piątek, 2 stycznia 2009

Europa

Dla każdego z nas, kto żyje wystarczająco długo i z w miarę otwartym sercem, jest jasne, że grzebanie w języku i w znaczeniach, może postawić wiele spraw na głowie, a jeśli komuś szczególnie zależy na tym, żeby wszystko stało na głowie, to warto i o to czasem powalczyć. Najwybitniejsi specjaliści z Ministerstwa Kłamstwa i Propagandy (znanego inaczej pod nazwą Ministerstwa Prawdy i Edukacji) doskonale wiedzieli, że kontrolując przeszłość, kontrolujemy przyszłość, ale – być może nawet i lepiej – że kontrolując język, kontrolujemy człowieka.
Jeśli mamy wystarczająco dużo lat, by pamiętać czasy, które nam było przeżyć pod komunistycznym butem, doskonale wiemy, jak słowo potrafiło stać się ciałem. I wcale tu nie szydzę. Jestem jak najbardziej poważny, ponieważ nigdy nie miałem wątpliwości, że to co nam tu wprowadzono, to była prawdziwa religia, z prawdziwymi rytuałami, prawdziwymi mszami, w czasie których modlono się do autentycznego Dzieciątka, tyle że o nazwisku Lenin. Ci co pamiętają to zdjęcie, to je pamiętają. Oni tak to sobie własnie zaplanowali. Dać nam coś w zamian. I jeśli dzisiaj głupi ludzie śmieją się z kościelnych rytuałów, tych pieśni, tych szat, to ani im do głowy nie przychodzi, że padli ofiarą najbardziej perfidnego kłamstwa. I że jeśli któregoś dnia będą kpić z Pierwszej Komunii, że to zupełnie jak Pasowanie na młodzika, to są jeszcze tacy, którzy będą z nich autentycznie dumni.
Bo jest własnie tak, że - czasem w większym, czasem w mniejszym stopniu - najbardziej słowa liczą się i znaczenia, jakie im nadamy. Proszę zwrócić uwagę, że najczęściej z manipulacją tego typu mamy do czynienia na poziomie ideologii, albo tego, co się ideologią stało. Od czasu jak ideologią stał się sex i generalnie robienie sobie dobrze, możemy zapomnieć o używaniu – we wszystkich językach świata – w tradycyjnym znaczeniu, słów takich jak gumka, impreza, trawa czy sex właśnie. A słowo miłość? Czy ono przypadkiem nie otrzymało nowego sensu? Jeśli któraś z moich czytelniczek myśli, że mi się pomieszało we łbie, niech spróbuje zwrócić się do swojego kolegi w pracy z pytaniem „czy masz gumkę?” Nie do wiary! Tak jakby ktoś bardzo sprytny doszedł do wniosku, że wystarczą zaklęcia, a wszystko nabierze odpowiedniego kształtu.
Swój poprzedni wpis postanowiłem poświęcić tak zwanej Europie i tak zwanemu buractwu. Czyli w gruncie rzeczy jednemu słowu i jednemu znaczeniu. Pamiętam jak jeszcze wiele, wiele lat temu, mój wciąż dobry kolega opowiadał mi, że wracał pociągiem z Niemiec i w przedziale siedziała jedna pani, która relacjonowała swojemu towarzyszowi wrażenia z pobytu w wielkim świecie i w pewnym momencie krzyknęła: „A tych taksówek to tam tyle, że aż strach wyjść na szosę!” Pamiętam, że bardzośmy się wszyscy śmiali z tej pani, ale – z perspektywy lat – jeśli się dobrze zastanowić, to zobaczymy, że, jakkolwiek jej zachwyt nie był komiczny, ona przynajmniej nazywała rzeczy po imieniu. Ona zwyczajnie opisała stan faktyczny. Stwierdziła fakt – że w Niemczech jest bardzo dużo samochodów, i że dla kogoś nieprzyzwyczajonego, nie jest łatwo się w tym zgiełku poruszać. Jakkolwiek jednak byśmy byli rozbawieni zachwytem tej pani, jedno jej przyznać trzeba. Nie wrzasnęła: „Ależ tam jest Europa!”
Z punktu widzenia dzisiejszych czasów i emocji, jakie nam przyszło odczuwać, ta pani zachowała się jednak jak burak na widok tzw. cywilizacji. Dla niej ulica była szosą, a samochody taksówkami i wszystko działo się bardzo szybko. Ale ja bym bardzo chciał podkreślić raz jeszcze. Ona przynajmniej nie uznała, że własnie miała kontakt z Europą. A nawet, jeśli gdzieś w głębi swojej świadomości czuła, że była w Europie, to z pewnością słowo Europa rozpoznała w jego dosłownym, zgodnym z prawdą, znaczeniu. A nie zrobiła tego, co niestety robi notorycznie, dzień w dzień, aż do tak zwanego ‘porzygania” wielu z nas. Pierwszy raz wyjechałem za granicę bardzo późno, kiedy już miałem 25 lat. I tak nie najgorzej. Kiedy pracowałem w szkole, miałem kolegę polonistę, który – nawet dziś, w czasach, które nie dają człowiekowi za dużo szans – wyjechał ze służbowo do Francji i w ten sposób zainicjował swój kontakt ze światem. Jeśli przypadkiem to czyta – a nie jest to wykluczone – to go bardzo pozdrawiam. On wie. Więc wyjechałem do tego Frankfurtu (prawdziwego) i najpierw poczułem zapach, którego nigdy wcześniej nie czułem i nigdy nie zapomnę. Dziś wiem, że to był zapach towarów w sklepach. Ci którzy są zbyt młodzi, żeby wiedzieć, mogą nie uświadamiać sobie tego faktu - sklepy pachną. Więc poczułem najpierw zapach, a następnie zauważyłem, że ludzie są mili. Że sprzedawczynie w sklepach odzywają się do klientów śpiewnym tonem, Że na ulicach nie widać pijaków i tzw. hołoty. No i oczywiście te „taksówki”. Spodobała mi się Europa. Do tego stopnia mi się spodobała, ze w pewnym momencie postanowiłem się tam przenieść, ale dzięki Bogu (!!!) wybuchł stan wojenny i jestem tu gdzie jestem.
Europa mi się spodobała, choć – muszę przyznać – nie potrafiłem ani na moment wyzbyć się pewnego napięcia. Na przykład bardzo byłem rozczarowany, że kiedy poszedłem do kina na film Easy Rider, który w Polsce z jakiegoś powodu był niedostępny, wszyscy palili papierosy i gadali, a film oczywiście był zdubbingowany. Uznałem wówczas, że w Polsce mi się podoba lepiej. Nie podobało mi się też, że ludzie – owszem – byli bardzo sympatyczni, ale nie mogłem ani na chwilę przestać myśleć, że oni są jak automaty. Tutaj też Polska podobała mi się bardziej. Pamiętam, kiedy pewien kolega pokazał mi pewnego studenta medycyny, kory z przepracowania najzwyczajniej w swiecie stracił zmysły. Bo medycyna w takim swiecie to nie byle co. Ale i tak mi się podobało. Bo to była Europa, a nie ruskie chamstwo.
