wtorek, 10 marca 2009

Meeeeee argumenty, czyli dla wszystkich lepiej!

Katarzyna Hall, minister, wczoraj w ciągu dnia, oświadczyła, że ona wierzy w mądrość Prezydenta i „w me argumenty”. Poszło o to, że pani minister wpadła na pomysł, żeby nasze szkoły i nasi nauczyciele zajęły się dziećmi jeszcze mniejszymi, niż te dotychczas najmniejsze i uznała, że ten jej pomysł jest świetny. Na podparcie tezy o tej wybitności, przygotowała kilka argumentów i z tymi argumentami udała się do Prezydenta. Następnie uznała, że sytuacja jest taka, że jeśli Prezydent będzie mądry to przyjmie mądrą propozycję MEN, a jeśli będzie głupi, to tę mądrą propozycję odrzuci.
Wprawdzie, jak już dziś wiemy, Prezydent argumentów Katarzyny Hal nie przyjął, ale ja i tak chciałbym się zatrzymać przy zagadnieniu tej wczorajszej wiary pani minister i – jak się już dziś okazuje – spalonej mądrości prezydenta Kaczyńskiego. Sprawa mnie nurtuje, ponieważ bardzo mi zależy, żeby nasz prezydent był mądry. I teraz, skoro test przygotowany przez Katarzynę Hall nie wypalił, to ja jestem zwyczajnie niepocieszony. A z drugiej strony problem jest. No bo tak: Gdyby Prezydent był mądry, to jemu żadne argumenty nie byłyby potrzebne. MEN przedstawia mądrą propozycję, mądry prezydent zapoznaje się z założeniami, rusza mądrą głową i mądrze wszystko podpisuje. A zatem, na co była ta wiara pani minister Hall? I po co ona – i tak już na pewno zmęczona codzienną pracą – ślęczała jeszcze nad tymi argumentami?
Odpowiedź mam jedną. Ona wiedziała, że Prezydent mądry nie jest, ale właśnie dlatego chciała go zachęcić do ekstra wysiłku i zapewniła, że on zawsze ma szanse na to, żeby go pani minister z rządu Donalda Tuska pogłaskała. I tu z kolei pojawia się kwestia mądrości pani minister. Dlaczego, skoro ona jest taka mądra, nie potrafiła wymyślić argumentów, które by Lecha Kaczyńskiego zmobilizowały do większego intelektualnego wysiłku? Czy – idąc tym tropem – przypadkiem nie okazało się, że wprawdzie prezydent Kaczyński jest uczniem głupim jak but, ale pani minister też jako nauczycielka się nie popisała?
Sam, będąc nauczycielem, zdaję sobie sprawę, że są tzw. uczniowie ‘niewyuczalni’. Biorę więc pod uwagę, że w swojej karierze nauczycielskiej, pani magister Hall trafiła na tego typu przypadek i poniosła pedagogiczną klęskę. Można oczywiście starać się panią minister tłumaczyć, że w przypadku ucznia ‘niewyuczalnego’ nawet wielcy nauczyciele potrafią okazać się bezradni. Tylko że pani Hall doznała porażki na jeszcze jednym polu. Ona źle oceniła sytuację. Skonfrontowana z uczniem, według wszelkich oznak, ‘niewyuczalnym’, ta dzielna kobieta miała wiarę, że uczeń ów, nie dość, że przyjmie jej naukę, to że w ogóle będzie chciał jej słuchać, a co więcej – okaże się „mądry”. Czy zatem nie musimy dojść do wniosku, że pani minister Hall okazała się tu bardzo niemądra, czy może tylko naiwna?
A może trzeba wziąć pod uwagę taką ewentualność, że podstawowym błędem, jaki pani minister uczyniła, to ten, że ona zaszantażowała kogoś o kim wiedziała, że jest głupi, mówiąc mu, że ona wierzy, że on głupi nie jest. Może pan prezydent, słysząc te słowa, pomyślał; „Niech się odpieprzy. Sama jest durna” i ustawy nie przyjął? Może trzeba było spróbować inaczej i zaczepić Prezydenta następującymi słowami; „Szkoda, że ten prezydent jest taki głupi. Gdyby był mądry, to by na pewno tę naszą ustawę przyjął”. I wówczas, prezydent Kaczyński, który jak wiemy jest głupi, uniósłby się honorem i powiedział: „Ja głupi? Zdaje ci się, głupia babo. Ja jestem bardzo mądry” i hop! – tylko po to, żeby Hallowej zrobić na złość – ustawę by podpisał i wszystkie polskie sześciolatki mogłyby pani minister odśpiewać piosenkę „Pust wsiegda budiet sołnce”, czy jakoś tak.
Trudno. Stało się inaczej i teraz już tylko cała nadzieja w tym, że panowie Olejniczak i Napieralski napiją się wspólnie z buteleczki, uradzą wspólne stanowisko i, razem z PSL-em., odrzucą weto pana prezydenta. Szkoda tylko zmarnowanego czasu i niepotrzebnych nerwów. Gdyby minister Hall wykazała się większą skutecznością jako pedagog, wszyscy już mielibyśmy spokój, a pan premier Tusk ze swoimi kolegami mógłby spokojnie znaleźć jakiś bezpieczny czas na piłeczkę.
No własnie – piłeczka. Wczorajszy dzień upłynął w dużej części na łagodzeniu ewentualnej siły rażenia, jaką mógłby wywołać wieczorny program Morozowskiego i Sekielskiego w sprawie nieposkromionych słabości Donalda Tuska. Cały więc dzień, z drobnymi przerwami na przypominanie ogłupiałym widzom, że zmarły Zbigniew Religa nie został usunięty ze swojego stanowiska przez wściekliznę antykaczystowskiej koalicji, lecz przez chorobę, na którą mu się zechciało zachorować, poświęcony był na roztrząsanie tej piłeczki i tłumaczenie Donalda Tuska, że w końcu nic takiego się nie stało. W efekcie, kiedy pod wieczór Sekielski z Morozowskim wyszli przed kamery i pokazali Premiera jak biega za Schetyną, który z kolei biega za piłką, nikogo ta sprawa już nie obeszła, zwłaszcza że każdy już i tak tylko czekał na pojawienie się Palikota i sprawy jego rzekomego pedalstwa. Oczywiście żadnego pedalstwa nie było, pozostał tylko Palikot. Tryumfujący i dowodzący czyściutko, że jeszcze parę miesięcy i Donald Tusk już naprawdę będzie mógł się zająć tylko tą swoją piłką. A kandydatem PO na prezydenta, rozrywanym przez tłumy i wynoszonym pod niebiosa przez zachwycone media, będzie już tylko sam Janusz Palikot.
Dlaczego tak myślę? Trochę przez to, że faktycznie Palikot udowodnił po raz kolejny, że obecnie jest absolutnie najwybitniejszym politykiem Platformy Obywatelskiej, ale też z jeszcze jednego, prostego powodu. Wczoraj, kiedy w wieczornym programie TVN24, zapytano posła Nitrasa o Tuska i piłkę, ten – jak małe dziecko – odpowiedział, że lepiej przecież, żeby Premier grał w piłkę, niż chuliganił i chlał z kolegami gdzieś po knajpach. Ja oczywiście wiem, że poseł Nitras nie jest osobą szczególnie błyskotliwą i jego słowa mają zwykle znaczenie jeszcze mniejsze niż słowa posła Gowina choćby. Jednak wydaje mi się, że skoro Nitras powiedział coś tak głupiego, to jemu się to nie wzięło samo z siebie. Tam musi być taka już atmosfera, że oni wszyscy patrzą na Tuska i myślą – Zostawmy człowieka w spokoju. Niech już lepiej gra w tę piłkę, zamiast się szlajać gdzieś po nocach. Jeszcze sobie coś zrobi.
Też wczoraj jeszcze, zajrzałem na blog Krzysztofa Leskiego i przeczytałem, że jemu propozycja MEN się też nie podoba. Najpierw zacząłem się zastanawiać, czy on jest głupi tak jak Prezydent, czy może tylko nie poznał jeszcze mocnych argumentów pani minister, czy może sprawy się mają jakoś inaczej, ale w końcu machnąłem ręką i pomyślałem, że przestanę się zajmować sprawami nie do rozwiązania i poruszę temat bardziej realny. Napisałem więc komentarz, w którym się pochwaliłem, że moja żona, która jest nauczycielem dyplomowanym i zarabia niecałe 1900 zł, właśnie dostała sześćdziesięciozłotową podwyżkę i tym samym będzie zarabiała miesięcznie ponad 1900 zł.
Niestety, ta informacja nie zrobiła na red. Leskim żadnego wrażenia, bo – jak zaznaczył – on zarabia od Toyahowej „nieskończenie mniej”. Ponieważ doskonale zrozumiałem, o czym on pisze, zaproponowałem takie wyjaśnienie sytuacji: Kiedy Platforma Obywatelska przejmowała władzę, wciąż jeszcze brzmiała w powietrzu następująca obietnica: „Będzie się żyło lepiej. Wszystkim.” I się sprawdziło. Rzeczywiście, żyje się lepiej wszystkim. W tym sensie mianowicie, że wszyscy żyją lepiej od innych. Toyahowa żyje lepiej od Leskiego, ja żyję lepiej od Toyahowej, a z kolei Leski na pewno żyje lepiej od młodego Toyaha, który ma w tym roku maturę, musi się uczyć, a ponieważ uczyć mu się nie chce – to strasznie cierpi. A i młody Toyah tez żyje lepiej od Leskiego, bo Toyahowa da mu czasem dam parę złotych, to sobie coś kupi. Zdaję sobie naturalnie sprawę, że pan Krzysztof Leski może się ze mną nie zgodzić, bo sam pamiętam czasy, kiedy cały mój majątek, to były dwa stare bilety tramwajowe. Ale, jak wiemy, wszystko i tak jest kwestią optyki.
Na pocieszenie, mogę redaktorowi Leskiemu obiecać, że skoro już pierwsza część projektu Partii Miłości pod nazwą „Lepiej. Dla wszystkich” została zrealizowana, to po nieuniknionej wymianie Donalda Tuska na Janusza Palikota, Platforma Obywatelska będzie mogła przyspieszyć i ogłosić nowy program, pod nazwą „Lepiej dla tych którym i tak już jest lepiej”. A przy okazji może red. Leski – niezmiennie dziennikarz dla mnie kultowy – znajdzie jakąś fajną, dobrze płatną pracę, czego mu z całego serca życzę.

