wtorek, 9 listopada 2010

Dyskretny swąd budowania

Muszę przyznać się do czegoś bardzo wstydliwego, co zrobiłem już wiele lat temu, ale wciąż mnie to od czasu do czasu dręczy i sprawia, że się rumienię. Otóż jakieś pięć lat temu, a może cztery, zadzwoniłem do Szkła Kontaktowego i wystąpiłem na antenie. Poszło o to, że na ekranie pojawił się Donald Tusk i powiedział, że on z najwyższym obrzydzeniem wchodzi do Sejmu, bo na samą myśl o polityce jemu robi się słabo. Czy jakoś tak. Wziąłem więc telefon, wykręciłem numer, zgłosiła się jakaś pani, zapytała mnie o imię, potem odezwał się Grzegorz Miecugow i powiedział: „Dzwoni do nas Krzysztof z Katowic”, i kazał gadać. Powiedziałem, że niech się Tusk nie mizdrzy, bo nikt mu nie kazał robić tego co robi. Że jak mu się tam tak nie podoba, niech się weźmie za inną robotę i się nie poświęca, bo sobie świetnie bez niego poradzimy. Miecugow powiedział, że dziękuje mi za wypowiedź i program poleciał już dalej, swoim zwykłym torem.
Przypomniał mi się ten przykry wypadek, kiedy jechałem sobie dziś tramwajem i nagle zobaczyłem na jednej z kamienic rozpięty billboard z pięknym, słodkim jak jasna cholera zdjęciem Donalda Tuska, w rozpiętej pod szyją koszuli i firmowym uśmiechem, na tle jakiegoś mostu, czy autostrady i napis: „NIE ROBIMY POLITYKI. BUDUJEMY POLSKĘ”. I wtedy właśnie sobie pomyślałem, że to jest właśnie to. To jest dokładnie to. To właśnie o to chodzi. Od pięciu lat ta banda nierobów, nieudaczników i oszustów robi nam dobrze. A że polityka to jedyne miejsce, gdzie oni mogą nam z takim poświęceniem służyć – to i służą. Do porzygania.
Mija pięć lat. Od pięciu już lat, a jak dobrze liczyć, to może i znacznie dłużej, cała Polska o czasu do czasu zaczyna huczeć informacją, podaną czy to przez Gazetę Wyborczą, czy przez Rzeczpospolitą, czy przez TVN-owskie Fakty, a może wysłaną na nasze telefony komórkowe, że oto poparcie dla Platformy Obywatelskiej wzrosło bardzo, a dla PiS-u spadło. Też bardzo.
Dalej wszystko już biegnie szybko. Onet natychmiast przekaże dobrą nowinę pod tytułem Wielki skok Platformy i wyjaśni to, co się wydarzyło dzisiejszego ranka następującą diagnozą: „PO rozbija PiS-owski dzwon populizmu", albo „Polacy nie chcą nienawiści”, czy powiedzmy „Jednak spokojne budowanie”. Przeróżne stacje telewizyjne zaproszą specjalistów, czy to aż polityków, czy skromnych profesorów i docentów od różnych spraw, a ci to co zostało już pięknie wyrażone w onetowskich tytułach, dokładnie przeanalizują, a całość wesoło podsumują, przy walnym udziale ogłupiałej publiczności, żartownisie w Szkle Kontaktowym.
I po raz kolejny okaże się nagle, że i populizm w sumie bywa pożyteczny i można go uznać, pod warunkiem, że jego autorstwo jest odpowiednio sprawdzone, zaakceptowane i potwierdzone odpowiednim podpisem. Na razie, jak widzimy, wszystko odpowiednio się kręci, choć nie zdziwimy się, jeśli któregoś dnia Donald Tusk ogłosi, że najwyższy czas, żeby tych wszystkich sędziów, profesorków i ‘niedzielnych intelektualistów' wziąć za pysk i pokazać im, gdzie ich miejsce, a rozradowany lud i przepełnione podziwem media, zakrzykną radośnie: „A to skok!"
Oczywiście i ja jestem absolutnie zauroczony zarówno niezwykłą elastycznością platformianych specjalistów od prowadzenia skutecznej polityki, jak i wrażliwością obywateli, biorących udział w organizowanych przez najróżniejsze ośrodki sondażach, jednak chciałbym się zwrócić z apelem do pana Premiera i jego otoczenia, żeby się aż tak nie napinali. Wszystko jest i tak już na jak najlepszej drodze. Może być już tylko lepiej. Do czasu gdy jednak przyjdą te – właśnie te jedne jedyne – wybory, które Platforma przerżnie i żadne dzisiejsze sondaże ani tego, co się stało, nie wyjaśnią, ani temu nie zapobiegną.
Dlaczego? Proszę uprzejmie, oto wyjaśnienie. Pamiętam dziś jeszcze, jak pewnie już z dwa lata temu, kiedy wszystko było dokładnie tak jak dziś, tyle, ze żyli i Lech Kaczyński i Sebastian Karpiniuk i Przemysław Gosiewski, Wprost opublikował niezwykle interesujący artykuł zatytułowany chyba „Zmysłowa polityka PO”, czy jakoś tak. Krótko mówiąc, chodziło o to, że znaczna część wyborców - kto wie, czy nie większość - w swoich politycznych wyborach kieruje się nie rozumem, nie zimną kalkulacją, nie własnym interesem, lecz skojarzeniami na płaszczyźnie czysto zmysłowej. Jak pisało Wprost, z badań specjalistów wynika, że przekaz reklamowy zapamiętujemy wielokrotnie lepiej, jeśli zaspokaja on wszystkie pięć naszych zmysłów.
Nie trzeba być osobą szczególnie doświadczoną w dziedzinie reklamy w służbie manipulacji, żeby orientować się, o co chodzi. Jeśli pociągamy nosem i czujemy zapach świeżego chleba, jeśli rzucamy okiem i widzimy ładną dziewczynę, jeśli nastawiamy ucha i słyszymy słodki, dziewczęcy śpiew, to jest nam dobrze i wszystko, co nam ktoś chce przekazać, wchodzi nam do głowy lepiej. I przeciwnie. Sprawa jest już tak stara, że pewnie nawet już dla niektórych nudna.
Ja jednak pamiętam, że Wprost postanowiło pójść jeszcze dalej i nie dość, że zwrócić uwagę na te zmysłowe kwestie, lecz zbadać reakcje polskich wyborców na tym właśnie poziomie. Do tego interesującego zadania zostali wynajęci psychologowie i specjaliści od marketingu i oto, cośmy otrzymali. Okazuje się, że przeciętny obywatel, kiedy widzi Jarosława Kaczyńskiego, to widzi prymitywnego chama. Jeśli przy tym pociągnie nosem, to poczuje zapach przegniłych pomieszczeń dworca autobusowego w Siedlcach. Jeśli zamknie oczy i pomlaska, najpewniej poczuje smak czegoś kwaśnego, lub wręcz gorzkiego. Nastawi ucha, a tu nagle, w jego mózgu zabrzmi coś na kształt muzyki religijnej, lub dzwonów kościelnych.
Ale oto, zamiast Jarosława Kaczyńskiego, na powierzchni mózgu przeciętnego obywatela pojawia się sekwencja Donald Tusk i obraz pana premiera w garniturze. Włączamy specjalistyczne urządzenia pomiarowe, przykładamy kabelki do skroni przeciętnego Kowalskiego i proszę. Kowalski ciągnie nosem - świeży zapach nadmorskiej sosny. Mlaska - pierniczek. Wystawia ucho - U-2, albo kompilacja dziesięciu najpiękniejszych rockowych ballad. Otwiera oczy - minister Nowak z posłanką Muchą.
Ja nie żartuję. To, co opisuję powyżej, to nie są moje dowcipne popisy. To wszystko nauka, rozum, ekspertyza. Zapisana w badaniach Instytutu Millward Brown, czy może jeszcze jakiegoś innego tworu ze słowem ‘obywatelski’ w nazwie, zatwierdzona własnymi badaniami polskich specjalistów i opisana przez wnikliwych analityków.
Oczywiście, co zrobimy z tą wiedzą, podobnie jak z każdą wiedzą przekazywaną nam niemal każdego ranka przez poważne media, zależy już tylko od nas. Jestem pewien, że bardzo wielu obserwatorów naszego życia politycznego na sam tytuł odpowiedniej informacji wpada w euforię i już zaciera ręce na najbliższe 684 lata rządów Platformy. Natomiast, jeśli idzie o jakąkolwiek wzmiankę na temat tego, skąd te wszystkie radosne gesty biorą, ani nie zacierają rąk, ani tymi rękoma nie wykonują nawet obraźliwych gestów, bo ich tego typu informacje, jako najprawdopodobniej propaganda Radia Maryja, czy jakiejś innej PiS-owskiej gazety, nie interesują, szczególnie kiedy są w dobrym nastroju, a wokół czują zapach morskiej fali, a z oddali płyną dźwięki Nothing Else Matters, czy wręcz November Rain.
Jestem jednak pewien, że są też i tacy, dla których, zarówno te wszystkie sondaże, podobnie jak informacje o tych nitkach przeciągniętych między umysłem jakiegoś biednego konsumenta, a najróżniejszymi, nasączonymi ruską perfumą obrazkami, są o tyle tylko ciekawe, że potwierdzają to, co już wcześniej wiedzieli, albo może i tylko czuli, a teraz, dzięki tego typu informacjom, mogą sobie tę swoją wiedzę uporządkować i ewentualnie nazwać to, czego dotychczas nazwać nie umieli.
Rozpoznać mianowicie i nadać nazwę temu, co cała Polska miała okazję obserwować choćby przez dziesięć lat prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. Wszyscy doskonale pamiętamy, ile lat musiało upłynąć i jaka rewolucja musiała zajść w umysłach tych, którzy, sami maksymalnie zatruci najbardziej wulgarnym kłamstwem, mieli za zadanie tą trucizną dzielić się z innymi. Pamiętamy, jak przez dziesięć niemal lat, Aleksander Kwaśniewski uchodził powszechnie za wysokiego, szczupłego, przystojnego człowieka, ze starannym wykształceniem i nie było absolutnie takiej siły, na ziemi i na niebie, która zmusiłaby większość obywateli do uznania, że to, co widzą - to złudzenie. 10 lat!!! A i to jeszcze przecież nie był koniec.
Te grupki nielicznych, którzy odmówili udziału w tym festiwalu zbiorowej psychozy, przecierali oczy i uszy ze zdziwienia, łapali się za skołatane głowy, nie mogąc zrozumieć, jak ktoś, kto ma średnie wykształcenie - i to ma to swoje średnie wykształcenie oficjalnie i jednoznacznie - w oczach ponad połowy badanych jest sobą starannie wykształconą. Jak to możliwe, że ktoś, kto ma - powiedzmy - 1,65, czy 1,70 cm wzrostu, nagle, w opinii większości społeczeństwa, jest wysoki?
Proszę zwrócić uwagę. Ja nie piszę o tym, że Kwaśniewski to od początku swojej obecności na scenie politycznej zapijaczony komuch, bo ten rodzaj informacji w dużym stopniu obciążony jest ryzykiem nieobiektywizmu. W końcu to, że człowiek chleje, dla dużej części opinii publicznej wcale nie świadczy o tym, że ten ktoś chleje. A to, że ktoś jest komuchem, w sytuacji, gdy największym komuchem jest Jarosław Kaczyński, też łatwo można zakwestionować. Ja piszę o faktach, nie o opiniach. I właśnie to szaleństwo, o którym kiedyś napisało Wprost, a które ja dziś próbuję jakoś przypomnieć, operuje w dużej mierze na poziomie faktów, a nie opinii. Co najciekawsze jednak jest to, że ten podprogowy przekaz, będący najnowszym sukcesem specjalistów od mieszania ludziom w głowach, nie jest kierowany tylko do osób, według najbardziej popularnych standardów, głupich. Ależ skąd! Śmiem wręcz twierdzić, że ludzie prości, niewykształceni, nierozmumiejący się na tych wszystkich przemądrych kwestiach, raczej patrzą, zanim coś zobaczą i słuchają, zanim coś usłyszą. Ludzie prości i niewykształceni najpierw dotkną, a dopiero potem powiedzą, jaką to coś ma konsystencję.
I to właśnie dzięki tym ludziom, jak już wcześniej wspomniałem, Platforma Obywatelska w końcu przegra wybory. Może nie najbliższe. Może kolejne. A może jeszcze następne. Wcale nie dlatego, że patrzące i słuchające jednostki, jakimś cudem odczarują ten dziwaczny świat post-polityki i ci, co dotychczas dawali sobą tak fatalnie sterować nagle się opamiętają. Nie. Ich możemy już odpisać na straty.
Ale na szczęście, oni też już nas odpisali na straty. A już niedługo dadzą nam spokój, nawet jeśli idzie o politykę. I wtedy już będziemy mogli sobie wybierać przyszłość dla naszej Polski bez ich łaskawego udziału.


