poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Jeden grosz dla premier Kopacz, czyli 6 września grillujemy

Jak to już nie jeden raz bywało, na dziś miałem przygotowany temat nieco inny, jednak stało się tak, że szedłem z psem do parku i na wysokości stadionu AWF-u ujrzałem wielki billboard Platformy, a na nim napis: „STOP FINANSOWANIU PARTII Z BUDŻETU”.
Dolna część billboardu podzielona jest na dwie równe części, gdzie po lewej stronie stoi informacja „PO – MY JESTEŚMY ZA”, a po prawej „PIS – ONI SĄ PRZECIW”.
Przyznam, że kiedy to zobaczyłem, mało z wrażenia nie wpuściłem psa pod samochód. Bo zastanówmy się proszę, co takiego oni nam przy pomocy tego przekazu chcą powiedzieć? Że za czym oni są i przeciwko czemu jest PiS?
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wśród wyborców Platformy Obywatelskiej są takie umysły, dla których jest jasne, że Platforma jest za stopem, podczas gdy PiS przeciwko stopowi i oni akurat znakomicie sobie podczas głosowania 6 września poradzą, natomiast dla każdego normalnie myślącego człowieka przekaz tu jest jednoznaczny: Platforma jest za finansowaniem, natomiast PiS przeciw. I to jest z mojego punktu widzenia oczywiste.
W tej sytuacji, ja właśnie podjąłem decyzję, żeby nie brać udziału w referendum, z tego prostego względu, że mój postulat nie jest w pytaniach referendalnych uwzględniony. Ja jestem bowiem za tym, żeby partie były dalej finansowane z budżetu, z jednym wyjątkiem, mianowicie Platformy Obywatelskiej. Na nich niech się składają ich wyborcy deklarując jeden procent z podatku, z jednoczesnym oświadczeniem, że zgadzają się na to, by ich pieniądze były wyrzucane w błoto.

Przypominam, że moje książki są dostępne w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Życzysz mi śmierci, a sam jesteś rudy i masz POpaprane dzieci

Zwrócono mi uwagę na tekst Daniela Passenta, w którym ten, reagując na skierowany pod adresem „Gazety Wyborczej” apel prezydenta Dudy o niepodgrzewanie i tak już bardzo wrogiej atmosfery politycznej w Polsce, zaapelował z kolei do Prezydenta, a przy okazji i do nas wszystkich, którzy na niego głosowali, byśmy walkę z nienawiścią zaczęli od siebie. Jako argument za tym, że to raczej my powinniśmy się rozliczyć ze swoich grzechów, przedstawił Passent wybór cytatów z jednego tylko numeru tygodnika „W Sieci”, w których reprezentowana przez Passenta strona politycznej walki jest traktowana nieładnie, by nie powiedzieć chamsko.
Cytatów jest zbyt dużo, bym je miał tu za Passentem wszystkie powtarzać, więc może pozostanę przy kilku, mam nadzieję, że zdaniem Passenta, najbardziej parszywych, a moim, jedynie żałośnie głupich:
„Bredzisław. PO już zdecydowała, iż robi z niego wioskowego głupka. Wreszcie znaleźli dla Bredzisława idealną rolę”.
„Tusk zaszkodził Polsce dużo bardziej niż drobny złodziej i moim zdaniem jego miejsce jest więzieniu”.
„[Kopacz] udaje Miss Polonia jeżdżącą po kraju w poszukiwaniu osób łykających jej czerwone jak PRL-owskie agitki spoty”.
Naturalnie biorę pod uwagę możliwość, że wrażliwość Passenta gorzej znosi inne wypowiedzi niepokornych redaktorów, jak na przykład te, w których ci szydzą z nazwiska Tomasza Wołka, czy o Giertychu mówią „pan Gie”, jednak, jak mówię, nie chce mi się tu cytować całego doniesienia Passenta i przedstawiam to, co moim zdaniem jest tam najmocniejsze. Ale też nie chce się zbyt długo skupiać na tekście Passenta, ponieważ ja sam na tym blogu, bez jego łaskawego udziału, już od wielu miesięcy zwracam uwagę na fakt, że tygodnik „W Sieci” przez ten swój głupi i żałośnie tandetny kabaret kompromituje nas wszystkich. Ale nie tylko to. Ja już bowiem od kilku dobrych miesięcy przedstawiam pogląd, że owo prymitywne chamstwo – z jednej i z drugiej strony zresztą – ma swoje jedyne źródło w przekonaniu polityków i mediów, że czytelnicy i telewidzowie to banda durniów, do których nie dotrze żadna propaganda, o ile nie będzie ona przekazywana na odpowiednio niskim poziomie. A zatem, my problem owej tak zwanej „nienawiści” mamy tu załatwiony dość skutecznie.
Natomiast jest też jednocześnie tak, że my wciąż nie mamy rozstrzygniętego problemu nienawiści prawdziwej, takiej gdzie wszystko się zaczyna tam, gdzie kabaret już dawno się skończył. I z tego też względu ja zachęcam Daniela Passenta, a przy okazji wszystkich tych, których jego tekst napełnił pewną satysfakcją, żeby oni akurat się modlili, by ci durnie z tygodnika „W Sieci” nie przestali chichotać, bo te ich wygłupy, jeśli komukolwiek zaszkodzą, to tylko nam, których oni szczerze nienawidzą. Właśnie nienawidzą. Nie uważają nas za wiejskich głupków, nie obrzucają nas tanimi szyderstwami, nie wyśmiewają nas z powodu naszych nazwisk, ale życzą nam już tylko śmierci.
Pamiętam bardzo dobrze, jak jeszcze zanim umarł – swoją drogą, przypominam Danielowi Passentowi, że on w rzeczy samej od pięciu lat nie żyje – prezydent Kaczyński udał się z wizytą do Bielska-Białej i z tej okazji lokalna „Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst zatytułowany „Prezydent objeżdża kraj, próbując ratować swoje sondaże i szanse na reelekcje”, a pod owym tekstem na portalu gazeta.pl głosy czytelników. Proszę uprzejmie:
„Może pomidorkiem albo jajkiem zgniłym dostanie? Należy się temu idiocie”;
„Nie wiem czego tutaj będzie szukał ten mamlaty zakompleksiony karzeł. Nie cieszy się poważaniem na Podbeskidziu – niepotrzebnie się tu pcha – bo będzie to jego kolejna porażka i punkciory ujemne do przyszłych wyborów. Pewnie w Bielsku dostanie sraczki – no i bardzo dobrze – spieprzaj, dziadu, do mamusi”;
„Ten osobnik nie jest wolny, najchętniej zrzekłby się urzędu, ale jego pedalski braciszek mu na to nie pozwala – stąd taka deprecha, sraczki, wściekanie się na opozycję. Ale im bardziej się wścieka i sraczkuje – większa szansa, że na serce zejdzie albo mu jelito grube pi**dolnie. Cieszmy się!”;
„Nikt memłacza nie zaprasza a on wpie... się na krzywy ryj i wku...a ludzi. Takim samym wpie...niem jest próba zastąpienia premiera w Brukseli”;
„Pokurcz wtedy nie wyszedł, ale z powodu swoich słabych zwieraczy i upodobań do ‘czachojebów’. Po co na deszczu, jak można w ciepełku i blisko kibla”;
„Re: ..Zobaczcie.....kaczka leci, oooo..... i bęc!”.
I mam oczywiście nadzieję, że Daniel Passent nie powie mi tutaj, że podczas gdy on cytuje poważnych przedstawicieli prawicowych mediów, ja się znęcam nad jakimiś internautami, bo wówczas przede wszystkim będzie on mi musiał wytłumaczyć, kto tam u nich na kogo wpływa bardziej, czytelnicy na nich, czy oni na czytelników, ale też zawsze będę mógł przypomnieć zdarzenie sprzed lat, kiedy to w wypadku samochodowym zginął prawicowy austriacki polityk Jörg Haider, a kumpel Passenta Piotr Najsztub skomentował to zdarzenie refleksją, że czemu to u nas w Polsce nie dochodzi do takich przypadków.
A więc choć wiem, że tamtych komentarzy nie pisał ani Passent ani nawet Najsztub, ale też ani nie mam oczywiście pojęcia, ani też nawet nie umiem sobie wyobrazić, co za typ człowieka mógł za nimi stać, to, gdy chodzi akurat o ostatni z nich, to, owszem, mogę spekulować. Oto ledwo wczoraj rozmawiałem z bliskim kolegą, który mi opowiedział o całkowicie przypadkowym spotkaniu z pewnym miłym, starszym panem, tu w Katowicach. Proszę sobie wyobrazić, że ów pan z kolei opowiedział mu o tym, jak jeszcze pięć lat temu, po ciężkim wypadku, trafił nieprzytomny do szpitala na odział intensywnej terapii i kiedy odzyskał świadomość, pierwsze co się dowiedział, to to, że w Smoleńsku rozbił się samolot i prezydent Kaczyński nie żyje. I wówczas pan ów, wedle swojej własnej relacji, na ową wiadomość zareagował taką radością, że niemal w jednej chwili poczuł, że ozdrowiał. Kolega mój, zanim jeszcze zdążył się porządnie oburzyć, zapytał, za co ów pan tak bardzo nie lubił prezydenta Kaczyńskiego, że wiadomość, iż ten nie żyje, aż tak go uradowała, na co ten odpowiedział, że za to, że on kiedyś do pewnego człowieka zawołał „Spieprzaj dziadu!”.
Koniec. To wszystko. A my się tylko możemy domyślić, że to pewnie wtedy rozległo się to strasznie zabawne „bęc!”.
I to już faktycznie wszystko. Prawie. Na koniec mam bowiem jeszcze serdeczną prośbę do tych wszystkich z nas, którzy wciąż jeszcze przedstawiają się jako niepokorni, za to już niedługo będą nazywani dziennikarzami reżimowymi. Błagam, opamiętajcie się. Zrozumcie wreszcie, że z prawdziwą nienawiścią nie wygracie. Nawet jeśli okaże się, że mieliście rację uważając nas za idiotów, to zanim my zaczniemy na dobre rżeć, oni wyjdą na ulice i zaczną strzelać. A jak przyjdzie na nas wszystkich czas, spłoniecie razem z nimi.

