Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Zawisza, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Zawisza, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lipca 2023

Mars napada

 

Od czasu gdy prowadzę ten blog zdarzyło mi się trzy razy, że grożono mi sądem i to grożono nie tak jak to się zwykle dzieje w przestrzeni internetowej, że ktoś komuś nagle powie, że pójdzie siedzieć, albo że zajmie się nim prokurator i na tym koniec, ale mam na myśli jakąś tam jednak procedurę. Pierwszy raz, pamiętam jak jeszcze w czasach Salonu24, krakowski dziennikarz Jerzy Skoczylas za to, że użyłem pod jego adresem określenia „ruski buc” zażądał ode mnie moich danych, które on pragnie przekazać swojemu prawnikowi. Wymiana powyższa odbyła się publicznie, więc Skoczylas została natychmiast wykpiony i się zamknął.

Drugi raz już było nieco poważniej. Otóż po tym, jak wspólnie z moimi dziećmi doprowadziliśmy do upadku satanistyczny projekt pod nazwą Unsound, dwoje nieznanych mi osób wysłało do mnie pismo przedprocesowe, w którym w związku z poniesionymi  przez nich stratami moralnymi i finansowymi kazali mu wpłacić na niejaką Fundację im. ks. Józefa Tischnera 11 tys. zł. W odpowiedzi na pismo wysłałem im, bez jakiegokolwiek komentarza, łaciński tekst egzorcyzmu Świętego Michała Archanioła i owa modlitwa zadziałała tak, że owym państwu język ugrzązł w paszczy.

Za trzecim razem, jak grom z jasnego nieba dotarło do mnie pismo, tym razem już z prawdziwej kancelarii, obsługującej niesławnego Artura Zawiszę, z bardzo skomplikowanym choć prezyzyjnie nakreślonym żądaniem opublikowania przeprosin za tekst, który ukazał się na naszym blogu niespełna 10 lat wcześniej, a dotyczącym pewnego oszustwa, w które Zawisza był osobiście zaangażowany. Ponieważ sprawa wyglądała bardzo poważnie skonsultowałem się z zaprzyjaźnionym prawnikiem i po krótkiej naradzie postanowiliśmy wspólnie, by pismo zlekceważyć. Jak się okazało skutecznie.

I oto, proszę sobie wyobrazić nastąpił atak kolejny, tym razem ze strony dziennikarza, publicysty, pisarza,  nagrodzonego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyżem Wolności i Solidarności, Cezarego Łazarewicza, który obraził się za mój tekst opublikowany na portalu i.pl, a dotyczący filmu „Żeby nie było śladów”. Jak mnie informuje biuro prawne Portalu, Łazarewicz skierował zarówno do samego Portalu, jak i do mnie osobiście, pismo przedprocesowe w którym żąda od nas solidarnej wpłaty po 5 tys. zł. na biznesy prowadzone przez znanego nam wszystkim aż nazbyt dobrze Jerzego Owsiaka. Reprezentująca i.pl pani prawnik poprosiła mnie o odniesienie się do pisma Łazarewicza, ja się odniosłem, no i w tej chwili czekam z najwyższą ekscytacją na rozwój zdarzeń, a żona moja juz dziś mnie uprzedziła, że jeśli zapłacę, to ona się również, tak jak Łazarewicz, obrazi.

Mam oczywiście nadzieję, że pismo Łazarewicza zostanie przez prawników Portalu odesłane bez rozpatrzenia i nastąpi cisza. Jeśli jednak oni dla świętego spokoju owe pięć patyków Owsiakowi wyślą, to przyznaję, że jestem w kropce. Podobnie, jestem w kropce, jeśli oni pójdą z Łazarewiczem na wojnę, natomiast mnie poinfomują, że mam sobie radzić sam. No ale zobaczymy. Póki co, informując wszystkich Państwa, z myślą o których od blisko już 15 lat prowadzę ten blog, że to czego się dopuścił dziennikarz, pisarz i wielki bojownik o wolność i solidarność Cezary Łazarewicz, uważam za niewyobrażalną hucpę i pozwalam sobie zamieścić inkryminowany tekst również tutaj. Bardzo proszę. Żeby każdy z nas wiedział, co się tu,  że użyję, jak sądzę, bliskiej Łazarewiczowi estetyki, **********.



Niniejsza publikacja jest przedmiotem postępowania

sądowego przeciwko  Krzysztofowi Osiejukowi i PL24

spółka z o.o. z siedzibą w Warszawie o naruszenie

dóbr osobistych Cezarego Łazarewicza 

      


      Minęła 40. rocznica pamiętnego majowego dnia, kiedy to warszawski maturzysta Grzegorz Przemyk, został bez żadnego dobrego powodu zatłuczony na śmierć przez obywatelskich milicjantów. Z tej okazji Telewizja Polska wyemitowała mający przypominać tamte wydarzenia film „Żeby nie było śladów”. Osobiście naszej współczesnej produkcji staram się unikać jak ognia, tym razem jednak, ze względu na fakt, że sprawa Grzegorza Przemyka siedzi we mnie od lat jak kamień w bucie, zrobiłem wyjątek. Film, owszem, obejrzałem i muszę przyznać, że jestem w prawdziwym szoku.

      W czym rzecz? Otóż chodzi o to, że biorąc pod uwagę to, w jaki sposób w owym filmie pokazany jest nie tylko sam Przemyk i jego kolega Cezary Filozof, ale całe to warszawskie towarzystwo, którego częścią była Barbara Sadowska, można mieć pewność. Że przynajmniej ci z nas, którzy są zbyt młodzi, by to - co się wówczas wydarzyło - pamiętać, albo na tyle starzy, by owe emocje już dawno wyrzucić z pamięci, dziś mogą dojść wyłącznie do wniosku, że ci wszyscy dawni bohaterowie nie zasługują na najmniejszą z naszej strony sympatię.

Owszem, cierpienie Przemyka jest prawdziwe, jego śmierć jak najbardziej realna, okrucieństwo funkcjonariuszy takie, jak je sobie zawsze wyobrażaliśmy, podobnie działania aparatu komunistycznej władzy. Natomiast pomijając to wszystko – wedle zamierzeń autorów scenariusza i reżysera – mamy z jednej strony do czynienia z dwoma kompletnie zepsutymi dzieciakami, a z drugiej, całą kupą jakichś równie bardzo zdziwaczałych dorosłych. Którzy dzień po dniu, od rana do wieczora, w kłębach dymu i oparach wódy, tłoczą się na dwóch pokojach z kuchnią i diabeł jeden wie, czym się zajmują. Konspirowaniem, jak głosi historia.

      Już sam początek tego czegoś nie pozostawia zbyt wiele nadziei. Przemyk ze swoim kumplem Cezarym Filozofem budzą się rano na jakichś jakby wyciągniętych ze śmietnika materacach, zapalają papierosy i nawet nie myjąc się, przechodzą do pokoju obok, gdzie już na nich czeka owo knujące przeciwko władzy ludowej towarzystwo. Coś tam przegryzają i ruszają w miasto, gdzie oczywiście zachowują się jakby byli kompletnie pijani.

      Pojawia się milicyjny patrol i żąda od nich dowodów osobistych, a oni zamiast – w końcu żyli w tamtych czasach i powinni zachowywać jako taką przytomność wobec otaczającego ich świata – zaczynają się awanturować i z tym milicjantami przepychać. Przyjeżdża radiowóz, oczywiście ich – wciąż awanturujących się – zgarnia na komisariat. A co było dalej, my już wiemy, a jak nie wiemy, to się możemy domyślić.

      A ja już tylko, po raz kolejny, zadaję sobie pytanie - kto i jaki miał interes w tym, by Polakom, a przy okazji kto wie, czy nie całemu zainteresowanemu światu, pokazać, że peerelowska patologia funkcjonowała po obu stronach tego nieszczęścia? No i w tym momencie dowiaduję się, że wspomniany film został nakręcony na podstawie książki człowieka nazwiskiem Cezary Łazarewicz, powszechnie kojarzonego ze współpracą, z – kolejno – „Gazetą Wyborczą”, Polityką”, „Newsweekiem” i wreszcie „Wirtualną Polską”.

      Jakby tego było mało, ów Łazarewicz zapisał się niesławnie w historii polskiego dziennikarstwa reportażem na temat rzekomych relacji Lecha i Jarosława Kaczyńskich z ich ojcem Rajmundem. I w konsekwencji nominacją do przyznawanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich nagrody „Hieny Roku”, a przy tej okazji prawomocnie przegranym procesem, który w swojej bezczelności wytoczył Stowarzyszeniu.