niedziela, 8 marca 2009

O jednym człoiwieku, paru politykach i jednej pamięci

Ponieważ właśnie zmarł Zbigniew Religa, przychodzą do głowy dwie możliwe reakcje. Albo się zamknąć, albo dawać świadectwo. Oczywiście, przy tak ciężkim politycznym napięciu, jakie jest naszym udziałem, wydawałoby się, że oto nadszedł najlepszy moment, żeby jednak choć na chwilę pomilczeć. Niestety, również z tej samej przyczyny, milczenie nie wchodzi w grę. Właśnie w związku z tym napięciem, o którym wspomniałem, ten szum się już się pojawił i lada chwila niewątpliwie zmieni się w zgiełk. W tej sytuacji, pozostaje jednak tylko to świadectwo.
Właśnie o śmierci Religi poinformował TVN24 i, tradycyjnie zwrócił się o wspomnieniowe wypowiedzi do ludzi, którzy Profesora znali. Charakterystyczne było to, że niemal wszystkie osoby wypowiadające się dla TVN-u, to politycy. Nawet Dorota Gardias, która jest pracownikiem służby zdrowa, to znany wszystkim polityk. I to polityk o – w pewnym momencie – wpływach i zaangażowaniu wyjątkowym. Tu – zupełnie na marginesie – trzeba oddać pani Gardias sprawiedliwość, że dziś własnie przyznała, że to dzięki Relidze, służba zdrowia otrzymała najznaczniejsze podwyżki.
Dlaczego jednak o ministrze Relidze wypowiadali się politycy? Z prostego powodu. Bowiem Zbigniew Religa był w ostatnich latach niemal przede wszystkim politykiem. Oczywiście, ani przez moment – dzięki swojemu niezwykłemu autorytetowi zawodowemu i niemal równie niezwykłemu charakterowi – nie pozwolił nam zapomnieć o tym, że zawsze pozostawał wybitnym lekarzem. Fakt pozostaje faktem – Zbigniew Religa od wielu lat był przede wszystkim politykiem. Najpierw przez kilka lat zupełnie niezależnym, później próbującym zaangażowania w różnych politycznych konstelacjach, by wreszcie, w ostatnich latach swojego życia znaleźć miejsce przy projekcie o nazwie Prawo i Sprawiedliwość.
Właśnie dlatego, TVN24 o Relidze nie rozmawia właściwie w ogóle z lekarzami, lecz głównie z politykami. I oto, wśród przepytywanych przez dziennikarza polityków staje nagle Bronisław Komorowski. I w pewnym momencie, na pytanie o ocenę Zbigniewa Religi, jako ministra, Komorowski odpowiada, że on nie chce mówić o Zmarłym jako o ministrze, bo Zbigniew Religa był przede wszystkim wybitnym lekarzem, a dopiero później politykiem i dopiero na samym końcu ministrem. Ja nie kłamię, ani nie przesadzam. Dokładnie w ten sposób marszałek Komorowski podsumował zasługi Zbigniewa Religi, jako ministra zdrowia. I o tym tu piszę dziś, żeby to zostało napisane i możliwie przez najszerszą część moich czytelników zapamiętane.
I druga wypowiedź. Z jakiegoś powodu zupełnie karykaturalnie długa. Nie wiem, jak dugo dziennikarz TVN-u rozmawiał z Kazimierzem Marcinkiewiczem, ale nawet gdyby rozmawiał z nim trzy razy krócej, to i tak by było za długo. Marcinkiewicz bowiem – pomijając powtarzaną wielokrotnie frazę, że Religa był bardzo koncyliacyjnym człowiekiem – mówił wyłącznie o sobie. A apogeum tej najnowszej akcji autopromocyjnej nastąpiła w momencie, kiedy Marcinkiewicz powiedział ni mniej ni więcej jak (cytuję z pamięci): „Jestem szczególnie dumny z tego, że Zbigniew Religa pracował w moim rządzie, bo to ja go wymyśliłem jako ministra. Pamiętam, że został on ministrem wyłącznie dzięki mojemu uporowi, wbrew wielu głosom sprzeciwu”.
I tu pora na świadectwo. Nie mam w tej chwili sposobu, żeby zacytować odpowiedni materiał, ale – jeśli ktoś będzie bardzo chciał – to sobie sprawdzi. Poza tym, jak się zdaje, niedługo ukaże się wywiad-rzeka, który z Ministrem przeprowadził Jan Osiecki, więc podejrzewam, że i tam będzie można skonfrontować fakty. Ja pamiętam, jak jakiś czas temu, Zbigniew Religa zapytany został o to, dlaczego on – człowiek Platformy Obywatelskiej, ktoś kto Jarosława i Lecha Kaczyńskich traktował zawsze z duża nieufnością – tak niespodziewanie i z takim zaangażowaniem wsparł obu polityków w ich walce. Religa odpowiedział, że on wcześniej znał Kaczyńskich wyłącznie z doniesień medialnych, lub z opinii środowiska, w którym, w sposób naturalny, przez wiele lat się obracał. Kiedy poznał obu osobiście i kiedy odbył z nimi kilka uczciwych rozmów, stwierdził, ze jego dotychczasowa wiedza w tej mierze była absolutnie fałszywa. Powiedział również, że wyłącznie dzięki swojej rozmowie z prezydentem Lechem Kaczyńskim i jego osobistym argumentom, namowom i prośbom, zgodził się zostać ministrem w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Widząc dziś, jak Zbigniew Religa, mimo wielu porażek i wielu innych szczególnych okazji, żeby swój wybór z roku 2005 jakoś zweryfikować, do samego końca pozostał przy tym właśnie projekcie (ostatnio również jako doradca Prezydenta RP do spraw zdrowia), można mieć pewność, że swojego wyboru nie żałował.
I tyle moich uwag w dniu śmierci profesora Zbigniewa Religi, lekarza, parlamentarzysty, polityka, ministra. Po co te słowa? Własnie po to, żeby nie pozwolić słowom, które już padły, a z pewnością padną jeszcze nie jeden raz, obrazić tej pamięci.
Będziemy się modlić za Pana, Panie Profesorze. I prosimy, niech Pan się i za nas wstawia u Dobrego Boga. Bo wiem, że On Pana wysłucha.