Nakład książki „o liściu”, w której opisałem tamte czasy, został już sprzedany, natomiast kilka egzemplarzy mam jeszcze u siebie w domu. Jeśli ktoś miałby ochotę na egzemplarz autorski z osobistą dedykacją, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.


piątek, 14 sierpnia 2015

Pociąg do pracy, czyli jak zabić głód za 2,60

Czekają kolejne notki, tymczasem po Polsce jeździ premier Kopacz wraz ze swoimi ministrami, gada, gada i gada i nie ma sposobu, by się zająć tak zwaną robotą. Oto ledwie wczoraj usłyszeliśmy z ust tej niezwykłej kobiety, że ponieważ każde nasze słowo na temat głodujących dzieci to woda na młyn rosyjskiej propagandy i samego Władimira Putina – swoją drogą, od pewnego już czasu, nieprzyjaciela Polski – powinniśmy się powstrzymać od jakichkolwiek narzekań i zacząć wspierać władzę w jej działaniach na rzecz zachęcania reszty z nas, którzy zamiast ruszyć do ciężkiej pracy, się obijają, którzy nie rozumiemy, że bez pracy nie ma kołaczy, że tylko pracą ludzie się bogacą i że wreszcie, kto nie pracuje ten nie je, byśmy zakasali rękawy i wzięli się do roboty.
Oczywiście sytuacja, wobec której nagle stanęliśmy, nadaje się idealnie do tego, by do tego tępego łba wbić ową tak ładnie wyrażona przez artystę Kazika prawdę, że jeśli ktoś się tu akurat ma wstydzić, to nie ten co widzi, ale ten co robi, jednak ponieważ zawsze jest tak, że przychodzi ktoś jeszcze i prosi o dowody, proponuję tekst z tego bloga aż sprzed pięciu lat, a ostatnio zamieszczony w mojej książce o tym, który nie przepuszcza żadnej okazji, odpowiednio zatytułowany „Ja was widziałem o świcie w tramwaju…”.