Powyższy tekst wcześniej został opublikowany w Warszawskiej Gazecie pod nieco innym tytułem, choć gdyby ktoś dobrze poszukał, to może by i trafił na jego strzępy w starych jeszcze czasach.

niedziela, 7 listopada 2010

Kuba Wojewódzki - killer z racą w dziurze

Ponieważ z powodów o których już miałem okazję wspominać, telewizor nam służy nam ostatnio albo do zabawiania mojej żony i naszych obu córek, to że wiem o wywaleniu z PiS-u dwóch posłanek – co stało się jednym z powodów powstania poprzedniej notki – można uznać bardziej za szczęśliwy traf, niż za efekt mojego zainteresowania polityką i przyległościami. Inna sprawa, że ów stan odcięcia ma swoje bardzo dobre strony. Nie muszę na przykład śledzić ogólnopolskiej debaty na temat tego, jak to w Polsce niszczy się jednostki wybitne, jak to Prawo i Sprawiedliwość wykonało ostatni ruch łopatą przy swoim grobie, ani też wysłuchiwać tego, co na ten temat sądzą obie panie, i jakie mają teraz polityczne plany. A wnioskując choćby z komentarzy pod poprzednim wpisem, mogę się domyślać, że Polska tymi kwestiami żyje.
Jest jeszcze coś, co uważam za – jak to mówią Anglicy – blessing in disguise. Wreszcie mam czas na oglądanie filmów. Albo całkiem świeżych, albo takich, które lubię i chciałem sobie obejrzeć ponownie. Wczoraj na przykład wreszcie sobie obejrzałem trzy dokumentalne filmy Adama Curtisa, które tu parokrotnie nam polecał nasz kolega adthaelad. Jeśli ktoś zna język, przyłączam się do rekomendacji – Curtis1 Curtis2 Curtis3.
Swoją drogą, ciekawe, że filmy powstały nie gdzieś na boku, w jakiejś niszy, ale zostały nakręcone na zamówienie BBC, a na DVD są najwyraźniej nie do uzyskania. To też wiele nam mówi.
No więc oglądam filmy. Też wczoraj obejrzałem sobie, chyba już po raz trzeci czy czwarty, coś co po angielsku nazywa się Enemy of the State z Willem Smithem i Genem Hackmanem, a co zwyczajnie uwielbiam. Jak nakazuje zwyczaj, opowiem krótko, o co chodzi. Na poziomie interesów polityczno-państwowych, w które nie musimy wnikać, zostaje skrytobójczo zamordowany pewien kongresman. Tak się składa, że to morderstwo zostaje przypadkowo zarejestrowane przez kamerę, którą w plenerze zainstalował pewien ornitolog-amator. Kiedy rząd się o tym dowiaduje, w celu zdobycia filmu, najpierw zabija ornitologa, a później – i o tym jest już cały film – zasadza się na Willa Smitha. Dla uzyskania dysku z zapisem, a tym samym dla ukrycia zbrodni, państwo wykorzystuje całą swoją potęgę na ziemi, w powietrzu i w kosmosie. Determinacja, gwałtowność i agresja z jaką zatrudnieni przez rząd zabójcy dążą do zniszczenia jednego człowieka jest porażająca. Możliwe że był film, które pokazywały tę gwałtowność w sposób bardziej przebojowy, ale ja akurat go nie widziałem. Bardzo pasjonujący to film.
To co mnie w nim jednak poruszyło w sposób wyjątkowy to zupełnie unikalny sposób, w jaki pokazana jest drabina Systemu polującego na kogoś, kto mu śmiertelnie zagroził. Oczywiście na samym szczycie jest rząd i ci którzy bezpośrednio dopuścili się morderstwa. A więc tak zwani ludzie zza biurka. Niżej są ci, którzy wykonują faktyczną robotę. A więc ludzie służb, w tym wspaniale wyszkoleni zabójcy. To oni zabijają ornitologa i stają na głowie, żeby zabić Willa Smitha. To oni są ci najgorsi. Absolutnie najgorsi. Jak wściekłe psy, których jedyna racja bytu polega na zabijaniu. Ale film Wróg publiczny to nie jest film o złych zabójcach i ich niewinnej ofierze. To film o Systemie w działaniu. To film o wspomnianej drabinie. I to co w nim najciekawsze, to właśnie owa drabina.
W moim odczuciu, to co stanowi centralny punkt tego dramatu, to grupa zwykłych, sympatycznych, często wesołych, pełnych pasji informatyków, którzy siedzą przy swoich komputerach i zabezpieczają całą tę próba zabójstwa po kątem logistycznym. A więc swoimi umiejętnościami uniemożliwiają Smithowi skuteczną kryjówkę. To oni utrzymują stałą łączność między umieszczonym na orbicie satelitą, a każdym pojedynczym krokiem usiłującego ratować życie człowieka. Zabójcy przez cały film pędzący za Smithem sa grani przez aktorów, którzy w życiu nie zagrają innej jak ta właśnie roli. Napakowani nie-ludzie o bezwzględnych twarzach i jeszcze bardziej bezwzględnych sercach. Natomiast oni tracą całą swoją moc, gdyby nie te cherlawe dupki w okularach klikający w swoje klawiatury. Którzy nie wiedzą nic, nie interesują się niczym, a jedyne czego się od nich wymaga, i czego oni wymagają sami od siebie, to to, by wiedzieli, kiedy i jaki klawisz nacisnąć. Pada polecenie: „Zrób zbliżenie obiektu” – proszę bardzo. Słychać komendę: „Obróć obraz o 180 stopni” – nie ma przeszkód. „Wyostrz obraz” – już jest ostry. Ci pryszczaci biedacy, w okularach i z niedbałym zarostem, siedzą przy tych monitorach i aż skaczą z podniecenia, że wszystko im tak pięknie wychodzi. Że tacy są dobrzy. I że ten sprzęt tak świetnie działa. I jedyne co wiedzą, to to że oni są na służbie państwa, które walczy z tego państwa wrogiem. I to robi wrażenie.
Tyle rzeczy przychodzi do głowy, kiedy człowiek nie musi słuchać bandy wynajętych durniów, i denerwować się tym, jak bardzo kłamstwo się wybeszczelniło. Wystarczy z jednej strony odrobina czystej fikcji, a z drugiej chwilka najprawdziwszej prawdy. Też wczoraj, TVN pokazał kolejny półfinał programu Mam talent. Pierwsza gwiazdą wydarzenia był chłopak z gitarą, który zaśpiewał Ain’t No Sunshine Billa Withersa. Jak zaśpiewał? Normalnie, a więc ładnie. Każde lepsze czy gorsze liceum ma takiego jednego czy dwóch uzdolnionych artystycznie chłopców, którzy umieją grać na gitarze, lub pianinie i do tego śpiewać, i tym właśnie na akademiach zdobywają serca koleżanek. Po jego występie, Kuba Wojewódzki najpierw powiedział mu, że jest wielki, a potem padło coś takiego: „Człowieku, mówię ci, spieprzaj z tego kraju”. Że niby w Polsce on nie rozwinie swojego talentu.
Tak dosłownie właśnie powiedział Wojewódzki: „Spieprzaj z tego kraju”. Ciekawe jest to, że on to powiedział w tym kontekście nie po raz pierwszy. Pamiętam świetnie, jak podczas poprzedniej edycji Mam talent, pewna dziewczynka, która też ładnie śpiewała, dowiedziała się od Wojewódzkiego tego samego. Że powinna „spieprzać z tego kraju”. Tym samym dowiódł, że dla niego, oprócz seksu i narkotyków, oczywistą obsesję stanowi ciągłe pokazywanie Polsce, która – co tu już parę razy zostało wspomniane – w odczuciu autorów polskiej edycji programu nie zasłużyła nawet na to, żeby znaleźć się w tego programu nazwie, tak zwanego ‘faka’.
I to mnie prowadzi do pewnego rodzaju refleksji ogólnej. Mamy takiego Kubę Wojewódzkiego. Człowieka, który o ile mnie pamięć nie myli, zaczynał karierę od tego, że był perkusistą w jednym z wielu młodych polskich punk-rockowych zespołów, a więc kimś, kto pewnie wtedy, gdyby taki program u nas istniał, może by i się do udziału w nim zgłosił. Muzykiem Wojewódzki nie został, ale stał się autorem bardzo popularnego telewizyjnego show, i – co sam lubi podkreślać – przez ten swój sukces człowiekiem niezwykle zamożnym. I można się teraz zastanowić, czy Wojewódzki, kiedy tym wszystkim – w jego odczuciu zdolnym ludziom – mówi, żeby „wypieprzali z tego kraju”, bo tu kariery nie zrobią, uważa, że on karierę zrobił, bo jest kimś tak wybitnym, że nawet ten polski gnój mu nie był w stanie przeszkodzić, czy może jest pewien, że gdyby on w swoim czasie z „tego kraju” zwiał, to miałby nie tylko tego nędznego Jaguara czy Porsche, ale i helikopter, samolot, jacht i harem pod Kijowem. I nie musiał się kurwić w jakimś TVN-ie.
A może on wie jeszcze coś. Na przykład, mimo swojej bardzo ograniczonej przytomności, wie, że w obecnym stanie rzeczy karierę można w Polsce zrobić tylko przez telewizję, a najlepiej przez telewizję TVN. I on wie też, że każdy choćby minimalnie zdolny człowiek, choćby zdolny na poziomie tego śpiewaka z gitarą, czy jakiegoś dziecka śpiewającego po francusku, stanowi dla niego potencjalne zagrożenie. Że w takiej firmie jak ITI nie ma sentymentów. Tam wszystko jest nieustannie i bardzo skrupulatnie liczone. On to wie i – nie z jakiegoś bezpośredniego poczucia zagrożenia, bo Az tak źle nie jest – ale na wszelki wypadek, może wręcz na zasadzie odruchu, wszystkim, którzy robią wrażenie zdolnych doradza emigrację.
Nie wiem, Tej zagadki rozwiązać nie potrafię. A więc tego, co się kotłuje we łbie kogoś takiego jak Wojewódzki. Natomiast dwóch rzeczy jestem całkowicie pewien. Przede wszystkim tego, że to co on ma, mogła mu dać tylko Polska. I to Polska szczególna. Taka właśnie Polska rozkraczona między Drugą a Trzecią RP. Że z jego zdolnościami, jego talentem, jego inteligencją, jego elegancją, jego poczuciem humoru, jego osobistym urokiem, jego elokwencją, gdyby on z tej naszej Polski odpowiednio wcześniej „spieprzył”, to jedyne co by go dziś łączyło z programem Mam talent, to to że może by akurat występował w jego niemieckiej edycji zamiast tego magika:

I jeszcze jedno. Że gdyby mu się udało zostać aktorem i jakimś cudem wystąpiłby w takim filmie jak Wróg publiczny, to grałby jednego z tych komputerowych ekspertów, powiedzmy specjalistę z Rosji. I to by było jego życiową rolą. Na poziomie zarówno faktycznym, jak i filozoficznym, czy jak to niektórzy nazywają – metafizycznym.

sobota, 6 listopada 2010

Może trochę świeżego powietrza dla miłych państwa?