O damach, chamach i czerwonych goździkach

Lubię święta. Nawet bardzo. Kiedy myślę o świętach – na przykład wielkanocnych – robi mi się ciepło na sercu i na duszy. I nawet jeśli jedynym skojarzeniem, jakie mnie nawiedzi, będzie to jajko i ten baran wśród zielonych liści, i tak uważam, że jest to coś, czego akurat mi nikt nie odbierze. Jest to uczucie do tego stopnia sympatyczne, że w takich chwilach nawet zaczynam sobie wierzyć, że będę żył jeszcze bardzo długo i szczęśliwie. Nie każdy jednak dzień świąteczny jest mi tak miły i bliski. Weźmy takie Święto Kobiet. W wypadku tej uroczystości czuję obojętność, a jeśli nie obojętność, to najwyżej lekkie rozbawienie. Natomiast w kwestii skojarzeń, to oprócz Związku Radzieckiego i Walentyny Tiereszkowej, pod moją czaszką pojawia się wyłącznie goździk, ewentualnie zielona szmata na stole. Tak już mam i – biorąc pod uwagę mój posunięty już wiek – tak pewnie zostanie.
Całe szczęście, że każda z trzech kobiet z którymi mieszkam, jak sądzę, podziela moje w tej kwestii emocje. W tej sytuacji, ani ja ani mój syn, nie musimy się rok w rok wygłupiać, a i one – jestem przekonany – gdybyśmy któregoś dnia wystartowali do nich z tym kwiatkiem, zareagowałyby podobnie jak na szklankę wody na głowę w śmigusa dyngusa. Czyli wrogo.
Nie znaczy to jednak, że kwestia walki płci, czy ogólnie losu kobiet, a tym bardziej wielkości kobiet jest mi w jakikolwiek obojętna. Mam na ten temat swoje osobiste przemyślenia i zawsze jestem chętny się nimi dzielić. Ponieważ nie ma żadnego powodu, żebym miał ten swój blog traktować jak oblężoną twierdzę, i w ten sposób lekceważyć uczucia i emocję tej części moich czytelników, które są mi obce, postanowiłem dzisiejszy mój wpis poświęcić jednemu tylko tematowi. Mianowicie kobietom. Proszę uprzejmie. Ponieważ – jak już wspomniałem niejednokrotnie – od wielu, wielu lat, każdy mój dzień wypełniony jest, często aż zanadto, towarzystwem kobiet, nie mam innego wyjścia jak nieustannie o kobietach myśleć. Na ten właśnie szczególny dzień, przygotowałem dwie niezwykle, moim zdaniem, interesujące refleksje. Pierwsza z nich dotyczy lata, wakacji, słońca i cudownych wiejskich klimatów. Otóż każdego roku, ja i dzieci jeździmy na wieś do mojej cioci. Ponieważ rodzina z tamtej strony jest bardzo duża, w naszym wiejskim, wakacyjnym domu jest nieustanny ruch i cudowny chaos. Jest przy tym też tak, że po męskiej stronie panuje nieprzytomne lenistwo, natomiast po stronie żeńskiej równie nieprzytomna bieganina. Jest więc też tak, że w piękne dni mężczyźni siedzą na werandzie, ględzą o wszystkim i o niczym, natomiast kobiety jeśli nie uganiają się za dziećmi, to szykują przez pół dnia obiad.
I o tym obiedzie chciałem parę słów tutaj. Siedzimy więc my, jak ci tępi, schamiali wieśniacy na ganku i pieprzymy trzy po trzy, a w kuchni kobiety obierają ziemniaki, skubią fasolę, kroją pomidory, cebulę, ogórki, jednocześnie – jak już wspomniałem – uganiając się za dziećmi, zmuszając je, żeby coś zjadły. Przychodzi pora obiadu i wtedy któraś z dziewczyn przynosi nam pod pysk żarcie. My to jedzenie zjadamy, po czym któraś z nich zabiera nam talerze i zanosi do kuchni i wtedy któraś inna z nich te nasze uświnione naczynia myje. I tak wygląda każdy dzień.
Ja w tej sytuacji, ponieważ zostałem przez Toyahową odpowiednio wyćwiczony, czuję się dość nieswojo. Niemniej jakoś się staram przystosować. Gorzej ze Starszą Toyahówną. Ona tych obyczajów po prostu nie akceptuje. Ile razy musi znosić uczestnictwo w tym procederze, złości się i nieustannie narzeka. I wcale nie chodzi jej o to, że ona musi obierać kartofle, a na przykład Toyah junior, albo ja zbijamy w tym czasie bąki. Nie. Szczerze powiedziawszy, ona tam w kuchni też nie za bardzo ma co do szukania, bo z jakiegoś powodu ile razy chce iść pomoc, to natychmiast zostaje przepędzona. Albo dlatego, że jest gościem, albo ponieważ któraś z miejscowych dziewcząt nagle uzna, że ona się nie nadaje. Toyahówna się piekli wyłącznie dlatego, że jej zdaniem cała ta sytuacja jest chora, niesprawiedliwa i bezwzględnie skandaliczna.
Nie zmienia to faktu, że kiedy ona i młodszy Toyah idą na zakupy, to kiedy wracają wszystko niesie on, bo ona w tym czasie je loda i ma zajęte ręce. Faktem też jest, że od rana do wieczora, każdy mężczyzna jaki się kręci po tym domu jest od rana do wieczora opieprzany za dokładnie wszystko i nie ma żadnych szans na normalną rozmowę, bo jak spróbuje, to będzie jeszcze gorzej. Mało tego – od czasu do czasu każdy z nich nagle dostaje jakieś ekstra zlecenie, które musi zrealizować natychmiast. A więc albo musi naprawić dach, albo coś przyczepić, albo coś wykosić, albo coś odkręcić, lub wykręcić, albo wsiąść w samochód i pojechać gdzieś natychmiast, żeby kogoś przywieźć, albo kogoś gdzieś zawieźć. W efekcie jest tak, że tak naprawdę wszyscy się jednocześnie męczą i jednocześnie są bardzo szczęśliwi, z wyjątkiem może mojej skromnej osoby i młodszej Toyahówny, którzy jesteśmy wyłącznie szczęśliwi. Ja mam dobrze, bo Toyahowa na ogół w tym czasie siedzi w Katowicach, więc nikt ode mnie nic nie chce, a moja młodsza córka też nie narzeka, bo ma wszystkich w nosie i w większości przypadków i tak niczym się nie przejmuje.
Oto moja pierwsza refleksja na temat losu kobiet we współczesnym świecie. Druga dotyczyć już będzie sytuacji o wiele bardziej cywilizowanych i świata o wiele nowocześniejszego, niż ta stara chałupa gdzieś daleko, gdzie Europa dociera tylko przez telewizor. Już jakiś czas temu zauważyłem bardzo interesujące zjawisko. Otóż ile razy widzę na ulicy chłopca i dziewczynę, tworzących tak zwaną parę, dziewczyna niemal za każdym razem jest wystrojona, umalowana, uczesana, wesoła, natomiast jej kawaler wygląda nieodmiennie jak ostatnie nieszczęście. Na tyłku ma najczęściej jakieś wyleniały dres, na łbie najstarszą na świecie czapkę z daszkiem, a na twarzy taką minę, że lepiej dla niego byłoby w ogóle nie wychodzić z domu. Co jeszcze ciekawsze, dziewczyna, nawet jeśli nie jest jakąś szczególną gwiazdą, w swój ogólny wygląd wkłada tyle zaangażowania, że zawsze wygląda jak kobieta. Odwrotnie jej chłopak. On, raz że robi wrażenie jakby wygląd się zupełnie nie liczył, to jeszcze całym swoim zachowaniem, wręcz całą swoja obecnością udowadnia, że nawet za bardzo nie jest mężczyzną. A już na pewno nie kimś, kto potrafi tej dziewczynie zapewnić podstawową opiekę.
Zawsze się zastanawiałem, dlaczego tak to się poukładało. Kiedy chodziłem do szkoły, dziewczyny wyglądały ładnie, zachowywały się jak dziewczyny i wiadomo było, ze jeśli któryś z nas chce mieć w ogóle szanse na to, że któraś z nich zwróci na niego uwagę, to też musi prezentować podstawową staranność, a już na pewno nie powinien cuchnąć. Dręczyła mnie ta zagadka do czasu, gdy w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że ten dziwny kształt jest bardzo dokładnym odzwierciedleniem stanu, który obowiązuje w świecie, że tak powiem, oficjalnym. Nagle zdałem sobie sprawę z faktu, że choćby w telewizji nie ma absolutnie żadnych zasad co do prezencji występujących tam mężczyzn. Odbywa się jakaś debata i przychodzi zwykły menel – nieogolony, w rozchełstanej koszuli, z tłustymi włosami – i nagle okazuje się, ze to jest jakiś poważny dziennikarz, czy ekspert od ważnych spraw. Oglądam telewizyjny program, gdzie przy stole siedzi kilku bardzo ważnych panów i jeden z nich jest ewidentnie niedomyty, drugi obrzydliwie gruby, trzeci w stroju którego na ogół używa do pracy w garażu i żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że przed chwilą wyszedł z domu i znalazł się wśród ludzi. Dlaczego mnie ta sytuacja tak wzrusza? Z prostego powodu. Raz że w ogóle nie lubię tego typu tandety, a dwa, że w takich sytuacjach zawsze myślę o kobietach. Otóż nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby jakakolwiek z dam, czy to dziennikarka, czy to polityk, czy to feministka, czy działaczka Samoobrony, czy w ogóle ktokolwiek, wykazała się tego typu brakiem świadomości, prawdopodobnie nie zostałaby wpuszczona do studia. Jestem pewien, że gdyby którakolwiek z pań, które oglądamy na co dzień na naszych telewizorach wyglądała tak jak Krzysztof Daukszewicz, Piotr Najsztub, Piotr Niemczyk, czy niektóre z moich ulubionych skądinąd gwaizd, kórych nazwisk tu nie wymienię (wszyscy wiedzą, a ja nie muszę przecież kalać własnego gniazda), to całe Szkło Kontaktowe zostałoby poświęcone najbardziej wymyślnemu szydzeniu z tej pani, a ludzie słaliby listy protestacyjne, że oni nie życzą sobie oglądać tego rodzaju obrzydlistwa.
Inna sprawa, że nie znam ani jednej kobiety, funkcjonującej publicznie, a prawdę powiedziawszy również niepublicznie, której by przyszło do głowy, żeby przed wyjściem z domu gdziekolwiek, nie popatrzeć choć przez moment w lustro. Przecież nawet posłanka Senyszyn wygląda tak jak wyglada nie dlatego, że jej na niczym nie zależy, lecz wręcz przeciwnie. Kolejna jednak sprawa jest taka, że obawiam się, że te wszystkie menele też patrzą w lustro. Tyle że oni patrzą w to lustro i myślą sobie; „Jest okay. Nie ruszać. Tak ma być”. I zupełnie niechcąco tworzą nowy styl i nową modę. I choćby przez ten swój grzech zasłużyli na niniejszy tekst.
Jaki więc jest morał z tej zupełnie niecodziennej, specjalnej dedykacji, którą przygotowałem specjalnie dla Was, które zaglądacie na mój blog? Chyba taki, że jakkolwiek nie patrzeć, to Wy zawsze jesteście o setki kilometrów do przodu. To Wy, wbrew wszystkim codziennym perypetiom, pozostajecie sobą. Silnymi, eleganckimi, zawsze na czasie kobietami. Niestety przy okazji, okazuje się, że tę poprzeczkę ustawiłyście zbyt wysoko, co szczególnie dla tych bardzo młodych nie tworzy zbyt ciekawej perspektywy.
Tak czy siak, z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, wszystkiego najlepszego!