Symboliczna moc tego co się wczoraj wydarzyło pod Nowym Miastem i co się wokół tej katastrofy wciąż dzieje, poraża w stopniu trudnym do opisania. Dla przypomnienia. Właśnie wczoraj, kiedy dla wielu z nas dzień jeszcze nie zdążył się na dobre zacząć, samochód wiozący okolicznych mieszkańców do sezonowej pracy przy zbieraniu jabłek zderzył się z ciężarówką i wszyscy pasażerowie samochodu zginęli. W sumie 18 osób. 18 biednych ludzi, którzy z samego rana zapakowali się do tego ni to busa, ni to samochodu osobowego, stłoczyli się w środku, przysiadając gdzie się dało, na swoich pustych skrzynkach, i w porannej mgle zginęło zgniecionych w tym smutnym wnętrzu. Ci którzy zbierają tego typu informacje twierdzą, że była to największa drogowa katastrofa w najnowszej historii Polski.
Wbrew temu co można wczoraj i dziś usłyszeć w mediach, bardzo łatwo jest się tu – właśnie ze względu na wspomnianą symbolikę zdarzenia – pokusić o zbyt łatwe refleksje i wyjątkowo oczywiste wnioski. Piszę „wbrew” dlatego, że gdybyśmy mieli podejść do medialnego przekazu w sposób zupełnie świeży, możnaby było sądzić, że stało się zaledwie coś co jest tylko jeszcze jednym smutnym przypadkiem z całej serii niefortunnych katastrof drogowych. Tu gdzieś nie zmieści się w zakręcie autokar, tam gdzieś zaśnie zmęczony kierowca, gdzie indziej znowu jakiś zaćpany mądrala wjedzie z przystanek pełen ludzi. Tak samo też było i w tym Nowym Mieście. Nie do końca wprawdzie wiadomo, czy to zawinił kierowca samochodu, czy może kierowca ciężarówki, czy może tylko mgła, a może całe nieszczęście spowodował fakt, że ci ludzie nie byli przypięci pasami, lub że ich było tam dużo za dużo. Fakt jest taki, że znów dostaliśmy kolejną lekcję tak zwanej kultury jazdy i miejmy dziś tylko nadzieję, że następnym razem wszyscy będziemy mądrzejsi. Tak choćby jak Szwedzi, gdzie za nadmierną prędkość można pójść do pudła.
Od wczoraj cały niemal publiczny przekaz dokonuje najbardziej chorych piruetów, żeby coś co jest śmiertelnie proste i właściwie może być albo relacjonowane bez żadnego komentarza na okrągło od rana do nocy, albo pokazywane jako przerażająco surrealistyczny portret Polski i Polaków w dobie rozpasanego postępu, pokazać jako kolejną nauczkę adresowaną do tych, którzy wciąż się nie potrafią przystosować. Ja oczywiście rozumiem, że zupełnie przypadkowa czasowa zbieżność wydarzenia tak medialnie nośnego jak wydobycie uwięzionych w Chile górników z tym co się stało na tamtej drodze, stanowi dla współczesnych mediów nie lada kłopot, jednak to co mnie w tym wszystkim zadziwia i poraża – mimo wszystko – to to, jak łatwo one sobie z tym kłopotem poradziły. Oglądałem wczoraj wieczorem telewizję i z prawdziwym przerażeniem zobaczyłem, jak ten świat sparszywiał. Pytanie pozostaje tylko – dlaczego?
Wczoraj, w komentarzach pod poprzednim wpisem na tym blogu, pojawiło się wspomnienie refleksji, jaką dość niedawno podzielił się ze mną i jeszcze paroma osobami nasz kolega LEMMING. Opowiadał on, jak to jechał samochodem z Warszawy do Katowic i na całej swojej drodze widział nieustannie albo grzybiarzy, albo prostytutki. I mówił też nam, jak to ten obraz przypomniał mu Afrykę, którą jako człowiek szczęśliwie zamożny, miał okazję jakiś czas temu zwiedzać. Opowiadał nam nasz kolega jak to dla niego, kiedy on od czasu do czasu przejeżdża swoim samochodem przez nasza Polskę, nie może się oprzeć wrażeniu, że widzi kraj ludzi biednych, żyjących z tego co im da słońce i deszcz, niekiedy niewolników, często kompletnych nędzarzy – opuszczonych przez państwo i zapomnianych przez świat. Pamiętam jak opowiadał mi jeszcze wcześniej, jak w czasie urlopu gdzieś w Polsce podjechał swoim samochodem pod miejscowy sklep, zaparkował go pośród innych, równie szykownych samochodów, wszedł do środka i akurat trafił na dwoje dzieci, które miały ze sobą 2, 60 zł i kupowały kilogram kartofli i dwa jajka.
Musiało być tak jak on mi mówił. Ziemniaki po dwa złote za kilogram i jajka po 30 gr. za sztukę. Akurat. W sam raz, by przeżyć dzień.