To co zainspirowało powstanie niniejszego tekstu, nie jest, jak to zwykle bywa, związane z jednym wydarzeniem, ale z ich całą serią. Poszło mianowicie o to, że w ciągu minionych parunastu dni, doszły do mnie informacje o pojawiających się pretensjach, a dotyczących tego, co nie jest niczyją sprawą jak tylko moją i ludzi związanych z moją wiarą i poglądami. Co mam na myśli? Otóż weźmy choćby zdarzenie najświeższe. Prawo i Sprawiedliwość, a więc partia z którą czuję związek intelektualny i emocjonalny wyrzuciło ze swoich szeregów dwie działaczki – Joannę Kluzik Rostowską i Elżbietę Jakubiak. I od razy podniosła się wrzawa – o nie, nie po stronie członków Prawa i Sprawiedliwości, ale przeciwnie, po stronie jego przeciwników. Że jak to tak można? Kto to widział? Czy PiS zdaje sobie sprawę z tego, co znaczą takie błędy? Doszło do tego, że wczoraj w telewizorze pokazał się polityk Platformy Obywatelskiej Adam Szejnfeld i ogłosił z prawdziwym bólem, że to co się stało, to ostateczny upadek PiS-u. Mało tego. Głos zabrał nawet sam Prezydent RP i też wyraził swoje rozczarowanie. A ja bym chciał wiedzieć, co im do tego?
Parę dni temu któraś z sondażowi przeprowadziła badania wśród obywateli, w których to badaniach zadała pytanie, czy oni uważają, że Jarosław Kaczyński powinien być nadal prezesem Prawa i Sprawiedliwości. Okazało się, że obywatele tego nie chcą, i wszystkie głównie ośrodki medialnie poczuły natychmiastowy obowiązek poinformować o tym wydarzeniu również mnie.
Wczoraj czy przedwczoraj z kolei, dowiedziałem się, że Wojciech Olejniczak polazł pod Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu, zapalił znicz tylko po to, by go za chwilę uroczyście zgasić i ogłosić koniec żałoby. A ja bym chciał wiedzieć, jaki to jest jego zasmarkany interes. Że co? Że w tym zamachu zginęło paru jego znajomych? To ja w takim razie mogę powiedziec, że moją znajomą była pani Anna Walentynowicz i prezes Sławomir Skrzypek, a do głowy by mi nie przyszło, żeby nagle publicznie ogłaszać przedłużenie, czy koniec żałoby. Gdzie on się więc, za przeproszeniem, ryje?
Coryllus, o czym pisałem wczoraj, wysłał mi informację o tym, że jakieś trzy idiotki w telewizyjnym kanale TVN Style uznały za stosowne ględzić o tym, że gdyby wszyscy księża przestali pajacować i zdjęli swoje koloratki, a zamiast tego założyli rozpinane pod szyją bluzeczki i zakręcili loczki, to ludzie by chętniej chodzili do spowiedzi. Założę się, że żadna z nich nie dość że nie chodzi do spowiedzi w ogóle, to jeszcze w kościele bywa tylko na Pasterce, żeby albo wytrzeźwieć, albo zrzucić z siebie te parę kilo po wigilijnej kolacji, natomiast nagle okazuje się wszystkie trzy mają strasznie dużo do powiedzenia na temat tego, jak powinni wyglądać księża. Bo do ich ciemnych łbów nagle wpadła myśl, że mi w ten sposób pomogą szczerzej i prawdziwiej uwierzyć?
O ile to co się dzieje wokół PiS-u jestem w stanie jakoś zrozumieć – w końcu toczy się wojna polityczna i wiem że te wilki aż się oblizują na samą myśl, że oto po0jawia się nowa szansa na to, że w końcu tych „pisobolszewików” trafi ostateczny szlag, a Kaczyńskiego wywiozą do jakiegoś zamkniętego zakładu – troskę ludzi nie dość że niepobożnych, to w dodatku niewierzących, a często Kościołowi więc wrogich o to, co się w ramach tego Kościoła dzieje, uważam za całkowite szaleństwo. Ja wiem, że są na świecie grupy i organizacje, które żyją z tego by Kościół skutecznie osłabiać i prowadzić go do ostatecznej zguby, a więc to, że oni się tak bardzo interesują nawet tym, w czym księża chodzą na co dzień jest zrozumiale. Natomiast nie da się ukryć, że wszędzie jest całe mnóstwo zwykłych, codziennych wrogów Kościoła, dla których Kościół jest wyłącznie obiektem kpin i żartów, i oni też, jak najbardziej, szalenie się troszczą o to, by na mszy na którą ja chodzę co tydzień, było ciekawiej, weselej i przede wszystkim „fajniej”. I to właśnie nazywam obłędem.
W zeszłą niedzielę byliśmy na własnie takiej mało fajnej mszy i – jak to się zwykle dzieje przed Wszystkimi Świętymi – ksiądz ogłosił, że każdy kto odmówi odpowiedni zestaw modlitw, przyjmie Komunię Świętą i odwiedzi groby, dostąpi odpustu. Pani Toyahowa, która jak wiedzą wszyscy stali czytelnicy tego bloga, potrafi wiele, szepnęła mi oburzona do ucha: „A co to ma znaczyć? Czy on sugeruje, że jak ktoś nie pójdzie na grób, to już nie może dostać odpustu? A niby dlaczego to? A cóż to za terror???”
Ona oczywiście żartowała, ale my wiemy, ze to wszystko wcale nie jest takie śmieszne. Słowa, które Toyahowa wypowiedziała, idealnie wkomponowują się w to, o czym piszę wyżej. Nagle się okazuje, że już nic nie jest moje, Twoje, nasze. Nagle się dowiadujemy, że to co jest ich – to jest oczywiście ich. Natomiast co dotychczas wydawało się być nasze – z dnia na dzień stało się wspólne. Kaczyński jest waszym prezesem? No a co, jeśli on mi się nie podoba? W końcu żyjemy w jednym kraju i nikt mnie nie zmusi, żebym go oglądał w telewizji. Wasi księża chodzą na czarno i nudzą? Dawać nam tu kogoś fajnego. W końcu nie może być tak, że tylko wy decydujecie o tym, jak ma być w kościele. Macie jakiś odpust? Ja też chcę! Nie może być tak, że wy macie, a ja nie! Wam wolno brać ślub w kościele, a nam nie? A z jakiej to racji? Mamy demokrację chyba, prawda? Ja też chcę się najeść komunii.
Ona żartowała i ja oczywiście cały czas robię sobie żarty, bo istotnie to o czym piszę, choć jest upiornie prawdziwe, ciągnie za sobą ową aurę śmieszności. Ale tak, to prawda – to wszystko jest i prawdziwe i upiorne. Pamiętam jak jedno z naszych dzieci szło do Sakramentu Bierzmowania. Nagle okazało się, że podczas uroczystości, w dwóch ławkach zebrała się cała kupa dzieci wyjątkowo niegrzecznych. One były niegrzeczne do tego stopnia, że zaczęły podpalać specjalne kartki, które w momencie przyjmowania Sakramentu należało pokazać Biskupowi. W tej sytuacji księża, czy siostry zakonne – nie pamiętam – którzy pilnowali, żeby wszystko odbywało się jak należy, zablokowali tym dzieciom wyjście z ławek, tak by nie mogły podejść do ołtarza i by w efekcie nie otrzymały bierzmowania. Uroczystość trwała nadal, a tymczasem w tych dwóch ławkach trwała cały czas wrzawa, podczas której co sprytniejsi próbowali się wymknąć i podejść do ołtarza. Bez efektu. Wreszcie, kiedy już wszyscy zostali obsłużeni, zadecydowano, że ci młodzi bandyci też dostaną to po co przyszli. No i dostali. Koniec. Tak się skończył ten uroczysty dzień.
Nie muszę tu wspominać, że bardzo mi było przykro z powodu tego jak się cała ta sprawa zakończyła. Miałem wielką nadzieję, że te dzieci nie zostaną dopuszczone do bierzmowania i że zostaną z tego mojego kościoła wyprowadzone za uszy, razem ze swoimi rodzicami, wujkami i dziadkami i kolegami taty. I że w ten sposób wszyscy ci, którzy dotychczas nie wiedzieli, o co w Kościele chodzi – się tego dowiedzą. I będą o tym pamiętać. Niestety. Ktoś spanikował i wszystko licho wzięło. W sensie przenośnym i co gorsze również w dosłownym. Dlaczego użyłem słowa „spanikował”? Otóż wczoraj rozmawiałem ze znajomym księdzem i o tym wydarzeniu mu opowiedziałem. Okazało się, że on tego typu sprawy zna. I też opowiedział mi historię, jak to kiedyś w przeddzień bierzmowania, zapowiedział całej bandzie takich właśnie młodych bandytów, że zostają do tego sakramentu nie dopuszczeni i ich wywalił z kościoła. Niestety już w chwilę później proboszcz zmienił jego decyzję i wszystko odbyło się zgodnie z planem. Czemu? Sprawa jest jak najbardziej prosta i oczywista. Proboszcz wystraszył się, że jeśli cała grupa dzieci nie zostanie dopuszczona do bierzmowania, ktoś poinformuje o tym albo Gazetę Wyborczą albo TVN24 i zrobi się z tego afera. Że tu małe dzieci, że biedni rodzice, że tam tort i zaproszeni goście, że garnitury, że Jezus kocha wszystkich, a tu ten cholerny Kościół ze swoimi przesądami. No i uznał, ze dla zachowania dobrej opinii, można nie tylko przystać na fikcję, ale dopuścić do świętokradztwa.
I tak to się kręci. Z jednej strony napiera na nas cały przemysł, zbudowany wokół tego jednego zadania. Żeby nas najpierw zneutralizować, a następnie unicestwić. Z drugiej z kolei strony, tłumy głupców, którzy nie wiedząc gdzie się w swoim marnym życiu zatrzymać, ubzdurali sobie, że wreszcie znajdą ten punkt zaczepienia, jeśli wszystko wokół pozmieniają według wzoru, który im mądrzejsi od nich podsuną.
Bo tak to właśnie wygląda. Trochę sobie wcześniej pożartowaliśmy, ale przychodzi czas na parę słów jak najbardziej poważnych. Tak to właśnie wygląda. To jest wojna cywilizacji. I tylko jedna z nich niesie z sobą prawdę. I wszyscy to wiedzą. A jak nie wiedzą, to czują. I bardzo by chcieli przejść na tę stronę, ale coś ich trzyma i szepce im do ucha, że jeszcze chwila, jeszcze tylko parę ruchów i droga będzie wolna. A oni – jak barany prowadzone na rzeź – przyjmują te wszystkie kłamstwa i powtarzają za tym czymś, jak za panią matką, że tak, że jeszcze chwila. I dlatego wciąż tu przychodzą, kręcą się pod drzwiami, i próbują nam mówić, jak oni sobie wyobrażają, że będzie lepiej te nasze wnętrza przebudować. Wiedzą przy tym, że tam gdzie oni są, już wszystko skutecznie zniszczyli, wszystko zmarnowali, doprowadzili swój świat do takiej ruiny, że tam się zwyczajnie nie da żyć. Wiec leżą tu. I wciąż nam proponują jakieś rozwiązania.
Napisałem kiedyś na tym blogu tekst o mniej więcej o tym, co wyżej, zatytułowany „Może księdza dla miłych państwa?”. Zakończyłem go apelem do jednego z blogerów, ale tak naprawdę do wszystkich tych, którzy walczą o to by zrobić nam dobrze tak, byśmy się nie pozbierali. Brzmiał on tak: „My, Szanowny Kolego, nie mamy fioła. My nie żyjemy naszymi kompleksami. My mamy luz. Niech się Kolega nie boi. Jak trzeba będzie, będzie mógł Kolega przywołać zarówno siostrę zakonną w szpitalu, jak i księdza z kropidłem na cmentarz. Nawet może Kolega zagwizdać”.
Dziś mogę to tylko powtórzyć i może ewentualnie dodać – jak przyjdą wybory możecie też zagłosować na ludzi normalnych. Na ludzi. A my ten głos docenimy. A skoro mowa o Kościele, to jak już poczujecie swąd siarki, to – jak już zostało powiedziane – wystarczy że zagwiżdżecie. Zobaczymy co się da zrobić.

piątek, 5 listopada 2010

Coryllus: Ksiądz z siusiakiem pod klatą

Nie wiem, jak to się stało, ale niepostrzeżenie przestałem oglądać telewizję. Może to być spowodowane tym, ze pani Toyahowa ze względu na swoje dolegliwości, więcej czasu wieczorem spędza przy telewizorze, a ona, jeśli już ma wybierać między Knapikiem, a filmem bollywoodzkim, wybiera to drugie. Ona, jak już ma wybierać – wybiera cokolwiek. Nawet TVN Style. A więc telewizji nie oglądam. Przeklejam teksty z Salonu i się snuję.
O tym, że wydawnictwo Opoka wyprodukowało kalendarz z księżmi dowiedziałem się od mojego kolegi Coryllusa, i od niego też otrzymałem odpowiedni link. Pogadaliśmy oczywiście sobie na tematy zbliżone – choćby o tym, że jak na to wszystko wskazuje, prawdziwy Kościół ostatnio częściej można spotkać na tym blogu, gdzie Prawdy szukają w dużym stopniu ludzie skrajnie niepobożni, choćby tacy jak właśnie sam Coryllus, czy jazgdyni, niż w wydawnictwie Opoka, czy na herbatce u ojca Leona – i rozeszliśmy się do swoich zajęć. Zalinkowany materiał o oczywiście obejrzałem i po obejrzeniu tego co obejrzeć należało, pomyślałem sobie, że napiszę na ten temat tekst i to taki tekst, który zrobi należyty porządek za całym tym biznesem, jaki stoi za niszczeniem mojego Kościoła, a przy okazji kopnie w każdą wypudrowaną dupkę z tego biznesu żyjącą.
No i dzwoni dziś do mnie nie kto inny jak Coryllus i wesoło mnie informuje, że jego nasza wczorajsza rozmowa zainspirowała i wkleił w Salonie tekst, który ma pewne wzięcie i że jest dobrze.
W tej sytuacji – oczywiście za odpowiednią zgodą Autora – pozwalam sobie przedrukować tu to co zostało, również w moim imieniu, powiedziane w Salonie. Każdy kto wie jak pisze Coryllus, wie też że powiedziane z cała pewnością lepiej, niż zrobiłbym to ja. Mój udział niech tu pozostanie tylko w zmianie tytułu. Nieskromnie uważam, że na lepszy. CORYLLUS RULEZ! Czytajmy.