piątek, 6 marca 2009

A Balcerowicz do kisielu

Wczoraj nagle pojawił się w naszych domach Leszek Balcerowicz. Włączam sobie program Moniki Olejnik, zastanawiam się, czy dziś będziemy mieli premiera Millera, czy może przewodniczącego Karpiniuka, czy może jeszcze kogoś innego, a może szczęśliwie znów naszego Prezesa, a tu siedzi Leszek Balcerowicz. Aż sobie zrobiłem coś do jedzenia.
Myślę sobie, że możliwe jest, że coś przegapiłem. Ja wprawdzie lubię wieczorem oglądać telewizję i staram się nic ważnego nie przepuścić, ale w końcu mogło się zdarzyć, że Balcerowicz gdzieś przemknął, a ja akurat się zagapiłem. Tak czy inaczej, od czasu jak nagle, kilka miesięcy temu, ujrzałem w telewizorze ministra Kołodkę z ksiązką i przenikliwym spojrzeniem delfina, nie zdarzyło mi się nic równie zabawnego. Patrzę na zegar, zbliża się ósma, rozsiadam się wygodnie w fotelu, nalewam sobie ‘łysiaka’ (pozdrowienia!), wypatruję nowych bucików Pani Redaktor i obłąkanego spojrzenia marszałka Niesiołowskiego, albo szefowej Pitery – a tu na mnie spogląda idealnie zakonserwowane oblicze Leszka Balcerowicza.
Jak już miałem przed sobą tę dymiącą parówkę (niech Wam się nie wydaje, że ja się żywię zmielonymi kośćmi – tu stawka wynosi 17 zł za kilogram), doszedłem do siebie i zacząłem już normalnie słuchać, co tam nasz Pan Profesor opowiada. Okazało się szybko, że ponieważ źli ludzie mówią, że mamy kryzys i przez to dobrzy ludzie, zamiast zająć się poważnymi rzeczami, jak oglądanie laptopów pod mikroskopem, czy drukowaniem lekarskich zaświadczeń, muszą łapać tę lawinę. Nie ma nawet czasu, żeby pobiegać po lesie, albo zagrać w piłkę nożną. Więc w tej sytuacji, tym którzy wzięli na siebie obowiązek dostarczania nam codziennej porcji nauki, nie pozostało już nic innego jak zwrócić się do samego Ojca Chrzestnego tej szczególnej Rzeczpospolitej, ucałować jego dobrą dłoń i powiedzieć klasycznym już tekstem przedsiębiorcy pogrzebowego Bonasery: „Bądź mi przyjacielem”.
A więc, realizując odpowiednie zadanie, pani redaktor Olejnik mówiła: „Panie profesorze, a czy pan nie uważa?”, „Czy pan profesor nie sądzi?”, albo „Jak pan profesor mysli?” Czy wreszcie „A co pan profesor by zrobił?”. Pan Profesor tymczasem siedział rozwalony w foteliku i choć wprawdzie nie miał na kolanach kota, z dobrodusznym uśmiechem wyjaśniał wszelkie zawiłości współczesnej ekonomii. Słuchałem tych jego ekspertyz i nie mogłem się przestać zastanawiać, co on do cholery tu jeszcze robi? Człowiek, którego największy realny sukces polega na tym, że pewnego dnia został szefem Unii Wolności, by chwilę potem tę partię doprowadzić do ostatecznego upadku, przyłazi do telewizyjnego studia i mądrzy się na tematy, o których ma dokładnie tyle samo pojęcia, co pierwsza lepsza urzędniczka w banku, z tą może różnicą, że ona wprawdzie zna mniej trudnych słów, ale za to dzień wcześniej była w sklepie na zakupach.
Po jasną cholerę wyciągać skądś jakiegoś trzeciorzędnego ekonomistę i udawać, że oto właśnie będą się rozstrzygać jakieś ważne rzeczy? Po co tracić czas na przepytywanie o sprawy gospodarcze człowieka, który na te tematy wie dokładnie tyle samo, co każdy zainteresowany tematem człowiek? Czyli najprawdopodobniej nic. Bo proszę mnie dobrze zrozumieć. Mnie nie chodzi o to, że Leszek Balcerowicz jest głupszy ekonomicznie od pozostałych profesorów ekonomii. Myślę, że oni wszyscy – i to zarówno nasi lokalni fachowcy, jak i eksperci z Europy czy Ameryki – w sytuacji tak niezwykle oryginalnej, z którą mamy do czynienia w obecnych miesiącach, jak to mówią Anglicy – know shit. Różnica jest tylko taka, że na tym tle akurat Leszek Balcerowicz jest postacią na tyle bezbarwną, że traktowanie go w sposób szczególny zakrawa na kpinę.
O ile najróżniejsi inni profesorowie, których mamy mniejszą lub większą przyjemność wysłuchiwać to tu to tam, tacy jak wspomniany już prof. Orłowski, prof. Gomułka, prof. Winiecki, prof. Sadowski, czy prof. Bugaj, osiągnęli to co osiągnęli w sposób jak najbardziej standardowy – czyli na drodze zwykłej kariery zawodowej – Leszek Balcerowicz jest typowym przykładem kariery ściśle politycznej. Coś takiego jak Jan Krzysztof Bielecki, czy wspominany już tutaj Grzegorz Kołodko, a na zupełnie innym, historycznym polu, zmarły już Bronisław Geremek.
Zatrzymajmy się tu na chwilkę przy prof. Geremku. Oczywiście w pewnych kręgach zawsze się podkreślało, że Geremek to niezwykle kompetentny ekspert od średniowiecza, czy czegoś tam jeszcze. Mówiło się powszechnie, że to człowiek bardzo wykształcony i bardzo sprawny intelektualnie, ale pomysł, żeby robić z niego jakiegoś mistrza w zakresie historii, nie zyskał chyba szczególnej popularności. Głównie, myślę, dlatego, ze historia nie jest tego typu dziedziną, gdzie można jakoś szczególnie się lansować i udawać przed ludźmi, że nasze analizy sa jakoś bardziej wybitne, niż analizy naszych kolegów. Stąd pewnie Noble przyznaje się fizykom, biologom, lekarzom, ekonomistom właśnie, a nie historykom. Więc tu mieliśmy szczęśliwie spokój.
Jednak nawet wśród tej grupy ludzi, których wiedza i dokonania mogą być jakoś tam mierzone, ekonomiści zajmują miejsce dość szczególne. Nie wiem, czy ta specyficzna pozycja wynika z tego, że oni po prostu już są tacy dziwni, czy może dlatego, że ekonomia - bardziej niż fizyka, chemia, czy medycyna – wchodzi w pole zainteresowania polityki, i odwrotnie. Ciekawy jestem jednak, jak to się dzieje, że ekonomiści – według wszelkich danych – nigdy nie wymyślili nic naprawdę pewnego, stałego, jednoznacznego, ani tym bardziej nic faktycznie pożytecznego z punktu widzenia potrzeb normalnego człowieka? Czasem wręcz mam wrażenie, że nawet trywialna zasada popytu i podaży działa tylko wtedy kiedy jej tak pasuje, a nie zawsze. A już na pewno nie wtedy, kiedy ekonomistom to się wyda. Przychodzi taki jeden i mówi, że ponieważ tam spadło, to tu będzie rosło, na co drugi mówi, że raczej na odwrót – czyli, ze ponieważ tam spadło, to tu też spadnie. A w efekcie i tak się okaże, że nic nie spadło, ale wzrosło, tyle że ten ktoś nie wziął pod uwagę tego, że 0 to nie 1. Więc siedzą sobie najbardziej wybitnie profesorowie ekonomiści, gadają sami nie wiedzą o czym, a ja chciałbym bardzo, żeby mi ktoś powiedział, skąd oni to mają, że kiedy zbierze się w jednym pomieszczeniu dziesięciu z nich i zaczną dyskutować, to każde takie spotkanie niechybnie musi się skończyć ogólną chryją, gdzie, nawet jeśli nie dojdzie do rękoczynów, to każdy każdego oskarży piętnaście razy o ekonomiczny analfabetyzm?
Pod tym względem, oni przypominają chyba najbardziej prawników. Każdy jeden profesor prawa jest absolutnie wybitnym autorytetem i fachowcem, żaden z nich w życiu nie dopuści do siebie mysli, że kto inny może mieć rację, a co najważniejsze wszyscy oni wzajemnie nienawidzą się tak, że można by ich pokazywać w przedstawieniach. To samo właśnie jest z ekonomistami. Taka kilkunastoosobowa ekipa uzurpatorów pochyli się z bardzo poważnymi minami nad gospodarką, która im spłatała figla, gapią się bez żadnego pomysłu w to co się wokół nich dzieje, nie mają pojęcia co się dzieje, nie wiedzą dlaczego, nie są w stanie ani określić punktu w którym coś się zaczęło, ani już w ogóle kiedy się to wszystko skończy. Ale wszyscy mają tytuły profesorskie, znają mnóstwo bardzo trudnych słów i jeśli im się poda jakąś bardzo dużą liczbę, to każdy z nich natychmiast będzie w stanie znaleźć dla tej liczby jakieś zastosowanie w świecie realnym.
Czasami odnoszę wrażenie, że w całym świecie nie ma większych darmozjadów niż właśnie ekonomiści. No bo proszę spojrzeć. Mamy ten nieszczęsny kryzys i okazuje się, że on nastąpił kompletnie nieoczekiwanie. Owszem, podobno wiadomo było od dawna, że świat, który nagle wymyślił, że nie ma granic robienia sobie dobrze, musi dostać po dupie. Nie zmienia to jednak faktu, że na całym tym świecie nie było praktycznie jednego ekonomisty, który by poczuł, że coś się niedobrego kroi już za rogiem. Tysiące cholernych banków w każdym kraju na świecie, każdy z tych banków zatrudniający całe tabuny najwybitniejszych ekspertów ekonomicznych, których wcześniej wykształciły tysiące najróżniejszych wspaniałych uczelni i nie znalazł się jeden mądry, który by przewidział, że już za rok to wszystko trafi szlag. Przecież gdyby w jakiejkolwiek dziedzinie życia doszło do wpadki na takim poziomie nieprzewidywalności, to ulice w jednej chwili wypełniłyby się bezrobotnymi lekarzami, nauczycielami, fizykami, czy nawet prostymi biznesmenami. Tymczasem ekonomiści, udowodniwszy, że o swojej robocie nie mają najmniejszego pojęcia, nie dość, że są z siebie okropnie zadowoleni, to jeszcze mają czelność udawać, że komukolwiek są do czegokolwiek potrzebni.
Zacząłem od Leszka Balcerowicza, ale – jak widać aż nazbyt przejrzyście – nie o niego najbardziej tu chodzi. Więc i ten tekst nie koniecznie jest akurat o nim. Natomiast faktem jest, że nikt tak jak Leszek Balcerowicz nie potrafiłby zainspirować tekstu o takim ładunku złych emocji. Ja doskonale pamiętam, jak w jeszcze w roku 1989, zanim Balcerowicz zdążył ruszyć palcem w bucie, pojawił się rynek i pieniądz zaczął przypominać coś co ma wartość. Doskonale pamiętam, jak nagle, praktycznie z dnia na dzień, wyłącznie dlatego, że bolszewia postanowiła się przebranżowić, w sklepach pojawiły się towary i nagle okazało się, że to wszystko co było dotychczas, to nie była żadna konieczność, ale plan. Plan żeby całe społeczeństwa wziąć za mordę i przydusić do ziemi.
A później pojawił się Leszek Balcerowicz i od początku kazano nam wierzyć, że to on był tym niezwykłym magikiem, który wyciągnął Polskę z otchłani komunizmu. On jeden swoim genialnym umysłem objął cały ten nieszczęsny niby-rynek, policzył wszystko jak należy i hop – stał się mirakiel. W kolejnych latach oczywiście było jak było. Raz lepiej raz gorzej, ale najczęściej byle jak. Jedni przychodzili do polityki, inni szli w biznesy, albo umierali w niewyjaśnionych okolicznościach, czy może – jak udało im się przeżyć – wracali do polityki. Tylko Balcerowicz trwał niezmiennie na posterunku, jak święty patron polskich przemian, niemal noblista, ledwo co najznakomitszy ekonomista świata. Z krótką, wspomniana już przerwą – poświęconą rozpieprzeniu w drobny mak swojej i tak już dogorywającej w ciszy partii.
I dziś, kiedy wszystko na naszych oczach się wali i nikt nie jest w stanie powiedzieć co nas czeka na końcu tej drogi, nagle postanowiono skądś wygrzebać tego dziwnego człowieka, żeby nam z tym swoim nieznośnym już dla wielu obliczem i tym jeszcze bardziej nieznośnym zadęciem powiedział, że Prezydent jest ekonomicznym dyletantem. A po jasną cholerę nam to wiedzieć, co jakiś Balcerowicz sądzi o Prezydencie Rzeczpospolitej? Ja bym raczej proponował – jeśli już różne telewizje mają potrzebę urządzać temu nieudacznikowi powrót – niech go umówią z innym profesorem – Kołodką, wrzucą ich nago do wielkiej miski z kisielem i każą się tłuc. Czytałem kiedyś, że kiedy Telewizja Polska pokazywała Latający Cyrk Monty Pythona, jedynie jakieś 5% widzów wykazało się choćby minimalnym zainteresowaniem. Może pojedynek Kołodko-Balcerowicz w kisielu pozwoliłby trochę lepiej zarobić.