Ponownie wyjechałem do Europy po 15 latach, do Anglii i do Walii. Było cudownie. Ale już – tym razem – do głowy mi nie przyszło, że chciałbym tam żyć. A przynajmniej nie tak do końca na poważnie. Później zdarzyło mi się być w Anglii parę razy, raz we Francji (pewnie tego nie czytasz, Mariuszu, ale – na wszelki wypadek – pozdrowienia) i zawsze byłem zachwycony. Nie zmienia to faktu, że z pięknego Avignonu pamiętam głownie te bandę młodych idiotów, drących mordy w samym środku tego cudownego miasta, wściekłych, pełnych nienawiści. I pamiętam, jak patrzyłem na nich i nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że los rzuca człowieka w takie miejsce, a ten odwraca się do tego losu plecami.
Dziś bardzo tęsknię za południem Francji, za Londynem, a nawet może i za tym Frankfurtem, a jednocześnie czytam na TVN-owskim pasku, że w Berlinie spalono kilkanaście eleganckich samochodów, a we Francji kilkadziesiąt. A oprócz tego oczywiście przyswajam wszelkie inne wiadomości. Wczoraj, mój kolega LEMMING, nie do końca chyba zrozumiawszy, mój ‘anty-europejski’ wpis, przypomniał mi, że wielka Hiszpania zeszła do piekła. Ja to wszystko, Mój Drogi, wiem. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co z tą naszą Europą zrobiła ta banda, ten obślizgły gang barbarzyńców. Ja świetnie zdaję sobie sprawę, co tam się wyprawia. Ale jednocześnie wiem, że w momencie, jak przekroczymy naszą zachodnią granicę, pierwsze co spotkamy to przemili, grzeczni ludzi.
Młody Toyah spędził ponad miesiąc w Hiszpanii tego lata. Chciał znaleźć jakąś pracę. Byliśmy pewni, że nie będzie z tym najmniejszego kłopotu. On, według wszelkich, powszechnie obowiązujących standardów, wygląda bardzo dobrze. Jest mądry, grzeczny, wykształcony, no i zna świetnie hiszpański. Niestety, Hiszpania przeżywa ciężki kryzys i tam gdzie on akurat był, bezrobocie sięga ponad 20%. Jak idzie o Hiszpanię, wiemy – jak już wspomniałem – coś znacznie więcej. To jest piekło. Mimo to, młody Toyah tęskni za Hiszpanią dzień w dzień. On tęskni za tymi ludźmi, za tą Europą. Za tym kosciołem, z tym niezwykłym księdzem. Za ta prawdziwą Europą, która – mimo wszystko – wciąż jakoś sobie radzi.
I teraz trzeba nam wrócić do języka i do tego kłamstwa. Ja wiem, co to jest Europa. Ja wiem co to jest europejskość i co to jest dzicz. Jeśli dziś, po tych wszystkich latach moich doświadczeń, moich nadziei i moich zawodów, muszę słuchać z ust ludzi zakłamanych, fałszywych i złych jakieś niestworzone bzdury na temat Europy i buractwa, to ja bardzo dziękuję. Ja doskonale się orientuję, co jest wielkie w Europie i dlaczego należy do tej Europy niestrudzenie zmierzać. Ja doskonale wiem, jak nam bardzo ta Europa jest potrzebna. Ale ja też doskonale zdaję sobie sprawę z tego, do czego tę piękną Europę doprowadzili zwykli tandeciarze, najzwyklejsza sowiecka hołota. Jeśli ja dziś słyszę w mojej ulubionej telewizji o brytyjskich nożownikach, o tych rozbitych rodzinach, o tej wiecznie dostępnej aborcji, o tych bandach faszystów i zwykłych debili niszczących swoje piękne miasta, to ja doskonale wiem, co się w mojej Europie wyprawia. Jeśli ja dzień w dzień muszę słuchać, jak ta banda kretynów próbuje mnie naciągnąć na najbardziej tandetny numerek, to ja proszę, żeby mnie z tego wyłączyć. Bo ja wiem, czym jest Europa. I wiem, że to, co mi proponujecie, to nie jest żadna Europa. To zwykła ruska gra w trzy karty. Na koniec, chciałbym – jeszcze raz – zwrócić uwagę na to towarzystwo, z którym mamy do czynienia. Oto ludzie, którzy nie mogą nam dać spokoju nawet na chwilę z tą swoją niby-Europą. Od rana do nocy, zawracają nam głowę, swoimi głupkowatymi uwagami na temat tego co europejskie, a co zaściankowe. No ale niech będzie. Może faktycznie im chodzi o Europę autentyczną, o Europę piękną, Europę szlachetną? Tyle że to akurat nie jest prawda. Wystarczy im się przyjrzeć. Wystarczy popatrzeć, jak się zachowują, posłuchać co mówią. Pozwolę sobie znów pokazać na nich palcem: Donald Tusk z tą swoja gumą do żucia i w piłkarskich gatkach, Kazimierz Kutz z tymi swoimi przekleństwami, ten Piotr Najsztub, czy Waldemar Kuczyński, którzy nie wiadomo, czy się nie umyli, czy zapomnieli zmienić ubranie. A przecież mogę tak wymieniać jeszcze przez pół strony. Oni, kiedy nas ciągną do tej swojej ‘Europy’, mają na mysli cos bardzo szczególnego. Oni, uznawszy, że Wielki Sowiet zdechł, obstawili coś, co im akurat wydało się interesujące. Ta banda ruskich chamów nie ma na uwadze Europy naszych marzeń. Im chodzi o cos dokładnie przeciwnego.
Oni są jak ci bohaterowie sondy najnowszego Wprost, kompletnie obojętne, bezmyslne, ogłupione dzieci, spędzające swoje życie między siłownią a lekcjami angielskiego, a na wakacje wyjażdzający wyłącznie do "Europy Zachodniej", o korych Wprost spekuluje, ze to oni sa nasza przyszłością.
Otóż nie. Przyszłośc nie będzie taka. Bo ten 'europejski' wypadek, to był w rzeczywistości tylko wypadek. I teraz wreszcie przychodzi czas na to, żeby dać świadectwo. Żeby pokazać, żeśmy się nie dali nabrać na ten nowy język. Żeby pokazać, a przede wszystkim powiedzieć, że w tej sytuacji, przy tych akurat propozycjach, przy tym poziomie kłamstwa, my pozostaniemy wierni sobie. My postanawiamy zostać burakami.