Ale wspominał on też Afrykę, gdzie wszędzie się widzi te busy wożące ludzi tam i z powrotem. Busy wypełnione ludźmi do nieprzyzwoitości, ale tanie, więc dla wielu stanowiące podstawowy środek transportu. Tu zresztą niepotrzebny nam nasz przyjaciel i jego afrykańskie refleksje. Busy, autobusy, pociągi i cholera wie co tam akurat mają, z ludźmi stłoczonymi w środku, lub jeżdżącymi na dachach znamy z pięknych, geograficznych filmów dokumentalnych, które nam serwują lepsze i bardziej ambitne kanały telewizyjne, czy to o Afryce, czy o Indiach, czy może o Ameryce Południowej. Wczoraj, pod Nowym Miastem – tu w samym środku nowoczesnej i niezwykle aspirującej Europy – rozbił się jeden z tych pojazdów. Przez straszny zbieg okoliczności – obok tego szczęśliwego wydobycia górników w Chile – w zupełnie innym wypadku zginęły, mniej więcej w tym samym czasie, dziesiątki osób w zaprzyjaźnionej z nami już na wszelkie możliwe sposoby Ukrainie. Euro 2012 już w przyszłym roku. Będzie pięknie!
Wczoraj w programie Bogdana Rymanowskiego przez ułamek chwili, zanim przeszliśmy do spraw znacznie poważniejszych, i zanim nadeszła godzina 23 i rozpoczął się czas spraw już poważnych najbardziej i przy tym jak najbardziej międzynarodowych, pojawiła się ta katastrofa. Nie mam słów, by opisać wysiłek, jaki zarówno sam Rymanowski jak i zaproszony do udziału w programie Jarosław Gowin włożyli, by nie wspominać, lub wspominać w zakresie minimalnym, ów kulturowy aspekt całej tej tragedii. Gadano coś o drogach, o prędkościach, o busach, o przepisach i ich egzekwowaniu, a kiedy któryś komunistyczny poseł próbował coś wspomnieć o naszej pięknej polskiej nędzy, został natychmiast uspokojony przez prowadzącego redaktora, bo to akurat jest jasne dla wszystkich – że w Polsce jeszcze są miejsca biedniejsze – natomiast dobrze by było się zastanowić, dlaczego u nas nie jest jak w Szwecji. Albo gdzieś.
Dziś jechałem busem do Mysłowic. Mam tam dwa razy w tygodniu pracę i sobie jeżdżę. Busem, dlatego, że one jeżdżą częściej i są tańsze, no i szybsze. Bus, jak zwykle był zatłoczony, a więc z ludźmi również stojącymi, i naturalnie nikt nie był przypięty pasami, których tam nawet chyba nie ma. Kiedy zbliżaliśmy się już do Mysłowic, zobaczyliśmy jak po przeciwnej stronie drogi patrol policyjny zatrzymuje samochody jadące w stronę Katowic. Nic dziwnego. W końcu jest akcja. Policzyliśmy się z dopalaczami, teraz się weźmiemy za busy. Jak idzie o mnie, być może, kiedy już rząd uzna, że trzeba ten rodzaj transportu zlikwidować, będę tam jeździł dalej, tyle że już publicznymi autobusami. Dalej często na stojąco, a jeśli uda mi się usiąść, to też bez pasów. A jak któregoś dnia zmęczony kierowca, albo mojego autobusu, albo jakiejś nadjeżdżającej ciężarówki zaśnie i dojdzie do katastrofy, to będzie mi już to czy jechałem busem, czy autobusem, czy – tak jak to było w Nowym Mieście – tym nie wiadomo czym, kompletnie obojętne. I to akurat chyba jest jasne nawet dla Jarosława Gowina.
Bo tu w ogóle chodzi o coś zupełnie innego, niż jakieś idiotyczne bezpieczeństwo jazdy. Akurat w tym wypadku mgła, prędkość, bezmyślność kierowców, zły stan dróg jest na dziesiątym miejscu. Nie chodzi ani o to, ani nawet o ten kapitalizm, do którego Gowin, Rymanowski i ich kumple tak tęsknią. To co się liczy najbardziej, to te 18 osób, ten senny poranek i te skrzynki. I te rodziny czekające na te 2,60, żeby można było kupić dwa jajka i kilogram ziemniaków. Te rodziny, które dziś już wiedzą, że tych pieniędzy przynajmniej na razie nie będzie. I że nie będzie jeszcze czegoś. I, przepraszam bardzo, ale ja nie mówię o autostradach na Euro2012.
I myślę, że oni też to wiedzą. Chyba jednak to wiedzą. Że tu chodzi o coś zupełnie innego, niż o bezpieczeństwo jazdy i wolną przedsiębiorczość. W końcu nie codziennie rozbijają się samochody dostawcze, które zamiast kapusty i buraków wożą ludzi, a jak idzie o wolną przedsiębiorczość, to właśnie z czymś mniej więcej tego rodzaju mieliśmy akurat wczoraj do czynienia, czyż nie? Więc oni, kiedy zamiast wzruszać nas losem tych biedaków, postanawiają poświęcić czas na akcję ratunkową w San Jose, doskonale wiedzą, co robią i po co. Oni muszą na sto procent wiedzieć, że każda kolejna chwila poświęcona temu samochodowi wiozącemu przez sam środek Europy tych nieszczęsnych biedaków w poszukiwaniu kolejnej złotówki na kartofle i dwa jajka, to gwóźdź do ich trumny. Ich trumny. Skoro jednak tak zdecydowali, to mam nadzieję, że wezmą też pod uwagę fakt, że nazwa tej chilijskiej miejscowości oznacza imię pewnego świętego, a wyciągani po kolei górnicy, pierwsze co robią po wyjściu na powierzchnię, padają na kolana i się modlą do Boga Najwyższego. I że jeśli oni od wczorajszego wieczora postanowili być tacy światowi i pokazują tych bogobojnych ludzi, to też kopią sobie grób. Sobie. Grób. Bo to są naczynia połączone.