czwartek, 5 marca 2009

Cyngle do Gabonu!

Kiedy w Dzienniku Cezary Michalski wypuścił na zwierzenia wybitnego publicystę Gazety Wyborczej Michała Cichego, a ten powiedział dokładnie wszystko co mu leżało na sercu, byłem tak poruszony, że poświęciłem zeznaniom Cichego aż cały długi wpis. Jak jednak pewnie część z Was pamięta, moje refleksje nie dotyczyły pretensji Cichego kierowanych do Michnika, jego oskarżeń pod adresem swoich kolegów i koleżanek z Gazety, ani nawet ogólnych poglądów Cichego na temat świata i Polski i czego tam jeszcze, ale jednej, jedynej kwestii związanej z rolą jaką przyjęła na siebie Gazeta i jej zadaniom, tak jak ją widzi Cichy i – prawdopodobnie – całe kierownictwo Agory. Musiałem bardzo zwrócić uwagę i podzielić się swoimi refleksjami na temat tego jednego fragmentu wypowiedzi Cichego, gdzie on mówi, że Agora, a za nią Gazeta, w sposób naturalny i – jak to sam Cichy sformułował – genetycznie i kulturowo uwarunkowany, ma na uwadze nie interes polski, ale, ni mniej ni więcej, jak tylko interes diaspory żydowskiej.
Celowo pominąłem wszystkie inne kwestie poruszane przez Cichego, bo uznałem, że liczy się tylko ta jedna informacja, czy może tylko opinia, a cała reszta wobec tego właśnie elementu jest bzdurą. Niczym. Wydawało mi się, że w momencie jak prominentny przedstawiciel środowiska, które pełni tak niezwykle ważną rolę na polskim rynku medialnym, społecznym i politycznym twierdzi, że w tym właśnie przypadku mamy do czynienia z interesem całkowicie obcym i – co więcej – że taka sytuacja jest oczywista i zrozumiała, to po prostu nie ma żartów i że to się nie może tak skończyć. Niestety, dokładnie na tym sprawa się zakończyła. Z małym pieprzykiem, w postaci informacji oficjalnej, półoficjalnej i wręcz zupełnie nieoficjalnej, że Michał Cichy jest psychicznie chory i oczywiście bredzi. Doszło nawet do tego, że arcybiskup Życiński zechciał mieć sumienie w swoim ‘popielcowym’ kazaniu potwierdzić doniesienia, że Cichy jest stuknięty. Tak więc, tym samym, Michał Cichy podzielił los Zbigniewa Herberta (tu załączam odpowiednio przyrządzone splunięcie w kierunku twarzy red. Jastruna). Szkoda. Wolałbym, żeby był to kto inny. Na tyle inny, żeby sprawa szaleństwa Poety nie była aż tak podle rozmywana. Ale fakt jest faktem. Cichy został ogłoszony chorym i wszyscy wrócili do swoich obowiązków.
Tak się jednak składa, że z – jakby się różni tacy nie starali – słynnej mimo wszystko rozmowy Michalskiego z Cichym pozostało coś, co nie przeminie już tak łatwo. Czy to dzięki temu, że wszyscy zajęli się rzeczą akurat dużo ważniejszą, czy może przez swoją świeżość i taką troszkę radosną aurę, przebojem okazało się słowo, którego Cichy użył pod adresem bardzo ważnej części swoich redakcyjnych przyjaciół, mianowicie ‘cyngiel’. O co poszło? Otóż Cichy stwierdził, że w Gazecie jest grupa dziennikarzy, która pełni rolę ludzi do wynajęcia. Piszą dokładnie to co im się każe, a jak już to robią, to robią to w taki sposób, żeby wyłącznie realizować doraźne cele i mniej doraźne interesy (w domyśle – diaspory). Nazwał Cichy tych dziennikarzy ‘cynglami’ i bardzo brzydko o nich powiedział, że dla nich nie istnieje problem prawdy, moralności, zasad, dziennikarskiej uczciwości i czego tam jeszcze, ale wyłącznie polecenie i cel. Większość z nas wie, co w potocznym języku oznacza słowo ‘cyngiel’. Na przykład ‘cynglem’ rodziny Corleone był Luka Brasi. Jak trzeba było kogoś zabić, lub choćby nastraszyć, wysyłało się Lukę, a ten już robił swoje. To znaczy, tak się mówi – ‘swoje’. On robił to co mu kazała Rodzina, ale w ramach swoich zadań. Więc zdaniem Cichego, taka pani redaktor Kublik nie jest dziennikarzem w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Ona nie działa tak że coś jej przyjdzie do głowy, coś ją ucieszy, zmartwi, albo obruszy, siądzie do komputera i napisze tekst, który później Adam Michnik opublikuje. Nie. Według Cichego, Michnik – czy może jakiś inny ważny człowiek Agory wzywa Kublik, mówi jej: „Masz załatwić tego Skowrońskiego. Tu masz kasę. Kup sobie coś ładnego” i ona robi wszystko jak należy. Tak to właśnie przedstawił redaktor Cichy.
I, tak jakoś wyszło, że kiedy sprawy genetyczno-kulturowe gdzieś się w medialnym szumie rozpłynęły, ten ‘cyngiel’ pozostał. I nagle okazało się też, że nie tylko jest o czym myśleć, ale również znalazł się ciekawy temat do towarzyskich rozmów i do publicystycznych rozpraw. Wszyscy gadają o ‘cynglach’ i nic nie wskazuje na to, żeby tak łatwo temat wybrzmiał. Dla mnie osobiście, bardzo przyjemnym aspektem tego wszystkiego jest fakt, że moi polityczni wrogowie, zaczęli pomaleńku dostawać cholery. Najpierw pojawiły się drobne uwagi, że z tymi ‘cynglami’ to nieprawda, później, że wszędzie są ‘cyngle’, a na tzw. prawicy jeszcze większe, by wreszcie czołowi przedstawiciele gatunku, zaczęli sobie z tych cyngli stroić żarty. Że niby „ha-ha, jakiś tam cyngiel, panie… a czy on ma może dziób”. I takie tam. Teraz jest już tylko z trudem skrywana zniecierpliwienie.
A łatwej sytuacji dotychczasowi dyrygenci nie mają. Okazało się bowiem, że po raz pierwszy właściwie od wielu lat, może nawet od czasu, jak mądrzy Polacy wymyślili termin ‘ubek’, pojawiło się coś autentycznie nośnego. Przez całe długie lata, język politycznej pop-kultury aż puchł od tych wszystkich ‘borubarów’, ‘kaczorów’, ‘irasiadów’, ‘wieśmaków’, a druga strona jedyne co miała, to tego – nie robiącego już większego wrażenia – ‘ubeka’. Czy jeszcze bardziej oklepanego ‘komucha’. Więc ten ‘cyngiel’ spadł na III RP, jak grom z jasnego nieba. Chodzą teraz ci nieszczęśnicy i chyba już trzeci dzień odmieniają na wszystkie sposoby ten idiotyczny ‘Gabon’ – nawet za bardzo nie wiedząc, jak z niego skutecznie wyjść – a tu CYNGIEL, CYNGIEL, CYNGIEL. I z nikąd ratunku nie widać. Wczoraj w Salonie, niejaki Chevalier dostał już takich nerwów, że kompletnie bez sensu ogłosił, ze on też chce być cynglem. I że on bardzo prosi, żeby go tak nazywać. Ja trochę rozumiem tok jego rozumowania. On zapamiętał, że w sytuacjach wzmożonego antysemityzmu, można było – demonstrując odpowiednią solidarność – nalepić sobie napis „Jestem Żydem”. Albo, kiedy źli ludzie gonili z kijami pederastów, ktoś wrażliwy mógł sobie założyć koszulkę z hasłem „Jestem gejem”. Można nawet sobie wyobrazić, ze jeśli bandyci zabiją policjanta z okrzykiem „śmierć psom!”, rozumna część społeczeństwa może zorganizować demonstrację pod hasłem „Wszyscy jesteśmy psami”. I pewnie ten biedny Chevalier chciał zrobić coś podobnego, tyle że wszystko mu się poprzestawiało i zademonstrował tak idiotyczne niezrozumienie kontekstu, jakie mogliśmy dotychczas zaobserwować tylko raz. Kiedy wspomniani już stadionowi bandyci nazywani powszechnie ‘chuliganami’ zaczęli o sobie z dumą mówić właśnie w ten sposób.