      A zatem, jak się okazuje, cała opowiedziana w filmie historia męczeństwa i śmierci Grzegorza Przemyka jest oparta na tym co na ten temat wiedział Cezary Łazarewicz, i na tym, co mu na ten temat opowiedzieli... no kto? Biorąc pod uwagę towarzyskie relacje łączące zawodowe środowisko Łazarewicza z ludźmi pokroju Jerzego Urbana, Czesława Kiszczaka, czy Wojciecha Jaruzelskiego, to rozumiem, że jego konsultantem był któryś z nich.

      A my z tego wszystkiego dostajemy obraz, wedle którego Przemyk, jego koledzy, jego mama i jej znajomi to była oczywista i jednoznaczna patologia. Nasze podziękowania należą się nie dość, że Łazarewiczowi, to jeszcze, co gorsza, Telewizji Polskiej, w której władzach nie znalazł się nikt, kto by tę chucpę powstrzymał.

      Nie wiem, jak to naprawdę było z udręczeniem Grzegorza Przemyka, z jego przyczyną i jego katami. Nie wiem też oczywiście, jakimi ludźmi byli Przemyk, jego znajomi i towarzystwo, w jakim funkcjonował. Nie wiem, kim tak naprawdę był Cezary Filozof, czemu SB go nie wywiozła do lasu, by zostawić go tam na pastwę losu, tylko pozwalało mu, jako jedynemu świadkowi, zeznawać przeciwko komunistycznemu aparatowi represji. Nie wiem też, jakie były Filozofa dalsze dzieje i co u niego słychać dziś, po latach. Nie wiem też naturalnie, czy obraz przedstawiony przez Łazarewicza jest prawdziwy, czy wynika wyłącznie z dawnej esbeckiej propagandy.

      Wiem natomiast coś innego, a to mianowicie, że wszystkie narody mają swoich bohaterów i do tego, by o świadomość ich bohaterstwa walczyć, potrafią wykorzystywać wszystkie możliwe drogi, nie wyłączając z tego kultury popularnej. I nie jest ważne, co historycy mówią na temat takiego Che Guevary, czy - z drugiej strony - choćby szkockiego wojownika znanego całemu światu pod imieniem Braveheart. Legenda żyje niezależnie od historycznej prawdy i to ona umacnia pozycję danego narodu w powszechnej świadomości.

      Ja, ponieważ mam swój rozum i swoje doświadczenie, biorę mocno pod uwagę, że Łazarewicz kłamie, tak jak choćby w tej części gdzie się dowiadujemy, że milicyjny patrol zdjął Przemyka z ulicy podczas gdy ten, zamiast się przygotowywać do matury, rozrabiał z kolegami po mieście, podczas gdy, jak wiemy z oficjalnych wspomnień, on tego dnia świętował zdaną już maturę. Domyślam się, że relacja Łazarewicza jest nic nie warta, ale też biorę pod uwagę taka możliwość, że tam jest więcej prawdy, niż osobiście bym sobie życzył.

      Ale to co ja sądzę i jak wyglądała prawda nie na takiego znaczenia jak fakt, że już i wtedy, a później wiele jeszcze więcej razy, mieliśmy wielką szansę, by wykroić ze swojej współczesnej historii na rzecz popularnej kultury prawdziwych bohaterów, których wizerunki dzisiejsza młodzież nosiłaby na koszulkach, zamiast wspomnianego bandyty Che Guevary. Mieliśmy takich okazji wiele, a choćby to jedno, być może najbardziej znane zdjęcie Przemyka, na którym on wygląda nie przymierzając jak Jim Morrison, stanowiłoby przykład najbardziej dźwięczny. Tymczasem, jak się okazuje, jest w nas coś takiego, że zamiast kreować bohaterów, tak jak to robią Brytyjczycy, Amerykanie, Francuzi, czy choćby dziś Ukraińcy, czujemy obowiązek, by ich niszczyć. I to jest wiadomość fatalna.



 

piątek, 9 kwietnia 2021

Zielony Zawisza kontratakuje

 

         Dziś jest już mi bardzo trudno powiedzieć, kiedy to było, a nie mam ochoty przeprowadzać tu jakiejkolwiek kwerendy, faktem jest jednak że jakieś dziesięć może lat temu napisał do mnie pewien człowiek z Lublina – którego nazwiska również dziś już nie pamiętam – i opowiedział mi swoją historię o tym, jak to w jakimś momencie swojego życia postanowił uruchomić biznes, którego natury również dziś już nie pamiętam, i został niemal w jednej chwili wykończony przez nieznane sobie interesy, i to wykończony do tego stopnia, że stracił dokładnie wszystko co miał, poza sprawą sądową. Czemu ów człowiek zwrócił się ze swoim problemem akurat do mnie? Otóż, jak sądzę, pierwszym powodem owej decyzji było to, że głównym kontaktem z tamtej strony, z jakim on miał do czynienia, był znany nam skądinąd były poseł niesławny Artur Zawisza, no a skoro przed nami staje człowiek pobożny o poglądach prawicowych, to gdzie lepiej uderzyć niż na mój blog?

        Ponieważ historia opowiedziana mi przez człowieka z Lublina zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie, postanowiłem całą sprawę opisać, i to nie tylko tu na moim blogu, ale również w osobnym tekście opublikowanym w „Warszawskiej Gazecie”. Jako że sprawa robiła faktycznie wrażenie czegoś bardzo poważnego, „Warszawska Gazeta” nie dość że opublikowała samą relację z owego przekrętu, ale również zwróciła się z prośbą o komentarz do samego Artura Zawiszy, który odpowiedzi co ciekawe jak najbardziej udzielił, oczywiście wszystkiemu zaprzeczając, a przy okazji powiedział coś, co gdy chodzi o niego akurat zapamiętam do końca życia, a mianowicie: „Papista każe zarabiać (‘Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna’) i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę”.

        Jak się cała sprawa rozwinęła dalej, tego już niestety nie wiem, tyle że w pewnym momencie, o ile pamiętam, człowiek z Lublina przysłał mi maila, w którym poinformował mnie, że w sądzie sprawy idą w dobrym kierunku, no i na tym koniec. I oto, proszę sobie wyobrazić, po tych wszystkich latach, ledwie co wczoraj, otrzymałem maila od niejakiej Eweliny Tadrzak reprezentującej kancelarię Leśnodorski, Ślusarek i Wspólnicy, która „działając w imieniu Green Energy Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie oraz Pana Artura Zawiszy [wzywa mnie] do natychmiastowego zaprzestania rozpowszechniania jakichkolwiek informacji lub spekulacji na temat moich Mocodawców naruszających ich dobra osobiste, w postaci dobrego imienia, renomy, niezwłocznego, nie później niż w terminie 24 godzin od chwili doręczenia niniejszego wezwania, usunięcia Artykułu oraz wszelkich linków, mirrorów, podstron oraz podobnych publikacji zawierających nieścisłe i nieprawdziwe informacje dotyczące moich Mocodawców”, a dalej już samo najciekawsze, gdzie wzywa się mnie do „natychmiastowego, nie później niż w terminie 3 dni od momentu doręczenia niniejszego wezwania, opublikowania oraz utrzymania przez nieprzerwany okres 30 dni od dnia opublikowania, na stronie głównej Portalu w ramce o rozmiarze nie mniejszym niż 500x500 pixeli (px), na białym tle, czarną czcionką Times New Roman 12, z co najmniej pojedynczą interlinią, w górnej części wymienionej strony, w sposób umożliwiający zapoznanie się z tekstem wyjaśnienia niezwłocznie po otwarciu strony internetowej, z wyłączoną możliwością komentowania niniejszego tekstu oświadczenia, bez zastosowania jakichkolwiek zabiegów umniejszających znaczenie, rangę i powagę tekstu, oświadczenia następującej treści:”. No i tu następuje tekst oświadczenia: „Ja, niżej podpisany Krzysztof ‘Toyah’ Osiejuk przepraszam...”, no i dalej już tak jak można się domyślać.

       A ja w tym momencie przypominam sobie jak to może z pięć lat temu banda satanistów zaplanowała sobie urządzić artystyczne wydarzenie z wykorzystaniem paru krakowskich kościołów, a ja odpowiednio wcześnie tu na blogu zareagowałem, o wszystkim poinformowałem krakowską kurię i cały projekt został zduszony w zarodku. Pamiętam do dziś owo poruszenie, tak wielkie, że o tym blogu pisano nawet w „Los Angeles Times”, „New York Timesie” oraz „Guardianie”, nie wspominając o lokalnych mediach, takich jak „Gazeta Wyborcza”, a ja po pewnym czasie drogą e-mailową otrzymałem od organizatorów festiwalu informację, że jeśli natychmiast na konto fundacji imienia księdza Józefa Tischnera nie wpłacę 12 tys, zł., to spotkają mnie znacznie poważniejsze kłopoty, już ściśle prawne. W odpowiedzi na ów e-mail wysłałem tym dziwnym ludziom jedynie następujący tekst:

„Sancte Michael Archangele,
defende nos in proelio;
contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium.
Imperet illi Deus, supplices deprecamur:
tuque, Princeps militiae Caelestis,
satanam aliosque spiritus malignos,
qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo divina virtute in infernum detrude.
Amen”.

