środa, 8 kwietnia 2015

O strachu, wynikającym z obywatelskiego poczucia obowiązku

Jak już tu chyba kiedyś wspominałem, z Facebooka nie korzystam i, jak wiele na to wskazuje, korzystać już nie będę. Owszem, mam tam uruchomione dwa konta, jeszcze od czasu, gdy wydawało mi się, że coś z tego będzie, ale wszelki zapał opuścił mnie właściwie w pierwszych dniach, a wszystko, co było dalej, to już tylko stopniowy upadek, i tam dziś panuje niemal idealny bezruch. Prawdą jest natomiast, że dla moich dzieci Facebook to bardzo ważna część życia w tym sensie, w jakim dla wielu z nas bardzo ważną częścią naszego życia jest Internet. To zresztą jest ich, a nie mój koncept. Kiedyś zwróciłem się do córki z pytaniem, czemu Facebook, na co ona mi odpowiedziała, że w Facebooku jest cały Internet. Oczywiście, dla mnie, jak wiemy, cały Internet jest poza Facebookiem, ale tu chodzi o to, że oni nie wchodzą do Internetu inaczej, jak przez owego Facebooka. Chodzi o to, że jeśli któreś z nich przychodzi do mnie ze swoim telefonem, tabletem, czy laptopem, żeby mi pokazać jakąś ciekawostkę, to ja wiem na 101 procent, że ona czy on doszli do tego co tam niosą, przez Facebooka. Można wręcz podejrzewać, że gdyby nie Facebook, to dla nich Internet przestałby praktycznie istnieć… no może poza tym blogiem.
Weźmy więc na przykład internetową stronę śląskiej policji. Czy jest może tak, że moje dzieci siedzą przy swoich komputerach i na bieżąco sprawdzają, co tam nasza policja ma do roboty? Oczywiście, że nie. A jednak stało się tak, że w niedzielę syn mój opowiedział mi o zdarzeniu, o którym sam przeczytał na owym policyjnym portalu, no a doszedł do tego oczywiście dzięki Facebookowi. A ja nie mam dziś żadnego innego wyjścia, jak tylko przyznać, że ten cały Facebook ma jednak w sobie to coś.
A było tak, że którejś z minionych nocy ulicą Plebiscytową w Katowicach szedł sobie jakiś spóźniony 20-letni obywatel, do którego podszedł inny obywatel, lat 25, zaciągnął do pobliskiej bramy, kazał opróżnić kieszenie i zabrał mu telefon komórkowy. Standard? Owszem. Jednak od tego momentu sprawy potoczyły się zupełnie niestandardowo i jeśli ktoś myśli, że ja sobie robię przysłowiowe jaja, to jest w błędzie. Wszystko jest do przeczytania tu: http://katowice.slaska.policja.gov.pl/k14/informacje/wiadomosci/139196,Nie-ukradne-ci-tego-telefonu-Zaraz-ci-go-oddam.html?search=9516.
Otóż napastnik najpierw zabrał mu telefon, następnie opowiedział mu wzruszającą historię swojego życia, po czym nieoczekiwanie zapewnił chłopaka, że nie ma się czego bać, bo on złodziejem nie jest i mu ten telefon zaraz odda. Tyle że zrobi to tak, że pójdzie teraz na piętro do siebie do domu, a następnie zrzuci chłopakowi telefon przez okno. Chłopak ma czekać na dole i pod żadnym pozorem nie wzywać policji, bo nie dość, że telefonu nie odzyska, to tamten go normalnie zabije. Ot tak. Facet poszedł na górę, chłopak czekał, po chwili na którymś tam piętrze otworzyło się okno, pokazała się głowa, rozległ się okrzyk „łap”… jednak nic nie spadło. Kiedy chłopak zawołał, że telefonu nigdzie nie ma, człowiek w oknie poprosił, by ten na niego poczekał, to on za chwilę zejdzie na dół i pomoże mu telefon znaleźć. Jak obiecał, tak zrobił i tym razem obaj zaczęli szukać, oczywiście bezskutecznie. Człowiek z okna zapewnił jednak chłopaka, że on telefon z całą pewnością zrzucił, ale najwidoczniej ktoś go w międzyczasie znalazł i zabrał. Na dowód, że nie kłamie, pokazał cztery inne telefony, z których żaden nie był telefonem chłopca. Mężczyźni pożegnali się, człowiek z czterema telefonami wrócił do siebie na piętro, a chłopak poszedł prosto na policję, która w ciągu paru chwil złodzieja odnalazła i zamknęła.
Dziwne? Owszem. Przyznaję, że ja z tego też nic nie rozumiem, jednak nie to jest powodem, dla którego w ogóle o tym opowiadam. Rzecz bowiem polega na tym, że jeśli powyższą historię potraktować, jako przypowieść i odnieść ją do tego, z czym mamy do czynienia w skali ogólnospołecznej, w odniesieniu do spraw, którymi się tu pasjonujemy najmocniej, a więc do polityki, to musimy sobie uświadomić, że ci z nas, którzy 10 maja pójdą na wybory i zagłosują na Bronisława Komorowskiego, jeśli czymkolwiek się różnią od tego dziwnego chłopaka obrabowanego z telefonu, to wyłącznie na niekorzyść. Przepraszam bardzo, ale on przynajmniej poszedł na policję i się poskarżył. W pewnym momencie otrząsnął się z owej nieprawdopodobnej wręcz hipnozy, walnął się w łeb i poszedł na najbliższy komisariat policji. Jestem pewien, że niektórzy z nas – przyznajmy, że robieni w trąbę nie tylko przez Komorowskiego i jego towarzystwo, ale przez całą obecną władzę, i to w sposób nie mniej drastycznie bezczelny – gdyby się znaleźli w sytuacji tego chłopaka, nie dość, że uznaliby, że dla świętego spokoju lepiej się o głupi telefon nie awanturować, to gdyby ten kosmita im kazał na siebie zagłosować przy okazji najbliższych wyborów, bo inaczej on o wszystkim się dowie i zdrajców pozabija, oni by – również dla świętego spokoju – na niego zagłosowali.
Niedawno – też dzięki Facebookowi, naturalnie – oglądałem nakręcony kamerą wideo sondaż na ulicach Warszawy, podczas którego przypadkowi ludzie mieli odpowiedzieć na dwa pytania: pierwsze, na kogo zagłosujesz w majowych wyborach, a drugie – dlaczego. I proszę sobie wyobrazić, że niemal każdy z wyborców Bronisława Komorowskiego, niezależnie, czy stary, czy młody, czy kobieta, czy mężczyzna, czy bardziej czy mniej elokwentny, odpowiadał, że dlatego na Komorowskiego, bo on akurat gwarantuje, że nie będzie gorzej. Oni zdecydowali się głosować na Komorowskiego nie dlatego, że jest mądry, ładny, waleczny, uczciwy, prawdomówny, współczujący, dowcipny, wykształcony, że jest patriotą, albo prawdziwym Europejczykiem, religijnym, czy choćby i bezbożnym – nic z tego. Jedynym wymaganiem kierowanym wobec niego, jedyną tak naprawdę aspiracją, jaka żyli ci ludzie, było to, by ktoś im obiecał, że nie będzie gorzej. Niektórzy jeszcze mówili, że dlatego Komorowski, że poprzednio też głosowali na niego, więc jakoś nie wypada głosować inaczej, wedle klasycznej już zasady: „Lubię tylko te piosenki, które już słyszałem”.
Pozwolę sobie wrócić do tego dziwnego złodzieja telefonów komórkowych. Czemu on przeprowadził całą tę akcję i czemu w taki sposób, tego oczywiście nigdy się nie dowiemy. Nawet gdyby on nam wszystko opowiedział w programie Moniki Olejnik, to i tak to co się stało, pozostaje tak niewyobrażalnie dziwne, że jego słowa tracą wszelkie znaczenie. Bo faktem jest, że stoimy wobec najbardziej czarnego kosmosu i to, co widzimy, stanowi zagadkę najwyższej klasy. Oczywiście, chłopak się bał. To wiemy i to jest naturalne. Bałby się każdy z nas. Jednak w momencie, gdy bandyta kazał mu czekać grożąc śmiercią, on miał już gnać na policję. A on mimo to czekał, później jeszcze z nim dyskutował, następnie, jak ostatni kretyn, tego telefonu z nim po ciemku szukał…
I tu, zwróćmy uwagę, też mieliśmy do czynienia ze strachem. Strachem już nieco jednak innym, bo nie wynikającym z bezpośredniego zagrożenia, ale z czegoś całkowicie nowego, z poczucia mianowicie pewnego szczególnego obowiązku. I to jest świadomość wręcz porażająca.
Niedawno mieliśmy tu okazję czytać tekst mojego dobrego kolegi Gerarda, psychologa i psychoterapeuty, który w bardzo szczegółowym i głębokim eseju (http://toyah1.blogspot.com/2015/03/opor-przed-zmiana-na-lepsze-czyli-o.html) przedstawił nam powody, dla których, zamiast bez zastanowienia iść na policję, my postanawiamy stać do samego końca pod tą klatką i czekać diabli wiedzą na co.
Mam wielką nadzieję, że chłopak z tej szczególnej policyjnej historii jeszcze kilka miesięcy temu, po tym, co się stało, wróciłby do domu i wytłumaczył sobie, że postąpił racjonalnie. Czemu mam taką nadzieję? Bo liczę bardzo na to, że jednak można się podnieść. Bardzo chciałbym uwierzyć, że z przemocy i kłamstwa można się podniesć.