Wspomnianą wyżej książkę „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, podobnie jak inne, można zamawiać w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Terrorysta Jacek - amabasador naszej wolności

Kiedy wydawało się, że nic nie będzie w stanie przyćmić najświeższego sukcesu III RP w postaci awansowania Polski do ścisłego finału w konkursie, w którym główną nagrodą miała być montażowni słynnego brytyjsko-hinduskiego Jaguara, okazało się, że Słowacy mogą się z tym autkiem wypchać. Bo oto, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wszystkich wiadomość, że my tu w „tym kraju” doczekaliśmy się naszego własnego terrorysty, i to terrorysty nie byle jakiego, bo terrorysty-samobójcy, w dodatku islamskiego – niejakiego Jacka. Żadnego Dżeka, ale autentycznego Jacka. Nasze poczucie dumy zostało wprawdzie nieco osłabione przez fakt, że ów terrorysta, zanim wysadził się w powietrze, od kilku już lat mieszkał w Niemczech, to stamtąd został zwerbowany przez Dżihad, a gdy chodzi o związki z Polską, to one bardziej przypominały sentymenty gwiazdy „Agory”, niejakiej Schwesta Ewy, no ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że dziś we wspólnej Europie nikt już nie jest samotną wyspą, z całą pewnością możemy poczuć ów dreszcz emocji.
Ale jest jeszcze jeden element wart uwagi, gdy staramy się uszanować nasz wkład w wytyczanie kierunków rozwoju światowej cywilizacji, a sprawę, najlepiej jak tylko można było oczekiwać, w telewizji TVN24 naświetlił niejaki Bogusław R. Zagórski, „arabista, dyrektor Instytutu Ibn Chalduna, wykładowca Collegium Civitas”. Rzecz w tym, że, zdaniem owego Zagórskiego, w tym wypadku, sukces Polski jest tym większy, że jedyne u nas środowiska na tyle sfrustrowane, by móc się zaangażować w jakikolwiek terroryzm, to związani ze środowiskami kibolskimi „prawdziwi Polacy”, a więc ludzie, którzy jeśli nawet zgodzą się podkładać bomby i ścinać głowy niewiernym, to w ostatniej kolejności w imię Allaha. A więc znów faszyzm, niestety.
Ale tym większą satysfakcję możemy odczuwać z faktu, że na owym bezrybiu udało nam się wychować nie dość że autentycznego, szanowanego w świecie arabskim, dżihadzistę, to dżihadzistę jednego z bardziej znanych w świecie.
Przepraszam za być może zbyt podniosły ton, ale moim zdaniem jest to sukces, który śmiało możemy porównać do europejskiej prezydencji Donalda Tuska.