        I w tym momencie kontakt się urwał.

        Przyznaję, że nie wiem, kim tak naprawdę jest ta cała Ewelina Tadrzak, ale zakładam, że to jest miła i skromna osoba, która pracuje jak my wszyscy, by wykarmić dzieci i siebie. Podobnie, nie mam bladego pojęcia, co to takiego owa Zielona Energia i kto tym kręci. Natomiast doskonale się orientuję w kwestii Artura Zawiszy i to jemu dziś dedykuję słowa owego egzorcyzmu, z informacją dodatkową, że poza tym nie mam już nic więcej do powiedzenia.



wtorek, 19 listopada 2019

Jeszcze o chłopcach narodowcach, czyli jak hartowała się stal

Ponieważ w reakcji na wczorajszą notkę, grupa Czytelników zwróciła się do mnie o podanie więcej sczegółów na temat udziału gen. Wileckiego w budowaniu przyszłości naszej Polski, pragnę przypomnieć swój tekst jeszcze z roku 2008 opublikowany przeze mnie pod zabawnym tytułem „Z TVN-em i z Duchem Świętym do lepszej Polski”, gdzie jak sądzę, po raz pierwszy zwróciłem uwagę na rolę środowisk narodowych w tworzeniu naszej przyszłości, teraźniejszości i przyszłości, że tak sprrytnie nawiążę do Orwella. Zapraszam więc z dreszczem emocji.


       Kiedy w kwietniu jeszcze 2007 roku, Marek Jurek, w odruchu szczerego patriotyzmu i niezwyciężonej wiary, wystąpił z Prawa i Sprawiedliwości i opuścił fotel marszałka Sejmu, natychmiast, z Arturem Zawiszą, Marianem Piłką i jeszcze paroma wybitnymi Polakami, założył nowe ugrupowanie prawicowe. Zrobił to oczywiście tylko po to, by jego gest nie poszedł na marne, żeby za gestem poszedł czyn i żeby wszyscy zainteresowani, a zwłaszcza ludzie marnego ducha, zobaczyli, gdzie droga, gdzie prawda i gdzie duch.
      Rozbity tym kompletnie bezsensownym aktem wandalizmu i zniszczenia, napisałem do Dziennika króciutki list, który zatytułowałem Głupstwo w imię Ducha Świętego, a który redaktorzy postanowili opublikować. Oto te kilka smutnych słów z kwietnia zeszłego roku:
"Chciałbym podzielić się wspomnieniem, jak po nieudanej pierwszej kadencji prezydenta Wałęsy, pragmatyczni politycy chcieli wystawić kandydaturę prof. Adama Strzembosza, by ten powstrzymał Kwaśniewskiego. Strzembosz był kandydatem idealnym. Miał duże poparcie, był lubiany i szanowany przez wiele środowisk i gdyby kampania przebiegała bez histerii ze strony patrzących na świat ‘z niebiesiech’ naszych specjalistów od Pana Boga, Kwaśniewski nie zostałby prezydentem, a Polska byłaby dziś może inna. Niestety politycy z ZChN i okolic, natychmiast wysunęli kandydaturę generała Wileckiego (sic!), później Hanny Gronkiewicz Waltz, a w międzyczasie kilku kolejnych przedziwnych postaci, które nad Strzemboszem miały tę przewagę, że podobno były bardziej pobożne, patriotyczne, czy polskie. Z całej pracy wyszło tyle, że prof. Strzemboszowi spadło poparcie i obraził się na Kaczyńskich, Wilecki odmówił, Gronkiewicz poparła Wałęsę, Wałęsa przegrał z komunistą. W tamtym czasie, po raz pierwszy ujrzałem tak wyraźnie, jak w imię Ducha Świętego można popełnić tak okropne głupstwo. Ostatnie dni pokazały ten ponury mechanizm równie mocno i równie bezwzględnie".
      Zarówno sam problem, z którym musieliśmy się przecież parę razy w naszej wspólnej historii zmierzyć, jak niejednokrotnie bardzo przykre konsekwencje opisanego przez mnie procederu, sprawiają, że oczywiście się powtarzam. Pisałem o tym ponad rok temu do Dziennika, wspominałem o tym już tu, w tym roku, w naszym Salonie i znów się – jakby to niektórzy pewnie określili – głupio podniecam. Na ale, jak tu się nie emocjonować, skoro wystarczy odrobinę otworzyć oczy i nastawić troszeczkę uszy, żeby nie przegapić ani jednego dnia dudniącego echem tych pełnych rozmodlenia czynów i słów sprzed lat.
      Dopiero co, po raz kolejny w ciągu paru ostatnich miesięcy, mieliśmy okazję się rumienić ze wstydu, będąc świadkami tej żenady pod tytułem Bolesław mówi, i przyglądając się bezradnie, jak najgorsze szumowiny bezlitośnie wykorzystują kompletny psychiczny upadek, było nie było, ale jednak bohatera naszej wspólnej historii. Widzimy te najbardziej obrzydliwe zabiegi wokół totalnie już odjechanego Lecha Wałęsy, mające jeden jedyny cel - zniszczyć do samego już końca wszelką nadzieję na odrodzenie tego, co zwiemy popularnie duchem narodu, i wiemy aż za dobrze, że ta porażka ma wyjątkowo wielu ojców.
      Ale przecież nie chodzi tu tylko o Lecha Wałęsę. Wczoraj w Rzeczpospolitej dwa teksty zajmujące niemal całą jedną stronę, teksty w pewnym sensie niezwykłe. Pierwszy z nich opisuje kwestię związaną z faktem, że, jak się okazuje, część opinii publicznej ma dylemat pod tytułem „Kto zyskał na bojkocie TVN”. Jakby ktoś, najsłuszniej zresztą, zapomniał, o co chodzi, przypominam, że politycy PiS-u w ramach odruchu protestu wciąż nie przychodzą do studia TVN i TVN24 i zdaje się, że niektórym ta sytuacja jest wybitnie nie w smak. Rzeczpospolita informuje jednak, że tylko niektórym. Bardzo zadowoleni z takiego obrotu sprawy są – a jakże by inaczej – Artur Zawisza i Marek Jurek. To oni podobno zyskali najbardziej na tym, że TVN tak długo niszczył ich byłych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości, że ci w końcu nie wytrzymali i postanowili się na TVN wypiąć.
      Mówi Artur Zawisza: „Dostaliśmy prezent od losu, a może od Jarosława Kaczyńskiego”. O jaki prezent chodzi Zawiszy? Otóż telewizja rodziny Walterów, od czasu, jak do jej studia przestali przychodzić politycy PiS-u, wpadła w bardzo ciężki kłopot z powodu tzw. braku parytetu. Poważny kanał informacyjny, pozbawiony nagle całego politycznego skrzydła, przestaje być kanałem poważnym, a staje się zwykłym, nudnym, propagandowym śmietnikiem. Jaki jest sens dla człowieka w przeciętny sposób interesującego się życiem politycznym naszego kraju, gapić się w dzień w dzień na tępe potyczki między ministrem Schetyną, a przewodniczącym Napieralskim? Doskonale to wiedzieli przywódcy PiS-u, podejmując decyzję o bojkocie. Wiedzieli, że bez przedstawicieli tej części opinii publicznej, które reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość, TVN może po prostu zacząć wyłącznie puszczać powtórki. Oczywiście, przy znanym poziomie nieobiektywizmu i agresji dziennikarzy i przyjaciół TVN-u, nawet gdyby w ich programach występowali tylko Jacek Kurski na zmianę ze Zbigniewem Ziobro, główna strategia stacji i tak nie uległaby zmianie ani na jotę.          Niemniej bez pewnego zachowania pozorów, nawet tak wyrafinowana maszyna propagandowa, jaką jest TVN, musiałaby się w końcu zatrzeć i całe te pieniądze, tak pieczołowicie zbierane przez ostatnie lata, mogłyby bez tych właśnie pozorów pójść mocno na marne. Chyba jednak nie byli liderzy PiS-u na tyle przenikliwi, żeby pamiętać o istnieniu tej zawsze czujnej grupy, zawsze gotowej do działania na rzecz Narodu i jego zdrajców.
      Bo w tym samym właśnie momencie, kiedy PiS ogłosił bojkot, na pomoc panu Pieczyńskiemu, Wejchertowi i spółce przybiegli najlepsi z najlepszych, czyli byli posłowie Zawisza i Jurek. Zrobili to dla siebie? Ależ skąd! Oni wszystko, co robią, robią dla Boga i Ojczyzny. Przecież nie jest tak, że Zawisza z Jurkiem, kiedy pomagają TVN-owi złamać bojkot zorganizowany przeciwko kłamstwu i zdradzie, sami kłamią i w jakikolwiek sposób występują przeciwko swoim odwiecznym ideałom. Przecież nie jest tak, że oni nagle znależli się w sytuacji tzw. łamistrajków. Jakże tak! Ależ nigdy! Oni tylko skorzystali z okazji, żeby dorzucić swoje trzy grosiki na rzecz uciemiężonej Ojczyzny.
Każde słowo, jakie tych dwóch zacnych mężów, wypowiada, co drugi dzień na zmianę, do uszka któregoś z dziennikarzy TVN-u, to najszczersze słowa wiary, nadziei i miłości. No a poza tym Zawisza z Jurkiem grają. Oni grają tak, jak najlepsi synowie tej ziemi grali przed laty ze Służba Bezpieczeństwa. Oni rozgrywają Wejcherta tak, jak kiedyś rozgrywał Kiszczaka Adam Michnik, a Jaruzelskiego nieoceniony pan Bolesław. Oni są jak przyczajone tygrysy, ukryte smoki i jak cała Świątynia Szaolin. Oni pojawiają się w studio TVN24 i zaczyna się historyczny stare-out competition. A zwycięzca będzie tylko jeden – ten, który idzie w imię Naszego Pana.
      Artur Zawisza wyjaśnia ten konflikt między prawdą, a kłamstwem tak, jak tylko on potrafi. W swojej wypowiedzi dla Rzeczpospolitej podkreśla, że właściwie bojkot jest usprawiedliwiony i PiS faktycznie miał powody, żeby się obrazić na stację Walterów. Jednak zaznacza jednocześnie, że Kaczory są przy tym, w tym swoim proteście, bardzo zakłamani, bo „gdyby PiS na serio traktował swoje zastrzeżenia, to jego członkowie nigdy by się nie pokazywali w tej telewizji”. Co innego sam Zawisza. Ten się – owszem - pokazuje nieustannie. No ale on przecież tam się wcale nie pchał. On się o miejsce w studio nie prosił. On tylko skorzystał z okazji. Na a poza tym, każdy dobrze wie, że on akurat ma tylko jeden cel – ochronę życia poczętego. Gdyby Zawisza mógł wybierać tematy swoich pogadanek w wieczornych programach w TVN24, on by mówił wyłącznie o aborcji, a to przecież nie jego wina, że właściciele TVN-u to tacy sami bezbożnicy, jak Gosiewski z Kuchcińskim.
Dobry człowiek ten Artur Zawisza. Dobry jak Marek Jurek, jak Marian Piłka i jak... no ten, jak mu tam... no Wojtyła... Karol.. Natomiast żaden z nich na pewno nie jest tak dobry i tak mądry, jak Jerzy R. Nowak, któremu Rzepa oddaje znaczną część tej wczorajszej strony. No ale Nowak to nie byle kto. To nie zwykły polityk. To jedyny, prawdziwy, pełny strateg. To prawdziwy przywódca, to nasze wybawienie, to ostateczne rozwiązanie. To ostatnia ucieczka tego znękanego narodu. On do TVN-u nie chodzi. Na razie nie musi. On ma od tego swoich rycerzy. Sam czeka w odwodzie. Ale już wypowiedział pierwsze ostrzeżenie. Jeśli PiS się nie opamięta – to koniec z poparciem, koniec z miłosierdziem. Ruch Przełomu Narodowego już pali ogniska. A potem, jako sygnał do natarcia i ostatecznego zwycięstwa, wizyta Jerzego Roberta Nowaka u Moniki Olejnik. Albo... co tam u Olejnik! Niedługo wrzesień; wraca Kuba Wojewódzki. Będzie można walnąć z grubej rury.