Przypominam, że wszystkie moje książki można zamawiać na stronie księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69. Szczerze polecam, choćby w ramach skutecznej psychoterapii na trudny czas.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Boeing kontra traktor - kolejne starcie

Kto czyta ten blog, nawet nie koniecznie od dawna, ale choćby w miarę systematycznie, musiał zwrócić uwagę na informację, jaka się tu pojawia stosunkowo często, a która dotyczy red. Łukasza Warzechy i jego rzekomych kompetencji, gdy chodzi o pilotowanie samolotów typu Boeing. Mówiąc bardzo krótko, chodzi o to, że jeszcze kilka dobrych lat temu Warzecha, wdawszy się ze mną w coś w rodzaju polemiki, poinformował mnie, że dla niego awanturowanie się ze mną jest czymś uwłaczającym, bo podczas gdy ja jestem zaledwie „traktorzystą”, on jest aż „pilotem Boeinga”. Ponieważ ów bon mot z Boeingiem stał się tu niemal natychmiast zjawiskiem wręcz kultowym, wielu z nas zaczęło go przy różnych okazjach cytować, i to już nawet nie bezpośrednio w odniesieniu do samego Warzechy, ale w ogóle przy okazji omawiania relacji między blogerami, a dziennikarzami zawodowymi, w tym sensie, że oni to „piloci Boeingów”, a my oczywiście możemy sobie najwyżej pojeździć białoruskimi traktorami. A to wszystko z tą myślą, że my tu faktycznie nie mamy nic do gadania, bo skoro tamci pilotują Boeingi, to o czym tu gadać?
Jednak, podczas gdy każdy, kto jako tako orientuje się w nastrojach, jakie panują na tym blogu, akurat wie, dlaczego Warzecha jest popularnie nazywany „pilotem Boeinga”, znacznie mniej prawdopodobna jest już szansa, że ktokolwiek z nas w ogóle pamięta, o co poszło między mną a Warzechą w pierwszej kolejności. A stało się tak, że Warzecha wystąpił był w telewizji TVN24 i starł się tam z Tomaszem Wołkiem. Starcie to polegało jednak nie na tym, że oni sobie wzajemnie wrzucali, ale sprowadzało się do tego, że Wołek traktował Warzechę z pełnego buta, Warzecha cały czas zerkał na studyjny monitor, by sprawdzić, czy nic mu się nie przesunęło, program się skończył, a widzowie pozostali ze swoim wstydem, zarumienieni i bezradni. I oto na drugi dzień Warzecha, czując prawdopodobnie swąd owej żenady, napisał na blogu w Salonie24 tekst o tym, jak to zadzwonił do niego kolega i zapytał, czemu on był w telewizji tak strasznie brutalny w stosunku do Wołka, no i w związku z tym, co kolega mu powiedział, on czuje się w obowiązku, by swoje zdanie na temat Wołka przedstawić publicznie, no i zmieszał Wołka satyrycznie z błotem (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/133874,pan-wiadro).
Ponieważ, jako że wówczas jeszcze oglądałem telewizję TVN24 dość namiętnie i byłem świadkiem owego strasznego wręcz upodlenia Warzechy przez Wołka, napisałem tekst (http://toyah1.blogspot.com/2009/10/wiadrem-w-pot.html) o tym, że skoro Warzecha jest dziś taki pyskaty, to ja nie rozumiem, czemu on nie mógł tego wszystkiego, czym się dziś popisuje na blogu, wygarnąć Wołkowi przed kamerami, zamiast się dać publicznie poniewierać. No i to właśnie w związku z moim tekstem, Warzecha powiedział mi, żebym się zamknął, bo on pilotuje Boeingi i nie należy mu przeszkadzać (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/134089,moralny-maksymalizm-z-fotela).
Ktoś się pewnie zapyta, co mi strzeliło do głowy, by nagle dziś, kiedy oto minęły Święta i jest tyle rzeczy do opowiedzenia, postanowiłem zająć się wklejaniem linków do starych tekstów moich i Warzechy. Otóż sprawa jest dokładnie tak samo błaha, jak i jej bohaterowie. A wszystko wzięło się stąd, że podczas przedświątecznych porządków, żona moja pokazała mi któryś numer tygodnika „W Sieci” i spytała: „Można to wyrzucić?” A ja wziąłem „to” do ręki, by zobaczyć, czy tam przypadkiem nie ma czegoś, na co można by było rzucić okiem, no i trafiłem na tekst, gdzie, proszę sobie wyobrazić, Warzecha rozlicza się z tego, co z niego zrobiono podczas występu w TVP, kiedy to niejaki Jarosław Kulczycki praktycznie kazał Warzesze wyjść ze studia, a ten znalazł w sobie tyle przynajmniej godności, by się nie uczepić zębami i pazurami tego głupiego stolika i zacząć beczeć, by mu pozwolono jeszcze chwilę się pomądrzyć, i faktycznie – inna sprawa, że najbardziej jak to było możliwe dyskretnie – wyszedł. Pisze Warzecha tak:
„Pytanie Jarosława Kulczyckiego, czy przypadkiem nie opłaca mnie sztab Andrzeja Dudy, padło na antenie TVP Info 7 lutego. I był to ostatni raz, kiedy ta stacja zaprosiła mnie na swoją antenę. Wcześniej bywałem tam przynajmniej raz w tygodniu.
Pomyślą państwo zapewne, że to skandal, iż Kulczycki prowadzi programy, a grubiańsko potraktowanego gościa wciąga się na jakąś czarną listę i przestaje zapraszać w roli komentatora. Otóż mylą się państwo! Nie ma żadnej czarnej listy i żadnego skandalu. Przeciwnie – TVP dba po prostu o mój komfort psychiczny. Mógłbym przecież spotkać na korytarzu redaktora Kulczyckiego i zrobiłoby mi się przykro, może i jemu również. A tak – nie ma problemu”.
Mam nadzieję, że wszyscy wiemy, o co chodzi. Oto mamy tak zwaną „setkę” zaledwie z drobnym haczykiem i proszę zwrócić uwagę, ile tu wiadomości. Przede wszystkim okazuje się, że Warzecha, jeden z czołowych prawicowych „autorów niepokornych”, był dotychczas stałym komentatorem jednej z najbardziej obrzydliwej reżimowej stacji telewizyjnej i uważa to za powód do dumy; po drugie, Warzecha, którego w najbardziej chamski i oburzająco niesprawiedliwy sposób wyproszono ze studia, publicznie się żali, że on jest gotów tam się dalej udzielać w roli gwiazdy, tylko oni go nie chcą; po trzecie wreszcie – i tu przechodzimy do tak zwanego clou – Warzecha ni stąd ni z zowąd odstawia dokładnie ten sam numer, co przed laty z Wołkiem. Bowiem, kiedy już wszyscy mieliśmy okazję ujrzeć jego dramatyczny wręcz koniunkturalizm i tchórzostwo, mając przed sobą już tylko ekran komputera i zestaw klawiszy, z których żaden na pewno na niego szyderczo nie popatrzy i nie sprawi, że mu się kark spoci ze strachu, zaczyna śmiesznie podskakiwać i przechwalać się, co on zrobi człowiekowi, który go publicznie i całkowicie bezkarnie upokorzył, kiedy go tylko spotka. A i tego nawet nie jest w stanie wyartykułować z podniesioną głową, tylko coś tam stęka o tym, jak to komuś by się mogło zrobić przykro. Jakiż to straszny, upiorny wręcz wstyd!!!
Ale jest coś jeszcze. Otóż, jak wszyscy wiemy, okres między rokiem 2009, a ową kompromitacją z 7 lutego, Warzecha wykorzystał naprawdę bardzo dobrze. Dzięki swojej przyjaźni z Grzegorzem Jankowskim, osobistym z kolei przyjacielem głównego szefa wydawnictwa Axel Springer, przez wiele lat zadawał szyku, jako druga osoba w dzienniku „Fakt”. Wprawdzie, z powodu będących tajemnicą poliszynela, politycznych zawirowań, ów układ się musiał posypać, jednak mogłoby się wydawać, że tego, co on tam zdobył, Warzesze nikt nie odbierze. I oto nagle okazuje się, że nic podobnego. Jedyne, co ten człowiek potrafił osiągnąć, to to, że go do siebie przygarnęli Karnowscy, a więc wynik, o którego nędzy świadczy najlepiej to, że on, aby się dobrze czuć, musi codziennie, nawet za cenę robienia z siebie szmaty, występować w telewizji. Czyli dokładnie to samo, co przed sześciu laty.
Pozostaje może już więc tylko ustalić, czemu on już nie prowadzi bloga. Czy jest możliwe, że dzięki swojej pracy w „Fakcie”, Warzecha poznał wreszcie wartość pieniądza i zrozumiał, że jeśli płacą i to płacą dobrze, można się nawet i puścić, natomiast za darmo to robią tylko frajerzy na traktorach?