czwartek, 1 stycznia 2009

Mars napada, czyli wojna światów

Po raz kolejny potwierdziła się święta zasada, że planować nie warto. I wcale nie chodzi mi o kwestie ostateczne. Nie warto planować nawet czegoś tak niepoważnego jak koniec starego roku i początek nowego, bo jedyne co można z czystym sumieniem przewidzieć, to ta zmiana daty. Reszta będzie, albo nie będzie. Więc przede wszystkim muszę poinformować, że młody Toyah ze starszą Toyahówną ostatecznie nie pojechali do Krakowa. Wymyślili sobie, że nie warto, skoro jedyną przyjemnością będzie pewnie tylko ta godzina w McDonaldzie w oczekiwaniu na imprezę i druga godzina, w oczekiwaniu na pociąg.
Więc zostali z nami w domu, i jedyną osobą, która zadośćuczyniła tradycji, była najmłodsza Toyahówna, która wieczorem sobie poszła i wróciła dziś na obiad. Ale musimy pamiętać, że ona jest w ogóle inna. Wystarczy, że przypomnę, że ta dziwna osoba na przykład twierdzi, że jest tylko dwóch polityków na naszej scenie – Kurski i Niesiołowski – którzy zasługują na sympatię. Reszta, jej zdaniem to ’nudne buce’. Więc sami widzicie.
Ale jest jeszcze jedna rzecz, która nie wypaliła, mianowicie nalewka. Okazało się, ze kiedy zapowiadałem, że będziemy pili nalewkę, to nie wiedziałem, że podczas wielotygodniowych przygotowań, wypiłem całość i na tę ‘radosną noc’ pozostała nam tylko whisky.
Siedzieliśmy więc przed telewizorem – myśmy pili to whisky, dzieci piły colę (słowo daję – w nie nie wchodzi nawet szampan), jedliśmy ciasto i bigos – i oglądaliśmy film z DiCaprio i Winslet (zgadnij, koteczku, który to, jeśli nie Titanic?), z przerwą na jedną krótką, ale za to bardzo poważną wizytę (pozdrowienia, Piotrze!). Film się skończył i nastrój się zrobił taki, ze nie pozostało nam nic innego, jak włączyć telewizję i popatrzeć, jak jednak jest wesoło. Niestety, od razu, na pierwszy rzut poszedł Zbigniew Hołdys, który poinformował, że u Prawosławnych nowy rok dopiero się zacznie za tydzień, a po nim zobaczyliśmy red. Kuźniara, który w swojej rozchełstanej koszuli powiedział coś na temat „burdelu”. Więc zrobiło się jeszcze smutniej.
Młody Toyah, jak może tu już wspominałem, uczy się w takiej szkole, gdzie się im każe mówić głównie po hiszpańsku. Widząc, że TVN24 raczej nas nie rozerwie, przełączyliśmy na telewizję hiszpańską TVE i już do końca patrzyliśmy, jak się bawi Hiszpania. Prowadzący pan i pani byli w czerni i bieli, pan miał muszkę, pani elegancką suknię, śpiewał Tom Jones i Take That i Craig David i bardzo sympatyczne kapele z Hiszpanii i było elegancko i podniośle, młody Toyah tłumaczył na polski, a Hołdys ze swoim „prawosławnym nowym rokiem” i Kuźniar z „burdelem”, z każdą chwilą odchodzili w zeszłoroczny niebyt.
Dziś więc tylko krótka refleksja połączona – w pewnym sensie – z życzeniami dla nas wszystkich na ten rok, który się właśnie zaczął. Otóż, jak wiemy, od pewnego czasu popularna opinia każe nam wierzyć, że nasze społeczeństwo dzieli się na tak zwane ‘buractwo’ i na Europę. ‘Buractwo’ to przede wszystkim PiS i Radio Maryja, a poza tym „starsi, niewykształceni ludzie ze wsi”, „mohery”, Arka Noego, Jan Pospieszalski i Andrzej Lepper (o ile akurat nie trzyma z Europą). Europa to Platforma Obywatelska i TVN24, a poza tym „młodzi, wykształceni z dużych miast”, ‘Rodzina Szkła Kontaktowego’, Radek Sikorski, Zbigniew Hołdys i Waldemar Pawlak (o ile akurat nie jest po drugiej stronie).
Wczoraj w nocy, kiedy patrzyłem przez ułamek chwili na Jarosława Kuźniara i słuchałem, jak coś plótł o tym „burdelu”, a później już do końca miałem okazję oglądać Sylwestra w telewizji hiszpańskiej, pomyślałem sobie, że całe to gadanie, którego jesteśmy świadkami od lat, na temat starcia dwóch cywilizacji – europejskiej i zaściankowej – to najbardziej czytelny przejaw najgorszych ‘burackich’ własnie kompleksów naszych elit.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje coś takiego jak starcie cywilizacyjne między światem demokratycznym, a światem post-komunistycznym. Do dziś pamiętam, jak jeden mój angielski kolega, jeszcze w latach 90-tych, opowiadał mi, ze on się bardzo dziwi, jak widzi z pozoru normalnych, nawet pewnie dobrze wykształconych Polaków, jak bez cienia wstydu kupują w kiosku Playboya. W Anglii, twierdził mój kolega, jeśli ktoś kupuje Playboya, to wszyscy wiedza, ze to wanker. Więc konflikt cywilizacyjny oczywiście jest. Nie ma co do tego wątpliwości. Natomiast nie mam też najmniejszych wątpliwości, że ci, którzy najwięcej krzyczą o doganianiu Europy i o naszym ciężkim i wstydliwym zapóźnieniu, to jednocześnie ci, którzy przynoszą nam na co dzień najwięcej wstydu właśnie na poziomie kulturowym. Przed chwilą była mowa o młodym Mellerze i tym, czym on się zajmuje. Ale wspominałem tu też jakiś czas temu o niejakim Januszu Józefowiczu, tak zwanym artyście, który swego czasu publicznie się chwalił, jak to on za komuny, podczas pobytu w Szwecji, kradł w supermarketach. Niedawno wspominałem o pośle Kutzu, którego w TVN24 bardzo chwalili, jak to on potrafi przez dziesięć minut kląć i nie powtórzyć przy tym jednej obelgi. Pisałem o ministrze Sikorskim, który podczas konferencji prasowej z Prezydentem, gadał z Tuskiem jak najbardziej nieprzytomny gimnazjalista. Toż oni wszyscy, to najprawdopodobniej kwiat polskiej, nowoczesnej, europejskiej elity. I teraz okazuje się, ze to ja mam się wstydzić? Za kogo? Za posła Kurskiego? Za Ojca Rydzyka? Nie żartujmy.
Czasem, kiedy oglądamy telewizję, trafimy na postacie w typie Krzysztofa Daukszewicza, Piotra Najsztuba, czy Piotra Niemczyka. Kiedy oni pokazują się w studio telewizyjnym, pani Toyahowa się zawsze bardzo denerwuje, bo – jak twierdzi – gdyby jakakolwiek kobieta przyszła do telewizji w takim stanie, jak ci trzej – niewymyta, rozczochrana i śmierdząca – to przede wszystkim by ją straż wyprowadziła na ulicę. A gdyby udowodniła, że ona tylko się tak lansuje, to by jej kazali przed wejściem do studia doprowadzić się do porządku. Tymczasem nasi Europejczycy robią z siebie codziennie publiczne pośmiewisko, jednocześnie bezczelnie tłumacząc zwykłym, porządnym i skromnym ludziom, że powinni się za siebie wziąć, bo inaczej będzie wstyd przed światem.
Niedawno bardzo, mój kolega z Salonu LEMMING, zapewniając o swoim szacunku dla Lecha Kaczyńskiego, zaznaczył, że jemu się nie bardzo podoba, jak Prezydent udaje kibica, bo on w ogóle na kibica nie wygląda. Że jemu z szalikiem jest nie do twarzy, że kiedy siedzi w tłumie kibiców, to wygląda głupio i niewiarygodnie. Dziś w telewizji widziałem Donalda Tuska na swoim lokalnym stadionie, w jakimś takim wdzianku, które piłkarze noszą po meczu, żeby się nie przeziębić. Wyglądał świetnie. Brakowało mi tylko takiego typowego truchtania w miejscu i podskakiwania. I tej gumy do żucia, którą tak uroczo próbował pewnego dnia ukryć. Wówczas premier Tusk wyglądałby idealnie. Kiedy widzę Donalda Tuska w garniturze, za stołem, jak udaje poważnego państwowego urzędnika, uważam, że wygląda głupio. Równie głupio, jak – nie przymierzając – Lech Kaczyński na trybunach wśród kiboli.
Jestem gotów dziś zgodzić się z moim kolegą LEMMINGIEM. Każdy powinien pilnować swego miejsca. Tusk, Niemczyk, Kutz, Daukszewicz, Kuźniar, Najsztub, Hołdys, Sikorski – wszyscy oni powinni wziąć do rąk łopaty i budować Orliki. Za każdym razem, jak już zapalą skutecznie te światła, będą mogli wypróbować, czy dobrze widać piłkę. My, z prezydentem Kaczyńskim i Ojcem Rydzykiem, spróbujemy załatwić sprawy europejskie. Jestem pewien, że pójdzie nam o wiele zgrabniej. A przy okazji nie narobimy Polsce wstydu.
I tu własnie mam życzenia dla nas wszystkich. Nie dajmy sobie wmówić, że my jesteśmy ci gorsi. Jest wręcz przeciwnie. My jesteśmy własnie ci lepsi. My jesteśmy tymi, którzy wbrew tym wszystkim ciężkim latom komunizmu, kiedy próbowano nas – w wielu wypadkach skutecznie – oderwać od tego, co się składa na kulturę europejska i chrześcijańską cywilizację, ale również wbrew tym niemal już 20 latom post-komunizmu, kiedy – tez czasem bardzo skutecznie – tłumaczyło nam się, że prawdziwa kultura jest po stronie tych, co to zło budowali, my jesteśmy tymi, którzy zachowali postawę wyprostowaną.

