam się zmieniło. Na ekranie jednak znów Gadowski w swoich wypasionych przeciwsłonecznych okularach i znów jakieś ściągnięte z Internetu sceny syryjskiego chaosu. Jakiś człowiek z charakterystycznym nożem po raz pięćdziesiąty od 50 minut szykuje się, by przeciąć gardło człowiekowi w pomarańczowym drelichu, tyle że w kluczowym momencie TVP dyskretnie scenę retuszuje i znów patrzymy, jak Gadowski przechadza się po okolicy pstryka zdjęcia.
Owe sceny podrzynania gardeł krążą publicznie od pewnego już czasu. Słyszałem o nich wielokrotnie już wcześniej. Podobno w Internecie są ich dziesiątki. Rozumiem, że Witold Gadowski je sobie wszystkie starannie obejrzał i uznał, że trzeba koniecznie nakręcić film, gdzie może się uda je jakoś przemycić. No ale, tak czy inaczej, jak zawsze, przede wszystkim chodzi o niego. Nie mam wątpliwości, że już za moment pojawi się ponownie, by w swoim stylu zaciągnąć się papierosem. Dziękuję, nie skorzystam. Idę spać. A na dobranoc mam apel do ministra Glińskiego. Czy on mógłby jednak zachęcić swojego brata, by ten z kolei namówił paru swoich kumpli-filmowców, by ci zgodzili się kręcić kolejne dokumenty dla TVP. Jestem pewien, że za odpowiednie pieniądze oni pójdą nawet na jakiś bardziej głęboki patriotyzm, a my przynajmniej nie będziemy musieli się zadręczać wyczynami Gadowskiego i diabli wiedzą, kto tam jeszcze czeka w kolejce.

Rozmawialiśmy niedawno o tak zwanej literaturze młodzieżowej. Ponieważ mam wrażenie, że na tym polu panuje ciężka susza, proponuje wszystkim, by swoim dzieciom kupili którąś z moich książek. Można zacząć od http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. To jest ciepła, pełna dobrych emocji książka. Dziecku się spodoba na sto procent.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Udko z feniksa - w zestawie z colą