Jak wiemy, Gabriel Maciejewski publikuje właśnie nowe wydanie swojej Baśni, w twardej okładce i innymi atrakcjami. Zachęcam wszystkich, by jeśli już postanowią sobie zrobić zakupy, dołączyli do nich i moje książki, których tam jest parę i które przez te Święta ani trochę nie zwietrzały. A wręcz przeciwnie. Księgarnia, jak zawsze pod adresem http://coryllus.pl/?page_id=69.

piątek, 3 kwietnia 2015

Gdy System stracił autopilota

Mamy Wielki Piątek, jutro Wielką Sobotę, no a w niedzielę Dzień Zmartwychwstania, więc wypada się na te parę dni przynajmniej częściowo zamknąć. W związku z tym, już dziś przedstawiam swój felieton z „Warszawskiej Gazety”, życzę dobrych wrażeń i do zobaczenia w poniedziałek.

Powiem szczerze, że gdy pojawiła się wiadomość, że niejaki Łączewski wsadził Mariusza Kamińskiego i trzech oficerów Centralnego Biura Antykorupcyjnego na kilka dobrych lat za kraty, pozbawiając ich jednocześnie na 10 lat podstawowych praw, nie tyle przejąłem się surowością owych wyroków, czy nawet wyjątkowo paskudnym zachowaniem samego sędziego, co reakcją części polityków i komentatorów. Zarówno wyrok, jak i motywy, jakimi w sposób oczywisty kierował się sędzia Łączewski poruszyły mnie mniej, niż można było oczekiwać, z dwóch powodów. Przede wszystkim już w momencie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że będą ogłaszać wyrok w sprawie Kamińskiego i oficerów, byłem przygotowany na wszystko. Oczywiście, aż takiej demonstracji bezprawia się nie spodziewałem, jednak, jak mówię, swoje doświadczenia mam i wiem, że po tamtej stronie potrafią się dziać rzeczy naprawdę ciekawe. Po drugie, ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że już za parę miesięcy ogłoszony w poniedziałek wyrok, podczas apelacji zostanie zmieniony na uniewinniający, a kto wie, czy, kiedy zostaną ujawnione wszystkie telefony, jakie sędzia Łączewski, czy jego prezes, w ostatnich dniach odbierali z Kancelarii Prezydenta, Premiera, z ABW, czy diabli wiedzą skąd, obaj wylecą z roboty na zbity pysk bez prawa do emerytury i jedyne co im pozostanie, to jechać na budowę do Coventry i liczyć na szczodrość systemu brytyjskiego.
To natomiast, co mnie faktycznie poruszyło, to, jak już wspomniałem, reakcja na to co się stało ze strony części reżimowych polityków i związanych z władzą komentatorów. Otóż jeśli wsłuchać się w słowa wypowiadane przez Ryszarda Kalisza, Romana Giertycha, Stefana Niesiołowskiego, Jacka Żakowskiego, Janusza Palikota, można sobie zadać pytanie, jak to możliwe, że ludzie – no, może poza Niesiołowskim – wedle wszelkich danych psychicznie zrównoważeni potrafią być aż tak nieroztropni. I ja już nie mówię, że każdy z nich mógłby przynajmniej przewidywać możliwość, że rok 2015 może być już ostatnim rokiem, kiedy oni mogą się cieszyć jeszcze względnym komfortem, no bo zakładam, że oni są faktycznie tak tępi, że wierzą, że tak jak jest, będzie już zawsze. No ale nawet jeśli przyjmiemy, że oni mają dobrą intuicję i władzy przez najbliższe lata, a niech i nawet dziesięciolecia, nie stracą, to przecież powinni wiedzieć, że skoro ci, którzy im płacą, doszli do tego miejsca, że Mariusza Kamińskiego – właśnie jego i choćby jedynie na użytek kampanii wyborczej – skazują na trzy lata więzienia i 10 lat zakazu zajmowania stanowisk publicznych, to jeśli im to ujdzie na sucho, jest jasne, że w końcu musi przyjść kolej na każdego z nich.
Bo to, z czym mamy do czynienia, to bardzo prosta powtórka z tego, co nam przed laty zademonstrowały władze Związku Sowieckiego. Jasne, że zaledwie w formie kabaretu, niemniej tak to się właśnie odbywało. Ci co najbardziej bili brawo, poszli jako pierwsi. I jak można tego nie pamiętać?