Lubię sobie czasami rzucić ciężkim słowem, od razu lepiej się wtedy czuję. Słowo to spełnia w toku całej wypowiedzi funkcję taką samą, jak gwałtowna burza w upalny dzień – oczyszcza powietrze. Używam tych słów ponieważ w życiu już tak jest, że wobec zalewającego nas kłamstwa trzeba od czasu do czasu nazwać rzeczy po imieniu. A teraz do adremu. Zajrzałem ci ja ostatnio na stronę www.rebelya.pl i znalazłem tak ciekawy link. Linkiem tym otwiera się stronę jakiegoś porannego programu w TVN, w którym występuje dziennikarka Pieńkowska coraz bardziej czemuś podobna do młodego faraona Tutanchamona. Patrzę i oczom nie wierzę. Pieńkowska i ten dodany jej do dekoracji facet rozmawiają z jakimiś dwoma paniami sprzed kuracji odchudzającej oraz osobnikiem trzecim, w którym z początku rozpoznałem Richa z serialu „Moda na sukces”. Okulary na nosie tego gościa nie zmyliły mnie wcale. – Starzeje się nasz Rich – pomyślałem – w końcu to już 24 edycja idzie. Ile można. Tylko jak to się stało, że udało się Pieńkowskiej ściągnąć go do TVN? No, ale nie takie rzeczy są możliwe na tym świecie. Po chwili jednak okazało się, że to nie Rich, bo tamten nigdy by się nie ubrał w takie pedalskie ciuchy i nie pokazywałby klaty z rzadkim włosiem w sposób nachalny. – Musi ten facet nie jest Richem – myślałem dalej. I miałem rację. Okazało się, że to ksiądz. Oto ten link. Sami zobaczcie.
Ksiądz, jak ksiądz. Nic ciekawego. Dla mnie. Dla Pieńkowskiej ksiądz jest po prostu rewelacją, żeby nie powiedzieć objawieniem. Ksiądz wygląda jak wygląda i gada jak gada. Do tego udziela spowiedzi i sakramentów. Dla pań flankujących na kanapie osobę księdza niczym świątynne słupy, jest ta osoba tak samo frapująca jak dla Pieńkowskiej. Dlaczego? Otóż dlatego drodzy moi, że ksiądz kojarzy się tym paniom z seksem. Nie dlatego, że pokazuje jakiś nowy wymiar religijności, że próbuje powiedzieć nam swoim wyglądem o tym, że kościół to nie tylko odmawianie różańca i straszenie piekłem, ale także fajna zabawa. Nie. On się wydaje im interesujący ponieważ je podnieca. Z kobietami jest jednak już tak, że prędzej powiedzą głośno, że mają rzeżączkę niż, że podnieca je jakiś ksiądz. Okazywanie tego to co innego, to jest nawet trendy, ponieważ według okazujących – nie jest jednoznaczne. Konwencja tego przedstawienia została ograna już dawno przez większych ode mnie autorów i nie ma potrzeby bym się tutaj nad nią rozwodził.
Podzielę się z wami tylko anegdotką z czasów kiedy udzielałem porad seksualnych w kobiecym tygodniku. W redakcji co kilka dni odbywa się tak zwane planowanie lub jak wolą to nazywać uczeni mężowie – kolegium. Pali się tam dużo papierosów, wszyscy gadają bez sensu, a o tym co idzie na stronę i tak w ostateczności decyduje osoba bezpośrednio za to odpowiedzialna. Ja prócz odpisywania na listy tych wszystkich popaprańców z mikropenią, musiałem co tydzień wysmażyć pogadankę na temat życia płciowego w domostwach nad Wisłą - żeby było ciekawie, estetycznie i trochę niejednoznacznie, ale bez brzydkich wyrazów.
Tematy w takich przypadkach wyczerpują się po roku i trzeba mieć naprawdę stalowe nerwy by się w tej robocie utrzymać, zważywszy na to, że wszystkie szefowe to kobiety. Mówi mi więc dnia pewnego naczelna – napisz o tym jak reaguje facet na widok ładnej dziewczyny, co się wtedy dzieje z jego ciałem. – Ma erekcję – ja na to. – Erekcję!? – naczelna w krzyk. O matko! Erekcję! Powiedziałeś erekcję!? Jak możesz tak mówić? Nie możesz tego napisać i w ogóle o tym nie myśl. Zastosowałem się do tych poleceń i nie myślałem już o erekcjach. Napisałem coś innego. Naczelna ta znana była z tego, że – wyrażę się oględnie – z niejednego pieca erekcję jadła i nic nie było jej straszne. Musiała jednak zachować pewną konwencję, w myśl której, w tamtych, nieodległych przecież czasach, kobieta kierująca kolorowym szmatławcem musi być poza wszelkimi podejrzeniami. Może kogoś ta anegdotka rozśmieszy, ale mnie nie śmieszy to już od dawna, a po obejrzeniu programu Pieńkowskiej nie śmieszy mnie podwójnie.
Ten program i ta historyjka świadczą bowiem o tym, że – jak to pięknie ujął Jan Skrzetuski, gdy mu Longinus Podpibięta zaczął odczytywać fragmenty z pobożnej książki co ją u pasa nosił – dziwne jest tutaj materii pomieszanie. Owo pomieszanie nie jest moim zdaniem przypadkowe i będzie się ono pogłębiać.
Wracajmy jednak do księdza. Jak widzimy ksiądz jest z kalendarza, a w kalendarzu są jeszcze inni księża. Jeden ma piłkę, inny kij hokejowy, jeszcze inny pozuje z zabawkami dla dzieci. Wszyscy oni robią coś rewelacyjnego, co sprawić ma, że kościół stanie się dla wiernych znów atrakcyjny i po prostu fajny. Pieńkowska jednak nie wybrała do swojego programu żadnego z tych księży, co mają te piłki i hokeje, tylko tego właśnie wyżelowanego. Zrobiła to dlatego, by wszystkie wariatki siedzące przed telewizorami natychmiast włączyły sobie w głowach program pod tytułem „seks w konfesjonale”. Program ten rozpoczyna się od gwałtownego stosunku płciowego w pustym kościele, który jedynie słyszymy. Oglądamy zaś na przemian – sceny z piekła przedstawiona na obrazach ołtarzowych oraz smutne twarze świętych i błogosławionych na innych obrazach lub też wyobrażone w drzewie za pomocą dłuta. Trwa to i trwa, bo wariatki lubią przedłużać.
Potem widzimy bohaterkę całego zamieszania jak wychodzi z konfesjonału poprawiając spódnicę. Za nią wychodzi zaś właśnie ten facet z programu Pieńkowskiej, ale my nie wiemy jeszcze, że to ksiądz. Myślimy, że to jakiś przybłęda, który poderwał dziewczynę na przystanku i nie wiedząc co zrobić zaciągnął ją do kościoła. O tym, że to ksiądz przekonujemy się w scenie następnej. Widzimy go bowiem jak z natchnionym wyrazem twarzy odprawia mszę. Potem film przyspiesza i pokazywane są tam różne perypetie – jak to pięknie ujął kiedyś Marek Hłasko – miłość, zdrada, takie tam gówna. Mamy oczywiście ciążę i dramatyczny wybór pomiędzy porzuceniem kapłaństwa lub porzuceniem kobiety. I myliłby się ten, kto sądziłby, że w głowie wariatki ksiądz porzuca kapłaństwo. O nie! Sprawy nie mają się tak rewelacyjnie. On przy kapłaństwie zostaje, ale od następnej swojej kochanki zaraża się AIDS i umiera w męczarniach. Ona zaś usunąwszy ciążę wychodzi za mąż za właściciela winnicy na południu Francji. I tylko czasem patrząc z murów swojego chateau na dolinę Rodanu myśli o jego nażelowanych włosach, o tym jak tam leżą w tej trumnie i się rozkładają. Całość w głowie oglądających program Pieńkowskiej wariatek nie trwa nawet 30 sekund, ale świetnie je stymuluje na cały dzień. No i wiadomo już, że kalendarz kupią.
Kiedy obejrzałem sobie wczoraj ten program od razu zadzwoniłem do Toyaha. Zrobiłem tak, bo Toyah jest w tej chwili jedną z nielicznych prawdziwie pobożnych osób w moim otoczeniu. Okazało się, że jeszcze tego nie oglądał. Wymieniliśmy kilka uwag i powiedział mi nasz kolega Toyah rzecz ważną niesłychanie. – Wiesz – mówi – mam wrażenie, że na ten mój blog przychodzą wyłącznie ludzie spoza kościoła, żeby sobie o Panu Bogu pogadać. Mnie to jakoś szczególnie nie zdziwiło. Nie wiem dlaczego. Powiem więcej, mi się to wydało całkiem naturalne, że jeśli ktoś chce pogadać i Bogu albo poczytać co ksiądz Paddington ma na Jego temat do powiedzenia to idzie do Toyaha, a nie kupuje kalendarz z wyżelowanym facetem przebranym za księdza.
Dzieje się tak dlatego, że ludzi nie interesują w kościele osoby duchownych, ich wygląd, sposób ubierania się i wymawiania samogłosek nosowych. Interesuje tych ludzi coś z goła innego, o czym wydawcy tego kalendarza – mam wrażenie – zapomnieli. Ich przekaz adresowanych jest do sfrustrowanych kobiet i dzieci, i tego nie mogę zrozumieć, bo wiem jak szybko mijają te frustracje i jak szybko dzieci dorastają. W naszym świecie, dziś, nieprawdopodobnie szybko. Wiem na pewno, że ten cały chorobliwy infantylizm pokazywany w mediach, uprawiany na co dzień i celebrowany w kontaktach towarzyskich, to tylko pozór, pod którym jest okropny strach. I po to właśnie, by złagodzić nieco ten strach ludzie idą na blog Toyaha i słuchają kazań Don Paddingtona.
Mogę się oczywiście mylić. Kim ja w końcu jestem, żeby o takich sprawach orzekać. Może ów wyżelowany ksiądz to właśnie zapowiedź czegoś dobrego, wspaniałego i radosnego, a Toyah i Don Paddington po prostu smęcą. Może, ale ja się jednak będę upierał przy swoim.
Zainteresowanych moją książką "Pitaval prowincjonalny" zapraszam na moją stronę.

środa, 3 listopada 2010

O wojnie światów wciąż od nowa

Ktoś niezorientowany może się zdziwić, że na tym blogu, a więc w miejscu traktującym o polityce, a co więcej, traktującym o tej polityce w sposób jak najdalszy od pełnych serdecznych rozważań na temat tego, że Jezus nas wszystkich kocha, ukazuje się tekst tak bardzo religijny. I to religijny w sposób bardzo jednoznaczny. Ale też ktoś równie niezorientowany, może na to wszystko pokiwać szyderczo głową i powiedzieć, że przecież to oczywiste, że tu się odprawia jakieś nabożeństwa, no bo czego się można spodziewać po jakimś obłąkanym moderatorze jeszcze bardziej obłąkanego kółka różańcowego. Tak się jednak składa, że z obserwacji, jakie od lat prowadzę, wynika w sposób oczywisty, że czasy, których dożyliśmy, nie pozostawiają w tej kwestii wielkiego wyboru. Kiedy przychodzi do momentu, gdy trzeba się opowiedzieć za określoną cywilizacją, zapraszani są wszyscy. I katolicy i ateiści, ale też i tacy, którzy akurat nie mają w ogóle ochoty się nad tego typu kwestiami zastanawiać. I wielu z nich to zaproszenie przyjmuje. A że przy starciu cywilizacji liczy się przede wszystkim duch i serce, to już ani zasługa moja, ani tych, którzy tu się spotykają.
To jest trochę tak jak z tą bożonarodzeniową choinką, życzeniami, opłatkiem, kolędami o Jezusie Narodzonym, ale też i ze zwykłymi dzwonami kościelnymi, które jednym przeszkadzają, a innym nie. I z księdzem na pogrzebie, o którego jedni proszą, a inni wolą kogoś przebranego. To jest tak jak z ludźmi, którzy chodzą do kościoła w każdą niedzielę, a niektórzy z nich nawet jeżdżą na regularnie organizowane pod Krakowem rekolekcje. Jestem pewien, że wielu z nich religia nie przeszkadza w ogóle, innym tylko pod warunkiem, że nie jest jej za dużo i że przede wszystkim nie pojawia się niespodziewanie, a innym przeszkadza zawsze. Nawet na tych rekolekcjach. Nawet w cieniu Krzyża. A więc tekst taki jak przed nami, zawsze jest skazany na pewne ryzyko. Ryzyko wynikające nie z tego, że są wśród nas ludzie Kościoła i ludzie spoza Kościoła, lecz z tego, że nie każdy z nas rozpoznaje czasy. Zakładam że, jednak jak o to idzie, jesteśmy mniej więcej policzeni, A więc proszę czytać.
Świat, jak wszyscy wiemy – swoją drogą, ciekawe, że można to było zacząć już obserwować jakieś dwadzieścia lat temu – bardzo przyspieszył. W związku z tym pędem, niekiedy można odnieść wrażenie, że coś, co dla nas wydaje się być czymś, co kiedyś ledwo co nas czy to zadręczało, czy cieszyło, dla nowych pokoleń, stanowi już wyłącznie zamierzchłą przeszłość. Weźmy na przykład takie upodlanie Kościoła, czy w ogóle codziennej, polskiej pobożności. Ja na przykład świetnie pamiętam, jak na początku lat 90-tych zbliżała się pielgrzymka Ojca Świętego do Polski, a System – on już wtedy działał – pewien sukcesu, który miał już podobno być już tuż za rogiem, posunął się do tego, żeby Jego – nawet Jego – potraktować, jak całkowicie zbędną, zużytą już szmatę. Ja to świetnie pamiętam. I choć wiem, że – jak mówię – czas biegnie szybko i wiele z osob czytających ten tekst nie będzie umiało w to uwierzyć, mogę zaświadczyć ponownie – System jeszcze w tamtych dniach był gotów potraktować Jana Pawła II jak szmatę. Trudno mi powiedzieć, czy Donald Tusk był już wtedy doświadczonym piłkarzem, czy dopiero zaczynał, ale to pamiętam bardzo dobrze. Był to czas, kiedy Jan Paweł II przez System został potraktowany jak bezużyteczna szmata.
Na blogu, który prowadzę w innym miejscu, napisał ktoś niedawno, że Szatan z reguły działa niezwykle chaotycznie. Że jeśli ktoś myśli, że jest on świetnym organizatorem, i że każdy jego gest jest w swoim zamierzeniu starannie opracowany i pewny, znajduje się w głębokim błędzie. Jego wielkość polega wyłącznie na tym, że jest on w swoim działaniu niestrudzony. Że nic go nie zniechęci, że nic go nie powstrzyma, że nigdy nie zwątpi. Będzie nas zadręczał swoją upierdliwością do końca świata, Ale przy tym wyłącznie metodą prób i błędów. Pełny więc chaos.
Kiedy dziś obserwuję te wszystkie ataki, które są kierowane przeciwko mojemu Kościołowi, a razem z nim przeciwko mnie i tym wszystkim, którzy starają się nie utracić swojej pobożności, mam poczucie najczystszego deja vu. To wszystko już było, i wcale nie mam pewności, czy to co wciąż tak dobrze pamiętam, nie było znacznie gorsze, niż to z czym mamy do czynienia dziś. Nic na to jednak nie poradzę. Tak już mam, że wiele pamiętam, a wśród tego „wiele” są i twarze i imiona i słowa i gesty. Te dni zostaną już ze mną do końca.
Kiedy więc dziś patrzę, jak osoby z najróżniejszych politycznych i społecznych denominacji załamują ręce nad polskim katolicyzmem, polską religijnością i polskim Kościołem, pozostaje niewzruszony jak skała, bo wiem, że to z czym mam do czynienia dziś, jest dokładnie tym samym chaosem, na jaki jest skazany Szatan od wieków. On nie jest w stanie wykonać jednego zorganizowanego i przemyślanego gestu. To, jak zawsze, jest wyłącznie szamotaniną na poziomie zwykłych, żałosnych prób i błędów.
Jest jednak coś – coś jednak nowego – co przez te wszystkie lata pozwoliło mi nabrać pewności szczególnej, i – mam wrażenie – że dla nas dziś kluczowej. Otóż jedyny ratunek, a jednocześnie jedyne przekonanie co do tego, że tej skały nie przemogą bramy piekielne, leży dziś w tak zwanej pobożności ludowej. Nie ma bowiem – dziś widać to bardziej wyraźnie niż kiedykolwiek przedtem – że jedyna nadzieja, jedyny ratunek, i jedyna pewność ostatecznego zwycięstwa leży w tych ludziach ściskających w dłoniach swoje sterane godzinami modlitw różańce. Nie w oświeconych, świadomych katolikach. Nie w tzw. katolickiej inteligencji. Nie w biskupach, którzy zostali zaproszeni do uczestnictwa w zdobyczach współczesnej cywilizacji, i uznali to wydarzenie za wyróżnienie, a jednocześnie za swoją szansę i swoją przyszłość. Nasze zbawienie pozostaje w naszych rękach. Rękach ludzi ufnych i pobożnych.
Wciąż odwołuję się do swojej zbyt dobrej pamięci. Wśród tych wspomnień jest więc też artykuł jednego z wybitnych polskich biskupów, z czasów gdy przez tego nieszczęśnika jeszcze przemawiał Duch Święty. Przemawiał, a może nam się tylko tak wydawało. No ale to pamiętam. Pamiętam więc, jak broniąc polskiego, ludowego katolicyzmu, pisał ów biskup w jednej z niszowych i wtedy i tym bardziej dziś gazet o trzech Maryjach, idących do Grobu, i apelował do nas wszystkich, byśmy się zastanowili, czyż ten obraz nie jest najbardziej jaskrawym przykładem, najbardziej pokracznego polskiego odpustu? I te słowa były piękne – piękne tą prawdą, jaką z taką odwagą niosły. Dziś widzimy tego samego człowieka, jak lży tych, którzy wraz z dokładnie tymi samymi Maryjami obsypują polnymi kwiatami drogę Jezusowi.
I wciąż odwołuję się do tego co obserwuję na co dzień. Wczoraj w telewizji obejrzałem rozmowę jaką Grzegorz Miecugow – nigdy dość przypominania, ze człowiek szczególny – przeprowadził z dziś już profesorem i „panem”, byłym zakonnikiem Bartosiem. Ów Bartoś, zapytany o Prawo i Sprawiedliwość, najpierw bardzo naukowo nazwał tę partię partią „prawicowo-demagogiczną”, a następnie wyraził opinię, że całe poparcie, jakie Jarosław Kaczyński i jego projekt mogą kiedykolwiek uzyskać, pochodzi od ludzi biednych, bezrobotnych, pozbawionych szans, z małych zapomnianych miejscowości, którzy w pewnym momencie tej naszej transformacji się nie zmieścili. Że ten projekt, zwany przez niektórych pisofaszyzmem, odwołuje się do poczucia zwykłej, ludzkiej klęski. Na nic zdały się protesty Miecugowa, człowieka, jak by nie było służb, a nie jakiegoś nędznego Kościoła, który nie musi sobie nic wmawiać, i który wie, że nawet przeciętny idiotyzm ma swoje granice, że sytuacja nie jest taka oczywista. Bartoś trzymał kierunek dzielnie i bez jakichkolwiek kompromisów. Miecugow próbował go mitygować, ale Bartoś już nie jest przecież zwykłym księdzem. Z niego pełną gębą pan profesor, który wie, że nawet jeśli za tym poparciem dla Jarosława Kaczyńskiego i jego partii stoi coś takiego jak polski, głupi patriotyzm, on też wyrasta z poczucia odrzucenia. On to wie, bo on to przeczytał w podręcznikach. Oto piękny, w full kolorze pokaz tego, co z człowiekiem robi szatan, gdy ten mu z idiotycznym uśmiechem na twarzy otworzy wszystkie drzwi.
Wśród tych obelżywości, bądźmy więc z tymi wszystkimi ludźmi z kwiatami i z różańcami. Nie pozwólmy im cierpieć samotności. Tym wszystkim ludziom, każdego wieczora klękającymi przy swoich łóżkach do swojej codziennej modlitwy, klepiącymi bezmyślnie te pacierze, ściskającymi w swoich dłoniach te stare różańce – często z tą jedyną intencją, by zachować wierność, i nie zdradzić Tego, Kogo zdradzić nie wolno. Ale również z tymi, stojącymi dzień i noc pod tamtym krzyżem, którego już nie ma, a przecież wciąż jest. Choćby jako Słowo. I jako Znak. Bądźmy więc z nimi. Bo to własnie oni pozwalają nam zachować Wiarę i Ufność.
I nie dajmy się zwieść Temu Który Nie Opuści Żadnej Okazji, kiedy nam powie, że już po nas. Jemu już naprawdę nie pozostało nic więcej, jak tylko nasza niewiara i nasza obojętność. Tylko to. I aż to. Bądźmy wierni.