wtorek, 30 grudnia 2008

Śrubka, sprężynka i szalik z jedwabiu

Czas podsumowań nie chce minąć. Dziwne. Celebrowanie końca roku i początku roku nowego na takim poziomie emocji śmierdzi na odległość najgorszym pogaństwem, a my – jakby nam kompletnie odbiło. Nawet Toyahówna z młodym Toyahem postanowili pojechać jutro do Krakowa, żeby postać sobie przez całą noc na mrozie, posłuchać jak grają zespoły, a w międzyczasie wrzasnąć, że oto zmieniła się data. Ja rozumiem, ktoś taki stary jak ja może przynajmniej się cieszyć, że udało mu się pociągnąć jeszcze rok. Ale dzieci? Co za satysfakcja? Ale jest jak jest, więc niech im będzie. Byle tylko trafili jakiś osobowy do Katowic, co się wydaje mało prawdopodobne. Od czasu jak otworzyli tę niby autostradę między Katowicami a Krakowem, jak nie masz samochodu, możesz najwyżej poczekać, aż będzie coś jechało ze Szczecina do Przemyśla, albo z powrotem.
My zostajemy w domu. Będziemy jeść bigos, wypijemy resztę jesiennych nalewek, pani Toyahowa będzie czytała kolejne wspomnienia o polskich Żydach, a ja pewnie będę się zastanawiał, jak bardzo trzeba zgłupieć, żeby ten fakt został uznany i poświadczony oficjalnie. Od razu mam przy tym wiadomość dla przedstawicieli tzw. rozsądnej części społeczeństwa, która przychodzi tu wciąż, na ten mój blog, żeby się poczuć lepiej, że nie chodzi mi o to, co im się wydaje. Więc proszę się wstrzymać z żartami, bo i tak będą niecelne.
Zresztą żeby pić nalewki (albo co tam jest pod ręką), czytać o Żydach i dumać nad sytuacją w jaką wpędziły nas te dziwne czasy, wcale nie trzeba czekać do tej pojutrzejszej nocy. Toyahowa i dziś jest obstawiona tymi książkami, a ja i tak, jak widzicie, oczywiście coś wytropiłem i już nie mogę spokojnie się zająć oglądaniem TVN24, dopóki nie wywalę całej mojej goryczy na ten monitor. Poszło tym razem o dwie rzeczy. W Rzepie ukazał się cytat z Andrzeja Wajdy. Jedno zdanie. Ale za to jakie! Pan Artysta, zapytany przez Newsweek o przyczyny upadku komuny, odpowiedział co następuje: „Ten ustrój upadł także dlatego, ze ja robiłem filmy, a Wałęsa i ludzie przyszłej ‘Solidarności’ je oglądali”. To jedno. Parę stron dalej dwie rzepowe panie redaktorki gawędzą sobie o wszystkim z Arturem Zawiszą.
Tu musi nastąpić dłuższa dygresja. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, skąd nagle pomysł, żeby o cokolwiek pytać akurat Zawiszę, to wyjaśnienie pada zaraz na początku. Okazuje się, że środowisko pana Artura dokonało skutecznego przejęcia władzy w publicznej telewizji i w publicznym radio, więc tym samym pan Artur znalazł się ponownie w kręgu o popularnej nazwie establishment. A tu, jak wiadomo, żartów nie ma. Jest szansa, że przy najbliższej okazji, jak Artur Zawisza pojawi się na ciasteczkach u Rymanowskiego to nie będzie wyłącznie stroił min, ale nawet zabierze głos, a poseł Wenderlich raczy na niego spojrzeć przychylnym wzrokiem. W końcu władza to władza.
Więc tu, w tym pięknym wywiadzie – który z pewnością Zawisza już od rana ma wywieszony w antyramie nad swoim biurkiem – panie wywiadowczynie pytają rzeczonego Zawiszę, jak on ocenia fakt, że pobożni ludzie dokonali inwazji na TVP, odpowiada, że jest dobrze, bo jeden z nich jest „doborowym wydawcą”, a drugi „cenionym intelektualistą i pełnokrwistym publicystą”. Ale to by może nie było aż tak ważne (w końcu doborowych wydawców i pełnokrwistych publicystów, nie wspominając już o cenionych intelektualistach, my ludzie starsi poznaliśmy już zbyt wielu), gdyby nie to, że „nominacja redaktora naczelnego szanowanego periodyku [‘świetnie rozpoznawalnego w świecie kultury chrześcijańskiej’] na dyrektora najbardziej intelektualnej anteny radia to znak zmian na lepsze w mediach publicznych”. Więc wreszcie idzie ku lepszemu. Po 18 latach bezbożnych, głupich i nieprofesjonalnie zarządzanych mediów, nastała jutrzenka „ładu” prawdziwie „narodowego”. I oto zwiastun tego ładu przemawia na łamach Rzeczpospolitej.
Ale to była, jak zapowiedziałem, jedynie bardzo rozbudowana dygresja. Tu również – podobnie jak w wypadku Pana Artysty – chodziło mi o jedną, i tylko jedną, myśl. Otóż, skoro już Artur Zawisza – dzięki niezwykle wyrafinowanej zagrywce bohatera moich zimowych dni, Piotra Farfała – powstał jak Feniks z popiołów politycznego niebytu, Rzeczpospolita, w konkluzji wywiadu, zwraca się do niego z pytaniem dziś już podstawowym: „A chce pan wrócić do Sejmu?”
Oto odpowiedź:
„SKUPIAM SIĘ NA WIELOPŁASZCZYZNOWEJ DZIAŁALNOŚCI BIZNESOWEJ. ZDARZA SIĘ, ŻE OJCZYZNA WOŁA, ALE MUSIAŁABY BARDZO GŁOŚNO KRZYCZEĆ”.
Od momentu, jak po raz pierwszy zapoznałem się z tą bufonadą Andrzeja Wajdy z Newsweeka i tym czymś – nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa; może ktoś mi pomoże – w wykonaniu Artura Zawiszy, minęło parę dobrych godzin. Ale teraz, zacytowałem te słowa, dałem je w kursywie, pogrubiłem, wyodrębniłem do osobnego akapitu, i gdybym mógł jeszcze coś z nimi zrobić, to pewnie by zrobił, ale nie przychodzi mi nic do głowy. Więc siedzę i gapię się w monitor i… pustka. Chyba sobie zrobię przerwę.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
No i już jestem. I myślę sobie, że może i ja jakoś spróbuję podsumować ten rok. A może – żeby się nie tak do końca angażować w ten pogański obyczaj – nie koniecznie nawet rok. Może w ogóle podsumować coś bardziej rozlazłego w czasie. Pisałem tu kiedyś o plazmie. Plazmie, czyli czymś czego ani nie sposób dotknąć, ani opisać, ani nawet pewnie umiejscowić. A co jest, bo się ją czuje od momentu jak człowiek otworzy rano oczy, aż po tę chwilę, kiedy zacznie czuć nadejście snu. Oto zdarzyło mi się dziś ujrzeć to coś w dwóch kompletnie różnych, wręcz biegunowych miejscach. Z jednej strony mamy Andrzeja Wajdę, kiedyś reżysera – zdolnego bardzo reżysera, autora jednego, dwóch, czy nawet trzech wybitnych filmów – a z drugiej Artura Zawiszę, polityka – dziś, jak sam się przedstawia, „wielopłaszczyznowego” biznesmena. Dwoje ludzi, tak z pozoru całkowicie politycznie i kulturowo i ideowo innych, a w rzeczywistości dokładnie identycznych. Ludzi, którzy po prostu, w pewnym momencie, nie wytrzymali tego, zwykłego przecież w naszym życiu, napięcia i zwariowali.
Ale nie zwariowali tak, jak to się przydarzyło wielu innym osobom, których los, czy nawet talent, rzucił w światła reflektorów. Nie spotkał ich los tych pierwszych bohaterów Solidarności, których i ja spotykam niekiedy na ulicy mojego miasta i wiem, że z każdym dniem jest z nimi coraz gorzej, bo tak jakoś to życie okazało się dla nich okrutne. Nie. Oni są wciąż na widoku, wciąż jeszcze noszą porządne garnitury i porządne szaliki do bardzo porządnych płaszczy. Ale są faktycznie w tym samym miejscu, gdzie tamci, i podobnie jak tamci snują się po okolicy i coś plotą o Ojczyźnie, która już raz ich wezwała i być może wezwie ich znów, z tym zastrzeżeniem, że oni akurat są bardzo zajęci. Jak ten Piotrek ze Ścianki. Tyle że on się błąkał po ulicach i klatkach schodowych, a oni po redakcjach poważnych dzienników i tygodników.
I może własnie dlatego, przez te płaszcze i szaliki, oni staja się tacy nieokreśleni, niedotykalni. Zamieniają się w plazmę. A nam się każe na nich patrzeć, słuchać ich słów, a przede wszystkim akceptować, jako stały element tego naszego życia. Niekiedy nawet, przy odpowiednim podmuchu wiatru, któryś z nich doczeka miana autorytetu, mędrca, głosu pokolenia. I wtedy dopiero robi się zamieszanie. Do siego roku!