Z okazji Świąt Wielkiej Nocy, przyjaciołom tego bloga składam życzenia, by moc Zmartwychwstałego Pana towarzyszyła im i ich bliskim przez wszystkie dni, które przed nami wszystkimi.

Pink Panther, czyli odszczurzanie i deratyzacja

Byłem wczoraj w spowiedzi i wśród tych paru grzechów, które mnie dręczą wymieniłem i ten, że tak sobie zorganizowałem życie, że nie mam czasu dosłownie na nic, co by nie było związane z codziennymi obowiązkami, no i niestety przy tym też tak zwane codzienne praktyki religijne. Ksiądz niestety okazał się być jednym z tych inteligentniejszych i w związku z tym, że zauważył u mnie zwykłą gnuśność, za pokutę zadał mi, bym przez najbliższe dni, po zakończeniu kolejnych uroczystości Triduum Paschalnego, zamiast od razu ruszać do domu i siadać do komputera, został w ławce przez pół godziny i się zrelaksował. Jestem pod wrażeniem.
Mam nadzieję, że nie tylko ja tu jestem grzesznikiem i również, przynajmniej niektórzy, czytelnicy tego bloga wiedzą, w czym rzecz. Sprawa bowiem polega na tym, że czasu na ogół nie ma, a nawet jeśli on jakimś cudem jest, to my jesteśmy tak zajęci sobą, że o tym nawet nie wiemy. W mojej sytuacji, owa prawda manifestuje się na wiele różnych sposobów, ale gdy chodzi o sprawy nas tu dotyczące, może najbardziej ciekawą jest fakt, że poza swoimi tekstami i tekstami mojego kolegi Coryllusa, ja z zasady nie czytam nic więcej, bo zwyczajnie nie mam do tego głowy. Kiedyś jeszcze czytałem to, co napisał Kamiuszek, no ale wszyscy wiemy, jak się sprawy potoczyły, więc mamy to co mamy.
A zatem, poza, siłą rzeczy, tekstami, które sam piszę i tym, co napisał Coryllus, nie czytam nic, z tego prostego powodu, że na nic już więcej nie umiem znaleźć czasu. Oczywiście, niekiedy rzucę okiem na jakiś wybryk, jaki Administracja wrzuci na główną stronę, czy na coś, co się pokaże na prawym marginesie i zrobi na mnie jakieś tam wrażenie, ale na tym koniec. I oto, proszę sobie wyobrazić, wczoraj późnym już wieczorem, trafiłem na coś, co powinienem był zauważyć już parę dni temu i co waliło w oczy, jak ruska wojskowa latarka, to mianowicie, że mój stały i niezwykle przez mnie ceniony komentator, ale też i w ogóle jeden z najlepszych blogerów i komentatorów w Salonie24, Pink Panther został przez administratora Salonu24 zwinięty po tak zwanej „całości”. I to jest dla mnie wiadomość porażająca. Próbowałem dojść do tego, jak to się mogło stać, śledząc kluczowe notki Różowej Pantery i jego kluczowe komentarze i nie przychodzi mi nic do głowy, gdy chodzi o przyczyny tego zagrania. Oczywiście ja wiem, że jakiś powód tam być musiał, ale, jak się domyślam, nie związany ze szczególną czujnością Administratora, lecz tak zwaną interwencją. Mogę się oczywiście mylić, ale na to mi wygląda. To nie mogło być nic po stronie Różowej Pantery; za tym musiał stać telefon, lub mail, lub wręcz wizyta z zewnątrz.
I oczywiście ja zdaje sobie sprawę z tego, że zwykła uczciwość i poczucie solidarności nakazywałyby mi w tym momencie zareagować ostatecznym wyjściem z tej dziury, która i tak już od pewnego czasu robi wrażenie miejsca wyjątkowo przykrego, jednak z powodów czysto strategicznych tego nie zrobię. Rzecz bowiem w tym, że od pewnego czasu nie ulega najmniejszej wątpliwości, że właściciele tego projektu nie marzą o niczym innym, jak o tym, by paru z nas, którzy ich uwieramy jak kolec w bucie, się stąd wyniosło i żeby tu wreszcie zapanowała atmosfera prawdziwie kulturalna. Dziś, nie potrafiąc się doczekać, postanowili wziąć sprawy we własne ręce i dać solidnie w łeb – bo, powiedzmy, że tylko z liścia – Różowej Panterze. Jestem pewien, że nadchodzi dzień, kiedy oni się wezmą i za mnie. Zapraszam serdecznie. Jak mówię, sam tego nie zrobię, bo mam pewne plany, do których ta banda cwaniaków nie dorosła i nie dorośnie nigdy, jednak powiem szczerze, że kiedy ten dzień nadejdzie, poczuję ulgę. Jak człowiek, który przystąpił do spowiedzi i poczuł powiew prawdziwej wolności.