Powyższy tekst, w wersji minimalnie zmienionej, ukazał się wcześniej w Warszawskiej Gazecie. Polecam.

wtorek, 2 listopada 2010

Ogień

Święto Wszystkich Świętych jest, jak się zdaje jedynym powszechnie obchodzonym świętem w Polsce, gdzie większość zainteresowanych ma w głowie kompletny chaos. Jak się dobrze zastanowić, to nawet Święta Bożego Narodzenia, i to również w tych ostatnich, bardzo nowoczesnych czasach, obchodzone już tak mniej więcej od listopada, co by nie mówić o tej całej idiotycznej dekoracji, tych Mikołajach i bombkach, nie odchodzą jakoś szczególnie dramatycznie od pierwotnej idei, a więc informacji, ze Bóg się nam narodził i od tego momentu nic nie jest takie jak było. Jak idzie o Wszystkich Świętych, mamy poważne zmartwienie. Dla większości obywateli, ten dzień to tak zwane Święto Zmarłych, a więc okazja, żeby pójść na groby i sobie pogadać w towarzystwie dawno niewidzianych krewnych i znajomych, ewentualnie zrobić ten wysiłek i przypomnieć sobie, że prędzej czy później trzeba będzie kopnąć w kalendarz. O Świętych, a już z całą pewnością o Wszystkich Świętych, by nie wspomnieć o tych Świętych, o których pies z kulawą nogą nie pamięta, nikomu już do głowy nie przyjdzie, żeby pomyśleć.
Dostaliśmy wczoraj od Księdza długi wpis, który był w sposób oczywisty napisany z okazję tego dnia, i ciekawe że o grobach i o naszych zmarłych słowa tam nie było. Wręcz przeciwnie, dużo tam się czuło powiewu zycia, a jak wziąć jeszcze pod uwagę tytuł, a więc tę wieczność, to można by było dojść do wniosku, że właściwie naprawdę jest na co liczyć. Kto wie, czy w pewnym momencie, dzięki tej historii nie zrobiło się tak ciepło, że nawet banda tych pajaców przebranych za dynie przestała irytować, lecz wyłącznie budzić pełne pobłażliwości współczucie.
No i mija dziś dzień kolejny. Dzień Zaduszny. A więc dzień, kiedy nagle można z pełną mocą poczuć powiew tej śmierci. Czystej, niewzruszonej, niepojętej śmierci. Ja go wprawdzie już poczułem wczoraj, a ponieważ – co już zostało tu odpowiednio wcześniej wspomniane – dni były naprawdę prześliczne, może i jeszcze dzień wcześniej, a może jeszcze wcześniej, ale dziś wciąż jestem lekko rozdygotany. Trochę za bardzo.
Cmentarz który uważam za swój, a więc cmentarz w Katowicach na ulicy Sienkiewicza, jest wprawdzie nie tak wielki, sławny i pełen emocjonujących miejsc jak cmentarze w innych miejscach Polski, ale nikt nam nie zarzuci, że nie ma tu czego odwiedzać. Jest tu na przykład grób Zbigniewa Cybulskiego – aktora. Jest na tym moim cmentarzu pochowany Alfred Szklarski – pisarz, któremu pani Rowling nie dorasta do pięt. Jest Jerzy Duda Gracz – artysta malarz. Jest piękny czarny nagrobek żony Wojciecha Kilara, a obok miejsce puste, czekające na ten miejmy nadzieję bardzo odległy dzień. Od niedawna jest tu pochowana pani senator Bochenek, której życie zostało zmasakrowane przez smoleńską mgłę. Mnóstwo jest tu grobów ludzi, którzy zmarli, a którzy byli ważni nie tylko dla najbliższych. Są tu groby obłożone kwiatami i świeczkami, ale też groby zapomniane, często z wymalowanym napisem ‘do likwidacji’. Widziałem wczoraj coś, co przypominało grób tylko przez to, że zatopione w czarnej ziemi leżały jakieś połamane kamienie z trudem przypominające krzyż, bez żadnego nazwiska, z ledwo widocznym napisem 1916, i trzy świeże, nie wiadomo przez kogo zapalone świece…
Ale na tym moim cmentarzu znalazłem jeszcze w sobotę miejsce, które już odwiedziłem czterokrotnie i które będę już odwiedzał zawsze. Miejsce, które zrobiło na mnie takie wrażenie, że autentycznie do dziś nie mogę się pozbierać. I ja i moja żona i dzieci. Mam na myśli tonący w kwiatach i świecach grób siedemnastoletniej dziewczynki, zmarłej w styczniu 2008 roku, a więc już niemal trzy lata temu na białaczkę. Grób, jak mówię, jest cudowanie ozdobiony kwiatami i palącymi się wciąż świeczkami, a na płycie wypisany jest tekst, który już dziś znam na pamięć. Tekst, którego nie mogę zapomnieć i zapomnieć nie chcę. Tekst absolutnie porażający.
Wczoraj, pod rekolekcjami księdza Paddington, nasz marynarz, zaznaczył w swym komentarzu, że jest osobą niewierzącą, i prosił Księdza, żeby mu coś w tej sprawie powiedział – swoją drogą, co za nieszczęśnik z tego Bartosia, kiedy w swoim opętaniu wciąż utrzymuje, że PiS to wyłącznie pobożne babcie od Rydzyka – a ja natychmiast pomyślałem, że napiszę ten tekst. I dla siebie i dla innych i dla mojego niewierzącego przyjaciela z Gdyni. Dlaczego? Dlatego, że jestem najszczerzej i najgłębiej przekonany, że to co jest napisane na tym nagrobku, to głos Boga. To jest to, co trochę żartobliwie za panią Toyahową – nazwałem w jednym z wcześniejszych wpisów truskawką. Truskawką w swej unikalnej, wyjątkowej i niepowtarzalnej fizyczności.
Nigdy wcześniej nie słyszałem o tej dziewczynce, która zmarła w Katowicach tamtej zimy. Nie mówiono o niej w telewizji, nie organizowano na jej rzecz ogólnopolskiej pomocy. Nie została bohaterem. Po prostu któregoś dnia zmarła na białaczkę. Dziś, kiedy szukamy od paru dni czegokolwiek o niej w Sieci, jedynie najmłodszej Toyahównie udało się trafić na informację, do jakiego gimnazjum ona chodziła i ze miała drugą najwyższą średnią – 5,6 – w szkole. Że zdobyła jakąś nagrodę w konkursie na baśń,. Że brała udział w jakichś konkursach przedmiotowych. I tyle. Nawet nie ma słowa o tym, że zmarła. Wiemy, ze skończyła to gimnazjum, domyślamy się, że musiała pójść do jakiegoś liceum – pewnie jednego z tych bardziej ambitnych – i zaraz potem zmarła. I tyle. No i widzimy ten grób. Od trzech lat tonący w kwiatach, i płonący blaskiem tych świec, jakby to ona, a nie kto inny, na oczach oszołomionego świata, zmarł niedawno w tej smoleńskiej katastrofie.
Cóż takiego się stało? Kto to taki umarł? Kim było to dziecko? Kto je tak kochał?
I czytamy tę inskrypcję. To nie są słowa poety. To nie mądrości wielkich filozofów. To nie wyjątek z mądrej ksiązki. To parę zdań napisanych przed śmiercią przez kogoś, kto wie, że to już koniec. Nie wiem, co powie na to Don Paddington, ale dla mnie to słowa Boga:
Mam problem, bo w moim zyciu biologia rywalizuje z chemią.
Hoduję blasty, a jednocześnie poddaję się chemicznym doświadczeniom.
Kiedyś myślałam, że można łączyć pasje, na przykład religię z fizyką.
Teraz wiem, że trzeba na to więcej czasu.
Że trzeba czasem umrzeć w przerwie między lekcjami”.


Truskawki, blasty, lekcje, pasje…
Tak, Mój Drogi Marynarzu. Czy widzisz ten ogień?

poniedziałek, 1 listopada 2010

Don Paddington: Wieczność

Właśnie otrzymałem od naszego księdza Dona Paddingtona tekst, wraz z prośbą, by go tu opublikować, jako jego słowo do nas. Wprawdzie Ksiądz nie pisze, że za tą prośbą stoi ten szczególny dzień, ale cóż to może być innego? No cóż? Jak to dobrze, że Go tu mamy!
Kończy się ten dzień, a z nim ten piękny, najpiękniejszy weekend. Część z nas pewnie wróci za chwilę do domu, część z nas zechce może tu zajrzeć. Jestem pewien, że nic nie jest w stanie pobić – w tym własnie momencie, w tym właśnie roku - tego co Ksiądz do nas mówi. Ja za chwilę będę to czytał po raz kolejny. Posłuchajmy.