wtorek, 29 października 2019

Zielony Zawisza, czyli biznes jak Pan Bóg przykazał - repryza


Ponieważ ostatnio, w tych i tak bardzo ciekawych czasach, jak ów zaćpany Filip, wyskoczył nam na scenę niegdysiejszy Artur Zawisza, uważam, że wszystkie informacje na jego temat, jakie przy okazji tych jego wybryków już uzyskaliśmy, a niewykluczone, że jeszcze uzyskamy, powinienem uzupełnić swoim tekstem jeszcze sprzed ośmiu lat, a dotyczącym czegoś co nigdy nie przestaje być aktualne. Podkreślam: nigdy. I uważam, że nie zaszkodzi też zaapelować do każdego z nas, byśmy to co się wtedy stało mieli zawsze na uwadze, ile razy będziemy dumać nad różnymi wydarzeniami, które nas jeszcze nie raz zaciekawią. Przed nami Zielony Artur we własnej osobie.


      Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
      Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez wspomnianego Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ, nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
      I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania, i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji, i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
      Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawianie, a później warszawian spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
      Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy, i jako nowi właściciele zaczęli prowadzić już dalsze interesy. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, tu również wszystko odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010 r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010 r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą: Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
      Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam, i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
      I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
      Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
      I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił w pewnym wywiadzie Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z tą polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni zowąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
      No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak: „Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
      Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.


SUPLEMENT

      Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety”, do której ten tekst wysłałem, przed jego publikacją, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w „Warszawskiej Gazecie” – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
      Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
      I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania, a Artura Zawiszę z towarzystwa, na którym zdarza mi się niekiedy zawiesić oko i ucho, pozwolę sobie wyłączyć, przynajmniej do czasu, gdy zainteresuje się losami rodziny swojego biznesowego partnera. Albo nie. Wyłączę go w ogóle.

No i nie wyłączyłem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że chciałbym bardzo dziś wyrazić nadzieję, że on w końcu pójdzie siedzieć. Jeśli nie za wspomniany przekręt, to za tę rowerzystkę. Nic nie szkodzi, w końcu Al Capone też wsadzili pod pretekstem przestępstw podatkowych.




niedziela, 24 kwietnia 2016

Zawisza Zielony, czyli Bóg, Pieniądze i Ojczyzna

Ponieważ dzięki ostatecznemu zidioceniu Pawła Kukiza, gwiazdą na naszej politycznej scenie stał się zupełnie niespodziewanie Artur Zawisza, nie mogę nie wspomnieć swojego tekstu jeszcze z roku 2011, gdzie ów Zawisza dostał wszystko to, co dostać powinien. Zachęcam do wspomnień i refleksji.


Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawiacy, a później warszawiaków spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy i zaczęli prowadzić już dalsze interesy, jako nowi właściciele. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, wszystko również odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą – Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z ta polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni z owąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak:
Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.

***

Powyższy artykuł – podobnie jak stanowisko samego Zawiszy – jest obecnie również do przeczytania w najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety”. A w związku z tym mamy mały suplement.
Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety” przed publikacją powyższego tekstu, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w Warszawskiej Gazecie – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu, Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania.

Zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, gdzie można między innymi kupic moje książki. To jest ostatnia stacja. Gwarantuję własnym życiem.