Tym wszystkim, którym spodobał się powyższy felieton przypominam, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do nabycia dwa zbiory tekstów z tego bloga. Szczerze polecam.

środa, 12 sierpnia 2015

O zerach, po których nic nikomu

Ponieważ upały tak mnie osłabiły, że nie jestem w stanie myśleć nawet o perspektywach, jakie się rozciągają przed Marcinem Kędryną, proponuję poczytać sobie tekst stanowiący jeden z rozdziałów mojej książki „o bananach”. Swoją drogą, bardzo przewrotnie w temacie ostatnich dni.

Możliwe że widziałem go już wcześniej – kto wie czy nie w tych pieprzonych Niemczech dziesięć lat wcześniej – ale jak idzie o prawdziwe, świadome przeżycie, to ananas w mojej świadomości pojawił się dopiero wtedy, gdy w Katowicach otwarto sklep Future 2, która to nazwa wbrew pozorom, a z pewnością zgodnie z lokalną tradycją, czytana była po niemiecku.
Tam było wszystko... No, może przesadzam. Może nie wszystko. Ananasy natomiast były z całą pewnością. Ananasy, kokosy, i to dokładnie takie same jak ten z filmu „Nocny Kowboj”, który biednemu Ratso wypadł z okna. A trzeba pamiętać, że to był zaledwie początek. To coś bowiem szybko padło i zostało przejęte przez dzieci starego Wiatra, czy może jego kumpla Pastusiaka, w postaci tak zwanego Empiku, natomiast w rożnych innych miejscach zaczęły się pojawiać – wprawdzie jeszcze bez galerianek, ale już robiące jak najbardziej solidne wrażenie – klasyczne już galerie handlowe, gdzie taki kokos z Future Zwei to był naprawdę żart. I z tego właśnie zaciągu powstał też potężny sklep o nazwie Geant.
Był rok 2000 i wtedy jeszcze, chyba siłą rozpędu po słodkich latach PRL-u, powodziło nam się zupełnie nie najgorzej. W ogóle, z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że tamten właśnie rok miał swoją moc symboliczną. Ja na przykład zacząłem wtedy pracować w szkole i niemal pierwszą rzeczą jaką poznałem, to była karta kredytowa Citi Banku. Do pokoju nauczycielskiego weszli ci wystrojeni akwizytorzy i wszystkim nauczycielom dali po jednej karcie ze zdjęciem i jakimiś paroma tysiącami w środku. A potem wszystko już poszło szybko. I to nawet niekoniecznie jak idzie o Citi Bank.
A zatem, był rok 2000, któryś z weekendów, wzięliśmy dzieci i, jak przystało na nowoczesną rodzinę, udaliśmy się na zakupy do wspomnianego Geanta. Pamiętam że kupiliśmy wtedy strasznie dużo najróżniejszego towaru, za naprawdę ciężkie pieniądze, no i w momencie kiedy już po zapłaceniu za ten wózek opuszczaliśmy kasę, podeszli do nas sklepowi ochroniarze... i nas wszystkich najzwyczajniej w świecie aresztowali. Oczywiście żona moja, osoba która do dziś żyje na tym poziomie obywatelskiego napięcia, że gdy tylko w którymś ze sklepów zapiszczy jej bramka, robi na cały sklep taką awanturę, że skutkiem tego znają ją już wszystkie agencje ochroniarskie w mieście, postawiła się dzielnie ochronie postawić... niestety na próżno. Zostaliśmy otoczeni, bez słowa wyjaśnienia zaprowadzeni na zaplecze sklepu i zamknięci w jakiejś klitce z kamerą pod sufitem.
Pytaliśmy się oczywiście, przekrzykując płacz dzieci, o co chodzi, ale wciąż dostawaliśmy jedną odpowiedź: „Dowiedzą się państwo w stosownym czasie”. No i wreszcie, po dłuższym oczekiwaniu, do celi przyszedł jakiś umyślny, przyniósł paczkę kredek i poinformował nas, że oto któreś z naszych dzieci naderwało folię, w którą kredki były zapakowane, i że w związku z tym mamy zapłacić 11 złotych i sobie te kredki zabrać.
Poszliśmy więc do kasy, kupiliśmy te kredki, żona moja je natychmiast – jak to ona – demonstracyjnie wyrzuciła do kosza, wróciliśmy do domu, a ja – pamiętając jeszcze z dawnych czasów zwyczaj, że z wszelkimi pretensjami idzie się prosto do Komitetu Wojewodzkiego PZPR i korzystając ze swoich wrodzonych umiejętności literackich – napisałem ładny list do „Gazety Wyborczej”. „Gazeta Wyborcza” zareagowała natychmiast. Zadzwoniła do nas jakaś kobieta, umówiła się z nami na spotkanie, myśmy jej wszystko opowiedzieli, no i z tego zrobiła się afera o skali porównywalnej chyba tylko z wtedy jeszcze zaledwie się rodzącą aferą Rywina.
Po pewnym czasie dostaliśmy telefon z dyrekcji Geanta i zaproszono nas na spotkanie. Poleźliśmy tam we dwójkę, obok nas siedziała przedstawicielka „Wyborczej”, przed nami jakiś Francuz, tłumaczka i ktoś jeszcze, no i Francuz – nie wdając się w szczegóły – zapytał nas, co chcemy za to, że nas tak potraktowano. Dziś sobie myślę, że to cośmy wtedy zrobili, zwłaszcza biorąc pod uwagę lata, które nastały, stanowiło błąd największy. Było jednak tak, że mając przed sobą tego Francuza, który z trudem ukrywał pogardę dla grupki biednych Polaków, którzy chcą go naciągnąć na jakieś grosze, właściwie równocześnie wymyśliliśmy, że nie weźmiemy od niego ani grosza. I kiedy Francuz zapytał nas, co chcemy, ja mu powiedziałem, że on chyba oszalał sądząc, że ja będę za niego myślał. Niech sam kombinuje. On wtedy wyjął czek, napisał na nim jedynkę z trzema zerami i podsunął mi go pod nos. Wtedy powiedziałem mu, że nawet jeśli on tam zacznie dopisywać kolejne zera, to nic z tego nie będzie, bo, jak to powiedział – inna sprawa, że mocno bez sensu – Mickey Rourke w filmie „Rok Smoka” pewnemu Chińczykowi, nas Polakow nie da się przekupić. No i proszę sobie wyobrazić, że on mnie wtedy zapytał, ile ja sobie tych zer życzę.
To właśnie wtedy nawaliłem. Zamiast mu coś tam rzucić, ja mu powiedziałem, żeby sobie ten czek wsadził i kombinował dalej. No i on wreszcie zapytał, czy może dzieci by coś chciały. Zabawkę, albo coś podobnego. No i tak się więc ostatecznie stało, że któregoś dnia, pojawił się u nas w domu specjalny kurier i przyniósł naszym dzieciom ogromne pudła z zabawkami plus dla każdego osobisty list z przeprosinami od firmy Geant. Trochę głupio, przyznaję, przynajmniej jednak mam satysfakcję, że on do dziś, kiedy jest tak nudno, że już nie ma o czym gadać, wspomina ten swój pobyt w Polsce, gdzie spotkał bardzo dziwnych Polaków. Polaków, dla których honor znaczył więcej niż jego portfel.
Geanta dziś już nie ma. Na jego miejscu jest coś co się nazywa Real. My już jednak tam bywamy bardzo rzadko. Czasem tylko wybierzemy się na krótko, by kupić flaszkę po mocno okazyjnej cenie, słoik indyjskiego sosu – też taniej niż choćby w takim Tesco – lub ciasteczka dla psa. I tylko sobie czasem myślę, że szkoda że mój ojciec nie dożył tych czasów. On, jako ostatni na tym świecie prawdziwy liberał, byłby zachwycony. Przynajmniej na początku. Tyle dobrego, że papieża doczekał.