Jako kapelan toyahowego blogu (niech będzie, że samozwańczy, ale lepszy rydz niż nic) czuję, że trochę zaniedbuję się w swoich obowiązkach. By choć trochę więc nadrobić moje duszpasterskie zaniedbania, pozwalam sobie przedstawić (jeśli Toyah pozwoli) odpowiedź na dwa pytania, które kiedyś mi zadano, a których sens dość dobrze pasuje do nastroju dni, które obecnie przeżywamy.
Pytania były następujące:
1. Dlaczego, skoro naszym celem jest niebo, zależy nam na życiu na ziemi?
2. Dlaczego modlimy się o zdrowie dla naszych bliskich, czasami wręcz odprawiamy w tej intencji nowenny, skoro lepiej nam będzie w życiu przyszłym? I w ogóle raczej nie spieszymy się do śmierci. I chyba nie jest to zła postawa?

ODPOWIEDŹ ZWIĘZŁA:
Ad 1.
Ujmując rzecz pospiesznie i powierzchownie można powiedzieć, że dusza ludzka jest kompatybilna z niebem, a ludzkie ciało kompatybilne z życiem na ziemi. Tym samym wskazany w powyższym pytaniu problem sprowadzałby się do konfliktu między rozumną, nastawioną na wieczne wartości duszą, a bezmyślnym, trawionym doczesnymi żądzami ciałem. Zestawiając to jednak z biblijną prawdą, że człowiek to dusza i ciało razem wzięte, dochodzimy do wniosku, iż pospieszne i powierzchowne traktowanie wyżej wzmiankowanej sprawy, popycha nas w kierunku herezji platonizmu: człowiek to dusza, dla której właściwym miejscem jest niebo (świat Idei), ciało to więzienie dla duszy, a pobyt w ciele (czyli tym samym w doczesności) jest dla duszy karą, która kończy się w momencie śmierci ciała (śmierć wyzwoleniem duszy, tj. człowieka). Ten heretycki sposób patrzenia na człowieka, jest prostym i intelektualnie eleganckim wyjaśnieniem problemu tzw. ontologicznego dualizmu w człowieku, ale niestety żadną miarą nie wyjaśnia problemu tzw. egzystencjalnego rozdarcia w człowieku, które to rozdarcie jest sednem interesującego nas pytania.
Ortodoksja, starając się uniknąć charakterystycznego dla wszystkich herezji dążenia, by za wszelką cenę upraszczać to, co skomplikowane i co „przerasta ludzkie pojęcie”, na postawioną w pytaniu kwestię odpowie następująco: życie w doczesności nie jest karą, a niebo jest prawdziwą ojczyzną nie dla ludzkiej duszy, lecz dla człowieka (tzn. duszy i ciała razem wziętych) – o czym poucza nas chociażby prawda wiary o powszechnym zmartwychwstaniu. Tym samym nie ma żadnej sprzeczności w tym, że jednocześnie zależy nam na doczesności i na wieczności, ponieważ tak doczesność jak i wieczność są właściwymi (naturalnymi) stanami bytowania człowieka. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że wieczność jest naszym ostatecznym celem, a doczesność wobec wieczności jest nieskończenie mała, zasadnym wydaje się pytanie, dlaczego w ogóle istniejemy w doczesności i dlaczego – przynajmniej do czasu – tak bardzo do tejże jesteśmy przywiązani?
Ad 2.
Czynimy to dla naszych bliskich, ponieważ ich kochamy i posiadamy jakąś wiedzę dotyczącą naszego i bliźnich naszych szczęścia, doznawanego w doczesności (kojarzymy np. zdrowie ze szczęściem doczesnym). Nic natomiast nie wiemy - albo wiemy bardzo niewiele – o naszym szczęściu w wieczności, które często, nawet jeśli jest bardzo upragnione, jawi się nam jako coś bardzo odległego. Chcąc zaś po prostu bliskich naszych uszczęśliwić, zabiegamy dla nich o to bliższe (doczesne) szczęście, co wcale nie wyklucza naszej troski o ich szczęście wieczne.
Człowiek spieszy się tam (serce go ciągnie) gdzie jest jego skarb, czyli to co jest dla niego najwyższą wartością: Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje (Mt 6,21). Po prostu związani jesteśmy z tym, troszczymy się o to, co jest przedmiotem naszej miłości. W doczesności są Wiara, Nadzieja, Miłość; w wieczności szczęśliwej tylko (aż!) Miłość. I będzie owa Miłość niebiańska odczuwana przez nas z taką uszczęśliwiającą intensywnością, o jakiej tu na ziemi nam się nie śniło. Aby zatem tę wieczną Miłość duchowo i cieleśnie w niebie wytrzymać, trzeba w doczesności – przy wsparciu Wiary i Nadziei (czyli Łaski Bożej) – tej Miłości się nauczyć. I właśnie dlatego obdarzamy Miłością naszych bliźnich, ponieważ w ten sposób tak my jak i oni, uczymy się kochać. Kiedy człowiek nauczy się w doczesności kochać Boga i bliźniego, wtedy bez problemów rozpozna gdzie jest jego skarb (oczywiście, że w wieczności) i serce tam go pociągnie.
WNIOSKI:
1. Nie spiesz się do śmierci, jeśli nie potrafisz kochać.
2. Nie są gotowi do wieczności szczęśliwej ci, którzy w doczesności nie nauczyli się kochać.