sobota, 23 kwietnia 2016

Justyna Pochanke wstępuje do PZPR, czyli dobra zmiana

Zachowując oczywiście odpowiedni poziom ostrożności, gdy chodzi o wszelkie – powtarzam, wszelkie – poczynania naszej obecnej władzy, muszę wyznać szczerze i z podniesionym czołem, że od czasu, gdy Prawo i Sprawiedliwość wzięło się za państwowe media, swoje dotychczas ulubione TVN24 zacząłem oglądać z doskoku, natomiast jeśli zdarza mi się oglądać politykę w telewizji, to niemal wyłącznie TVP. A zatem, pragnę ogłosić, że jeśli dziś zestawimy dwa główne dzienniki informacyjne, czyli tefauenowskie „Fakty” i rządowe „Wiadomości”, to w ogóle nie ma o czym mówić. „Wiadomości” to są profesjonalnie redagowane wieczorne wiadomości, ciekawe i dostarczające wszelkiej potrzebnej wiedzy, natomiast TVN, jak się domyślam, w wyniku jakiejś ciężkiej desperacji, popadł w kompletny obłęd i już nawet nie udaje, że im chodzi o coś innego, jak tylko o tępą propagandę tworzoną na rzecz politycznej opozycji.
Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że od czasu, gdy w telewizji publicznej pojawili się bracia Karnowscy, Jerzy Targalski, Rafał Ziemkiewicz, Witold Gadowski, a ostatnio nawet – o zgrozo – Marian Kowalski, wielu z nas zesztywniało i owo zesztywnienie trzyma się nas mocno i na dobre, rzecz jednak w tym, że w TVP obok Targalskiego mamy Wielowieyską, obok Ziemkiewicza Wrońskiego, a obok Karnowskiego jakiegoś Stankiewicza. I szafa gra. Nikomu to nie przeszkadza. Nie przeszkadza nawet wtedy, gdy nagle, z jakiegoś niezbadanego powodu, trzeba nam oglądać wyłącznie bandę jakichś szpicli, bo wiemy, że i tak dajemy radę.
Jak mówię, od pewnego czasu TVN24 oglądam z doskoku, ale jednak oglądam. Otóż to co na mnie zrobiło wrażenie zupełnie wyjątkowe, to to, że tak jak zmieniła się telewizja publiczna, tak samo zmienił się TVN, tyle że TVN – co wydawałoby się nie do zrobienia – zdecydowanie na gorsze. I to w stopniu wręcz porażającym. Podczas gdy oni wcześniej, zwłaszcza w trakcie jednej i drugiej kampanii wyborczej – mimo że wszyscy przecież wiedzieliśmy jak się sprawy mają – starali się jednak robić wrażenie kogoś, kto informuje, dziś nie zachowują nawet pozorów. Tu już mamy wyłącznie walkę o przeżycie.
Przez ostatnie dni, ot tak dla zaczerpnięcia oddechu, chciałem obejrzeć, co słychać we wspomnianym TVN-ie, czyli konkretnie w ich sztandarowych „Faktach po faktach”. I proszę sobie wyobrazić, że w minioną środę cały czas był wypełniony przez ministra w rządzie Leszka Millera i Marka Belki, Jerzego Hausnera, w czwartek pokazano dwie debaty, jedna z udziałem znanego nam aż zbyt dobrze Ryszardem Kaliszem, i jakiegoś Żurka z Krajowej Rady Sądownictwa, a następnie między Pawłem Śpiewakiem, a psychologiem Santorskim. Po nich jeszcze była „Kropka nad i”, a w niej sam Roman Giertych. Kiedy wczoraj rzuciłem okiem, by zobaczyć, czy oni się może opamiętali, okazało się, że jedynym gościem „Faktów po faktach” jest Włodzimierz Cimoszewicz, natomiast w programie Piaseckiego dyskutują Barbara Nowacka i Krzysztof Bosak.
Gdyby ktoś nie wiedział, telewizja TVN24 od wielu lat prowadziła taką politykę, że właściwą propagandę sączyła niejako bokiem, natomiast na zewnątrz tworzyła wrażenie, że informuje. Kształt programu „Fakty po faktach” był w związku z tym taki, że dzień w dzień na dwa różne tematy dyskutowały dwie pary rozmówców, reprezentujących dwie strony politycznego konfliktu. Oczywiście, prowadząca program zachowywała jak najbardziej pozycję strony sporu, ale jakoś to wyglądało. Dziś nagle okazuje się, że TVN pokazuje albo wyłącznie Hausnera, albo Cimoszewicza, albo – co się oczywiście zdarzało wcześniej – Marcinkiewicza, czy Olechowskiego, by nie wspomnieć o Petru, który jest tam zawsze i bardzo regularnie, a jeśli już się uda zorganizować jakąś debatę, to Kalisza z Żarkiem i Śpiewaka z Santorskim. A po nich Giertycha.
Ktoś powie, że ja już musiałem naprawdę upaść bardzo nisko, by się zajmować takimi głupstwami, jak to, kto występuje w telewizji TVN24. Dla mnie jednak to co się dzieje w tej właśnie telewizji stanowi autentyczny problem. Bo oto okazuje się, że w momencie gdy TVP jednak wróciło do jakiejś równowagi, oni najwyraźniej oszaleli. Jak wiedzą czytelnicy tego bloga, TVN24 oglądam od ponad już 10 lat i nigdy nie widziałem, by oni aż tak – przepraszam za kolokwializm – „odjechali”. Jak już raz powiedziałem, tam zawsze były zachowane pozory. Cokolwiek by się działo, to cały wysiłek szedł na ukryty przekaz, na wierzchu natomiast mielismy prawdziwą „Europę”. Dziś natomiast, w ciągu trzech zaledwie dni, musimy oglądać dwa pełne 30 minutowe wywiady z dwoma już dawno zapomnianymi komunistycznym dygnitarzami, a wszystko po to, byśmy usłyszeli, że PiS zagraża demokracji.
I oczywiście, ja mam świadomość, że rozwój politycznych zdarzeń do tego stopnia zaskoczył media, że oni zwyczajnie stracili głowę, ale biorę pod uwagę jeszcze jedną możliwość. Ze względu na to, że Telewizja Polska nagle stała się tak bardzo poważnym i poważnie traktowanym medium, znaczna część prawicowych polityków, czy dziennikarzy najzwyczajniej w świecie uznała za bardziej opłacalne tracić swój czas właśnie tam, a nie na jakiejś Wiertniczej. A więc biorę mocno pod uwagę taką ewentualność, że w tej chwili jest tak, że asystent Pochanke, czy Olejnik dzwoni do któregoś z polityków PiS-u z zaproszeniem na wieczór i słyszy, że może innym razem, bo oni na dziś mają inne plany.
Pamiętam, jak kilka lat temu, kiedy wydawało się jeszcze, że PiS do władzy nie wróci nigdy, partia postanowiła przeprowadzić bojkot telewizji TVN. Choć oczywiście sam pomysł był uczciwy i sensowny, nic z niego nie wyszło, bo kierownictwo stacji zaczęło zapraszać jako polską prawicę takich ludzi jak Marek Jurek, Artur Zawisza, czy Marian Piłka, a ci oczywiście rzucili się na te swoje 15 minut, jak pies na kość, i biznes przeżył. Dziś jednak biorę mocno pod uwagę taką opcję, że jeśli TVN24 pokazuje wyłącznie Cimoszewicza, Kwaśniewskiego, Marcikiewicza, czy Giertycha, to dlatego, że cała reszta siedzi od rana do wieczora w TVP Info i ani im w głowie się ruszyć. Dlaczego? Bo wiedzą, że tam w tej chwili jest jedyny przekaz, że tylko tam obecnie można się jakoś pokazać. I myślę sobie, że gdyby faktycznie tak to miało być, to ja bym musiał uznać, że Prawo i Sprawiedliwość faktycznie odniosło zwycięstwo. I to by była dla mnie wiadomość naprawdę dobra. Nawet jeśli lada chwila zostanę wyrzucony z Prawa i Sprawiedliwości za zaległości w płaceniu składek, na co się zanosi. Ale to już inny temat.

Zapraszam wszystkich czytelników do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia wszystkie moje książki. Z wyjątkiem oczywiście „Siedmiokilogramowego liścia”, który jest już wyczerpany. Bardzo polecam.