Z informacji, jakie dostaję od Coryllusa, wiem, że nakład książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” , z której pochodzi powyższy tekst, jest już niemal na wyczerpaniu. Dodruk póki co nie jest planowany. Proszę więc nie tracić okazji. Ta i inne moje książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 11 sierpnia 2015

O tym jak razem z Michnikiem tępiłem faszyzm

Muszę się przyznać do pewnej manipulacji. Otóż kiedy w reakcji na swoją rowerową przygodę pani Toyahowa napisała dziś już dość tu popularny tekst i on ją, przyznamy wszyscy, że bardzo nieskromnie, zachwycił, ona w jednej niemal chwili zapragnęła, bym ja go umieścił tu na naszym blogu. Prośba ta była o tyle dla mnie dziwna, że dotychczas, mimo moich naprawdę szczerych wysiłków, moja żona – bo o niej oczywiście tu mowa –zarówno Salonem24, jak i moim tu pisaniem, nie wykazywała dotychczas większego zainteresowania. Ja wiem, że niektórym jest w to trudno uwierzyć, ale takie są fakty. Dla niej, zarówno moje teksty na blogu, jak i moje książki, nigdy nie stanowiły treści życia. A co dopiero coś tak bez znaczenia, jak jakiś Salon24? Każdy w końcu jakoś żyje, prawda? No i kiedy spotkała ją owa przygoda, ona siadła i napisała swój tekst, i poczuła, być może pierwszy raz w życiu, co to znaczy odnaleźć w sobie talent pisarski.
No i niemal w jednej chwili pojawił się problem. Bo co to ma znaczyć, że my tu, czy tam, spotykamy się od siedmiu już lat, kiedy nagle moja żona pisze tekst całkowicie poza tematem i podstawowym sensem tego miejsca, i mówi: „To daj go tam na tym swoim blogu”? A niby na jakiej zasadzie? Z jakim przesłaniem? Wedle jakich to reguł?
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Otóż kiedy tak się zastanawiałem, wedle jakiego klucza ta w sumie nicnieznacząca historia o Przemyślu i jego, jak to ostatnio przyjęło się określać, „humans”, ma się znaleźć na tym blogu, pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi wykorzystać tu „Gazetę Wyborczą” i fakt, że tekst Toyahowej – zresztą jak najbardziej za moim podpuszczeniem – został tam właśnie opublikowany. Pomyślałem sobie bowiem, że jeśli ja jakimś cudem połączę ową czystą – w sposób oczywisty wybitną – literaturę ze zjawiskiem pod nazwą „Wyborcza”, możemy przeprowadzić bardzo ciekawy eksperyment i przy jego okazji powiedzieć coś dla nas wszystkich niezwykle ważnego. No i w tym momencie powstał tytuł mojej notki „Toyahowa pisze do Michnika”, który, jak już dziś wszyscy wiemy wywołał furię, jakiej to miejsce nie widziało od czasu gdy jeszcze wiele lat temu opublikowałem tu tekst zatytułowany krótko i zwięźle „Kukiz”.
W czym rzecz? Otóż moim zdaniem, naszym wspólnym nieszczęściem – zwłaszcza w przededniu przejmowania pełnej politycznej władzy w kraju – jest to, że większość z nas nie ma bladego pojęcia, czym tak naprawdę jest „Gazeta Wyborcza”. Wiemy oczywiście, że to jest „gówno”, że Michnik to brat Michnika, że oni kłamią, że manipulują, a nawet i to – i to już bezpośrednio od byłego ich pracownika Cichego – że to jest zwykła żydowska i antypolska agenda, natomiast nie zauważamy, że przy tym wszystkim, „Gazeta Wyborcza” to jest samo jądro tego, czym jest minione 25-lecie tak zwanej „polskiej wolności”. „Gazeta Wyborcza” to jest projekt, który zaanektował całość tego, co powszechnie rozumie się, jako Polskie Państwo. Był czas, kiedy ich łapczywość stała się tak wielka, że można się było obawiać, że oni wchłoną również Polski Kościół… na szczęście, i przyznajmy to, że jak najbardziej naturalnie, bez sukcesu.
Faktem jest natomiast to, że III RP to „Gazeta Wyborcza”, i nie zmienią tego żadne zaklęcia w rodzaju tych najświeższych, że oto Michnik się wystraszył Dudy i to stąd te wszystkie jego dzisiejsze zachowania. Dla „Gazety Wyborczej” i jej opiekunów, wrogiem nie jest ani Kościół, ani Duda, ani Kaczyński, ani nawet jakiś kibic Legii Warszawa; dla Michnika i tych, którzy mu płacą, wrogiem jest faszyzm, oczywiście, że ze szczególnym uwzględnieniem faszyzmu polskiego, ale jednak przede wszystkim faszyzm.
Ja do dziś pamiętam, jak w Gruzji doszło do zmiany władzy i prezydent Saakaszwili został odsunięty od władzy przez w sposób bezdyskusyjny człowieka Moskwy nazwiskiem Bidzina Iwaniszwili, a Adam Michnik pojechał do Tbilisi i nadał stamtąd wzruszającą korespondencję, w której opisywał, jak to naród gruziński został uwolniony od faszystowskiego jarzma i jak owa wolność jest witana przez rozradowaną młodzież na ulicach stolicy. Ja to pamiętam do dziś. Cały wolny świat załamywał ręce nad tym, że po kilku latach nadziei na wolność i niepodległość, Putin odebrał niepodległej Gruzji przyszłość, a „Gazeta Wyborcza” triumfowała, że „faszyzm nie przeszedł”. Jaki faszyzm? Gdzie? Skąd? No i wreszcie, co z tym Putinem? A czy to ma jakiekolwiek znaczenie?
I tak to było zawsze i tak to jest dziś. Andrzej Duda wygrywa wybory i Adam Michnik ogłasza, że niestety faszyzm wciąż triumfuje. Tu Orban, tam – trzeba przyznać, że nagle i dość niespodziewanie – Putin, no a tu znowu ten Duda. I to jest początek i jednocześnie koniec zarówno samej analizy, jak i przekazu. Faszyzm! Ale też to tu właśnie jest cały sens tego, co przyjęliśmy określać mianem III RP. Nawet gdy chodzi o kwestie tak pozornie odległe od tego co najważniejsze, jak jakieś in vitro. Chodzi o walkę z faszyzmem, a na czele tego ruchu stoi „Gazeta Wyborcza”. Praktycznie jedyne polityczne, kulturalne i propagandowe III RP. Nie oszukujmy się, proszę. Jeśli bowiem Polska jest dziś tak straszliwie wewnętrznie skonfliktowana, że w wielu domach podczas niedzielnych obiadów panuje przykra cisza, to bezpośrednia przyczyną, owszem, jest to co nam w głowach zasiała poprzedniego wieczoru telewizja, ale na pierwszym miejscu tego wszystkiego stoi „Gazeta Wyborcza” i jej walka z faszyzmem.
No i w końcu dochodzimy do tekstu, jaki moja żona napisała, wysłała jako list do rzeszowskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, a oni jej go wydrukowali. Czy oni to może zrobili w ramach wspomnianej walki z faszyzmem? No, nie żartujmy. W końcu tych szpalt ileś tam jest i trzeba je czymś wypełnić. Nie będzie o rowerach, to będzie o złodziejach w supermarketach. A jeśli o złodziejach było wczoraj, to dziś damy coś o matematycznym geniuszu z Rymanowa, lub Leżajska. W ramach walki z faszyzmem natomiast z całą pewnością zostały zorganizowane niedawne obchody rocznicy Powstania Warszawskiego, kiedy to Wojciech Waglewski przedstawiał swój muzyczny projekt, Jerzy Owsiak z bandą półprzytomnych durniów ogłaszali swój jedyny patriotyzm, a my płakaliśmy ze wzruszenia, patrząc, jak wreszcie Polska staje się gestem i znakiem. I oczywiście nikomu z nas nawet do głowy nie przyszło, że coś tu śmierdzi.
Pewien niepokój dopiero się pojawił, gdy moja żona opublikowała tekst w rzeszowskiej edycji „Gazety Wyborczej” o swoich rowerowych przygodach.
I tu już będę wracał do samego początku tej opowieści. Otóż ja świetnie wiedziałem, że tak to będzie. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że kiedy napiszę, że Toyahowa opublikowała list w „Gazecie Wyborczej”, to wtedy, w jednym momencie, i na mnie i na nią, rzuci się cała sfora polskich patriotów, którzy jedyne co wiedzą to to, że Michnik to Żyd.
Jednak również i z nimi sobie jakoś poradziliśmy. Co jednak będzie z Polską? No, to jest prawdziwa zagadka.