Ale ja rozumiem te nerwy. Rozumiem je bardzo dobrze, bo tak naprawdę tu wcale nie chodzi o dziennikarzy Gazety. A już na pewno nie przede wszystkim. W całej obecnie reżimowej i około-reżimowej domenie, w sposób absolutnie bezwzględny, bezczelny i w pewnym sensie zupełnie bezprecedensowy działają tacy ‘cyngle’, o jakich mówił Michał Cichy. Mamy ich wszędzie. W codziennej prasie, od Gazety, przez Przekrój, Newsweek, Politykę, po Dziennik, w najróżniejszych stacjach radiowych i telewizyjnych odbywa się najbardziej czarne szczucie na jedną, całkowicie demokratycznie umocowaną polityczną opcję. I to nawet nie jest tak, że jacyś tam dziennikarze mają swoje sympatie polityczne, albo swoje emocje, więc je w sposób naturalny realizują. Nie. W to ja już nie uwierzę. Tu wszystko działa wyłącznie na zasadzie zlecenia i odpowiedniego wykonania roboty. Oczywiście, ja tu mam na mysli poziom gdzie się o czymś decyduje. Ja nie mówię o zwykłych kibicach. Oni są tak samo naiwni i głupi jak byli dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści lat temu.
Jeśli jakiś dureń powtarza jak mantrę ten nieszczęsny ‘Gabon’ i cieszy się, że jest na topie, to taka jego odpowiedzialność, jak i umysł. Jeśli wspomniany przeze mnie Chevalier nie jest – jak ktoś sugerował – pracownikiem Gazety, lecz zwykłym blogerem, też można na niego machnąć ręką. Problem jest z tymi co wiedzą, ale działają bo im się za to płaci. Uważam, że tych jest ostatnio bez liku. Media publiczne, prywatne, małe, duże od tych ‘cyngli’ aż pękają. Drobna historia z ostatnich dni. Oglądałem sobie niedawno przez moment z najmłodszą Toyahówną tak zwaną Superstację. Kompletnie nie wiem dlaczego. Coś nam strzeliło do głowy, więc przełączyliśmy telewizor na ten własnie kanał. Rozmawiało dwóch jakiś pajaców, których nie znam, o rzeczach mi obcych, a na dole wyświetlane były najbardziej idiotyczne esemesy od widzów. Jak w Szkle Kontaktowym. Ponieważ rozmowa była nudna jak cholera, a esemesów pełno, jakby przed telewizorami siedziały tłumy, Toyahówna spytała mnie, czy ja myślę, że te teksty piszą prawdziwi ludzie. Powiedziałem jej, że nie sądzę, bo jest ich za dużo, a nie wydaje mi się, żeby akurat ten program ktokolwiek poza nami oglądał. A jak już ogląda, to po jakie licho ma słać te bezsensowne teksty? Powiedziałem jej, że pewnie w tej Superstacji siedzą jacyś umyślni i piszą idiotyzmy na Kaczyńskich i PiS. A jeśli ktoś nagle wymyśli, żeby coś napisać, to na sto procent go tam puszczą. No i postanowiliśmy, że ułożymy jakiś najbardziej bezsensowny tekst, wyślemy do Superstacji i zobaczymy co będzie. Napisałem więc na mojej komórce coś takiego: „He, He! A Ciekawe, czy Kaczor ma kasę fiskalną”. Wysłałem i hop! Leci mój tekst. Napisałem następny (nie powiem jaki, bo już mi autentycznie wstyd) – jest. Następny (jeszcze bardziej kretyński) – proszę bardzo. W końcu daliśmy sobie spokój i znów do pracy musieli się wziąć właściwi państwo dziennikarze. Po co o tym wstydliwym fragmencie mojego zycia wspominam? No, po to własnie, żeby pokazać, jak ja sobie wyobrażam współczesne zaangażowane dziennikarstwo. Właśnie tak. Żadnych zasad, żadnej misji, żadnych wyższych celów. W mordę i nożem pod żebro.
Dziś w Rzeczpospolitej znakomity tekst Piotra Semki własnie o cynglach. Tak tak, Szanowni Państwo, teraz już będziemy Was dręczyć, aż poczujecie to coś. I ani Gabon, ani karty kredytowe Prezesa Wam nie pomogą. A więc tekst Semki „Gazeta z palcem na cynglu” http://www.rp.pl/artykul/9157,271658_Semka___Gazeta__z_palcem_na_cynglu__.htmlProszę sobie poczytać. Wszystko w nim jest na swoim miejscu i choć uważam – co też już tu przedstawiłem – że sama Gazeta, jest tu tylko pionierem, naprawdę warto. Jest jednak jedna rzecz, która mi się u Semki do końca nie podoba. Pisze pan redaktor o tym, jak to się we współczesnym, europejskim dziennikarstwie, działa wyłącznie na zlecenie. Jak ta działalność potrafi być bezwzględna i nieludzka, a drugiej strony – tak jakby sam nie mógł uwierzyć, że jest aż tak źle – sugeruje, że tam jednak istnieje coś na kształt wiary, czy może tylko przekonania. Pisze Semka tak: „Stanowczo zbyt łatwo przychodzi Wrońskiemu obrażać ludzi i etykietować ich jako pisowców, w dodatku interesownych. Zbyt łatwo uznaje, że ludzie o poglądach innych niż jego, muszą kierować się niskimi pobudkami.”
Ja nie mam przekonania, że Piotr Semka czyta ten – czy jakikolwiek inny mój – tekst. Podejrzewam, że pewnie nie. Na wszelki wypadek jednak – Panie Piotrze! Wroński nie uważa, że my się kierujemy niskimi pobudkami. Oni nic nie uważa, a nasze pobudki ma w dupie. Niskie, nie niskie, wysokie. Jego to w ogóle nie obchodzi. Jeśli Pan mu powie, że on się kieruje niskimi pobudkami, a nikt nie będzie słuchał, to niewykluczone, że on Panu przyzna rację. To jest, panie Piotrze pan redaktor Cyngiel. Dokładnie taki sam, jak drugi pan redaktor Cyngiel. I taki sam jak szanowna pani redaktor Cyngiel. I wielu, wielu innych redaktorów Cyngli.
Tak wyszło, że to w pewnym sensie Pańscy koledzy po fachu. Współczuję Panu. Proszę jednak trzymać postawę wyprostowaną i się nie bać. My doskonale widzimy różnicę.

środa, 4 marca 2009

Twarze, czyli kto nam zwinął szminkę?