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Mokra robota roku

Kończy się rok 2008 i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie podsumowywali wszystkiego, co się podsumowywać da, ale również wszystkiego tego, co podsumowywać się najzwyczajniej w świecie nie da, pomijając już to, że podsumowywać nie ma sensu. Mamy więc skandal roku, głupstwo roku, aktora roku, sportowca roku, książkę roku, żart roku, film roku, piosenkę roku, debiut roku, polityka roku, mądrość roku i blog roku. Dotychczas, być może ze względu na moją tegoroczną aktywność, największe wrażenie zrobiła na mnie dyscyplina o nazwie ‘blog roku’. Szczególnie od czasu gdy otrzymałem wiadomość emailem, że mam się zgłosić, a wtedy Jacek Żakowski (nie żartuję - Żakowski jest tu jurorem) powie, jak on widzi moje pisanie w skali globalnej. Już widziałem siebie na monitorze laptopa pana redaktora i samego pana eksperta, jak czyta mój tekst o tym, że on sam i jego koledzy to durnie i myśli sobie: „Ho, ho! Z tego Toyaha to nie byle jaki bloger! Dajmy mu może wyróżnienie”.
Pomyślałem więc sobie, że jak idzie o różnego rodzaju konkursy na zakończenie roku, pozostanę jednak obojętny, gdy oto dziś w Rzeczpospolitej zobaczyłem artykuł zatytułowany „Pod znakiem Pereiro i Borubara” http://www.rp.pl/artykul/240729.html i naturalnie dostałem cholery. O co poszło? Właśnie o tego Borubara i Pereiro. Ci co mnie znają, wiedzą mniej więcej, co się w mojej biednej głowie dzieje, ale jest jednak – właśnie na zakończenie tego roku – jeszcze coś, co należy powiedzieć i uważam, że to właśnie miejsce jest do tego najlepsze.
Kiedy Lech Kaczyński skomentował dla Polsatu ów słynny mecz z Austrią i sekwencja „Boruc bardzo” zabrzmiała na tyle nieprecyzyjnie, że jakiś anonimowy specjalista od rżenia, zdecydował, że Kaczyński jest tak głupi (oczywiście!), że uznał, że nasz Artur nosi nazwisko Borubar, i wraz z uzyskaniem tej wiedzy, cała najbardziej zidiociała część opinii publicznej uniosła w górę obie ręce i wrzasnęła: „Hurra! Niech zdycha!”. Z perspektywy roku wiemy, jak echo tego wrzasku rozbrzmiewało przez następne miesiące. Pamiętamy doskonale wszystkie żarty na ten temat, wszystkie wnioski, jakie z tej ‘prezydenckiej wpadki’ najbardziej światła część społeczeństwa wyciągała i wszystkie najbardziej poważne polityczne diagnozy, które najbardziej szanowani analitycy kazali nam przyjmować z wiarą i zaufaniem.
Doskonale pamiętamy, na jak starannie przygotowany grunt padły słowa Palikota dotyczące czy to rzekomego alkoholizmu Prezydenta, czy jego psychicznej choroby. W końcu ktoś kto sądzi, że bramkarz naszej reprezentacji Artur Boruc ma na nazwisko Borubar, musi być stuknięty. Albo na nieustannym gazie. Tak właśnie się hartowała ta stal, z którą dziś wszyscy musimy się zmagać. Właśnie w ten sposób umacniała się ta nienawiść, która zupełnie niepostrzeżenie stała się absolutnie równoprawną częścią tego krajobrazu, który jeszcze kilka lat temu każdy zdrowomyślący człowiek musiałby uznać za kompletną fikcję.
Gdyby tylko komuś chciało się grzebać w śmieciach, mógłby zajrzeć do tekstów paru z bardziej uznanych tu autorów, którzy za swój główny cel wzięli wdeptanie w ziemię wszystkiego, co się rusza, a co w taki lub inny sposób kojarzy się z projektem o nazwie IV RP. Mógłby wówczas ten odważny badacz odnaleźć cały ten wysiłek, sprowadzający się do jednego. Do udowodnienia, że Lech Kaczyński jest po prostu wiecznie nieprzytomny, a ile razy próbuje coś powiedzieć, to wydobywa z siebie wyłącznie niezidentyfikowany gulgot. Sam pamiętam, jak mi tu najróżniejsi specjaliści od przyłapywania Lecha Kaczyńskiego na kiksach, tłumaczyli najpoważniej na świecie, że Prezydent trzymał flagę do góry nogami, bo głupek nie ma pojęcia, jak wygląda polska flaga, albo że z tym ‘Borubarem’, to była autentyczna niewiedza.
Dziś, kiedy kończy się ten rok, właściwie wszyscy już przyznają, że nie było żadnego ‘Borubara’, że na polskiego Brazylijczyka, nawet komentatorzy sportowi w emocjach z jakiegoś powodu mówią ‘Pereiro’, że ta flaga była do góry nogami tylko przez ułamek sekundy – tyle że co z tego? Jeszcze parę dni temu, jakimś zupełnie chorym rzutem na taśmę, ten szczególny dziennikarz TVN24, którego nazwiska mi się nawet nie chce wymieniać, wręcz błagał językoznawcę Bralczyka, żeby przyznał, że ‘Borubar’ jednak tam był. Że może „panie profesorze, to jednak niewiedza?” Nic z tego. Bralczyk smutno pokręcił głową i zapewniłł, że to jednak był ‘Boruc bardzo’.
Tylko znów… co z tego? Dziś w Rzepie widzimytekst, którego jedynym celem jest to, żeby na zamknięcie tego roku jeszcze sobie trochę pozrywać boki z Prezydenta. Żeby każdy, kto albo się nie zorientował, albo już zdążył zapomnieć, wbił sobie do głowy, ze „hitem ostatnich 12 miesięcy stały się nazwiska, zwłaszcza te źle wymawiane” i że prawdziwą „furorę” zrobiły te związane z Lechem Kaczyńskim. Dziennikarka Rzepy oczywiście przyznaje, że w większości to wszystko albo bzdura, albo ‘lipa’, tylko znów – co z tego? Ten rok i tak przechodzi do historii jako rok Borubara, Benhauera, Pereiro i – nagle nie wiedzieć czemu – Rona Asmusa. A jak by komuś było za mało, to pani redaktor przypomni jak to „językowe lapsusy Prezydenta inspirowały internautów’. I teraz dopiero się będziemy mogli poskręcać ze śmiechu, że „Oback Barama, Barubar Bambara, Barabar Obameiro, Borubar O’Lama”. Czy dziennikarka poważnego dziennika podejmuje choćby najmniejsza próbę wyjaśnienia skołowanym czytelnikom, co to się takiego stało w ciągu tego roku, że doszło do tak strasznej kumulacji najbardziej ohydnego kłamstwa? Ależ gdzie tam! Przecież tu nie chodzi o to, żeby cokolwiek wyjaśniać. Mają być jaja! W końcu Sylwester już za pasem.
Proszę zwrócić uwagę na następującą rzecz. Po odrzuceniu ‘Borubara’ jako skrajnej manipulacji – na dodatek manipulacji, w którą został zaangażowany cały system reżimowej propagandy plus najszerzej traktowana kultura pop – załóżmy, że przyjmiemy wersję najbardziej dla Prezydenta przykrą. On się nie zagapił, ale był autentycznie przekonany, że trener polskiej reprezentacji nazywa się Benhauer, a nasz reprezentant nosi nazwisko Pereiro. Lech Kaczyński jest w kwestii piłki nożnej kompletnym dyletantem. I co z tego? Ten typ niewiedzy jest dyskwalifikujący dla Prezydenta RP? Chyba tylko w świecie gdzie do miana politycznych i moralnych autorytetów wysunięto bandę amatorskich piłkarzy z Kaszub i okolic. To że Lech Kaczyński zapomniał, jak ma na nazwisko jeden trener piłkarski i jeden piłkarz staje się wydarzeniem roku w kategorii „Polityczny słownik 2008”?
Omawiany artykuł Rzeczpospolita umieściła na szóstej stronie dzisiejszego wydania. Na stronie ósmej natomiast, ekspert Jadwiga Staniszkis http://www.rp.pl/artykul/240726.html przedstawia całkowicie serio analizę, z której wynika, że Prawo i Sprawiedliwość, Kaczyńscy i wszystko, co oni reprezentują dobiega ostatecznego końca. Zupełnie serio, prof. Staniszkis spekuluje na temat rozsądku Schetyny, powagi Olejniczaka, niezłomności Dorna, dzielności Tuska, kompetencjach Klicha, nadziejach które budzi tzw. Ruch Polska XXI i – naturalnie – „prostactwa” Lecha Kaczyńskiego?
Czy może – ktoś zapyta – Jadwiga Staniszkis ma pretensje o Borubara i flagę? Ależ skąd. Taka to ona znowu nie jest. Tę flagę i ten internetowy greps ona trzyma głęboko w swej podświadomości. No a poza tym Staniszkis to nie Palikot. Dla niej Kaczyński robi z siebie durnia nie dlatego, że jest pijakiem i cierpi na chorobę Alzheimera. Ona jest mądra. Ona wie, że nie. On jest po prsostu słaby. A na udowodnienie tego, pani profesor może nam przedstawić nie ślinę, ale poważną socjologiczno-polityczną paplaninę.
W tej robocie bowiem istnieje zasadniczy podział obowiązków. Na poziomie najbardziej wulgarnej kultury pop działają specjaliści od popu. Roboty wykończeniowe należą do przedstawicieli kultury wyższej.