czwartek, 7 sierpnia 2014

O tym jak transwestyta Rafalala i naukowiec Hartman zabrali nam amulety

Miałem dziś do wyboru dwa tematy, podjęcie których, ze względu na nędzę, która je wypuściła w świat, mogłoby mieć dla mnie skutki, moim zdaniem wręcz kompromitujące. Mam tu na myśli – w kolejności, w jakiej się pojawiały – wspólne występy w reżimowych telewizjach TVN24 i Polsat najpierw polskiego polityka konserwatywnego Jacka Żelka, a następnie patrioty Artura Zawiszy w towarzystwie transwestyty o imieniu Rafalala, oraz list satanisty Jana Hartmana do księdza Lemańskiego.
Mam nadzieję, że już czytelnicy tego bloga wiedzą, dlaczego zajmowanie się tymi tematami niesie groźbę kompromitacji. Ja to oczywiście rozumiem, a mimo to mam wrażenie, że w obu tych wydarzeniach jest coś głęboko ukrytego, co je bardzo ściśle łączy i co, w odróżnieniu od samego tematu, niesie dla nas wiadomość jak najbardziej poważną. I to właśnie sprawia, że nie dość, że muszę tu jednak głos zabrać, to jeszcze przede wszystkim nie w sprawie rozmowy Kusego z Plebanem, ale konfrontacji Rafalali z polską myślą konserwatywną. A więc zaczynajmy.
Sprawa między Hartmanem a Lemańskim, jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Niedawno, podczas parodniowego pobytu w Przemyślu, wpadła mi w ręce lokalna gazeta, a w niej artykuł o pewnym miejscowym księdzu-egzorcyście, który otrzymuje esemesy ewidentnie pisane ręką Złego. Sam artykuł jest oczywiście napisany dość lekko, z pewnym przymrużeniem oka, natomiast sama już treść owych esemesów robi wrażenie jednoznaczne. One wszystkie pisane są przy pomocy takiej poetyki, że dla kogoś takiego przynajmniej jak ja, czy moja córka, z którą się oczywiście odpowiednio skonsultowałem, nie ulega najmniejszej wątpliwości, że za nimi stoi nie człowiek. Przy tym to, co się w nich nieustannie powtarza, to zaimek „my”, głównie w przekazie typu: „ona jest nasza”, „przyjdziemy po ciebie” i takie tam. I oto czytam list Hartmana do Księdza, a tam na samym już końcu, po tych wszystkich retorycznych popisach na temat tego, co jest dobre, a co złe, pada to zdanie: „Niech Pan do nas wraca! Wraca, mówię, bo tak naprawdę należy Pan do nas. Czekamy na Pana!”. Ja oczywiście nie umiem powiedzieć, czy profesor Hartman wypowiadając te słowa postępował zupełnie samodzielnie, częściowo samodzielnie, czy całkowicie niesamodzielnie, to jednak jest bez znaczenia. Wystarczy poczytać fragmenty owych esemesów wysyłanych do wspomnianego wcześniej księdza-egzorcysty, by zobaczyć, że to jest dokładnie ta sama kosmata ręka. Tak jak to już napisałem w jednym z wczorajszych komentarzy, sytuacja jest na tyle jednoznaczna, że na miejscu księdza Lemańskiego już bym pędził do spowiedzi, tyle że, jak się obawiam, on już jest po tamtej stronie i tam zostanie.
Tyle więc o tych dwóch. Popatrzmy teraz zatem na transwestytę Rafalalę i naszych dwóch bohaterów. Poszło o to, że ów Rafalala parę dni temu dał w pysk jakiemuś agentowi nieruchomości, w nagrodę za co trafił – Rafalala, nie agent – do mediów, a przy okazji, by dla Rafalali stworzyć odpowiednie tło, swoją szansę reaktywacji otrzymali dwaj prawicowi politycy Artur Zawisza i Jacek Żelek.
Tak się złożyło, że obejrzałem fragmenty obu występów, a więc konfrontacji z Rafalalą zarówno Żelka, jak i Zawiszy, i to co mnie uderzyło najbardziej to to, że ani jeden ani drugi nie znalazł w sobie dość odwagi, by temu Rafalali spojrzeć w oczy – „odejrzeć mu się”, jakby to określił Norwid. Zarówno jeden, jak i drugi rozmawiali z tym nieszczęśnikiem niemal odwróceni do niego tyłem, tak jakby się bali, że jedno jego spojrzenie sprawi, że oni stracą rezon, albo się co najmniej zarumienią i kamery to pokażą. Scena ta była tym bardziej przejmująca, że Rafalala za każdym razem gapił się w nich bez żadnej litości, bez cienia strachu, czy wstydu, zwracał się do nich bezpośrednio, a kiedy czekał na odpowiedź, której tak naprawdę nie było, jego spojrzenie stawało się tym bardziej intensywne. On ich najzwyczajniej w świecie zaczarował.
Co więcej, ani jeden ani drugi nie znalazł żadnego sposobu, by się do owego Rafalali zwrócić bezpośrednio, bo zwyczajnie nie wiedział, czy ma do niego mówić per pan, czy pani. A więc nie odzywał się w ogóle, jakby się bał, że za pana obrazi się na niego Diabeł, a za panią Bóg. I to jest moment, kiedy wszystko nagle zaczyna się robić naprawdę poważne. Oto Artur Zawisza – o Żelku nie ma co mówić, bo ten już tylko tam siedział i zawstydzony popiskiwał – w pewnym momencie, jakby nie znajdując wyjścia z tej sytuacji, zaczął wymyślać na Rafalalę, że on jest „męską dziwką”, a na prowadzącą program cizię, że to skandal, że ona go zaprosiła do studia i każe mu się konfrontować z „tym czymś”. Rafalala oczywiście natychmiast chlusnął Zawiszy w twarz tą kawą, czy może herbatą, co Zawiszę doprowadziło do takiego szału, że, poza wykrzykiwaniem obelg pod adresem tej „męskiej dziwki”, on już nie potrafił powiedzieć nic… a dalej, przyznaję, już nie oglądałem, bo, szczerze powiedziawszy, miałem dość.
O Arturze Zawiszy mogę powiedzieć wiele, ale jedno chyba jest jasne: jest to człowiek pobożny. Z tego co słyszę, on nawet u siebie w domu, tuż przy drzwiach wejściowych, ma dzban ze święconą wodą. I teraz ja mam rozumieć, że człowiek o takiej wierze tak się przeraził kontaktu z transwestytą Rafalalą, że z tego strachu najpierw go sparaliżowało, a następnie zwariował? Co mu przeszkadzało – skoro już w pierwszej kolejności zgodził się przyjąć to zaproszenie do Polsatu – spojrzeć transwestycie prosto w oczy i powiedzieć, że niech się pan na mnie nie gniewa, ale zwracając się do pana, nie będę używał formy „pani”, bo zwyczajnie mi nie wypada? Co mu przeszkadzało, by temu Rafalali cały czas patrzeć prosto w oczy i dawać świadectwo Prawdzie? Co mu wreszcie przeszkadzało, by – skoro dziś już wszystko musi być tak bardzo medialnie ekscytujące – idąc do studia, zabrać ze sobą do studia buteleczkę z tą swoją wodą święconą, Rafalalę popryskać, wołając „Apage Satanas!” i czekając, aż parę kropel tej wody spadnie na prowadząca program lalunię, a potem już tylko przez chwilę popatrzeć, jak tych dwoje wiruje po studio wrzeszcząc z bólu, by następnie skłonić się do kamery i wyjść rzucając przez ramię staropolskie „z Bogiem”. Ja bym oczywiście tak zrobił. Zawisza zdecydował się sfajdać ze strachu. I mamy to co mamy.
Ktoś mnie spyta, jaka dla nas płynie nauka z tego wydarzenia, co my z tego wszystkiego mamy – z listu Hatmana do Księdza i z owego przerażania, jakie ogarnęło Artura Zawiszę na widok zła? Otóż nauka jest jedna i mam wrażenie, że tak naprawdę wciąż ta sama, co wynikająca z tekstu wczorajszego: nie pozwólmy sobie wyjąć z ręki tego sztandaru, a z szyi zerwać amuletów. Bez jednego i drugiego jesteśmy całkowicie samotni i bezradni. Bez tych znaków wpadamy do Krainy Grzybów i stajemy się dokładnie tacy sami, jak oni. Myślę, że dobrze się stało, że zarówno ksiądz Lemański, jak i Artur Zawisza, ludzie, jak by nie było, tak jak my, Kościoła, nam to właśnie tak skutecznie zademonstrowali.

Przypominam, że w księgarni Coryllusa, pod bardzo adekwatnym adresem www.coryllus.pl trwają niezwykłe promocje. Zapraszam, i ze względu na niego i na siebie. Jedfnocześnie, bardzo gorąco prosze wszystkich o łaskawe wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