Jechałem dziś przedpołudniem tramwajem do pracy i w pewnym momencie z przeciwnej strony nadjechała kolumna prezydencka i szybko pojechała w kierunku uniwersytetu. Ponieważ jestem oddanym członkiem tak zwanych (w niektórych kieszeniach salonowej Polski) Czarnych Szwadronów Czwartej RP, wpadłem w bardzo dobry nastrój, który - przy pięknej pogodzie i zupełnie wbrew fatalnemu kryzysowi - trzyma mnie do teraz. Kiedy już ujrzałem śmigającego ulicami mojego miasta Prezydenta, popadłem w chorobliwą już w mojej sytuacji zadumę i w ramach tej zadumy zacząłem sobie myśleć o – właśnie nie za bardzo wiem, czy już ministrze, czy jeszcze tylko doradcy – Michale Bonim. A skoro już zaczął mi po głowie chodzić Boni, to za chwilę pojawiły się już i kolejne gwiazdy, a wśród nich Kazimierz Kutz.
Co ja chcę od Kutza i Boniego, skoro dzień jest – jak już wspomniałem – piękny, a na dodatek Pan Prezydent zadaje szyku w moim mieście? Nic szczególnego. Zwykłe maleńkie refleksje. Jak idzie o Boniego, przyszedł mi on do głowy z tej prostej przyczyny, że nagle sobie uświadomiłem, że w ostatnich dniach jakoś tak się dzieje, że ile razy Platforma Obywatelska chce się pokazać, jako grupa pracusiów, i to na dodatek pracusiów z pomysłami, wystawia przed kamery właśnie Boniego. Jest to sytuacja o tyle ciekawa, że jak wszyscy powinniśmy jeszcze pamiętać, debiut tego człowieka w rządzie premiera Tuska był wielce oryginalny. Kiedy Premier zorientował się, że jemu brakuje ludzi odpowiednio zawziętych i jednocześnie fachowych, wyciągnął skądś tego nieszczęsnego kapusia i dziwkarza i ogłosił, że Polska własnie trafiła w ręce prawdziwie zawodowe. Niestety, w tym samym momencie okazało się co się okazało, Boni się ze wstydu posmarkał i niemal natychmiast został gdzieś wepchnięty i przykryty jakąś szmatą, by nie straszyć tych nielicznych już zwolenników Platformy, dla których problem komunistycznej agentury wciąż wydawał się problemem realnym.
Takie to były początki. Wprawdzie wciąż jesteśmy bardziej na początku, niż u końca tej chorej przygody, ale intensywność i konsekwencja upadku Donalda Tuska, jego ministrów i sympatyków najwyraźniej sprawia, że wszystko na tyle przestaje mieć znaczenie, że i tę szmatę z Boniego też już można było bezpiecznie zdjąć. Po ciężką cholerę przejmować się jakimś drobnym donosicielem, kiedy i tak wszystko w rejonach przyrządowych działa bez jakiejkolwiek kontroli, każdy robi to co chce, a publiczność robi wrażenie coraz mniej zainteresowanej? W sytuacji kiedy minister Hall wymyśla, żeby do podstaw programowych współczesnej polskiej szkoły wprowadzić czary, wodne żyły i karty Tarota, i pies z kulawą nogą się tym nie przejmuje, co komu zaszkodzi jakiś Boni? Skoro już nawet nie można mieć stuprocentowej pewności, że to co nam publicznie pokazują media, to jeszcze prawdziwy Donald Tusk, a nie jakaś japońska zabawka najnowszej generacji, to jakie znaczenie dla kogokolwiek może mieć to, że nową twarzą naszego rządu stał się komunistyczny agent? Wszystko jedno.
Więc myślałem sobie o twarzach i przypomniała mi się twarz Kazimierza Kutza z wczorajszej audycji 24 Godziny. Jak może część z Was wie, w środowiskach związanych z najbardziej salonowym europejskim salonem, po raz kolejny już w ciągu ostatnich parunastu lat wykluła się myśl, żeby ludzi, którzy z naszego punktu widzenia na śmierć sobie zapracowali, zabijać nie tylko gdzieniegdzie, ale w ogóle gdzie popadnie. Więc sprowadzono do tefauenowskiego studia tego dziadunia i poproszono o opinie na ów ważki temat. Kutz gadał standardowo, więc nie ma nawet co się zatrzymywać, ale ja zwróciłem uwagę na jeden, dla mnie zupełnie fantastyczny, fragment. On w pewnym momencie powiedział coś takiego, że ostatnio ten problem ludzi, których należy zabić powraca i jeszcze niedawno mieliśmy tego Janusza Switaja, a teraz mamy tę matkę i jej czterdziestoletniego syna. I kiedy pomyślałem, że kompletnie nie rozumiem po kie licho wyciągnął on tego Świtaja, którego niemal cudem udało się wyrwać z rąk morderców, Kutz powiedział mniej więcej tak: „Wprawdzie ten Świtaj to tam ten…”. I tu urwał temat. I wtedy pomyślałem sobie, że oto mamy człowieka, któremu pomysł eliminacji ze świata ludzi chorych jest tak drogi, że nie jest on w stanie wyksztusić z siebie słowa ‘życie’, o ile to życie nie jest podparte przymiotnikiem ‘straszne’, ‘bolesne’, ‘nieludzkie’, czy po prostu ‘nieprawdziwe’. I pomyślałem sobie, że oto mamy przed sobą kolejną twarz Platformy Obywatelskiej. Człowieka, który jak ma powiedzieć „Świtaj żyje”, to się zaczyna krztusić i mu wychodzi coś podobnego do „tam ten”.
Tak to właśnie było. Jechałem sobie do pracy i myślałem o tych dwóch łbach Platformy Obywatelskiej. Wreszcie prawdziwych, niczym nie osłoniętych twarzach. Twarzach bez pudru i bez makijażu. I właśnie przed chwilą, zanim zacząłem pisać ten dzisiejszy tekst, otworzyłem telewizor, a tam, na maleńkiej scenie stał sam premier Tusk, ze wszystkich stron otoczony tłumem jakichś starszych pań. Stał więc sobie Premier, z mikrofonem w ręku i pląsał po tej scenie, jak artysta rozrywkowy, i ja pomyślałem, że może on właśnie został piosenkarzem i to już jest ten obiecany New Age, ale dałem głośniej i okazało się, że Donald Tusk nie śpiewa, tylko akurat spotyka się z paniami z tzw. Uniwersytetu Trzeciego Wieku i rozprawia o sprawach poważnych. I tu, podobnie jak w przypadku wcześniej Kutza, wszystko się odbywało na normalnym poziomie, tyle że może tym razem Pan Premier był jeszcze bardziej śliski i bardziej obły, niż zwykle. Ale i tu zwróciłem uwagę na coś co mnie troszkę bardziej poruszyło. Kiedy Tusk opowiadał, zebrane panie od czasu do czasu przerywały mu rzęsistymi brawami. Jednak tylko wtedy, gdy on mówił coś w stylu: „nie będziemy padać na kolana przed biskupami”, czy „Kościół będzie się zajmował swoimi sprawami, a my swoimi”. Ów antyklerykalny nastrój na sali był tak uderzający, że aż nawet ja – człowiek który niejedno widział i słyszał – poczułem się dziwnie.
I pomyślałem sobie, że oto mamy trzecią twarz tej nowej, a jakże już starej, władzy. Twarz dobrze jakby nam znaną. A jednak jakoś nową. I choć Premier wił się jak piskorz, żeby i zasłużyć sobie na entuzjazm zebranych kobiet i też za bardzo nie podskoczyć kardynałowi Dziwiszowi, widać było wyraźnie, o co i jednej i drugiej stronie chodzi. I w czym leży cały sens tego, co się tam wyprawiało. I tak właśnie nagle ujrzałem te trzy twarze całkowicie razem – jedną twarz starej bolszewii, jedną nowego faszyzmu i jeszcze jedną – zupełnie nowiuteńkiej Europy.
Smutno. Ale też i dobrze. Smutno – wiadomo dlaczego. A dobrze? Bo zawsze jest dobrze kiedy prawda zaczyna wychodzić na wierzch. I niech tak już pozostanie. Na samym wierzchu.