niedziela, 28 grudnia 2008

Vibration negative!

Minął rok od kiedy w Polsce nastał nowy czas – czas empatii i miłości. Minął już rok od czasu, gdy premier Donald Tusk ogłosił, że tylko ktoś, kto potrafi kochać, ma moralne prawo dzierżyć władzę. Minął rok, jak każdy obywatel naszego kraju, dzień w dzień, doświadcza tej właśnie, zapowiedzianej jesienią zeszłego roku, polityki miłości, dobroci i porozumienia.
Zacząłem ten wpis od ewidentnej ironii. Nie mam przy tym wątpliwości, że wśród osób, które zechciały poczytać sobie te moje dzisiejsze słowa, nie ma nikogo, kto by uznał, że te żarty na temat polityki miłości, to nie żarty, ale czysta i chłodna ocena. Nie mam wątpliwości, że stali bywalcy tego bloga doskonale wiedzą, że o żadnej polityce miłości być nie może, ale – co więcej – jestem pewien, że ci, którzy tu bywają niechętnie, przypadkowo, albo tylko po to, żeby się powyzłośliwiać, podobnie wiedzą, że to całe gadanie o uśmiechu i życzliwości to najzwyklejsza lipa. I że przez ten z górą już rok, nie było jednego dnia, żeby choćby drobny ślad tego, co premier Tusk za Marleyem określił, jako ‘pozytywne wibracje’, zaistniał w powszechnej świadomości. Jest wyłącznie wściekłość, nienawiść i bezwzględna praca na rzecz całkowitego unicestwienia przeciwnika.
A mimo to, cała reżimowa propaganda, w najbezczelniejszy możliwy sposób, nie ustaje w wysiłkach, żeby najbardziej ogłupiałej części narodu wbijać do głów to niezwykłe kłamstwo: zło minęło, rodzi się dobro. Nie ma dnia, żebyśmy nie musieli słyszeć, a czasem również i oglądać, absolutnie bezprecedensowych popisów niegrzeczności i zwykłego chamstwa, w wykonaniu najbardziej prominentnych polityków Platformy Obywatelskiej i służących jej dziennikarzy. I za każdym razem, kiedy stajemy jak wrycie przed kolejnym, jeszcze bardziej dosadnym wybuchem zwykłego buractwa, otrzymujemy natychmiast tym głośniejsze zapewnienia, że – owszem – bywa nieładnie, ale i tak wszystko, co prawdziwie ohydne już szczęśliwie za nami.
Politycy, pracownicy mediów, ludzie kultury, eksperci, związani finansowo i emocjonalnie z Platformą Obywatelską zalewają publiczna domenę najbardziej czarną wulgarnością, a jednocześnie przybierają eleganckie pozy, uprzejmie ściszają głosy, w zatroskaniu pochylają głowy, tylko po to, żeby na użytek najbardziej tandetnej propagandy, wysyłać w świat komunikaty typu: „Każdy ma swojego Palikota”, „Polityka to bagno”, „Przynajmniej nie musimy słuchać Kurskiego”.
Wczoraj, w komentarzach na moim blogu, znalazłem jeden, który mnie – powiem szczerze – zaskoczył. Zaskoczył mnie dlatego, że pochodził od kogoś, kto gości tu wystarczająco długo, żeby przynajmniej w minimalnym stopniu nauczyć się pewnej samodzielności w myśleniu. I żeby przynajmniej w swojej pro-reżimowej argumentacji nie używać najbardziej zużytych klisz, takich własnie, jak „Co do Palikota, no cóż, każdy potrzebuje swojego Kurskiego”. Ale takie własnie słowa padły i naturalnie sprowokowały reakcje oniemiałych obywateli.
Prosiliśmy marka.dumle, bo o niego tu chodzi, żeby podał choć jeden przykład wypowiedzi Jacka Kurskiego, który mógłby go upoważniać do czynienia takich porównań. Na nic. Albo okazywało się, że dumle nie ma czasu grzebać po Internecie, albo że mu się chce spać, albo, że to skandal, żeby ktoś oczekiwał od niego dowodzenia swoich poglądów (że niby o poglądy, a nie o fakty, tu chodzi). Ponieważ uznałem, że nie ma takiej możliwości, żeby, nawet nie tylko marek.dumle, ale w ogóle którykolwiek z głosicieli podobieństwa kulturowych wymiarów Palikota i Kurskiego, zechciał podjąć się zadania niewykonalnego, zajrzałem do podanych przez marka źródeł i wynotowałem wszystko, co było konieczne i możliwe do wynotowania.
Ja wiem, że każda informacja może być zawsze uzupełniona czymś nowym, że każdy gest może być oskarżony o nieobiektywizm i nieuczciwość, ale zrobiłem co należało. Zajrzałem do wikicytatów – zgodnie z sugestią dumle – i najuczciwiej jak tylko potrafiłem, wybrałem z nich to co uważałem za najbardziej reprezentatywne. Jeśli ktoś ma inne propozycje, zachęcam do aktywności. Oto zestaw najbardziej agresywnych wystąpień Jacka Kurskiego, znajdujących się w wyliczeniu wikiquote.org. http://pl.wikiquote.org/wiki/Jacek_Kurski
To co mówi Krzaklewski, jest zwyczajnym bełkotem, dlatego trzeba spytać przewodniczącego, czy jest mężczyzną i liderem, czy jest babą, która wisi u klamki Wałęsy.
Tu wychodzą jakieś niesamowite kompleksy Donalda Tuska w polityce międzynarodowej.
Z tym Wehrmachtem to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi.
Gdy pan redaktor Żakowski słyszy o liście Wildsteina i idei lustracji to trzęsą mu się portki.
Daję słowo. To wszystko, co zamieściło wikiquote.org, a co może z biedą funkcjonować, jako przykład chamstwa i agresji. Powtarzam – ktoś może zna jakieś bardziej śmierdzące kwiatki, ale tam – daję słowo – nie ma nic więcej. Wcisnąłem nawet ten nieszczęsny, wałkowany już na tysiąc sposobów, „ciemny lud”, który i tak – co każdy baran widzi – nie jest tu akurat w najmniejszym stopniu opinią Kurskiego. Poza tymi jednak czterema wypowiedziami, nie ma tam nic.
A oto co podaje wikiquote.org na temat Janusza Palikota. Też wynotowałem najbardziej mięsiste fragmenty. http://pl.wikiquote.org/wiki/Janusz_Palikot.
Ale co? Ziobro czy mi się podoba? Nie, jest zbyt zniewieściały.
Apeluję do Lecha Kaczyńskiego, żeby wytrzeźwiał i wreszcie przedstawił opinii publicznej, co naprawdę myśli w pełni swoich przytomnych sił.
Duch Belzebuba z Torunia pomieszał panu język.
Działacze Solidarności sami zachowują się jak wieprze, bo chcą tylko dla siebie.
Ja uważam prezydenta Lecha Kaczyńskiego za chama.
Jeśli badania psychiatryczne posłów będą standardem, to pan Karski ich nie przejdzie.
Lech Kaczyński nie panuje nad swoimi urazami i emocjami. Można tylko pogodzić się z tym, że ten bachor biega po całej Europie, szaleje, krzyczy i robi wrzawę.
PZPN to burdel, w którym dziwki zarażają HIV-em.
Roman Giertych jest właścicielem burdelu w Tarnowie. Informuję prokuraturę. Proszę o sprawdzenie.
Nie pozostaje mi nic innego jak powtórzyć hasło, które krzyczą ludzie na stadionach: j...ć PZPN.
To jest zły człowiek, czyli – trzymając się języka teologicznego – on jest szatanem.
Czy można jakoś porównać siłę rażenia i brutalność obu zestawów wypowiedzi? Proszę uprzejmie, próbujmy. Kurski twierdzi, że Krzaklewski to bełkocząca baba, Tusk ma kompleksy, ludzie, zdaniem czarnej propagandy, są ciemni, a redaktor Żakowski współpracował. Proszę mi zatem uczciwie powiedzieć, jakie komunikaty przekazuje Janusz Palikot?
Ale przecież nie chodzi tylko o Palikota. Każdy szanujący się obserwator naszego życia politycznego w erze ‘miłości i empatii’ wie, że tego ‘kwiatu’ jest znacznie więcej. Oto przed nami nowa twarz Platformy Obywatelskiej, Sebastian Karpiniuk, też upamiętniony w sieci. http://pl.wikiquote.org/wiki/Sebastian_Karpiniuk
Panie prezydencie, niech pan porzuci tę drogę, niech pan porzuci drogę kartoflanej zaściankowości.
Pan powinien mieć embargo nawet na oddech.
Uwzględniając cechy charakteru ministra Ziobry, bardziej można by go określić jako killera z twarzą dziecka niż jako zwierzynę, na którą się poluje.
Zacznijmy zadawanie pytań, bo Mularczyk - Jola Rutowicz komisji - blokuje nam pracę.
Czy marek.dumle, albo któryś z kolegów, zechce uprzejmie odpowiedzieć na pytanie, co nam mówi Sebastian Karpiniuk, młoda gwardia PO? Nie? Ja mam to zrobić? Proszę uprzejmie. Prezydent to ‘kartofel z zaścianka’, Macierewicz nie powinien mieć prawa do życia, Ziobro to morderca o twarzy dziecka, a poseł Mularczyk – to modelowy idiota. Mam jeszcze jedną prośbę do marka.dumle i do jego politycznych przyjaciół. Proszę mi wskazać jedną wypowiedź Jacka Kurskiego na tym poziomie obelżywości. Jedną wypowiedź Jacka Kurskiego, w której ten zarzuca swoim politycznym przeciwnikom, ze są zaściankowymi chamami, mordercami, idiotami i że nie powinni żyć. A może Karpiniuk to nikt ważny? Może.
Znasz, Marku, Stefana Niesiołowskiego? Proszę uprzejmie. Oto Twoja wikipedia http://pl.wikiquote.org/wiki/Stefan_Niesio%C5%82owski
Jak śmie ten obrzydliwy załgany hipokryta, ten obłudnik Napieralski, mówić, że nie dali legitymacji partyjnej telewizji.
Jest to po prostu nikczemny dureń i ten nikczemny dureń nie może być ministrem polskiego rządu.
Kaczyńscy są źródłem wszelkiego zła. Zwłaszcza Jarosław Kaczyński.
Lech Kaczyński potrzebuje kuracji, która doprowadzi jego system nerwowy do porządku. Pytanie, czy to chwilowa zapaść, nerwica czy trwałe uszkodzenie, które wcześniej czy później skończy na komisji lekarskiej.
[Rydzyka] trzeba potępić i nazwać tak jak na to zasługuje, czyli gruboskórnym prostakiem.
On jest po prostu chuliganem politycznym, a nie żadnym ojcem. […] Jako szkodnik powinien być wyrzucony z Radia Maryja i zesłany do klasztoru, najlepiej poza granicami Polski.
Ryszard Kalisz to porno – minister, który doskonale pasuje do porno – prezydenta. Mamy sojusz dwóch pornograficznych grubasów.
Tak akurat wyszło, ze na samym końcu tego zestawu wylądował tekst o Kaliszu i Kwaśniewskim, autorstwa własnie Niesiołowskiego. Ja pamiętam bardzo dobrze, jak Niesiołowski wyskoczył z tą słynna już dziś obelgą. I przyznam zupełnie szczerze, że słuchając tych słów, byłem zachwycony. Szalenie mi się podobało słuchać, jak Niesiołowski obraża Kwaśniewskiego i Kalisza. Ale też ja nigdy nie ukrywałem, że do wszelkiej maści komunistów czuję wyłącznie pogardę i nienawiść. W latach osiemdziesiątych, osobiście gdzie tylko mogłem, powtarzałem słynną rymowankę: „A na drzewach, zamiast liści będą wisieć komuniści”. Przyznaję – ja w stosunku do Kwaśniewskiego i Kalisza i całej tej bandy post-komunistycznego zielska nie czuję ani krzty miłości, współczucia i przyjaźni. A jak ich widzę i słyszę, są we mnie wyłącznie wibracje negatywne.
Ale ja nie udaję kogoś kim nie jestem. Jeśli ktoś mi powie, że, kiedy mówię o Wenderlichu, Siwcu, Millerze – wyłazi ze mnie całe moje zło, to nie będę robił uników i pokazywał palcem na Palikota. Nie będę mówił, że ja reprezentuje samo dobro, a jeśli mówię o Szmajdzińskim, że to komunistyczna świnia, to z mojej strony to tylko taka inteligentna riposta, a poza tym taka to moja uroda. Więc proszę też bardzo wszystkich tych, którzy na Jacka Kurskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Przemysława Gosiewskiego, Tadeusza Rydzyka, Annę Fatygę, Antoniego Macierewicza, Prezydenta, patrzą jak na osoby, które powinny mieć „embargo na oddech”, ale także wszystkich tych, którzy nie są w stanie bezwarunkowo uznać zła kryjącego się za tego typu fantazją, żeby to zwyczajnie przyznali. Powiedzcie uczciwie – Tak. Uważamy, że tu przegrywamy z własnym złem. Jeśli idzie o tych tu panów i te panie, to mamy tylko swoją nienawiść. I – owszem – jesteśmy z niej bardzo dumni. A naszą miłość chowamy dla tych, których akurat lubimy.
Powiedzcie to.