Przypominam wszystkim, że w księgarni pod adresem www.coryllus.pl są do kupienia wszystkie moje książki, w tym ostatnie egzemplarze pierwszego zbioru felietonów z tego bloga pod tytułem „O siedmiokilogramowym liściu i inne historie” i tak zwanego „Elementarza”. Cena już do wyczerpania nakładu na poziomie 15 złotych. Polecam.

czwartek, 2 kwietnia 2015

O prowokatorach i wariatach po raz ostatni

Zrobiłem wczoraj ów żart primaaprilisowy trochę dlatego, że nie bardzo potrafiłem znaleźć temat, który mógłby z czystym sumieniem przedstawić, ale też trochę przez to, że ja autentycznie przeżywam karierę, jaką po prawej stronie sceny politycznej robi ostatnio Piotr Wielgucki, znany gdzieniegdzie, jako bloger Matka Kurka. Tak czy inaczej, kiedy pisałem swoją primaaprilisową notkę, nawet do głowy mi nie przyszło, że kiedy już minie ów pierwszy dzień kwietnia, ja nadal będę zajmował się nieszczęsnym Kurką. Stało się jednak tak, że, trochę ze zwykłej ciekawości, a trochę z potrzeby znalezienia potwierdzenia dla paru swoich przemyśleń, zajrzałem do archiwum prowadzonego przez Wielguckiego portalu kontrowersje.net i przyznaję, że to co odkryłem, zmienia moje dotychczasowe zdanie na jego temat o 180 stopni.
Ale skoro przy inspiracjach już jesteśmy, muszę tu też podziękować mojemu kumplowi Tomkowi Gajkowi, za to jedno jedyne zdanie, które zamieścił on w komentarzu pod wczorajszą notką, a mianowicie: „Co do MK, to ma tylko jedną osobowość i jeden charakter, MK jest hejterem, w sensie zaburzenia osobowości”. Ja to zdanie przeczytałem, odniosłem je do tekstu „Matka Kurka palcem wytyka przeciętnego Osiejuka” i nagle zrozumiałem, że to, co się nam zdawało dotychczas, a więc że Piotr Wielgucki to człowiek służb, jest kompletnym nieporozumieniem. Tu nie ma żadnego spisku. To z czym mamy tu do czynienia, to zwykłe zaburzenie charakteru. A zatem, wygląda na to, że moja oryginalna teza, na którą z taką złością swoim tekstem zareagował Wielgucki, a więc że on jest psychopatycznym kłamcą, choć bardzo nieprecyzyjna, była, owszem, krokiem we właściwym kierunku. Problemem bowiem – powtórzmy to raz jeszcze za Gajkiem – jest charakter.
Jak mówię, znaczną część wolnego czasu spędziłem wczoraj na przeglądaniu tekstów Matki Kurki z lat 2008-2010 i przyznaję, że nie żałuję ani jednej minuty poświęconej temu zajęciu. Ja oczywiście biorę pod uwagę, że on mnie tu oszukał, jednak na tyle, na ile jestem w stanie oceniać rzeczywistość, tam każde słowo jest absolutnie i do końca szczere. Ja czytałem wiele tekstów, które stanowiły mniej lub bardziej udaną prowokację i wydaje mi się, że nie mam większego problemu z rozróżnianiem pomiędzy tym co szczere, a co już nie tak bardzo. Kiedy się jednak prześledzi drogę, jaką Piotr Wielgucki przeszedł od nieprzytomnego wręcz atakowania Kaczyńskich, PiS-u, Polski, polskiego antysemityzmu, polskiego zdziczenia, czy wreszcie prostego katolicyzmu, do tego, co mamy dziś, widzimy, że on był szczery zawsze. A nie łudźmy się. Ta droga wcale nie była tak prosta, że wyznacza ją wyłącznie data 10 kwietnia.
Co Wielgucki miał w sercu w roku 2008 wiemy już z tekstu opublikowanego tu wczoraj. Popatrzmy więc teraz, co temu człowiekowi przydarzyło się w grudniu 2009 roku, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia:
„Wyobraźcie sobie faceta, który mógł mieć każdą kobietę w swoim otoczeniu, bez najmniejszego wysiłku, mógł korzystać i przebierać do woli, ale taki miał twardy charakter, że zapanował nad tym, nad czym żadnemu facetowi panować niepodobna. Za ten jeden wyczyn bije Chrystusowi pokłony i nie czuję się godnym sznurować sandałów u jego wstrzemięźliwych sandałów. Brzmi jak żart, jednak wcale żartem nie jest, poświęcić się tak swojej misji, aby uwolnić się od kaprysów penisa, od podświadomości, od skonsumowanych erekcji, to jest wielkość, to jest geniusz i męskość o jakiej każdy pantoflarz może tylko pomarzyć. Chrystus ujarzmił pożądanie, coś co pochłania 96% nędznej egzystencji męskiej, prosty męski organizm jest tak właśnie skonstruowany, 96% myślenia o dupie, 4% o III zasadzie termodynamiki i II prędkości kosmicznej. 96% czasu spędzonego na podniecaniu się kawałkiem cycka, 96% czasu zmarnowanego na obracaniu głowy wokół każdego falującego tyłeczka i 4% na myśli, czyny i pożyteczny wysiłek, 4% na ‘Makbeta’.
Dlaczego Chrystus zaszedł tak wysoko, tak daleko i trwać będzie wiecznie? Dlaczego jego dzieło jest nieśmiertelne, a on sam nazywany Bogiem? Dlatego, że to pierwszy i jak na razie ostatni facet, który potrafił co najmniej odwrócić proporcje, 96% czasu, myślenia i wysiłku poświęcał na to, aby ścigać się z Bogiem nie własnym penisem. Chrystus jest moim mistrzem, jest moim Bogiem, wierzę w Chrystusa i nigdy nie przestanę, postać Chrystusa powinna być archetypem każdego macho, tak właśnie należy pojmować męskość.
Mężczyzna jako dostarczyciel wielokrotnego orgazmu jest ziemskim, żałosnym niebytem, ściąganie się na wielkości i sprawności organu służącego do odcedzania toksyn z organizmu, jest sportem dla gówniarzy. Chrystus zapanował na męskością i uczynił to w stylu, który zawstydza Boga. Tylko za ten wyczyn Chrystus jest nieśmiertelny, a przecież dokonał wielu rzeczy, których nie da się wytłumaczyć inaczej niż Bogiem. Przeprowadzenie bezkrwawej rewolucji społecznej, przewartościowanie skostniałego starotestamentowego zamordyzmu, braku tolerancji i zacofania. Chrystus był pierwszym Żydem, który dotykał kobiety pozbawioną seksualności czułością i nie pytał, czy białogłowa miesiączkuje, co dla ciemnego, konserwatywnego Żyda było grzechem. Zacofany starotestamentowy Żyd wierzył, że dotykając kobiety, która ma okres nie pójdzie do nieba, a jeśli już dotknął musiał uczynić wiele pogańskich obrzędów, by zmyć z siebie nieczystość. Z takim zacofaniem zmierzył się Chrystus i poszły za nim miliony. Chrystus skupił wokół siebie wszelkie pogardzane mniejszości, ladacznica była dla niego materiałem na świętą, złodziej i przestępca na kapłana, biedak na przyjaciela Boga, celnik na uczciwego, bezinteresownego filantropa. Chrystus wyprzedzał swoją epokę o więcej niż 2000 lat, zburzył stare i zbudował nowe, trwałe i nieśmiertelne. Sprzeciwił się własnemu narodowi, własnej kulturze, własnej tradycji, został znienawidzonym banitą, ale wygrał. Jego rodacy, jego bracia i siostry sprzedali go rzymskiemu okupantowi, wydali na tortury i na okrutną śmierć, bo nie rozumieli w swojej głupocie, że mają do czynienia z Bogiem”.