wtorek, 8 kwietnia 2014

O wizerunku, strzelaniu w stopę i głupstwie tego świata

Nie znam go ani osobiście, ani nawet jako komika czy barda, szczerze powiem, że nawet jeśli chodzi o jego felietony publikowane w tygodniku „W Sieci”, też nie mam tu specjalnego doświadczenia, z tego jednak co zdążyłem poznać, Ryszard Makowski pozostaje dla mnie kimś, i to w najlepszym dla niego wypadku, całkowicie obojętnym. Minęły jednak przedwczoraj Targi Wydawców Katolickich w Warszawie, gdzie miałem okazję spędzić miło i w bardzo miłym na ogół towarzystwie cały weekend i tak się złożyło, że owego Ryszarda Makowskiego miałem niemal naprzeciwko siebie przez pełne dwa dni, i powiem uczciwie, że jestem pod wrażeniem. O co chodzi? Otóż, tak jak to już opisywał Coryllus, i tak jak to dzieje się zawsze, kiedy mamy te targi i wystawiamy tam swoje książki, sytuacja wygląda tak, że my tam sobie siedzimy, popijamy kawę lub coca colę, ewentualnie też podjadamy jakieś wafelki, czy te kanapki z serem, które nam zawsze przynosi Michał, od czasu do czasu, kiedy podejdzie ktoś, kto nas nie zna, a pragnie się czegoś dowiedzieć o naszych książkach, wstajemy i grzecznie sobie rozmawiamy, by znów później już tylko siedzieć i pisać te dedykacje. No i sprzedawać, sprzedawać, sprzedawać. Na okrągło, cały czas, niemal bez przerwy, aż do autentycznego zmęczenia.
Patrzyłem od czasu do czasu na tego Makowskiego, i to co mnie uderzyło, to fakt, że on przez cały ten niemal czas, jak się domyślam, również w czwartek i piątek, stał. Możliwe, że coś przegapiłem, ale na tyle, na ile zdążyłem się zorientować, on nawet na chwilę nie usiadł. Czy dlatego, że mu czytelnicy i słuchacze nie dali? Otóż nie. On stał, mimo że przez bardzo długie chwile nikt od niego nic nie chciał. I powiem uczciwie zupełnie, i w pewnym sensie wbrew sobie, że to mi bardzo, ale to bardzo zaimponowało. Przez dwa dni, jakie spędziłem na tych targach, miałem okazję widzieć wiele bardzo znanych twarzy. Byli Terlikowski, Pospieszalski, Semka, Michalkiewicz, była Ewa Stankiewicz, był Marek Jurek, byli Sakiewicz i Zawisza, a pewnie jeszcze wiele innych gwiazd, których akurat albo nie znam, albo w tym tłumie nie zauważyłem, Makowski był jedynym, który się nie szlajał między tymi stoiskami, ale tam stał i cierpliwie rozmawiał z każdym, kto chciał z nim porozmawiać. Reszta kręciła się tam i z powrotem i zadawała szyku. Patrzyłem więc na niego, jak stoi taki potężny, taki skamieniały i taki chyba jednak bardzo smutny, i pomyślałem sobie, że jakkolwiek bym na niego nie patrzył na co dzień, nie umiem stracić z oka tego, co w tym najważniejsze, a więc człowieka. Ale jest jeszcze coś. Zobaczyłem w tym momencie kogoś, kto – mogę się mylić, ale tak to oceniam – nie potrafi w życiu robić nic innego, jak tylko odstawiać jakieś nędzne skecze na wynajętych pokazach i pisać jeszcze marniejsze teksty w tygodniku redagowanym przez swoich kolegów, a jednocześnie ma bardzo wyraźną świadomość tego, że on tej roboty tak naprawdę nienawidzi, tyle, że znów – nie umie nic innego. No i żeby przynajmniej zachować jakąś elementarną choćby przyzwoitość, stoi przez te cztery dni od rana do wieczora i próbuje sprzedawać te swoje, jakie by one nie były, talenty. I tym właśnie się różni od innych, którzy nie są od niego w żaden sposób bardziej utalentowani, tyle że oprócz tych talentów brakuje im owej przyzwoitości. Takie oto miałem myśli, patrząc na Ryszarda Makowskiego na warszawskich targach książki katolickiej.
Czemu piszę dziś o Makowskim, który, jak już pisałem, obchodzi mnie w stopniu naprawdę śladowym? No więc, raz że on faktycznie tak bardzo się starając, zrobił na mnie wrażenie, a dwa, że jestem dziś akurat świadkiem afery z naszym najwybitniejszym aktualnie tenisistą Jerzym Janowiczem, i mam tu w związku z tym kilka, moim zdaniem bardzo istotnych, refleksji. W czym rzecz? Po serii przegranych pojedynków mianowicie, wystąpił Janowicz na konferencji prasowej i skrajnie poirytowany bezczelnie agresywnym zachowaniem dziennikarzy, walnął mikrofonem w stół, i – a mówię to z lekką, ale naprawdę tylko lekką, przesadą, zachęcił ich, żeby się od niego odpi…lili raz na zawsze. A ja już wiem, jakie będą dalsze losy Janowicza, jeśli się natychmiast nie opamięta i panów dziennikarzy uprzejmie nie przeprosi, a w dodatku jeśli natychmiast nie zacznie osiągać sukcesów co najmniej tak znaczących, jak Agnieszka Radwańska. Bez tego, on już dla nich wszystkich zawsze będzie stanowił tylko tarczę, w którą można bezkarnie walić.
Żeby sprawdzić kierunek wszystkich wiatrów, jeśli idzie o Janowicza, zajrzałem nawet na „nasz” portal wpolityce.pl, i tam również już tylko szyderstwa, a więc dokładnie to samo, z czym mamy do czynienia za każdym razem, kiedy tylko Agnieszce Radwańskiej zdarzy się przegrać któryś z pojedynków.
Pisałem już raz, całkiem zresztą niedawno, na temat tenisa, poruszony sposobem, w jaki jest traktowana właśnie Agnieszka Radwańska przez pewnego szalenie patriotycznie zorientowanego tenisowego eksperta, który tak bardzo kocha Polskę i każde ewentualne kolejne nasze narodowe zwycięstwo, że dla bardzo specyficznie pojętego interesu Kraju, on by był gotów Radwańską „zajechać” na śmierć. Chodziło mi o postawę, która z uwagi na dobro polskiego tenisa, nie ma nic przeciwko temu, by Agnieszka Radwańska z dnia na dzień zaczęła najpierw wyglądać, jak Serena Williams, następnie wskoczyła na pierwsze miejsce w tenisowych rankingach, a następnie zwyczajnie umarła z wycieńczenia. Miałem wreszcie na myśli postawę, gdzie w obliczu naszych wściekłych emocji, nie liczy się nawet człowiek.
Jadąc do Warszawy, później jeszcze przed spaniem, no i wracając już w niedzielę do domu, czytałem słynną autobiografię jednego z największych tenisistów w historii dyscypliny Andre Agassiego „Open”. Proszę posłuchać, jak się zaczyna ta książka, w – swoją drogą wyjątkowo kiepskim – przekładzie jakiegoś Rybskiego:
Otwieram oczy i nie wiem, gdzie ani kim jestem. Nie jest to znów tak bardzo niezwykłe uczucie – połowę życia spędziłem, nie wiedząc. Mimo to jest jakoś inaczej. Ta dezorientacja jest bardziej przerażająca. Bardziej krańcowa.
Spoglądam w górę. Leżę na podłodze obok łóżka. Teraz sobie przypominam. Przeniosłem się z łóżka na podłogę w środku nocy. Jak zwykle. Dobrze mi to robi na kręgosłup. Zbyt długie leżenie na miękkich materacach powoduje ból nie do wytrzymania. Liczę do trzech, po czym rozpoczynam długotrwały, trudny proces wstawania. Z kaszlnięciem i jękiem przewracam się na bok i zwijam do pozycji embrionalnej, a następnie przekręcam na brzuch. Teraz muszę odczekać, aż krew zacznie żywiej krążyć w żyłach.
Obiektywnie rzecz biorąc, jestem młodym człowiekiem. Mam trzydzieści sześć lat, ale budzę się, jakbym miał dziewięćdziesiąt sześć. Po trzech dekadach biegu co sił, zatrzymywaniu się w miejscu, wyskakiwania wysoko i ciężkiego lądowania moje ciało jest jakby ciałem obcego człowieka. Szczególnie o poranku. […] Zmęczenie w ostatnich dniach jest wykańczające. Pomijając osłabienie fizyczne, targają mną wyczerpujące emocjonalne burze wywołane zbliżającą się emeryturą. Teraz, wychodząc z samego środka zmęczenia, dopada mnie fala bólu. Chwytam się za plecy. Plecy wczepiają się we mnie. Czuje się tak, jakby ktoś zakradł się w nocy i założył mi blokadę kierownicy na kręgosłup. Jak mam grać w US Open z blokadą na kręgosłupie?[…]