sobota, 27 grudnia 2008

O Palikocie o jego teczkach

Nie wiem, jak wygląda sytuacja rynkowa Dziennika i szczerze powiem, że interesuje mnie ona o tyle tylko, o ile na końcu znajduje się ostateczne zamknięcie tej gazety. Uważam, że swoją polityką prowadzoną przede wszystkim wobec swoich czytelników Dziennik nie zasłużył na nic lepszego, jak pełny upadek. Nie wiem, więc, co tam słychać u redaktorów Krasowskiego i Michalskiego i ich mocodawców, ale domyślam się, że chyba wszyscy oni uznali, że trochę przeholowali, i próbują odzyskać utracony teren.
W zeszłym tygodniu bardzo się uśmiałem, czytając debatę zorganizowaną przez rzeczonych Krasowskiego i Michalskiego na temat dwóch lat prezydentury Lecha Kaczyńskiego, do której zaprosili Jana Rokitę i Rafała Matyję. Jak wiemy, ani Rokita, ani Matyja nie zostali tam dopuszczeni, po to żeby chwalić Prezydenta, a mimo to obaj główni redaktorzy Dziennika ani jednemu ani drugiemu nawet nie dali szans się popisać. Zarówno Rokita jak i Matyja, od samego początku, byli tak porażeni stanem emocji obu naczelnych co do osoby Prezydenta, że właściwie jedyne co mogli robić, to drapać się po swoich biednych głowach i próbować zgadnąć, co to się wyprawia.
Najciekawiej chyba opisał sytuację Rafał Matyja mówiąc: „Jadąc na to spotkanie, byłem przekonany, że jestem człowiekiem głęboko rozczarowanym co do prezydentury Lecha Kaczyńskiego, że mam jej wiele do zarzucenia, ale po tym, co słyszę od was, nie jestem w stanie wypowiedzieć żadnego argumentu przeciwko Kaczyńskiemu. To co słyszę, powoduje, że nie mam problemu z Lechem Kaczyńskim, mam problem z wami. Co was ugryzło, że mówicie na tak bardzo wysokim poziomie emocji?"
Uśmiałem się, a jednocześnie sobie pomyślałem, że tak spektakularny coming out, jakiego się dopuścili Michalski i Krasowski, musi doprowadzić do choćby minimalnego wahnięcia w polityce Dziennika, bo przecież jakieś pozory, to nawet czasem Michnik próbuje zachowywać. No i stało się. Od razu w środę wigilijną, Krasowski z Michalskim postanowili pokazać ludzkie oblicze i uderzyli z grubej rury. Opublikowali rozmowę z Oleksym, w której ten tłumaczy między innymi dwóm durniom z Dziennika, Reszce i Majewskiemu, że to chamstwo w stosunku do Prezydenta, które w modnym towarzystwie z taką miłością jest celebrowane od dwóch lat, jest już zwyczajnie nieludzkie. Mazurek rozmawia z Ryszardem Terleckim, gdzie poseł Prawa i Sprawiedliwości jest pokazany z sympatią i bez śladu złych intencji. No i - co najciekawsze - Luiza Zalewska poświęca w tym samym numerze cały wielki reportaż osobie Janusza Palikota. Reportaż zupełnie niezwykły. I o tym własnie chciałbym tu słów kilka. http://www.dziennik.pl/polityka/article287765/Palikota_mocno_wyboista_droga_do_gwiazd.html
Red. Zalewska pisze od początku do końca o Palikocie, ale dla każdego w miarę zorientowanego i czujnego czytelnika, Palikot jest tu wyłącznie pretekstem. Ja nie czytałem jeszcze tekstu, w tak kompleksowy, a jednocześnie tak bezlitosny sposób, odsłaniającego prawdziwą kondycję projektu o nazwie Platforma Obywatelska. Nie czytałem też artykułu w tak bezwzględny sposób pokazujący Platformę, jako kolosa na glinianych nogach, który się musi zawalić przy najmniejszym podmuchu. I który, jeśli jeszcze nie upadł, to tylko dlatego, że wszyscy jego konstruktorzy i aktorzy zamarli w pełnym przerażenia bezruchu.
Szczególnie ostatnio, wciąż słyszymy opinie odmieniające na wszelkie możliwe sposoby słowa zachwytu nad nieprawdopodobnym politycznym i wizerunkowym sukcesem Platformy Obywatelskiej. Mówią nam najróżniejsi eksperci, że ludzie, którzy stworzyli ten dziwny projekt, osiągnęli sukces wręcz nieznany w historii polityki. Stworzyli mianowicie coś z niczego, a to coś nagle stało się wartością realną, a jakby tego było mało - wartością na wieki. Tłumaczy nam się, że scena polityczna została faktycznie zamknięta i ostatecznie określona, z kwitnąca Platformą i niknącym PiS-em i że nawet jeśli ktoś odważy się podjąć jakieś działania, będą to wyłącznie działania pozorne. Tymczasem Luiza Zalewska przedstawia nam portret jednego człowieka i sytuację jednego środowiska, które w rzeczywistości balansuje na krawędzi przepaści.
Oczywiście, zakładać muszę, że red. Zalewska może nie pisać pełnej prawdy. Może się za chwilę okazać, że te jej wszystkie fakty i analizy są dokładnie tyle samo warte, co kultowy już idiotyzm, jaki swego czasu wyprodukował na temat Marka Kuchcińskiego umysł red. Anny Marszałek, albo niedawny tasiemiec o Prezydencie autorstwa wspomnianych już Reszki i Majewskiego. Jednak, moje osobiste doświadczenie mówi mi, że Zalewska to ani nie Marszałek, ani tym bardziej Reszka z Majewskim, więc nie wykażę się chyba szczególną naiwnością, jeśli jej akurat zaufam.
Pisze więc Luiza Zalewska o Palikocie, a tak naprawdę pokazuje nam miejsce zajmowane przez Platformę Obywatelską w sensie politycznym i moralnym. Dowiadujemy się więc oczywiście, że tak niezwykły sukces zarówno medialny, towarzyski, jak i polityczny Palikota jest przede wszystkim wynikiem starannie zaplanowanej kampanii wizerunkowej. Co ważniejsze jednak, Luiza Zalewska bardzo jasno pokazuje, że wszystko co Palikot robi, poczynając od skandalizujących happeningów, a kończąc na nieustannej akcji niszczenia wizerunku Prezydenta odbywa się - nawet jeśli nie za zgodą najwyższych władz Platformy - z kompletnym lekceważeniem tej zgody braku. Z lekceważeniem, na które Palikot może sobie w sposób demonstracyjny pozwolić.
Z informacji zebranych przez Zalewską można wywnioskować, że publiczna pozycja, jaką Palikot potrafił sobie wypracować (według badań, pomijając Tuska i Niesiołowskiego, jest on najbardziej rozpoznawanym politykiem Platformy) przekłada się bezpośrednio na jego pozycję w Platformie. Pisze red. Zalewska o palikotowych pieniądzach, o tłumach nieustannie obecnych wszędzie tam gdzie Palikot się pojawi, a my już wiemy, że nie ma w Platformie nikogo, kto - nawet gdyby bardzo tego chciał - zdecyduje się Palikota ruszyć. To można było zrobić jeszcze jakiś trok temu. Obecnie, przyszłość Palikota jest wyłącznie w jego rękach. Jak mówię - nie ma znaczenia, czy Tusk, Schetyna, Chlebowski Palikota potrzebują, czy nie. Wygląda na to, że to własnie on trzyma całą Platformę za przysłowiowy pysk i to on powie, kiedy będzie dość.
Ale jest jeszcze coś. Janusz Palikot nie robi wrażenia kogoś, kto ma cokolwiek do stracenia. Nie należy przypuszczać, żeby było coś, co go może powstrzymać przed robieniem tego, na co on ma ochotę i co on uzna za dobre dla siebie. Jak słusznie zauważa Eryk Mistewicz, asortyment środków w dyspozycji kogoś takiego jak Palikot nie ma granic. Palikot może któregoś dnia obrzucić Sejm prezerwatywami, albo strzelać do posłów z pistoletu na wodę, albo robić sto tysięcy najróżniejszych innych - z punktu widzenia normalnego człowieka - idiotycznych rzeczy, które tylko przyniosą mu nowe tłumy na spotkaniach i kolejne godziny w telewizyjnych studiach. I jeśli Palikot zechce, to za jakiś czas, pod względem wewnątrz-partyjnej popularności pobije samego Tuska. O ile już to nie nastapiło. A wtedy nie dość, że machnie ręką na te prezerwatywy i ten pistolecik. Nie dość, że machnie ręką na Lecha i Jarosława Kaczyńskich. On się zabierze za tych, którzy mu zawadzają bezpośrednio. A że ma talent i determinację, to wiemy nie tylko my.
Obecnie nie widać jednego takiego elementu, który by mógł ograniczać Palikota wewnątrz układu władzy w Platformie, ale też nie widać takiej możliwości, żeby kto inny jak tylko sam Palikot mógł decydować o jego pozycji w partii. W momencie gdy Palikot zostanie - z jakiegokolwiek powodu - usunięty z Platformy, albo choćby w chwili gdy jego pozycja zostanie wbrew jego oczekiwaniom w jakikolwiek sposób ograniczona, nastąpi koniec Platformy. Palikot zainwestował zbyt dużo własnej pracy, własnego wysiłku i własnych pieniędzy w to czym dziś jest, żeby pozwolić komukolwiek na przestawianie swojej osoby wbrew własnej woli.
Ale też jest bardzo mało prawdopodobne, żeby w obecnym układzie władzy w Platformie, Palikot długo wytrzymał. Jest politykiem zbyt ambitnym i o wiele zbyt agresywnym, żeby zadowolić się tym co ma. Już wkrótce zażąda czegoś więcej. A jeśli tego nie dostanie, Donald Tusk i koledzy dopiero zobaczą, jak wygląda piekło. Bo Palikot, jak już rozpozna otwierające się możliwości, dokładnie z tym samym talentem i tym samym zaangażowaniem, z którym pełnił swoją dotychczasową rolę platformowego psa, założy na siebie kolejny strój - platformowego kata. I jestem pewien, że zarówno Donald Tusk jak i Grzegorz Schetyna doskonale wiedzą, co przed nimi. Wyhodowali sobie to coś i teraz muszą akceptować tę swoją smutną sytuację tak długo, jak im się każe.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że dbając o dobre samopoczucie Palikota, muszą nawet dbać o to, żeby go w czasie burzy piorun nie zabił. Bo na taką ewentualność, Palikot - który na sto procent czytał Ojca Chrzestnego - tez już się odpowiednio przygotował.