Zakończone w minioną niedzielę w Warszawie Targi Wydawców Katolickich mają swoją doroczną kulminację w uroczystości przyznania nagrody tak zwanego „Feniksa”, przez złośliwych nazywanego „Św. Feniksem”. Nic więc dziwnego, że i tym razem Feniksy zostały rozdane, a ich laureaci podczas targów święcili triumf zarówno towarzyski, jak i rynkowy, a ja, powiem uczciwie, zajęty swoimi sprawami, nawet bym nie zwrócił na to uwagi, gdyby nie fakt, że na stoisku tuż obok nas sprzedawany był literacki debiut człowieka nazwiskiem Zbigniew Minda pod tytułem „Twoja dusza była perłą”, jeden z tegorocznych laureatów Feniksa, w kategorii „Książka dla młodzieży”.
Tak zwana „literatura dla młodzieży” stanowi centrum moich zainteresowań literackich z tego przede wszystkim powodu, że osobiście na tej przede wszystkim literaturze zakończyłem swoją literacką przygodę i wszystko co było później, stanowiło w mniejszym lub większym stopniu intelektualną i emocjonalną fikcję. Autentyczne przeżycia to była Ożogowska, Bahdaj, Niziurski, Domagalik i Nienacki. Drugim powodem, dla którego owa „literatura dla młodzieży” mnie zajmuje bardziej, niż inna, to ta, że ja raz po raz spotykam osoby, które mnie pytają, jakie książki mógłbym polecić młodzieży, a ja regularnie odpowiadam, że niestety nie potrafię tu wymyślić nic. Dosłownie nic. I nawet nie chodzi najbardziej o to, że rynek książki jest dziś tak fatalnie nędzny, że, zachowując czyste sumienie, nie można polecić dosłownie nic, ale o fakt, że same czasy są takie, że nie bardzo wiadomo, czym jest wspomniana „młodzież”, której mielibyśmy cokolwiek polecać. Weźmy przeciętną uczennicę pierwszej, czy drugiej klasy gimnazjum i zastanówmy się, co ona by najchętniej poczytała. Najczęściej oczywiście uzyskamy odpowiedź, że nic, bo ona czytać nie lubi. W dalszej kolejności oczywiście będą te wszystkie książki o córce człowieka i wampirzycy, która zakochuje się w przystojnym chłopcu, który dotychczas cierpiał samotność z powodu pierwszej zawiedzionej miłości. No a potem, już wszystko, czyli jakieś mangi, tajne przygody Lucyfera, czy zwykła pornografia. Czy są wśród nas dzieci, które lubią sobie poczytać normalną literaturę, traktująca o życiu, jakie znamy? Zakładając oczywiście, że taka literatura w ogóle istnieje, owszem, są takie dzieci, tyle że to są dzieci tak wybitnie rozwinięte, że one czytają dokładnie te same książki, które czytają ich rodzice, czyli Roalda Dahla, czy Peggy Noonan, a jak ktoś jest już kompletnie szalony, to może i nawet „W pustyni i w puszczy”.
I w tym momencie nagrodę Feniksa otrzymuje Zbigniew Minda i jego książka „Twoja dusza była perłą”. Jak wspomniałem wcześniej, nasze stoisko sąsiadowało bezpośrednio ze stoiskiem, na którym sprzedawana była ta książka i miałem okazję obserwować, jak działa tak zwana promocja. Książka Mindy wystawiona była na specjalnym stojaczku z napisem „Feniks” i mimo że przechodzący obok ludzie wiedzieli o niej dokładnie tyle samo, co o książkach Coryllusa, czy moich, a więc nic, przyciągnięci owym Feniksem, zatrzymywali się i najpierw potrzebowali wiedzieć, czy jest gdzieś może w okolicy autor, który napisze im dedykację, a po usłyszeniu odpowiedzi, że niestety autor się rozchorował i będzie może za rok, pytali, czy to jest książka, która spodoba się czternastolatce, szesnastolatce, czy osiemnastolatce, otrzymując niezmiennie informację, że to jest jak najbardziej książka dla nich, ciepła i pełna pozytywnych emocji… no a ja przyznaję, że niekiedy nawet tę książkę kupowali.
No i ja powiem zupełnie szczerze, że kompletnie nie rozumiem, po jasną cholerę oni to robili. Ona wprawdzie kosztowała w promocji zaledwie 25 zł i jako rzekomo „ciepła i pełna pozytywnych emocji” była czymś, co każde dziecko powinno przeczytać i przeżyć, niemniej nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by, zakładając, że to nie była książka o czarownicach, wampirach i owych japońskich dzieciach z wielkimi oczami, jakikolwiek gimnazjalista, czy gimnazjalistka mieli ochotę ją wziąć do ręki. Z tego co rozumiem i co wiem, mogę z autentycznym przerażeniem założyć, że jedynym efektem wydania tych 25 złotych, w większości wypadków będzie to, że tę książkę przeczytają wyłącznie rodzice, a i to tylko we fragmentach, bo z tego, co zdążyłem zobaczyć, różnica między powieściami Domagalika i Ożogowskiej, a debiutancką powieścią Mindy jest taka jak różnica między filmem „Do widzenia do jutra”, a „Drogówka”. I na to nikt już nigdy nie znajdzie sposobu.
Problem polega bowiem na tym, że nasz świat został doprowadzony do miejsca, gdzie owe dzwony kościoła z Orwella, których dźwięk Winston praktycznie zapomniał, są niemal ostatnią rzeczą, jaka my jeszcze sobie uprzytomniamy. Cała reszta, a wraz z nią ów świat „literatury dla młodzieży”, znany z książek Ożogowskiej, czy Bahdaja, przeminął bezpowrotnie, dokładnie tak samo jak te gumy do żucia, o które założył się Marcin Bigoszewski, czy chłopcy z Górczewskiej, którzy, jak wiemy, są najwspanialsi.
Staliśmy przez te cztery kwietniowe dni, sześć lat po Smoleńsku, na naszym stoisku, sprzedając nasze książki ludziom, którzy nas znają, ale i tym, którzy trafili na nas przypadkiem i, jak już wspomnieliśmy o tym Coryllus i ja we wczorajszych notkach, było słabo. Owszem, praktycznie od początku do końcu w Arkadach kłębił się tłum, jednak ludzie z jakiegoś nieprzeniknionego do końca powodu książek nie kupowali. Ponieważ targi w Arkadach Kubickiego od zawsze były targami najlepszymi, zacząłem się zastanawiać, co takiego się stało, że tym razem nastąpiła aż taka klapa. Otóż moja teoria jest taka, że na samym początku tego wszystkiego od samego początku nie stało nigdy nic innego, jak tylko, owo nigdy do końca nieopisane pragnienie znalezienia tej jedynej bratniej duszy, która pozwoli nam poczuć to ciepło wspólnoty i solidarności. Cały sukces projektu Gabriela Maciejewskiego sprowadza się do tego, że jemu udało się skupić wokół swojego wydawnictwa ludzi, dla których to co on pisze i wydaje, to nie jest zabawa, ale życie. Ludzie którzy przychodzą na nasze stoisko od lat i kupują nasze książki, to ludzie, dla których świadomość bycia częścią tego tak bardzo szczerego i tak bardzo pełnego zwykłych ludzkich emocji przedsięwzięcia jest jak powietrze bez którego człowiek zwyczajnie umiera. Nawet zachowując resztki mojej naturalnej skromności, ja to widzę za każdym razem, gdy sprzedaję kolejną swoją książkę, czy to przez Internet, czy bezpośrednio: że za tym tak naprawdę nie stoi nic innego, jak owo pragnienie solidarności i zrozumienia. Jeśli tego nie ma, nie ma nic. Tylko rynek.
Mieliśmy więc w tych dniach szóstą rocznicę Katastrofy Smoleńskiej i po raz pierwszy od tego czasu poczucie prawdziwego zwycięstwa. A wraz z ową świadomością, że jesteśmy znów wszyscy razem, jak sądzę, wielu z nas zwyczajnie odłożyło sobie te książki na później. I nie chodzi mi o to, że na gorsze czasy, bo, na ile potrafię dobrze ocenić sytuację, przed nami siedem lat tłustych i tego już nikt nie zmieni, ale na dni, że tak to ujmę, mniej świąteczne. I wtedy znów się spotkamy. Bo, nie oszukujmy się, Poldek i Duduś Fąferski nie żyją. To co mamy dziś, to już tylko z jednej strony japońska manga, a z drugiej nasze życie. To życie. A gdy chodzi o wspomnianego Feniksa, to, jak głosi Wikipedia, to z greckiego φοίνιξ, mityczny ptak, uznawany za symbol Słońca oraz wiecznego odradzania się życia. Dziękuję, ale nie skorzystam.

Książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl po otwarciu zakładki „księgarnia”. Zapraszam i zapewniam, że to jest ostatni przystanek.



Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...