A zatem, mamy tekst o tym, by braci Kaczyńskich, gdy już zdechną, grzebać jak najdalej od miejsca, gdzie żeruje Wielgucki, rok później to niezwykłe wyznanie wiary, a niespełna cztery miesiące później przychodzi owa straszna sobota i Wielgucki pisze tak:
„Na Lecha Kaczyńskiego miałem głosować, nie była to żadna prowokacja, nie był to zabieg pod klikalność, to była moja głęboko przemyślana decyzja. Nie zagłosuję i wiem za co ta kara. Ta kara jest za wieloletnie patrzenie tylko i wyłącznie na ludzkie wady. Mam taką cechę, Lechowi Kaczyńskiemu zebrało się najbardziej, może tylko jego brat dostał więcej. Nie jestem wierzący, nie jestem przesądny, ale do czasu do czasu do mojej cynicznej, racjonalnej głowy docierają znaki, które nie mówią, ale krzyczą.
Dzisiejsza tragedia wykrzyczała mi, że człowiek nie brzmi prosto, że życie ludzkie zostało opisane na milion sposobów, ale samo życie ciągle dodaje nowe wersy, na które nie wpadłby żaden śmiertelnik. Marnie wygląda wszystko, tysiące tekstów, setki interpretacji, tony emocji, spory żałosne, noty nędzne i wybitne.
Zapala się prawy silnik, albo przejeżdża TiR, rośnie guz na nerce, za rogiem nóż w plecy, albo spektakularnie na grobami 20 tysięcy ginie 88. Za kilka dni góra tygodni będą padać takie zdania: ‘No i co z tego, trzeba żyć dalej, a Kaczyński był taki jaki był, nie obchodzi mnie, że zginął, żadnego PiS, żadnych Kaczyńskich’. Nie wiemy jaki był, pisałem o Kaczyńskim wiele lat i nie wiem jaki był, trzeba żyć dalej, ale dla mnie życie ma znów inny smak, znów mi się przestawiły tory, choć jeszcze wczoraj byłem pewien dokąd jadę i jakie kolejne odwiedzę stacje. Jest mi nie tak, jest mi bardzo nie tak, nie muszę robić niczego na siłę, samo mi się z całego mnie wyrywa: ‘Moje kondolencje, moje współczucie, moje przygnębienie, moja bezsilność’".
A więc mamy kolejny krok, tyle że gdyby ktoś myślał, że oto nastąpiło Nawrócenie, niech rzuci okiem na tekst kolejny, z tego samego miesiąca, zaledwie kilka dni po Tragedii:
„W jednym radzieckim samolocie nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz poleciało 88 oficjeli, chociaż nie na miejscu lądowania, ale na miejscu startu komunikaty meteorologiczne pukały się w czoło. Polski prezydent według protokołu dyplomatycznego wrócił w trumnie, towarowym wojskowym samolotem, takim samym jaki się rozbił niedawna z 30 polskimi dowódcami. Następnie zapakowano trumnę do karawanu, trzeba wyjaśnić kwestię przetargu i przewieziono zwłoki w takim tempie i po tych samych dziurach, jakimi każdego dnia jeżdżą niemieckie samochody pozbawione TUV. Płaczemy 4 dzień, wiemy już ponad wszelką wątpliwość, że to Kaczyński kazał zabić wszystkich i nawet się nie zająknął, bo takie miał chore ambicje. Jeden ksiądz z Przemyśla powiedział, że Tusk też się mógł zabić i skład na tym samym radzieckim pokładzie miał wcale nie gorszy. Kto inny mówi o bandycie Kaczyńskim, kto inny chce zabić księdza z Przemyśla, to się u nas nazywa debata miedzy opcjami. I teraz jest najważniejsze, abyśmy zapomnieli o tych wszystkich drobnostkach, co tu dużo mówić, o tej demagogii, kto ile zarabia i na co jak długo czeka. Teraz najważniejsze są wnioski, a wnioski są takie. Jak nie pogonimy tego Niemca Tuska i nie wykończymy tego gnoma Kaczyńskiego, jak nie zajebiemy Niesiołowskiego z Bartoszewskim, jak nie dopierdolimy Kurskiemu z Bielanem, jak nie obesramy Wałęsy, jak nie zglanujemy bufetowej Gronkiewicz, jak nie wyrwiemy jaj agentowi Sikorskiemu, jak nie obetniemy cycków agentce Gilowskiej, jak nie zakopiemy żywcem Balcerowicza i nie pozwolimy na katolickim cmentarzu pochować Skrzypka, jak nie damy całej władzy rudym, jak w końcu nie pozwolimy rządzić Polakom, to się w tej jebanej Polsce z tymi skurwysynami Polakami nic i za chuja nie zmieni. Najpierw musimy się zajebać na śmierć kurwa nasza mać i dopiero, żeby Polska będzie Wolska 3 razy po 15 w IV popisowej rewolucji wypalanej żelazem miłości do polityki korupcji. Amen kurwa”.
No i mam dzień dzisiejszy. Spójrzmy dokąd Piotr Wielgucki doszedł po latach tułaczki:
„Bronek chwali się na lewo i prawo, że jest człowiekiem WSI, z jednej strony to efekt paniki, z drugiej pewności siebie. Takie egzotyczne i na pozór nierealne połączenie występuje w fazie schyłkowej lalki. Nastąpiło zmęczenie materiału i za nim opór materii. Bronek nie chce się stawiać, on trzeszczy i sztywnieje sam z siebie, przez zmusza sterujących do wychylania się za kurtyny. Coś mu tam poprawią, coś naoliwią i dalej próbują grać […]
W największym skrócie hasło wyborcze Bronka brzmi: ‘Możecie mi skoczyć, za mną stoi WSI’. Za ostro, nieefektywnie, bezsensownie i przede wszystkim z narażaniem poważnych interesów działa marionetka z Budy Ruskiej. Z tej przyczyny mistrzowie z WSI zamiast realizować cele i zadania, tłumaczą się widowni. Cała akcja ze Skokami i próba wciągnięcia śp. Lecha Kaczyńskiego do afery, jest niczym innym jak odwracaniem uwagi od kolejnych nieudanych fikołków laleczki”.
Ja nie mam ochoty komentować tego co wyżej zdanie po zdaniu. Chciałem jedynie jeszcze raz zwrócić uwagę na to, o czym w swoim komentarzu napisał Tomek Gajek: w każdym z wyżej przedstawionych przykładów mamy do czynienia z czystym, niczym nieskażonym hejtem, który w dodatku na tym poziomie emocji – zwróćmy uwagę na to, że poziomie wyjątkowo stałym i niewzruszonym – musi świadczyć o tym, że nie mamy do czynienia z prowokację, ale wyłącznie z tak zwanym „przypadkiem”. I uważam, że to wszystko, co należy powiedzieć w tym temacie. Zapewniam, tylko, że książki pod tytułem „Berek” czytać już nie będę.