Urodziłem się z zeszytywniającym zapaleniem stawów kręgosłupa, co oznacza, że ostatni kręg kręgosłupa oddzielił się od pozostałych, zaatakował, zbuntował się. Jest to główny powód, dla którego chodzę, stawiając palce do wewnątrz. Przez ten jeden rozregulowany kręg nerwy mają mniej miejsca wewnątrz kręgosłupa i przy najmniejszym ruchu odczuwają tę ciasnotę. Do tego należy dorzucić, że dwa przestawione dyski i kość nie przestają rosnąć w bezskutecznym wysiłku, by osłonić uszkodzony obszar, a moje przewody nerwowe odczuwają prawdziwą klaustrofobię. Kiedy nerwy na tych ściśniętych odcinkach zaczynają protestować, gdy wysyłają sygnały ostrzegawcze, przez nogi przebiega fala bólu, przy której zasysam powietrze i zaczynam mówić różnymi językami. W tym momencie ukojenie przynosi jedynie położenie się i odczekanie. Jednak czasami taka chwila przychodzi w środku meczu. Wtedy jedynym ratunkiem jest zmiana stylu gry – sposobu wykonywania zamachów, biegania; wszystko należy robić inaczej. Wtedy dopada mnie skurcz mięśni.
[…]Mój organizm nie łaknie emerytury – on już dawno na nią przeszedł. Moje ciało przeprowadziło się na Florydę, kupiło sobie tam mieszkanie i białe spodnie sansabelt. Dlatego prowadzę negocjacje ze swoim ciałem, prosząc, by raz na jakiś czas na kilka godzin wróciło z emerytury. Większość tych negocjacji wspieram zastrzykiem z kortyzonu, który czasowo zgłusza ból.[…]
Tenis jest sportem, w którym zawodnik mówi sam do siebie. Żaden inny sportowiec nie gada do siebie tyle, ile tenisista. Oczywiście miotacze, golfiści, bramkarze mruczą pod nosem, ale tenisiści rozmawiają ze sobą – odpowiadają sami sobie. W ferworze gry tenisiści wyglądają jak ludzie niespełna rozumu, którzy wyszli na otwartą przestrzeń, coś bredzą, klną, przeprowadzają poważne debaty z własnym alter ego. Dlaczego? Ponieważ tenis jest cholernie samotną grą. Jedynie bokserzy są w stanie pojąć samotność tenisisty – chociaż mają do dyspozycji sekundantów z narożnika i trenerów. Nawet przeciwnik boksera jest poniekąd towarzyszem z ringu, kimś, z kim można się mocować i do kogo można stękać. W tenisie staje się twarzą w twarz z wrogiem, wymienia z nim ciosy, lecz bez dotykania, czy rozmawiania z nim ani też z kimkolwiek innym. Przepisy zabraniają tenisiście rozmawiać na korcie nawet ze swoim trenerem. […] W tenisie człowiek jest jak na bezludnej wyspie. Ze wszystkich sportów uprawianych przez kobiety i mężczyzn tenis jest najbliższy przymusowej izolacji, która niezmiennie prowadzi do dialogowania z samym sobą, co dla mnie zaczyna się podczas popołudniowego prysznica. To właśnie tutaj zaczynam do siebie wygadywać różne wariactwa raz za razem aż zaczynam w nie wierzyć. Na przykład, że osoba upośledzona ruchowo jest w stanie startować w US Open. […] W swojej karierze zwyciężyłem w ośmiuset sześćdziesięciu dziewięciu meczach, co daje mi piąte miejsce wśród wszystkich tenisistów na świecie. Wiele z tych spotkań zostało wygranych podczas popołudniowego prysznica”.
I to tyle tego mocno przydługiego cytatu. A ja zwyczajnie nie potrafię uwierzyć, że tej biografii nie czytali ci wszyscy dziennikarze i blogerzy, fani i specjaliści od tenisa, którzy uznali za stosowne zadręczać na zmianę Agnieszkę Radwańską i Jerzego Janowicza swoimi mądrościami. Ktoś kto nie czytał tej książki powie, że to z mojej strony demagogia, bo tu mamy Agassiego lat 36, a tam Janowicza dopiero wchodzącego w dyscyplinę. Tyle że książka, o której mówię, to nie jest przede wszystkim skarga człowieka, który kończy karierę i już nie daje rady, ale przede wszystkim sportowca, który z jednej strony od zawsze szczerze nienawidzi tego co robi, i co przynosi mu od początku wszystkie możliwe cierpienia, a co nawet nie było jego pomysłem, ale na co został skazany przez tych, którzy od początku byli od niego starsi i bardziej doświadczeni, a z drugiej wie, że z tego samego powodu i tak już nic innego w życiu nie będzie w stanie robić. Więc robi to co musi.
A to przecież nie wszystko. Andre Agassi przez wiele lat był jednym z największych tenisistów świata, ale zanim osiągnął szczyt – zupełnie jak Agnieszka Radwańska – kręcił się przez całe lata wokół czwartej, czy piątej pozycji i nie miał sposobu, by ten stan przełamamać. Przez wiele lat, będąc już zawodnikiem ze ścisłej czołówki, nie był w stanie wygrać jednego wielkoszlemowego turnieju. Dlaczego? Powody były zawsze tak samo oczywiste, jak kompletnie niezrozumiałe, ale najczęściej sprowadzały się o tego, że Agassiego przytłaczała atmosfera miasta, stadionu, czy samego kortu. Niekiedy chodziło o to, że on sam nie wiedział, o co chodzi, i jedyne co miał w głowie, to to, że on już ma tego tenisa serdecznie dość. A kiedy już nawet zaczął wygrywać te szlemy, to i tak wciąż niespodziewanie dla wszystkich przegrywał, by ostatecznie wypaść poza klasyfikację, no i by potem znów wrócić na szczyt. Czemu? I tu mamy tę samą sytuację, co wcześniej. Powodów była niezliczona ilość, a każdy z nich równie tajemniczy, jak poprzedni i następny. I to zarówno wtedy, gdy przegrywał z zawodnikiem, który miał tak gęste włosy (sic!), że one go zwyczajnie dekoncentrowały, jak i wtedy, gdy – co on przyznaje z pełną szczerością – przegrywał specjalnie tylko po to, by w następnej rundzie nie musieć grać z Beckerem, którego szczerze nienawidził, a brakowało mu pewności, czy go na tym korcie da radę odpowiednio upokorzyć.
Dziś czytam w naszej wpolityce.pl, że Janowicza zapytano, czemu on przegrał z Cilicem, a on zaczął się „pokrętnie tłumaczyć”, że czuł na korcie jakiś mur, tak na marginesie zresztą, dokładnie powtarzając słowa Agassiego z jego autobiografii; i to, zdaniem redaktora wpolityce.pl jest czymś Janowicza kompromitującym. Natomiast dziennikarz o nazwisku Tomaszewski napisał, że „minął rok, a Janowicz jest wciąż niedojrzałym, rozpieszczonym przez rodziców chłopcem, który nie potrafi dokonać samooceny, nabrać do siebie dystansu. Nie potrafi przegrać z godnością. Jego agresja kryje strach, niepewność. No i strzelił sobie w stopę. Zraził do siebie wielu życzliwych mu ludzi i zrujnował swój wizerunek”.
To ja już zbliżając się do końca mam pytanie do tego Tomaszewskiego, czy on czytał autobiografię Agassiego? Jako specjalista od tenisa, chyba powinien był? Czy może się mylę? A jeśli czytał, to czy udało mu się policzyć, ile razy Andre Agasi zniszczył swój wizerunek zanim osiągnął pozycję dzisiejszą, przy której nikt nie może w jego stronę rzucić marnego słowa?
No i już prawie na sam koniec, wrócę do Makowskiego. Czemu uznałem, że on tu nam dobrze posłuży, jako klamra dla tego tekstu, który przecież w ogóle nawet nie jest o nim? Otóż uważam, że on tam, stojąc na tym dziwnym stoisku, sygnowanym nazwą jakiejś nieznanej mi telewizji, robił wrażenie człowieka strasznie samotnego, i wciąż cały czas chodzi mi po głowie myśl, że ci wszyscy jego kumple z branży, jak Jan Pietrzak, Łukasz Warzecha, Robert Mazurek, Tomasz Sakiewicz, czy Piotr Semka, który – co widziałem, jak najbardziej – podszedł nawet i się z nim ładnie przywitał, muszą mieć z niego niemałą „bekę”, widząc jak on tam stoi tuż obok Coryllusa i mnie, i się upokarza. I myślę sobie jeszcze, że tak właśnie dzieli się ten świat: na tych co robią i na tych co to, co inni robią, potrafią tylko komentować.
W sumie, niewesołe to refleksje, a zatem już naprawdę na sam koniec mam dla wszystkich wesołą wiadomość. Warzecha nie odszedł z „Faktu” i nie dołącza, jak piszą dziś Karnowscy, do „ścisłego grona redaktorów ‘w Sieci’”, bo tak sobie zaplanował swoją karierę, ale dlatego, że został do tego zmuszony. I to jest taki sam fakt, jak to, że Janowicz, nie mówiąc już o Agnieszce Radwańskiej, może im wszystkim najwyżej podać nogę. Im nogę może podać tak naprawdę każdy. I z całą pewnością, nawet ktoś taki jak Ryszard Makowski.

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni Gabriela Maciejewskiego pod adresem coryllus.pl Od dziś, w ramach wiosennej promocji, moje dwie pierwsze książki, wydane jeszcze pod nickiem Toyah, „O siedmiokilogramowym liściu” i „Twój pierwszy elementarz” są do nabycia po jedynie 15 zł. To już jest reszta nakładu i nie ma gwarancji, że będziemy go wznawiać. A zatem – serdecznie i szczerze zachęcam. Tradycyjnie, wszystkich przyjaciół tego bloga proszę o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...