Wszystkich zachęcam do kupowania moich książek, które są dostępne w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a tych, którzy wciąż czują się przygnieceni bezkresem mojej kolaboracji, chętnie jeszcze dobiję czymś ekstra:
http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35017,18113025,Powiedz__o_czym_teraz_myslisz__i_pozwol_na_zdjecie_.html.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Toyahowa pisze do Michnika

Zgodnie z przedwczorajszą obietnicą, przedstawiam list, jaki moja żona napisała do rzeszowskiej gazowni i przez co, niespodziewanie zupełnie, została nieodwołanie kolejnym pisarzem. Miejmy nadzieję, że na dobre.

Kocham Przemyśl, rodzinne miasto mojej Mamy. Nie mieszkałam tu nigdy na stałe, ale przyjeżdżam od urodzenia: najpierw do moich Dziadków, teraz do Wujka. Najpierw z Rodzicami, potem z narzeczonym, mężem, z dziećmi, ostatnio - sama.
W tym roku przyszedł mi do głowy pomysł zwiedzania moich ulubionych okolic na rowerze. Przemyśl - miasto turystyczne, jaki problem?
I tu się zaczyna opowieść.
„Wypożyczalnia rowerów ul. Sanocka 8a” - taka płachta wisi na płocie hotelu Accademia. Ok, poszukamy gdzie to. Faceci w piwiarni przy hotelu mówią, że to musi być przy lodowisku. Pani przy lodowisku (tor gokartowy; sennie i pusto) mówi, że ten pan, o tamten, będzie wiedział, ale trzeba obejść ogrodzenie, wyjść z powrotem na ulicę i tam wołać. Pan nie reaguje na wołanie, szukam dalej. Na nowym wodnym placu zabaw gwarno i wesoło; zaczepiam pana, najwyraźniej z obsługi: „Jakie rowery, on nic nie wie. Może na Polonii”.
Polonia. Dużo rowerów, wyraźnie należących do piłkarzy, przyszłych i obecnych.
Pani z obsługi nic nie wie: może w tamtej budzie? Tam, gdzie opony?
Poszukamy budy. I opon też poszukam, ja chcę pojeździć po przemyskich ścieżkach rowerowych! Ja chcę szlakiem twierdzy Przemyśl!
Są opony, jest pan, miły jak wszyscy poprzednio, i pomocny. A tak, tu stała taka buda, ale już jej nie ma. Była buda, nie ma budy, co robi reklama na płocie nawet go nie pytam, on ma swoje opony.
Hotel Accademia, recepcja. Przepraszam pana, gdzie w Przemyślu można pożyczyć rower? Hmmm (zakłopotanie)... Nigdzie.
A kupić? Jakiś komis? W ostateczności lombard?
A tak, jest lombard na 3 Maja.
Dobra, są wakacje, mój czas nic niewart, idę.
W lombardzie jest rower!!! Zielony!!! Ja go chcę! Można zobaczyć?
No przecież pani widzi.
Ale przez małą szybkę, ja go chcę kupić, muszę zobaczyć z bliska, przejechać kawałek, to używany rower.
Żeby się przejechać trzeba zapłacić. Nie, nie zapłacę dopóki się nie przejadę; robi się nerwowo. No dobra, pani rzecz sprzedać, moja kupić nie kłóćmy się, czy można to siodełko obniżyć? Można, jak pani ma klucz. Aha, więc wyglądam na kogoś kto zasuwa po mieście z kluczami rowerowymi po kieszeniach. Nie, nie mam klucza. To ja może przyjdę jutro jak będzie jakiś pani zmiennik? Dobra, to jutro.
Ekscytacja przygnała mnie pod lombard o 9 rano, jest zmiennik. Fajny, pomocny, obniża siodełko, śmiejemy się z braku wypożyczalni rowerów w Przemyślu. Mogę się przejechać, zostawiam plecak i dalejże po chodniku ulicy 3 Maja. Nie ustaliliśmy odległości, na jaką mogę się oddalić od lombardu i na pewno nie powinnam była odjeżdżać na ponad 50 metrów, ale czy 50, może 70 metrów to za dużo na testowanie roweru? Cholera, za dużo.
Facet z lombardu dogania mnie dość szybko. Eeeeeej proszę pani, co pani, wracamy do sklepu zawołałem policję. Przepraszam pana, chciałam sprawdzić przerzutki, ja chcę kupić ten rower. Co mi pani przepraszam, na policję! Prowadzi pani ten rower do sklepu i tam porozmawiamy z policją. Jak można było tak daleko odjechać! Facet jest tak zły, że zaczynam się go bać. Eskortuje mnie przez chodnik ulicy 3 maja. A tam u pana w sklepie został mój plecak. Co mnie pani plecak obchodzi, idziemy na policję. Jego nie, mnie tak, w plecaku jest kasa na rower, karty, dokumenty, cudze klucze do mieszkania i moje nowe okulary słoneczne warte ze dwa takie rowery.
A co pan powie policji jak już przyjedzie?
Że pani chciała ukraść rower.
A ja powiem, że wcale nie chciałam, zobaczymy co z tym zrobią. Wracamy do sklepu z cholernym rowerem, plecaka nie widać. Aha, został aresztowany przez faceta z lombardu. A mogę sobie z niego wyjąć telefon? Nie! Jak przyjedzie policja! No i super, niech przyjedzie jak najszybciej.
Wychodzę przed sklep, chodzę tam i z powrotem, to się chyba nie dzieje naprawdę. Drzwi lombardu się otwierają, facet prawie rzuca mi plecak: Miłego dnia! Tak powiedział, serio.
Dzwonię do rodziny, opowiadam co się właśnie zdarzyło. Poważnie? Dobrze, że nic ci się nie stało, co to za wariat jakiś.
Ale ja chcę rower.
Parę numerów powyżej lombardu, na 3 Maja jest! Używane rowery, serwis sprzedaż, stoją jacyś młodzi faceci na ulicy, rozmawiają, fajni. Ma pan może jakieś używane rowery? Nie, w tej chwili nie mam. Oj, a gdzie w Przemyślu można wypożyczyć rower? Ja wypożyczam! O jak super, i pożyczyłby mi pan? Tak, 50 zł dziennie. 50? Pan żartuje? Nie, serio. A jak mi pani połamie przerzutkę? To są górskie rowery! A jak panu nie połamię to też 50? Też. I ma pan klientów na to? Mam. O kurde co za frajerzy.
Chyba chciał się mnie pozbyć, nikt przy zdrowych zmysłach nie wypożyczy roweru za 50 zł dziennie.
Spaceruję dalej. Jest lombard przy Grunwaldzkiej! Oj, tylko złoto i biżuteria, pech.
Jest jeszcze jeden! Jest rower!!! Jest fajna, naprawdę fajna dziewczyna. A mogę się przejechać, bo przed chwilą facet mnie prawie położył na ulicy? Na pewno mogę? Mogę. Jadę.
Rower ok, ale nie w moim typie, crossowy. Jadę nad San i z powrotem. Dziękuję, to ja się jeszcze zastanowię; może do Tesco? Jasne przecież nie musi pani brać. W trakcie rozmowy rower tanieje, o jak fajnie.
Rynek. W rynku sklep sportowy, same plecaki, kurtki. Bardzo miła pani mówi mi, że rowery to o, tam, na Fredry. I na Mickiewicza, za dworcem, tam też coś jest.
Na Fredry bardzo mi się podoba, sklep prowadzą bardzo mili pasjonaci, rozmawiamy chwilę; mają używaną damkę bez przerzutek i jakiś inny rower, bez koła. Zastanawiam się przez chwilę, czy wolę bez koła, czy bez przerzutek, co mi uświadamia, że determinacja zaczyna powoli panować nad rozsądkiem. Dziękuję, do widzenia.
Mickiewicza. O tak, na Mickiewicza jest super! Krzątają się bardzo mili faceci, uśmiechnięci, pomocni. Są używane rowery. Damki z przerzutkami. Mogę się przejechać, ale czy na pewno, bo wie pan jeden taki dzisiaj rano. Mogę. Francuski rower Peugeot bardzo mi się podoba, trochę cienkie koła, ale jest ok. Potargujemy się trochę? A, to z szefem. Szef trochę spuszcza, to ja idę do bankomatu.
Przepraszam was, Panowie z Mickiewicza, że nie wróciłam z bankomatu. Serio byliście super, ale pomyślałam idąc po gotówkę, że tamten crossowy jest trochę tańszy, ma więcej przerzutek i może się nauczę jeździć w skłonie.
Wracam na Grunwaldzką. O, wróciła pani do mnie; skoro tak spuszczam jeszcze dwie dychy tylko niech pani nie zapomni o tym wariacie napisać.
No to napisałam, nie tylko o nim.

http://rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34975,18507394,przemysl-to-sie-nie-moglo-dziac-naprawde-list-czytelniczki.html

Przypominam, że nakład mojej książki „Marki dolary banany i biustonosz marki Triumph”, w której między innymi opisałem początki mojej kolaboracji z „Gazetą Wyborczą” jest już prawie wyczerpany. Proszę się pospieszyć. I ta i inne książki są do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...