Wszystkim tym, którzy lubią czytać, polecam księgarnię pod adresem www.coryllus.pl. To jest coś, co Anglicy określają przy pomocy słowa „ultimate”. Naprawdę dalej szukać nie trzeba. I to nie tylko przez to, że tam tylko można kupić wszystkie moje książki.

środa, 1 kwietnia 2015

Z ostatniej chwili: Toyah i Matka Kurka zwierają szeregi

Jak Czytelnicy z pewnością zauważyli, od paru już lat na tym blogu zwracam uwagę na fakt, że System przygotowuje w Polsce polityczną zmianę, co powinno już wkrótce doprowadzić do ponownego przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Myślę, że dziś, kiedy kampania Andrzeja Dudy w sposób oczywisty zmierza do sukcesu, morale Platformy Obywatelskiej są w faktycznej rozsypce, a jakby tego było mało – po raz pierwszy od wielu już lat – sprawy polskie znalazły się w polu zainteresowania naszych zagranicznych sojuszników, o czym najlepiej świadczą przecieki z Wikileaks oraz rewelacje ujawnione właśnie przez niemieckiego dziennikarza Rotha, widzimy wszyscy bardzo wyraźnie, że nasz kraj wszedł w czas przełomu. W tej sytuacji więc pragnę poinformować wszystkich o decyzjach, jakie zostały podjęte przez System właśnie, gdy chodzi o sytuację naszego bloga. Otóż osoby odpowiedzialne, których tożsamości dziś ujawnić nie mogę, a którzy, o czym mogę zapewnić, mają na względzie wyłącznie dobro naszej Ojczyny, podjęli decyzję, by dla jeszcze lepszego zjednoczenia sił patriotycznej prawicy wokół stojących przed nią zadań, przez najbliższe miesiące oba moje blogi, a więc zarówno toyah.pl jak i osiejuk.salon24.pl były prowadzone przez blogera, którego zarówno pisarski talent, wysoki poziom ideowy, jak i publiczna pozycja, którą zajmuje, zdaniem Systemu, najlepiej się przysłużą wspólnej sprawie. Mam tu na myśli pana Piotra Wielguckiego, znanego powszechnie pod imieniem Matka Kurka.
A zatem od dziś, a więc od 1 kwietnia 2015 roku, ja się dyskretnie odsuwam w cień, natomiast tu, gdzie dotychczas pojawiały się moje teksty, będą publikowane archiwalne notki Matki Kurki. Obecnie więc plan jest taki, byśmy codziennie od dziś aż do zakończenia jesiennych wyborów parlamentarnych, zarówno tu, jak i na blogu w salonie24 czytali wybrane notki Matki Kurki, które on od czasu Smoleńskiej Katastrofy zamieszczał pod adresem kontrowersje.pl. Jak mówię, cel jest wspólny, czyli wzrost moralnej wartości polskiej prawicy oraz zwycięstwo. Dziękuję wszystkim za uwagę i już dziś zapowiadam tekst pana Wielguckiego, wyjątkowo jeszcze sprzed kwietnia 2010, kiedy i on i ja byliśmy wprawdzie w politycznym sporze, ale każdy uważny czytelnik mógł już nawet wtedy zauważyć, że stoimy wobec wielkich wyzwań. Tekst nosi tytuł: „Genialny Kurka palcem wytyka przeciętnego Osiejuka” http://kontrowersje.net/tresc/genialny_matka_kurka_palcem_wytyka_przecietnego_osiejuka.