piątek, 26 grudnia 2008

S nowom godom, tawariszczi! Czyli wężykiem po bandzie

Minęły Święta Bożego Narodzenia i przede wszystkim chciałem się pochwalić, że ten czas wykorzystałem w sposób na tyle pełny, żeby z radością neofity móc dziś zakomunikować, nie tyle moim stałym czytelnikom, co głównie poważnym publicystom i komentatorom, którzy już od dłuższego czasu nawoływali mnie do refleksji i opamiętania, że oto nadszedł ten moment, kiedy mogę im wszystkim ogłosić: jest dobrze! Jest mi tylko przykro, że to moje wyjście z mroku trwało tak długo, co niepotrzebnie wszystkich narażało na niepotrzebny stres.
Przede wszystkim więc przepraszam pana redaktora Łukasza Warzechę, który mnie, pośrednio lub bezpośrednio ostrzegał, bym nie brnął głupio i nieroztropnie, a ja nie usłuchałem. Ale również przepraszam wszystkich innych szczerych przyjaciół polskiej prawicy, którzy długo przede mną demaskowali niskość Jarosława Kaczynskiego, i też nawoływali do rozsądku. Wróciłem i jestem do dyspozycji.
Jednak wciąż będę powtarzał. Wiem, jak bardzo przez tyle lat się myliłem i jak wiele szkód poczyniłem swoim tępym uporem i nieumiejętnością przyznania się do błędu. Świąteczny okres, który zgodnie z zapowiedzią, wykorzystałem na refleksję i zadumę, pozwolił mi zrozumieć, że dla polskiej prawicy i dla wszystkich patriotycznie zorientowanych Polaków, nie ma w tej chwili ważniejszego zadania, jak gruntowne zreformowanie partii, której kiedyś wszyscy zaufaliśmy, ale która ostatnio, coraz częściej, po prostu i zwyczajnie pozbawiała nas złudzeń. Partii o nazwie Prawo i Sprawiedliwość.
Muszę wreszcie powiedzieć coś, co powoduje u mnie poczucie największego zażenowania i sprawia, że się rumienię, ale co powiedzieć po prostu trzeba. Jarosław Kaczyński, człowiek który kiedyś był dla mnie nadzieją i drogą, okazał się własnie moja największą porażką i zawodem. Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo się co do niego myliłem, a jednocześnie jak bardzo byłem odurzony, nie tyle swoją bezkrytyczną miłością, co haniebnym uporem, żeby tkwić w błędzie.
Wiem jednak, że to co tu mówię to zaledwie słowa. A nie słów nam dziś trzeba. I tak straciliśmy zbyt dużo czasu. Teraz, kiedy i tak nie mamy pewności, czy nie jest już być może za późno - również z mojej winy i winy innych, takich jak ja, ludzi nieroztropnych i niemądrych - ale kiedy jednak Prawo i Sprawiedliwość wciąż może być może liczyć na te 20-25% poparcia społecznego, należy zakasać rękawy i rozpocząć projekt odbudowy polskiej prawicy.
Pragnę dziś zgłosić mój projekt. Projekt, który przez okres Świąt solidnie przemyślałem i który - uważam - jest projektem dobrym. Wiem, że dla wielu z Was, ze względu na moje świetne teksty, jestem bohaterem i wielkim moralnym autorytetem. Dlatego apeluje do Was. Bierzmy się do roboty. Przede wszystkim trzeba usunąć prezesa naszej obecnej - a dla wielu z Was - już byłej partii, Jarosława Kaczyńskiego. Kaczyński nie spełnił pokładanych w nim nadziei i zamiast pędzić od zwycięstwa do zwycięstwa, zatapia ten piękny projekt, którego wszyscy przecież jesteśmy współautorami. Tak dłużej być nie może. Jarosław Kaczyński musi odejść.
Następnie powinniśmy zwołać powszechny, ogólnopolski zjazd polskiej prawicy - coś w rodzaju Okrągłego Stołu Polskich Patriotów - i dokonać ponownego, tym razem ostatecznego zjednoczenia wszystkich patriotycznie zorientowanych ugrupować narodowych. Należy przy tym zadbać, żeby wszyscy, którzy nie zgodzą się uczestniczyć w tym wielkim projekcie, zobowiązali się, że nie będą na własną rękę organizować własnych projektów. Bowiem rzeczą najważniejszą jest, byśmy się nie dali podzielić i bezmyślnie rozproszyć głosy.
Kiedy już utworzymy jedno, wielkie prawicowe ugrupowanie chadecko-narodowe (proponuję nazwę Przymierze Prawicy „Wielka Polska"), powinniśmy rozważyć prawną możliwość zapisania dotychczasowego poparcia sondażowego dla Prawa i Sprawiedliwości na nasze konto. Uważam, że te 25% wyborców, może stanowić znakomity punkt wyjścia dla naszej przyszłej działalności politycznej. Będąc tak silnym ugrupowaniem opozycyjnym, mając na dodatek w swoich szeregach wybitnych polskich patriotów, dotychczas tak nieszczęśliwie i brutalnie stłamszonych przez Jarosława Kaczyńskiego, możemy wkrótce wysunąć się na pierwsze miejsce w sondażach poparcia dla polskich partii politycznych.
Podczas pierwszego posiedzenia nowej partii, umówimy się co do nowej nazwy i oczywiście wybierzemy nowego prezesa. Proponuję, żeby został nim kolega Farfał. W przypadku, gdyby ten wybitny, młody działacz z jakiegoś powodu nie zgodził się kandydować - co jest możliwe; w końcu ma wiele obowiązków jako nowy prezes telewizji publicznej - prezesem mogę zostać ja.
Wiem bardzo dobrze, że w działalności politycznej to co się liczy najbardziej to uczciwość i idee. Nie odniesiemy sukcesu, jeśli za naszymi działaniami nie będzie stała trwała wiara w uczciwość naszego projektu i świadomość, że to co robimy, to nie dla nas, ale dla przyszłych pokoleń. Czasy są jednak takie, że jeśli chcemy z sukcesem zaistnieć na scenie politycznej, jeśli chcemy z sukcesem działać dla dobra wspólnego, musimy mieć pieniądze. A pieniędzy nie mamy. Wprawdzie kolega Farfał, jako prezes telewizji, może zechce nas wspomóc, ale to - jak wiemy - kropla w morzu potrzeb. Chciałem w tym miejscu zaproponować pewne rozwiązanie. W Wigilię miałem okazję zapoznać się w Dzienniku, z artykułem pani redaktor Luizy Zalewskiej na temat posła Janusza Palikota. Z informacji przekazanych przez panią redaktor wynika, że poseł Palikot, z jednej strony, jest osobą bardzo zamożną, a z drugiej nie skąpi środków na cele, do których jest przekonany. Z powodów, w które nie chcę tu wchodzić, związki pana posła z Platformą Obywatelską nie są na tyle mocne, żeby nie spróbować zachęcić Janusza Palikota do naszej inicjatywy. Jestem pewien, że z osobą tak zdeterminowaną, a jednocześnie ideową, możemy zdobyć odpowiednie środki na przynajmniej wstępną działalność, i - konsekwentnie - na zwiększenie sondażowego poparcia choćby o parę procent.
Na koniec, muszę jeszcze wspomnieć o czymś, co, zdaniem niektórych z naszych kolegów, może stanowić pewien problem. Otóż, jak wiemy, od czasu gdy błędna i destrukcyjna polityka prowadzona przez Jarosława Kaczyńskiego doprowadziła do tak ciężkich podziałów na polskiej prawicy, w jej szeregach pojawił się nurt, że tak powiem, liberalny. Nie wolno nam również zapominać o tych kolegach. Są w końcu też wielkimi polskimi patriotami, większość z nich chodzi do kościoła, więc uważam, że należy również wziąć pod uwagę ich wrażliwość. Proponuję, żeby podczas zjazdu założycielskiego nowej formacji, przeprowadzić dyskusję pod kątem ideowego kształtu nowego ugrupowania. Jeśli większość nowych członków PP"WP" opowie się za odchyleniem liberalnym, ja osobiście nie mam nic przeciwko temu. Mogę z równie wielkim, patriotycznym zaangażowaniem pełnić funkcję prezesa partii nowego typu, partii narodowo-liberalnej. Już dziś mogę obiecać, że na drugi dzień po wyborze mojej skromnej osoby do tej zaszczytnej funkcji, podejmę rozmowy z Platformą Obywatelską i SLD dotyczące ewentualnego zjednoczenia naszych ugrupować i stworzenia wspólnego Bloku Na Rzecz Polski.
Póki co wzywam wszystkich moich fanów i miłośników do poważnej oczywiście dyskusji. A do pana redaktora Łukasza Warzechy mam prośbę specjalną. Czy, widząc, że mamy plan i dobre chęci, nie zechciałby nas Szanowny Pan wesprzeć od strony, że tak powiem elegancko, medialnej?

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...