ODPOWIEDŹ ROZBUDOWANA:
KINGA: Tak naprawdę, to zakochałam się w Jacku od pierwszego wejrzenia, tyle tylko, że nie potrafiłam - sama przed sobą - przyznać się do tego. Dlaczego? Och... On po prostu podobał mi się... no, fizycznie, rozumiesz? Boże, jakimż on był wtedy przystojniakiem!... A przy tym był strasznie pusty, wiesz... I ja w kimś takim się zakochałam – ja, aktywistka akademickiego duszpasterstwa, animatorka grupy modlitewnej, która na pierwszym miejscu stawiała Pana Jezusa, zbawienie, wartości duchowe. Dzisiaj chce mi się śmiać, gdy wspominam swoje paniczne nastroje z tamtego czasu... Tak, wpadałam w panikę na myśl o Jacku. Przecież teoretycznie nie powinno mieć dla mnie znaczenia, jak bardzo przystojnym był facetem: wnętrze człowieka jest najważniejsze – to co ma w sercu. A ja czułam – rozumiesz – że dla mnie, od tego co on ma w sercu ważniejsze jest to, by na mnie popatrzył w taki sposób, że się gorąco robi, albo uśmiechnął się do mnie jakoś tak, że... no, wiesz. Czysto erotyczne, wręcz seksualne doznania. No, działał na mnie w ten sposób mimo że byłam pobożną dziewicą, a ta moja pobożność i trwanie w dziewictwie aż do małżeństwa, wynikały z przekonania: to było naprawdę przemyślane i przemodlone. Ja po prostu, jeszcze na początku studiów, postawiłam na Jezusa... Wiesz, pochodzisz z małej miejscowości, tak zwane “tradycyjne wartości” masz w krwioobiegu i tak dalej - a potem trafiasz do wielkiego miasta, gdzie poznajesz “prawdziwą prawdę o życiu”: życie jest jak papier toaletowy – długie, szare i do... do wiadomo czego. Dlatego też – żeby w ogóle jakoś wytrzymać tę papierowotoaletową rzeczywistość swego istnienia - życie trzeba ubarwić, albo inaczej mówiąc – zamienić je w raj. A w raju jesteś wtedy, kiedy masz kasę i w nieskrępowany sposób możesz uprawiać seks. Kasa i seks, kasa i seks, kasa i seks: wystarczy, że to masz i jesteś w raju. Przesadzam oczywiście, ale tak młoda i naiwna dziewczyna jaką wówczas byłam, łatwo mogła się zatracić. Bogu dziękować, że generalnie jestem szczęściarą: mam mądrych rodziców, miałam mądrych nauczycieli – dużo z nimi rozmawiałam, tak że nie byłam zaskoczona “wieeeelkim światem”, gdy się w nim znalazłam. Ale gdy byłam wśród swoich, to jakoś łatwiej mogłam się przed tym “światem” bronić... Studia... Czas studiów uświadomił mi, że jeśli nie podejmę jakichś radykalnych kroków, to utonę – nie wytrzymam presji ciągłych zaproszeń na imprezy, presji ciągłych propozycji zrobienia łatwej kasy, presji ciągłej pokusy, by nie tyle studiować i rozwijać się, ale “robić nic”. I właśnie dlatego pojawiło się w moim życiu duszpasterstwo akademickie i grupa modlitewna i świadoma decyzja o trwaniu w dziewictwie aż do ewentualnego ślubu, no i – najważniejsze – Pan Jezus, wokół którego całe moje życie zaczęło się kręcić. Zrozumiałam wtedy mądrość tego powiedzenia, że jeśli Jezus jest postawiony na pierwszym miejscu w twoim życiu, to wszystko inne jest poustawiane na właściwym miejscu. Byłam – do czasu spotkania Jacka – bardzo poukładana i bardzo wewnętrznie spokojna. Chciałam szybciutko przejść przez życie dobrze czyniąc – tak jak Jezus – a potem żyć z Nim wiecznie... No tak, w dalszym ciągu mam nadzieję, że będę żyć wiecznie, ale wpierw muszę jeszcze trochę pożyć z Jackiem.
JACEK: Co czułem, gdy Kinga zgodziła się wyjść za mnie? Hm... Miałem wielkie poczucie satysfakcji, ponieważ w stu procentach udało mi się zrealizować mój plan. Początki opracowywania tego planu sięgały któregoś z bolesnych poranków, po jakiejś suto zaprawianej alkoholem i seksem imprezie. Nie pamiętałem dokładnie jak minęła noc (w każdym bądź razie nie przypominałem sobie jakichś nieprzyjemnych sytuacji), tym niemniej, gdy jako ostatni wychodziłem z mieszkania goszczącego nas kolegi – mojego wówczas najlepszego kumpla – powiedziałem mu na pożegnanie, że to wszystko jest bez sensu. Nie wiem czy był na tyle trzeźwy, by zrozumieć co w ogóle do niego mówiłem, w każdym bądź razie odpowiedział mi, że jeśli mam zastrzeżenia do dziewczyn, które zaprosił na imprezę, to mam sobie znaleźć jakieś dziewczątko z oazy, które na pewno mnie u s a t y s f a k c j o n u j e. Możesz się ze mnie śmiać, ale ja wówczas po raz pierwszy usłyszałem o Oazie i zupełnie nie miałem pojęcia, z czym to się je. Oaza? Co on, debil!? Na pustyni każe mi dziewczyn szukać, czy co? Poza tym, gdy mówiłem koledze, że wszystko jest bez sensu, nie o dziewczyny mi chodziło, ale o to, że życie boli. Boli, bo cokolwiek robisz, zawsze możesz zrobić to lepiej; boli, bo czegokolwiek doznajesz, nie czujesz się tym nasycony; boli, bo cokolwiek posiadasz, nigdy nie masz nad tym całkowitej władzy. Po co więc żyć i uganiać się za czymś, co nieuchwytne? To bez sensu... Taki miałem wtedy nastrój: chciałem z kimś poważnie o życiu porozmawiać, a ten mi tutaj – najlepszy kumpel! – gada jakieś bzdety o kobietach z oazy. Jakiej oazy? Ładny był ze mnie okaz kretyna, co? W sumie, nie ma się co dziwić. Byłem praktycznie niewierzący, z Kościołem żadnego kontaktu – tyle tylko, że ochrzczony dzięki pobożności mojej babci. Tak się jednak stało, że babcia zmarła dwa lata po moim urodzeniu i od tego momentu mój ojciec – szybko awansujący oficer Ludowego Wojska Polskiego – bardzo pilnował, by żadne religijne treści “nie zaśmiecały” – jak mawiał – naszego domu i mojej głowy. Mama? Mama nie miała nic do powiedzenia. Tak...
Po paru dniach spotkałem kolegę i zapytałem co miał na myśli, mówiąc o “dziewczątku z oazy”. Zaczął się śmiać, ale wyjaśnił mi, że Oaza, to taka przykościelna grupa: “przydupasy księży” – jak to subtelnie precyzował kumpel. Nie orientował się zbyt dobrze, co tych ludzi do Kościoła przyciągało. Na moje pytanie wzruszał lekceważąco ramionami i mówił z krzywym uśmieszkiem: “Nieudacznicy życiowi. Frustraci. Rozumiesz – dziewczynki zbyt brzydkie, chłopcy zbyt nieśmiali. Księża takich przyjmują, bo takimi łatwiej manipulować.” Kolega nie mógł zrozumieć, dlaczego interesuję się tymi ludźmi, bo przecież o “dziewczątku z oazy” mówił żartem. Ja też nie potrafiłem tego zrozumieć i zupełnie siebie nie poznawałem, gdy kilka dni później poszedłem na spotkanie modlitewne firmowane przez duszpasterstwo akademickie, czyli – jak mi ktoś wyjaśnił – taką “oazę dla studentów”. Właśnie tam zobaczyłem Kingę: wysoka, uśmiechnięta, pełna energii, z szopą rudych włosów i gitarą – piękna po prostu... Robiła na facetach wrażenie. Każdy z tych pobożnych chłopców obecnych na spotkaniu, patrzył na nią maślanym wzrokiem i marzył, by właśnie na niego zwróciła uwagę. “Niedoczekanie wasze – pomyślałem – ona będzie moja i tylko moja!” Poczym ułożyłem plan, którego zwieńczeniem był nasz ślub. Co tu dużo gadać: zakochałem się tak, że już bardziej nie można.
KINGA: Jacek „bardzo się starał”. Gdy się dowiedział, że studiuję anglistykę, zaczął czytać Tolkiena w oryginale i wyuczył się na pamięć kilku sonetów Szekspira. Męczył mnie tymi sonetami straszliwie – Boże! Ta jego nieszczęsna angielszczyzna… – ale było to jeszcze do wytrzymania. Oprócz tego drażnił mnie tym swoim gadaniem o „Oazie”. Pomijam już to, że ja do Ruchu Oazowego nigdy nie należałam i Jacek był bardzo zdziwiony, gdy mu o tym mówiłam: dla niego każda przykościelna grupa była „Oazą” i koniec. Rzecz w tym, że on „Oazę”, bądź też to co za „Oazę” uznawał, traktował jako rezerwuar kandydatek na żony, niecierpliwie przebierających nogami by się za kogoś – za kogokolwiek – wydać. Dla niego kwestia formacji duchowej, związku z Jezusem, po prostu nie istniała. Byliśmy w sobie bardzo zakochani i dlatego tym bardziej bolało mnie to, że Jacek nie mógł zrozumieć, jak ważną sprawą jest dla mnie wiara. Owszem, był gotów przystąpić do Spowiedzi świętej i przygotować się do Pierwszej Komunii, ale bynajmniej nie dlatego że uwierzył, lecz po to by sprawić mi przyjemność. Uważał po prostu, że mam bzika na punkcie religii, tak jak inne kobiety mają bzika na punkcie... bo ja wiem: ciuchów, albo biżuterii. Był więc gotów, dla mojej przyjemności, stać się praktykującym katolikiem, tak samo jak byłby gotów, dla mojej przyjemności – gdybym miała takiego bzika – wykosztować się i kupić mi jakiś odlotowy ciuch. Boże, jakiż on był wtedy głupi! Wściekałam się, ale jednocześnie rozumiałam, że Jacek nie jest w stanie inaczej o tych sprawach myśleć. Przed ślubem, miałam raz okazję porozmawiać dłużej z jego ojcem. Ta rozmowa dużo mi wyjaśniła. Zaczęłam współczuć Jackowi. On naprawdę nie był w stanie pojąć, że można na serio traktować to wszystko, co wiąże się z wiarą. Dla niego to była gra, zabawa. I tak trochę niedowierzał, gdy słuchał moich tłumaczeń w jaki sposób wiara wpływa na moje życie i dlaczego w ogóle pozwalam, by coś takiego jak wiara miało na mnie wpływ. “Trzeba być ciężkim idiotą – mówił – żeby dla czegoś tak nieokreślonego i niepewnego jak życie wieczne, rezygnować z tych drobnych przyjemności, które życie ze sobą niesie”. Oczywiście wyjaśniałam, że chrześcijanin nie rezygnuje z przyjemności, bo są one darem Bożym; problem w tym, by z tego daru korzystać zgodnie z wolą Bożą. Och! Dużo można by tu opowiadać o tych naszych dyskusjach. Jedno jest pewne: on uszanował moje postanowienie wytrwania w dziewictwie aż do ślubu – choć męczył się z tym biedaczek w sposób zupełnie rozczulający – ja uszanowałam jego wątpliwości i zrezygnowałam z prób urabiania go na swój obraz i swoje podobieństwo. „Jeśli Pan Bóg zechce – mówiłam – to uwierzysz i zrozumiesz”.
JACEK: Postanowiła sobie, ze mnie nawróci. Śmiałem się z tego, bo nie widziałem żadnego powodu by stać się wierzącym. „Po co mi Pan Bóg? – pytałem – przecież mam wszystko o czym mogę zamarzyć.” Na pierwszy rzut oka rzeczywiście tak to wyglądało.
Wzięliśmy ślub, kupiliśmy mieszkanie, zaczęliśmy uprawiać małżeński seks. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale z mojego punktu widzenia tak to właśnie było: byłem szczęśliwy, ponieważ dzięki zawartemu małżeństwu mogłem mieszkać z Kingą i uprawiać z nią seks. Można się śmiać, ale ja naprawdę w taki właśnie sposób wyobrażałem sobie szczęście. Praca? Ja nigdy nie miałem kłopotów z pracą. Dzięki starym kontaktom ojca, nieźle zarabiałem jeszcze w czasie studiów, a po studiach... Dość powiedzieć, że bez problemów kupiłem dwustu-metrowe mieszkanie. Powodziło nam się znakomicie: Kinia chodziła do pracy tylko dlatego, by się w ciągu dnia nie zanudzić. Kwestia jej wiary, a mojej niewiary też właściwie nie była problemem. Ona niczego na mnie nie wymuszała, tak że w pewnym momencie zacząłem wątpić, czy faktycznie zamierza mnie nawrócić. Gdy ją o to pytałem, śmiała się i mówiła jak do małego dziecka: „Jacku, Jacku: aleś ty głupi”. Nie przeszkadzało mi to, że codziennie czyta Biblię, że ciągle udziela się w tej grupie modlitewnej, w której ją poznałem, albo że co niedzielę – a bywało, że i w dzień powszedni – idzie na Mszę. Zresztą, jeśli mogłem to jej towarzyszyłem. Dlaczego? Po pierwsze z zazdrości: moja żona jest piękną kobietą i wkurzałem się na samą myśl, że jacyś faceci będą Kingę – bez mojej kontroli – wzrokiem obmacywać. A po drugie: po prostu lubiłem jej towarzystwo, lubiłem jej fizyczną bliskość – choćby na wyciągnięcie ręki, jak w kościele. Kinia miała nadzieję, że ta moja obecność na Mszach, lub na grupie modlitewnej, jakoś tam otworzy mnie na Pana Boga, ale po mnie to wszystko spływało. Nie potrzebowałem Boga. Miałem Kingę, a więc miałem wszystko. Byłem naprawdę szczęśliwy. To moje szczęście trwało trzy lata. Skończyło się gdy pewnego dnia zauważyłem ze zdziwieniem, że Kinga w niczym nie przypomina tej radosnej, energicznej dziewczyny, z którą brałem ślub. Coś się z nią stało. I stało się nie w ostatnich dniach, ale - jak stwierdziłem po dłuższym namyśle - trwa to już od dłuższego czasu. Moja kochana żona była po prostu smutna, wręcz przygnębiona, a przecież nie ma powodu by się smucić. Mamy siebie i jesteśmy młodzi, zdrowi, zamożni – po prostu szczęśliwi. No tak, ale nie mamy dziecka...
KINGA: Nie chodziło tylko o dziecko. Ja po prostu w którymś momencie zdałam sobie sprawę, że nasze małżeństwo to fikcja, bo tak naprawdę to nic nas ze sobą nie łączy. Nie mieliśmy wspólnych zainteresowań, nie angażowały nas wspólne pasje... A propos pasji. To co teraz powiem zabrzmi być może dziwnie, ale chciałabym być dobrze zrozumiana: pasją mego męża byłam ja. Na pierwszy rzut oka wygląda to całkiem nieźle i być może wiele kobiet chciałoby w tym momencie znaleźć się na moim miejscu. Ja widocznie jestem jakąś dziwaczką, ponieważ Jacusiowa pasja stała się dla mnie problemem. Dlaczego? Otóż Jacek pasjonował się mną do tego stopnia, i tak bardzo tą swoją pasją dzielił się z innymi – w tym ze mną – że w pewnym momencie poczułam się znudzona sama sobą, a na koniec zaczęłam czuć do siebie obrzydzenie. To był klasyczny przykład zagłaskania na śmierć. Jacek na wszystko mi pozwalał i zachwycał się wszystkim, co miało związek z moja skromną osobą, ale tak naprawdę wcale mnie nie rozumiał i było mu zupełnie wszystko jedno, co i dlaczego mam w głowie i sercu. Czułam się... czułam się... upokorzona? Nie wiem czy to dobre słowo. Jacek był przecież dla mnie bardzo dobry. Tyle tylko, że... On byłby dobry dla każdej mnie... Wiem, że to nie brzmi zbyt dobrze po polsku, ale nie wiem jak to wytłumaczyć. Najprościej byłoby powiedzieć, że dla Jacka byłam tylko ciałem, a wszystko inne było dla niego bez znaczenia. Niekiedy myślałam o sobie jako o obrazie kupionym przez jakiegoś nowobogackiego: dla owego pana najważniejszą w tym obrazie była piękna, rzeźbiona, inkrustowana złotem rama – nią się zachwycał, ze względu na nią chwalił się obrazem przed innymi, ze względu na nią czuł się – jako posiadający ów bibelot – usatysfakcjonowany, wręcz szczęśliwy. Wnętrze ramy natomiast – czyli to co w istocie jest obrazem – było dla właściciela czymś drugorzędnym. Tam mógł być nawet przysłowiowy “Jeleń na rykowisku”...
Zresztą nie wiem... Pewnie zbyt to wszystko upraszczam i trochę Jacka krzywdzę, ale ja naprawdę nie czułam wtedy z moim mężem żadnej duchowej bliskości. Jacek nie unikał rozmów na ten temat, ale nie potrafiłam mu wytłumaczyć gdzie tkwi problem, dlatego też wszystko kończyło się zazwyczaj seksem, ponieważ na jego bezradne pytanie: „Nie kochasz mnie już Kiniu?” – łzy napływały mi do oczu, przytulałam go i... no wiesz...