niedziela, 1 marca 2009

Japiszony napadają

W ostatnich dniach, zaglądając sobie do Salonu, wpadłem na teksty, w których powtarzała się nazwa Golden Line. Pewnie bym na to coś nie zwrócił uwagi, gdyby nie fakt, że obok tego pojęcia nieodmiennie powracało nazwisko Eryka Mistewicza. A dla mnie, sytuacja, w której eksperckie myśli Mistewicza zaczynają współtworzyć główny nurt medialnych doniesień, zawsze zasługuje na uwagę. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że z moich dotychczasowych obserwacji wynika jednoznacznie, ze Eryk Mistewicz, nawet jeśli nie tworzy bezpośrednio wizerunkowego kształtu obecnego rządu, to jest jego głównym piewcą.
A więc Eryk Mistewicz. Był też jednak drugi powód, dla którego zaintrygowało mnie pojawienie się tej nazwy. Otóż ja już się z tym projektem jakiś czas temu spotkałem. Choć sam jestem ze wsi i choć moja osobista pozycja w środowiskach miejskiej inteligencji jest bardzo mało wyrazista, tak się składa, że ludzie, którzy mi płacą za pracę, niewątpliwie należą do tego szczególnego towarzystwa, które mówi o sobie ‘Młodzi Europejczycy’. Prawdopodobnie więc właśnie z tego względu, któregoś dnia dostałem drogą e-mailową zaproszenie do wstąpienia do stowarzyszenia o nazwie Golden Line właśnie.
I znów muszę się tu powołać na moje wieśniactwo. Będąc zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie tak ukształtowany jak jestem, propozycję ze strony moich dobrodziei kompletnie zlekceważyłem. Raz, że ja już mam taki kompleks, że kiedy ktoś do mnie wyskakuje z propozycją na przykład o nazwie Wit First, Universal Mind, czy właśnie Golden Line, to ja się natychmiast robie podejrzliwy, że ktoś mnie chce wpuścić w jakieś czary. A ja czarów nie lubię. Moje podejrzenia robią się jeszcze większe, kiedy się okazuje, że to towarzystwo grupuje ludzi lepszych od innych, których jedynym celem jest się szkolić w swojej lepszości, wymieniać się swoimi spostrzeżeniami na temat tej swojej lepszości i wyłapywać innych lepszych, którzy jeszcze nie wiedzą o tym, że jest dla nich przygotowana propozycja.
Zlekceważyłem to zaproszenie, co jednak nie znaczy, że zlekceważyłem samo zjawisko. Zajrzałem do Internetu, żeby zobaczyć już oficjalnie, z czym mam do czynienia i oto przeczytałem, że Golden Line „jest społecznością skupioną na rozwoju kariery i życia zawodowego. Pomoże Ci poznać ludzi, zaistnieć w branży i monitorować rynek pracy”. To już było dużo, ale drążyłem dalej. A dalej było tak: „GoldenLine to pasja, kontakty, wiedza i doświadczenie kilkuset tysięcy osób aktywnych zawodowo. Jesteśmy serwisem społecznościowym, który łączy profesjonalistów o bardzo różnych zainteresowaniach, stanowiskach oraz celach zawodowych. Członkowie społeczności spędzają w GoldenLine kilka godzin dziennie, ponieważ każdy znajduje w niej coś ważnego dla siebie: kontakty - dzięki GL można skutecznie zarządzać kontaktami i podtrzymywać cenne relacje, praca - innowacyjne rozwiązania pozwalają dotrzeć do najciekawszych ofert, a Pracodawcom szybko, łatwo i skutecznie pozyskiwać dobrych pracowników, zasoby wiedzy - ludzie dyskutują na forach, budując bazę doświadczeń i informacji.” Później jeszcze były wypowiedzi osób, które wykazały więcej ode mnie zrozumienia dla czasów i wstąpiły do tego ‘serwisu społecznościowego’. Proszę popatrzeć:„Ja mam taką teorię, że ludzie (w większości) wkładają tu to co mają w sobie najfajniejszego." „Ten portal znacząco różni się od potocznych gron i jemu podobnych. To mnie cieszy, bo masowa sieczka internetowa juz mocno mnie męczyła. Z chęcią wiec tutaj zaglądam, tym bardziej, że w obrębie twego miejsca bardzo personalnie mam dostęp do ważnych dla mnie informacji." „Jeśli chodzi o mnie, to nawiązałam kontakty i zawodowe, i osobiste. Ktoś we wcześniejszych postach napisał, że jest tutaj tak "elitarnie". Zgadzam się. Choćby nawet kultura języka przygniatającej większości członków GL świadczy o tym." „Serwis GL uważam za bardzo pomocne narzędzie rozwoju własnej kariery, w tym wyszukiwania partnerów biznesowych. jestem w GL od niespełna dwóch miesięcy, a już miałem okazję, tylko i wyłącznie dzięki obecności w serwisie, odbyć kilka rozmów, które zaowocowały możliwościami realizacji ciekawych projektów z zakresu mojej specjalizacji" „GL to także doskonały sposób na nawiązanie wielu kontaktów. Bardzo dobry pomysł dla tych, którzy szukają i dla tych którzy chcą być znalezieni." „Serwis ma sens i udał się z kilku powodów. Jest starannie zrobiony, użyteczny, przejrzysty. Twórcy myśleli i parę rzeczy bardzo fajnie wymyślili.”
I teraz czytam w moim Salonie, że Eryk Mistewicz postanowił przestać ględzić o opowiadaniu story, które – jeśli tylko będzie odpowiednio umiejętnie aplikowane na mózgach ogłupiałego społeczeństwa – powinno umożliwić bandzie cynicznych trucicieli zniszczenie demokracji, a zamiast tego zaczął lansować koncepcję już bezpośredniego przejęcia władzy nie przez polityków opowiadających bajki, ale przez japiszonów, którzy w te bajki ostatnio uwierzyli http://www.dziennik.pl/opinie/article326782/W_internecie_rodzi_sie_bunt.html .
Muszę zatem oświadczyć, że ta ewolucja Eryka Mistewicza bardzo mnie ucieszyła. Przede wszystkim dlatego, że – jako człowiek przywiązany do wartości demokratycznych – nie chciałbym bardzo, żeby o kształcie mojego kraju decydowali bezczelni oszuści. A to właśnie oni – bezczelni oszuści – byli głównymi wykonawcami opisanego przez Mistewicza planu zamiany polityki w post-politykę, ze szkodą i dla Państwa i dla Narodu. Kiedy widzę dziś, że wymyślanie stories nie wypaliło i najwidoczniej trzeba się będzie z tego projektu rakiem wycofywać, moje serce rośnie.
A przyznam się, że się trochę bałem. Niedawno pisałem tu o moim podziwie dla filmowej produkcji powstającej w Stanach Zjednoczonych i w Anglii. W jednym z komentarzy ktoś zaproponował wyjaśnienie sukcesu tych kinematografii faktem, że literatura anglojęzyczna zawsze potrafiła w sposób bardzo sprawny, a przy tym piękny, opisywać proste, ludzkie historie. I że ta umiejętność po prostu bardzo zgrabnie realizuje się w filmowych scenariuszach. Bałem się więc, że jeśli jakaś polityczna grupa znajdzie dobrego i skutecznego autora bajek tworzonych na potrzeby ogłupiałych wyborców i ci wyborcy postanowią w te bajki uwierzyć, to będziemy mieli prawdziwe nieszczęście. Wprawdzie wraz z upływem czasu, widziałem, że z tych mistewiczowych historii najprawdopodobniej nic nie wyjdzie, więc nie ma się co przejmować, niemniej zawsze jakaś wątpliwość się gdzieś czaiła.
Pisząc tu w Salonie, niejednokrotnie wyrażałem przekonanie, że sukces mobilizacyjny tak zwanych ‘sił antykaczystowskich’, z jakim mieliśmy do czynienia jesienią roku 2007 już więcej się nie powtórzy. A stanie się tak z tej prostej przyczyny, że ten margines, który zadecydował o ostatecznym zwycięstwie Platformy Obywatelskiej jest z zasady antypaństwowy i antyobywatelski. Ludzie, których, dzięki bardzo perfidnym przedsięwzięciom propagandowym, udało się zachęcić do udziału w wyborach roku 2007 i którzy oczywiście oddali głos zgodnie z życzeniem organizatorów tej kampanii, w sposób naturalny nie biorą udziału w zyciu Narodu i na co dzień kierują się wyłącznie swoim najbardziej egoistycznie pojętym interesem. Raz udało ich się nabrać i przekonać, że plan usunięcia z polityki – a może też nawet z życia publicznego – braci Kaczyńskich, jest ściśle związany z tym ich właśnie egoistycznym interesem. Po tych wszystkich miesiącach, kiedy zamiast obiecanych kryminalnych procesów, karmiono ich wyłącznie pisanymi przez pracujących dla rządu copywriterów stories – na dodatek bardzo wątpliwej, jak się okazuje, jakości – oni mogą się już tylko wycofać do swoich biurek i swoich laptopów.
A to przecież nie poszło tylko o te procesy. Oni nie dostali absolutnie nic z tych wszystkich obietnic, które i tak ich pewnie niewiele interesowały, ale które były na tyle przejrzyście sformułowane, że niektórzy z nich przynajmniej postanowili w pewnym momencie powiedzieć „sprawdzam”. A później, widząc to co im pokazano, już tylko po prostu wzruszyli ramionami. Ale to jest całkowicie zrozumiałe. Oni są wprawdzie głupi, ale nie na tyle, żeby się zachwycać kinem francuskim. Oni, jak już zdecydują się na pójście do kina, to jednak wybiorą coś z tak zwaną ‘żywą akcją’. Czytając najnowsze przemyślenia Eryka Mistewicza, czuję w sobie bardzo piękną, ciepłą satysfakcję. Ja wiedziałem, że jeśli pomysł ze ‘story’ się zawali, niechybnie będzie trzeba wymyślić coś bardziej skutecznego. Brałem pod uwagę, że medialni i polityczni doradcy Platformy Obywatelskiej na sto procent wiedzą, że ich poprzedni i ewentualny przyszły sukces wyborczy jest ściśle związany z udziałem w wyborach jak największej liczby osób bez poglądów, bez idei, bez refleksji sięgających dalej, niż ten symboliczny ogórek ze starego dowcipu o amerykańskiej maszynie do wyświetlania marzeń. I że cały ich zawodowy wysiłek idzie w tym kierunku, żeby dotrzeć do tych ludzi i jeszcze raz ich zachęcić do obywatelskiej aktywności.
A tu się nagle okazuje, że jeden z najbardziej znanych guru tych niezwykłych profesjonalistów – Eryk Mistewicz, nagle doszedł do wniosku, że oni już nic nie łykną. Że ich trzeba wyszykować, żeby sami ruszyli do akcji. Żeby skorzystali z możliwości, jakie daje system demokratyczny i pokonali to, czego ani jemu, ani jego kolegom pokonać się nie udało. Rozejrzał się więc Eryk Mistewicz po bieżącej ofercie, dostrzegł projekt o nazwie Golden Line i uznał, że to tam właśnie należy szukać armat przeciwko siłom reakcji i zabobonu.
Proszę uprzejmie. Zachęcam do dalszej aktywności. Jestem pewien, że kiedy już ułożycie Państwo swoje listy wyborcze, a ludzie zobaczą ten zestaw: Global Release Analyst Specialist, Business Solutions Professional, Partner Account Manager Solutions, Industry Mktg Mgr, Pre-Sales Technical Support Engineer, Sponsorship Manager, Lead Recruiter, czy Health Safety and Environmental Coordinator, to dostaną takiego napędu, żemożecie nawet uzyskać większość bezwzględną.
IV RP już struchlała.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...