Nie widzę nic złego w tym, że między piszącymi trwa rywalizacja, zdziwiłbym się gdyby było inaczej. Naturalna sprawa, każdy chce być najlepszy, co prawda ja takich marzeń nie mam, ponieważ najlepszy jestem na jawie i to nie jakiś tam jeden z najlepszych, jeden z najbardziej znanych, po prostu mistrz. Jest Matka Kurka, kilometry pustki i inni usiłujący coś napisać. Jako geniusz wykazuję wszelkie cechy geniuszu, plus cechy towarzyszące: najwyższe mniemanie o sobie, pewność siebie sprowadzająca się do bezczelności, pogarda dla wszystkiego co marne, a nawet średnie. Geniusz widzi więcej, szybciej, dalej, dlatego z reguły pozbawieni błyskotliwości przeciętniacy, którzy zawsze uczyli się na pamięć, nie są w stanie zaakceptować geniusza.
Geniusz ich drażni, a podrażnieni geniuszem zaczynają wypisywać swoje przeciętne teksty. O czym może pisać przeciętniak, taki co mu Bozia dała poszaleć i pozwoliła opanować kilka zasad gramatycznych, wykutych na pamięć? Taki nie jest w stanie napisać nic porywającego, zatem musi się ratować wzniosłością. Powiedzmy, że ktoś ma słabszy dzień, zdarzy mu się napyskować komuś innemu, kogo pierwszym rzutem oka ocenił jako nieistotnego. A tu pech, niespodzianka, nieistotny przyłożył repliką, tak że się klasycznie zapomniało języka w gębie. No i co teraz? Można przyjąć dwie postawy, zapomnieć i być przekonanym, że jutro będzie lepiej, po prostu nauczka na przyszłość, jak się nie ma dnia, to się lepiej nie odzywać. Albo można uwznioślić przyczyny swojej porażki, z tym, że ta druga wersja jest tylko dla przeciętnych, geniusze zawsze korzystają z pierwszej.
Jak się uwzniośla swoje porażki? Nigdy tego nie robiłem, ale ponieważ to jest zajęcie dla przeciętniaków, to taki geniusz jak ja, może sobie pozwolić na pięć minut zabawy i sportretować takie przykładowe błazeństwo. Tylko w co się bawić? Jakieś dane trzeba by wprowadzić. Niech będzie, że ktoś z nas po prostu zrobił sobie jaja, takie jak w tych programach co pokazują „Mamy cię”, czy coś takiego. Namierzamy jakiegoś frajera i robimy sobie z niego jaja. Według gustu namierzamy, ja to akurat lubię sobie namierzyć takiego, co on się sam prosi. Natknąłem się raz na takiego, wchodzę, wcześniej grzecznie pukając, słyszę, że otwarte, to idę do środka. Rozglądam się po ścianach, a tam same ikony wiszą, święte obrazy.
„Na razie słuchaj starszych, bo mają więcej lat i mogą Cię często ustrzec od błędów i niebezpieczeństw strasznych. Nie oszukuj i nieożartowywuj nikogo. Nie strasz siostry, a opiekuj się nią. Śmiej się dużo, ale szczerze, nie złośliwie. Nie bądź mazgaj (chyba nie jesteś). Nie bądź sknera i pazerus, bo to nie przystoi. Nie bierz przykładu z brata starszego, dopóki nie stanie się godzien tego”
(G. Przemyk w dedykacji dla młodszego brata z roku 1981)
Portrety zakatowanego przez UB dziecka, wraz z osobistym listem do młodszego brata. Starowinka oparta na laseczce, hardo spoglądająca przed siebie. Z razu myślę, że rodzina, ale potem się orientuję, że to obcy ludzie, że nie krewni i zaczyna mnie wystrój wnętrza razić. Pytam siebie, bo kogo mam pytać, jak nie geniusza? Kim może być właściciel tego lokum, który po moim wejściu nie zezwolił na zamknięcie drzwi, tak żeby patos rozwieszony na ścianach nie przepadł w półmroku. Mój geniusz mi odpowiada, że to na pewno przeciętniak, ale dodatkowo może być jeszcze szczeniak. Zwykle szczeniaki rozwieszają po ścianach plakaty idoli, zbierają aluminiowe puszki, klasery wypełniają opakowaniami po gumach do żucia, żeby się przed rówieśnikami popisać. Tylko coś mi tu mimo wszystko nie gra, pytam zatem dalej o co chodzi? I dowiaduję się od własnego geniuszu, że w domu to sobie każdy może co mu się podoba, nawet z domu uczynić dom publiczny może, poprzez szerokie otwarcie drzwi, tak żeby wszyscy widzieli sprzęty i wystrój, ale to się zawsze czyni w jakimś celu.
Zamanifestować całemu światu, że u mnie w domu wisi portret męczennika, bohaterki i osobisty list, osobisty zatem nie mój. To wszystko na widok publiczny wystawione ma pokazać, że gospodarz tego lokum nie jest byle kim, to człowiek przywiązany do patosu, który sobie umościł cudzą tragedią i cudzą chwałą. Nie natknąłem się na życiowe trofea gospodarza, zamiast tego po oczach dano mi intymnością i to intymnością, której właściciel już żadną miarą obronić nie może. Zwykle geniusz megaloman nie podnieca się takim widokiem, chyba żeby tam moje niefortunnie powieszone zdjęcie się znalazło. Ale nawet z moją bezczelnością geniusza nie miałbym odwagi tak głęboko wejść w prywatność ofiary i rodziny, która jeszcze żyje i to mnie ubodło.
Podenerwowany, myślę sobie, że sprawdzę co gospodarz przystrojony w cudzy patos, w obcą tragedię i nie swój heroizm, sobą reprezentuje. Oceniając gospodarza jako przeciętnego, używam przeciętnego testu. Wchodzę do domu jako niewinna dwudziestoletnia panienka i delikatnie zwracam uwagę, że w języku polskim bardziej przyjętą jako literacka jest deklinacja „pokojów”, nie „pokoi”. Uwagę zwracam przy okazji patriotycznie nabzdyczonego tekstu, gdzie gospodarz wyraźnie walczy za wolność naszą i moją i w ogóle. Test banalny, jeśli gospodarz faktycznie przywiązany do wartości i zajęty walką o wzniosłe, rzecz jasna nawet nie zwróci uwagi na smarkatą, jeśli jednak cała ta symbolika tylko za blichtr robi i dla cynicznej zmyłki wisi, no to słoma z butów gospodarza wyjść musi. Tak też się stało, okazało się, że na tle świętych obrazów, cudzej intymności, obcego heroizmu jegomość zaczął krzyżem padać nad własną małością.
Czego to on nie udowadniał, ilu on słowników nie przeleciał w tempie machów, by na koniec napisać, że jego połowica ma wuja w radzie językowej i to kwestię rozstrzyga. Całe snopki poleciały z trzewików i tylko zdawało mi się, że starowinka jakby wzrok z hardego na gniewny zmieniła, a młodzian bardziej grzywkę na brwi zarzucił jakby się chciał schować za lokami. Zapomniałem o sprawie, uznałem, że nie ma tam po co wracać, odszedłem. Ale mojej wizyty gospodarz nie mógł zapomnieć, tak go ubodła gramatyka, że za parę dni wysmarował elaborat, jak to go w jego domu kontrwywiad, dawny ubek, a może i obecny układ, czy inny wraży demon odwiedził. Pisał żarliwie, że to nie mogła być zwykła językowa wizyta, to musiał być atak lidera, prowokacja, zamach na groby ojców, jakiż on tam Bogów nie wzywał, jakiego symbolu nie użył, ilu szat nie podarł i blizn nie pokazał.
Wszystko, że mu „pokoi” wypomniano. Po robocie poszedł pozbierać laury od równie przeciętnych, albo i jeszcze niżej jak on sytuowanych, w ten oto sposób Ojczyznę przed wrogiem uratowano, atak odparty. Gdy na jaw wyszło, że to jaja były, że co najwyżej ktoś się pośmiał i nie trzeba z tego wielkiej katastrofy robić, gospodarz znów nie powstrzymał patosu i wyrzeźbił dokument kolejny. A w nim, że cnocie i kłamstwu cenę wystawiono, że niegodziwym, że oto on namierzył portret tego co gębę ma przepastną i jęzor plugawy. Zgaduj ludzie kto on i plwaj na takiego owego. Znów elaborat poranił wielkie słowa, prawda, Bóg, cnót ogrom i wiele innych co strach wymienić, a wszystko przez to, że jegomość harbuza od smarkuli dostał. Zbiegła się do tego paszkwilu zgraja i biła brawa, pieśni patriotyczne nuciła, jeden przez drugiego się ścigał, że to on zdrajcę pierwszy pochwycił. I tylko chłopiec z całym portretem i dedykacją zszedł ze ściany i tylko staruszka odtrąciła laskę i ruszyła przed siebie. Wystrój prysł, pozostało klepisko i tańczące snopki z trzewikami. A kimże był ten patriota, kimże ta zdradliwa dziewica. Nikt to taki, zwykły taki nauczyciel, przeciętny, wykształcenie znajomością z wujem połowicy zastępujący.
Ktoś może spytać, czy to nie skurwysyństwo, takie pokazywanie cudzych portretów, takie robienie z pokoju publicznego domu. Dobre pytanie i odpowiedź brzmi, pełne skurwysyństwo, ale ja geniusz, nie przeciętniak i pokazuję intymność żywego, niech się broni sądem, słowem czym tam potrafi. Ten przeciętniak wytapetował sobie ściany intymnością ofiary, która bronić się nie może. Na tle intymności uprawia błazeństwa, bo nie potrafi się pogodzić ze swoją przeciętnością, próbuje sięgnąć po geniusz wystrojem swojego publicznego domu. Wszystko zniosę i wszystko tolerować mogę, nie jeden przeciętniak próbował mi już siurakiem do nogawki sięgnąć, ale kiedy byle przeciętniak mordę sobie wyciera cudzym, by mnie obsikać, za to przeciętniak zapłacić musi. Nie mnie, nie śmiem też w imieniu tych co już nie mogą się bronić występować, to po prostu w imię zasad.... przeciętniaku.
Wypada jeszcze wytłumaczyć co mi z tą genialnością przyszło do głowy. Otóż gdy ja mam ochotę ulżyć swojej potrzebie sławy i wielkości, mówię o sobie czule bez kamuflażu. Nie obsrywam cudzych świętości, nie posiłkuję się nie moją wielkością, odwołuje się do swojej małości, aby połechtać i wykreować wielkość, to uważam za uczciwe i moralne. Skamlanie wokół własnej małości podparte cudzą sławą, dętym patosem i narodowym symbolem, to kundla zajęcie.
PS Kto nie wie o kim mowa i dlaczego, niech nie żałuje, przeciętnych nicków i adresów nie zamierzam promować.

Pozdrawiam wszystkich wiosennie i zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki, zaczynając od pierwszego wyboru felietonów z tego bloga, wydanego jeszcze pod imieniem Toyah, a kończąc na ostatnim, zaledwie sprzed paru miesięcy. Polecam gorąco.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...