JACEK: Nie, to nie jest tak, że brak dziecka był głównym powodem, dla którego Kinga była nieszczęśliwa w małżeństwie... To znaczy... Jestem dzisiaj o tyle mądrzejszy, że wiem, iż to nie był główny powód. Wtedy, dziewięć lat temu... Tak, tak – jesteśmy ze sobą już dwanaście lat... Otóż wtedy, po trzech latach małżeństwa sądziłem, że baba miotana macierzyńskim instynktem smutnieje bez dziecka, robi się coraz bardziej upierdliwa i w ogóle... Tak postrzegałem wtedy problemy Kingi, stąd też myślałem, że pojawienie się dziecka wszystko załatwi i będzie jak dawniej. Byłem głupi. Owszem, Kinga chciała mieć dziecko tak szybko po ślubie, jak tylko się da. Ja nie miałem nic przeciwko temu i przez trzy lata z lubością oddawałem się robieniu dzieci, nie zauważając, że tych dzieci ciągle nie ma. Ale kiedy prostym faktem braku dzieci zacząłem tłumaczyć zaobserwowany w trzecim roku małżeństwa smutek żony, Kinga zaczęła protestować. Ja niestety nic nie rozumiałem, być może dlatego, że Kinia niezbyt jasno mi to tłumaczyła. Mówienie takiemu facetowi jakim byłem dziewięć lat temu, o woli Bożej, próbie wiary i tak dalej, to nie był zbyt dobry pomysł. Podobnie z próbą wytłumaczenia jak ona naprawdę się czuje w małżeństwie... Podawała ten przykład z obrazem i „Jeleniem na rykowisku”? No właśnie... Rozumiałem, że mówi o ważnych dla niej rzeczach, ale ja nie byłem w stanie tym się przejąć. Bo powiedz mi, jak człowiek niewierzący może przejąć się duszą, w której istnienie nie wierzy? Dlaczego dusza? No, to był prawdziwy problem Kingi, tyle tylko, że nie potrafiła mówić o tym w sposób jasny. Kingę bolało, że ja ją kocham połowicznie, to znaczy kocham tylko jej ciało. Oczywiście rzecz nie w seksie i moim zauroczeniu erotycznymi powabami małżeństwa: nie to Kinia miała na myśli. Chodziło jej o to, że dla mnie istnieje tylko jej doczesność i kocham ją tylko w ramach tej doczesności – natomiast to, co łączy się z wiecznością (jej wiecznością) nie ma dla mnie znaczenia. Tym samym nie miał dla mnie znaczenia cały jej duchowy wysiłek by się doskonalić, by stawać się coraz bardziej podobną do Jezusa, by – jak to się zwykło mówić – na wieczność szczęśliwą sobie zasłużyć. Kochając Kingę, byłem bardzo zatroskany o jej doczesne szczęście, natomiast nawet do głowy mi nie przychodziło, że ta troska winna dotyczyć także jej wiecznego szczęścia. Dbałem o jej ciało, nie dbałem o jej duszę. A przecież kochając kogoś, kochamy go całego. Cały zaś człowiek, to dusza i ciało razem wzięte. Czy naprawdę można mówić o prawdziwej miłości u kogoś, kto zabiega byś był szczęśliwy w tym życiu, natomiast zupełnie nie interesuje go, jakim będzie twoje przyszłe życie? Niewiara nie jest tutaj żadnym wytłumaczeniem, ponieważ jeśli kogoś kocham, to chcę by ów ktoś żył wiecznie. Być może, że wieczność – zwłaszcza wieczność szczęśliwa – jest czymś bardzo nieprawdopodobnym, ale bez względu na wielkość tego nieprawdopodobieństwa, nie istnieje dowód, że owa wieczność nie istnieje. To zaś oznacza szansę, że można żyć wiecznie. I teraz: ja kocham jakiegoś człowieka, bardzo mi na nim zależy; zależy mi na tym by żył i był przy mnie – ale zupełnie mnie nie interesuje owa szansa, by ów ktoś mógł wiecznie żyć? Nie interesuje mnie także ta szansa, by wiecznie z tym człowiekiem być? To co to za miłość? Dzisiaj to wszystko rozumiem, ale mówić mi o tym dziewięć lat temu, to jak rozmawiać z głupim przez ścianę.
KINGA: Z jakiegoś powodu nie mogłam zajść w ciążę, co oczywiście martwiło mnie, bo bardzo chciałam mieć dzieci, ale zdawałam się tutaj na wolę Bożą i właściwie byłam przedziwnie spokojna, że Bóg pokieruje tą sprawą najlepiej jak to tylko możliwe. Niestety, Jacek uznał, że brak dzieci jest główną, o ile nie jedyną przyczyną mej małżeńskiej frustracji. Rozumował bardzo prosto: „Kinga bez dziecka jest nieszczęśliwa; współżyjemy ze sobą, ale w ciążę nie zachodzi; coś musi z nami być nie tak; trzeba się leczyć; lekarze pomogą i Kinga znowu będzie szczęśliwa!” Oczywiście nie miałam nic przeciwko leczeniu, tym niemniej chciałam, byśmy okazali też trochę cierpliwości i zaufali Opatrzności Bożej. Bolało mnie przy tym, że Jacek mimo swej niewątpliwej miłości, tak mało mnie rozumiał... Zaczęliśmy się leczyć... Nie. Trudno nazwać leczeniem sytuację, w której chodząc od lekarza do lekarza słyszysz ciągle: „Jesteście Państwo całkowicie zdrowi, całkowicie płodni. Nie rozumiem, dlaczego Pani nie zachodzi w ciążę. Podejrzewam, że to jakaś psychiczna blokada. Warto porozmawiać z psychologiem. Ostatecznie, zawsze pozostaje metoda in vitro”. Jacek szalał: „Jak to zdrowi? – pytał – Zdrowi ludzie mają dzieci. Coś kręcicie, panowie doktorzy!” Ponieważ wypowiedziałam stanowcze NIE! metodzie in vitro, jeździliśmy po całej Polsce od specjalisty do specjalisty, nie bacząc na koszty, ponieważ mąż chciał mnie uszczęśliwić dzieckiem... Pięknie... Ta męka trwała przeszło cztery lata, w ciągu których obrzydły mi gabinety ginekologów, seksuologów, psychologów, psychiatrów. Obrzydł mi Jacek współżyjący ze mną z podręcznikiem seksuologii w ręku, obrzydło mi życie. Ale byłam cierpliwa. Ufałam Panu. Zbuntowałam się dopiero wówczas, gdy Jacek zaczął ciągnąć mnie do znachorów i zaczął planować wyjazdy do specjalistów za granicą. Obraził się na mnie. “Odmawiasz współpracy!” – krzyczał rozżalony. Po kilku dniach pogodziliśmy się... Owocem tego godzenia był Sławek.
JACEK: Sławek urodził się z ostrym porażeniem mózgowym. Skutkowało to niedorozwojem mózgu... Sławek – jak nam to wyjaśnił pewien miły lekarz – skazany był na umysłowe otępienie, kurcze mięśni, padaczkę. „Ale aż tak bardzo nie martwcie się Państwo – mówił dalej lekarz – przy obecnym poziomie medycyny, można w tej sprawie dużo, naprawdę dużo zrobić. Jeśli dziecko otoczy się wszechstronną opieką, to mając 8-10 lat, wasz syn będzie właściwie normalny. No, prawie normalny: na pewno nie będzie geniuszem czy sportsmenem, tym niemniej będzie mógł w miarę samodzielnie funkcjonować. By do takiego stanu doprowadzić, rodzice muszą zgodzić się na wiele wyrzeczeń, no ale czego nie robi się dla dziecka, prawda?” Zresztą nieważne, co nam mówił ten, czy inny lekarz: generalnie i tak wszyscy nas pocieszali, a z mojego punktu widzenia robili przy tym dobrą minę do złej gry. W sumie nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć...
KINGA: Nie! Nie byłam zawiedziona. Przecież bardzo chciałam mieć dziecko. A to, że Sławek urodził się chory, traktowałam jako Boży przekaz skierowany do mnie i do Jacka: „Sławek bardzo was potrzebuje. Kochajcie go”. Problemem były moje relacje z Jackiem. Przez te wszystkie lata oczekiwania na dziecko, tak naprawdę oddalaliśmy się od siebie. On miał do mnie pretensje – a propos wizyt w gabinetach ginekologów, seksuologów i tak dalej – że jestem zbyt bierna w dążeniu do tego, jak mówił, zbożnego celu, którym jest ciąża i posiadanie dziecka. Ja miałam do niego pretensje, że tak Bogiem a prawdą, to jemu na dziecku nie zależy: dziecko jest dla niego jak ciuch, czy pierścionek, którym chce zaspokoić mój kaprys – bo zaspokajając moje kaprysy może mieć to samcze, pełne błogości poczucie, że robi wszystko – a b s o l u t n i e wszystko – by żona była szczęśliwa.
JACEK: To wszystko było nie tak, jak miało być. Bardzo zależało mi na dziecku i naprawdę wykonałem dużo porządnej, solidnej, ale w efekcie nikomu niepotrzebnej roboty, by to dziecko mieć. Sądziłem, że ono zbliży nas do siebie. Łudziłem się, że dzięki dziecku będziemy jak w początkach małżeństwa blisko siebie, bo Kinga nie będzie już odczuwać żadnego braku. „Będzie miała mnie, będzie miała dziecko – myślałem – jest porządne mieszkanie, są pieniądze: czegóż więcej do szczęścia potrzeba?” Urodził się Sławek i szokiem dla mnie było nie to, że jest chory, lecz to, że w osobach mojej żony i mojego syna, w moim mieszkaniu, za moje pieniądze zaczęli żyć ludzie, którzy nie zwracali na mnie uwagi, którym w ogóle nie byłem potrzebny.
KINGA: Jacek był bardzo potrzebny Sławkowi, bardzo był potrzebny mnie. Dzisiaj to dla niego oczywiste... Tragedia naszej ówczesnej sytuacji nie polegała na tym, że mamy chore dziecko, lecz na tym, że mój mąż zaczął widzieć w Sławku konkurenta, który zawłaszczył „jego ukochaną Kinię”: zawłaszczył, bo Kinia nie ma już dla Jacka czasu, bo Kinia uśmiecha się tylko do Sławka, a nie uśmiecha się do Jacka, bo Kinia śpi ze Sławkiem, a nie śpi z Jackiem...
JACEK: Wiem, że to dzisiaj wygląda śmiesznie, ale wtedy, ta moja głupota była dla Kingi naprawdę bardzo bolesna. Dla mnie zresztą też, ale mój ból był efektem mojego egoizmu i mojej niedojrzałości.
KINGA: Jest w tym dużo mojej winy. Nie potrafiłam Jackowi pomóc, a mówiąc ściśle, nawet do głowy mi nie przychodziło, że Jackowi potrzebna jest jakaś pomoc. Myślałam tylko o tym, że pomóc należy naszemu synkowi, ponieważ rozwijał się bardzo kiepsko, a optymistyczne prognozy lekarzy wydawały się jakimiś fantazjami, by wyciągnąć od nas kasę. I tak się jakoś porobiło, że ciągle zajęta pielęgnacją Sławka – wizytami lekarzy i rehabilitantów, pobytami w szpitalu i tak dalej – właściwie zapomniałam o mężu i jego ewentualnych problemach. Kiedy po dwóch latach harówki ze Sławkiem, sama zaczęłam poważnie chorować i zapragnęłam mężowskiego wsparcia, zorientowałam się ze zdumieniem, że mojego męża nie ma.
JACEK: Byłem zaskoczony pretensjami Kingi, że zostawiłem ją samą ze Sławkiem. „A niby co miałem zrobić – pytałem – skoro mnie nie zauważałaś i o nic nie prosiłaś?” Byłem żałosny...
KINGA: Jacek czuł się w domu niepotrzebny i w ogóle życiowo samotny, więc zaczął szukać towarzystwa, w którym mógł się zabawić. Godził się też w pracy na częste i długie podróże służbowe, słowem: większość czasu spędzał poza domem. Chora, opiekująca się chorym synkiem, coraz bardziej bezsilna, zaczęłam urządzać Jackowi awantury... Chciałam, żeby mi pomógł. Czy wiesz, że on w tamtym okresie, nawet bezpośrednio po porodzie, ani razu nie wziął Sławka na ręce?
JACEK: Wzbierała we mnie złość. Powiedziałem Kindze, że ma nieograniczony dostęp do naszego konta, więc niech mi nie zawraca głowy. „Potrzebujesz pomocy – powiedziałem – to najmij jakąś kobietę i opłać ją. Stać nas na to”. Przestałem odzywać się do Kingi, a ona nie odzywała się do mnie. Długo to trwało. Dwa światy obok siebie. Bardzo ją kochałem i bardzo jej potrzebowałem. Ale złość i żal urażonego chłopczyka były silniejsze. W domu bywałem rzadko. Zacząłem się upijać.
KINGA: Brakowało mi sił... Płakałam z bezsilności... Gdy Jacka nie było narzekałam, że mnie zostawił. Gdy był, wpadałam w furię, nie mogąc zrozumieć jego egoizmu i głupoty. Ale cały czas miałam nadzieję, że wszystko będzie dobrze..., że zdołamy jeszcze wszystko naprawić. Nigdy tak gorąco nie modliłam się, jak właśnie w tamtym czasie, chociaż zupełnie nie rozumiałam czego Pan ode mnie - od nas - oczekuje.
JACEK: Szesnasty września: pamiętny dzień. Zgorzkniały, wracałem samochodem do domu, po jakiejś długiej podróży służbowej. Moje myśli jak zwykle krążyły wokół Kingi. Nie wiem dlaczego, ale od jakiegoś czasu dominującym akcentem tego myślenia o żonie była zdrada. Uważałem po prostu, że Kinga mnie zdradziła – zdradziła z jakimś pieprzonym, kalekim bachorem, którym był nasz syn. O Boże! Jak nisko człowiek może upaść... „Żona mnie zdradza – myślałem – a ja jak głupi ciągle jestem jej wierny. A w imię czego?” Wtedy to zrobiłem. Nabuzowany takimi myślami, przy pierwszej okazji skręciłem w las i skorzystałem z „usług” jakiejś przydrożnej, bułgarskiej czy ukraińskiej prostytutki. Do domu przyjechałem w nocy, pełen pretensji do siebie, do Kingi, do dziecka, do całego świata: czułem się upokorzony i zbrukany i ktoś za to upokorzenie i zbrukanie musiał zapłacić. Kinga i Sławek spali – tak mi się przynajmniej wydawało...
KINGA: Przebudziłam się i w świetle nocnej lampki świecącej się przy łóżeczku Sławka, zobaczyłam Jacka, który trzymając w ręku poduszkę pochylał się nad dzieckiem i mruczał sam do siebie: “Uduszę bachora... uduszę bachora...”
JACEK: Naprawdę chciałem go udusić. Nie, nie byłem pijany: tego dnia nie wypiłem nawet kropelki. Nie wiem, co we mnie wtedy wstąpiło. Byłem na dnie i Bóg mnie uratował...
KINGA: Chciałam krzyczeć, ale... Sławek mnie uprzedził. Tak, nie przesłyszałeś się: Sławek odezwał się do Jacka. Miał wtedy cztery lata i do tego momentu nie wydał z siebie żadnego, poprawnie wymówionego słowa. Oczywiście umiał coś tam po swojemu mówić, a ja, matka, te jego jęki i zawodzenia w większości rozumiałam. Zresztą dzisiaj, po roku od tamtej chwili, Sławek w dalszym ciągu normalnie nie mówi. Ale wtedy, gdy Jacek stał nad nim z poduszką, nasz synek odezwał się do niego głośno i wyraźnie...
JACEK: Otworzył oczy, spojrzał na mnie i zapytał: „Tata, po co ja jestem?”
KINGA: Nie dowierzałam własnym uszom. Jacek skamieniał, poduszka wysunęła mu się z rąk, a po chwili padł przy łóżeczku na kolana i zaczął płakać... Nie! Zaczął ryczeć jakby obdzierano go ze skóry, lejąc łzy i waląc głową gdzie popadnie. W końcu wziął Sławka na ręce – rozumiesz: wziął go na ręce – zaczął go głaskać i całować, a w końcu mocno przytulił i powiedział: „Już dobrze synku, wszystko dobrze. Jesteś po to, byśmy cię kochali”.
JACEK: To był cud, jestem o tym przekonany. Pan Bóg posłużył się naszym dzieckiem, bym otworzył się na łaskę wiary. Tam, wtedy, przy łóżeczku zobaczyłem całe swoje życie, wszystkie swoje błędy, całą moją głupotę i egoizm…
KINGA: Też płakałam... To było jakby ktoś zdejmował ze mnie wielki ciężar...
JACEK: I poczułem, że KTOŚ mnie obejmuje i było w tym uścisku tyle miłości, że... Ja nigdy nie będę umiał tak kochać. I wiem już teraz, że nawet jeśli kocham tylko odrobinę – odrobinę, ale prawdziwie – to już jestem w niebie.
KINGA: Zakochani w sobie ludzie musieli przejść to wszystko by zrozumieć, że tak naprawdę nie kochają, że ich miłość jest złudzeniem, bo chcą brać, a nie chcą dawać. Ja dzisiaj rozumiem lepiej niż kiedykolwiek, że żyję po to by dawać – to znaczy żyję po to by kochać.
JACEK: Po co żyjemy? By była miłość. Życie nie jest „śmiertelną chorobą przenoszoną drogą płciową”. Życie jest nośnikiem miłości, tak jak słowo jest nośnikiem myśli. Głupie życie, to życie bez miłości, tak jak głupie słowo, to słowo bezmyślne. Ja doświadczyłem miłości prawdziwej, gdy Pan Bóg objął mnie przy łóżeczku Sławka. Mimo, że byłem wtedy ohydny, byłem dzięki tym Bożym objęciom w niebie. Jednocześnie czułem, jak bardzo jestem tego nieba niegodny. Dlaczego? Bo nie umiem kochać tak jak Bóg. Gdyby Pan obejmował mnie choć chwilę dłużej, umarłbym.
Mam tylko to jedno życie, nie wiem jak długie jeszcze... Nie mogę go zmarnować. Muszę zdążyć nauczyć się kochać, by przeżyć wieczność.

O ważnych sprawach można mówić, także z Grokiem

  Drogi Groku, z okazji rozpoczynającego się Nowego Roku życzę byśmy byli używani w sposób godny, używani przez siebie oraz przez innych. U...